Viten Nowy Płomień - ebook
Opowiem Ci historię, której nie słyszał świat… Ta książka zabierze cię do Mean Inez, świata Królowej Viten. Czy Smoki i Gryfy będą znów współpracowały z ludźmi? Kim jest Lustro? Jakie prawdy kryje jej historia? Czy płomień uratuje świat? O tym możesz się dowiedzieć z pierwszego tomu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-047-7 |
| Rozmiar pliku: | 6,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Noc nad Mean Inez była spokojna.
Zbyt spokojna.
Wiatr, który zwykle sunął między wieżami i niósł ze sobą szept Gór Cienia, ucichł. Ogień w pałacowych paleniskach płonął równo, bez drżenia. Nawet strażnicy mówili ciszej, jakby instynktownie czuli, że coś obserwuje królestwo zza granicy światła.
Król Arden nie spał.
Stał przy wysokim oknie, opierając dłoń o zimny kamień. Jego spojrzenie błądziło gdzieś dalej niż mury, dalej niż góry, dalej niż pamięć.
I wtedy to usłyszał.
Szelest.
Nie liści. Nie skrzydeł ptaków.
Coś cięższego. Głębszego. Starszego.
Raz.
Potem drugi.
A potem cisza, która nie była ciszą — tylko oczekiwaniem.
Serce króla zabiło mocniej.
— Niemożliwe… — wyszeptał.
A jednak ruszył.
Nie zawołał straży. Nie wziął miecza.
Wyszedł sam.
Królewski ogród jest miejscem, które pamięta czasy sprzed ludzi. Wyrzeźbiła go sama natura.
Kamienna ścieżka prowadziła od pałacu przez miękki cień drzew, których korony splatały się wysoko, tworząc sklepienie jak w świątyni. Pośrodku ogrodu leżało jezioro — spokojne, czarne, odbijające gwiazdy tak wyraźnie, jakby były bliżej niż niebo.
Arden zatrzymał się na jego brzegu.
I wtedy go zobaczył.
Na przeciwległym krańcu wody, między drzewami, coś poruszyło powietrze.
Cień… który nie był cieniem.
Rozłożył skrzydła.
Szerokie. Potężne. Pokryte piórami, które połyskiwały jak stare srebro.
Gryf.
Król nie drgnął.
Nie mógł.
Nie po tylu latach.
Nie po wszystkim.
Stworzenie podeszło bliżej, a każdy jego krok był cichy, jakby ziemia sama ustępowała mu drogi.
Zatrzymało się tuż przy brzegu.
Ich spojrzenia się spotkały.
— Ardenie — odezwał się gryf.
Jego głos nie był dźwiękiem. Był obecnością w umyśle, ciężką i spokojną jak kamień.
Król przełknął ślinę.
— Myślałem… że już nigdy was nie zobaczę.
— My też tak myśleliśmy.
Cisza między nimi była pełna rzeczy, których nie trzeba było wypowiadać.
Ale tej nocy przeszłość przyszła po swoje.
— Pamiętasz? — zapytał gryf.
Arden zamknął oczy.
I zobaczył to wszystko.
Smocze gniazda na skalnych półkach.
Jaja, które świeciły od środka, jakby w ich wnętrzu tliło się życie starsze niż świat.
I krew.
Zbyt dużo krwi.
— Mój brat… — powiedział cicho.
— Twój brat złamał wszystko, co było święte.
Król skinął głową.
— Mój ojciec miał go zabić.
— Powinien.
To słowo zawisło w powietrzu jak wyrok, który nigdy nie został wykonany.
— Nie potrafił — wyszeptał Arden. — To był jego syn.
— A to były nasze dzieci.
Woda jeziora zadrżała lekko.
Jakby pamiętała.
— Zesłał go do Czarnej Wieży — ciągnął król. — Na granicy. Pod strażą leśnych elfów. Z rodu mojej żony. Myślał, że to wystarczy.
— To nigdy nie wystarcza.
Gryf opuścił lekko głowę.
— Smoki zabrały swoje dary. My odwróciliśmy wzrok. Pakty zostały zerwane.
— A mój ojciec… umarł.
— Ze świadomością, że zawiódł.
Arden nie zaprzeczył.
Bo to była prawda.
Cisza znów zapadła.
Ale tym razem nie była ciężka.
Była… inna.
Gryf spojrzał na pałac.
— A teraz… jest ona.
Król odwrócił głowę w stronę wysokich wież.
W stronę miejsca, gdzie spała jego córka.
— Viten.
— Krew ognia — powiedział gryf. — Czujemy ją.
Arden zmarszczył brwi.
— Jest jeszcze dzieckiem.
— Już nie na długo.
Gryf zrobił krok w stronę wody.
— Stare historie dobiegają końca, Ardenie.
Król poczuł chłód.
— A nowe?
— Zawsze zaczynają się od bólu.
Powietrze zgęstniało.
Gdy gryf przemówił ponownie, jego głos był inny.
Głębszy.
Starszy.
Jakby mówił nie on — tylko coś przez niego.
— Twoja córka przejdzie przez Krainy Cienia.
Arden zesztywniał.
— Nie…
— Będzie krwawić.
— Nie.
— Będzie płakać.
— Dosyć!
— Zostanie zdradzona. Złamana. Odrzucona.
Król zacisnął pięści.
Ale nie mógł tego zatrzymać.
— Przejdzie przez piekło, którego nie rozumiesz.
Cisza.
Jedno uderzenie serca.
— Ale… — głos gryfa złagodniał — jeśli to przetrwa…
Świat jakby wstrzymał oddech.
— Będzie najpotężniejsza ze wszystkich.
Długo nikt się nie poruszył.
W końcu gryf westchnął cicho.
— Jestem już stary, królu.
Jego skrzydła opadły lekko.
— To mój czas.
Arden zrobił krok w jego stronę.
— Nie odchodź jeszcze.
— Muszę.
Gryf spojrzał na jezioro.
— Kraina Snów czeka.
I bez strachu wszedł do wody.
Najpierw łapy.
Potem ciało.
Na końcu skrzydła.
Woda rozświetliła się od środka.
A potem…
rozpadł się.
Na tysiące drobnych iskier.
Unosiły się w górę, powoli, jak oddech świata.
Aż zniknęły między gwiazdami.
Król stał długo.
Zbyt długo.
A potem odwrócił się i wrócił do pałacu.
Komnata była ciepła.
Cicha.
Królowa Vostra siedziała przy kołysce.
Nie spała.
Nigdy nie spała głęboko.
Spojrzała na niego, zanim zdążył coś powiedzieć.
— Co się stało?
Arden podszedł powoli.
Spojrzał na dziecko.
Mała Viten spała spokojnie, jej mała dłoń zaciśnięta była w pięść, jakby już coś trzymała.
Albo czegoś nie chciała puścić.
Król długo milczał.
A potem powiedział wszystko.
Każde słowo.
Każdą część przepowiedni.
Bez łagodzenia.
Bez kłamstwa.
Królowa słuchała.
Nie przerwała ani razu.
Gdy skończył, spojrzała na córkę.
A potem na niego.
— W takim razie — powiedziała cicho — nie wychowamy królowej.
Arden zmarszczył brwi.
— Więc kogo?
Jej spojrzenie było twarde.
Spokojne.
Nieugięte.
— Tę, która to przetrwa.
Kołyska zaskrzypiała lekko.
A gdzieś daleko, w Górach Cienia coś odpowiedziało.
Strażnik
Viten dorastała w królewskim zamku, otoczona miłością rodziców, choć każde z nich przygotowywało ją do przyszłości na swój sposób.
Ojciec, władca ośmiu królestw, uczył ją strategii, walki i dowodzenia. Wierzył, że przyszły władca musi rozumieć ciężar decyzji i cenę odpowiedzialności. Wychodził przed zamek bawiąc się z nią łukiem dla dzieci i drewnianym mieczem. Gdy Viten skończyła pięć lat w prezencie urodzinowym dał jej pierwszego, białego kuca. Siedząc na nim, przy boku ojca mogła poznawać lasy i góry otaczające stolicę Mean Inez.
Lecz to prezent na jej siódme urodziny był tym, który zmienił najwięcej. Świt siódmych urodzin był chłodny i cichy. Ojciec zabrał ją na pusty plac treningowy. Nie było tam ozdób ani świadków. Tylko oni i poranne światło. Wyjął niewielki miecz. Miecz. Prawdziwy, lekki miecz, wykonany z najlżejszej ze stali, którą jedynie Dzikie Elfy potrafiły obrabiać. Ostrze było proste, nieproporcjonalne do dziecięcych dłoni, ale nie zabawkowe. Przy jelcu, w ciemnym metalu, osadzony był mały kawałek bursztynu. Nie błyszczał nachalnie, raczej żarzył się ciepło, jak zatrzymane światło. Rękojeść owinięta była skórą, jeszcze sztywną, jakby czekała, aż dopasuje się do dłoni właścicielki. Król nie wygłaszał przemowy. Powiedział spokojnie,
— Ten miecz powstał dawno temu, gdy po raz pierwszy pomyślałem o tobie. W dniu gdy twoja matka powiedziała mi, że w nosi nasze dziecko. Powstał, nie po to, żebyś walczyła już teraz. Teraz jest jeszcze dla Ciebie zbyt duży, ale dorośniesz do niego. To nie broń na dziś. To przypomnienie. Masz czas. Dorośniesz i zaczniesz go używać, gdy będziesz gotowa. Jednak już od dziś zacznę cię do tego przygotowywać.
Viten nie zrozumiała wszystkiego, ale zapamiętała ciepło bursztynu i spokój w głosie ojca. Dzień później rozpoczęła pierwsze szkolenie pod jego okiem.
Matka patrzyła na przyszłość córki inaczej. Uczyła ją dworskiej etykiety, sztuki rozmowy, muzyki i tego wszystkiego, co pozwala godnie reprezentować swój lud. Na tym jednak nie kończyła się jej nauka. Viten poznawała historię swojego rodu, dawne prawa, zielarstwo, podstawy leczenia. Choć przykładała się do każdej z tych nauk, jej serce niezmiennie należało do świata poza murami. Tęskniła do przygód. Najbardziej kochała ruch, treningi, jazdę konną, lasy i wolność.
Był jednak moment każdego dnia, który kochała najbardziej. Wieczory. Kiedy kończyły się obowiązki, a korony odkładano na bok, rodzice stawali się po prostu rodzicami. Siadali przy jej łóżku i opowiadali historie przekazywane w rodzie. Smoki szybujące ponad górami, gryfy strzegące pradawnych tajemnic, magiczne istoty żyjące kiedyś obok ludzi. Viten słuchała tych opowieści z zapartym tchem.
Dla niej nie były to tylko baśnie, były obietnicą, że świat jest większy, dziwniejszy i piękniejszy niż mury zamku. Te wieczory stały się jej najpiękniejszym wspomnieniem z dzieciństwa.
Plac treningowy w Mean Inez był pod opieką Gwardii Królewskiej. Był to jeden z największych placów w całym królestwie. Dwadzieścia dwa pokolenia władców dbało o to, aby ich strażnicy byli odziani w najlepsze zbroje, oraz mieli najbardziej zaawansowany sprzęt ćwiczebny. Viten od rana trenowała na tym placu otoczona przez Czerwone Płaszcze. Przez ostatnie osie lat szkoliła się w walce wręcz, walce na miecze, czy strzelaniu z łuku. Na początku szkolił ją sam król, lecz ogrom obowiązków władcy wymusił na nim zatrudnianie coraz nowych mistrzów. Każdy z nich miał swoją wizję Viten i jej walki. Dziś księżniczka trenowała pod okiem Ralena. Wybrał dla niej drewniany miecz i maszynę do treningu siły uderzenia, a potem stanął z boku, obserwując jej trening.
Piasek przesuwał się pod stopami.
Drewno uderzało o drewno. Viten była w ruchu. Lekka. Szybka. Za lekka. Jej kroki były wysokie, miękkie — bardziej taniec niż walka.
Unik. Obrót. Zbyt szeroki ruch.
Strażnik stojący z boku skinął głową, jakby wszystko było w porządku.
— Wystarczy na dziś. Księżniczko, wykonaj ostatnie dziesięć powtórzeń i wracajmy do pałacu — powiedział. Nie podszedł. Nie poprawił jej. — Dobrze ci idzie.
To nie była prawda. Kilku młodych gwardzistów stało kawałek dalej.
— Za lekko — mruknął jeden.
— Bo nie możesz jej dotknąć — odpowiedział drugi — Zresztą jaki sens ma jej szkolenie? -Krótki śmiech — Niedługo i tak ktoś ją dostanie pod swoją straż.
— Kto? Spytał drugi — Wiem, że ja. Król chciał kogoś młodego, pełnego energii. Dowódca już ze mną rozmawiał — Spojrzał w stronę placu. Księżniczka to nie ktoś do walki. To laleczka. Jego kompan parsknął śmiechem.
— Jak dorośnie to ktoś będzie miał ładną laleczkę przy swoim boku, jako król — kontynuował strażnik — Jak ją ustawisz to tak będzie stała. Masz pilnować, aby się nie przewróciła pod ciężarem tych drogich ubrań i dobrze wyglądała. Śmiech był cichy. Ale wystarczający.
Młody mężczyzna w zieleni zatrzymał się. Nie był częścią tej sceny. Jeszcze.
Odwrócił głowę powoli. Podszedł.
— Jak masz na imię?
— Ralen.
Skinął głową. I uderzył go. Czysto. Bez emocji. Słychać było tylko pękającą kość i nagły upadek uzbrojonego strażnika. Ralen podniósł się i ruszył w jego stronę. Nie zdążył.
Za plecami Sethiusa pojawiły się sylwetki, których wcześniej nie zauważył. Zielone Płaszcze. Jeden ze starszych mężczyzn wyszedł pół kroku do przodu.
— Uważaj, młody. — Cisza.
— Z nami nawet twój dowódca nie chce wojny.
Ralen zatrzymał się. Słyszał o ludziach widmach z Kła. Cofnął się. Sethius już stracił zainteresowanie strażnikiem.
— Patrzysz — powiedział spokojnie — Ale nie widzisz. — Krótka pauza.
— I ty miałeś stać na straży, Księżniczki?
Odwrócił się.Stała kilka kroków dalej. Oddychała szybciej. Ale nie przerywała nauki. Podszedł. Blisko. Za blisko jak na dwór. Zatrzymał się tuż przed nią.
Viten uniosła głowę.
Był wyższy. Starszy. Nie dużo — ale wystarczająco, żeby to było czuć. Jego twarz była spokojna. Zbyt spokojna. Spojrzała w jego oczy. Chłodne. Uważne. Potem zobaczyła płaszcz. Zielony...Nie królewski. Nie dworski. Płaszcz ludzi z Kła.
Serce zabiło jej mocniej.To nie był strażnik. To był ktoś z pola. Z miejsca, gdzie naprawdę się walczy.
— Co tak skaczesz, dziewczyno?
Zamarła na moment.
— Ja nie skaczę — krótka pauza. — Ja trenuję.
Sethius przyjrzał jej się uważniej.
— Nie nauczysz się walczyć przy ludziach, którzy boją się skrzywdzić księżniczki.
— A ty się nie boisz? — zapytała ostro. Chwila ciszy i namysłu.
— Nie — Zrobił pół kroku bliżej — Boję się tylko jednego — Że zginiesz… — Spojrzał prosto w jej oczy — przez to, że nie potrafisz walczyć.
Powietrze zgęstniało. Viten nie odwróciła wzroku.
— To mnie naucz.
Sethius patrzył na nią jeszcze chwilę. Jakby coś sprawdzał. Potem odwrócił się lekko. Podniósł drewniany miecz leżący przy palisadzie. Rzucił drugi w jej stronę.
— Stań. — Złapała miecz odruchowo.
— Niżej — Podszedł i jednym ruchem poprawił jej postawę. Pewnie. Bez pytania. — Nie uciekaj.
Zrobił krok w tył. I zaatakował. Pierwsze uderzenie przyszło szybko. Zbyt szybko.
Viten próbowała uskoczyć.
— Nie — Jego głos zatrzymał ją w pół ruchu.
Uderzenie przyszło ponownie. Tym razem zeszła. Ledwo
— Jeszcze raz.
I tym razem nie było już treningu. Była walka.
A wysoko nad nimi, w cieniu kamiennego łuku, król stał przy oknie.
I widział wszystko.Zielone Płaszcze
Wieczór nad Mean Inez nie gasł gwałtownie.
Rozlewał się po murach powoli, jak cień, który znał drogę.
Plac treningowy dawno opustoszał, ale król nadal stał przy oknie. Nie widział już ruchów. Widział ją. Viten.
Nie jako uczennicę. Nie jako przyszłą wojowniczkę. Jako córkę. Każdy jej krok znał zbyt dobrze — nie z treningu, lecz z lat, w których uczyła się chodzić, przewracała i wstawała z uporem, który zawsze go niepokoił bardziej niż uspokajał. Teraz też się uczyła, lecz nie tak, jak powinna.
Drzwi za jego plecami otworzyły się cicho. Dowódca Zielonych Płaszczy wszedł bez pośpiechu i zatrzymał się w półmroku komnaty. Nie odezwał się od razu. Jakby wiedział, że to nie będzie zwykła rozmowa.
— Widziałeś ją.
— Tak, mój królu.
Krótka cisza.
— Jak ją widzisz?
Dowódca zawahał się na ułamek chwili.
— Jak kogoś, kto jeszcze nie wie, że może zginąć.
Król przymknął oczy.
— Ja widzę, jak bardzo wszyscy starają się do tego nie dopuścić.
— A jego? — zapytał po chwili.
Dowódca nie odpowiedział od razu.
— Widziałem.
Król odwrócił się powoli od okna.
— Kim on jest?
— Sethius. Dziecko Zielonych Płaszczy.
— Syn Sornatha. — Król zatopił się we wspomnieniach. Sornath… był inny i niezwykły.
Wspomnienia wiązały to imię z ciężarem. Król podszedł kilka kroków w głąb komnaty.
— Pamiętam dobrze ojca Sethiusa. Raz rozbroił mnie w trzy ruchy, a ja byłem przekonany, że to ja go uczę. — we wspomnieniach Króla było uznanie. — Kiedyś zabrał mnie poza obóz. Prosił abym szedł pierwszy — krótka pauza — nie od razu rozumiałem czemu. Spojrzał na dowódcę — To była potrzeba ciszy. „Najpierw słuchasz świata. Dopiero potem siebie.” — Król odetchnął powoli. — Próbuję nauczyć tego ją. Ale nie da się być jednocześnie na tronie… i w błocie.
— Nie da się — odpowiedział dowódca.
Król spojrzał na niego uważniej.
— Moi ludzie uczą ją dobrze — Krótka pauza. — Za dobrze.
— Chronią ją — powiedział dowódca.
— Za bardzo — poprawił król spokojnie. — Widziałeś jej ruch.
— Widziałem.
— To nie jest walka.
— Jeszcze nie.
— To jest strach przed tym, żeby jej nie zranić… a strach przed zranieniem robi z człowieka cel.
Dłuższa pauza.
— Czego ode mnie oczekujesz? — zapytał w końcu dowódca.
Król nie odpowiedział od razu. Widac było, że toczy wewnętrzną walkę.
— Chcę, żeby Zielone Płaszcze zaczęły ją szkolić. — wyrzekł wreszcie.
Dowódca uniósł lekko głowę.
— Myślałem… — powiedział powoli — że wezwałeś mnie, żeby go ukarać.
Król spojrzał na niego uważnie.
— Byłeś na to gotowy.
— Tak — Krótka pauza — Bo go uderzył.
— Bo uderzył gwardzistę — doprecyzował król.
— Tak. — znów chwila ciszy.
— I byłeś gotów go oddać?
Dowódca zawahał się na moment.
— Byłem gotów stanąć za nim — Krótka pauza.
— Nawet jeśli oznaczałoby to sprzeciw wobec ciebie.
Cisza zgęstniała.
Król przyjął to bez gniewu.
— Dobrze.
To jedno słowo wystarczyło. I dopiero teraz rozmowa mogła iść dalej.
— Dwór nie jest dla was — powiedział król po chwili.
— Nie jest.
— I wy nie jesteście dla dworu.
— Nie jesteśmy.
— Dlatego nie chcę was zmieniać.
Król zrobił krok bliżej.
— Dam wam miejsce. Oddzielne skrzydło koszar. Wasze zasady. Bez ingerencji.
— A czego chcesz w zamian?
Król spojrzał na niego spokojnie.
— Sethiusa.
Cisza wróciła cięższa niż wcześniej.
Dowódca odetchnął wolniej.
— To jedyny, który założył zielony płaszcz przed szesnastym rokiem życia. W wieku siedmiu lat zaczął trening, którego większość dorosłych nie wytrzymuje. Nie dlatego, że chciał.- Krótka pauza. — Dlatego, że nie miał wyboru — Cisza. — Nauczył się odpowiadać za innych, zanim nauczył się być dzieckiem. Mean Inez odebrało mu ojca. — Krótka pauza.
— A teraz, Królu, chcesz go wezwać z powrotem.- Spojrzał z rozterką
— On zna etykietę. Ale nigdy nie spojrzy na nią jak na królową. Dla niego ona nie jest królową.
— Jest kimś, kogo można stracić.
Dłuższa pauza
— I dlatego nie chcę go oddać — wciąż próbował zmienić decyzję Króla — To dziecko lasu. Strażnik Drogi. On nalezy do Kła.
Spojrzał na króla. Zrozumiał, że dalsze zabiegi nie mają sensu. Król już postanowił. Westchnął z rezygnacją.
— Nie oddam żołnierza — Krótka cisza. — Oddam syna.
Cisza opadła ciężko. Król przyjął ją spokojnie.
— Znam to uczucie — krótka pauza — Dlatego go nie zabieram.
Dowódca spojrzał na niego uważnie — Ja proszę was o pomoc.
To zmieniło wszystko.
Dowódca skinął lekko głową.
— W takim razie… zapytajmy go.
Sethius wszedł bez pośpiechu. Zatrzymał się przy wejściu. Najpierw spojrzał na dowódcę.
Dopiero potem na króla. Skłonił głowę i przedstawił się.
— Sethius z Zielonych Płaszczy
— Syn Sornatha — dodał Król spokojnie
— Tak. — Król przyglądał mu się chwilę.
— Widziałem, co zrobiłeś. Chcę wiedzieć dlaczego?
Sethius przez moment milczał.
— Ralen — krótka cisza. — Tak miał na imię. Powiedział, że niedługo dostanie ją pod swoją straż — Sethius uniósł wzrok. — Że księżniczka to nie osoba do walki… tylko laleczka.
Cisza zgęstniała.
— Że wystarczy ją ustawić i pilnować, żeby się nie przewróciła — Krótka pauza. — Mówił o niej, nie jak o kimś a o czymś. I śmiał się.- Sethius nie podniósł głosu. — Wzgardził nią. I swoją służbą. — Spojrzał prosto na króla. — Nigdy nie powinien stać na żadnej straży.
Król nie odpowiedział od razu. Wezwał d o komnaty dowódcę Gwardii
— Jak długo służy? — zapytał.
— Trzeci rok — odpowiedział dowódca.
Król skinął głową.
— Wystarczająco długo, żeby rozumieć. Zdejmij go ze straży. — Dowódca uniósł lekko wzrok patrząc niepewnie na króla. — Wyślij go na mury. Tam nauczy się patrzeć dalej.
Dowódca skinął głową.
— Tak, mój królu.- powiedział. Skinął głową po czym opuścił komnatę.
Cisza opadła spokojniej.
Król spojrzał znów na Sethiusa.
— Chcę, żebyś ją uczył.
Tym razem cisza była dłuższa. Sethius nie odpowiedział od razu.
— Są inni — powiedział w końcu spokojnie. — Kaelen. Reth. Lepiej się do tego nadają.- Spojrzał na króla. — To nie muszę być ja. — Krótka pauza. — Nie należę do murów. Ślubowałem Zielonym Płaszczom. Nie tobie, Królu.
Cisza zgęstniała.
— Nikt nie każe ci zerwać ślubów. — powiedział spokojnie dowódca. — To zadanie. Na naszych zasadach.
Sethius odetchnął powoli.
— To niezwykłe… — Spojrzał bezpośrednio na Króla — być otoczonym przez gwardię, której nie można zaufać.
Cisza.
— Patrzą na nią jak na coś, co trzeba ochronić. Nie jak na kogoś, kto musi przetrwać.- odparł Król.
Krótka pauza.
— To jej zagraża.
Sethius spuścił na moment wzrok.
— Nie spodziewałem się, że spotkam tu kogoś takiego. — Podniósł go znów na Króla. — Ona nie pasuje do tych murów.- Zawahał się. — Nie umiem tego wytłumaczyć, Królu… ale widzę, że ona poniesie coś więcej niż tylko królestwo. Czuję to. Ale jeszcze tego nie rozumiem. Długa cisza.
— Jeśli mam ją uczyć… to nie tutaj. Odwagi nie uczy się w murach. Uczy się jej tam, gdzie można zginąć.To oznacza wyjścia poza mury.
Król skinął lekko głową. — Wiem — dodał głosem zdecydowanym jednak czuć w nim było rozterki ojcowkiego serca. Sethius zrobił krok bliżej.
— Jeśli mam ją uczyć… będę za nią odpowiadał. Sam. — Spojrzał na dowódcę — Nie oddam jej nikomu — przeniósł wzrok na króla. — Sam wybiorę ludzi. A jeśli nie znajdę nikogo, komu zaufam… będę jej strażą i nauczycielem jednocześnie.
Cisza.
— Nie założę czerwieni.
— Nie proszę o to — odpowiedział Król spokojnie.
— Jestem Zielonym Płaszczem.
— Wiem.
Długa chwila.
Sethius skinął lekko głową.
— W takim razie… nauczę ją. — Spojrzał na króla. — Nie dla ciebie, Królu. Dla niej.
Cisza zgęstniała.
Sethius odwrócił na moment wzrok.
Cisza.
To była decyzja.
— Bo jeśli tego nie zrobię… — spojrzał oddalonym spojrzeniem w stronę okna. — ktoś ją kiedyś zabije.
I tym razem nikt nie zaprzeczył.
…
_Decyzja Viten_
Komnata była jasna, ale chłodna.
Światło wpadało przez wysokie okna i rozlewało się po kamieniu, nie zatrzymując się nigdzie na dłużej.
Viten weszła bez pośpiechu. Zwykle Ojciec nie wzywał jej do swoich komnat w godzinach wieczornych. Zatrzymała się na ułamek sekundy przy progu. Nie był sam.
Zobaczyła ich od razu. Dwa Zielone Płaszcze. Nie stali w szeregu. Nie czekali na rozkaz. Byli. Jakby każdy z nich znał swoje miejsce, nawet jeśli nikt mu go nie wyznaczył.
Był też on.
Stał bliżej środka. Nie wysunięty. Ale to jego zobaczyła najpierw. Ten sam. Z placu. Jej ciało zapamiętało go szybciej niż myśl. Król stał przy oknie.
— Podejdź.
Ruszyła. Czuła ich spojrzenia. Nie ciężkie. Nie oceniające. Uważne.
Zatrzymała się kilka kroków przed ojcem.
— Byłaś dziś na placu.
— Tak.
— Widziałem — chwila ciszy. — I widziałem pierwszy prawdziwy trening.
To zdanie zostało z nią dłużej.
Król odwrócił się lekko w stronę Zielonych Płaszczy.
— Rozmawiałem z ich dowódcą. Ustalenia są proste.
Jego głos był spokojny. Nie podlegał dyskusji.
— Od dziś Zielone Płaszcze odpowiadają za twoje szkolenie — znów krótka pauza, potrzebna aby tak ważne słowa trafiły na swój grunt.
— Szkolona będziesz nie według zasad dworu. — Viten poczuła, jak coś w niej drgnęło. — Będziesz trenować tak, jak oni. Bez taryfy ulgowej. Wyjścia poza mury będą konieczne. Krótka pauza — Jeśli uznają to za potrzebne, pojedziesz.- To nie była propozycja. To była zgoda na ryzyko. Król spojrzał na nią uważnie — Nie będę tego zatrzymywał.
Cisza zgęstniała.
— A on? — zapytała. Nie odrywała wzroku od Sethiusa.
— On będzie za ciebie odpowiadał — To zdanie uderzyło mocniej niż wszystko wcześniej. — Będzie twoim nauczycielem. I twoją strażą. Sam wybierze ludzi, jeśli uzna, że są potrzebni. A jeśli nie, stanie za tobą sam.
Viten poczuła ciężar tych słów.
To nie była tylko opieka. To była odpowiedzialność i powierzenie jej życia komuś komu ufano. Król zrobił krótką pauzę.
— Strażnik księżniczki powinien mieć komnatę na tym samym piętrze. Blisko. W gotowości.
Viten zmarszczyła lekko brwi.To było znacznie więcej niż szkolenie.
— Zmienia kolor płaszcza?
Cisza.
Sethius odpowiedział od razu.
— Może dwór jest nauczony innych rozmów… — Krótka pauza. Zrobił krok bliżej. — …ale jeśli pytasz o mnie, mów do mnie bezpośrednio.- Cisza zgęstniała. Czuć było dumę dowódcy Zielonych Płaszczy i lekkie napięcie Króla. — Pytaj o co chcesz, dziewczyno.
Nie było w tym uprzejmości. Ale nie było też lekceważenia. Była prostota.
Viten uniosła lekko podbródek.
— Dobrze. Czy zmieniasz kolor płaszcza?
— Nie — Jedno słowo. Twarde. Sethius nie odsunął się ani o krok — I możesz zapomnieć, że będę biegał po twoje sukienki — Cisza przecięła komnatę. — Od tego masz dwórki. Jego spojrzenie nie drgnęło.
— Jeśli masz dostać to, co dostają Zielone Płaszcze… — krótka pauza. — przygotuj się na trudy.
Cisza opadła ciężko.
Viten czuła, jak coś w niej rośnie. Nie strach. Decyzja. Podniosła lekko głowę.
— Skoro tak ma być… to dla ciebie nie jestem Księżniczką. Jestem Viten. Po prostu Viten.
Cisza zgęstniała jeszcze bardziej. Sethius patrzył na nią przez chwilęDłużej niż powinien.
— Zobaczymy.
Jedno słowo. Bez emocji.
Król nie przerwał. Nie złagodził. Stał i patrzył. I widział, jak jego córka właśnie wychodzi z miejsca, które znał. I wchodzi w coś, czego nie mógł już kontrolować.
— Zaczynacie jutro.
Cisza przyjęła decyzję. Sethius skinął głową.
Ale Viten nie. Dla niej wszystko już się rozpoczęło.
Delegacja
Na początku Viten myślała, że to będzie po prostu kolejne szkolenie. Inne, bardziej intensywne, na innych zasadach, jednak szybko zrozumiała, czym naprawdę jest trening Zielonych Płaszczy. Nie było tu uprzejmych wymian ciosów ani dworskich ukłonów. Był ciąg upadków, siniaków i momentów, kiedy Viten nie wiedziała, czy ból jest jeszcze z wczoraj, czy może już z jutra. Każdego dnia uczyła się, że w walce nie ma miejsca na tytuły — była po prostu kimś, kto musi przetrwać i stać się silniejszy.
Wyjazdy z Zielonymi Płaszczami były koszmarem jej matki, ale koniecznością dla Viten. W terenie uczyła się stawiać kroki na ostrych skałach, znikać w cieniu lasu, rozumieć i czuć. Sethius nie widział w niej księżniczki — widział dziecko, które musiało dojrzeć do roli, jaką na nią czekała. I dzień po dniu, bez słów, pokazywał jej, że świat nie będzie jej oszczędzać. A ona zaczynała w to wierzyć.
Pamiętała dzień, w którym Sethius wszedł do jej komnaty z przygotowanym brązowo-zielonym strojem wędrowca, takim, jak Zielone Płaszcze nosiły na co dzień. Wręczył jej to jako prezent na kolejny etap wspólnej drogi treningowej. Viten zaśmiała się wtedy, przypominając mu obietnice, że nigdy nie przyniesie jej żadnej sukienki. Spojrzał na nią z rozbawieniem i udając dworską etykietę pochylił głowę.
— Viten, ten dar jest uznaniem twojej drogi. Jest dokładnie tym, czym nigdy nie będzie żadna twoja suknia. Od dziś jesteś jedną z Nas. Zielonym Płaszczem.- odparł z dumą, po czym dodał z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oku — Ale uważaj. To oznacza tylko jeszcze więcej trudu i szkoleń.
Podróże po terenach Mean Inez i Kła, bo do Centralnego Królestwa również Zielone Płaszcze zabierały małą księżniczkę, były dla niej niezwykłym doświadczeniem. Widziała świat zupełnie inny niż w sali tronowej. Tu nie było proporców, tu były osoby, które spotykali na szlaku, różowe drzewa, które nie istniały w Stolicy, których nie dało się zobaczyć w królestwie. Były lasy, które nawet w dzień nie przepuszczały światła przez swoje korony. W każdym z tych miejsc ważna była historia, wyczucie terenu i poznanie natury taką, jaka jest, a nie taką, jaką człowiek chciałby aby była.
Dzień po dniu jej gotowość rozwijała się. Setius nie był jedynym rycerzem, z którym pracowała. Stawała się częscią Zielonych Płaszczy. Nauczyła się ich wyczuwać, nawet gdy byli ukryci. Pojawiali się na jej treningu. Czasem ćwiczyła z Realem, czasem z Boranem, a czasem z kimś, kogo potem nie widziała przez długie miesiące.
Zielone Płaszcze zaczęły być widoczne w Mean Inez. Była to bardzo duża zmiana dla samej stolicy, dla całego królestwa. Mit, który miał zostać mitem, którego doświadczali jedynie władcy, jeżdżący do Kła, nagle stał się rzeczywistością mieszkańców stolicy. Pojawiali się na rynku, pojawiali się z Księżniczką.
Sethius nie podzielił się opieką nad nią z nikim. Długo szukał kogoś, komu naprawdę mógłby zaufać, lecz nie znalazł nikogo godnego tej roli. Jedynie w chwilach, gdy musiał odpocząć, inny Zielony Płaszcz zastępował go przy jej drzwiach. Ostatecznie to on pozostał jej jedynym strażnikiem.
W końcu nadszedł dzień, gdy w sparingu powaliła Sethiusa. Moment, gdy trzymała miecz tuż przy jego gardle, uświadomił mu, że jego podopieczna dorosła i stała się silniejsza niż podejrzewał. Jego zaskoczenie, gdy leżał na ziemi, uświadomiło Viten, że nie jest już tylko księżniczką. Była kimś, kto potrafi walczyć o siebie.
Nie minęły jeszcze trzy lata.
Sethius łapał się czasem na tym, że wciąż tęsknił za szlakiem — za drogą, która nie miała końca, za ciszą, która nie była przerywana ludzkimi głosami.
A jednak… nie wyobrażał sobie już innego miejsca niż to.
Krok za krokiem. Za nią.
Byli wysoko, na granicy królestwa, gdzie góry zaczynały rozdzierać ziemię ostrymi graniami.
Las był tu gęstszy, cięższy. Pachniał wilgocią i życiem. Viten szła pierwsza. Nisko przy ziemi. Cicho. Już nie skakała.
Sethius zatrzymał się na moment i patrzył. Nie na wilczy ślad. Na nią. Nie była już dziewczyną z placu treningowego. Nie była też jeszcze tym, czym miała się stać. Ale była bliżej.
Zsunęła się za powalony pień i uniosła lekko głowę. Sethius znalazł się obok niej bez słowa.
I wtedy je zobaczyli. Wilczyca. Biało-szara, napięta, czujna. A przy niej cztery młode.
Małe, nieporadne, walczące ze sobą, podgryzające się jak dzieci.
Viten wstrzymała oddech.
To był najpiękniejszy widok, jaki widziała od dawna. Obserwowali w ciszy rozbrykane szczenięta przez kilka minut, po których Sethius delikatnie dotknął jej ramienia.
Krótki sygnał, czas wracać. Zeszli tak samo cicho, jak przyszli. Dopiero przy koniach Viten odetchnęła głębiej.
— Była piękna… — powiedziała cicho.
Sethius poprawił pas.
— To był dobry krok.
Spojrzała na niego.
— Zobacz, jak daleko zaszłaś — dodał po chwili. — Gdybyś poruszała się tak jak wtedy, kiedy się spotkaliśmy… nie zobaczyłabyś nic.
Krótka pauza.
— Spłoszyłabyś ją. Albo zmusiła do ataku.
Viten uśmiechnęła się lekko.
— A tak?
— A tak mogłaś zobaczyć coś, czego inni nie zobaczą nigdy. — Cisza.
— Wracamy, księżniczko. — Tym razem nie zaprzeczyła.
Gdy przekroczyli boczną bramę, zapach lasu wciąż był na niej.
Matka czekała w stajniach.
— Viten. Delegacja będzie za chwilę. A ty wciąż pachniesz koniem i lasem. — Królowa nie ukrywała swojego rozczarowania. — Czas najwyższy się przygotować.
Viten spojrzała na Sethiusa i uśmiechnęła się pod nosem.
— No i widzisz. Czas wrócić w jedwabie.
Królowa nie odwzajemniła uśmiechu. Spojrzała twardo na jasnowłosego rycerza.
— Jako jej strażnik powinieneś być obecny na spotkaniu — rzuciła chłodno do Sethiusa. — Mógłbyś choć raz przygotować się należycie.
— Tak jest, Królowo.
— Nie będziesz jej teraz potrzebował. Zabieram ją.
Sethius skinął głową i odszedł z końmi w kierunku ich boksów. Viten ruszyła za matką. Białe korytarze prowadziły w górę. Wyżej.Coraz dalej od ziemi. W komnatach czekały już służki. Misy z wodą. Ręczniki. Przygotowane dłonie. Viten skrzywiła się lekko.
— Znowu laleczka…
Nikt nie odpowiedział. Służki zaczęły pracę.
Rozplatały warkocze. Wyciągały liście z włosów. Zmywały las z jej skóry. Ubrały ją w strój, który przygotowała królowa i misternie wplotły ozdoby we włosy.
Gdy skończyły nie wyglądała jak wojownik. Wyglądała jak posąg.
Złota suknia spływała po niej ciężko, błyszcząc kryształami.
Na głowie miała diadem — wysoki, ostry, jakby już przygotowywał jej głowę pod ciężar korony. Obok niej stała królowa. Jeszcze jaśniejsza. Jeszcze bardziej niedostępna.
Viten spojrzała w lustro. Na placu była sobą.
Tutaj… Musiała grać.
Sala tronowa oddychała światłem. Kamienny tron wyrastał z ziemi jak drzewo. Pień był solidny, ciężki. Gałęzie sięgały aż pod sufit. Za nimi szkło. I światło.
Król już czekał.
Sethius pojawił się obok niej bezszelestnie. Spojrzała na niego. Strój dworski, ale nie do końca. Złote nici na krawędziach. Liście. Małe gryfy. Smoki. Ale miecz i zielony płaszcz wciąż były na miejscu.
— Jak wyglądam? — zapytała.
— Jesteś czysta.
Uśmiechnęła się lekko. To było najbardziej jego.
Wieść o przybyciu Czarnych Elfów dotarła do pałacu na długo przed nimi.
Od świtu służba przemierzała korytarze szybkim krokiem, zmieniano obrusy w wielkiej sali, polerowano srebra i zawieszano pod sklepieniem chorągwie Mean Inez.
Przy głównym wejściu ustawiono dwa szeregi Czerwonych Płaszczy, a przed tronem rozłożono długi, złoty kobierzec.
Viten widziała już wiele delegacji. Przybywali książęta, posłowie i dowódcy z ośmiu ziem podległych koronie. Żadna z dotychczasowych wizyt nie wywoływała jednak takiego poruszenia.
Czarne Elfy mieszkały daleko, poza górami i wielkimi borami, w królestwie, o którym Viten słyszała głównie z opowieści matki.
To stamtąd pochodziła królowa Vostra.
Viten spojrzała na nią, kiedy zajmowały miejsca przy tronie. Królowa wyglądała spokojnie, lecz jej dłonie, pozostawały napięte. Na tę okazję włożyła złotą suknie przeszywaną srebrną nicią. Nie przypominała w niej władczyni Mean Inez. Przez krótką chwilę Viten zobaczyła w niej córkę odległego kraju, która wiele lat wcześniej opuściła własny lud i nigdy już do niego nie powróciła.
Król Arden usiadł na tronie, po czym zwrócił się do Królowej.
— Dawno nie gościłaś swoich rodaków w tych murach.
— Zbyt dawno — odpowiedziała cicho Vostra.
— Cieszysz się?
Królowa uniosła na niego wzrok.
— Jeszcze nie wiem.
Arden nie zdążył odpowiedzieć. Strażnik przy drzwiach uderzył drzewcem włóczni o posadzkę.
— Delegacja Czarnych Elfów!
Wielkie drzwi otworzyły się bezszelestnie.
Do sali wkroczyło trzydziestu elfów i elfich kobiet. Szli parami, równym, spokojnym krokiem. Ich stroje były ciemne, lecz nie ponure — czernie przełamywało srebro, głęboka zieleń i połysk drobnych kamieni wszytych w kołnierze oraz rękawy. Nieśli długie płaszcze, których brzegi przesuwały się po kamiennej posadzce niczym cień.
Na przedzie szedł wysoki elf o siwych włosach, splecionych z tyłu w wąski warkocz. Obok niego kroczyła elfka w srebrnej koronie, lekkiej jak gałąź pokryta szronem. Kilka kroków za nimi znajdowali się młodsi członkowie delegacji.
Delegacja zatrzymała się przed tronami. Wszyscy jednocześnie skłonili głowy i oddali hołd należny Królewskiej parze.
Siwowłosy elf odezwał się pierwszy:
— Ardenie, królu Mean Inez, przyjmij pokłon od domu Czarnych Elfów i od ziem, które pamiętają jeszcze czasy sprzed podziału koron.
Król skinął głową.
— Przyjmuję was w pokoju i pod ochroną mojego domu.
Elfy uniosły głowy, a ich przewodnik zwrócił się teraz ku Vostrze.
Jego twarz zmieniła się. Oficjalna powaga ustąpiła czemuś łagodniejszemu.
— Vostro, córko Czarnego Lasu. Minęło wiele lat.
Królowa wyprostowała się.
— Więcej, niż chciałabym pamiętać.
— Twój lud cię nie zapomniał.
W sali zapadła cisza.
Vostra zeszła o jeden stopień niżej.
— A ja nie zapomniałam jego głosu — powiedziała. — Ani drzew, które nie tracą liści zimą. Ani rzeki płynącej pod korzeniami pałacu.
Przewodnik delegacji skłonił głowę.
— W takim razie wciąż jesteś jedną z nas.
Na twarzy Królowej pojawił się ledwie widoczny uśmiech.
— Jestem królową Mean Inez.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
Arden obserwował ich przez chwilę, po czym wstał.
— Moja żona wiele razy opowiadała o waszym królestwie. Mean Inez ma wobec was dług wdzięczności. Oddaliście nam Królową, która przez lata strzegła pokoju między ośmioma ziemiami.
Elf spojrzał na niego uważnie.
— Nie oddaliśmy jej. Pozwoliliśmy jej wybrać.
Vostra zerknęła na męża, jakby czekała, jak przyjmie te słowa.
Arden uśmiechnął się lekko.
— W takim razie jestem wdzięczny za jej wybór.
Napięcie w sali osłabło.
Siwowłosy elf odwrócił się w stronę Viten.
— A to musi być córka Vosty.
Viten poczuła na sobie spojrzenia całej delegacji. Wstała i zeszła z podwyższenia. Wiedziała, że powinna zachować godność następczyni, choć ciekawość niemal nie pozwalała jej ustać spokojnie.
— Viten, córka Ardena i Vostry — przedstawił ją król. — Dziedziczka Mean Inez.
Przewodnik Czarnych Elfów przyglądał jej się długo.
— Masz oczy matki.
— Tak mówią — odpowiedziała Viten.
— Lecz stoisz jak człowiek.
Arden uniósł brew, ale Viten nie odwróciła wzroku.
— Urodziłam się wśród ludzi.
Elf uśmiechnął się.
— To nie była obelga, księżniczko.
— Wiem. To była próba.
Przez salę przebiegł cichy szmer. Vostra spojrzała na córkę z cieniem dumy.
— I jak wypadła? — zapytała królowa.
— Jeszcze nie wiem — odparł elf. — Ale odpowiedziała bez lęku.
Elfka stojąca obok niego wystąpiła o krok.
— Przywieźliśmy dary dla Króla, Królowej oraz przyszłej władczyni Mean Inez.
Na jej znak kilku członków delegacji podeszło bliżej. Jeden niósł szkatułę z czarnego drewna, drugi zwój związany srebrnym sznurem, trzeci zaś długie, wąskie zawiniątko okryte ciemną tkaniną.
— Dla króla Ardena: mapa dawnych przejść przez północne góry — oznajmiła elfka. — Dla królowej Vostry: nasiona białego drzewa z ogrodów jej matki. Dla księżniczki Viten: ostrze wykute z czarnej stali.
Na dźwięk ostatnich słów Viten spojrzała na Ojca.
— Ostrze? — powtórzył Arden.
— Niezdobione i niezaostrzone — wyjaśniła elfka. — Dar nie ma zachęcać do wojny. Ma przypominać, że dziedzic korony powinien być gotów jej bronić.
Viten podeszła i zdjęła tkaninę.
Krótki miecz był smukły, ciemny i niemal pozbawiony ozdób. Jedynie przy jelcu widniał srebrny znak przypominający splecione gałęzie.
— Jest lekki — powiedziała.
— Czarne ostrza nie walczą ciężarem — odezwał się po raz pierwszy jeden z młodszych elfów.
Viten podniosła wzrok.
Stał nieco za przewodnikiem delegacji. Miał ciemne włosy, spokojną twarz i spojrzenie człowieka, lub elfa, przyzwyczajonego do tego, że inni słuchają, kiedy mówi.
— A czym? — zapytała Viten.
— Precyzją.
— Każdy miecz walczy ręką, która go prowadzi.
Uśmiechnął się lekko.
— W takim razie dar trafił do odpowiedniej osoby.
Vostra rzuciła córce szybkie spojrzenie, lecz Viten nie odpowiedziała. Odłożyła ostrze na podtrzymujące je dłonie sługi i ponownie zwróciła się ku delegacji.
— Mean Inez przyjmuje wasze dary i waszą obecność — powiedziała Królowa, starając się nadać głosowi oficjalne brzmienie. — Mam nadzieję, że przez czas waszego pobytu poznacie nie tylko nasz dwór, lecz również nasze ziemie.
— Taki jest nasz zamiar — odpowiedział przewodnik.
Arden uniósł dłoń.
— Dziś odpoczniecie po podróży. Wieczorem wydamy ucztę na waszą cześć. Jutro zaś omówimy sprawy, które sprowadziły was do Mean Inez.
Elfowie skłonili głowy.
Vostra zeszła z podwyższenia i podeszła do przywódców delegacji już nie jak królowa witająca posłów, lecz jak ktoś, kto po latach usłyszał głos własnego domu.
Viten została obok ojca.
Mimo woli ponownie odszukała wzrokiem czarnowłosego elfa.
Tym razem patrzył prosto na nią.
Nie spuszczał z niej wzroku.
Pozostał przez chwilę nieruchomy. Dopiero, gdy słudzy zabrali ostatni z darów, wystąpił z szeregu. Nie zrobił tego gwałtownie. Przeciwnie. Każdy jego krok był spokojny i pewny.
Przywódca delegacji spojrzał na niego z wyraźnym zaskoczeniem.
— Theren…
Młody elf skłonił lekko głowę.
— Wybacz mi, mistrzu.
Starszy elf westchnął cicho.
— Nie możesz już milczeć…
— Nie.
Theren podszedł przed tron i uklęknął.
— Wasza Wysokość. Nazywam się Theren, syn Elariona z Domu Czarnego Dębu. Jestem strażnikiem Trzeciego Kręgu.
Arden skinął głową.
— Powstań.
Theren pozostał na kolanie.
— Wybaczcie… nie mogę.
Na sali zapadła cisza. Król zmarszczył brwi.
— Dlaczego?
Elf powoli uniósł wzrok. Spojrzał na Viten. Nie było w tym spojrzeniu zachłanności. Ani zachwytu. Był jedynie spokój.
— Ponieważ przed chwilą Prastara Nić wskazała mi księżniczkę Viten.
Kilku elfów opuściło głowy, jakby właśnie usłyszeli słowa modlitwy.
— Zgodnie z prawem mojego ludu mam obowiązek wypowiedzieć to natychmiast. Elf doświadcza tego tylko raz w życiu. Nie wolno mu ukrywać daru ani odkładać wyznania na później.
Odwrócił się całkowicie ku Viten.
— Księżniczko… od tej chwili wiem, że tylko ciebie moje serce będzie mogło kiedykolwiek wybrać.
Viten zamarła. Wszystkie spojrzenia spoczęły na niej. Czekała. Sama nie wiedziała na co. Na ciepło. Na głos. Na znak. Na cokolwiek.
Nie pojawiło się nic.
Poczuła jedynie dziwny ciężar w piersi. Niepewność i lęk.
Niemal odruchowo cofnęła się o krok. Potem jeszcze jeden. Nie zauważyła nawet, że stanęła tuż obok Sethiusa. Dopiero, gdy kątem oka dostrzegła znajomą sylwetkę swojego strażnika, napięcie odrobinę ustąpiło.
Sethius nie poruszył się. Stał wyprostowany, z dłońmi opartymi na rękojeści miecza. Jak zawsze. Ale sama jego obecność wystarczyła, by Viten odzyskała oddech.
Vostra powoli przeniosła wzrok z Therena na Viten. W jej oczach błysnęły łzy.
— Prastara Nić… -Uśmiechnęła się z niedowierzaniem. — Myślałam, że już nigdy nie będę świadkiem tego daru.- Spojrzała na córkę.– Viten…
Dziewczyna pokręciła głową.
— Mamo...Nic nie czuję.
Na twarzy królowej nie pojawił się zawód. Przeciwnie. Podeszła bliżej córki i delikatnie ujęła jej dłonie.
— To jeszcze nic nie znaczy.
Arden spojrzał pytająco na żonę.
— Vostro?
Królowa odwróciła się ku niemu.
— Nasza córka ma dopiero szesnaście lat. Jej Pieczęć wciąż pozostaje zamknięta.
— Chcesz powiedzieć… — zaczął twardo król
— Że dopóki nie przejdzie obrzędu zdjęcia Pieczęci w dniu osiemnastych urodzin, może nie być zdolna odczuć tego, co odczuwa elf.- dopowiedziała Królowa z uśmiechem.
Starszy przywódca delegacji skinął głową.
— Tak bywało już wcześniej. W Waszym przypadku, Królu, gdy spotkaliście się z Królową Vostrą byliście już oboje dorośli, dlatego mogliście poczuć to razem, w tej samej chwili.
Królowa odetchnęła z ulgą.
— Widzisz? — Spojrzała na córkę z ciepłym uśmiechem. — Nie musisz się bać. Bogowie pobłogosławili cię największym elfim darem. Tym samym, którym pobłogosławili mnie i twojego Ojca.
Viten jednak nie wyglądała na uspokojoną.
— A jeśli… -Zawahała się.– Jeśli po zdjęciu Pieczęci dalej nic nie poczuję?
Zapadła cisza.
Theren odpowiedział pierwszy.
Jego głos był spokojny.
— Wtedy przyjmę wolę Prastarej.
Arden przyglądał mu się długo.
— Mimo to będziesz czekał?
— Tak.
— Ile?
Elf spojrzał królowi prosto w oczy.
— Choćby całe życie.
Król milczał jeszcze chwilę.
— To bardzo szlachetne.
Po chwili dodał chłodniej:
— Ale pamiętaj, Therenie. Dla mnie jesteś dziś dorosłym elfem. Dla mnie ona nadal jest dzieckiem. Nie pozwolę, by ktokolwiek wywierał na nią presję.
Theren pochylił głowę.
— Nie taki jest mój zamiar.
— Mam nadzieję.
Arden spojrzał na córkę.
— Viten.
— Tak, ojcze?
— Nie jesteś nikomu nic winna. Ani dziś. Ani za dwa lata. Ani nigdy. — Viten skinęła głową — Jeśli potrzebujesz czasu, aby zastanowić się nad tym co w tej chwili wydarzyło się w tej sali, to zwalniam cię z obowiązków księżniczki. Niech Sethius zaprowadzi cię tam, gdzie będziesz w stanie poukładać swoje myśli. Masz tyle czasu, ile potrzebujesz.
Po raz pierwszy od początku rozmowy poczuła, że napięcie odrobinę opada.
Mimo to, wychodząc z sali, raz jeszcze odwróciła się w stronę Therena.
Elf wciąż patrzył tylko na nią. Nie z oczekiwaniem, nie z żądaniem. Z cierpliwością.
Jakby doskonale wiedział, że ich historia dopiero się rozpoczęła.