Facebook - konwersja
W 80 dni dookoła świata - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment
Pobierz fragment

W 80 dni dookoła świata - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-7791-523-3
Seria:
Język:
Polski
Data wydania:
1 stycznia 2011
Rozmiar pliku:
5,8 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
8,90
Cena w punktach Virtualo:
890 pkt.

W 80 dni dookoła świata - opis ebooka

Klasyczna powieść J. Verne’a w nowym wydaniu. Staranny współczesny przekład sprawia, że książkę czyta się jednym tchem, a oryginalne, stylowe ilustracje francuskich grafików przywołują urok dawnych edycji. Pan Fileas Fogg, angielski dżentelmen, podejmuje się okrążyć świat w 80 dni. W pełnej egzotycznych przygód podróży ściga go inspektor policji. Stawką w wyścigu są honor i fortuna, ale panu Foggowi nie raz przyjdzie walczyć o życie. Historia znajdzie zaskakujący finał, jakiego żaden z bohaterów nie mógłby się spodziewać.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Fileas Fogg.

I
Fileas Fogg i Passepartout

Pan Fileas Fogg, dżentelmen powszechnie uważany za jednego z najznamienitszych i najbardziej ekscentrycznych członków londyńskiego klubu „Reforma”, w 1872 roku zamieszkiwał dom pod numerem siódmym przy Saville Row, w którym w 1816 roku zmarł Sheridan¹.

Rezydencja należąca niegdyś do tego wspaniałego mówcy miała za lokatora osobistość zagadkową. O panu Foggu tyle tylko wiedziano, że jest mężczyzną urodziwym i wytwornym, jak najgodniej reprezentującym wyborowe towarzystwo angielskie.

Mówiono o nim, że przypomina Byrona – rzecz jasna, z twarzy, gdyż nogi, w przeciwieństwie do kulejącego poety, miał bez zarzutu. Wyobraźcie sobie zatem Byrona z wąsami i faworytami, opanowanego, pełnego witalności i sprawiającego wrażenie, jakby nigdy nie miał się zestarzeć.

Pomimo że mieszkał w Londynie, nie był typowym przedstawicielem tego miasta. Nie odwiedzał banków ani kantorów w sławnym City², nie był również właścicielem okrętu, a jego nazwisko nie figurowało w żadnym rejestrze przedsiębiorstw czy instytucji administracji państwowej. Nie był ani przemysłowcem, ani kupcem, ani rolnikiem. Nie należał do żadnego z towarzystw naukowych czy literackich, nie był członkiem jakiegoś stowarzyszenia zrzeszającego prawników czy rzemieślników ani też pozostającego pod bezpośrednią opieką Jej Królewskiej Mości Instytutu Zjednoczonych Sztuk i Nauk. Fileas Fogg był natomiast członkiem klubu „Reforma”.

Tym, którym wyda się dziwne, że dżentelmen tak tajemniczy należał do tego szanownego stowarzyszenia, odpowiadamy, że został tam przyjęty za rekomendacją braci Baring, bardzo ważnych finansistów, u których miał otwarty kredyt. Dzięki takiej protekcji Fogg wszędzie mógł cieszyć się nieograniczonym zaufaniem, a jego czeki były przyjmowane bez wahania, gdyż miały pokrycie w zasobach zgromadzonych na rachunku bieżącym.

Czy Fileas Fogg był człowiekiem zamożnym? Z pewnością tak. Lecz jakim sposobem doszedł do majątku, tego nikt nie potrafił powiedzieć, a on sam, rzecz jasna, nie czuł się w obowiązku wyjaśnić tę kwestię. W każdym razie nigdy nie bywał rozrzutny, ale też i nie skąpy. Wielokrotnie wspierał szlachetne i pożyteczne przedsięwzięcia, dbając jednak, aby wieść o tym się nie rozniosła.

Słowem, był to człowiek zamknięty w sobie. Mówił mało i lakonicznie, co jeszcze bardziej intrygowało towarzystwo, w którym się obracał. W żadnym wypadku jego tryb życia nie skrywał żadnych sekretów, jednakże fakt, że codzienne czynności wykonywał z matematyczną wręcz dokładnością, powodował, że wyobraźnia postronnego obserwatora zaczynała doszukiwać się w tym tajemnic, które nie istniały.

Czy pan Fogg podróżował? Prawdopodobnie tak, gdyż nikt lepiej od niego nie znał mapy naszego globu. Zdawało się, że nie ma na świecie zakątka, o którym nie potrafiłby czegoś powiedzieć. Czasami w kilku zwięzłych zdaniach prostował krążące w klubie pogłoski o zaginionych podróżnikach, a jego wyjaśnienia, niczym słowa natchnionego proroka, zawsze się sprawdzały. Wyglądało na to, że ów dżentelmen objechał całą kulę ziemską, przynajmniej w wyobraźni.

A jednak pan Fogg z pewnością od wielu lat nie opuszczał Londynu. Ci, którzy mieli zaszczyt znać go lepiej, utrzymywali, że jedyną drogą, jaką przemierzał, była ta prowadząca z domu do klubu, gdzie codzienne czytał gazety i grał w wista. W tej grze, toczącej sie w milczeniu, tak stosownej do jego natury, często wygrywał, a sumy stąd płynące przeznaczał na cele charytatywne. Zresztą należy podkreślić, że pan Fogg grywał tylko dla zabawy, nie dla zysku. Grę traktował jak swoistego rodzaju bitwę, walkę z trudnościami, która nie wymagała ruchu i wysiłku fizycznego, co było zgodne z jego upodobaniami.

Fileas Fogg nie był żonaty ani nie miał dzieci – co może przytrafić się nawet najprzyzwoitszym ludziom. Nie słyszano również, żeby miał przyjaciół czy krewnych. Żył samotnie w domu przy Saville Row, przez nikogo nieodwiedzany. Wystarczał mu jeden służący, gdyż śniadania i obiady jadał samotnie w klubie – zawsze w tych samych godzinach i przy tym samym stoliku. Punktualnie o północy wracał do domu, gdzie spędzał jedynie dziewięć godzin na dobę, poświęcając je na spanie i toaletę. Częstokroć w klubie czas upływał mu na przemierzaniu sal równym krokiem. Nie szukał wówczas niczyjego towarzystwa i z nikim nie rozmawiał. Jeżeli jadł śniadanie lub obiad, miał do swojej dyspozycji kuchnię, spiżarnię, mleczarnię i piwnicę klubu „Reforma”, skąd dostarczano na jego stół najsmakowitsze dania. Usługiwali mu wówczas odziani w czarne stroje lokaje, którzy podawali potrawy na prześlicznej saskiej porcelanie, a wina w specjalnie dla klubu rżniętych kryształowych kielichach.

Trzeba przyznać, że choć taki tryb życia może wydać się dziwaczny, to jednak miał on swoje dobre strony.

Dom przy Saville Row nie był jedną z tych wielkich rezydencji urządzonych z przesadnym zbytkiem, ale pozostawał zaprojektowany ze smakiem i to tak, żeby zapewnić mieszkańcom jak największą wygodę. Wobec stałych zwyczajów gospodarza, służba nie miała w nim zbyt wiele pracy. Fileas Fogg bezwzględnie wymagał od swojego służącego jedynie dwóch rzeczy: punktualności i systematyczności w wykonywaniu powierzonych zadań.

W dniu 2 października pan Fogg zwolnił ze służby swojego dotychczasowego służącego Jakuba Forestera za to, że podał mu wodę do golenia, która miała 84 stopnie w skali Fahrenheita, a powinna mieć, zgodnie z zaleceniem, 86 stopni. Następca niefortunnego lokaja miał się stawić między jedenastą a wpół do dwunastej.

Fileas Fogg, siedząc wyprostowany w fotelu, z rękami złożonymi na kolanach, z podniesioną głową, spoglądał na zegar ścienny – mechanizm wysoce skomplikowany, który pokazywał nie tylko godziny, minuty i sekundy, ale również dni, miesiące i lata. Punktualnie o wpół do dwunastej pan Fogg, codziennym zwyczajem, miał wyjść z domu i udać się do klubu „Reforma”.

Jan Passepartout.

W tej chwili zapukano do drzwi saloniku, w którym siedział gospodarz, i wszedł Jakub Forester, anonsując nowego służącego.

W drzwiach, kłaniając się z szacunkiem, ukazał się trzydziestoletni mężczyzna.

– Jesteś Francuzem i nazywasz się Jan?

– Tak, panie, Jan Passepartout³. Jest to przydomek, który zdobyłem dzięki moim zdolnościom radzenia sobie w różnych sytuacjach. Jestem uczciwym człowiekiem, ale muszę przyznać, że imałem się wielu zawodów. Byłem wędrownym śpiewakiem, potem ujeżdżałem konie i uprawiałem woltyżerkę, występowałem jako linoskoczek. Następnie pracowałem jako nauczyciel gimnastyki w gimnazjum, by w końcu zostać sierżantem w paryskiej straży ogniowej. Pięć lat temu opuściłem Francję i przybyłem do Anglii, aby jako kamerdyner zakosztować spokojnego życia w domowym zaciszu. Dowiedziałem się, że jest pan ceniącym punktualność i stateczność dżentelmenem, a ponieważ jestem obecnie bez pracy, nie zwlekając, przybiegłem ofiarować swoją służbę. Jestem święcie przekonany, że znajdę w tym domu niczym niezmącony spokój, który pozwoli mi z czasem zapomnieć o moim nieszczęsnym nazwisku.

– Odpowiada mi twoje nazwisko – odrzekł Fogg. – Polecano mi cię, wyrażając się o tobie w samych superlatywach. Czy znasz zasady panujące w tym domu?

– Tak, panie.

– Dobrze. Która jest u ciebie?

– Dwadzieścia minut po jedenastej – odrzekł Passepartout, wyciągając z kieszeni pokaźnych rozmiarów srebrny zegarek.

– Spóźnia się – powiedział Fogg.

– Przepraszam pana, ale to wykluczone!

– Spóźnia się o cztery minuty, ale na razie to nieistotne. Zatem poczynając od tej chwili, od godziny jedenastej dwadzieścia dziewięć w środę drugiego października 1872 roku, przyjmuję cię na służbę.

Powiedziawszy to, Fileas Fogg wstał z miejsca, płynnym ruchem włożył na głowę kapelusz i nic więcej nie mówiąc, wyszedł z domu.

Nowy służący usłyszał, jak dwukrotnie zatrzasnęły się drzwi od ulicy. Za pierwszym razem dom opuścił jego nowy pan, za drugim zaś jego poprzednik Jakub Forester.

Passepartout został sam.II Passepartout jest przekonany, że znalazł wymarzone miejsce dla siebie

– Na honor – rzekł do siebie Passepartout, nieco zaskoczony pierwszym spotkaniem z panem Foggiem – figury bardzo podobne do mojego nowego pana widziałem w salonie Madame Tussaud⁴.

Miał tu na myśli figury woskowe w muzeum Madame Tussaud, które tym jedynie różnią się od żywych ludzi, których przedstawiają, że brakuje im mowy.

W ciągu krótkiej konwersacji z panem Foggiem Passepartout zdążył się bacznie przyjrzeć nowemu panu. Stwierdził, że to wysoki, szczupły blondyn lat około czterdziestu, o twarzy szlachetnej i pięknej. Odznaczał się gładkim czołem, bladą cerą i mocnymi białymi zębami. Sprawiał wrażenie niezwykle opanowanego, co charakterystyczne dla ludzi małomównych i skłonnych do czynu. Spokojny i flegmatyczny, idealnie pasował do wyobrażenia zimnokrwistego Anglika, które tak doskonale oddała w swoich obrazach Angelika Kauffman⁵.

Obserwując Fileasa Fogga w najważniejszych momentach jego życia, można było dojść do wniosku, że jest to postać pod każdym względem idealna, tak perfekcyjnie funkcjonująca i doskonała jak zegary Leroya czy Earnshawa. Rzeczywiście, pan Fogg był uosobieniem skrupulatności, a najwyraźniej świadczyły o tym jego ręce i nogi, których poruszenia wiele mówią o cechach charakteru. Jego postępowanie cechowała matematyczna dokładność i oszczędność ruchów. Nigdy się nie śpieszył. Zawsze wybierał najprostszą drogę, aby nie zrobić ani kroku więcej niż było to konieczne, a przy tym zawsze docierał do celu punktualnie. Nigdy nie błądził wzrokiem po suficie i nie pozwalał sobie na zbyteczne gesty. Nie zdarzały się sytuacje, w których by się wzruszał, okazywał zażenowanie czy zmieszanie.

Jeżeli zaś chodzi o Jana zwanego Passepartout, był to paryżanin w każdym calu, który przez pięć lat pełnienia w Londynie obowiązków kamerdynera na próżno szukał pana, do którego mógłby się przywiązać.

Passepartout w niczym nie przypominał głupkowatych służących z zadartym nosem, wścibskim spojrzeniem i uchem skorym do podsłuchiwania, tak często przedstawianych w komediach. Przeciwnie, był sympatycznym młodym człowiekiem o miłej, wzbudzającej zaufanie aparycji. Miał niebieskie oczy i rumiane, nieco pucołowate policzki; szeroka pierś i potężna muskulatura świadczyły o nieprzeciętnej sile, którą zdobył dzięki wykonywanym w młodości ćwiczeniom. Jego bujna czupryna wiecznie pozostawała w nieładzie. Podczas gdy starożytni rzeźbiarze znali aż osiemnaście sposobów ułożenia włosów Minerwy, Passepartout najzupełniej zadowalał się jednym: trzy energiczne ruchy grzebieniem – i fryzura gotowa.

Na pierwszy rzut oka żywy charakter kamerdynera nie pasował do usposobienia pana Fogga. Niebawem miało się okazać, czy Passepartout zdoła sprostać pedantycznym wymaganiom swojego nowego pracodawcy. Po burzliwej młodości zależało mu na spokojnym życiu służącego w jednym z typowych angielskich domów. Lecz dotychczas los niezbyt mu sprzyjał i nigdzie dłużej nie mógł zagrzać miejsca. Służył w dziesięciu domach, a wszędzie znajdował bądź kapryśnych awanturników, bądź wiecznie szukających przygód lekkoduchów, co mu obecnie nie bardzo odpowiadało. Ostatni jego pan, młody lord Longsferry, członek parlamentu słynący z hulaszczego życia, powracał częstokroć do domu o świcie, ledwo żywy, niesiony przez policjantów. Passepartout, mając na uwadze dobre imię swojego chlebodawcy, ośmielił się któregoś dnia zwrócić mu w paru grzecznych słowach uwagę na niestosowność takiego zachowania, ale jego troska została źle przyjęta i musiał opuścić służbę. W tym czasie dowiedział się, że powszechnie szanowany Fileas Fogg poszukuje kamerdynera. Zasięgnąwszy opinii o jego osobie, stwierdził, że służba u człowieka, który prowadzi tak regularny tryb życia, będzie dla niego idealnym rozwiązaniem. Zgłosił się zatem, nie zwlekając, i został przyjęty w wiadomych już nam okolicznościach.

Gdy wraz z wybiciem godziny wpół do dwunastej pozostał sam w domu, natychmiast przystąpił do jego szczegółowych oględzin, począwszy od piwnicy, a skończywszy na strychu. Mieszkanie przypadło mu do gustu, ponieważ było schludne i uporządkowane, a w swym wystroju dość surowe, przez co łatwe do utrzymania w czystości. Porównał je w myślach do pięknej muszli ślimaka, lecz muszli oświetlonej i ogrzanej gazem węglowym, który tu dostarczał światła i ciepła.

Z łatwością odszukał na drugim piętrze pokój dla siebie przeznaczony. Znajdowały się tam dzwonki elektryczne i akustyczne tuby, dzięki którym można było szybko komunikować się z apartamentami na antresoli i na pierwszym piętrze. Na kominku stał zegar elektryczny, który był idealnie zsynchronizowany z czasomierzem znajdującym się w pokoju pana Fogga.

– To mi się podoba – szeptał do siebie Passepartout.

Spostrzegł również zawieszoną nad zegarem planszę, na której rozpisano harmonogram codziennych zajęć. Obejmował on, począwszy od godziny ósmej, kiedy pan Fogg wstawał, aż do godziny jedenastej trzydzieści, gdy opuszczał dom, udając się do klubu, szczegółowy wykaz posług. Tak zatem herbatę i pieczywo należało podać o godzinie ósmej dwadzieścia trzy, wodę do golenia o dziewiątej trzydzieści siedem, ułożenie fryzury przewidziane było na za dziesięć dziesiąta i tak dalej. Podobnie rzecz się miała z resztą czynności, aż do godziny dwunastej w nocy, kiedy to dżentelmen kładł się spać. Passepartout wpadł w zachwyt, widząc, z jaką dokładnością sporządzono harmonogram, i starał się zapamiętać jego kolejne punkty.

Garderoba pana Fogga była bogato zaopatrzona i ułożona w doskonałym porządku. Każde spodnie, surdut czy kamizelkę opatrzono numerem, który znajdował się w rejestrze. Ten z kolei wskazywał dni, stosownie do pory roku, w których odzież winna być noszona. Podobnie rzecz wyglądała w przypadku obuwia.

Dom, który za czasów sławnego, lecz nazbyt rozrzutnego i niechlujnego Sheridana najprawdopodobniej przedstawiał żałosny widok, obecnie stał się siedzibą idealnie wygodną i pod każdym względem dostatnią. Dziwić mogło jedynie, że w domu nie było żadnych książek, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że jego gospodarz w klubie „Reforma” miał do dyspozycji dwie biblioteki – jedną z dziełami literatury, a drugą z książkami poświęconymi polityce i prawu, wszystko było jasne. W sypialni znajdował się sejf posiadający odpowiednie zabezpieczenia zarówno przed ogniem, jak i przed kradzieżą. W domu nie było żadnej broni ani sprzętu myśliwskiego, co sugerowało, że gospodarz ma raczej pokojowe usposobienie.

Obejrzawszy szczegółowo całe mieszkanie, Passepartout zatarł ręce, a na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech.

– To mi się podoba! Tego mi było trzeba. Zrozumiemy się doskonale z panem Foggiem. Domator i do tego regularny jak zegarek! Prawdziwa maszyna! Bardzo mi odpowiada obsługiwanie takiego mechanizmu! – rzekł do siebie wesoło.III Rozmowa, która dla Fileasa Fogga może się okazać bardzo kosztowna

Fileas Fogg opuścił dom o wpół do dwunastej. Postawiwszy pięćset siedemdziesiąt razy prawą nogę przed lewą i tyleż razy lewą nogę przed prawą, przybył do klubu „Reforma”, który znajdował się w zwalistym budynku na Pall-Mall.

W pierwszej kolejności udał się do jadalni, z której rozciągał się widok na piękny ogród z drzewami ozłoconymi jesiennym słońcem. Na śniadanie podano gotowaną rybę w wyśmienitym sosie reading, krwisty rostbef, ciasto z rabarbarem i agrestem oraz po kawałku sera chester. Nie zabrakło oczywiście wybornej herbaty, której listki zbierano specjalnie na zamówienie klubu „Reforma”.

O dwunastej czterdzieści siedem dżentelmen wstał od stołu i udał się do wielkiego salonu, na ścianach którego wisiały obrazy w bogato rzeźbionych ramach. Tu odebrał z rąk lokaja nierozcięty numer „Timesa” i z ogromną wprawą oddał się mozolnej czynności rozkładania jego stronic. Trzy godziny poświęcił na lekturę tego dziennika, a resztę czasu, który pozostał do obiadu, zajęło mu przeglądanie pisma „Standard”. Obiad podano w sposób podobny jak śniadanie, a ozdobą menu okazał się sos zwany royal British sauce.

O szóstej dwadzieścia Fogg powrócił do salonu i pogrążył się w czytaniu „Morning Chronicle”.

Pół godziny później członkowie klubu „Reforma” zaczęli gromadzić się przy kominku, w którym wesoło trzaskał ogień. Byli to towarzysze Fogga, z którymi grywał w wista: inżynier Andrew Stuart, bankierzy John Sullivan i Samuel Fallentin, właściciel browaru Thomas Flanagan oraz dyrektor Banku Anglii Gauthier Ralph. Sama śmietanka klubu „Reforma”, jedni z najbogatszych i najbardziej szanowanych jego członków.

– Są jakieś nowe wieści w sprawie tej zuchwałej kradzieży? – zapytał Ralpha Thomas Flanagan.

– Pewnie bank nie odzyska utraconych pieniędzy – rzekł Andrew Stuart.

– Przeciwnie – odparł Gauthier Ralph – sądzę, że złodziej zostanie ujęty. Wysłano do Europy i Ameryki najlepszych detektywów. Obsadzono najważniejsze porty, więc schwytanie tego gagatka jest tylko kwestią czasu.

– Czy policja ma chociaż rysopis złodzieja? – spytał Stuart.

– Przede wszystkim, to nie jest złodziej – odrzekł poważnie Ralph.

– Jak to? Ktoś, kto ukradł pięćdziesiąt pięć tysięcy funtów szterlingów w gotówce, nie jest złodziejem?

– Nie – odparł Ralph.

– Więc to może handlowiec? – spytał z uśmiechem Sullivan.

– „Morning Chronicle” zapewnia, że tu chodzi o dżentelmena.

Ostatnie słowa zostały wypowiedziane przez Fileasa Fogga, który uchyliwszy płachtę czytanej gazety, pozdrowił swych towarzyszy skinieniem głowy.

Wydarzenie, o którym mówiono, od trzech dni było jednym z głównych tematów niemal wszystkich dzienników ukazujących się w Zjednoczonym Królestwie. Chodziło o paczkę zawierającą pięćdziesiąt pięć tysięcy funtów szterlingów, która w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła ze stołu głównego kasjera w Banku Anglii. Tłumacząc okoliczności tej zuchwałej kradzieży, wicedyrektor Gauthier Ralph wyjaśnił, że zdarzenie miało miejsce w momencie, gdy kasjer był zajęty wpisywaniem do ksiąg wpłaty trzech szylingów i pięciu pensów, nie mógł więc pilnować wszystkiego na raz.

Trzeba przy tym zauważyć – to bowiem w pewnym stopniu tłumaczy owo fatalne wydarzenie – że szacowna instytucja, jaką jest Bank Anglii, ma zwyczaj w niespotykany gdzie indziej sposób troszczyć się o wrażliwość swoich klientów. Nie zobaczysz tam strażników ani żelaznych krat. Złoto, srebro i banknoty leżą na wyciągnięcie ręki, dostępne dla pierwszego lepszego przechodnia. Wszystko to wynika z bezgranicznego zaufania, jakim zarząd Banku darzy swoich klientów. Jeden z cenionych badaczy angielskich zwyczajów przytacza następującą anegdotę. Któregoś razu, znajdując się w jednej z sal Banku, zapragnął z bliska przyjrzeć się ważącej osiem funtów sztabie złota, która leżała na stole kasjera. Wziął ją więc do ręki, obejrzał, a następnie podał człowiekowi stojącemu tuż za nim, ten zaś następnemu – i tak sztaba, przechodząc z ręki do ręki, powędrowała w głąb ciemnego korytarza. Dopiero pół godziny później wróciła na swoje miejsce, nie wzbudziło to jednak najmniejszych podejrzeń kasjera.

Jednakże 29 września stało się inaczej. Paczka banknotów nie wróciła na miejsce, a gdy olbrzymi zegar umieszczony nad kancelarią, wybijając godzinę piątą, obwieścił zamknięcie biur, Bankowi Anglii pozostało jedynie umieścić pięćdziesiąt pięć tysięcy funtów w rubryce „Straty”.

Gdy zorientowano się, że nastąpiła kradzież, najlepsi detektywi zostali bezzwłocznie wysłani do portów w Liverpoolu, Glasgow, Hawrze, Suezie, Brindisi i Nowym Jorku z zapewnieniem, że nie minie ich nagroda, jeśli operacja zakończy się sukcesem. Oczekując na dalsze instrukcje, jakie mieli otrzymywać wraz z rozwojem śledztwa, skrupulatnie sprawdzali odjeżdżających i przyjeżdżających pasażerów.

Otóż rzeczywiście, jak donosił „Morning Chronicle”, były przesłanki, aby twierdzić, że sprawca kradzieży nie należał do żadnej ze znanych szajek złodziejskich grasujących na terenie Anglii. W dniu popełnienia przestępstwa widziano dobrze ubranego dżentelmena o miłej aparycji, przechadzającego się po sali, w której miała miejsce kradzież. W toku postępowania śledczego sporządzono dokładny rysopis tego osobnika i niezwłocznie rozesłano go do komisariatów policji w Zjednoczonym Królestwie i na kontynencie. Co lepiej poinformowani, a do takich zaliczał się Gauthier Ralph, utrzymywali, że sprawca zostanie ujęty w najbliższym czasie.

Jak łatwo odgadnąć, wydarzenie to było tematem żywych dysput zarówno w Londynie, jak i na prowincji. Nic dziwnego zatem, że i w klubie „Reforma” rozmawiano o tej sprawie, tym bardziej że jednym z jego członków był wicedyrektor okradzionego banku.

Gauthier Ralph wierzył w powodzenie śledztwa. Twierdził, że wyznaczona nagroda skłoni detektywów do wytężonej pracy. Natomiast Andrew Stuart nie podzielał tego optymizmu. Sprawa była na tyle zajmująca, że nawet przy stoliku do wista, gdzie Stuart siedział wraz z Flanaganem i Fallentinem, mając za partnera pana Fileasa Fogga, kontynuowano dyskusję na ten temat. Wprawdzie w trakcie gry panowie milczeli, ale w przerwach między jednym a drugim robrem spór wybuchał na nowo.

– Moim zdaniem, przewaga jest po stronie złodzieja, będącego niewątpliwie sprytnym człowiekiem – rzekł Andrew Stuart.

– Co też szanowny pan opowiada! Nie ma dziś kraju na świecie, w którym mógłby czuć się bezpiecznie – odparł Ralph.

– Czyżby!

– Dokąd zatem, według pana, mógłby uciec?

– Nie wiem, ale świat jest na tyle duży, że na pewno znajdzie gdzieś schronienie – upierał się Stuart.

– Był taki kiedyś – rzekł półgłosem Fileas Fogg. – Pan przekłada – dorzucił, podając talię Flanaganowi.

– Jak to: kiedyś! Czyżby świat się kurczył?

– Bez wątpienia – rzekł Gauthier Ralph. – Podzielam zdanie pana Fogga. Ziemia się zmniejszyła w tym sensie, że można ją przemierzyć obecnie dziesięć razy szybciej niż przed stu laty. Trzeba podkreślić, że ta okoliczność ułatwia poszukiwania sprawcy kradzieży.

– Ale jednocześnie złodziejowi ułatwia ucieczkę.

– Panie Stuart, pan zaczyna – odezwał się Fileas Fogg.

Andrew Stuart nie dał jednak za wygraną i po skończonym rozdaniu powiedział:

– Musi pan przyznać, panie Ralph, że tylko żartem można utrzymywać, że ziemia się skurczyła… Niby dlaczego? Że ktoś tam objechał ją w trzy miesiące?

– W osiemdziesiąt dni – poprawił Fileas Fogg.

– Istotnie, w osiemdziesiąt dni – podjął John Sullivan. – Jest to możliwe dzięki połączeniu kolejowemu między Rothalem i Allahabadem, które niedawno oddano do użytku. Szczegółowe obliczenia podano w dzisiejszym „Morning Chronicle”.

Z Londynu do Suezu przez Monte Cenis i Brindisi koleją i parostatkiem — 7 dni

Z Suezu do Bombaju parostatkiem — 13 dni

Z Bombaju do Kalkuty koleją — 3 dni

Z Kalkuty do Hongkongu parostatkiem — 13 dni

Z Hongkongu do Jokohamy parostatkiem — 6 dni

Z Jokohamy do San Francisco parostatkiem — 22 dni

Z San Francisco do Nowego Jorku koleją — 7 dni

Z Nowego Jorku do Londynu parostatkiem i koleją — 9 dni

Razem 80 dni

– Zgadza się! Osiemdziesiąt dni – zawołał Andrew Stuart, który przez nieuwagę zagrał nie tą kartą, co trzeba. – Lecz sporządzając to zestawienie, nie wzięto pod uwagę czynników niezależnych od podróżującego, takich jak zła pogoda, przeciwne wiatry, burze morskie czy wypadki kolejowe.

– Owszem, przewidziano również i to – odrzekł Fogg, rzucając kartę. Od pewnego czasu dyskusja odbywała się ze szkodą dla gry.

Andrew Stuart, tasując karty, ciągnął dalej:

– Teoretycznie, panie Fogg, taka podróż jest możliwa, ale w praktyce…

– W praktyce również, panie Stuart – odparł Fogg.

– Chciałbym się o tym przekonać!

– Zależy to tylko od pana. Jedźmy razem…

– W żadnym wypadku! – zawołał Stuart. – Założę się jednak o cztery tysiące funtów, że w obecnych warunkach taka podróż jest niemożliwa.

– Twierdzę, że jest najzupełniej możliwa – odparł Fogg.

– A podejmie się pan tego?

– Objechać świat w osiemdziesiąt dni?

– Tak.

– Zgoda!

– A kiedy?

– Natychmiast. Lecz uprzedzam pana, że pokryje pan koszty podróży.

– To szaleństwo! – zawołał Stuart, którego zaczynał drażnić upór Fileasa Fogga. – Lepiej grajmy dalej!

– Proszę zatem jeszcze raz przetasować karty – odpowiedział Fogg. – Były źle rozdane.

Andrew Stuart ponownie zabrał się za tasowanie kart, lecz po chwili położył je na stole drżącą ręką i zawołał:

– A więc dobrze, panie Fogg, zakładam się o cztery tysiące funtów!

– Daj spokój, Andrew. Chyba żartujesz? – próbował interweniować Fallentin.

– Jeśli chodzi o zakład, nigdy nie żartuję!

– Przyjmuję zakład! – rzekł Fogg i zwracając się do towarzyszy siedzących przy stole, dodał: – Stawiam dwadzieścia tysięcy funtów, które mam zdeponowane u „Braci Baring”.

– A więc dobrze, panie Fogg, zakładam się o cztery tysiące funtów!

– Dwadzieścia tysięcy! – Stuart aż zerwał się z krzesła. – Dwadzieścia tysięcy funtów, które może pan stracić w razie nieprzewidzianego spóźnienia?!

– Wszystko jest przewidziane – odrzekł spokojnie Fogg.

– Ależ, drogi panie! Niech pan weźmie pod uwagę, że owe osiemdziesiąt dni obliczono jako minimum!

– Dobrze skalkulowane minimum w zupełności wystarcza.

– Jednak żeby go nie przekroczyć, musiałby pan z matematyczną dokładnością skakać z pociągu wprost na pokład statku, a ze statku do wagonu!

– Tak też uczynię.

– Pan chyba żartuje!

– Dobrze pan wie, że Anglik nigdy nie żartuje, gdy chodzi o rzecz tak poważną jak zakład – odrzekł Fileas Fogg. – Stawiam dwadzieścia tysięcy funtów przeciw każdemu, kto wątpi, że odbędę podróż dookoła świata w osiemdziesiąt dni, czyli w tysiąc dziewięćset dwadzieścia godzin albo, jeśli ktoś woli, w sto piętnaście tysięcy dwieście minut. Czy przyjmują panowie zakład?

– Przyjmujemy – odrzekli po krótkiej konsultacji zgromadzeni przy stole.

– A więc dobrze. Wyruszam pociągiem do Dover o ósmej czterdzieści pięć – oznajmił Fogg.

– Dziś wieczorem? – spytał zdumiony Stuart.

– Dziś wieczorem – odrzekł Fogg. – A zatem, ponieważ dziś jest środa 2 października, powinienem stawić się w klubie „Reforma” o godzinie ósmej czterdzieści pięć w sobotę 21 grudnia. Jeżeli nie uda mi się tego dokonać, dwadzieścia tysięcy funtów, zdeponowanych obecnie na moim rachunku, będzie należeć do panów. A oto weksel na tę sumę.

Nie zwlekając dłużej, spisano protokół, pod którym podpisali się wszyscy zainteresowani. Pan Fogg ani przez chwilę się nie zawahał. Widać było, że nie o zysk mu chodzi. Stawiając dwadzieścia tysięcy funtów – połowę swojego majątku – wiedział, że taką właśnie sumę będzie musiał wydać, aby zrealizować ten trudny, jeśli nie niemożliwy do wykonania projekt. Z kolei jego przeciwnicy mieli, jak się wydawało, wątpliwości, czy aby postąpili słusznie. Nie chodziło tu jednak o ryzyko utraty postawionych pieniędzy, ale o wyrzuty sumienia, że przyjęli zakład na tak niekorzystnych dla Fogga warunkach.

Darmowy fragment
mniej..

BESTSELLERY