Vladimir - ebook
„Gdy byłam dzieckiem, uwielbiałam starszych mężczyzn i widziałam też, że oni uwielbiali mnie”
Tak zaczyna tę opowieść jej narratorka – błyskotliwa profesorka literatury angielskiej na prestiżowym amerykańskim uniwersytecie. Jej mąż – również wykładowca – właśnie został oskarżony o niewłaściwe relacje z młodszymi o kilka dekad studentkami.
Wszyscy oczekują teraz od niej, że potępi wiarołomnego męża, ale jest pewien problem – ona również uległa fatalnemu zauroczeniu. Odkąd zafascynował ją Vladimir, młody, charyzmatyczny pisarz, który pojawił się na kampusie, ich świat, niczym beczka prochu, niebezpiecznie zbliża się do eksplozji.
„Vladimir” to olśniewający debiut, powieść o małżeństwie i macierzyństwie, sztuce i miłości oraz pokusie, by sprawdzić, jak blisko można podejść do ognia i się nie poparzyć
Julia May Jonas z ironią i bezbłędnym wyczuciem demaskuje hipokryzję środowiska akademickiego po erze #MeToo. Zadaje niewygodne pytania o moralność i podwójne standardy, tworząc portret kobiety, która nie zamierza przepraszać za swoje fantazje i za swój gniew, nawet w epoce publicznych osądów.
„Uwodzicielsko wywrotowa” – „USA Today”
„Mistrzowski debiut” – „NPR”
„Aktualna, błyskotliwa, mrocznie zabawna” - „People”
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-838-0535-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Choć wy gotowe do wszelkiej miłości,
Dajcie mi szaleć w żałości.
– Sofokles, Elektra
Prolog
Gdy byłam dzieckiem, uwielbiałam starszych mężczyzn i widziałam też, że oni uwielbiali mnie. Podobało im się to, jak bardzo chciałam im dogadzać i jak bardzo mi zależało, by pozytywnie mnie postrzegali. Mrugali do mnie, mówili, że jestem wyjątkowo, nad wiek dojrzała. Trafiałam na nich w kościele i na spotkaniach rodzinnych, byli znajomymi rodziców moich znajomych. Byli mężami moich nauczycielek tańca albo nauczycielek biologii czy historii.
Ich aprobata sprawiała mi przyjemność. Wracając myślami do dzieciństwa, widzę siebie w białej sukience z błękitnymi akcentami. „Girls in white dresses...” – piosenka napisana przez starego mężczyznę. Nie nosiłam wprawdzie takich rzeczy, jednak we wspomnieniach widzę siebie tak ubraną, zwłaszcza podczas interakcji ze starszymi mężczyznami. Pamiętam, że uważałam się za wzorową dziewczynkę, i myślałam, że emanuje ze mnie dobroć. Dobroć i inteligencja promieniowały z moich oczu, a mężczyźni to zauważali, nawet ci najstarsi i najbardziej zrzędliwi.
Nadal lubię wiele rzeczy, w których gustują starsi mężczyźni. Jazz, folk, bluesa, wirtuozów gitary. Długie, intelektualne historie. Egzystencjalistów i umięśnionych pisarzy. Demoralizację i zabawnych, brutalnych kryminalistów. Uczuciowego rock and rolla. Złośliwość. Lubię opowieści o miejskim i wiejskim folklorze oraz anegdoty z historii polityki. Lubię błyskotliwe żarty i lubię rozmawiać o mechanice żartu, o sztuce wysławiania się, o grach karcianych, lubię historie wojenne.
Jednak tym, co najbardziej lubię w starszych mężczyznach teraz i przez co sama często czuję się starym mężczyzną – chociaż jestem podstarzałą białą kobietą grubo po pięćdziesiątce (i taką tożsamość muszę z pewnym zawstydzeniem prezentować światu) – jest to, że starsi mężczyźni są stworzeni z pragnienia. Nie ma chwili, by czegoś nie pożądali. Ich apetyt obejmuje jedzenie, jachty, podróże, rozrywki. Potrzebują ciągłej stymulacji. Potrzebują snu. Podążają za pragnieniem – cały ich świat jest stworzony z pragnień. Co do takich akurat starszych mężczyzn, o których myślę (a być może chodzi mi o specyficzny gatunek starszych mężczyzn, jakich spotykałam w życiu, i których idea przechowała się w moim umyśle od czasów młodości), to nie znają oni ani nie potrafią sobie wyobrazić świata, który nie byłby całkowicie i zupełnie zdominowany przez pragnienie i potrzebę zdobywania. I wreszcie pożądają oni uwielbienia partnerki seksualnej, choćby tylko w wyobraźni albo za pośrednictwem błękitnej poświaty ekranu telewizora.
Powyższe słowa napisałam, spoglądając na Vladimira, który oparł swoją płową, kształtną głowę o drewniane krzesło. Jego wypukłe – by nie rzec wydatne – czoło łapie światło padające na napiętą skórę na męskich wybrzuszeniach jego czaszki. Ma czterdzieści lat i należy do tego typu mężczyzn, których twarz z wiekiem najpierw staje się bardziej naciągnięta, a dopiero potem mięknie. Jego siwiejące blond włosy spoczywają na głowie niczym zmierzwione siano – dziś jeszcze gęste, ale już za parę lat zaczną się przerzedzać, aż w końcu zupełnie znikną. Vladimir śpi na krześle, a włosy na jego lewym ramieniu (tym, którego nie przywiązałam) lśnią w późnopopołudniowym słońcu. Przesuwam palcami po ich sprężystej miękkości, lekko, niczym maleńki, uprzejmy owad.
Krzesło jest masywne, w stylu średniowiecznym, zrobione z ciemnobrązowego sosnowego drewna wygładzonego od częstego użytkowania. Mam je ze sklepu ze starociami, do którego trafiło z zamkniętej piwiarni przy Route 9. Drewno pokryte jest lepiącymi się, czarnymi literami układającymi się w imiona i inicjały, niektóre otoczone sercem, inne opatrzone datą. Kiedy potrzebuję inspiracji, skupiam się na jakiejś parze inicjałów, na przykład: J.S. + R.B. 1987. Wymyślam nazwiska: Jehan Soon i Robert Black. Niech to będzie, powiedzmy, para gejów, którzy wyprowadzili się z Nowego Jorku do mniejszego miasteczka, uciekając przed horrorem epidemii wirusa HIV. Obydwaj to architekci – rodzice Jehana wyjechali z Korei, a on sam urodził się we Flushing w dzielnicy Queens, natomiast przodkowie Roberta Blacka przypłynęli do Ameryki na pokładzie statku „Mayflower”. Taka błękitnokrwista czarna owca, że tak nawiążę do nazwiska. Kupują wiktoriańską ruderę i obsesyjnie poświęcają się remontowi, wyszukują antyki i osobliwości, jakie można było zdobyć tylko w czasach sprzed internetu, zanim jeszcze ktokolwiek wiedział, co jest ile warte – od foteli zaprojektowanych przez Eamesów do kiczowatych figurek z lat sześćdziesiątych. Któregoś wieczora wychodzą na miasto i idą do pubu. Jest wiosna, ciepło, więc siadają na zewnątrz, w romantycznej scenerii drzew, których gałęzie uginają się od kwiatów. Jehanowi, który trochę sobie popił, zbiera się na czułości, a Robert, przestraszony scenerią małego miasteczka i w obawie przed grupkami masywnych osiłków, którzy nawet jeśli nie należą do Hells Angels, to przynajmniej czerpią inspirację z ich estetyki, odtrąca go. Kłócą się na poważnie i zagniewani wracają do domu – Jehan upokorzony, a Robert bezradny. Dużo później, jak już się pogodzą, Robert wraca do tego pubu sam i wycina ich inicjały na tym krześle, a potem, w dniu pierwszej rocznicy ich przeprowadzki do miasteczka, przyprowadza tam Jehana, prosi go, by usiadł na tym krześle, i pokazuje mu napis.
A potem obaj ulegają samoistnemu spłonięciu.
Na przykład.
Vladimir wydaje z siebie ciche, kojące chrapnięcie – słodki, spokojny pomruk. Gdybym z nim mieszkała, gdybym była jego żonką, oplotłabym go ramionami i pozwoliła, by to pochrapywanie ukołysało mnie do snu niczym szum morskich fal.
Powinnam posprzątać domek – rozgniecione cytryny z naszych drinków walają się po blacie, a każdy but w przedpokoju wskazuje inny kierunek. Powinnam jeszcze trochę popisać, popracować nad książką, jednak wolę siedzieć i przyglądać się, jak światło przesuwa się po ciele Vladimira. Zdaję sobie sprawę, że ta chwila jest idealnym przykładem liminalności. Trwam w rzeczywistości przed przebudzeniem Vladimira. Szkoda, że nie ma tu tych z moich studentów, którzy żywią postmłodzieńczą fascynację terminami literackimi. Jestem przekonana, że gdyby tu byli, poczuliby to samo, co ja. Tę bezmiejscowość, tę bezczasowość tu i teraz. Pulsującą obecność chwili między chwilami.
I.
Wprawdzie słyszałam, jak Vladimir wypowiadał się podczas warsztatów, na obiedzie aplikantów i na wyjeździe naszego wydziału, ale dopiero w semestrze jesiennym miałam okazję zamienić z nim więcej niż parę słów. Gdy go poznałam – na wiosnę, kiedy został zatrudniony na etat jako wykładowca – przychodziłam spóźniona i wychodziłam przed końcem wszystkich wydarzeń na wydziale po to, by uniknąć konieczności rozmawiania z kolegami. Nawet gdy siedziałam oddalona od Florence o trzy miejsca, to już było dla mnie nie do wytrzymania – błyskawice furii wystrzeliwały z mojej waginy i rozchodziły się aż do najdalszych krańców ciała. Zawsze czułam, że gniew zaczyna się w waginie, i dziwi mnie, że tak rzadko się o tym pisze.
Pewnego wczesnego wrześniowego wieczora, w pierwszym tygodniu semestru, Vladimir odwiedził mnie w domu i to właśnie wtedy po raz pierwszy dłużej porozmawialiśmy. Rozkoszowałam się chłodną bryzą, siedząc w salonie, popijając wodę mineralną – mam taką zasadę, że jeśli jestem sama, nie piję alkoholu przed dwudziestą pierwszą (to praktyczna taktyka, by nie przybierać na wadze) – i czytając o historii czarownic w Ameryce, gdy zadzwonił do drzwi. Odkąd mojemu mężowi postawiono zarzuty, czułam niechęć do literatury pięknej. Na ogół każdego lata ochoczo zabierałam się do lektury, by znaleźć jedno czy dwa opowiadania albo fragmenty powieści, które mogłabym zadać studentom. I im, i mnie zależało, byśmy byli na bieżąco z najnowszymi wydawnictwami. Jednak tego lata przeskakiwałam tylko wzrokiem po słowach. Wyimaginowane światy, cała ta wymyśloność, ta wykradzioność fikcji, różne postacie – wszystko to wydawało mi się nędzne i żałosne. Potrzebowałam dat, faktów, liczb i statystyk. Broni. Oto nasz świat i oto, co się na nim wydarzyło. Na pierwszych zajęciach ze wstępu do literatury zawsze odczytywałam fragment z Poetyki, w którym Arystoteles omawia różnicę między historią a poezją i stwierdza, że poezja, jako wymyślona i teoretyczna, lepiej przedstawia ludzką naturę. W tym roku zrezygnowałam z tego. W tym roku zrezygnowałam z całego wstępnego wykładu, który na ogół stanowił litanię nawiązań i cytatów, od dawna przygotowanych i wyćwiczonych, mających za zadanie onieśmielić i zachwycić moich studentów. W tym roku dla odmiany poprosiłam ich, by opowiedzieli coś o sobie i swoich doświadczeniach. Chciałabym powiedzieć, że ta decyzja wzięła się z potrzeby poznania ich bliżej, jednak nie byłoby to prawdą. W notatkach do zajęć napisałam: „A niech gadają! (I tak interesuje ich tylko to, co sami myślą)”.
Usłyszałam, jak pod dom podjeżdża samochód, a po chwili, że ktoś krąży niepewnie wokół posesji, nie wiedząc, do których drzwi podejść. W naszym miasteczku panuje taki zwyczaj, że do domu wchodzi się przez tylną werandę, która, o ile właściciele wszystkiego nie przebudowali, prowadzi prosto do kuchni – pamiątka po czasach, gdy powszechne było zatrudnianie służby, a prace domowe nie były zajęciem wykonywanym z wyboru, by popisać się swoimi umiejętnościami i dobrym gustem.
Vladimir jednak był tu nowy, więc zadzwonił do drzwi frontowych, otwierających się na zimny korytarzyk, którego używaliśmy tylko jako przejścia na górę. Gdy otworzyłam, stał w świetle lampy wiszącej nad gankiem i natychmiast włożył wolną rękę do kieszeni, jakby chwilę przedtem poprawiał włosy. Wyglądał na zawstydzonego. Przypomniałam sobie, jaka sama byłam koło trzydziestki, gdy będąc młodą matką, poznawałam młodych ojców i rozmawialiśmy o tym, gdzie ich dzieci chodzą do podstawówki i czy będą ćwiczyć karate – jak bardzo mi się wtedy podobało, gdy bezwiednie poprawiali włosy albo ubranie, co świadczyło o tym, że nerwowo uznawali moc mojej ówczesnej atrakcyjności.
W drugiej ręce trzymał butelkę wina, a pod pachą – książkę. Gdy otworzyłam drzwi, niezdarnie zamienił je miejscami, umieszczając wino pod drugą pachą tak, że butelka opierała się o jego bok niczym futerał na skrzypce. Miał pleciony krawat ozdobiony grawerowaną spinką, kraciastą koszulę z podwiniętymi rękawami, dobrze skrojone spodnie i porządne skórzane buty na grubych, białych podeszwach. Było jasne, że niedawno przyjechał z miasta – żaden heteroseksualny mężczyzna, który mieszkał tu trochę dłużej, nie ubrałby się w ten sposób. Nawet mój mąż, człowiek próżny, gustujący w drogich swetrach z irlandzkiej wełny, zdążył już zapomnieć o szczególnym charakterze i lekkiej ironii miejskiego stylu. Wtedy nosił to, co nosił, bo w to wierzył – a teraz stracił poczucie stylu i prezencji, które dla dobrze ubranych mieszkańców miast było czymś zupełnie naturalnym. Stracił poczucie bycia nieustannie na widoku.
Vladimir podał mi cienką książkę: zieleń szkolnej tablicy, bezszeryfowa czcionka.
– Powiedziałbym, że byłem w okolicy, ale nie byłem, bo przyjechałem z uczelni. Chciałem dać... Rozmawiałem wcześniej z Johnem... Chciałem mu przywieźć... I oczywiście tobie... To. I jeszcze to – powiedział, podnosząc do góry butelkę. – Nie śmiałbym zakładać, że moja książka wystarczyłaby jako pretekst do złożenia wam wizyty.
Zignorowałam wino i nałożyłam maskę statecznego entuzjazmu, której używałam coraz częściej w kontaktach ze studentami i innymi młodymi ludźmi. Oni powiedzieliby, że włączyłam swoją Energię Wielkiej Matki.
– Vladimir Vladinski, Pomijalne ogólniki – przeczytałam. – Twoja książka. Jak miło. Proszę, wejdź.
Po chwili negocjacji z masywnymi drzwiami, o które zahaczył się jego krawat, Vladimir podążył za mną w stronę salonu. Prowadząc go korytarzem, złapałam kaszmirowy szal i owinęłam sobie wokół szyi. Wolę ją zakrywać.
– Johna nie ma w domu, ale może napijesz się ze mną? Skoro nie byłeś w okolicy?
Zgodził się, spojrzawszy najpierw na zegarek, tym samym dając mi do zrozumienia, że nie ma dużo czasu.
– Chodźmy do kuchni. Tam możesz wypić albo swoje wino, albo piwo, albo martini.
Jako gospodyni na ogół bardzo dużo się krzątam i lubię to u innych, chociaż wiem, że nie wszyscy tak mają. Gdy ktoś przychodzi do mojego domu, prawie cały czas jestem w ruchu – coś układam, robię kawę, sprzątam. Moja matka nigdy nie siadała, chyba że akurat czytała, pisała, płaciła rachunki albo spała. Mam to po niej. Kiedy przychodzę do kogoś w odwiedziny, a ta osoba robi dużo rzeczy jednocześnie, dzieląc uwagę na wiele zadań, pakując walizkę czy myjąc podłogę, podczas gdy ja po prostu jej towarzyszę, czuję się swobodnie. Zawsze lubiłam uczucie spędzania czasu przy kimś, natomiast gospodarz, który poświęca mi za dużo uwagi, sprawia, że czuję się nieswojo.
Kiedyś, jeszcze w mieście, gdy byłam tylko wykładowczynią i nic nie pisałam, miałam przelotny romans z młodym mężczyzną, który poruszał się bardzo powoli i nawiązywał intensywny, długotrwały kontakt wzrokowy. Chodził do mnie na seminarium „Kobiety w literaturze”, a spojrzenie, które we mnie wbijał, dzieląc się swoimi przemyśleniami na temat Woolf, Eliot czy Aphry Behn, było tak świdrujące i bezczelne, że nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Na początku wydawało mi się to zabawne, takie afektowane. Gdy jednak zaczął spędzać coraz więcej czasu w moim gabinecie, uzależniłam się od tego spojrzenia i w trakcie naszych rozmów mrugałam najwolniej jak potrafiłam, żeby poczuć, że wynurzam się i zanurzam w ciepłą kąpiel jego wzrokowej atencji. Gdy wreszcie skonsumowaliśmy nasz flirt, okazało się – ku mojemu rozczarowaniu (chociaż nie było to zaskakujące) – że podczas zbliżenia on nie był w stanie utrzymać tego kontaktu, wywracał oczy i stawał się tak samo wsobny jak każdy inny dwudziestojednoletni chłopak. (Nie oburzajcie się, ja miałam wtedy tylko dwadzieścia osiem lat). Gdy nasza przygoda się zakończyła, jego wzrok zaczął mnie irytować, potem złościć, aż wreszcie stał się cielęcy i ckliwy. Musiałam przejść przez wszystkie te etapy percepcji. Chłopak teraz „robi w biznesie” i chyba jest republikaninem.
– Jasne, martini, czemu nie – powiedział Vladimir, najwyraźniej zachwycony.
– Tylko uprzedzam, że ja robię z wódką. To takie przedmiejskie martini. Mocne i brudne, czyli dużo oliwek i wermutu.
Zapewnił mnie, że w porządku, świetnie, że właśnie takie lubi. Otworzyłam dolną szafkę, żeby się na nią wspiąć i sięgnąć po kieliszki stojące na wysokiej półce. Jestem niska. Ten anatomiczny szczegół zdaje się stać w sprzeczności z moją osobowością. Przez całe moje dorosłe życie ludzie zawsze byli zaskoczeni, widząc mój niski wzrost, i nie mogli się nadziwić, że mam tylko metr sześćdziesiąt. Wszystkim się wydaje, że mam co najmniej metr siedemdziesiąt albo nawet siedemdziesiąt pięć. Sama też się dziwię, gdy widzę na zdjęciach, jaka jestem mała w porównaniu z moim mężem. W mojej wyobraźni jesteśmy tego samego wzrostu.
Wyciągnęłam kieliszki z szafki. Wydawało mi się, że Vladimir stoi bardzo blisko mnie, i rzeczywiście, kiedy się obróciłam, żeby mu podać kieliszki, prawie mu je postawiłam na klatce piersiowej.
– Przepraszam – powiedzieliśmy jednocześnie.
– Moje szczęście – dodałam.
Kiedy drinki były gotowe, zaprowadziłam go do salonu. Wybrał miejsce na kanapie naprzeciwko mnie i rozsiadł się w atrakcyjny, męski sposób: nogi szeroko, kostka oparta na kolanie. Powiedział mi, że ma małe dziecko, trzyletnią córeczkę (Philomenę, ale mówią na nią Phee), i że jego żona (osoba budząca fascynację całego naszego wydziału, która miała zacząć prowadzić u nas zajęcia z pisania wspomnień, piękna kobieta, którą widziałam na różnych imprezach na uniwersytecie, ale z którą jeszcze nie miałam okazji porozmawiać) źle zniosła przeprowadzkę z miasta na prowincję. Spytał, gdzie jest mój mąż, i wyglądał na zaskoczonego, gdy powiedziałam, że poszedł na drinka ze swoim dawnym studentem.
– Studentem, nie studentką?
Przytaknęłam, co go uspokoiło.
Mój mąż, John, jest szefem naszego małego Wydziału Literatury Angielskiej na naszym małym podnowojorskim uniwersytecie, do którego uczęszcza niecałe dwa tysiące dwustu studentów. Na początku semestru letniego (w styczniu tego roku) do wydziału trafiła podpisana przez ponad trzysta osób petycja wnosząca o jego usunięcie. W załączniku znajdowały się oświadczenia siedmiu dawnych studentek, obecnie będących w różnym wieku, które w ciągu dwudziestu ośmiu lat jego pracy dydaktycznej miały z nim kontakty seksualne. Pamiętajmy jednak, że nic takiego nie wydarzyło się w ciągu ostatnich pięciu lat, po tym gdy zakazano relacji intymnych między wykładowcami a studentami. Kiedyś powiedzielibyśmy, że te stosunki odbywały się za obopólną zgodą – bo tak istotnie było – i za moją wiedzą (choć bez szczegółów). Dziś jednak wygląda na to, że młode kobiety utraciły wszelką sprawczość jeśli chodzi o miłosne uwikłania. Teraz to mój mąż nadużywał swojej pozycji – a że to właśnie ta pozycja była przyczyną, dla której one go pożądały, to już nieistotne. Niezależnie od tego, czy nasze małżeństwo jest fikcją, czy nie, wciąż się we mnie gotuje, gdy o tym pomyślę. Mój gniew wywołują nie tyle same oskarżenia, co brak szacunku do samych siebie, jaki wykazują te kobiety, ich brak poczucia własnej wartości. Wolałabym, żeby nie postrzegały siebie jako listków gnanych podmuchami wiatru w świecie, który nie należy do nich, tylko jako silne, zmysłowe kobiety, które podnieca odrobina niebezpieczeństwa, odrobina tabu, odrobina zabawy. Wobec tego dość wątpliwego ogólnego zwrotu, domagającego się moralności w sztuce, uważam, że cała ta pruderia post factum jest wręcz obraźliwa – i mówię to jako kobieta. Ich poczucie winy doprowadza mnie do rozpaczy – że aż musiały stwierdzić, że to mój mąż je wykorzystywał. Chciałabym zorganizować dla nich wszystkich Marsz Szmat, żeby im uzmysłowić, że jeśli czują się smutne, to nie przez seks, który uprawiały, tylko raczej przez to, że spędziły zbyt dużo czasu w internecie, zastanawiając się, co ludzie o nich pomyślą.
Vladimir Vladinski, młody nowy profesor, który – jak podejrzewałam – mógłby awansować na dziekana, o ile tylko dostanie etat (a dostanie, biorąc pod uwagę jego zdolności, literacką reputację, młodość i niewątpliwą ambicję), rozglądał się po moim salonie. Podążałam za jego spojrzeniem, które zatrzymało się na wielkoformatowym plakacie Piękności dnia Buñuela, kupionym na imprezie charytatywnej Forum Filmu, kiedy pozbywali się swojej kolekcji plakatów, a potem na serii oprawionych zdjęć przedstawiających domy wielkich amerykańskich pisarzy, skompletowanej po wycieczce po całym kraju, na którą pojechaliśmy, gdy moja córka Sidney miała osiem lat. Odwiedziliśmy rodzinne miasta ważnych amerykańskich literatów, od Hemingwaya, przez Faulknera, O’Connor, Morrison, Wrighta, Cather, aż do Didion w Los Angeles. Po lewej stronie, na ścianie, Vladimir widział oprawione broszury z muzeów Dostojewskiego, Tołstoja i Turgieniewa przywiezione z podróży do Rosji. Na półce pod stolikiem kawowym leżała sterta programów ze spektakli teatralnych, które oglądaliśmy podczas corocznych tygodniowych wypadów do Nowego Jorku. Prawie cała ściana była zasłonięta przedstawieniami Don Kichota i wielką mapą Hiszpanii, na której jego tułaczka była zaznaczona pinezkami i podkładkami z kawiarni z poszczególnych miast. W rogu pokoju stał ołtarzyk poświęcony naszym najdalszym podróżom – kolekcja obejmowała prawdziwą maskę shite z teatru no, kilka niewielkich statuetek kupionych na bazarze Ariaria w Nigerii, rzeźbione norweskie podpórki do książek, zabytkowy szwedzki imbryk do kawy, sitar z Indii oraz marokański gobelin.
– Macie wspaniały dom – powiedział, podnosząc folder z meksykańskiego domu Fridy Kahlo i kartkując go.
– Jest świadectwem upływającego czasu i tego, co widzieliśmy. – Ostrożnie odstawiłam swoje martini na zabytkowy stojak na popielniczkę, którego używaliśmy jako stoliczka. – Czasem patrzę na niego i myślę, że miałam dobre życie, a czasem chcę go spalić do gołej ziemi i zostać minimalistką.
Vladimir potrząsnął głową.
– Ale to najlepszy rodzaj bałaganu, bo wygląda jak muzeum, a nie zbieranina śmieci z sieciówek, plastikowych pudełek i pilotów.
– Te są lepiej schowane. Mam też torebki, w których są inne torebki, w których są inne torebki. Czy zawsze musimy chcieć otaczać się kulturą? To męczące, że jesteśmy wciąż bombardowani wynikami cudzych starań – powiedziałam.
– Nie wierzę, że naprawdę tak myślisz. Jeśli to cię męczy, nie byłabyś w stanie przeżyć na uczelni – odparł. Ku mojemu ogromnemu zadowoleniu zaczął przeciągać ze mną linę.
– A kto powiedział, że jestem? – Uniosłam brwi i wydęłam usta, starając się, by wyglądało to jak świadome nawiązanie do „Komedii ludzkiej”.
Pociągnął duży łyk z kieliszka, rozlewając kilka kropli na spodnie, prosto na krocze, gdzie materiał był napięty niczym trampolina rozciągnięta między jego skrzyżowanymi nogami.
– Dziwię się, że wypuszczasz go z domu.
Spojrzał w stronę okna, czarnego i błyszczącego, skrywającego za sobą ciemność nocy. Z miejsca, w którym siedzieliśmy, mogliśmy zobaczyć w szybie siebie nawzajem, ale siebie samych już nie. Mimo że wcale się nie staraliśmy, nasze spojrzenia spotkały się w odbiciu. Oboje uśmiechnęliśmy się nieśmiało, nie otwierając ust. Vladimir odwrócił wzrok.
Podczas dni i nocy, które nastąpiły potem, widok jego odbicia w czarnej szybie prześladował mnie i cieszył. Ręka wyciągnięta na poduszce, skrzyżowane nogi, widoczny materiał skarpetek, głowa zwrócona ponad ramieniem, wzrok skierowany w dół, niczym u staromodnej aktorki teatralnej spoglądającej wstydliwie na bukiet kwiatów.
Na ogół unikałam szczerych rozmów na temat mojego małżeństwa i czasem zastanawiam się, dlaczego wtedy otworzyłam się przed Vladimirem Vladinskim, eksperymentalnym powieściopisarzem, wykładowcą na naszej uczelni, ale oczywiście natychmiast sama sobie udzielam odpowiedzi. Chciałam, żebyśmy byli z sobą najbliżej jak to możliwe – od tamtej chwili, gdy go zobaczyłam w szybie, ze skrzyżowanymi nogami. To było tak, jakby otworzył się przede mną zupełnie nowy świat, a jeśli nie świat, to przynajmniej studnia bez dna – niekończące się, szalone uczucie ciągłego spadania.
I dlatego powiedziałam mu o wszystkim. O milczącym porozumieniu, jakie mieliśmy z mężem, że dajemy sobie całkowitą wolność seksualną. Bez pytań, bez opowieści, tylko dając sobie wszystko do zrozumienia za pomocą zdawkowych uwag i gestów. Nie omawialiśmy tego – a zresztą, dobry Boże, kto ma czas omawiać takie rzeczy? To żenujące, pospolite i zupełnie nie w naszym stylu. Myśl o jego męskości sprawiała mi przyjemność, podobnie jak cieszyłam się przestrzenią, którą stwarzały dla mnie jego romanse. Wykładałam literaturę, byłam pisarką, byłam matką dla Sidney. Czego ja mogłabym chcieć od męża, który domagałby się mojej uwagi? Chciałabym go unikać i być unikaną przez niego. Natomiast co do wieku tamtych kobiet, to za dobrze pamiętałam, jaka sama byłam na studiach, żeby teraz protestować. W czasach studenckich wprost szalałam z pożądania do profesorów. Nie miało żadnego znaczenia, czy byli to mężczyźni, czy kobiety, atrakcyjni czy nie, błyskotliwi czy przeciętni – wszystkich pożądałam tak samo mocno. Pożądałam ich, bo wydawało mi się, że mieli moc mówienia mi, kim jestem. Gdybym miała wtedy w sobie choć trochę bezczelności czy pewności siebie, jestem przekonana, że mogłabym któregoś dnia wparować do czyjegoś gabinetu. Nigdy tego nie zrobiłam. Ale gdyby ktoś tylko gwizdnął, od razu bym przybiegła.
Mój mąż natomiast był słaby. Chciał, by go pożądano, czerpał z tego siłę, to było jego światło, jego woda, jego tlen. A każdej jesieni zalewała go nowa, świeża fala młodych, namiętnych kobiet i z każdym rokiem ich skóra była jeszcze piękniejsza i bardziej lśniąca niż tych z poprzedniego roku, zwłaszcza w porównaniu z naszą, która zdawała się blaknąć i pierzchnąć, im dłużej mieszkaliśmy w tym prowincjonalnym miasteczku, w którym od października do czerwca panuje chłód.
Jak miałam dwadzieścia, trzydzieści lat, też miewałam romanse. O tym ze studentem już wspominałam (więcej studentów nie było – okazało się, że nawet w wieku dwudziestu ośmiu lat czułam się zanadto skrępowana, porównując w myślach swoje starzejące się ciało do ciał młodych, jędrnych kobiet, z którymi spotykał się mój młody kochanek), oprócz tego byli mężczyźni mieszkający w okolicy: Thomas, robotnik, który remontował naszą łazienkę na piętrze; Robert, wykładowca z wydziału ekonomii; Borys, malarz, który mieszkał w pobliskim miasteczku i przyjmował mnie w swojej pracowni przerobionej ze stodoły (bardzo filmowa przestrzeń).
Krótko przed czterdziestką popełniłam błąd i wdałam się w romans z kimś z wydziału. Sprawa skończyła się źle, były łzy, groźby, głuche telefony i urażone uczucia. Moja córka miała już dziewięć lat i coraz lepiej zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje w otaczającym ją świecie. Było to skomplikowane i wykańczające. Postanowiłam wycofać się z gry i oddać abstynencji. Skoncentrować się na pracy, domu i pisaniu. Rozrywka, jakiej dostarczył mi tamten kolega, z początku była wprawdzie intrygująca, ostatecznie jednak sprawiła, że poczułam się śmieszna i wyzuta z godności; zdesperowana, słaba, miotająca się. Teraz moim celem była godność, elegancja i erudycja. Postanowiłam porzucić chuć i pożądanie. Napisałam liczne artykuły poświęcone formie i strukturze. Opublikowałam drugą powieść.
Gdy opowiedziałam o tym wszystkim Vladowi, wyglądał na umęczonego. Chyba się spodziewał, że będę przekonana o niewinności męża i będę upierała się, że całe to zamieszanie jest kampanią, której celem jest zepsucie jego reputacji – a ostatecznie oczyszczenie uczelni ze starych białych mężczyzn czy coś w tym rodzaju. W kilka chwil dopił swoje martini.
Ssąc oliwkę, zaczął zadawać mi pytania.
– Czyli wiedziałaś, że twój mąż miał liczne romanse ze studentkami?
Otworzyłam szeroko oczy, żeby się powstrzymać przed przewróceniem nimi.
– Liczne romanse. Jaki głupi dobór słów. On rżnął je, a one rżnęły jego. Rżnął ich błyszczącą skórę, a im się robiło mokro w majtkach od jego zainteresowania. Podobało im się to, a on nic nie mógł na to poradzić.
Skrzywił się. Świętoszek.
– Nic nie mógł poradzić. Nie wierzę. Nie wierzę, że można tak nisko upaść.
– Co, z miłości? – spytałam. – Czy z pożądania?
– Nieważne. Zawsze się znajdzie jakaś część nas, której pozwalamy na zbyt wiele. A nie trzeba tego robić, jeśli się tego nie chce.
Był wzburzony i zrobił się czerwony na twarzy. Przypominał dziewiętnastowiecznego kaznodzieję z Nowej Anglii – transcendentalnego unitarianina o bardzo surowych zasadach. Albo jakiegoś weganina. Podobało mi się to. Podobał mi się jego arogancki gniew.
Splotłam ręce na kolanach.
– Chyba cię zdenerwowałam.
– Nieważne. – Wyglądał jak zbulwersowany nastolatek. („To nie fair!”) – Właśnie dlatego nie powinno się nikogo podziwiać. Bo czeka nas tylko rozczarowanie.
– Możesz nadal podziwiać mojego męża, a jednocześnie nie akceptować tego, co zrobił – powiedziałam. „Tylko że kim ty jesteś, żeby to akceptować bądź nie”, dodałam w myślach.
– Chciałbym. Może mi się uda. Przepraszam. Za mało zjadłem przed wypiciem drinka.
Potem zmieniliśmy temat – dyskutowaliśmy o nowej powieści ważnego pisarza, o spektaklu, który widzieliśmy w Nowym Jorku, i czy była to nowa, feministyczna interpretacja klasycznego tekstu, czy patriarchalne bzdury. Wmusiłam w niego trochę chleba i sera, kazałam napić się wody. Rozmawialiśmy o studentach drugiego i trzeciego roku (ci z trzeciego byli tępi, a z drugiego bystrzy). Opowiedziałam mu – na ile pozwoliła mi pamięć – o zajęciach, na jakie może wysłać swoją trzyletnią córkę.
Rozstaliśmy się w zupełnej ciemności. Powtórzyłam, że nie mogę się doczekać, aż przeczytam jego książkę. Wydawał się nieszczery, gdy przy pożegnaniu powiedział, że „naprawdę bardzo by chciał” poznać moje i męża (zwłaszcza moje) zdanie na jej temat. Gdy jego samochód odjechał, rozsiadłam się w drewnianym fotelu nad basenem. Odchyliłam głowę do tyłu i spojrzałam na gwiazdy. Zachciało mi się palić, chociaż od dwudziestu lat nie miałam papierosa w ustach. Czułam narastającą w całym układzie nerwowym ekscytację i dzikość – mrowienie zaczynające się w kościach i promieniujące na zewnątrz. Wyobrażałam sobie, że Vladimir Vladinski odgarnia włosy z mojej twarzy tymi swoimi dużymi, szorstkimi dłońmi. W głębi posesji, za drucianym ogrodzeniem wyznaczającym koniec ogrodu, błysnęły oczy dzikiego kota albo lisa, odbijając światło lampy na werandzie. Lśniły niczym oczy demona.
II.
Przeczytałam jego książkę w następnym tygodniu. Zabrałam ją do uniwersyteckiej biblioteki i usiadłam w jednym z foteli w oszklonej wnęce na cichym piętrze. Bibliotekarki wydrukowały portrety sióstr Brontë i Jane Austen z palcami podniesionymi do ust i poprzyklejały je na krańcach regałów. Ćśś! Patrząc w dół ze swojego miejsca we wnęce, mogłam dojrzeć trawnik rozpościerający się cztery piętra niżej. Była ósma rano. Widziałam zaspanych studentów w dresach i piżamach, powłóczących nogami w drodze na pierwsze poranne zajęcia. Widziałam kilku atletów biegnących z wyraźnym poczuciem wyższości. Atletki natomiast biegły tak, jakby chciały ukarać same siebie. Kilka młodych kobiet ubranych w wyszukane stroje i z pełnym makijażem na twarzach rozglądało się, żeby sprawdzić, czy ktoś zwrócił na nie uwagę. Kilku zagubionych studentów ekonomii miało na sobie źle skrojone garnitury – najwyraźniej wzięli sobie do serca zasadę, że trzeba się ubierać z myślą o sukcesie.
Nie chciałam siedzieć w swoim gabinecie, gdzie w każdej chwili mógłby mi przeszkodzić któryś z moich współpracowników albo jakiś student. Na ogół miałam dobry kontakt z młodzieżą (zresztą nasza uczelnia nie jest typową akademicką fabryką i jest bardzo zorientowana na studenta) i zanim zaczęło się całe to zamieszanie z Johnem, lubiłam z nimi rozmawiać i wypytywać o ich pasje i marzenia. Lubiłam im doradzać tak samo w sprawach życiowych, jak na temat prac i książek, i sprawiało mi przyjemność, że niektórzy, obdarzeni odwagą, jaką ja nie byłabym w stanie się wykazać w obecności autorytetu, potrafili opaść na kanapę stojącą naprzeciwko mojego biurka i pokazać mi się w pełnej krasie swojej udręczonej dezorientacji.
Rękopisy wolałam jednak czytać w bibliotece. Nawet w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat, nawet na tej uczelni, gdzie pracuję od lat prawie trzydziestu, wciąż czuję dreszcz podniecenia w bibliotece. Wciąż czuję drzemiący tu potencjał: studenci pracują nad tym, by stać się kimś, umysły poszukują i wyciągają się we wszystkie strony, przy stolikach i między rzędami książek buzuje ciekawość przyszłości. Uważam, że przebywanie w tej atmosferze jest znacznie bardziej inspirujące niż odosobnienie w zamkniętej przestrzeni. Tutaj czuję się tak, jakbym brała czynny udział w tworzeniu wiedzy. W swoim gabinecie jestem częścią uniwersytetu, ale nie uniwersyteckiego życia. W bibliotece żyję tym życiem, a nie obok niego. Lubię czuć gwar studenckich mózgów i serc nieograniczonych scenerią sali wykładowej. W bibliotece opływają mnie fale ich życia: wyczuwam ich miłosne rozterki, ich urazy, nienawiści, obsesje, a wszystko to wibruje z częstotliwością, jakiej sama już nigdy nie poczuję. Nigdy nie będę kochała tak, jak oni kochają, nienawidziła, jak oni nienawidzą, ani pragnęła tego, czego oni pragną tak mocno i zawzięcie.
Nasze ostatnie spotkanie zrobiło na mnie takie wrażenie, że postanowiłam zaczekać kilka dni, zanim zabiorę się do lektury książki Vladimira. To do mnie niepodobne – choć dla niego to bez znaczenia. Najczęściej byłam tak wrażliwa na niepokój targający autorem nadesłanego rękopisu, że czytałam go natychmiast. Pamiętam, z jakim napięciem czekałam na opinie na temat swoich pierwszych opowiadań i jak urażona się czułam, gdy uznawałam, że ktoś nieadekwatnie odniósł się do tekstu, który wysłałam. Często miałam do czynienia z młodymi pisarzami (oprócz regularnych zajęć prowadziłam każdej wiosny kurs kreatywnego pisania) i na ogół jeśli nie zabierałam się do lektury od razu, ze względu na obłożenie pracą albo obowiązki na wydziale, dawałam im znać, jak tylko zaczynałam czytać rękopis, żeby wiedzieli, kiedy mniej więcej mogą się spodziewać mojej opinii. Okazało się jednak, że Vladimirowi nie byłam w stanie wyświadczyć tej uprzejmości.
Oczywiście to była inna sytuacja. Jego książkę opublikowało duże wydawnictwo. Zaistniała już w świecie i nie były jej potrzebne moje refleksje i uwagi – była na nie uodporniona. Czytaliśmy recenzje i pochwały, widzieliśmy ją na listach najlepszych nowości. Nie pisali o niej w „Timesie”, ale ukazała się recenzja w „Washington Post”, krótka wzmianka w „New Yorkerze” i recenzje (z gwiazdkami) w „Booklist” i „Kirkus”. Gdy pojawiły się pierwsze oskarżenia, Johna poproszono o opuszczenie komisji rekrutacyjnej. Usłyszałam, że mogę zostać, jednak poprosiłam, żeby mnie też zwolniono. Wiedziałam, że prawdziwe rozmowy staną się możliwe dopiero, gdy wyjdę z sali, wiedziałam, że moja obecność byłaby krępująca dla pozostałych, bo nie mogliby swobodnie powiedzieć, że trzeba zatrudnić kogoś, kto na pewno nie splami dobrego imienia naszego wydziału. Sądziłam, że nie zatrudnią kolejnego białego mężczyzny hetero, jednak Vladimir miał lepszą reputację niż inni pisarze, do których uczelnia jest przyzwyczajona, że tu aplikują. Biorąc pod uwagę, jakie poruszenie jego pierwsza książka wywołała w świecie literackim, nie mówiąc nawet o jej komercyjnym sukcesie, Vladimir mógłby spokojnie uderzać do uczelni w większych miastach i też zostać przyjętym. Rozmowa kwalifikacyjna, podczas której podobno (nie było mnie tam) zdradził wstrząsające szczegóły z życia osobistego (o których coś tam jednak słyszałam), została uznana za niezwykle obiecującą.
Chcę powiedzieć przez to wszystko, że dopóki sam mi nie przyniósł tej książki, nie przeczytałam jej po prostu przez zawiść i umyślną ignorancję. I gdyby nie przyniósł jej tamtego wieczora, a ja nie zobaczyłabym jego odbicia w ciemnym oknie, i gdyby nie spuścił wzroku, odsłaniając przede mną swoje zakłopotanie, nie sądzę, żebym kiedykolwiek po nią sięgnęła.
Czytałam cały ranek aż do chwili, gdy musiałam biec na zajęcia o jedenastej trzydzieści. Myślałam, że może w połowie poszłabym po kawę, ale nie zrobiłam tego i byłam tak pogrążona w lekturze, że przyszłam na salę spóźniona i zdezorientowana i musiałam poświęcić trochę czasu na wypytywanie studentów, jak się mają, zanim byłam w stanie na tyle pozbierać myśli, by sobie przypomnieć, co mamy tego dnia omawiać. Na szczęście studenci niczego tak nie uwielbiają, jak gadać o swoim stanie psychicznym, więc moja gra na zwłokę zaowocowała historiami o lekach, pomocy psychologicznej dostępnej w kampusie, organizacji czasu oraz ADHD, a wszystko opowiedziane z ironiczną samoświadomością – podczas gdy ja wracałam do siebie.
Po zajęciach poszłam do swojego gabinetu, w którym odwiedziła mnie Edwina, moja wierna wielbicielka, prosząc o rekomendację. Chciała tego lata odbyć dwa kursy: staż w prowadzonej przez Afroamerykanki firmie produkcyjnej, której najnowszy film zdobył Złotą Palmę w Cannes, oraz letni kurs semiotyki sztuki w Brown University. Powiedziała mi, że chce zostać producentką, ale szanowaną, i że chciałaby zmieniać kulturę. Wspomniała też, że poprzedniego lata była na stażu w innej firmie produkcyjnej i że jedna z najbardziej wpływowych producentek wykonawczych zrobiła doktorat z filologii klasycznej na Harvardzie i za każdym razem, gdy wychodziła z pomieszczenia, mówiono o jej stopniu naukowym pełnym szacunku szeptem. Edwina postawiła sobie za cel stać się kobietą taką jak tamta: mierzyć wysoko, panować nad piorunami, zdobywać nagrody, ale też mieć tytuł naukowy i być podziwianą ze względu na swój umysł.
Kiedy już zgodziłam się napisać te rekomendacje (uważam, że każdy, kto nie pisze rekomendacji, gdy zostanie o to poproszony, jest potworem, i mimo że sama jestem najbardziej samolubnym człowiekiem, jakiego znam, piszę je, i to zupełnie od zera, nie prosząc studenta o brudnopis) i udzieliłam Edwinie parę szybkich porad, wyprosiłam ją z pokoju. Widziałam, że była zawiedziona, że nie porozmawia ze mną dłużej – lubiłam ją, byłam ciekawa, co czyta, lubiłam jej polecać lektury i słuchać, jak plotkuje o innych zajęciach, na które chodzi, i o innych profesorach, jednak teraz nie mogłam poświęcić jej uwagi. Jedyne, o czym mogłam myśleć, to książka Vladimira. Nie otworzyłam jej, żeby czytać dalej – w gabinecie byłoby to upokarzające – ale chciałam sprawdzić, czy jestem w stanie o niej myśleć i odtworzyć w pamięci jej fragmenty.
Kiedy czytałam w bibliotece, ogarniał mnie szczery zachwyt na przemian z wściekłą zazdrością. Książka była zabawna, przejrzysta, żywa i barwna. Oszczędna, jednak dobór słów nadal pozwalał, by głos autora mógł wybrzmieć. Miało się wrażenie, że ta proza jednocześnie naśladuje życie i wykracza poza nie. Vladimir był naprawdę wybitnym pisarzem i choć ta książka – epigramatyczna powieść z kluczem – nie przyniosła mu sławy, to czytając ją, byłam pewna, że kiedyś będzie miał wszystko: bestsellery, wywiady, felietony, artykuły nie tylko o jego książkach, ale też o wystroju jego domu, ćwiczeniach fizycznych, pracowni, diecie, nawykach zawodowych, ilości snu i poglądach politycznych.