Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Vinnēlieg - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
16 lipca 2026
3839 pkt
punktów Virtualo

Vinnēlieg - ebook

To, co miało ocalić królestwo, może stać się początkiem jego końca.

Po rozpadzie Sía Ravalazza świat trwa w kruchym pokoju, podzielony między pięć odmiennych krain. Gdy nad leśnym Laateilis zawisa widmo wojny, król staje przed wyborem – albo odda córkę w ręce wroga, albo narazi królestwo na zagładę. Szansą, by temu zapobiec, staje się zakazany czar. I może go przeprowadzić tylko jedna osoba.

Solvay, czarodziejka władająca suprą czasu, wie, że każda próba jej użycia ma swoją cenę. Choć przez lata unikała mocy, teraz zostaje zmuszona, by wykorzystać ją w grze, od której zależy przyszłość Laateilis. Wysłana na niebezpieczną misję, musi zdobyć pradawny artefakt i stawić czoła siłom działającym według własnych reguł.

Wszystko zaczyna się komplikować, gdy na drodze Solvay pojawia się osoba, która wzbudza w niej nieoczekiwane uczucia. Między obowiązkiem a pożądaniem narasta napięcie, które może zaważyć na losie całego świata.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-660-4
Rozmiar pliku: 880 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

VALLUKU

Runo spo­rej le­śnej po­lan­ki lśni­ło jak klej­not. Rosa po­kry­wa­ła tra­wę, po­lne kwia­ty i śli­skie w do­ty­ku ka­pe­lu­sze grzy­bów, a na nie­bie świe­cił te­raz Prism, je­den z dwóch księ­ży­ców La­ate­ilis, kra­iny nie­mal cał­ko­wi­cie po­kry­tej la­sa­mi. Kie­dy świa­tło Pri­sma pa­da­ło na po­wierzch­nie po­kry­te kro­pel­ka­mi wody, uwal­nia­ła się z nich tę­cza i w ten spo­sób po­la­na – oto­czo­na ze wszyst­kich stron su­chy­mi, bez­list­ny­mi drze­wa­mi o po­wy­gi­na­nych i ra­chi­tycz­nych ga­łę­ziach – wy­glą­da­ła jak krysz­tał osa­dzo­ny w wia­drze smo­ły. Ta­kie wi­do­ki nie były rzad­ko spo­ty­ka­ne w tej czę­ści roku; z tego wła­śnie sły­nął La­ate­ilis. Kon­trast mię­dzy ka­lej­do­sko­po­wą po­la­ną a upior­ną ciem­no­ścią lasu był po­wo­dem, dla któ­re­go war­to było od­wie­dzić le­śną kra­inę wła­śnie w uła­mie Pri­sma.

Moż­na było od­nieść wra­że­nie, że las świe­ci pust­ką. Jed­nak w pew­nym mo­men­cie na po­la­nę z le­wej stro­ny we­szła za­kap­tu­rzo­na po­stać w przy­le­ga­ją­cym do cia­ła kom­bi­ne­zo­nie, wy­po­sa­żo­nym w pas z przy­pię­ty­mi dwo­ma szty­le­ta­mi, twarz zaś gi­nę­ła w ob­szer­nym kap­tu­rze wszy­tym w dłu­gą ciem­no­czer­wo­ną pe­le­ry­nę. Na ra­mie­niu ko­ły­sa­ła się wy­pcha­na do gra­nic moż­li­wo­ści skó­rza­na tor­ba – mu­sia­ła być dość cięż­ka, a mimo to krok po­sta­ci był ci­chy, wart­ki, sprę­ży­sty. U jej boku ma­sze­ro­wa­ła czwo­ro­noż­na pan­te­ra o bia­łych śle­piach, czar­nym, ak­sa­mit­nym fu­trze i nie­to­pe­rzych skrzy­dłach, zło­żo­nych lek­ko na tu­ło­wiu. Wy­glą­da­ły na so­lid­ne i wy­trzy­ma­łe.

Ich ruch był­by nie­mal nie­moż­li­wy do za­re­je­stro­wa­nia dla nie­uważ­ne­go ucha, gdy­by nie od­głos je­dzo­ne­go jabł­ka. Mi­ja­ło chrup­nię­cie za chrup­nię­ciem, aż w koń­cu ode­zwał się głos – moc­ny, dźwięcz­ny i zde­cy­do­wa­nie ko­bie­cy:

– Ogry­zek?

To było py­ta­nie do pan­te­ry, któ­ra te­raz bie­gła przez po­la­nę, uda­jąc, że po­lu­je na ma­lut­kie tę­cze z kro­pel rosy. Mo­men­tal­nie się za­trzy­ma­ła, sko­czy­ła w górę, roz­kła­da­jąc in­stynk­tow­nie ma­je­sta­tycz­ne skrzy­dła, a tam już nad­la­ty­wa­ła do niej reszt­ka owo­cu. Zwie­rzę po­chwy­ci­ło ją w lo­cie, da­jąc po­pis swo­jej zręcz­no­ści.

– Do­bra Ra­ile­igh – po­chwa­li­ła ją dziew­czy­na.

Za­cho­wy­wa­ły się swo­bod­nie, jak gdy­by prze­mie­rza­nie ciem­nych za­ka­mar­ków kra­iny nie bu­dzi­ło w nich zu­peł­nie żad­nych obaw. Prze­szły już pra­wie całą po­la­nę i za chwi­lę mia­ły znik­nąć w le­sie.

Za od­da­lo­nym o dzie­sięć me­trów drze­wem cza­ił się tre­frykt. Jego bia­łe śle­pia wy­zie­ra­ły spod ga­łę­zi, ba­dy­li i dre­wie­nek, uszy­tych w tkan­kę stwo­ra. Był wyż­szy niż prze­cięt­ny czło­wiek, miał nogi, ręce i tu­łów, a każ­da część skła­da­ła się z wy­su­szo­nych, splą­ta­nych pa­ty­ków. Pa­trzył nie­śmia­ło na zbli­ża­ją­ce się po­sta­ci. Wy­glą­dał jak kosz­mar sen­ny, a Ra­ile­igh, któ­ra wy­czu­ła go z da­le­ka, ob­na­ży­ła zęby i za­war­cza­ła; spię­ła cia­ło w go­to­wo­ści do sko­ku.

– Spo­koj­nie, Ra­ile­igh. Zo­staw go. Nic nam nie zro­bi.

W kra­inie Lasu, w któ­rej przez pra­wie cały rok trwa­ła noc, ła­two było bać się wła­sne­go cie­nia. Jed­ną ze sztuk prze­trwa­nia było od­róż­nia­nie nie­bez­piecz­nych be­stii od tych, któ­re po pro­stu za­miesz­ki­wa­ły swój te­ren. I przy­glą­da­ły się przy­by­szom z cie­ka­wo­ścią – jak tre­frykt.

Dziew­czy­na się­gnę­ła do tor­by, wy­ję­ła z niej dru­gie jabł­ko i rzu­ci­ła tre­fryk­to­wi. Wie­dzia­ła, że ten go nie zje, tyl­ko uży­je go do za­ba­wy; i rze­czy­wi­ście, pa­ty­czak za­czął pod­rzu­cać owoc jak pił­kę. Ła­pał ją nie­zdar­nie w swo­je pal­ce-ró­zgi i wy­da­wał dźwięk, jak­by śmiał się i cie­szył. Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się do nie­go, kie­dy ra­zem z Ra­ile­igh go mi­ja­ły.

Szły już dość dłu­go przez względ­nie spo­koj­ny Su­chy Las. Tej nocy w La­ate­ilis ob­cho­dzo­no świę­to Vin­ter­næt­ter – po­le­ga­ło ono na od­da­wa­niu czci zmar­łym. Z tej oka­zji wy­pra­wia­no ce­le­bra­cje o róż­no­ra­kim cha­rak­te­rze: od tych naj­bar­dziej gor­li­wych i mo­dli­tew­nych, przez neu­tral­ne, czy­sto dzięk­czyn­ne, aż po ob­rzę­dy zu­peł­nie hip­no­ty­zu­ją­ce, trans­owe, nie tyl­ko od­da­ją­ce sza­cu­nek śmier­ci, ale też zmy­sło­wo i z pa­sją wiel­bią­ce ży­cie. Vin­ter­næt­ter od­by­wa­ło się zwy­kle pod go­łym nie­bem, w więk­szych i mniej­szych grup­kach lu­dzi pa­lą­cych ogni­ska, do któ­rych wrzu­ca­no ele­men­ty gar­de­ro­by w roz­ma­itych in­ten­cjach – im bar­dziej skom­pli­ko­wa­na in­ten­cja, tym bo­gat­szy ubiór gi­nął w pło­mie­niach, oczy­wi­ście za­le­że­nie od moż­li­wo­ści świę­tu­ją­cych. Pra­gną­ce mi­ło­ści ko­bie­ty po­tra­fi­ły po­świę­cić nie­jed­ną bo­ga­to ha­fto­wa­ną suk­nię, aby bar­dziej przy­po­do­bać się Anio­łom, za to męż­czyź­ni szu­ka­ją­cy rze­mio­sła naj­czę­ściej pa­li­li rę­ka­wi­ce lub na­kry­cia gło­wy.

Stwo­ry i be­stie, ta­kie jak skrzy­dla­ta pan­te­ra, nie prze­pa­da­ły jed­nak za tą szcze­gól­ną nocą, gdyż oprócz skła­da­nia hoł­du zmar­łym przod­kom w wie­lu miej­scach pró­bo­wa­no ich też przy­wo­łać, od cze­go ma­gicz­ne isto­ty wo­la­ły się trzy­mać z da­le­ka. Zmar­li, któ­rzy prze­kra­cza­li tej nocy ba­rie­rę ży­cia, wy­wo­ły­wa­li w nich nie­po­kój; naj­lep­szą bro­nią be­stii jest bo­wiem za­da­wa­nie śmier­ci, a zda­je się to broń wy­so­ce nie­sku­tecz­na wo­bec nie­ży­wych.

Dziew­czy­na ro­zej­rza­ła się po le­sie, któ­ry wy­da­wał się w każ­dym miej­scu wy­glą­dać tak samo, jed­nak ona po­tra­fi­ła roz­róż­nić jego cha­rak­te­ry­stycz­ne ele­men­ty, jak na przy­kład uno­szą­cy się przed nimi rój świe­tli­ków czy sym­bol wy­ry­ty w ko­rze drze­wa.

– Już nie­da­le­ko – orze­kła, ko­mu­ni­ku­jąc się z pan­te­rą dość oszczęd­nie.

Ma­sze­ro­wa­ły jesz­cze oko­ło pół go­dzi­ny, za­nim doj­rza­ły w głę­bi lasu le­d­wie wi­docz­ną, cał­ko­wi­cie po­ro­śnię­tą mchem bra­mę. Dziew­czy­na spoj­rza­ła na swo­ją czwo­ro­noż­ną to­wa­rzysz­kę i za­wy­ro­ko­wa­ła krót­ko:

– Je­ste­śmy.

Pan­te­ra wzdry­gnę­ła się, jak­by to wca­le nie była do­bra wia­do­mość. Bra­ma ani drgnę­ła, kie­dy spró­bo­wa­ły ją otwo­rzyć.

– To nic – za­pew­ni­ła za­kap­tu­rzo­na po­dróż­nicz­ka (chy­ba bar­dziej sie­bie niż Ra­ile­igh, któ­rej naj­wy­raź­niej było wszyst­ko jed­no).

Sta­nę­ła w nie­wiel­kim roz­kro­ku na­prze­ciw­ko po­kaź­nej furt­ki i dwa razy stuk­nę­ła złą­czo­ny­mi pal­ca­mi ser­decz­nym i środ­ko­wym o otwar­tą dłoń le­wej ręki. Na­stęp­nie pra­wy kciuk ufor­mo­wał z pal­cem ser­decz­nym koło, ob­ra­ca­jąc nad­gar­stek tak, aby kciuk znaj­do­wał się u góry. Te­raz pra­wa dłoń ode­rwa­ła się od le­wej, tym ra­zem z pal­ca­mi wy­pro­sto­wa­ny­mi w dół – obie dło­nie były skie­ro­wa­ne we­wnętrz­ny­mi stro­na­mi do sie­bie. Kciu­ki po­łą­czy­ły się z pal­ca­mi środ­ko­wy­mi, a na­stęp­nie oba punk­ty sty­ku do­tknę­ły się, two­rząc coś na kształt zna­ku nie­skoń­czo­no­ści, po czym dziew­czy­na ob­ró­ci­ła dło­nie w prze­ciw­nych kie­run­kach i bra­ma lek­ko syk­nę­ła zna­jo­mym dźwię­kiem, któ­ry wy­da­wa­ła z sie­bie ma­gia.

Ze zmur­sza­łe­go zam­ka po­le­cia­ła iskra, za chwi­lę brzęk­nął i po chwi­li przej­ście sta­ło otwo­rem.

– _Val­lu­ku._

„Dzię­ku­ję ci”. Ma­gii za­wsze wy­pa­da­ło po­dzię­ko­wać.

Prze­śli­zgnę­ły się do środ­ka i ich oczom uka­zał się nie­wiel­ki cmen­tarz, na któ­rym pa­no­wa­ła bez­względ­na ci­sza. Ja­sne ka­mie­nie wy­bi­ja­ły się na tle ciem­nej, nie­mal czar­nej ściół­ki, a nad zie­mią uno­si­ła się de­li­kat­na mgła. Jed­ne na­grob­ki były nie­wiel­kie, skrom­ne, inne bar­dziej oka­za­łe, pra­wie wszyst­kie jed­nak za­nie­dba­ne, po­ro­śnię­te mchem tak samo jak bra­ma. Tyl­ko nie­licz­ne błysz­cza­ły w księ­ży­co­wej, roz­pro­szo­nej przez mgłę po­świa­cie.

Dziew­czy­na przez chwi­lę wy­glą­da­ła, jak­by nie do koń­ca wie­dzia­ła, cze­go szu­ka, ale za chwi­lę jej wzrok padł na pły­tę na­grob­ną w głę­bi, na prze­ciw­le­głym krań­cu cmen­ta­rza, w środ­ku alej­ki. U jej szczy­tu wid­niał na­gro­bek, któ­re­go z da­le­ka nie mo­gła prze­czy­tać, jed­nak z boku zbu­do­wa­no wie­życz­kę z wy­ku­tym ze­ga­rem i sło­wa­mi w sta­ro­daw­nym ję­zy­ku.

Cza­ro­dziej­ka prze­tłu­ma­czy­ła na głos:

_Księ­życ ten sam, któ­ry do­brze znam,_

_Blask z mo­rza łez, gdym u śmier­ci bram._

_–_ To ten, Ra­ile­igh. – Przy­spie­szy­ła kro­ku. – To ten!

Oczy za­świe­ci­ły jej się jak dziec­ku, któ­re zna­la­zło skarb. Była już tak bli­sko, że bez pro­ble­mu mo­gła od­czy­tać na­pis na na­grob­ku:

NIS­SA­RA I TIN­COM­MIUS

Skrzy­dla­ta pan­te­ra mruk­nę­ła, jak­by z apro­ba­tą.

– Do­brze, do ro­bo­ty – za­rzą­dzi­ła. – Ra­ile­igh, zbierz tro­chę chru­stu i pa­ty­ków na ogni­sko.

Pan­te­ra po­słusz­nie wy­bra­ła się na po­szu­ki­wa­nia ma­te­ria­łu opa­ło­we­go, o co na szczę­ście w Su­chym Le­sie było szcze­gól­nie ła­two, dziew­czy­na zaś z pew­ną ulgą zdję­ła wresz­cie tor­bę i za­czę­ła roz­ma­so­wy­wać so­bie ra­mię, któ­re mu­sia­ło już być lek­ko nad­wy­rę­żo­ne. Za­war­tość to­bo­łu oka­za­ła się za­ska­ku­ją­ca, po­nie­waż skła­da­ła się nie­mal wy­łącz­nie z po­ży­wie­nia: w pa­pie­ro­wych tor­bach za­wi­nię­ty był ka­wał świe­że­go chle­ba, por­cja wo­ło­wi­ny w zio­łach, je­den ape­tycz­ny ziem­niak w mun­dur­ku z roz­ma­ry­no­wym ma­słem, aro­ma­tycz­ne cia­sto cy­na­mo­no­we, a na­wet szkla­ne sło­icz­ki z odro­bi­ną zupy ce­bu­lo­wej i sosu pie­cze­nio­we­go.

Wszyst­ko to zo­sta­ło roz­ło­żo­ne na por­ce­la­no­wych ta­ler­zach z in­kru­sto­wa­ny­mi brze­ga­mi w kształ­cie ga­łę­zi z list­ka­mi; w gór­nej czę­ści na­czyń wid­nia­ło ja­de­ito­we „L” jak La­ate­ilis – znak roz­po­znaw­czy za­sta­wy po­cho­dzą­cej z pa­ła­cu. Uczta wy­glą­da­ła co naj­mniej gro­te­sko­wo: naj­lep­sze ką­ski z kró­lew­skie­go sto­łu po­da­ne na śnież­no­bia­łym ob­ru­sie wśród cmen­tar­ne­go oto­cze­nia.

Kil­ko­ma spraw­ny­mi ru­cha­mi dło­ni dziew­czy­na wznie­ci­ła ogień na przy­go­to­wa­nym przez pan­te­rę sto­sie drew­na i wrzu­ci­ła do nie­go nie­chęt­nie je­dwab­ną chu­s­tę, wzdy­cha­jąc cięż­ko. Było jej żal pięk­ne­go ka­le­doń­skie­go ma­te­ria­łu, ale li­czy­ła na to, że Anio­ło­wie wy­na­gro­dzą jej po­świę­ce­nie ła­ską suk­ce­su w ca­łym tym przed­się­wzię­ciu. Przy­wo­ła­nie zja­wy z kra­iny wiecz­ne­go snu to była pest­ka w po­rów­na­niu z tym, o co trze­ba było ją po­pro­sić.

– Pra­wie go­to­we. – Dziew­czy­na spoj­rza­ła na Ra­ile­igh. – Ale mu­szę jesz­cze zdjąć ka­mień z gro­bu. Przez ka­mień się nie uda.

Pan­te­ra spoj­rza­ła na nią, jak­by chcia­ła swo­imi bia­ły­mi, błysz­czą­cy­mi ocza­mi za­py­tać: „Nie masz na to ja­kiejś ma­gii?”.

– Wolę nie uży­wać za dużo cza­rów, żeby nie osła­bić we­zwa­nia. – Wy­cią­gnę­ła z tor­by dwie liny; ob­wią­za­ła nimi ka­mień po obu stro­nach. Po­da­ła jed­ną koń­ców­kę liny pan­te­rze, a ta po­chwy­ci­ła ją py­skiem. – Na trzy. Raz, dwa…

Pły­ta po­ru­szy­ła się o kil­ka cen­ty­me­trów po stro­nie dziew­czy­ny i do­bre pół me­tra po stro­nie pan­te­ry; zwie­rzę mu­sia­ło być nie­zwy­kle sil­ne. Chwi­lę jesz­cze si­ło­wa­ły się z cię­ża­rem, choć więk­szość pra­cy wy­ko­na­ła Ra­ile­igh i póź­niej cią­gnę­ła już obie liny jed­no­cze­śnie. W koń­cu się uda­ło i pły­ta opa­dła z głu­chym ło­sko­tem na zie­mię.

Dziew­czy­na odro­bi­nę się spo­ci­ła, ale by­naj­mniej nie z wy­sił­ku. Po­tar­ła de­li­kat­nie czo­ło i wzię­ła głę­bo­ki od­dech; te­raz po raz pierw­szy wi­dać było po niej lek­kie zde­ner­wo­wa­nie.

– W po­rząd­ku – po­wta­rza­ła szep­tem jak­by sama do sie­bie. – W po­rząd­ku.

Uklę­kła na jed­no ko­la­no, wy­cią­gnę­ła rękę i po­ło­ży­ła ją pew­nie na na­grob­ku.

– _Mi gal­ne­ku, Nis­sa­ra-kall_.

„Przy­zy­wam cię, Nis­sa­ro”.

Jej głos był mięk­ki, sen­ny.

– _Mi vram­pe dat­ku gve­rin­spø. Vyl­lan, gal­ne­ku pomi ä Vin­ter­næt­ter, Nis­sa­ra-kall._

„Mam dla cie­bie dary. Pro­szę, przy­bądź do mnie w świę­to Vin­ter­næt­ter, Nis­sa­ro”.

Ję­zyk sta­ro­daw­ny brzmiał prze­pięk­nie, był szcze­gól­nie me­lo­dyj­ny ze wzglę­du na swo­je ak­cen­to­wa­nie – każ­da sy­la­ba wy­ma­ga­ła in­nej mo­du­la­cji gło­su, a spół­gło­ski ta­kie jak „l” czy „k” były uro­czo wy­róż­nia­ne, odro­bi­nę prze­cią­ga­ne, jak­by mów­czy­ni chcia­ła je za­trzy­mać tro­chę dłu­żej na ję­zy­ku.

Nad gro­bem, któ­ry te­raz był od­sło­nię­ty, tak że wi­dać było wi­ją­ce się w zie­mi ro­ba­ki, za­czę­ły zbie­rać się cie­nie. Dziew­czy­na pod­nio­sła gło­wę, żeby się im przyj­rzeć; jej usta roz­chy­li­ły się w lek­kim, wy­ra­ża­ją­cym za­fa­scy­no­wa­nie uśmie­chu. Pan­te­ra zaś ode­szła da­lej, niby mi­mo­cho­dem, ale jed­nak nie­co sku­lo­na, jak­by od­czu­wa­ła spo­ry dys­kom­fort. Cie­nie za­czy­na­ły po­wol­nie wi­ro­wać wo­kół sie­bie, gęst­nieć, przy­bie­rać sre­brzy­stą bar­wę, za­pew­ne od­bi­tą od świa­tła księ­ży­ca, któ­ry wi­siał wy­so­ko po­nad wierz­choł­ka­mi wy­su­szo­nych drzew, aż w koń­cu ufor­mo­wa­ły syl­wet­kę ko­bie­ty odzia­nej w dłu­gie sza­ty, jed­nak z pust­ką zie­ją­cą w miej­scu, w któ­rym po­win­na znaj­do­wać się twarz.

– _Ar­kee or­de­bie­mi ä Vin­ter­næt­ter?_

„Kto mnie bu­dzi w świę­to Vin­ter­næt­ter?”.

Dziew­czy­na wsta­ła z ko­la­na i spoj­rza­ła na szep­czą­cą zja­wę, któ­ra nie brzmia­ła na roz­gnie­wa­ną.

Od­chrząk­nę­ła.

_– Sige So­lvay-kall, Krüne Haxa, kman ot­tu­le fe­eri­gor­ku._

„Je­stem So­lvay, Krüne Haxa, i przy­szłam za­dać ci py­ta­nie”.

*

_Sía Ra­va­laz­za, Rocz­ni­ki_

_Związ­ki lu­dzi po­spo­li­cie uro­dzo­nych z tymi, któ­rzy wy­ka­zu­ją moc ma­gii, nie są za­bro­nio­ne ani pięt­no­wa­ne. Hi­sto­ria no­tu­je wie­le ta­kich przy­pad­ków, w tym na przy­kład mał­żeń­stwo Gu­sta­va i Käthe czy – o wie­le mniej po­cie­sza­ją­ca, acz owia­na le­gen­dą – więź Nis­sa­ry i Tin­com­miu­sa._

_Opo­wieść ta za­czy­na się, gdy cza­ro­dziej­ka o drze­mią­cej w niej ma­gii roz­po­rzą­dza­nia cza­sem, Nis­sa­ra, na­po­tka­ła na swej dro­dze mia­stecz­ko, w któ­rym wiódł ży­wot mło­dzie­niec imie­niem Tin­com­mius. Stru­dzo­na wę­drów­ką ko­bie­ta otrzy­ma­ła schro­nie­nie w domu mat­ki Tin­com­miu­sa, gdzie za­pu­ka­ła z proś­bą o noc­leg. Otrzy­ma­ła to, o co pro­si­ła, a tak­że zo­sta­ła po­bło­go­sła­wio­na da­rem mi­ło­ści. Nis­sa­ra bo­wiem za­ko­cha­ła się w swym wy­bran­ku od pierw­sze­go wej­rze­nia, za­miesz­ka­ła w wio­sce i czy­ni­ła w niej do­bro dzię­ki swej ma­gicz­nej mocy._

_Czas upły­wał, a dwo­je za­ko­cha­nych upew­nia­ło się, że ich mi­łość jest praw­dzi­wa i dłu­go­wiecz­na. Oglą­da­li we­spół gwiaz­dy na noc­nym nie­bo­skło­nie, zbie­ra­li zio­ła do uzdra­wia­ją­cych na­pa­rów, spa­ce­ro­wa­li wśród le­śnych za­gaj­ni­ków i cie­szy­li się sobą na­wza­jem. Wkrót­ce Tin­com­mius po­pro­sił o rękę Nis­sa­ry, a ona przy­ję­ła oświad­czy­ny z naj­więk­szą ra­do­ścią. W ocze­ki­wa­niu na wiel­ki dzień zaj­mo­wa­li się swo­imi spra­wa­mi, jed­nak któ­re­goś razu nad wio­skę nad­cią­gnę­ła bu­rza od stro­ny mórz. Zwy­kle spo­koj­ne nie­bo roz­bły­sło pio­ru­na­mi, a ule­wa pod­to­pi­ła nie­któ­re domy. Tin­com­mius po­sta­no­wił spraw­dzić, czy jego uko­cha­na jest bez­piecz­na; wy­biegł z domu i choć nie miał do po­ko­na­nia dłu­giej dro­gi, tuż przed do­mem Nis­sa­ry ra­ził go je­den z pio­ru­nów._

_Cza­ro­dziej­ka wy­bie­gła przed cha­tę, za­nie­po­ko­jo­na gło­śnym wy­strza­łem. Kie­dy zo­ba­czy­ła dy­mią­ce się cia­ło Tin­com­miu­sa i po­ję­ła, co się wy­da­rzy­ło, jej la­ment usły­sza­no w ca­łej oko­li­cy. Tin­com­mius zo­stał po­cho­wa­ny na­stęp­ne­go dnia, ale Nis­sa­ra zde­cy­do­wa­na była przy­wró­cić ży­cie lu­be­mu. Jako wła­da­ją­ca rzad­ką mocą cza­su prze­czy­ta­ła wszyst­kie księ­gi i roz­py­ta­ła wszyst­kich cza­row­ni­ków, któ­rzy mo­gli jej po­móc w opra­co­wa­niu cza­ru, któ­re­go nikt wcze­śniej nie od­wa­żył się użyć – cza­ru co­fa­ją­ce­go czas._

_Mi­nę­ło sie­dem lat od śmier­ci Tin­com­miu­sa, kie­dy Nis­sa­ra była go­to­wa prze­pro­wa­dzić ma­gicz­ną pró­bę. W swo­im po­ko­le­niu nie mia­ła so­bie rów­nych, a jej po­tę­ga za­dzi­wi­ła na­wet ją samą, kie­dy czar się po­wiódł i na­gle ock­nę­ła się sie­dem lat wcze­śniej, w noc bu­rzy, któ­ra zgu­bi­ła Tin­com­miu­sa. Czas jed­nak ostrzegł ją, że wró­ci ode­brać swo­je sie­dem lat, al­bo­wiem ma­te­ria cza­su jest de­li­kat­na i musi być w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku w rów­no­wa­dze. Co zo­sta­ło prze­dłu­żo­ne, skra­ca się gdzieś w in­nym swym ka­wał­ku lub wy­mia­rze, nie da­jąc ma­gii szans na oszu­ka­nie fun­da­men­tów wszech­rze­czy. Nis­sa­ra po­bie­gła do domu Tin­com­miu­sa, za­nim nie­bo na po­wrót usła­ło się pio­ru­na­mi, a męż­czy­zna tej nocy zo­stał bez­piecz­ny._

_Nis­sa­ra i Tin­com­mius po­bra­li się i do­cze­ka­li po­tom­ka. Ko­bie­ta po­wi­ła chłop­ca imie­niem Ka­lum. Nis­sa­ra już wię­cej nie ko­rzy­sta­ła ze swo­ich naj­po­tęż­niej­szych mocy, je­dy­nie le­czy­ła cho­rych w wio­sce i po­ma­ga­ła są­sia­dom, uży­wa­jąc po­spo­li­tej ma­gii. Któ­re­goś dnia wie­sza­ła w nie­wiel­kim ogro­dzie świe­żo wy­pra­ną pie­rzy­nę, gdy w bla­sku księ­ży­ca uj­rza­ła Tin­com­miu­sa, pro­wa­dzą­ce­go Ka­lu­ma do domu z miej­sco­wej szko­ły. Po­ma­cha­ła im, a oni uśmiech­nę­li się do niej – i był to ostat­ni raz, kie­dy ich wi­dzia­ła._

_Ma­te­ria cza­su za­fa­lo­wa­ła przed nią, prze­no­sząc ją sie­dem lat do przo­du. Nis­sa­ra obu­dzi­ła się w swej cha­cie, lecz nie mo­gła ni­g­dzie zna­leźć mał­żon­ka ani syna. W wio­sce nie było wie­lu zna­jo­mych jej twa­rzy, ale w koń­cu roz­po­zna­ła w jed­nej z ko­biet mat­kę Tin­com­miu­sa. Za­py­ta­ła ją, gdzie może go zna­leźć, na co ko­bie­ta z pust­ką w oczach od­par­ła, że na cmen­ta­rzu – tam, gdzie trzy lata wcze­śniej za­bra­ła jej syna i wnu­ka za­ra­za._

_Nis­sa­ra spę­dzi­ła resz­tę ży­cia w izo­la­cji. Stu­dio­wa­ła za­gad­nie­nie cza­su do koń­ca swych dni, ży­jąc w od­osob­nie­niu. Ni­g­dy już nie od­wa­ży­ła się ma­ni­pu­lo­wać ni­cią kon­ti­nu­um._

_Hi­sto­ria ta, choć tra­gicz­na, do­wo­dzi, że cza­row­ni­cy i lu­dzie mogą więc za­wie­rać mał­żeń­stwa, a tak­że wy­cho­wy­wać wspól­ne po­tom­stwo bez na­pięt­no­wań. Jest to zu­peł­nie po­wszech­ne zja­wi­sko, się­ga­ją­ce cza­sów._

*

– A więc ro­zu­miesz sta­ro­mo­wę Sía Ra­va­laz­zy – za­uwa­ży­ła Nis­sa­ra.

Jej syl­wet­ka wy­glą­da­ła upior­nie, ale zja­wa nie spra­wia­ła wra­że­nia wście­kłej. To jed­nak mo­gło się w mgnie­niu oka zmie­nić; to­wa­rzy­stwo du­chów by­wa­ło ka­pry­śne i nie­prze­wi­dy­wal­ne, zwłasz­cza kie­dy nie przy­by­wa­ło się do nich bez­in­te­re­sow­nie.

– Tak, moja mat­ka uczy­ła mnie tego ję­zy­ka od dziec­ka – od­par­ła So­lvay, wy­cią­ga­jąc jabł­ko z tor­by. Już mia­ła je ugryźć, ale za­py­ta­ła naj­pierw: – Nie masz nic prze­ciw­ko?

Zja­wa tyl­ko prze­su­nę­ła za­chę­ca­ją­co dło­nią.

– Nie je­steś zła, że cię przy­zwa­łam?

– Nie… jesz­cze nie – do­da­ła po na­my­śle Nis­sa­ra. – Zo­ba­czy­my, jak mi się spodo­ba two­je py­ta­nie. I two­je dary. Co mi przy­nio­słaś z oka­zji Vin­ter­næt­ter?

– Ofia­ru­ję ci naj­lep­sze spe­cja­ły z dwo­ru kró­lew­skie­go: pie­czeń, zupa ce­bu­lo­wa, cia­sto cy­na­mo­no­we… Och­mi­strzy­ni chcia­ła upiec dy­nio­we, ale uwa­żam, że cy­na­mo­no­we jest znacz­nie lep­sze, ma taki pysz­ny krem na wierz­chu. – So­lvay opo­wia­da­ła o przy­sma­kach, po­ka­zu­jąc, co gdzie jest. Brzmia­ła tro­chę jak prze­kup­ka na tar­gu, ale chcia­ła od­wlec mo­ment, w któ­rym bę­dzie mu­sia­ła przejść do sed­na. – Wszyst­ko po­da­ne na kró­lew­skich ta­ler­zach, in­kru­sto­wa­nych masą per­ło­wą i przy­ozdo­bio­nych ja­de­item, o tu, w kształ­cie tych ma­łych list­ków.

– Hmm – za­mru­cza­ła zja­wa. – Je­stem za­do­wo­lo­na, ale roz­bu­dzi­łaś też moją cie­ka­wość. Kró­lew­skie ta­le­rze… – Gdy­by Nis­sa­ra mia­ła oczy, z pew­no­ścią wo­dzi­ła­by te­raz nimi po uczcie, a po­tem prze­nio­sła­by spoj­rze­nie na So­lvay. – Nie je­steś przy­pad­ko­wą cza­ro­dziej­ką. Przy­by­wasz z dwo­ru, wy­bu­dzasz mnie w Vin­ter­næt­ter i masz py­ta­nie. Cze­go więc chce ode mnie król?

So­lvay prze­łknę­ła kęs jabł­ka. Ro­zu­mo­wa­nie Nis­sa­ry było bez za­rzu­tu, przy­by­ła bo­wiem z kró­lew­skie­go po­le­ce­nia, jed­nak mimo to So­lvay wie­dzia­ła, że trud­no bę­dzie na­kło­nić zja­wę do wy­ja­wie­nia po­trzeb­nych jej in­for­ma­cji.

– Wie­my, że nikt w hi­sto­rii cza­row­ni­ków nie wła­dał cza­sem tak, jak ty. – So­lvay ści­szy­ła głos, na co Nis­sa­ra w od­po­wie­dzi wy­da­ła z sie­bie ni­skie, ostrze­gaw­cze wark­nię­cie. Jej srebr­ne sza­ty za­fa­lo­wa­ły gniew­nie, mimo bra­ku wia­tru. To był znak, że część ban­kie­to­wa spo­tka­nia do­bie­gła koń­ca. – Ja też je­stem… ja też po­tra­fię ro­bić rze­czy z cza­sem, tyl­ko nad nimi nie pa­nu­ję.

– Za­tem ich nie rób. – Nis­sa­ra pod­nio­sła głos. – Po co w ogó­le in­te­re­su­jesz się tą mocą?

Re­ak­cja zja­wy utwier­dzi­ła So­lvay w prze­ko­na­niu, że mi­sja płyn­nie we­szła w fazę kom­pli­ka­cji.

– In­te­re­su­ję się nią, po­nie­waż ją po­sia­dam. A to, z ja­kim skut­kiem się nią po­słu­gu­ję, za­le­ży tyl­ko od tego, na ile po­tra­fię ją kon­tro­lo­wać. Dar ujaw­nia się mi­mo­wol­nie, czy tego chcę, czy nie.

– Dar… – prych­nę­ła Nis­sa­ra. – Ra­czej prze­kleń­stwo.

– Wiem, że nie spodo­ba ci się moja proś­ba, ale przy­naj­mniej mnie wy­słu­chaj. – Dziew­czy­na wy­rzu­ci­ła ogry­zek za sie­bie, wy­cie­ra­jąc ręce o spodnie kom­bi­ne­zo­nu. Ogryz­kiem przez chwi­lę za­in­te­re­so­wa­ła się pan­te­ra, ale osta­tecz­nie po­sta­no­wi­ła tkwić da­lej w swo­im pół­u­kry­ciu. – Chcę… mu­szę na­uczyć się za­trzy­my­wa­nia czy­jejś in­dy­wi­du­al­nej li­nii cza­su.

Po­wie­trze wo­kół Nis­sa­ry huk­nę­ło głu­chym dźwię­kiem tak gło­śno, że So­lvay bez­wied­nie cof­nę­ła się o pół kro­ku, a Ra­ile­igh za­skom­la­ła krót­ko, za­nim zdą­ży­ła się opa­no­wać.

– Jak śmiesz wzy­wać mnie w świę­to zmar­łych i wy­py­ty­wać o czar cza­su! – Zja­wa po raz pierw­szy zmie­ni­ła po­zy­cję: schy­li­ła się, przy­su­nę­ła pu­stą twarz do So­lvay i są­czy­ła swo­je sło­wa, wy­raź­nie roz­złosz­czo­na.

Dziew­czy­na stłu­mi­ła w so­bie cały lęk, któ­ry w niej wez­brał, i przy­bli­ży­ła się w stro­nę zja­wy. Wie­dzia­ła, że to pró­ba sił, star­cie cha­rak­te­rów.

– Kra­ina jest w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Ci­sza. Brak od­po­wie­dzi.

– Gro­zi nam woj­na, je­śli nie po­mo­gę kró­lo­wi.

Da­lej nic.

– Mogę po­móc tyl­ko w ten spo­sób. Tyl­ko ma­newr cza­sem nas oca­li.

Nis­sa­ra za­śmia­ła się gorz­ko.

– Tyl­ko ma­newr cza­sem was oca­li, tak? Kto tak twier­dzi?

– Król.

– W ta­kim ra­zie król jest głup­cem – za­szy­dzi­ła Nis­sa­ra.

So­lvay ze­sztyw­nia­ła. Pierw­szy raz sły­sza­ła, żeby ktoś w ten spo­sób wy­po­wia­dał się o mo­nar­sze La­ate­ilis. Zja­wa wręcz ją zi­ry­to­wa­ła.

– Król jest…

– Głup­cem! – za­grzmia­ła po­now­nie Nis­sa­ra, jesz­cze do­bit­niej pod­kre­śla­jąc wy­bra­ny epi­tet. – Każ­dy, kto pró­bu­je ma­czać pal­ce w bie­gu cza­su, jest głup­cem. Ty rów­nież.

W po­rząd­ku, po­my­śla­ła So­lvay. Prze­łknę to.

– Wiesz w ogó­le, jaki jest plan kró­la? Ja­kie jest nie­bez­pie­czeń­stwo? Komu bę­dziesz mu­sia­ła za­trzy­mać li­nię cza­su?

So­lvay mil­cza­ła. Nie zna­ła od­po­wie­dzi na żad­ne z tych py­tań, po­nie­waż tak się zło­ży­ło, że do­pie­ro co za­koń­czy­ła mi­sję han­dlo­wą w in­nej kra­inie, któ­rej wy­ni­kiem było za­opa­trze­nie la­bo­ra­to­ryj­ne­go apo­te­ka­rium w spo­ry za­pas sre­brzy­ste­go lo­to­su. Nowy roz­kaz otrzy­ma­ła za­le­d­wie kil­ka go­dzin wcze­śniej, na­tych­miast po po­wro­cie do pa­ła­cu, a że wy­bu­dze­nia Nis­sa­ry moż­na było do­ko­nać je­dy­nie w świę­to Vin­ter­næt­ter, mu­sia­ła ru­szać pra­wie od razu, bez mar­no­wa­nia cen­ne­go cza­su na py­ta­nia – była pod­wład­ną i przede wszyst­kim wy­peł­nia­ła po­le­ce­nia. Po pierw­sze, udać się na grób Nis­sa­ry, po dru­gie, otrzy­mać in­struk­cję prze­pro­wa­dze­nia cza­ru, po trze­cie, w od­po­wied­nim cza­sie, do­ko­nać ma­gii. To wszyst­ko, cze­go zdą­ży­ła się do­wie­dzieć.

Cza­ro­dziej­ka nie mia­ła po­my­słu na to, jak sen­sow­nie prze­rwać ci­szę, nie zdra­dza­jąc się bez­myśl­nie z fak­tem, że bra­ko­wa­ło jej zna­jo­mo­ści kon­tek­stu mi­sji, z któ­rą przy­by­ła. Mia­ła na­dzie­ję, że ar­gu­ment o po­ten­cjal­nej zgu­bie kra­iny bę­dzie dla zja­wy bar­dziej prze­ko­nu­ją­cy, tym­cza­sem nie wy­glą­da­ło na to, żeby zro­bił na niej ja­kieś pio­ru­nu­ją­ce wra­że­nie.

Za­nim zdą­ży­ła się ode­zwać, Nis­sa­ra prze­mó­wi­ła pierw­sza, tym ra­zem mięk­ko, tak jak na po­cząt­ku:

– Ach, jak daw­no nie wi­dzia­łam świa­tła księ­ży­ca. Mój uko­cha­ny Prism. – Przez chwi­lę tkwi­ła za­wie­szo­na w po­wie­trzu ze swym srebr­nym kap­tu­rem unie­sio­nym ku nie­bu. – Dzię­ku­ję, że mnie od­wie­dzi­łaś; na­wet je­śli tyl­ko dla­te­go, że cze­goś ode mnie po­trze­bo­wa­łaś. Ta­le­rze są pięk­ne.

So­lvay za­czę­ły gryźć wy­rzu­ty su­mie­nia.

– Prze­pra­szam, je­śli cię ura­zi­łam, Nis­sa­ro. Znam two­ją hi­sto­rię, stu­dio­wa­łam twój ży­cio­rys na pod­sta­wie Rocz­ni­ków. Roz­mo­wa z tobą to dla mnie wiel­ki za­szczyt. Czu­ję, że za spra­wą na­szej… nie­spo­ty­ka­nej mocy je­ste­śmy w pew­nym sen­sie so­bie po­krew­ne.

– Chro­nos to bar­dzo rzad­ka moc – przy­zna­ła nie­chęt­nie Nis­sa­ra, te­raz brzmia­ła ła­god­niej.

– Wiem, jak ry­zy­kow­ne jest ma­ni­pu­lo­wa­nie cza­sem, i ro­zu­miem, jak fa­tal­nie może się skoń­czyć. Ale do­pusz­czam też moż­li­wość, że moż­na obejść się z ma­gią cza­su mą­drze, wy­ko­rzy­stać ją wła­ści­wie. W koń­cu zo­sta­ła nam ona prze­ka­za­na… w ja­kimś celu. – Dziew­czy­na nie była pew­na, czy bar­dziej prze­ko­nu­je Nis­sa­rę, czy samą sie­bie.

– Mó­wi­łaś, że twój czar już się ujaw­nił. Co po­tra­fisz z nim zro­bić?

So­lvay wbi­ła wzrok w zie­mię i za­czer­wie­ni­ła się ze wsty­du.

– Wła­ści­wie to nic. Nic waż­ne­go. Parę razy moc po pro­stu ujaw­ni­ła się przy­pad­ko­wo; po raz pierw­szy, kie­dy by­łam dziec­kiem, i stąd wie­dzie­li­śmy, że nią wła­dam. Dłu­go uczy­łam się kon­tro­lo­wać ją tak, aby po pro­stu po­zo­sta­wa­ła w uśpie­niu, ale w szko­le prze­sta­ło to być moż­li­we. Moc za bar­dzo wy­cho­dzi­ła na wierzch ma­gii, któ­rą ope­ro­wa­łam na co dzień na za­ję­ciach.

– I co wte­dy zro­bi­łaś? – drą­ży­ła Nis­sa­ra.

So­lvay wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Pod­ję­łam na­ukę wcho­dze­nia w czar cza­su, ale głów­nie po to, by po­tra­fić z nie­go w porę wyjść. – Dziew­czy­na za­ci­snę­ła moc­niej poły swo­jej pe­le­ry­ny. Na­wet nie za­uwa­ży­ła, kie­dy zro­bi­ło się tak zim­no. – Wi­dzisz, po­mi­mo dzi­siej­szej wi­zy­ty, któ­rą ci skła­dam, sama je­stem ra­czej prze­ko­na­na o tym, że cza­sem po­win­no się ma­ni­pu­lo­wać ostroż­nie. Spa­ła­bym spo­koj­niej, gdy­bym była po pro­stu zwy­czaj­nym ma­giem.

– Ale zga­du­ję, że wte­dy nie pra­co­wa­ła­byś w kró­lew­skim pa­ła­cu?

So­lvay wzru­szy­ła ra­mio­na­mi; wła­ści­wie ni­g­dy się nad tym nie za­sta­na­wia­ła. Do tej pory nie było po­trze­by sko­rzy­sta­nia z peł­ne­go po­ten­cja­łu jej ma­gii, więc za­kła­da­ła, że ceni się ją z in­nych wzglę­dów: do­sko­na­le zna­ła to­po­gra­fię nie­mal ca­łe­go La­ate­ilis, świet­nie wal­czy­ła, była kla­sycz­nie wy­kształ­co­na. W pa­ła­cu peł­ni­ła rów­nież funk­cję ge­stor­ki kró­lew­skie­go la­bo­ra­to­rium al­che­micz­ne­go; była od­po­wie­dzial­na za ca­ło­kształt jego funk­cjo­no­wa­nia, w tym uzu­peł­nia­nie za­pa­sów ma­gicz­nych na­pa­rów, zbio­ry ziół, prze­cho­wy­wa­nie ka­mie­ni o ma­gicz­nych wła­ści­wo­ściach. Przy­da­wa­ła się wszę­dzie po tro­chu.

Ma­gia cza­su wy­da­wa­ła się barw­nym do­dat­kiem, ale nie klu­czo­wym atry­bu­tem de­cy­du­ją­cym o tym, czy war­to utrzy­my­wać ją w pa­ła­cu.

Za­nim zdo­ła­ła prze­ka­zać te wszyst­kie roz­wa­ża­nia Nis­sa­rze, ta ode­zwa­ła się po­now­nie:

– Po­wiem ci, jak wy­ko­nać czar, któ­ry cię in­te­re­su­je, bo zbyt do­brze znam ludz­ką na­tu­rę. Wiem, że inni nie spo­czną, do­pó­ki nie wy­mu­szą na to­bie sko­rzy­sta­nia z two­jej mocy. Ta­kim czy in­nym spo­so­bem, me­to­dą prób i błę­dów… A to może oka­zać się da­le­ce bar­dziej nie­bez­piecz­ne. Ale ty, So­lvay, Krüne Haxa, jak się mia­nu­jesz, na­ucz się za­da­wać od­po­wied­nie py­ta­nia. Je­śli pla­nu­jesz wy­ko­nać czar z czy­je­goś po­le­ce­nia, wiedz do­kład­nie, co bie­rzesz na swo­je bar­ki. Kon­se­kwen­cje cza­su po­no­si ten, kto zle­ca urok, a więc w tym wy­pad­ku la­atej­ski mo­nar­cha, ale mo­ral­nie od­po­wie­dzial­ność za czyn za­wsze cią­żyć bę­dzie głów­nie na tym, czy­je usta wy­szep­ta­ją in­kan­ta­cję.

So­lvay ode­tchnę­ła z ulgą i jed­no­cze­śnie do­sta­ła gę­siej skór­ki. Sło­wa Nis­sa­ry za­brzmia­ły zło­wro­go; mia­ły ją prze­stra­szyć, aby wzbu­dzić w niej szcze­gól­ną ostroż­ność. Za­bieg zde­cy­do­wa­nie się udał.

– Czar jest skom­pli­ko­wa­ny, a po­nie­waż zo­sta­nie uży­ty na dru­gim czło­wie­ku, jak mnie­mam bez jego wie­dzy i zgo­dy, być może na­wet wbrew jego woli, kwa­li­fi­ko­wać się bę­dzie jako czar­na ma­gia. To wy­ma­ga wzmoc­nie­nia ar­te­fak­ta­mi.

Dziew­czy­na zdu­si­ła w so­bie od­ruch prze­wró­ce­nia ocza­mi, po­nie­waż wspo­mnie­nie ar­te­fak­tów, na do­da­tek w licz­bie mno­giej, nie wró­ży­ło ab­so­lut­nie nic do­bre­go.

– Mu­sisz przede wszyst­kim zdo­być ze­gar sło­necz­ny z pia­skow­ca. – Zja­wa za­wie­si­ła na chwi­lę głos. – Dru­gi ar­te­fakt nie­zbęd­ny do cza­ru cza­su po­zo­sta­wię w ta­jem­ni­cy, bę­dziesz mu­sia­ła się o tę in­for­ma­cję po­sta­rać.

So­lvay po­my­śla­ła, że przy­wo­ła­nie zja­wy z gro­bu samo w so­bie wy­da­wa­ło jej się „sta­ra­niem”, ale wi­docz­nie Nis­sa­ra była in­ne­go zda­nia.

– Znajdź chi­me­rę. Tam, gdzie pla­zma tań­czy we mgle na pia­nie.

– Gdzie? – Dziew­czy­na unio­sła brwi.

– Tam, gdzie pla­zma tań­czy we mgle na pia­nie. – Nis­sa­ra pod­kre­śli­ła ową oso­bli­wą lo­ka­li­za­cję to­nem, któ­ry su­ge­ro­wał, że trze­ci raz się nie po­wtó­rzy. – Ona po­wie ci, jaki jest dru­gi ar­te­fakt. Może… może zro­bi­cie dla sie­bie coś jesz­cze – do­da­ła po na­my­śle.

So­lvay nie mia­ła bla­de­go po­ję­cia, co to może zna­czyć; prze­czu­wa­ła, że Nis­sa­ra nie mówi jej wszyst­kie­go i że wi­zy­ta u chi­me­ry, co­kol­wiek ozna­cza­ła, bę­dzie for­mą do­dat­ko­we­go te­stu, za­bez­pie­cze­nia przed nie­po­wo­ła­nym uży­ciem ma­gii. Wes­tchnę­ła w my­ślach, bo całe to przed­się­wzię­cie na­gle przy­bra­ło nie­ocze­ki­wa­ne roz­mia­ry.

– Na tar­czy sło­necz­nej umieść dwie ga­łąz­ki szał­wii na­są­czo­nej olej­kiem z pę­dów so­sny, naj­le­piej z Fik­ka-Lasu, gdyż są naj­bar­dziej esen­cjo­nal­ne i da­dzą pew­ność cza­ru. Jed­ną ga­łąz­kę umieść na go­dzi­nie, o któ­rej czas ma się za­trzy­mać, a dru­gą na tej, o któ­rej ma po­wró­cić do swe­go ryt­mu. Czar za­cznie się, kie­dy pia­sko­wy gno­mon rzu­ci cień na pierw­szą ga­łąz­kę i, ana­lo­gicz­nie, skoń­czy się, kie­dy przej­dzie przez dru­gą z nich – wy­ja­śni­ła Nis­sa­ra. – Ostat­ni ar­te­fakt… ten, o któ­rym opo­wie ci chi­me­ra… Je­śli go zdo­bę­dziesz, bę­dziesz wie­dzieć, co z nim zro­bić. Kie­dy cień na ze­ga­rze do­go­ni pierw­szą ga­łąz­kę szał­wii, pro­mie­nie słoń­ca mu­szą od­bić się od lu­stra w kie­run­ku oso­by, któ­rą ma ob­jąć czar. Przy­go­tuj więc rów­nież lu­stro.

So­lvay no­to­wa­ła każ­de sło­wo w swo­jej gło­wie. Nis­sa­ra unio­sła dło­nie, się­ga­jąc tam, gdzie po­win­na się znaj­do­wać jej gło­wa, i spod sre­brzy­ste­go kap­tu­ra wy­cią­gnę­ła cien­ką, błysz­czą­cą nić. Wy­su­nę­ła ją w stro­nę dziew­czy­ny.

– Pro­szę. Je­śli do­brze ci pój­dzie u chi­me­ry, przy­da ci się.

So­lvay prze­ję­ła nić i ze zdu­mie­niem stwier­dzi­ła, że to mu­siał być włos zja­wy. Chłod­na ma­gia prze­pły­nę­ła mię­dzy nimi w krót­kim mo­men­cie, w któ­rym obie trzy­ma­ły mi­go­czą­cą nit­kę. Nie prze­sta­wa­ła błysz­czeć sre­brzy­stym świa­tłem, kie­dy So­lvay cho­wa­ła ją do wo­recz­ka, a wo­re­czek do tor­by.

_– Val­lu­ku diku følel­sen._

„Dzię­ku­ję ci za two­ją po­moc”.

_– Vyl­lan._

„Pro­szę”.

– Pój­dę już – po­wie­dzia­ła Nis­sa­ra. – Nie mogę zbyt dłu­go prze­by­wać w świe­cie ży­wych. Roz­mo­wa z tobą, wi­dok noc­ne­go nie­ba, za­pach cy­na­mo­nu… to wszyst­ko bu­dzi moją tę­sk­no­tę za świa­tem, do któ­re­go już nie na­le­żę.

So­lvay zro­bi­ło się żal zja­wy; dziew­czy­na była dla niej sym­bo­lem tego, co kie­dyś ją roz­cza­ro­wa­ło, cze­go mia­ła już nie za­znać i cze­go nie mo­gła już na­pra­wić. Sre­brzy­ste sza­ty znów za­czę­ły ciem­nieć od dołu i przy­po­mi­nać plą­sa­ją­ce cie­nie, jed­nak Nis­sa­ra od­wró­ci­ła się jesz­cze ostat­ni raz do So­lvay i po­wie­dzia­ła:

– Czas wró­ci ode­brać swo­je mi­nu­ty. Prze­każ to kró­lo­wi La­ate­ilis.

Cie­nie po­chło­nę­ły ją ni­czym ję­zy­ki czar­ne­go ognia. Nis­sa­ra znik­nę­ła rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ła. So­lvay pa­trzy­ła jesz­cze przez chwi­lę na jej grób, a wła­ści­wie ich grób: Nis­sa­ry i jej uko­cha­ne­go, Tin­com­miu­sa. Do­pie­ro te­raz zwró­ci­ła uwa­gę, że obok du­że­go na­grob­ka stał dru­gi, mniej­szy, na­le­żą­cy do ich syna Ka­lu­ma.

Oby tym ra­zem Anio­ło­wie dali im, lu­dziom, wię­cej szczę­ścia i ro­zu­mu w uży­ciu za­mie­rzo­ne­go cza­ru.

Z za­du­my wy­rwa­ło ją miauk­nię­cie Ra­ile­igh, któ­ra wresz­cie po­de­szła bli­żej. Chcia­ła już wra­cać do domu, więc So­lvay po­da­ła jej linę przy­cze­pio­ną do ka­mien­nej pły­ty.

– Mu­si­my ich przy­kryć. Żeby mie­li spo­kój. – Po chwi­li rzu­ci­ła jesz­cze w po­wie­trze, dzię­ku­jąc ma­gii: – _Val­lu­ku_.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij