Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

W cieniu kłamstw. Baleary #6 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

W cieniu kłamstw. Baleary #6 - ebook

Zakończenie operacji na Bliskim Wschodzie można by uznać za sukces, gdyby nie jeden drobny szczegół – Greta Eden. Kobieta widmo, która po śmierci brata zapadła się pod ziemię. Może być wszędzie. Może być każdym. Marco Santini, egzekutor organizacji Alvareza-Talavery, całe życie działał według prostych zasad: cel, plan, eliminacja. Teraz celem stało się usunięcie ostatniego wiszącego nad organizacją zagrożenia – Grety, zanim to ona zdecyduje się wyrównać rachunki. Marco jest zdeterminowany i nie ma nic do stracenia. A raczej nie miałby, gdyby nie pewna kelnerka z pubu, w którym pracuje jego siostra… Margo Garcia, sarkastyczna, inteligentna i totalnie niezainteresowana jego towarzystwem, trzyma go na dystans, traktując jak zło konieczne. A to fascynuje go bardziej niż wszystkie kobiety, które padały mu do stóp. Czy największym zagrożeniem jest kobieta, która poluje na jego głowę, czy raczej ta, która może złamać mu serce?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397440876
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Margo

Miesz­ka­nie, któ­re wy­naj­mo­wa­łam, nie po­wa­la­ło wiel­ko­ścią, ale nie po­trze­bo­wa­łam hek­ta­rów i nie pla­no­wa­łam w naj­bli­ższym cza­sie ba­wić się z ni­kim w cho­wa­ne­go. Za nie­mal ostat­nie pie­ni­ądze ku­pi­łam ma­łe­go For­da Fie­stę. Wpraw­dzie kli­ma­ty­za­cja wy­sia­dła po dwóch ty­go­dniach, ale co tam. Wa­żne, że po­zwa­lał mi się prze­miesz­czać z punk­tu A do punk­tu B.

_Trze­ba było oszczędzać, Mar­go! Stać by cię było na lep­sze auto._

Za­par­ko­wa­łam przed re­stau­ra­cją. Po­po­łu­dnio­wa zmia­na, na któ­rą ści­ągni­ęto mnie awa­ryj­nie, nie była wpraw­dzie szczy­tem za­wo­do­wych ma­rzeń, ale eks­tra go­tów­ka za­wsze się przy­da. Mia­łam za­stąpić Ta­lię, bo rze­ko­mo za­cho­ro­wa­ła. Cier­pia­ła na chro­nicz­ną przy­pa­dło­ść zna­ną po­tocz­nie jako „swędze­nie cip­ki”. Jej na­głe na­pa­dy zda­rza­ły się za ka­żdym ra­zem, kie­dy jej fa­cet wra­cał do mia­sta po kil­ku dniach nie­obec­no­ści. Nie po­ma­ga­ło żad­ne inne le­kar­stwo poza dłu­gim ru­cha­niem! Bie­dacz­ka.

Na szczęście Oana nie mia­ła tego sa­me­go pro­ble­mu. Ona tyl­ko wo­dzi­ła ocza­mi za Fa­bia­nem, jed­nym z fa­ce­tów, z któ­rym się „przy­ja­źni­ła”. Uwa­ża­łam ko­le­sia za typ ner­da, do­pó­ki nie zo­ba­czy­łam, jak zmie­niał ko­szul­kę na re­stau­ra­cyj­nym par­kin­gu. Kto by po­my­ślał, że to jed­nak kupa mi­ęśni? A na­kry­łam go, bo Oana sta­ła w drzwiach i ła­pa­ła ko­ma­ry w otwar­tą bu­zię, kon­tem­plu­jąc wi­dok. Klep­nęłam ją w ty­łek, a ta pod­sko­czy­ła z jękiem i za­czer­wie­ni­ła się uro­czo. Nad jej ra­mie­niem po­sła­łam Fa­bia­no­wi sze­ro­ki uśmiech i unio­słam kciu­ki w ge­ście uzna­nia.

Szyb­ko się zo­rien­to­wa­łam, że na­le­ży do ja­kie­jś or­ga­ni­za­cji, bo któ­re­go dwu­dzie­sto­kil­ku­lat­ka by­ło­by stać na taką wy­pa­sio­ną furę? Wy­go­oglo­wa­łam parę jego ta­tu­aży – w ko­ńcu trze­ba so­bie ja­koś ra­dzić. Za­jęło mi to kil­ka dni śledz­twa w tem­pie prze­ci­ęt­ne­go użyt­kow­ni­ka In­ter­ne­tu, ale w ko­ńcu to Ta­lia się zła­ma­ła i szep­tem opo­wie­dzia­ła mi, że jej fa­cet, Fabi i brat Oany są w M-A-F-I-I. Prze­li­te­ro­wa­ła mi to w wiel­kiej ta­jem­ni­cy, na co za­re­ago­wa­łam śmie­chem. Ich sze­fem był Pa­trick Alva­rez-Ta­la­ve­ra, lo­kal­ny boss – o, prze­pra­szam, biz­nes­men – do któ­re­go na­le­ża­ła cała wy­spa. Pra­wie. Chy­ba tyl­ko poza lot­ni­skiem i bu­dyn­ka­mi lo­kal­ne­go rządu, sa­mo­rządu czy in­nej wła­dzy.

Fa­cet, któ­ry obec­nie prze­stąpił próg na­sze­go przy­byt­ku, przy­pra­wił mnie nie­mal o za­wał ser­ca. I nie tyl­ko mnie. Ko­bie­ty na­gle prze­sta­ły jeść i wpa­try­wa­ły się w nie­go nie­mal z otwar­ty­mi usta­mi. A było na co po­pa­trzeć. Zdjęcia na Go­ogle nie od­da­wa­ły tego, jak wy­glądał. Cho­ciaż pra­co­wał jako eg­ze­ku­tor dla Alva­re­za-Ta­la­ve­ry, od jego sio­stry wie­dzia­łam, że sko­ńczył stu­dia z wy­ró­żnie­niem. Czy­li za ogłu­pia­jąco przy­stoj­ną bu­źką mu­siał się kryć nie­zły in­te­lekt. Jak uprzej­mie do­nio­sła mi Oana, podąża­ły za nim rze­sze fa­nek. Na­wet nie mu­siał się sta­rać, żeby do­stać ich nu­me­ry te­le­fo­nu. Ale czy mo­gło być ina­czej? Jak ja­ka­kol­wiek ko­bie­ta mia­ła­by od­mó­wić wy­so­kie­mu przy­stoj­nia­ko­wi o przej­mu­jąco zie­lo­nych oczach, pia­sko­wych wło­sach, roz­bu­do­wa­nej klat­ce pier­sio­wej i sze­ro­kich ra­mio­nach? Fa­cet po­wi­nien się za­trud­nić do re­kla­my.

Usia­dł na ba­ro­wym krze­śle na­prze­ciw­ko mnie.

– Gdzie by­łaś całe moje ży­cie, ślicz­not­ko?

Kto w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku je­chał su­cha­ra­mi ze śre­dnio­wie­cza? Zgrzyt try­bi­ków za­trzy­mu­jących się w moim mó­zgu pew­nie było sły­chać na sta­łym lądzie. Ten tekst był tak za­ska­ku­jąco tani, że moje brwi po­wędro­wa­ły aż pod li­nię wło­sów. Spoj­rza­łam na nie­go znad oku­la­rów, któ­re mia­łam dzi­siaj na no­sie. Se­rio?! Do gło­wy przy­szła mi od razu ci­ęta ri­po­sta pro­sto z pio­sen­ki Tay­lor Swift _Blank Spa­ce_.

– O. Mój. Boże! – Przy­ło­ży­łam rękę do ser­ca te­atral­nym ge­stem. – Two­ja twarz… Czy­żbyś uzur­po­wał so­bie pra­wo do sta­nia się ko­lej­nym błędem w moim ży­ciu? Co ro­bisz w czwar­tek? Mam lukę w gra­fi­ku i chęt­nie cię tam wpi­szę. W mi­ędzy­cza­sie… Co po­dać?

Do­pie­ro te­raz przyj­rzał mi się na­praw­dę i do­strze­gł iro­nię oraz ab­so­lut­ny brak za­in­te­re­so­wa­nia w zmęczo­nym spoj­rze­niu.

– Te­raz się boję, że mnie otru­jesz.

– Trze­ba było o tym po­my­śleć, za­nim otwo­rzy­łeś usta – zga­ni­łam go żar­to­bli­wie.

– Za­ry­zy­ku­ję. – Jego oczy za­pło­nęły cie­ka­wo­ścią. – Piwo.

_Cie­ka­we, jak da­le­ko si­ęga jego po­czu­cie hu­mo­ru._ Po­da­łam mu z lo­dów­ki bez­al­ko­ho­lo­we.

– To już za­kra­wa na okru­cie­ństwo. – Uśmiech­nął się le­ni­wie.

_Ten uśmiech_!

– Przy­czy­na i kon­se­kwen­cje. – Wy­mie­ni­łam bu­tel­kę na to, o co po­pro­sił. – A na przy­szło­ść za­pa­mi­ętaj so­bie, że na­wet je­śli mam na so­bie strój fir­mo­wy, to nie zna­czy, że je­stem ła­twa albo że wol­no ci mnie trak­to­wać jak ko­lej­ną po­ten­cjal­ną kre­skę na two­jej ścia­nie chwa­ły, któ­rą, jak mnie­mam, masz nad łó­żkiem. Bo prze­cież ka­żdy fa­cet, któ­ry wy­gląda jak ty, musi ją mieć, nie? – po­le­cia­łam ste­reo­ty­pem.

Przy­mru­żył lek­ko oczy.

– Do­brze się skła­da, że lu­bię wy­zwa­nia.

Za­zwy­czaj ci­ęta, iro­nicz­na od­po­wie­dź stu­dzi­ła fa­ce­tów z jed­ne­go pro­ste­go po­wo­du: ozna­cza­ła, że nie po­le­cę na tani tekst i będzie się trze­ba na­męczyć, żeby mnie „wy­chędo­żyć”. W ta­kiej sy­tu­acji po­zo­sta­wa­ły dwie opcje pod­ry­wu: sta­wia­nie drin­ków, żeby mnie upić – co uszczu­pla­ło bu­dżet bez gwa­ran­cji suk­ce­su – albo wy­tęże­nie in­te­lek­tu i uwie­dze­nie mo­je­go mó­zgu. Po­ten­cjal­ni za­in­te­re­so­wa­ni za­zwy­czaj po pro­stu od­pusz­cza­li, zgod­nie z za­sa­dą: „Po co ście­rać się z kró­lo­wą psz­czół, jak mo­żna upo­lo­wać coś ła­twiej­sze­go?”. Klu­czo­we było jed­nak sło­wo „za­zwy­czaj”. Mar­ca ono nie do­ty­czy­ło.

– Mam dłu­gą li­stę eks­fa­ce­tów i ka­żdy z nich ci po­wie, że je­stem kom­plet­ną wa­riat­ką. Na co ci to? Mało masz pro­ble­mów w ży­ciu?

Wzi­ął nie­śpiesz­ny łyk, a ja opa­rłam się ręka­mi o bar.

– Może w tym sza­le­ństwie jest me­to­da?

– Nie dla mnie – za­prze­czy­łam ener­gicz­nie. – Przede wszyst­kim dla­te­go, że przy­ja­źnię się z two­ją sio­strą. Dla niej nie masz cza­su, a co do­pie­ro dla ja­kie­kol­wiek la­ski. Nie za­mie­rzam być ni­czy­ją opcją za­pa­so­wą, pla­nem B czy przy­ja­ció­łką z bo­nu­sem, bez względu na to, ja­kie pe­any na two­ją cze­ść pie­ją two­je do­tych­cza­so­we zdo­by­cze, więc nie mar­nuj cza­su – ostrze­głam.

Uśmiech­nął się le­ni­wie.

– Grasz trud­ną do zdo­by­cia?

– W ży­ciu. Usi­łu­ję ci prze­ka­zać wia­do­mo­ść pod­pro­go­wą, ale chy­ba nie ku­masz, więc mu­szę być bar­dziej do­sad­na: po­my­łka w ad­re­sie.

Oana po­ja­wi­ła się przy nas i usia­dła na sto­łku obok nie­go.

– Wi­dzę, że już po­zna­łaś mo­je­go bra­ta – rzu­ci­ła.

Par­sk­nęłam sar­ka­stycz­nie.

– Nie mu­sia­łam się za bar­dzo wy­si­lać. Wszy­scy fa­ce­ci w jego ty­pie są tacy sami. – Prze­śmiew­czo unio­słam brwi. – Mo­żna z nich czy­tać jak z bez­płat­nej ga­ze­ty: krót­ko i bez zbyt­nie­go za­an­ga­żo­wa­nia.

– A ja my­śla­łam, że ko­bie­ty cię ko­cha­ją, bra­cisz­ku – dra­żni­ła się z nim.

– Ko­bie­ty tak. – Rzu­cił spoj­rze­nie na mój de­kolt.

Traf­ny przy­tyk. Żad­na ze mnie Sa­bri­na w bia­łym bi­ki­ni. Pierw­szy raz w ży­ciu ża­ło­wa­łam, że nie mam du­żych pier­si, któ­re mo­gły­by go ogłu­pić po śred­nio pi­ęćdzie­si­ąt pro­cent na ka­żdy cy­cek.

– Aż się nie mogę do­cze­kać, żeby zo­ba­czyć, jak to się sko­ńczy – za­kpi­ła Oana z sze­ro­kim uśmie­chem.

– Och, skar­bie, je­dy­ny mo­żli­wy sce­na­riusz jest taki, że wszyst­ko pój­dzie z dy­mem. Mi­łe­go de­lek­to­wa­nia się pi­wem. – Kie­dy od­cho­dzi­łam do klien­ta cze­ka­jące­go na dru­gim ko­ńcu baru, od­pro­wa­dzał mnie per­li­sty śmiech ko­le­żan­ki.

Przez wi­ęk­szo­ść wie­czo­ru czu­łam na so­bie spoj­rze­nie Mar­ca. Oana przed­sta­wi­ła mnie Anji i So­fii, któ­re wpa­dły na na­le­śni­ki. Jak się oka­za­ło, Mar­co ochra­niał tę pierw­szą. Kie­dy za­bie­ra­łam ta­le­rze z ich sto­li­ka, pró­bo­wał mi po­móc, przez co otar­li­śmy się o sie­bie ra­mio­na­mi, a mnie od­dech uwi­ązł w gar­dle. Nie­do­brze! Rzu­ciw­szy ci­che „dzi­ęku­ję”, uśmiech­nęłam się do So­fii i od­da­li­łam. De­ser mia­ła im po­dać Oana, więc wró­ci­łam za bar z moc­nym po­sta­no­wie­niem omi­ja­nia Mar­ca San­ti­nie­go z da­le­ka! Sze­ro­kim, kur­wa, łu­kiem. Przez Ma­da­ga­skar!

Marco

Była nie­mal dru­ga w nocy, kie­dy Oana i Mar­go wy­szły z re­stau­ra­cji. Za­nim wsia­dły ra­zem do sa­mo­cho­du, sio­stra po­ma­cha­ła mi na po­że­gna­nie. Za­mie­rza­łem ją ju­tro wy­py­tać o ko­le­żan­kę. Na pierw­szy rzut oka nowa kel­ner­ka Pau­la była kimś, na kogo nie spoj­rza­łbym dwa razy, ale te jej oczy… Mia­łem wra­że­nie, że prze­wier­ca mnie nimi na wy­lot, do­ty­ka­jąc za­ka­mar­ków du­szy, któ­rych po­sia­da­nia so­bie nie uświa­da­mia­łem. I ten ci­ęty język. Wi­ęk­szo­ść ko­biet re­ago­wa­ła na mnie sze­ro­kim uśmie­chem uzna­nia. Flir­to­wa­ły. Lu­bi­ły pa­trzeć, bo było na co. I do­kład­nie o to cho­dzi­ło Pa­tric­ko­wi. O od­wró­ce­nie uwa­gi od Anji. Lu­dzie mie­li się ga­pić na mnie, a nie na ko­bie­tę, któ­rą ochra­niam.

Kie­dy Anja sie­dzia­ła już bez­piecz­nie w Mer­ce­de­sie, za­trzy­ma­łem Fa­bie­go, za­nim zdążył do­łączyć do dziew­czyn.

– Spraw­dź ją.

– Już to zro­bi­łem – od­pa­rł, nie py­ta­jąc na­wet, kogo mam na my­śli. – Mo­ni­to­ru­ję, kto się kręci koło two­jej sio­stry. Nie po­zwo­lę na po­wtór­kę z Mii – do­dał twar­do. – Zresz­tą od ak­cji w Du­ba­ju spraw­dzam wszyst­kie ko­bie­ty przy­by­wa­jące na wy­spę.

– Wszyst­kie?

– Pra­wie. – Skrzy­wił się. – Na tyle, na ile je­stem w sta­nie kon­tro­lo­wać ruch, bo na­wet na na­szych lot­ni­skach tu­ry­stów li­czy się w set­kach dzien­nie. Mar­go pra­cu­je dla Pau­la, u któ­re­go spędza­my spo­ro cza­su, więc przyj­rza­łem się jej poza ko­lej­no­ścią.

– Jest w niej coś ta­kie­go… – urwa­łem. Fabi scho­wał dło­nie do kie­sze­ni, cze­ka­jąc na dal­sze sło­wa. – Jak­by prze­wier­ca­ła cię spoj­rze­niem na wy­lot.

– Masz prze­czu­cie? – spy­tał, uno­sząc brwi. – Spró­bu­ję po­szpe­rać. Za­py­tam na­sze­go czło­wie­ka z In­ter­po­lu.

Na ra­zie mu­sia­ło mi to wy­star­czyć, ale pal­ce aż mnie świerz­bi­ły, żeby sa­me­mu się prze­ko­nać, czy mia­łem ra­cję. Po­że­gna­łem się z nim i wsia­dłem za kie­row­ni­cę wła­sne­go auta.

– Co się sta­ło? – spy­ta­ła Anja cie­kaw­sko.

– Nic.

Opu­ści­li­śmy par­king w ci­szy, ale oczy­wi­ście nie wy­trzy­ma­ła.

– Ja pier­do­lę, cze­mu wy za­wsze ser­wu­je­cie mi pó­łpraw­dy. Nie de­ner­wuj ci­ężar­nej! – ostrze­gła. – Cho­dzi o Mar­go?

Uzna­łem, że le­piej będzie rzu­cić jej kość niż po­zwo­lić, żeby kąsa­ła na oślep.

– Tak – przy­zna­łem.

– Coś nie tak?

– Fabi nic na nią nie zna­la­zł.

Wes­tchnęła.

– Może zwy­czaj­nie jest tym, kim jest? Przy­szło ci to do gło­wy? Cza­sem lu­dzie są po pro­stu szcze­rzy!

– To nie to.

Po­ta­rłem kark dło­nią, usi­łu­jąc się po­zbyć uczu­cia nie­po­ko­ju.

– Czy­żby na cie­bie nie po­le­cia­ła? – Za­śmia­ła się. – No weź, to nie jest grzech śmier­tel­ny. Może nie ru­sza­ją jej przy­stoj­ni, pew­ni sie­bie mężczy­źni. Może lubi dziew­czy­ny? A może wie, że je­steś lo­we­la­sem, któ­ry ska­cze z kwiat­ka na kwia­tek? – do­da­ła z kpi­ącym uśmie­chem, a ja skrzy­wi­łem się od­ru­cho­wo. – Ha! Wie­dzia­łam! I co te­raz, Don Ju­anie?

Spoj­rza­łem na nią z uśmiesz­kiem, któ­ry po­wi­nien jej wy­ja­śnić wszyst­ko.

Po­wie­dzia­łem Mar­go praw­dę: na­praw­dę lu­bi­łem wy­zwa­nia.

Margo

Oana z kil­ko­ma ko­le­żan­ka­mi za­ci­ągnęły mnie do baru. Mu­sia­łam mieć ja­kąś chwi­lę nie­po­czy­tal­no­ści czy udar, kie­dy się na to zgo­dzi­łam. Spo­tka­ły­śmy się przed we­jściem.

– Brat cię wy­pu­ścił z domu w ta­kim stro­ju? – spy­ta­łam na wi­dok wy­de­kol­to­wa­nej bluz­ki i ko­ńczącej się tuż za ty­łkiem spód­nicz­ki, któ­ry­mi mo­gła­by wo­dzić na po­ku­sze­nie sa­me­go dia­bła. Po­zo­sta­łe dziew­czy­ny wca­le jej zresz­tą nie ustępo­wa­ły.

– Mój brat wy­pro­wa­dził się daw­no temu – od­pa­ro­wa­ła. Moje ciu­chy skwi­to­wa­ła skrzy­wie­niem ust i kar­cącym spoj­rze­niem, bo w od­ró­żnie­niu od po­zo­sta­łych im­pre­zo­wi­czek wło­ży­łam zwy­kłą czar­ną ko­szul­kę na ra­mi­ącz­kach i dżin­sy.

– A Fabi?

– Fabi ma dzi­siaj rand­kę.

I to wy­ja­śnia­ło wy­zy­wa­jącą kre­ację, któ­ra przy­le­ga­ła do jej sek­sow­ne­go cia­ła ni­czym dru­ga skó­ra, wo­ła­jąc nie­mo: „Patrz, co tra­cisz, fra­je­rze!”.

– Ooooo – wy­rwa­ło mi się. – Z pra­cą?

– Nie mam po­jęcia – burk­nęła. – On, Mar­co i Aiden do­sta­li bzi­ka na punk­cie ja­kie­jś la­ski. Sama nie wiem, czy to jesz­cze fa­scy­na­cja, czy już ob­se­sja.

– Trzech na jed­ną? – za­in­te­re­so­wa­ła się Ma­ria.

– To może być dla nich ca­łkiem sa­tys­fak­cjo­nu­jący wie­czór – do­da­ła Isa­be­la, ob­li­zu­jąc na­pom­po­wa­ne usta.

– Co to za la­ska? Zna­my ją? – do­py­ty­wa­ła Vivi.

Oana wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, prze­ci­ska­jąc się do baru.

– Nie chcę wie­dzieć! – syk­nęła.

– Oho! – pod­su­mo­wa­łam żar­to­bli­wie. – Ktoś tu jest za­zdro­sny.

– Co po­dać? – Bar­man pu­ścił oczko do Oany, jak­by ją do­brze znał.

– Long is­land, Joe – od­pa­rła.

Spoj­rzał na mnie.

– _Blo­ody Mary full of vod­ka, bles­sed you are among the coc­ta­ils_¹ – wy­re­cy­to­wa­łam.

– Świet­ny wy­bór – po­chwa­lił. – Się robi, sze­fo­wo!

Parę mi­nut pó­źniej drin­ki zna­la­zły się na na­szym sto­li­ku. Wie­czór mi­jał pod zna­kiem ga­da­nia o wszyst­kim i ni­czym. Prze­by­wa­nie w klu­bie, ta­ńcze­nie, pi­cie z dziew­czy­na­mi i zu­pe­łny re­laks – wszyst­ko to ra­zem było przy­jem­nym do­świad­cze­niem, cho­ciaż ra­czej ob­ser­wo­wa­łam to­wa­rzy­stwo, niż wio­dłam prym w roz­mo­wach. Po dru­giej run­dzie drin­ków na­sze to­wa­rzysz­ki po­szły ta­ńczyć, a Oana wy­jęła te­le­fon z kie­sze­ni i za­częła pi­sać.

– Se­rio? – spy­ta­łam z nie­chęcią.

– Co? – Pod­nio­sła na mnie wzrok.

– Nie po­tra­fisz się obyć bez Fa­bia­na na­wet przez je­den wie­czór?

Wy­dęła war­gi jak nie­za­do­wo­lo­ne dziec­ko.

– Nie pi­szę do nie­go. – Spoj­rza­łam na nią scep­tycz­nie, więc od­wró­ci­ła te­le­fon ekra­nem w moją stro­nę. – Póki je­stem trze­źwa, pro­szę bra­ta, żeby ro­bił dzi­siaj za na­szą tak­sów­kę.

Nie­po­ko­jąca per­spek­ty­wa, sko­ro za­mie­rza­łam go omi­jać z da­le­ka.

– Mo­że­my się prze­jść – za­su­ge­ro­wa­łam.

– W szpil­kach? – Spoj­rza­ła na mnie z nie­do­wie­rza­niem, jak­bym na­gle za­częła nada­wać al­fa­be­tem Mor­se’a. – Trzy­dzie­ści mi­nut? Mar­co nie jest taki strasz­ny.

– „Strasz­ny” to po­jęcie względ­ne – od­pa­rłam, upi­ja­jąc ze szklan­ki. – Może być przy­stoj­ny jak sam dia­beł, ale gdzieś ja­kaś la­ska ma go ser­decz­nie dość.

– To by­łby cud – mruk­nęła. – Nie wi­dzia­łam go ni­g­dy z żad­ną la­ską.

– Ce­li­bat? Czy woli chłop­ców?

Za­śmia­ła się lek­ko.

– Cho­dzi­ło mi o to, że ni­g­dy nie był w zwi­ąz­ku. Za to wiem, że po­su­wał parę mo­ich ko­le­ża­nek.

– Skąd, sko­ro ich z nim nie wi­dzia­łaś?

– Nie omiesz­ka­ły mi się po­chwa­lić, co jest obrzy­dli­we, bo kto chcia­łby słu­chać o ży­ciu sek­su­al­nym bra­ta. – Wes­tchnęła. – Oczy­wi­ście prze­sta­wa­ły się ze mną przy­ja­źnić, kie­dy z nimi ko­ńczył…

Zer­k­nęłam na nią po­dejrz­li­wie.

– Py­tasz mnie, czy mam ocho­tę na nie­go wsko­czyć? – za­py­ta­łam. Unio­sła brwi, nie wy­pusz­cza­jąc słom­ki z ust. – Lal­ka! Może i przy­jem­nie się na nie­go pa­trzy, ale tego kwia­tu to pół świa­tu.

– By­ła­byś je­dy­na na mi­lion ko­biet.

– I ta­kie też są szan­se two­je­go bra­ta u mnie.

Ro­ze­śmia­ła się, jak to ona tyl­ko po­tra­fi­ła, ści­ąga­jąc na nas za­fa­scy­no­wa­ne spoj­rze­nia nie­mal wszyst­kich mężczyzn. Wło­ży­ła ko­mór­kę z po­wro­tem do to­reb­ki i za­or­dy­no­wa­ła:

– Idzie­my ta­ńczyć!

Ziew­nęłam po­tężnie. By­łam już po dru­gim drin­ku, więc moje cia­ło się roz­lu­źni­ło, do­pa­so­wu­jąc się do mu­zy­ki. Z gło­śni­ków pły­nęła pio­sen­ka Tay­lor Swift _Blank Spa­ce_. Uwiel­bia­łam ją! Sta­no­wi­ła mój oso­bi­sty hymn i ide­al­nie pa­so­wa­ła do obec­nej sy­tu­acji. Gracz zo­stał ogra­ny… Jed­no­znacz­nie ko­ja­rzy­ła mi się z Mar­kiem, któ­ry zde­cy­do­wa­nie nie po­trze­bo­wał ko­lej­nej fan­ki. Ten fa­cet naj­pierw ode­bra­łby mi od­dech nie­ziem­skim sek­sem, ale po­tem po­zby­łby się mnie jak śmie­cia, wma­wia­jąc mi, że to dla mo­je­go do­bra, bo nie jest go­to­wy na zwi­ązek, a ja za­słu­gu­ję na coś lep­sze­go. Mowa! Oczy­wi­ście, że za­słu­gi­wa­łam!

Po­ru­sza­łam się w rytm mu­zy­ki, za­po­mi­na­jąc o wszyst­kim do­oko­ła, kie­dy na­gle po­czu­łam mro­wie­nie na kar­ku. To nie mógł być nikt inny niż przy­stoj­ny blon­das, któ­ry od po­cząt­ku da­wał ja­sne sy­gna­ły, że będą z nim same pro­ble­my. Na usta wy­pły­nął mi le­ni­wy uśmiech. Od­wró­ci­łam się w stro­nę sto­li­ków, żeby zwe­ry­fi­ko­wać, czy mam ra­cję. BIN­GO! Ni­czym żywe wcie­le­nie grze­chu po­żąda­nia stał non­sza­lanc­ko opar­ty o ko­lu­mien­kę i przy­pa­try­wał się par­kie­to­wi. Na­sze spoj­rze­nia spo­tka­ły się na krót­ką chwi­lę. Ze zdzi­wie­niem za­uwa­ży­łam wcho­dzące­go do środ­ka Fa­bie­go. Czy to nie Mar­co miał nas za­brać do domu? Mój mózg na rau­szu wo­lał śpie­wać i ta­ńczyć niż roz­k­mi­niać, co ro­bi­li tu obaj.

Do­pie­ro parę pio­se­nek pó­źniej wró­ci­ły­śmy do sto­li­ka, gdzie dziew­czy­ny wy­lew­nie przy­wi­ta­ły na­sze­go kie­row­cę. Ja przeda­rłam się do baru, żeby za­mó­wić na­stęp­ną ko­lej­kę, a kie­dy już do­łączy­łam do resz­ty to­wa­rzy­stwa, bar­dziej niż Mar­co in­te­re­so­wa­ła mnie Oana za­jęta ko­lej­nym szo­tem te­qu­ili i jej nie­uda­ne pró­by igno­ro­wa­nia Fa­bia­na.

– Źle to ro­bisz. – Po­kręci­łam gło­wą, kie­dy od­sta­wia­ła kie­li­szek.

– A niby jak ina­czej? Sól, szot, li­mon­ka.

– Nie, nie, ko­lej­no­ść jest do­bra – po­twier­dzi­łam. – Mam na my­śli spo­sób. Za­ło­żę się o dy­chę, że twój brat wie do­sko­na­le.

– Mogę po­ka­zać – za­pro­po­no­wał.

Uśmiech­nął się w taki spo­sób, że tyl­ko cze­ka­łam, aż któ­raś la­ska z na­pa­lo­ne­go tłu­mu ze­mdle­je. Prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu sku­pi­ło się na mnie. Jak za­wsze było w nim coś, co spra­wia­ło, że czu­łam się nie­swo­jo, ale dzi­siaj, na rau­szu i po ostat­nim szo­cie, było mi roz­kosz­nie wszyst­ko jed­no.

Bio­rąc do ręki sol­nicz­kę, przy­wo­łał mnie pal­cem.

– Mój się nie na­da­je do ta­kich eks­pe­ry­men­tów – za­strze­głam. Na­praw­dę mia­łam płyt­kie oboj­czy­ki. Nie prze­ko­na­ło go to i po­no­wił gest. _Ale że niby Ma­ho­met do góry? Nie w tych bu­tach i nie po ta­kiej ilo­ści al­ko­ho­lu. Dzi­siaj góra mu­sia­ła przy­jść do Ma­ho­me­ta. _– Ani ze mnie świn­ka, ani tym bar­dziej mor­ska – rzu­ci­łam żar­to­bli­wie.

Zu­pe­łnie go to nie wzru­szy­ło. Sta­nął za mną, a to­wa­rzy­szące nam la­ski na­gle spoj­rza­ły na mnie z za­zdro­ścią. Nie­mal czu­łam te wy­ima­gi­no­wa­ne ostrza noży za­głębia­jące się mi­ędzy moje ło­pat­ki. _Raz ko­zie śmie­rć, niech za­zdrosz­czą!_

Wes­tchnęłam dra­ma­tycz­nie, prze­chy­la­jąc gło­wę na pra­wo.

– Je­śli zro­bię to któ­rej­kol­wiek z nich, po­my­śli, że się w niej za­ko­cha­łem – szep­nął mi do ucha, za­nim po­li­zał moją skó­rę. Po­chy­lił się po kie­li­szek. – Nie ru­szaj się – po­le­cił bez sen­su, bo i tak nie było szans, że­bym drgnęła. Nie po tym, jak ty­si­ące iskier prze­sko­czy­ło mi w ukła­dzie ner­wo­wym, po­wo­du­jąc naj­pierw zwar­cie, a po­tem to­tal­ny pa­ra­liż sys­te­mu zdro­we­go roz­sąd­ku i prze­pa­la­jąc ob­wo­dy in­stynk­tu sa­mo­za­cho­waw­cze­go.

Na­sy­pał soli w od­po­wied­nie miej­sce. Zer­k­nęłam na Oanę z ob­ra­żo­ną miną, jak­bym cze­ka­ła na wy­ko­na­nie wy­ro­ku śmier­ci przez ści­ęcie gło­wy. Czu­łam, jak krew za­czy­na mi szyb­ciej krążyć w ży­łach. Przy­gry­złam wnętrze po­licz­ka, kie­dy jego język znów prze­śli­zgnął się po skó­rze mo­je­go oboj­czy­ka.

Wdech! Wy­dech! Czte­ry se­kun­dy na wdech i sze­ść se­kund na wy­dech.

Unio­słam li­mon­kę do ust mężczy­zny. Wbił się w nią zęba­mi. Parę kro­pel soku spły­nęło mi po kciu­ku w dół. Zli­zał je, a moje cen­trum wszech­świa­ta za­ci­snęło się kon­wul­syj­nie. Za­bra­łam rękę i po­pa­trzy­łam na nią ze zmarsz­czo­nym czo­łem, krzy­wi­ąc się. Może i ka­żda z obec­nych tu ko­biet chcia­ła­by te­raz być na moim miej­scu i nie myć się ni­g­dy wi­ęcej, bo ob­li­zał ją sam Mar­co San­ti­ni, ale ja nie za­mie­rza­łam dać mu tej sa­tys­fak­cji.

– Fuj! Ohy­da! – Wy­ta­rłam dłoń o ko­szul­kę. Mar­co pa­trzył na mnie, jak­by wie­dział, że to tyl­ko gra po­zo­rów. – Idę umyć rękę.

Od­wró­ci­łam się i, nie da­jąc mu sa­tys­fak­cji, po­szłam do to­a­le­ty. Po­trze­bo­wa­łam chwi­li, żeby uspo­ko­ić puls i przy­wo­łać zim­ną jak lód Mar­go, któ­ra nie roz­to­pi się po pierw­szym lep­szym li­źni­ęciu go­rące­go języ­ka ja­kie­goś tam lo­we­la­sa. Kie­dy wró­ci­łam do sto­li­ka, roz­pra­wia­li o pro­wa­dze­niu auta. Li­lia­na, jed­na z przy­ja­ció­łek Oany, któ­ra do­łączy­ła do nas w mi­ędzy­cza­sie, uczy­ła się wła­śnie je­ździć. Ze spoj­rzeń rzu­ca­nych Mar­co­wi wno­si­łam, że chęt­nie za­bra­ła­by go na jaz­dę te­sto­wą. Resz­ta dziew­czyn wy­gląda­ła tak, jak­by mia­ła to samo sia­no w gło­wie. Ide­al­ny przy­kład zbio­ro­wej hi­ste­rii.

– Pro­wa­dzi­łaś kie­dyś jego sa­mo­chód? – spy­ta­łam Oanę, wska­zu­jąc na Fa­bie­go, któ­ry w od­po­wie­dzi spoj­rzał na mnie jak na wa­riat­kę.

– Wła­ści­wie to nie – przy­zna­ła. – Ja­koś tak za­wsze wy­cho­dzi, że to on wsia­da za kie­row­ni­cę.

– A dla­cze­go? – Spoj­rza­łam na Fa­bie­go przez stół.

– Ko­bie­ta może pro­wa­dzić mnie w łó­żku, ale nie moje auto – rzu­cił okle­pa­nym tek­stem, po czym przy­bił żó­łwi­ka z kum­plem, jak­by to było coś oczy­wi­ste­go.

– Ni­g­dy nie wi­dzia­łeś, jak pro­wa­dzi. – Rzu­ci­łam mu spoj­rze­nie spod rzęs.

– Wi­ęk­szo­ść ko­biet robi to bez­na­dziej­nie – wtrącił się Mar­co. – Moja sio­stra nie jest wy­jąt­kiem.

Obu­rzo­na Oana rzu­ci­ła w nie­go skór­ką od li­mon­ki, na co tyl­ko się za­śmiał. Prze­nio­słam na nie­go roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie.

– Może jesz­cze raz prze­my­ślisz swo­ją od­po­wie­dź? – za­żar­to­wa­łam. – Fak­ty są ta­kie, pa­no­wie, że to mężczy­źni uczą nas pro­wa­dzić. Więc je­śli ro­bi­my to źle, to wa­sza wina.

Dziew­czy­ny ro­ze­śmia­ły się dźwi­ęcz­nie. Oana przy­bi­ła ze mną pi­ąt­kę, a na sto­le po­ja­wi­ła się na­stęp­na ko­lej­ka.

– Gdy­by do ko­ńca świa­ta zo­sta­ło trzy­dzie­ści mi­nut, jak wy­ko­rzy­sta­li­by­ście ten czas? – rzu­ci­łam, nie kie­ru­jąc py­ta­nia do ni­ko­go kon­kret­ne­go. Mar­co już otwie­rał usta z uśmiesz­kiem. – Nie! – po­wstrzy­ma­łam go, gro­żąc mu pal­cem wska­zu­jącym. – Już wie­my, jaka by­ła­by two­ja od­po­wie­dź.

– Jaka? – Uśmiech­nął się kpi­ąco.

– Seks – rzu­ci­ła Isa­be­la uwo­dzi­ciel­sko.

– Taa… – Skrzy­wi­łam się z nie­sma­kiem. – A co z po­zo­sta­ły­mi dwu­dzie­sto­ma dzie­wi­ęcio­ma mi­nu­ta­mi?

– W ka­żdej chwi­li mogę ci udo­wod­nić, że się my­lisz – od­pa­ro­wał Mar­co z bły­skiem w oku.

– Sor­ry, skar­bie, ale nie przyj­mu­ję ta­nich pre­zen­tów.

Oana się ro­ze­śmia­ła. Fa­bia­no jej za­wtó­ro­wał, ale po­zo­sta­łe dziew­czy­ny pa­trzy­ły na mnie kar­cąco, jak­bym co naj­mniej za­tłu­kła szcze­niacz­ka ga­ze­tą.

– Ja bym spędzi­ła ten czas na pla­ży, ob­ja­da­jąc się lo­da­mi i go­fra­mi! – po­wie­dzia­ła Oana. – Ka­lo­rie i tak za chwi­lę prze­sta­ły­by się li­czyć. A ty?

– Ja ob­ra­bo­wa­ła­bym bank – wy­pa­li­łam.

– Ale prze­cież pie­ni­ądze nie będą mia­ły zna­cze­nia! – obu­rzy­ła się Ma­ria. – Ja też sta­wia­ła­bym na seks.

– Do­bra, więc tych dwo­je – wska­za­łam pal­cem ją i Mar­ca – upra­wia seks. Oana się ob­ja­da, ja ra­bu­ję bank, a wy? – Od­wró­ci­łam się do Isa­be­li i Vivi.

– Ja wo­la­ła­bym się zdro­wo na­je­bać – od­pa­rła ta dru­ga. – Może na­ćpać?

– Ja do­łączę do trój­kąci­ka. – Isa­be­la zro­bi­ła ma­śla­ne oczy, a mi ze­bra­ło się na wy­mio­ty.

– Wy­pi­ję za to, że nie będę mu­sia­ła na to pa­trzeć, bo zaj­mę się ob­ra­bia­niem ban­ku. – Unio­słam kie­li­szek i wy­chy­li­łam.

Po kil­ku ko­lej­nych pio­sen­kach spędzo­nych na par­kie­cie Oana mia­ła do­syć. Oczy­wi­ście tak so­bie wszyst­ko roz­pla­no­wa­li, że wy­lądo­wa­łam w grup­ce, któ­ra mia­ła wra­cać z Mar­kiem. Isa­be­la rzu­ci­ła się do drzwi pa­sa­że­ra, jak­by to był ja­kiś cho­ler­ny wy­ścig – ni­czym w tram­wa­ju, gdzie pierw­szy wa­gon je­dzie szyb­ciej. Prze­wró­ci­łam ocza­mi, sia­da­jąc z tyłu. Nie wiem, czy ist­nie­je coś bar­dziej ża­ło­sne­go niż na­chal­na la­ska. Mar­co chy­ba po­dzie­lał moje zda­nie, bo ja­koś tak wy­szło, że wła­śnie ona wy­sia­dła jako pierw­sza, pod­czas gdy mnie zo­sta­wił so­bie na ko­niec. Faj­nie! Czu­łam się tak, jak­bym mia­ła pry­wat­ne­go kie­row­cę.

– Jest ja­kiś szcze­gól­ny po­wód, dla któ­re­go mnie nie lu­bisz? – za­ga­ił, spo­gląda­jąc na mnie we wstecz­nym lu­ster­ku. Uda­wa­łam, że tego nie wi­dzę.

– Może wolę ko­bie­ty? – za­su­ge­ro­wa­łam non­sza­lanc­ko. Od­po­wie­dzia­ło mi tyl­ko ci­che „hmm”. – Te­raz brzmisz jak Ge­ralt z Ri­vii.

To go wy­ra­źnie roz­ba­wi­ło.

– Traf­ne po­rów­na­nie.

Na po­cząt­ku nie za­ła­pa­łam, ale olśni­ło mnie, kie­dy so­bie przy­po­mnia­łam, jak jesz­cze na­zy­wa­no Ge­ral­ta. Rze­źnik z Bla­vi­ken. Trzep­nęłam się dło­nią w czo­ło w kla­sycz­nym face pal­mie.

– Jak­by co, masz do­sko­na­łe prze­bra­nie na Hal­lo­we­en – mruk­nęłam. – Al­ko­hol mi nie słu­ży – do­da­łam de­fen­syw­nym to­nem. – Stąd mój idio­tycz­ny ko­men­tarz o Ge­ral­cie.

– Na kaca do­bre jest śnia­da­nie.

_Czy on chciał się wpro­sić na noc… ze śnia­da­niem?_

– W lo­dów­ce mam tyl­ko świa­tło, więc od­pa­da!

– Chcesz sko­czyć na kawę?

_O! Flir­ciar­ski ton. Jak nie­mi­ło._

– Chcesz mi ją rano do­star­czyć do domu? – skon­tro­wa­łam.

– Hmm… To może ja do­star­czę kawę, a ty śnia­da­nie?

– Kot­ku, gdy­bym usi­ło­wa­ła coś ugo­to­wać, pew­nie sko­ńczy­ło­by się na przy­wo­ły­wa­niu du­chów, przy­zy­wa­niu de­mo­nów albo w naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nej wer­sji do­sta­łbyś za­tru­cia po­kar­mo­we­go.

– Znów grasz trud­ną do zdo­by­cia? – za­kpił.

_Jezu, to trze­ba zdu­sić w za­rod­ku. Kawa na ławę!_

– Ależ skąd! – Prze­wró­ci­łam ocza­mi. – Je­stem zwy­czaj­nie nie­za­in­te­re­so­wa­na, ale ty nie ła­piesz kli­ma­tu. Szcze­rze, ko­cha­nie, chy­ba mnie z kimś po­my­li­łeś. Je­stem ko­bie­tą bez ser­ca, nie bez mó­zgu. Te bez mó­zgu wy­sia­dły wcze­śniej. Na­praw­dę nie po­trze­bu­ję fa­ce­ta w moim ży­ciu. Mam wy­star­cza­jąco dużo pro­ble­mów – wy­ja­śnia­łam, a on z ka­żdym sło­wem uśmie­chał się sze­rzej. – Na przy­kład iry­tu­jących klien­tów py­ta­jących mnie, gdzie by­łam przez ich całe ży­cie, albo ta­kich, co pro­po­nu­ją mi drin­ka, kie­dy ja wo­la­ła­bym kasę. Naj­gor­si są ci na faj­ran­cie. „Może gdzieś ra­zem wyj­dzie­my?”, I mu­sisz gry­źć się w język, żeby mu nie od­po­wie­dzieć: „Idź pierw­szy, ni­g­dy nie do­łączę!”.

Re­cho­tał te­raz jak głu­pi.

– Na ju­tro do pra­cy za­miast dru­gie­go śnia­da­nia wo­la­ła­byś pi­sto­let?

– Ku­szące! – od­pa­rłam, uda­jąc, że się na­my­ślam. – Chy­ba jed­nak wo­la­ła­bym wy­grać na lo­te­rii.

– To może za­in­te­re­su­je cię re­lak­sa­cyj­na te­ra­pia za­stęp­cza?

Skrzy­wi­łam się.

– Jezu, to naj­gor­sza pro­po­zy­cja sek­su, jaką kie­dy­kol­wiek do­sta­łam. Czy to w ogó­le na ko­go­kol­wiek dzia­ła?

– Może je­stem inny niż wszy­scy?

– Oczy­wi­ście! – sark­nęłam, prze­wra­ca­jąc ocza­mi. – Ide­al­ny. Do­kład­nie tak samo jak wszy­scy inni. Dzi­ęki, ale nie. Czy mo­że­my już nie wra­cać do tego te­ma­tu?

Jego oczy zła­god­nia­ły. Zer­k­nął na mnie w lu­ster­ku.

– Mia­łem na my­śli coś in­ne­go.

– Oke­eej – od­po­wie­dzia­łam prze­ci­ągle. Za­trzy­mał auto pod moim do­mem. – Dam się na­brać. Co mia­łeś na my­śli?

– Pły­wa­łaś kie­dyś nago w oce­anie w środ­ku nocy? Je­śli nie, spró­buj. – Klik­nął coś na ma­pie na środ­ko­wej kon­so­li. – To są ko­or­dy­na­ty. Zrób so­bie fot­kę. To pry­wat­na pla­ża na­le­żąca do Pa­tric­ka. Za­py­taj Oanę, jak tam tra­fić, je­śli sama nie dasz rady.

Po­czu­łam się głu­pio. Po­słusz­nie wy­ci­ągnęłam te­le­fon i pstryk­nęłam zdjęcie.

– Dzi­ęki – wy­mam­ro­ta­łam, wy­sia­da­jąc.

Po­cze­kał, aż we­szłam do środ­ka, i do­pie­ro wte­dy od­je­chał.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij