Vinnēlieg - ebook
To, co miało ocalić królestwo, może stać się początkiem jego końca.
Po rozpadzie Sía Ravalazza świat trwa w kruchym pokoju, podzielony między pięć odmiennych krain. Gdy nad leśnym Laateilis zawisa widmo wojny, król staje przed wyborem – albo odda córkę w ręce wroga, albo narazi królestwo na zagładę. Szansą, by temu zapobiec, staje się zakazany czar. I może go przeprowadzić tylko jedna osoba.
Solvay, czarodziejka władająca suprą czasu, wie, że każda próba jej użycia ma swoją cenę. Choć przez lata unikała mocy, teraz zostaje zmuszona, by wykorzystać ją w grze, od której zależy przyszłość Laateilis. Wysłana na niebezpieczną misję, musi zdobyć pradawny artefakt i stawić czoła siłom działającym według własnych reguł.
Wszystko zaczyna się komplikować, gdy na drodze Solvay pojawia się osoba, która wzbudza w niej nieoczekiwane uczucia. Między obowiązkiem a pożądaniem narasta napięcie, które może zaważyć na losie całego świata.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-660-4 |
| Rozmiar pliku: | 880 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Runo sporej leśnej polanki lśniło jak klejnot. Rosa pokrywała trawę, polne kwiaty i śliskie w dotyku kapelusze grzybów, a na niebie świecił teraz Prism, jeden z dwóch księżyców Laateilis, krainy niemal całkowicie pokrytej lasami. Kiedy światło Prisma padało na powierzchnie pokryte kropelkami wody, uwalniała się z nich tęcza i w ten sposób polana – otoczona ze wszystkich stron suchymi, bezlistnymi drzewami o powyginanych i rachitycznych gałęziach – wyglądała jak kryształ osadzony w wiadrze smoły. Takie widoki nie były rzadko spotykane w tej części roku; z tego właśnie słynął Laateilis. Kontrast między kalejdoskopową polaną a upiorną ciemnością lasu był powodem, dla którego warto było odwiedzić leśną krainę właśnie w ułamie Prisma.
Można było odnieść wrażenie, że las świeci pustką. Jednak w pewnym momencie na polanę z lewej strony weszła zakapturzona postać w przylegającym do ciała kombinezonie, wyposażonym w pas z przypiętymi dwoma sztyletami, twarz zaś ginęła w obszernym kapturze wszytym w długą ciemnoczerwoną pelerynę. Na ramieniu kołysała się wypchana do granic możliwości skórzana torba – musiała być dość ciężka, a mimo to krok postaci był cichy, wartki, sprężysty. U jej boku maszerowała czworonożna pantera o białych ślepiach, czarnym, aksamitnym futrze i nietoperzych skrzydłach, złożonych lekko na tułowiu. Wyglądały na solidne i wytrzymałe.
Ich ruch byłby niemal niemożliwy do zarejestrowania dla nieuważnego ucha, gdyby nie odgłos jedzonego jabłka. Mijało chrupnięcie za chrupnięciem, aż w końcu odezwał się głos – mocny, dźwięczny i zdecydowanie kobiecy:
– Ogryzek?
To było pytanie do pantery, która teraz biegła przez polanę, udając, że poluje na malutkie tęcze z kropel rosy. Momentalnie się zatrzymała, skoczyła w górę, rozkładając instynktownie majestatyczne skrzydła, a tam już nadlatywała do niej resztka owocu. Zwierzę pochwyciło ją w locie, dając popis swojej zręczności.
– Dobra Raileigh – pochwaliła ją dziewczyna.
Zachowywały się swobodnie, jak gdyby przemierzanie ciemnych zakamarków krainy nie budziło w nich zupełnie żadnych obaw. Przeszły już prawie całą polanę i za chwilę miały zniknąć w lesie.
Za oddalonym o dziesięć metrów drzewem czaił się trefrykt. Jego białe ślepia wyzierały spod gałęzi, badyli i drewienek, uszytych w tkankę stwora. Był wyższy niż przeciętny człowiek, miał nogi, ręce i tułów, a każda część składała się z wysuszonych, splątanych patyków. Patrzył nieśmiało na zbliżające się postaci. Wyglądał jak koszmar senny, a Raileigh, która wyczuła go z daleka, obnażyła zęby i zawarczała; spięła ciało w gotowości do skoku.
– Spokojnie, Raileigh. Zostaw go. Nic nam nie zrobi.
W krainie Lasu, w której przez prawie cały rok trwała noc, łatwo było bać się własnego cienia. Jedną ze sztuk przetrwania było odróżnianie niebezpiecznych bestii od tych, które po prostu zamieszkiwały swój teren. I przyglądały się przybyszom z ciekawością – jak trefrykt.
Dziewczyna sięgnęła do torby, wyjęła z niej drugie jabłko i rzuciła trefryktowi. Wiedziała, że ten go nie zje, tylko użyje go do zabawy; i rzeczywiście, patyczak zaczął podrzucać owoc jak piłkę. Łapał ją niezdarnie w swoje palce-rózgi i wydawał dźwięk, jakby śmiał się i cieszył. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, kiedy razem z Raileigh go mijały.
Szły już dość długo przez względnie spokojny Suchy Las. Tej nocy w Laateilis obchodzono święto Vinternætter – polegało ono na oddawaniu czci zmarłym. Z tej okazji wyprawiano celebracje o różnorakim charakterze: od tych najbardziej gorliwych i modlitewnych, przez neutralne, czysto dziękczynne, aż po obrzędy zupełnie hipnotyzujące, transowe, nie tylko oddające szacunek śmierci, ale też zmysłowo i z pasją wielbiące życie. Vinternætter odbywało się zwykle pod gołym niebem, w większych i mniejszych grupkach ludzi palących ogniska, do których wrzucano elementy garderoby w rozmaitych intencjach – im bardziej skomplikowana intencja, tym bogatszy ubiór ginął w płomieniach, oczywiście zależenie od możliwości świętujących. Pragnące miłości kobiety potrafiły poświęcić niejedną bogato haftowaną suknię, aby bardziej przypodobać się Aniołom, za to mężczyźni szukający rzemiosła najczęściej palili rękawice lub nakrycia głowy.
Stwory i bestie, takie jak skrzydlata pantera, nie przepadały jednak za tą szczególną nocą, gdyż oprócz składania hołdu zmarłym przodkom w wielu miejscach próbowano ich też przywołać, od czego magiczne istoty wolały się trzymać z daleka. Zmarli, którzy przekraczali tej nocy barierę życia, wywoływali w nich niepokój; najlepszą bronią bestii jest bowiem zadawanie śmierci, a zdaje się to broń wysoce nieskuteczna wobec nieżywych.
Dziewczyna rozejrzała się po lesie, który wydawał się w każdym miejscu wyglądać tak samo, jednak ona potrafiła rozróżnić jego charakterystyczne elementy, jak na przykład unoszący się przed nimi rój świetlików czy symbol wyryty w korze drzewa.
– Już niedaleko – orzekła, komunikując się z panterą dość oszczędnie.
Maszerowały jeszcze około pół godziny, zanim dojrzały w głębi lasu ledwie widoczną, całkowicie porośniętą mchem bramę. Dziewczyna spojrzała na swoją czworonożną towarzyszkę i zawyrokowała krótko:
– Jesteśmy.
Pantera wzdrygnęła się, jakby to wcale nie była dobra wiadomość. Brama ani drgnęła, kiedy spróbowały ją otworzyć.
– To nic – zapewniła zakapturzona podróżniczka (chyba bardziej siebie niż Raileigh, której najwyraźniej było wszystko jedno).
Stanęła w niewielkim rozkroku naprzeciwko pokaźnej furtki i dwa razy stuknęła złączonymi palcami serdecznym i środkowym o otwartą dłoń lewej ręki. Następnie prawy kciuk uformował z palcem serdecznym koło, obracając nadgarstek tak, aby kciuk znajdował się u góry. Teraz prawa dłoń oderwała się od lewej, tym razem z palcami wyprostowanymi w dół – obie dłonie były skierowane wewnętrznymi stronami do siebie. Kciuki połączyły się z palcami środkowymi, a następnie oba punkty styku dotknęły się, tworząc coś na kształt znaku nieskończoności, po czym dziewczyna obróciła dłonie w przeciwnych kierunkach i brama lekko syknęła znajomym dźwiękiem, który wydawała z siebie magia.
Ze zmurszałego zamka poleciała iskra, za chwilę brzęknął i po chwili przejście stało otworem.
– _Valluku._
„Dziękuję ci”. Magii zawsze wypadało podziękować.
Prześlizgnęły się do środka i ich oczom ukazał się niewielki cmentarz, na którym panowała bezwzględna cisza. Jasne kamienie wybijały się na tle ciemnej, niemal czarnej ściółki, a nad ziemią unosiła się delikatna mgła. Jedne nagrobki były niewielkie, skromne, inne bardziej okazałe, prawie wszystkie jednak zaniedbane, porośnięte mchem tak samo jak brama. Tylko nieliczne błyszczały w księżycowej, rozproszonej przez mgłę poświacie.
Dziewczyna przez chwilę wyglądała, jakby nie do końca wiedziała, czego szuka, ale za chwilę jej wzrok padł na płytę nagrobną w głębi, na przeciwległym krańcu cmentarza, w środku alejki. U jej szczytu widniał nagrobek, którego z daleka nie mogła przeczytać, jednak z boku zbudowano wieżyczkę z wykutym zegarem i słowami w starodawnym języku.
Czarodziejka przetłumaczyła na głos:
_Księżyc ten sam, który dobrze znam,_
_Blask z morza łez, gdym u śmierci bram._
_–_ To ten, Raileigh. – Przyspieszyła kroku. – To ten!
Oczy zaświeciły jej się jak dziecku, które znalazło skarb. Była już tak blisko, że bez problemu mogła odczytać napis na nagrobku:
NISSARA I TINCOMMIUS
Skrzydlata pantera mruknęła, jakby z aprobatą.
– Dobrze, do roboty – zarządziła. – Raileigh, zbierz trochę chrustu i patyków na ognisko.
Pantera posłusznie wybrała się na poszukiwania materiału opałowego, o co na szczęście w Suchym Lesie było szczególnie łatwo, dziewczyna zaś z pewną ulgą zdjęła wreszcie torbę i zaczęła rozmasowywać sobie ramię, które musiało już być lekko nadwyrężone. Zawartość tobołu okazała się zaskakująca, ponieważ składała się niemal wyłącznie z pożywienia: w papierowych torbach zawinięty był kawał świeżego chleba, porcja wołowiny w ziołach, jeden apetyczny ziemniak w mundurku z rozmarynowym masłem, aromatyczne ciasto cynamonowe, a nawet szklane słoiczki z odrobiną zupy cebulowej i sosu pieczeniowego.
Wszystko to zostało rozłożone na porcelanowych talerzach z inkrustowanymi brzegami w kształcie gałęzi z listkami; w górnej części naczyń widniało jadeitowe „L” jak Laateilis – znak rozpoznawczy zastawy pochodzącej z pałacu. Uczta wyglądała co najmniej groteskowo: najlepsze kąski z królewskiego stołu podane na śnieżnobiałym obrusie wśród cmentarnego otoczenia.
Kilkoma sprawnymi ruchami dłoni dziewczyna wznieciła ogień na przygotowanym przez panterę stosie drewna i wrzuciła do niego niechętnie jedwabną chustę, wzdychając ciężko. Było jej żal pięknego kaledońskiego materiału, ale liczyła na to, że Aniołowie wynagrodzą jej poświęcenie łaską sukcesu w całym tym przedsięwzięciu. Przywołanie zjawy z krainy wiecznego snu to była pestka w porównaniu z tym, o co trzeba było ją poprosić.
– Prawie gotowe. – Dziewczyna spojrzała na Raileigh. – Ale muszę jeszcze zdjąć kamień z grobu. Przez kamień się nie uda.
Pantera spojrzała na nią, jakby chciała swoimi białymi, błyszczącymi oczami zapytać: „Nie masz na to jakiejś magii?”.
– Wolę nie używać za dużo czarów, żeby nie osłabić wezwania. – Wyciągnęła z torby dwie liny; obwiązała nimi kamień po obu stronach. Podała jedną końcówkę liny panterze, a ta pochwyciła ją pyskiem. – Na trzy. Raz, dwa…
Płyta poruszyła się o kilka centymetrów po stronie dziewczyny i dobre pół metra po stronie pantery; zwierzę musiało być niezwykle silne. Chwilę jeszcze siłowały się z ciężarem, choć większość pracy wykonała Raileigh i później ciągnęła już obie liny jednocześnie. W końcu się udało i płyta opadła z głuchym łoskotem na ziemię.
Dziewczyna odrobinę się spociła, ale bynajmniej nie z wysiłku. Potarła delikatnie czoło i wzięła głęboki oddech; teraz po raz pierwszy widać było po niej lekkie zdenerwowanie.
– W porządku – powtarzała szeptem jakby sama do siebie. – W porządku.
Uklękła na jedno kolano, wyciągnęła rękę i położyła ją pewnie na nagrobku.
– _Mi galneku, Nissara-kall_.
„Przyzywam cię, Nissaro”.
Jej głos był miękki, senny.
– _Mi vrampe datku gverinspø. Vyllan, galneku pomi ä Vinternætter, Nissara-kall._
„Mam dla ciebie dary. Proszę, przybądź do mnie w święto Vinternætter, Nissaro”.
Język starodawny brzmiał przepięknie, był szczególnie melodyjny ze względu na swoje akcentowanie – każda sylaba wymagała innej modulacji głosu, a spółgłoski takie jak „l” czy „k” były uroczo wyróżniane, odrobinę przeciągane, jakby mówczyni chciała je zatrzymać trochę dłużej na języku.
Nad grobem, który teraz był odsłonięty, tak że widać było wijące się w ziemi robaki, zaczęły zbierać się cienie. Dziewczyna podniosła głowę, żeby się im przyjrzeć; jej usta rozchyliły się w lekkim, wyrażającym zafascynowanie uśmiechu. Pantera zaś odeszła dalej, niby mimochodem, ale jednak nieco skulona, jakby odczuwała spory dyskomfort. Cienie zaczynały powolnie wirować wokół siebie, gęstnieć, przybierać srebrzystą barwę, zapewne odbitą od światła księżyca, który wisiał wysoko ponad wierzchołkami wysuszonych drzew, aż w końcu uformowały sylwetkę kobiety odzianej w długie szaty, jednak z pustką ziejącą w miejscu, w którym powinna znajdować się twarz.
– _Arkee ordebiemi ä Vinternætter?_
„Kto mnie budzi w święto Vinternætter?”.
Dziewczyna wstała z kolana i spojrzała na szepczącą zjawę, która nie brzmiała na rozgniewaną.
Odchrząknęła.
_– Sige Solvay-kall, Krüne Haxa, kman ottule feerigorku._
„Jestem Solvay, Krüne Haxa, i przyszłam zadać ci pytanie”.
*
_Sía Ravalazza, Roczniki_
_Związki ludzi pospolicie urodzonych z tymi, którzy wykazują moc magii, nie są zabronione ani piętnowane. Historia notuje wiele takich przypadków, w tym na przykład małżeństwo Gustava i Käthe czy – o wiele mniej pocieszająca, acz owiana legendą – więź Nissary i Tincommiusa._
_Opowieść ta zaczyna się, gdy czarodziejka o drzemiącej w niej magii rozporządzania czasem, Nissara, napotkała na swej drodze miasteczko, w którym wiódł żywot młodzieniec imieniem Tincommius. Strudzona wędrówką kobieta otrzymała schronienie w domu matki Tincommiusa, gdzie zapukała z prośbą o nocleg. Otrzymała to, o co prosiła, a także została pobłogosławiona darem miłości. Nissara bowiem zakochała się w swym wybranku od pierwszego wejrzenia, zamieszkała w wiosce i czyniła w niej dobro dzięki swej magicznej mocy._
_Czas upływał, a dwoje zakochanych upewniało się, że ich miłość jest prawdziwa i długowieczna. Oglądali wespół gwiazdy na nocnym nieboskłonie, zbierali zioła do uzdrawiających naparów, spacerowali wśród leśnych zagajników i cieszyli się sobą nawzajem. Wkrótce Tincommius poprosił o rękę Nissary, a ona przyjęła oświadczyny z największą radością. W oczekiwaniu na wielki dzień zajmowali się swoimi sprawami, jednak któregoś razu nad wioskę nadciągnęła burza od strony mórz. Zwykle spokojne niebo rozbłysło piorunami, a ulewa podtopiła niektóre domy. Tincommius postanowił sprawdzić, czy jego ukochana jest bezpieczna; wybiegł z domu i choć nie miał do pokonania długiej drogi, tuż przed domem Nissary raził go jeden z piorunów._
_Czarodziejka wybiegła przed chatę, zaniepokojona głośnym wystrzałem. Kiedy zobaczyła dymiące się ciało Tincommiusa i pojęła, co się wydarzyło, jej lament usłyszano w całej okolicy. Tincommius został pochowany następnego dnia, ale Nissara zdecydowana była przywrócić życie lubemu. Jako władająca rzadką mocą czasu przeczytała wszystkie księgi i rozpytała wszystkich czarowników, którzy mogli jej pomóc w opracowaniu czaru, którego nikt wcześniej nie odważył się użyć – czaru cofającego czas._
_Minęło siedem lat od śmierci Tincommiusa, kiedy Nissara była gotowa przeprowadzić magiczną próbę. W swoim pokoleniu nie miała sobie równych, a jej potęga zadziwiła nawet ją samą, kiedy czar się powiódł i nagle ocknęła się siedem lat wcześniej, w noc burzy, która zgubiła Tincommiusa. Czas jednak ostrzegł ją, że wróci odebrać swoje siedem lat, albowiem materia czasu jest delikatna i musi być w ostatecznym rozrachunku w równowadze. Co zostało przedłużone, skraca się gdzieś w innym swym kawałku lub wymiarze, nie dając magii szans na oszukanie fundamentów wszechrzeczy. Nissara pobiegła do domu Tincommiusa, zanim niebo na powrót usłało się piorunami, a mężczyzna tej nocy został bezpieczny._
_Nissara i Tincommius pobrali się i doczekali potomka. Kobieta powiła chłopca imieniem Kalum. Nissara już więcej nie korzystała ze swoich najpotężniejszych mocy, jedynie leczyła chorych w wiosce i pomagała sąsiadom, używając pospolitej magii. Któregoś dnia wieszała w niewielkim ogrodzie świeżo wypraną pierzynę, gdy w blasku księżyca ujrzała Tincommiusa, prowadzącego Kaluma do domu z miejscowej szkoły. Pomachała im, a oni uśmiechnęli się do niej – i był to ostatni raz, kiedy ich widziała._
_Materia czasu zafalowała przed nią, przenosząc ją siedem lat do przodu. Nissara obudziła się w swej chacie, lecz nie mogła nigdzie znaleźć małżonka ani syna. W wiosce nie było wielu znajomych jej twarzy, ale w końcu rozpoznała w jednej z kobiet matkę Tincommiusa. Zapytała ją, gdzie może go znaleźć, na co kobieta z pustką w oczach odparła, że na cmentarzu – tam, gdzie trzy lata wcześniej zabrała jej syna i wnuka zaraza._
_Nissara spędziła resztę życia w izolacji. Studiowała zagadnienie czasu do końca swych dni, żyjąc w odosobnieniu. Nigdy już nie odważyła się manipulować nicią kontinuum._
_Historia ta, choć tragiczna, dowodzi, że czarownicy i ludzie mogą więc zawierać małżeństwa, a także wychowywać wspólne potomstwo bez napiętnowań. Jest to zupełnie powszechne zjawisko, sięgające czasów._
*
– A więc rozumiesz staromowę Sía Ravalazzy – zauważyła Nissara.
Jej sylwetka wyglądała upiornie, ale zjawa nie sprawiała wrażenia wściekłej. To jednak mogło się w mgnieniu oka zmienić; towarzystwo duchów bywało kapryśne i nieprzewidywalne, zwłaszcza kiedy nie przybywało się do nich bezinteresownie.
– Tak, moja matka uczyła mnie tego języka od dziecka – odparła Solvay, wyciągając jabłko z torby. Już miała je ugryźć, ale zapytała najpierw: – Nie masz nic przeciwko?
Zjawa tylko przesunęła zachęcająco dłonią.
– Nie jesteś zła, że cię przyzwałam?
– Nie… jeszcze nie – dodała po namyśle Nissara. – Zobaczymy, jak mi się spodoba twoje pytanie. I twoje dary. Co mi przyniosłaś z okazji Vinternætter?
– Ofiaruję ci najlepsze specjały z dworu królewskiego: pieczeń, zupa cebulowa, ciasto cynamonowe… Ochmistrzyni chciała upiec dyniowe, ale uważam, że cynamonowe jest znacznie lepsze, ma taki pyszny krem na wierzchu. – Solvay opowiadała o przysmakach, pokazując, co gdzie jest. Brzmiała trochę jak przekupka na targu, ale chciała odwlec moment, w którym będzie musiała przejść do sedna. – Wszystko podane na królewskich talerzach, inkrustowanych masą perłową i przyozdobionych jadeitem, o tu, w kształcie tych małych listków.
– Hmm – zamruczała zjawa. – Jestem zadowolona, ale rozbudziłaś też moją ciekawość. Królewskie talerze… – Gdyby Nissara miała oczy, z pewnością wodziłaby teraz nimi po uczcie, a potem przeniosłaby spojrzenie na Solvay. – Nie jesteś przypadkową czarodziejką. Przybywasz z dworu, wybudzasz mnie w Vinternætter i masz pytanie. Czego więc chce ode mnie król?
Solvay przełknęła kęs jabłka. Rozumowanie Nissary było bez zarzutu, przybyła bowiem z królewskiego polecenia, jednak mimo to Solvay wiedziała, że trudno będzie nakłonić zjawę do wyjawienia potrzebnych jej informacji.
– Wiemy, że nikt w historii czarowników nie władał czasem tak, jak ty. – Solvay ściszyła głos, na co Nissara w odpowiedzi wydała z siebie niskie, ostrzegawcze warknięcie. Jej srebrne szaty zafalowały gniewnie, mimo braku wiatru. To był znak, że część bankietowa spotkania dobiegła końca. – Ja też jestem… ja też potrafię robić rzeczy z czasem, tylko nad nimi nie panuję.
– Zatem ich nie rób. – Nissara podniosła głos. – Po co w ogóle interesujesz się tą mocą?
Reakcja zjawy utwierdziła Solvay w przekonaniu, że misja płynnie weszła w fazę komplikacji.
– Interesuję się nią, ponieważ ją posiadam. A to, z jakim skutkiem się nią posługuję, zależy tylko od tego, na ile potrafię ją kontrolować. Dar ujawnia się mimowolnie, czy tego chcę, czy nie.
– Dar… – prychnęła Nissara. – Raczej przekleństwo.
– Wiem, że nie spodoba ci się moja prośba, ale przynajmniej mnie wysłuchaj. – Dziewczyna wyrzuciła ogryzek za siebie, wycierając ręce o spodnie kombinezonu. Ogryzkiem przez chwilę zainteresowała się pantera, ale ostatecznie postanowiła tkwić dalej w swoim półukryciu. – Chcę… muszę nauczyć się zatrzymywania czyjejś indywidualnej linii czasu.
Powietrze wokół Nissary huknęło głuchym dźwiękiem tak głośno, że Solvay bezwiednie cofnęła się o pół kroku, a Raileigh zaskomlała krótko, zanim zdążyła się opanować.
– Jak śmiesz wzywać mnie w święto zmarłych i wypytywać o czar czasu! – Zjawa po raz pierwszy zmieniła pozycję: schyliła się, przysunęła pustą twarz do Solvay i sączyła swoje słowa, wyraźnie rozzłoszczona.
Dziewczyna stłumiła w sobie cały lęk, który w niej wezbrał, i przybliżyła się w stronę zjawy. Wiedziała, że to próba sił, starcie charakterów.
– Kraina jest w niebezpieczeństwie.
Cisza. Brak odpowiedzi.
– Grozi nam wojna, jeśli nie pomogę królowi.
Dalej nic.
– Mogę pomóc tylko w ten sposób. Tylko manewr czasem nas ocali.
Nissara zaśmiała się gorzko.
– Tylko manewr czasem was ocali, tak? Kto tak twierdzi?
– Król.
– W takim razie król jest głupcem – zaszydziła Nissara.
Solvay zesztywniała. Pierwszy raz słyszała, żeby ktoś w ten sposób wypowiadał się o monarsze Laateilis. Zjawa wręcz ją zirytowała.
– Król jest…
– Głupcem! – zagrzmiała ponownie Nissara, jeszcze dobitniej podkreślając wybrany epitet. – Każdy, kto próbuje maczać palce w biegu czasu, jest głupcem. Ty również.
W porządku, pomyślała Solvay. Przełknę to.
– Wiesz w ogóle, jaki jest plan króla? Jakie jest niebezpieczeństwo? Komu będziesz musiała zatrzymać linię czasu?
Solvay milczała. Nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań, ponieważ tak się złożyło, że dopiero co zakończyła misję handlową w innej krainie, której wynikiem było zaopatrzenie laboratoryjnego apotekarium w spory zapas srebrzystego lotosu. Nowy rozkaz otrzymała zaledwie kilka godzin wcześniej, natychmiast po powrocie do pałacu, a że wybudzenia Nissary można było dokonać jedynie w święto Vinternætter, musiała ruszać prawie od razu, bez marnowania cennego czasu na pytania – była podwładną i przede wszystkim wypełniała polecenia. Po pierwsze, udać się na grób Nissary, po drugie, otrzymać instrukcję przeprowadzenia czaru, po trzecie, w odpowiednim czasie, dokonać magii. To wszystko, czego zdążyła się dowiedzieć.
Czarodziejka nie miała pomysłu na to, jak sensownie przerwać ciszę, nie zdradzając się bezmyślnie z faktem, że brakowało jej znajomości kontekstu misji, z którą przybyła. Miała nadzieję, że argument o potencjalnej zgubie krainy będzie dla zjawy bardziej przekonujący, tymczasem nie wyglądało na to, żeby zrobił na niej jakieś piorunujące wrażenie.
Zanim zdążyła się odezwać, Nissara przemówiła pierwsza, tym razem miękko, tak jak na początku:
– Ach, jak dawno nie widziałam światła księżyca. Mój ukochany Prism. – Przez chwilę tkwiła zawieszona w powietrzu ze swym srebrnym kapturem uniesionym ku niebu. – Dziękuję, że mnie odwiedziłaś; nawet jeśli tylko dlatego, że czegoś ode mnie potrzebowałaś. Talerze są piękne.
Solvay zaczęły gryźć wyrzuty sumienia.
– Przepraszam, jeśli cię uraziłam, Nissaro. Znam twoją historię, studiowałam twój życiorys na podstawie Roczników. Rozmowa z tobą to dla mnie wielki zaszczyt. Czuję, że za sprawą naszej… niespotykanej mocy jesteśmy w pewnym sensie sobie pokrewne.
– Chronos to bardzo rzadka moc – przyznała niechętnie Nissara, teraz brzmiała łagodniej.
– Wiem, jak ryzykowne jest manipulowanie czasem, i rozumiem, jak fatalnie może się skończyć. Ale dopuszczam też możliwość, że można obejść się z magią czasu mądrze, wykorzystać ją właściwie. W końcu została nam ona przekazana… w jakimś celu. – Dziewczyna nie była pewna, czy bardziej przekonuje Nissarę, czy samą siebie.
– Mówiłaś, że twój czar już się ujawnił. Co potrafisz z nim zrobić?
Solvay wbiła wzrok w ziemię i zaczerwieniła się ze wstydu.
– Właściwie to nic. Nic ważnego. Parę razy moc po prostu ujawniła się przypadkowo; po raz pierwszy, kiedy byłam dzieckiem, i stąd wiedzieliśmy, że nią władam. Długo uczyłam się kontrolować ją tak, aby po prostu pozostawała w uśpieniu, ale w szkole przestało to być możliwe. Moc za bardzo wychodziła na wierzch magii, którą operowałam na co dzień na zajęciach.
– I co wtedy zrobiłaś? – drążyła Nissara.
Solvay wzruszyła ramionami.
– Podjęłam naukę wchodzenia w czar czasu, ale głównie po to, by potrafić z niego w porę wyjść. – Dziewczyna zacisnęła mocniej poły swojej peleryny. Nawet nie zauważyła, kiedy zrobiło się tak zimno. – Widzisz, pomimo dzisiejszej wizyty, którą ci składam, sama jestem raczej przekonana o tym, że czasem powinno się manipulować ostrożnie. Spałabym spokojniej, gdybym była po prostu zwyczajnym magiem.
– Ale zgaduję, że wtedy nie pracowałabyś w królewskim pałacu?
Solvay wzruszyła ramionami; właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiała. Do tej pory nie było potrzeby skorzystania z pełnego potencjału jej magii, więc zakładała, że ceni się ją z innych względów: doskonale znała topografię niemal całego Laateilis, świetnie walczyła, była klasycznie wykształcona. W pałacu pełniła również funkcję gestorki królewskiego laboratorium alchemicznego; była odpowiedzialna za całokształt jego funkcjonowania, w tym uzupełnianie zapasów magicznych naparów, zbiory ziół, przechowywanie kamieni o magicznych właściwościach. Przydawała się wszędzie po trochu.
Magia czasu wydawała się barwnym dodatkiem, ale nie kluczowym atrybutem decydującym o tym, czy warto utrzymywać ją w pałacu.
Zanim zdołała przekazać te wszystkie rozważania Nissarze, ta odezwała się ponownie:
– Powiem ci, jak wykonać czar, który cię interesuje, bo zbyt dobrze znam ludzką naturę. Wiem, że inni nie spoczną, dopóki nie wymuszą na tobie skorzystania z twojej mocy. Takim czy innym sposobem, metodą prób i błędów… A to może okazać się dalece bardziej niebezpieczne. Ale ty, Solvay, Krüne Haxa, jak się mianujesz, naucz się zadawać odpowiednie pytania. Jeśli planujesz wykonać czar z czyjegoś polecenia, wiedz dokładnie, co bierzesz na swoje barki. Konsekwencje czasu ponosi ten, kto zleca urok, a więc w tym wypadku laatejski monarcha, ale moralnie odpowiedzialność za czyn zawsze ciążyć będzie głównie na tym, czyje usta wyszeptają inkantację.
Solvay odetchnęła z ulgą i jednocześnie dostała gęsiej skórki. Słowa Nissary zabrzmiały złowrogo; miały ją przestraszyć, aby wzbudzić w niej szczególną ostrożność. Zabieg zdecydowanie się udał.
– Czar jest skomplikowany, a ponieważ zostanie użyty na drugim człowieku, jak mniemam bez jego wiedzy i zgody, być może nawet wbrew jego woli, kwalifikować się będzie jako czarna magia. To wymaga wzmocnienia artefaktami.
Dziewczyna zdusiła w sobie odruch przewrócenia oczami, ponieważ wspomnienie artefaktów, na dodatek w liczbie mnogiej, nie wróżyło absolutnie nic dobrego.
– Musisz przede wszystkim zdobyć zegar słoneczny z piaskowca. – Zjawa zawiesiła na chwilę głos. – Drugi artefakt niezbędny do czaru czasu pozostawię w tajemnicy, będziesz musiała się o tę informację postarać.
Solvay pomyślała, że przywołanie zjawy z grobu samo w sobie wydawało jej się „staraniem”, ale widocznie Nissara była innego zdania.
– Znajdź chimerę. Tam, gdzie plazma tańczy we mgle na pianie.
– Gdzie? – Dziewczyna uniosła brwi.
– Tam, gdzie plazma tańczy we mgle na pianie. – Nissara podkreśliła ową osobliwą lokalizację tonem, który sugerował, że trzeci raz się nie powtórzy. – Ona powie ci, jaki jest drugi artefakt. Może… może zrobicie dla siebie coś jeszcze – dodała po namyśle.
Solvay nie miała bladego pojęcia, co to może znaczyć; przeczuwała, że Nissara nie mówi jej wszystkiego i że wizyta u chimery, cokolwiek oznaczała, będzie formą dodatkowego testu, zabezpieczenia przed niepowołanym użyciem magii. Westchnęła w myślach, bo całe to przedsięwzięcie nagle przybrało nieoczekiwane rozmiary.
– Na tarczy słonecznej umieść dwie gałązki szałwii nasączonej olejkiem z pędów sosny, najlepiej z Fikka-Lasu, gdyż są najbardziej esencjonalne i dadzą pewność czaru. Jedną gałązkę umieść na godzinie, o której czas ma się zatrzymać, a drugą na tej, o której ma powrócić do swego rytmu. Czar zacznie się, kiedy piaskowy gnomon rzuci cień na pierwszą gałązkę i, analogicznie, skończy się, kiedy przejdzie przez drugą z nich – wyjaśniła Nissara. – Ostatni artefakt… ten, o którym opowie ci chimera… Jeśli go zdobędziesz, będziesz wiedzieć, co z nim zrobić. Kiedy cień na zegarze dogoni pierwszą gałązkę szałwii, promienie słońca muszą odbić się od lustra w kierunku osoby, którą ma objąć czar. Przygotuj więc również lustro.
Solvay notowała każde słowo w swojej głowie. Nissara uniosła dłonie, sięgając tam, gdzie powinna się znajdować jej głowa, i spod srebrzystego kaptura wyciągnęła cienką, błyszczącą nić. Wysunęła ją w stronę dziewczyny.
– Proszę. Jeśli dobrze ci pójdzie u chimery, przyda ci się.
Solvay przejęła nić i ze zdumieniem stwierdziła, że to musiał być włos zjawy. Chłodna magia przepłynęła między nimi w krótkim momencie, w którym obie trzymały migoczącą nitkę. Nie przestawała błyszczeć srebrzystym światłem, kiedy Solvay chowała ją do woreczka, a woreczek do torby.
_– Valluku diku følelsen._
„Dziękuję ci za twoją pomoc”.
_– Vyllan._
„Proszę”.
– Pójdę już – powiedziała Nissara. – Nie mogę zbyt długo przebywać w świecie żywych. Rozmowa z tobą, widok nocnego nieba, zapach cynamonu… to wszystko budzi moją tęsknotę za światem, do którego już nie należę.
Solvay zrobiło się żal zjawy; dziewczyna była dla niej symbolem tego, co kiedyś ją rozczarowało, czego miała już nie zaznać i czego nie mogła już naprawić. Srebrzyste szaty znów zaczęły ciemnieć od dołu i przypominać pląsające cienie, jednak Nissara odwróciła się jeszcze ostatni raz do Solvay i powiedziała:
– Czas wróci odebrać swoje minuty. Przekaż to królowi Laateilis.
Cienie pochłonęły ją niczym języki czarnego ognia. Nissara zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Solvay patrzyła jeszcze przez chwilę na jej grób, a właściwie ich grób: Nissary i jej ukochanego, Tincommiusa. Dopiero teraz zwróciła uwagę, że obok dużego nagrobka stał drugi, mniejszy, należący do ich syna Kaluma.
Oby tym razem Aniołowie dali im, ludziom, więcej szczęścia i rozumu w użyciu zamierzonego czaru.
Z zadumy wyrwało ją miauknięcie Raileigh, która wreszcie podeszła bliżej. Chciała już wracać do domu, więc Solvay podała jej linę przyczepioną do kamiennej płyty.
– Musimy ich przykryć. Żeby mieli spokój. – Po chwili rzuciła jeszcze w powietrze, dziękując magii: – _Valluku_.