Volgalied - ebook
Rok 1992. Upada Polska Socjalistyczna Republika Radziecka. Miłosz Szacki – przedwojenny ułan i bezwzględny oficer wywiadu – przygotowuje się na śmierć. Zżera go rak, ale nowa, wolna Polska chce zdążyć rozliczyć go pierwsza. Za alians z Niemcami. Za antysemickie czystki w Wojsku Polskim. Za Leningrad. W jego mrocznym, chłodnym świecie nie ma litości, są tylko koniak,petydyna i gorzkie wspomnienia sojuszu, który zamiast ocalić kraj, skończył się narodową tragedią i sowieckim jarzmem. Kiedy stary żołnierz zaczyna pojawiać się na sesjach w szpitalu w Kobierzynie, na jaw wychodzi prawda gorsza niż zdrada dyplomatyczna. Prawda o obsesyjnej miłości do Marii, o paktach z diabłem i cenie, jaką płaci się za przetrwanie. Volgalied to fascynująca, pełna wisielczego humoru uchronia, która zmusza do zadania pytania: gdzie leży granica między patriotyzmem, zdradą a czystym instynktem przetrwania?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398345606 |
| Rozmiar pliku: | 698 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Nie wszystek umrę”, jak to mawiał Horacy.
Co do mnie, to mam ogromną nadzieję, że jednak wszystek. Może w Marii czy dzieciach jakaś cząstka mnie została? W sumie tak sobie myślę, że po tym wszystkim, co zaznali, to być może umarła razem z nimi. Przynajmniej tak mi się wydaje. Chyba że nadal żyją. Nie wiem.
Sierpień nastał. Zawsze kojarzyć mi się będzie z upałem tamtego lata. Jezusie Nazaretański, jak wtedy było gorąco! Od stu lat nie było tak ciepłego sierpnia; może wcześniej bywał, ale mierzyć nie mieli jak. Fale upałów zalewały nas jedna po drugiej. A jak gorąco, to wiadomo — burze. Dobrze, że po żniwach było, bo w wielu miejscach ówczesnej tamtej Polski susza zapanowała. Ale że po żniwach, to chleba nie brakowało. Zresztą wtedy to niewiele mi brakowało.
Osobiście cienia śród drzew Zossen, gdzie większą część sierpnia spędziłem, miałem pod dostatkiem. Zawsze też można było się popluskać w Kleiner Zeschsee, okiem porzucać na panny, które to im dłużej poza stolicą byłem, tym mi się ładniejsze wydawały. Mimo że Niemki, to jednak te Blitzmädchen całkiem nieźle się prezentowały. Oczywiście gdzież im tam było do mojej Marii. Samo Zossen to w ogóle było dość urocze miejsce.
A już w stolicy, to mi Maria opowiadała, że jak szło się Mazowiecką, Bracką czy Śmiałą, to umrzeć można było z gorąca. Bo tam asfalt nagrzewał się strasznie. A może to był makadam? Nie pamiętam. Szczęśliwie w samej Warszawie było znacznie więcej bruku, no i miejsc, gdzie przystanąć pod drzewem, też niemało. A teraz? Betonowe pustynie. No i stolica inna, chociaż do Warszawy z Dzierżyńska mają ją przenieść na powrót. Z Łodzi znaczy. Może podniosą ją z gruzów, bo teraz to mała się zrobiła, jak za Łokietka prawie. Zresztą jak i cała ta Polska.
I tak jak tamten sierpień gorący był okrutnie, tak teraz gorączka wszelaka ogarnęła umysły, więc zmieniają jak leci te wszystkie nazwy ulic, miast, wsi. Nawet kopanej nie zostawili w spokoju. Człek się już przyzwyczaił, a tu CSKA na Zawiszę, Komsomolca na Widzew, Spartaka na Pogoń. Zresztą do Lwowa to sam bym się wybrał, ale teraz to tam kiepsko, bo wojna, tłuką się te Ukry niesamowicie w tej Galicji. We łbie mi się od tych zmian już kręci, nawet z autobusów trudno korzystać, o bimbach nie wspomnę. Tyle lat człowiek chodził na Dynamo, zawsze przystanek przy Bohaterów Stalingradu, a teraz — Reymana. Dziwne czasy nastały, skoro po dekadach „ludowych” i „radzieckich” patronów nagle wraca Reyman. Aż dziw bierze, równie dobrze moim nazwiskiem to nazwać mogli, choć fakt, że tak dobrze w piłkę nie grałem. Ta cała Wisła... jakaś taka mało oryginalna. Krak Kraków — to by chociaż po królewsku brzmiało, skoro już polskich konotacji karać nie trzeba. Zresztą i tak Ruskie znowu przyjdą, to pewne, nie wiadomo tylko kiedy. I wszystko przerobią na swoją modłę. Próżny trud z tą całą nomenklaturą.
Krzysio na wywczas się udał, więc ostatnie tygodnie spędzałem samotnie dość. Czasem jedynie Fedor na gościnę zapraszał. Zawsze tymi samymi słowy. Już z okna krzyczał: „Miłosz, piwo pierdolniesz? Nie? A może kielycha?”.
Zacny z niego człowiek, choć menel straszny. Że mu prąd w oknach jeszcze świeci, to cud, bo nawet z komornym zalega z dobre pół roku. A, no i przepraszam, Gabor mnie raz na jakiś czas odwiedzi. Poczciwy z niego Madziar, w Polsce łatwiej mu chyba było przeszłość zakopać niż na Węgrzech. Znamy się od wojny, jak go z Zaporoża na bagna Łowaci rzucili. Tak jak wtedy żeśmy się zgubili, to trzy dekady minęły, jak na niego znowu wpadłem. Mówi mało, więc najczęściej tak sobie po prostu siedzimy i milczymy. Tylko żar zapalniczek ciszę przerywa lub mój kaszel. Nie to, że nic nie mówi, ale pomilczeć lubimy obaj, więc chyba tak nam przynajmniej jakieś poczucie bliskości towarzyszy w tym milczeniu. Złudnej może, ale zawsze.
Co do kaszlu właśnie, to do doktora wybrać się muszę, bo dusi mnie strasznie. Co dziwić zapewne nie może, skoro zdycham. Chyba.
*
Czwartek to był, a może środa. Nie pamiętam już. Czwartek jednak chyba. Ignaszewicz mnie odwiedził. W „Kanarkach” razem służyliśmy, ale poznaliśmy się jeszcze w Grudziądzu. Zaskoczenie niemałe, bo my to się tak raz na dekadę pewnie spotkamy, choć listy piszemy do siebie raz w kwartale, a i na urodziny w lutym zawsze dzwonimy. On też Miłosz zresztą. I też żona Maria. W każdym bądź razie do Koniewgradu zawitał, wnuki odwiedzić.
Jezusie Nazaretański, jak ja go na początku nie lubiłem! Przystojny był bardzo, karnacji ciemniejszej, z piwnymi oczy. Chociaż niższy ode mnie, to obyciem i manierami tak panny zaczarować umiał, że szły za nim niczym stare baby za proboszczem, jak to mój ordynans mawiał. Brak mi tego nicponia. W każdym bądź razie chyba zazdrosny o niego byłem. Nie żeby mi w tamtym czasie urody czy powodzenia brakowało, ale jednak dwa lisy w kurniku to o jeden za dużo. Ale z czasem, zwłaszcza zaraz po szkole, wsparciem dla mnie bywał, a i w pułku, choć w innych szwadronach, liczyć na niego zawsze mogłem. Nie mówiąc już o tym, że jako jeden z nielicznych się ode mnie nie odwrócił, choć zachwycony moim postępowaniem nie był. Jak wszyscy zresztą.
Tak sobie zresztą myślę, że większość moich serdecznych przyjaciół — niech im ziemia lekką będzie — to z początku albo nie lubiłem, albo co najwyżej obojętność w sercu czułem. Może za bardzo próżny byłem, nie wiem. Ułani, a już zwłaszcza młodsi oficerowie, to były próżniaki straszne. Bez wyjątku.
Wracając. Ignaszewicz miał całą masę zalet, ale to, co ceniłem w nim najbardziej, to fakt, iż rzadko kiedy wracał do przeszłości. Właściwie żył dniem dzisiejszym. Może pamięć mu szwankowała. Nie wiem. Gdyby tak było, to pewnie z dobroci serca jego los postanowił oszczędzić mu koszmarów przeszłości. W każdym bądź razie przyjemnie się z nim gawędziło. Opowiadał o dzieciach, wnukach, prawnukach, żonie, życiu w Katukowie — przepraszam, na powrót Poznaniu. Jako jeden z nielicznych, którzy przeżyli, miał to szczęście, nie bez mojej pomocy zresztą, że go Ruskie w spokoju zostawili. Kiedyś mi opowiadał, że swój kawalerski mundur nadal w szafie trzyma. Szczęściarz.
Na powitanie podarował mi wspaniałą pamiątkę. Nie wiem, skąd to wytrzasnął, ale mnie zamurowało, gdy z uśmiechem na ustach wręczył mi rogatywkę z żółtym otokiem. Wprawdzie gwiazdka tylko jedna, ale i tak się ucieszyłem.
— Wielkopolski, Jaśniepański, Siedemnasty Pułk Ułański! — zawołał.
Szybko nacisnąłem ją na głowę. Trochę za mała była, ja zawsze łeb miałem duży. Wyprostowałem się jak na apelu, aż coś mi strzyknęło. Maskując starczy ból, podniosłem palce do daszka w przedwojennym salucie — nie tak jak te Ruskie, ale po Bożemu dwoma palcy — i zawołałem żartobliwą żurawiejką:
— „Czy to świta, czy to dnieje, Siedemnasty zawsze wieje”.
Roześmialiśmy się w głos, a że cała rzecz miała miejsce w progu, śmiech nasz niósł się po klatce, aż Fedor wyjrzał pijanymi oczy, czy kogo nie mordują.
— Właź, Hiszpan, stary druhu, rad jestem Cię widzieć. — Wycałowałem go i wyściskałem.
Ostatnio jak był, z trzy lata temu, to ja na wywczas się udałem do Lwowa, więc jak szybko pokalkulowaliśmy, nie widzieliśmy się lat pięć. Zaraz zaparzyłem kawy i okna otworzyłem, bo on strasznie dymu nie lubił. Jak moja Maria. Pamiętam, że przed nią chowałem się często z tytoniem, by mi — co zabawne — nie truła, gdym sam się truł. Najłatwiej to było ogary na spacer wziąć, wtedy człowiek mógł palić. Chyba że mojej Najjaśniejszej Panience spaceru się zachciało, to wtedy nie.
Nikt wtedy z nas nie wiedział, jak tytoń szkodzi. Może i dobrze, bo w tej bibule tlącej człowiek nieraz znalazł ukojenie. Na froncie to częściej o papierosy pytano niż o jedzenie. Głodni mogliśmy chodzić, ale papierosy być musiały. Prawdziwe, polskie, francuskie, angielskie, ale i jak na Ruskich zdobyliśmy machorkę, to i nią się nie gardziło, jak człowieka przyszpiliło.
W każdym bądź razie siedliśmy w salonie, a sierpniowe słońce wpadało przez okna. Przyjemnie było. O prawnukach to mógłby opowiadać godzinami. A jakie fajne, jakie zdrowe, jak ładnie po polsku mówią. I imiona bez oczestwa. Wnuki to oczestwo miały, nie było wtedy potrzebne z polskością się obnosić, jak się rodziły, ale już prawnuki na czas pierestrojki trafiły, to i nikt sobie głowy polskością nie zawracał. A jak sobie zawrócił, to już było za późno. Wnuczka jego pomylonymi się zajmuje na Kobierzynie, a mąż jej krojczym, znaczy chirurgiem jest w szpitalu. A wnuk jego Andrzej, jak i syn Janek, do Armii Czerwonej trafili, kontynuując tradycje rodzinne. Z Afganistanu Andrzej wrócił w jednym kawałku. Na śmigłowcach latał. Hiszpan zawsze mówił, że to tak jak kawaleria, tylko że powietrzna. Ale myślę, że on tak się pocieszał, bo jak wiadomo, dla ułana nie ma nic cenniejszego niż koń. Dziś koni już nie uświadczysz w armii. Chyba że mechaniczne.
— Patrzaj, Miłosz, co za czasy. Ledwie się twoi przyszywani bracia zjednoczyli, a już obcych rugują, jak za Bismarcka.
— Ty mi już z mojej przeszłości się nie nabijaj. Ja też byłem Polak jak i Ty. Z dziada pradziada. A Niemiec? Niczym się od nas wtedy nie różnił. Mało miałeś Fryców u boku? I co, źle się walczyło? Chłopy na schwał — odburknąłem.
— Nie gniewaj się, Hans — przekomarzał się dalej — zostaw już tę przeszłość. Czasy mamy przeciekawe, proszę Cię. Zobacz, że Niemiaszki jak się do końca połączyły, to nawet ONZ nie był w stanie ich powstrzymać przed rugami. Ponoć się nie patyczkują i albo na Białoruś, albo do Galicji, albo do nas ludzi wysyłają. Może już nie w bydlęcych wagonach, ale Deutsche Reichsbahn ma co robić — ciągnął dalej, ale przynudzał, więc mu przerwałem.
— Z tych Prusaków to takie Niemiaszki jak z nas Polacy. Ruscy wszyscy jesteśmy. Dla mnie na północ od Torunia to Azja się zaczyna, taka sama jak i u nas. Prusko-Pomorska Republika Radziecka. Bismarck, niech mu ziemia lekką będzie, w grobie się przewraca. Powiedz lepiej, jak tam zdrowie, a nie wciąż o polityce ględzisz.
— A dziękuję, nie narzekam. Badania robię, zdrowy jestem, ruszam się, kiedy mogę, bo Maria mnie pilnuje.
— To widzę, że od Leszna niewiele się w waszym pożyciu zmieniło. Lubiłem ją bardzo, szkoda, że bez wzajemności.
— Oj, nie zrzędź już. Ciesz się, że po tym wszystkim dla niektórych nadal jesteś tym samym Hansem co przed aferą. Tylko kaszlesz jakby więcej. Tytoń odstaw, do lekarza idź.
— Idę właśnie nazajutrz, niech mnie te konowały zobaczą.
— Do Łazarza? — zapytał.
— Do Łazarza, a gdzieżby indziej. Najbliżej mam.
Tak sobie jeszcze gadaliśmy przez chwil parę. Znaczy, tak mi się wydawało, bo jak zwykle w towarzystwie Hiszpana czas przeleciał, jak z bicza strzelił. Ledwo się moje powieki zamknęły podczas powitalnego ściskania, błysk zaledwie, a on już iść musi. Gdyby nie chylące się ku zachodowi słońce, nie spojrzałbym na zegar. Siedzielim tak cztery godziny, zajadle dyskutując o tym, co tu i teraz. Jak zawsze Ignaszewicz nie zawiódł; niczym machina czasu — tyle że odwrotna — zabrał mnie z przeszłości do teraźniejszości. Nawet mi się palić nie chciało, póki nie wyszedł.
Gdy kwaterę opuścił, poczułem, jaki jestem stary. Szczęśliwie zdycham już. Zerknąłem na rogatywkę 17. Pułku, odpalając upragnionego papierosa, którego wcale mi nie brakowało podczas tych godzin. Ciekawe, ile tak będę siedział dzisiejszego wieczora, snując wraz z dymem wspomnienia tego, co utracone…
*
Jak to wspomniany już Fedor powiada — niby człek wiedział, ale jednak się łudził. Też się łudziłem gdzieś pewnie w skrytości serca, ale tak na trzeźwo — wiedziałem. To, co powiedzieli jednak, choć się spodziewałem, trochę mną, nie przeczę, wstrząsnęło.
Wybrałem się do Łazarza. Ciekawe to w sumie. Mam przeczucie, że nie jest dobrze, a idę do miejsca, które pod patronatem tego, co zmartwychwstał. Bo niby go Jezus wskrzesił. Ciekawe zatem, że on był pierwszy zmartwychwstały, a jednak czciliśmy dwadzieścia wieków jakiegoś nazaretańskiego nekromantę, co to jednak zmartwychwstał drugi. A drugi, jak wiadomo, to pierwszy przegrany. Choć w sumie to nie wyścigi.
W każdym bądź razie pomyślałem, że może jednak tak źle nie będzie, mijając zimne, sterylnie białe korytarze starego szpitala. Pokój 144, doktor czegoś tam, jakiś tam. Nieważne.
Lekarz, młody, ale z jakimiś dziwnie zmęczonymi oczyma, odłożył moje prześwietlenie na biurko. Naświetlali mnie tym cholerstwem, znaczek na maszynie jak w elektrowni atomowej. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby mnie rozłożyło bardziej po tych zdjęciach. Doktorek przesunął dłonią po gładkiej powierzchni, jakby szukał na niej odpowiedzi. Westchnął. No mówże Waść, daj ulgę albo wstydu oszczędź. I kończ.
— Panie Szacki... wyniki nie są, niestety, pomyślne. — Głos miał niski, pozbawiony emocji, jak u kogoś, kto wiele razy powtarzał to samo zdanie. — Jest rak. W krtani. Zaawansowany. Obawiam się, że... nieuleczalny.
No i finito. Skończył Waszmość. W mojej kompanii to sporo się Sienkiewiczem podniecało i jeszcze więcej tego Kmicicowego cytatu używało. Błędnie zazwyczaj. Przy kartach najczęściej, krzycząc do oponenta, by ten już talię odłożył i sakiewką potrząsnął. A przecież to całkiem odwrotne znaczenie. Tłumaczyłem to tym tumanom kochanym, ale bezskutecznie.
Doktorek spojrzał mi prosto w oczy. Czekał na reakcję. Ja już wiedziałem, zanim on otworzył usta. Znaczy, tak mi się wtedy wydawało. Milczałem dłuższą chwilę, po to by w końcu wybąkać:
— Coś tam przeczuwałem, doktorze…
Od dziecka miałem taką przypadłość, że wyobrażałem sobie często najgorsze scenariusze. Tak się zawsze nimi nastraszyłem, tak przeżywałem, takie rozmowy prowadziłem w duchu tylko po to, by w końcu odetchnąć ze słodką ulgą, gdy rzeczywistość okazywała się znacznie bardziej znośna od wyobrażeń. Wprawdzie w trakcie wojny straciłem ten refleksyjno-panikarski nawyk, ale na starość trochę do mnie wracał, zwłaszcza w trudnych sytuacjach. Wydawało mi się zatem, że to moje „przeczuwanie”, że zdechnę niechybnie, było tym samym. A tu taka przykra niespodzianka…
— Rozumiem, że przeczuwał pan, panie Szacki. Często tak bywa. Organizm wysyła sygnały. Choć rzadko kto chce je słuchać. — Głos miał spokojny, niemal mechaniczny, ale w jego oczach czaił się cień czegoś ludzkiego. Może współczucia? Nie wiem. — Chciałbym omówić z panem dostępne opcje. To, co możemy zrobić, by ulżyć w cierpieniu. I zapewnić, że ten czas, który panu pozostał, będzie jak najbardziej komfortowy.
Cóż on plecie za bzdury, pomyślałem…
— Kompletnie nie rozumiem, o co panu chodzi. Jakie opcje? Zdycham i tyle. Kurwa mać, za przeproszeniem, co niby zdaniem szanownego pana doktora ja mam za opcje?
Lekarz spojrzał na mnie spokojnie, jego twarz nie drgnęła nawet przy moim przekleństwie.
— Rozumiem pańskie wzburzenie, panie Szacki. Diagnoza raka to zawsze szok. Kiedy mówię o opcjach, mam na myśli sposoby, by ulżyć w bólu i by ten czas, który panu pozostał, był możliwie najlepszy. Chodzi o terapię objawową, o kontrolę nad symptomami, o zapewnienie komfortu. Może także o wsparcie psychologiczne, jeśli poczuje pan taką potrzebę.
Wskazał na krzesło naprzeciwko biurka. Jego głos nadal był cichy, ale pewny siebie. Czułem, że czeka. Czeka, aż usiądę. Miał w sobie tę irytującą cierpliwość. Ale z tym psychologiem to mnie wkurwił. Nosz psia mać, co następne?
— Wsparcie psychologiczne to pomoc w radzeniu sobie z diagnozą, z bólem, ze strachem. To nie jest leczenie chorób umysłowych w rozumieniu, o którym pan myśli. To pomoc w... w uporządkowaniu pewnych spraw. W odnalezieniu spokoju. Proszę mi wierzyć, to pomaga.
Jeszcze raz wskazał na krzesło, jakby ze złudną nadzieją, że usiądę. Złościć mnie zaczynał bardziej niż Jenierowicz.
— Krzesło, no i co? Siadać mam? Co to za nowomoda? Jakie wsparcie? Wsparcie to ja, panie doktorze, na wojnie przez radio wzywałem. W czym ma mi to pomóc? Przeżyłem wojnę, wczasy na Łubiance i tysiąc innych rzeczy, o których się panu nie śniło! Przeżyłem sam, sam też zdechnę...
Lekarz skinął głową, a w jego oczach pojawiło się coś, co mogło być uznaniem albo po prostu wyuczoną, profesjonalną bezstronnością. Wkurwiającą jeszcze bardziej.
— Siadać czy nie siadać, to pańska decyzja, panie Szacki. Ja jedynie proponuję. Jeśli chodzi o to, czym jest to wsparcie… to rozmowa. Możliwość opowiedzenia. O wszystkim. O wojnie, o Łubiance, o tysiącu innych rzeczy, o których rzeczywiście mi się nie śniło. Wielu ludziom pomaga, gdy mogą z kimś o tym porozmawiać. Nawet jeśli myślą, że wszystko przeżyli sami i sami umrą. Czasem, panie Szacki, opowiedzenie zmienia perspektywę. Daje ulgę.
Głos miał spokojny, monotonny. Nie naciskał. Czekał. Ja za to ledwo trzymałem nerwy na wodzy.
— Wie pan co? Ja panu coś powiem! Słuchaj pan! Mnie w Kobierzynie nie zamkniecie. Nasiedziałem się już za kratami. Najpierw doktorek od historii na taśmę chce mnie nagrywać. Teraz pan doktor, fakt, że prawdziwy, nie tak jak tamten gryzipiórek, „proponuje”, żeby mnie doktory od pomyleńców usłyszały. W czym to niby pomoże? Ja z tym jestem sam, od lat. I tak samo do grobu się złożę.
Lekarz skinął głową, a w jego oczach nie pojawiło się nic, co zdradzałoby zaskoczenie czy oburzenie. Pozwolił mi skończyć. Potem odezwał się spokojnie, lekko pochylając głowę.
— Panie Szacki, nikt nie zamierza pana zamykać w Kobierzynie. Wiem, jak to brzmi dla kogoś z pana pokolenia. Wiem, jak kiedyś postrzegano tego typu pomoc. Ale czasy się zmieniły. To jest dobrowolne. Nie ma tu żadnych krat. Nikt pana do niczego nie zmusi. Jeśli pan nie chce rozmawiać, ma pan do tego prawo.
Spojrzał mi prosto w oczy. Jego głos był cichy, ale pewny siebie. Nie ustępował, ale też nie naciskał. Usiadłem zrezygnowany, wyciągając mój ostatni pocisk:
— Pan mi przypomina moich kolegów z Geheime Feldpolizei. Bez urazy, to były dobre chłopaki. Takie spokojne, rzeczowe jak i pan. W sumie też na koniec przekazywali smutną nowinę. Więc jak w ogóle kogoś słuchali, zamiast pakować mu kulę w potylicę, to chociaż łaskawie oznajmiali, że jutro pod płot. Więc proszę mi powiedzieć jedno: kiedy pod płot?
Lekarz skinął głową, a jego wzrok utkwiony był we mnie. Nie było w nim oceny, tylko... obserwacja. Jakbym był kolejnym przypadkiem do skatalogowania. Jego głos był cichy, ale pewny siebie, jak u kogoś, kto wiele widział. Pomyliłem się, jego spokój był bardziej jak u znajomych w Abwehrze. Nie był beznamiętny jak kaci z Einsatzgruppen. Nadal czułeś, że coś go jednak obchodzisz.
— Panie Szacki, nie jestem w stanie podać panu dokładnej daty, co do dnia czy miesiąca. Medycyna to nie numerologia, a ludzki organizm potrafi zaskoczyć. Ale patrząc na stadium choroby, na pana ogólny stan zdrowia, mówimy o miesiącach. Kilku miesiącach. Może... pół roku. Trudno powiedzieć precyzyjnie.
Zamilkł, dając mi czas na przetrawienie. Miał w sobie tę irytującą cierpliwość. Chciałem mu wygarnąć, że to gówno, a nie odpowiedź, ale tylko kaszlnąłem sucho. Muszę zapalić, a i chyba po tych wieściach to i napić się by wypadało… Za to nie wypadało tak sobie po prostu wyjść. Chłopina jednak po coś tam się uczył, a i zaangażowania odmówić mu nie mogłem. Postanowiłem zatem zadać ostatnie pytanie.
— Niech mi pan powie, co mnie czeka?
Lekarz skinął głową. Oparł się o krzesło, splatając palce dłoni. Jego wzrok, choć spokojny, nie opuszczał mojej twarzy.
— Panie Szacki, jeśli nie zdecyduje się pan na żadne działania, objawy będą się nasilać. Ból gardła, problemy z połykaniem, z oddychaniem. Kaszel, oczywiście, będzie coraz silniejszy. Duszności. W miarę postępu choroby... dojdzie do znacznego osłabienia organizmu. Do wycieńczenia.
Zamilkł na chwilę. W jego oczach pojawił się cień zmęczenia, albo... może to tylko cienie padały tak na twarz. Westchnął lekko.
— Wsparcie jest właśnie po to, by te dolegliwości maksymalnie ograniczyć. By ten czas był jak najbardziej... godny. Ale to pańska decyzja. Ja mogę panu tylko powiedzieć, co się wydarzy, jeśli nie podejmiemy żadnych kroków.
— Skończyliśmy?
Lekarz skinął głową, a jego twarz, choć spokojna, wyrażała rezygnację. Podniósł z biurka moją teczkę, zawierającą historię choroby i wyniki badań. Odłożył ją na bok.
— Na ten moment tak. Rozumiem pańską decyzję. Jeśli zmieni pan zdanie lub będzie pan potrzebował pomocy, wie pan, gdzie mnie znaleźć. Moje drzwi są zawsze otwarte.
Jego głos, choć nadal cichy, brzmiał ostatecznie. Nie było w nim już śladu perswazji. Patrzył na mnie, jakby widział mnie już tylko jako kolejny przypadek, który odszedł, decydując o własnym, samotnym końcu. Wstałem. Wychodząc, pomyślałem, że było parę okazji umrzeć jakoś godniej. Po prawdzie były też takie, które z godnością miałyby niewiele wspólnego. Remis zatem, taki ze wskazaniem. Jak w dżudo.
— Żegnam, doktorze — rzuciłem, nawet nie patrząc za siebie.
Zbiegłem dość szybko jak na swój wiek po schodach, odsuwając na koniec masywne drewniane drzwi. Parne sierpniowe powietrze uderzyło mnie. Na niebie żadnej chmurki. Nawet aura uparła się na mnie. Mogłoby chociaż z nieba pierdolnąć, jak to mówił Fedor, by nadać dramaturgii temu wszystkiemu.
Tak oto kończy się świat. Nie hukiem, lecz skowytem… Rację miał Eliot, pisząc te słowa. A może to był ktoś inny? Nie pamiętam.
*
Jak mawiał Raymond Chandler: na niektóre problemy nie ma innego lekarstwa niż butelka. Choć dodawał też, że na butelkę nie ma innego lekarstwa niż grób. Przynajmniej tak mi się wydaje, że tak mówił. Przejmuje mnie to słabo, bo jak się okazało, lekarstwo na butelkę nadciąga nieuchronnie. Niemniej.
Zmierzając na kwaterę, zaszedłem do monopolowego. Czasem tam wchodziłem po wódkę lub spirytus. Rzecz jasna, nie dla siebie. Zwyczaj taki miałem, że na 1 listopada jeździłem do Zakopanego, by kilka kieliszków na grób Grossa wylać. Ponoć życzenie miał takie, by pod Giewontem spocząć, bo tam się narodził, więc urnę z prochami przywieźli do stolicy Tatr z Izraela, gdzie dokonał żywota. Dobry to był przyjaciel i dobry mentor, choć przyjaźń nasza czasem szorstką formę przybierała. Pomimo iż miał do mnie słabość, wybaczyć mi tamtych wydarzeń nie mógł. Dobrze, że o dalszych ekscesach nie miał już jak usłyszeć. A może miał? Nie wiem.
Spirytus natomiast przy świętach wszelakich targałem Fedorowi, by w dzień święty, świecki czy kościelny, przy samym denaturacie nie siedział. A że nie trzeźwiał zasadniczo nigdy, to chociaż w ten sposób pojęcie jakiekolwiek miał na temat upływającego czasu. Setkę wprawdzie wypijał na raz, ale różnicę w smaku zauważał. Oczywiście spirytus był spod lady, od wódki droższy, ale kupować wolałem już przedestylowany, bo pędzenie samogonu przez Fedora na bazie technicznego tragedią skończyć się mogło dla naszej kamienicy.
W każdym bądź razie zaszedłem do sklepu. Ten sam handlarz od lat dwudziestu za ladą stał, więc na widok mój już spirytus wyciągał, z racji że sierpień był, a wódkę jedynie jesienią późną kupowałem. Zdziwił się ogromnie, gdym o wódkę poprosił zamiast o spirytus. Mówiąc to spojrzałem na koniaki. 25 rubli to była cena astronomiczna, zwłaszcza że trunek był dość młody, więc z wyrazem zawodu na twarzy odpuścić już miałem, kiedy Jan za ladą stojący zapytał:
— A co to, panie Miłosz? Jakichś gości znamienitych się pan spodziewasz, że na koniaki spozierasz?
— Nie, panie Janku, na własne potrzeby, ale cena taka, że trzeźwiałbym natychmiast przy każdym kieliszku.
Roześmiał się.
— Czeka pan — rzucił i na zapleczu zniknął. Pojawił się chwilę później z butelką czegoś w ręku. — Skoro do tego już doszło, że pan usta chcesz w koniaku zmoczyć, to dla stałego klienta mam coś specjalnego. Prawdziwy koniak, francuski, trofiejny wprawdzie, ale oryginalny. Proszę, to dla pana. Na mój koszt.
— Naprawdę nie trzeba — rzekłem, choć po prawdzie bardzo mi było trzeba. Wiedziałem, że tak będzie. Raz się człowiek złamał i poskładać się nie tak łatwo. Zwłaszcza przy takich wiadomościach.
Podziękowałem serdecznie, biorąc jeszcze dwie butelki Leningradzkiego, bo z niewielu rzeczy, które Ruskim zawdzięczamy, to jednak petersburski porter nie ma sobie równych. Lżejszy o kilka rubli, ale również na duszy, dziarskim jak na żywego trupa krokiem dotarłem do domu. Odłożyłem koniak i piwa, przekluczyłem drzwi na powrót i zbiegłem dwa piętra niżej, by Fedora odwiedzić.
Dzwonek do drzwi nie działał, więc waliłem jak Czeka o drugiej w nocy, aż usłyszałem po drugiej stronie szuranie i przytłumione narzekania. Drzwi, jak zwykle, otworzyła w cienkiej, wymiętej koszuli nocnej Natasza, lat czterdzieści, z ładną, choć boleśnie zmęczoną życiem twarzą.
Rozmazany makijaż zdradzał, że znów wróciła nad ranem od jakiegoś przypadkowego gacha. Zataczając się z lekka, bardziej ze znużenia niż upojenia, westchnęła: — Miłosz, przecież dziś nie święto... — i z naiwną poufałością uwiesiła mi się na szyi, pachnąc tanim winem i wiatrem.
Bałem się, że zaraz osunie się na podłogę, co niechybnie oznaczałoby taszczenie jej do drugiego pokoju. Delikatnie, ale stanowczo odlepiłem ją od siebie, pytając, czy Fedor na nogach. Skinęła twierdząco. Odwróciła się i przytrzymując ściany, poczłapała do swojego pokoju, wciąż niezdarnie poprawiając ramiączko, które uparcie zsuwało się jej z ramienia.
Biedaczynka. Wrażenia to na mnie już nie robi, za stary jestem. Swoją drogą to ciekawe, że tak od dwudziestu lat z tym menelem pod jednym dachem żyją. Piękna i bestia, zachowując oczywiście odpowiednią proporcję. Zwłaszcza dla słowa „piękna”.
W każdym bądź razie Fedora jak zawsze zastałem w kuchni, jak zawsze na wpół przytomnego, na pewno jednak nie trzeźwego. Za każdym razem zaskakiwała mnie względna czystość tego przybytku, bo jakbyś na Fedka nie spojrzał, to nawet pijacka melina wydawałaby się dlań zbyt wyszukanym miejscem. Otworzyłem okno, wpuszczając trochę świeżego powietrza, i postawiłem z przytupem flakon na małym stole.
— Szklanki masz? — zapytałem.
W odpowiedzi wymownie spojrzał na szafkę, skąd chwilę później wyciągnąłem dwie musztardówki.
Fedor, z ręką drżącą od kaca, sięgnął po butelkę wódki, którą postawiłem na małym stole. Zmarszczył brwi, gdy zamiast jednej musztardówki zobaczył dwie. Jedną dla siebie, drugą dla mnie. Popatrzył na mnie, potem na drugą szklankę, z wyraźnym niedowierzaniem.
— Wódkę będziem pili? Dietskij sad?! — warknął, machając lekceważąco ręką. — Co ty, towariszcz? Chcesz se ze mnie żarty robić? Mocniejszego czegoś nie masz? Albo chociaż spirytusu? Wódka? Dziwadła wyciągasz, czego jak za rańszem spirytusu nie przyniósł?
— Lejesz, kurwa, czy nie? Dziś nie święto, żebym ci spirytus przynosił, zresztą nie wyżłopałbyś duszkiem całej sety sam jak zwykle.
— A co ty, Miłoszka... co tobie odbiło? — wymamrotał w końcu. — Chcesz, towariszcz, ze mną pić? Ty? Przecież ty... ty od wojny nie piłeś! Co ty, durny?! Nic nie rozumem... Ni chuja nie razumiju!
— Lej, kurwa — warknąłem.
Wóda wykręciła mi usta. Nigdy wódki nie lubiłem. U mnie w domu rodzinnym się lała przy byle okazji, choć przyznać trzeba, że ojciec pijany w sztok nigdy nie chodził. Może to i szkoda, może to i dobrze. Nie wiem. Fedor za to wychylił duszkiem, jakby wodę pił. Sądząc po jego minie, efekt byłby podobny.
— Wiosny nie dożyję. Raka mam. Szkoda mi się nawet ciebie, Fedor, zrobiło, bo nie wiem, jak ty bez spirytusu się teraz w świecie odnajdziesz.
— Co ty, Miłoszka... Czemu nie będziesz mi już spirytusu przynosił? Pogniewałeś się na mnie? A za cóż to? — bełkotał.
— Fedor, kurwa, słuchasz ty mnie czy nie? Bo zdycham. Jak zdechnę, to ci nie przyniosę, kapisz?
— Słucham, słucham. Pytam się tylko ja ciebie, dlaczego?
Teraz to mnie rozwalił.
— Denaturat ci mózg wypalił. Nie przyniosę, bo będę sygrat' w jaszczik. Sdohhnut.
Fedor posmutniał okrutnie, jakby mu milicja samogon zarekwirowała.
— Denaturat? Da, mam ci ja denaturat. Ty chcesz?
Zamilkłem. Patrzyłem, jak wyciąga fioletowy płyn i leje mi i sobie. Wychyliwszy pierwszą szklankę, jakby otrzeźwiał i patrząc na mój brak reakcji, zaraz dopił moją.
— Pij se, Miłoszka, tą wódkę, ja swój trunek mam. Zapalić może byś chciał, biedaku? Kak że tak? Za szto? Gore gor'koje! — i zaczął lamentować.
Wkurwiać mnie to już zaczęło, więc przy trzeciej szklance dykty zapytałem:
— Fedor, a ty Rusek jesteś? Taki z dziada pradziada?
— Żaden tam Rusek. Z Lemkovyny ja. Lemkym byv i budu. I łemkovskym jazykom movlju.
No, zaskoczył mnie. Myślałem, że to POP. Pełniący Obowiązki Polaka, znaczy. A tu Łemko jednak. Zrazu zapragnąłem dowiedzieć się o nim więcej nieco. Może to wódka sprawiła, ale wydał mi się wtedy tajemniczy niczym enigma, choć twarz jego tylko z lekka zdradzała objawy myślenia.
— Łemkiem powiadasz? Znaczy kim tak właściwie?
Zawsze wiedziałem, że pod tą całą wódą kryje się coś więcej. Jakaś historia. Albo kolejny grób. Ku mojemu zdziwieniu Fedor mówić zaczął składniej, szybciej, jakbym klucz jakiś do skarbca pytaniem tym wydobył. Bo takich historii nie opowiada się na trzeźwo.
*
Obudziłem się obok Nataszy, nie wiem, jakim cudem. Szczęśliwie ubrany, szczęśliwie nie oszczany, nieobsrany i nieobrzygany. Łeb mi dudnił. Jezu, jak ona cuchnie. Muszę wyjść. Tyle w temacie budzenia.
Doczołgałem się jakoś na trzecie piętro do mieszkania i zaraz spełznąć po schodach trzeba było, bo klucz wypaść mi musiał w łóżku. Wszedłem przez otwarte drzwi, ciszę rozrywał dudniący odgłos chrapania Fedora. Klucz leżał na podłodze, tuż przy łóżku. Spojrzałem na śpiącą Nataszę. Leżała zwinięta w kłębek, oddychając ciężko przez wpółotwarte usta, z rozmazanym tanim tuszem pod oczami. Wyglądała jak poturbowana, porzucona w kąt szmaciana lalka, która chwyta się kogokolwiek, byle tylko nie spać samej. Zrobiło mi się potwornie mdło. Sam już nie wiedziałem, czy to od wypitego wczoraj alkoholu, czy od obezwładniającej żałości tego obrazka. Musiałem stamtąd wyjść, bo inaczej rzygałbym jak kot.
Wróciłem jakoś i zaraz sięgnąłem po Leningradzkie. Otworzyłem piwo o blat w kuchni, odrywając szpetnie kawałek listwy, ale znaleźć otwieracza nie mogłem. Siadłem na taborecie i odpaliłem papierosa. Porzygam się zaraz, przysięgam. Kawy, królestwo za kawę.
Ledwo czajnik skończył gwizdać, a już ktoś zaczął dzwonić do drzwi. Myślałem, że łeb mi od tego dzwonka rozwali, doczłapałem się jakoś do przedpokoju, by zerknąć przez judasza. Po drugiej stronie wrót stał Ignaszewicz. Jak ja, kurwa, wyglądam — pomyślałem, ale starego druha wpuścić musiałem. Po otwarciu drzwi stanął jak wryty.
— Na Boga, Hans! Co się stało? Jak ty śmierdzisz, człowieku! — podnosił głos coraz bardziej, co oczywiście tylko wzmogło dudnienie w mojej głowie.
Kuźwa, umrę szybciej, tyle że nie rak mnie załatwi, a udar od tego hałasu.
— Ciszej, Hiszpan, wejdź lepiej, a nie mordę prujesz jak na szwabski Feldwebel. Kawy wypijesz?
Machnął ręką i wszedł bez zaproszenia do pokoju. Usiadł na fotel i ciężko westchnął. Pomyślałem, że zrobię mu kawy, a co mi tam. Do grobu nie zabiorę. Zwłaszcza że zdycham. Teraz to nawet mi się nie wydaje, teraz to wiem.
Trzęsącymi dłońmi doniosłem jakoś bez rozlewania obydwie szklanki z koszyczkiem. Niedziela, to powinienem pewnie porcelanę postawić, ale naprawdę wszystko mi już było jedno. Ignaszewicz patrzył na mnie wrogo. Ostatni raz to się tak wkurzał w szkole w Grudziądzu. Z pół wieku temu, jak nie lepiej. Stąd pamiętać nie mogłem, jak się w tej sytuacji z drogim Hiszpanem powinienem zachować. Rzuciłem krótko:
— Coś taki wzburzony? Człowieka na kacu nie widziałeś? Co ta Maria z tobą zrobiła…
— Od mojej Marii to się odpieprz, człowieku! Od wojny jasna cholera nie piłeś, a teraz co? Dlaczego to robisz? Nie pamiętasz już? Przypomnieć ci? — mówił coraz szybciej.
Zmęczyło mnie to, mówię mu więc:
— Hiszpan, spasuj człowieku. Zdycham, to i odmawiać sobie wszystkiego nie muszę.
Myślałem, że go to wytonuje, ale gdzież tam. Wkurwił się dokumentnie.
— Prawie pół wieku zdychasz, mam tego dosyć. Tego wiecznego ględzenia. Zdechnij w końcu i będzie spokój, a nie głowę zawracasz!