-
nowość
W cieniu kłamstw. Baleary #6 - ebook
W cieniu kłamstw. Baleary #6 - ebook
Zakończenie operacji na Bliskim Wschodzie można by uznać za sukces, gdyby nie jeden drobny szczegół – Greta Eden. Kobieta widmo, która po śmierci brata zapadła się pod ziemię. Może być wszędzie. Może być każdym. Marco Santini, egzekutor organizacji Alvareza-Talavery, całe życie działał według prostych zasad: cel, plan, eliminacja. Teraz celem stało się usunięcie ostatniego wiszącego nad organizacją zagrożenia – Grety, zanim to ona zdecyduje się wyrównać rachunki. Marco jest zdeterminowany i nie ma nic do stracenia. A raczej nie miałby, gdyby nie pewna kelnerka z pubu, w którym pracuje jego siostra… Margo Garcia, sarkastyczna, inteligentna i totalnie niezainteresowana jego towarzystwem, trzyma go na dystans, traktując jak zło konieczne. A to fascynuje go bardziej niż wszystkie kobiety, które padały mu do stóp. Czy największym zagrożeniem jest kobieta, która poluje na jego głowę, czy raczej ta, która może złamać mu serce?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397440876 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Margo
Mieszkanie, które wynajmowałam, nie powalało wielkością, ale nie potrzebowałam hektarów i nie planowałam w najbliższym czasie bawić się z nikim w chowanego. Za niemal ostatnie pieniądze kupiłam małego Forda Fiestę. Wprawdzie klimatyzacja wysiadła po dwóch tygodniach, ale co tam. Ważne, że pozwalał mi się przemieszczać z punktu A do punktu B.
_Trzeba było oszczędzać, Margo! Stać by cię było na lepsze auto._
Zaparkowałam przed restauracją. Popołudniowa zmiana, na którą ściągnięto mnie awaryjnie, nie była wprawdzie szczytem zawodowych marzeń, ale ekstra gotówka zawsze się przyda. Miałam zastąpić Talię, bo rzekomo zachorowała. Cierpiała na chroniczną przypadłość znaną potocznie jako „swędzenie cipki”. Jej nagłe napady zdarzały się za każdym razem, kiedy jej facet wracał do miasta po kilku dniach nieobecności. Nie pomagało żadne inne lekarstwo poza długim ruchaniem! Biedaczka.
Na szczęście Oana nie miała tego samego problemu. Ona tylko wodziła oczami za Fabianem, jednym z facetów, z którym się „przyjaźniła”. Uważałam kolesia za typ nerda, dopóki nie zobaczyłam, jak zmieniał koszulkę na restauracyjnym parkingu. Kto by pomyślał, że to jednak kupa mięśni? A nakryłam go, bo Oana stała w drzwiach i łapała komary w otwartą buzię, kontemplując widok. Klepnęłam ją w tyłek, a ta podskoczyła z jękiem i zaczerwieniła się uroczo. Nad jej ramieniem posłałam Fabianowi szeroki uśmiech i uniosłam kciuki w geście uznania.
Szybko się zorientowałam, że należy do jakiejś organizacji, bo którego dwudziestokilkulatka byłoby stać na taką wypasioną furę? Wygooglowałam parę jego tatuaży – w końcu trzeba sobie jakoś radzić. Zajęło mi to kilka dni śledztwa w tempie przeciętnego użytkownika Internetu, ale w końcu to Talia się złamała i szeptem opowiedziała mi, że jej facet, Fabi i brat Oany są w M-A-F-I-I. Przeliterowała mi to w wielkiej tajemnicy, na co zareagowałam śmiechem. Ich szefem był Patrick Alvarez-Talavera, lokalny boss – o, przepraszam, biznesmen – do którego należała cała wyspa. Prawie. Chyba tylko poza lotniskiem i budynkami lokalnego rządu, samorządu czy innej władzy.
Facet, który obecnie przestąpił próg naszego przybytku, przyprawił mnie niemal o zawał serca. I nie tylko mnie. Kobiety nagle przestały jeść i wpatrywały się w niego niemal z otwartymi ustami. A było na co popatrzeć. Zdjęcia na Google nie oddawały tego, jak wyglądał. Chociaż pracował jako egzekutor dla Alvareza-Talavery, od jego siostry wiedziałam, że skończył studia z wyróżnieniem. Czyli za ogłupiająco przystojną buźką musiał się kryć niezły intelekt. Jak uprzejmie doniosła mi Oana, podążały za nim rzesze fanek. Nawet nie musiał się starać, żeby dostać ich numery telefonu. Ale czy mogło być inaczej? Jak jakakolwiek kobieta miałaby odmówić wysokiemu przystojniakowi o przejmująco zielonych oczach, piaskowych włosach, rozbudowanej klatce piersiowej i szerokich ramionach? Facet powinien się zatrudnić do reklamy.
Usiadł na barowym krześle naprzeciwko mnie.
– Gdzie byłaś całe moje życie, ślicznotko?
Kto w dwudziestym pierwszym wieku jechał sucharami ze średniowiecza? Zgrzyt trybików zatrzymujących się w moim mózgu pewnie było słychać na stałym lądzie. Ten tekst był tak zaskakująco tani, że moje brwi powędrowały aż pod linię włosów. Spojrzałam na niego znad okularów, które miałam dzisiaj na nosie. Serio?! Do głowy przyszła mi od razu cięta riposta prosto z piosenki Taylor Swift _Blank Space_.
– O. Mój. Boże! – Przyłożyłam rękę do serca teatralnym gestem. – Twoja twarz… Czyżbyś uzurpował sobie prawo do stania się kolejnym błędem w moim życiu? Co robisz w czwartek? Mam lukę w grafiku i chętnie cię tam wpiszę. W międzyczasie… Co podać?
Dopiero teraz przyjrzał mi się naprawdę i dostrzegł ironię oraz absolutny brak zainteresowania w zmęczonym spojrzeniu.
– Teraz się boję, że mnie otrujesz.
– Trzeba było o tym pomyśleć, zanim otworzyłeś usta – zganiłam go żartobliwie.
– Zaryzykuję. – Jego oczy zapłonęły ciekawością. – Piwo.
_Ciekawe, jak daleko sięga jego poczucie humoru._ Podałam mu z lodówki bezalkoholowe.
– To już zakrawa na okrucieństwo. – Uśmiechnął się leniwie.
_Ten uśmiech_!
– Przyczyna i konsekwencje. – Wymieniłam butelkę na to, o co poprosił. – A na przyszłość zapamiętaj sobie, że nawet jeśli mam na sobie strój firmowy, to nie znaczy, że jestem łatwa albo że wolno ci mnie traktować jak kolejną potencjalną kreskę na twojej ścianie chwały, którą, jak mniemam, masz nad łóżkiem. Bo przecież każdy facet, który wygląda jak ty, musi ją mieć, nie? – poleciałam stereotypem.
Przymrużył lekko oczy.
– Dobrze się składa, że lubię wyzwania.
Zazwyczaj cięta, ironiczna odpowiedź studziła facetów z jednego prostego powodu: oznaczała, że nie polecę na tani tekst i będzie się trzeba namęczyć, żeby mnie „wychędożyć”. W takiej sytuacji pozostawały dwie opcje podrywu: stawianie drinków, żeby mnie upić – co uszczuplało budżet bez gwarancji sukcesu – albo wytężenie intelektu i uwiedzenie mojego mózgu. Potencjalni zainteresowani zazwyczaj po prostu odpuszczali, zgodnie z zasadą: „Po co ścierać się z królową pszczół, jak można upolować coś łatwiejszego?”. Kluczowe było jednak słowo „zazwyczaj”. Marca ono nie dotyczyło.
– Mam długą listę eksfacetów i każdy z nich ci powie, że jestem kompletną wariatką. Na co ci to? Mało masz problemów w życiu?
Wziął nieśpieszny łyk, a ja oparłam się rękami o bar.
– Może w tym szaleństwie jest metoda?
– Nie dla mnie – zaprzeczyłam energicznie. – Przede wszystkim dlatego, że przyjaźnię się z twoją siostrą. Dla niej nie masz czasu, a co dopiero dla jakiekolwiek laski. Nie zamierzam być niczyją opcją zapasową, planem B czy przyjaciółką z bonusem, bez względu na to, jakie peany na twoją cześć pieją twoje dotychczasowe zdobycze, więc nie marnuj czasu – ostrzegłam.
Uśmiechnął się leniwie.
– Grasz trudną do zdobycia?
– W życiu. Usiłuję ci przekazać wiadomość podprogową, ale chyba nie kumasz, więc muszę być bardziej dosadna: pomyłka w adresie.
Oana pojawiła się przy nas i usiadła na stołku obok niego.
– Widzę, że już poznałaś mojego brata – rzuciła.
Parsknęłam sarkastycznie.
– Nie musiałam się za bardzo wysilać. Wszyscy faceci w jego typie są tacy sami. – Prześmiewczo uniosłam brwi. – Można z nich czytać jak z bezpłatnej gazety: krótko i bez zbytniego zaangażowania.
– A ja myślałam, że kobiety cię kochają, braciszku – drażniła się z nim.
– Kobiety tak. – Rzucił spojrzenie na mój dekolt.
Trafny przytyk. Żadna ze mnie Sabrina w białym bikini. Pierwszy raz w życiu żałowałam, że nie mam dużych piersi, które mogłyby go ogłupić po średnio pięćdziesiąt procent na każdy cycek.
– Aż się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć, jak to się skończy – zakpiła Oana z szerokim uśmiechem.
– Och, skarbie, jedyny możliwy scenariusz jest taki, że wszystko pójdzie z dymem. Miłego delektowania się piwem. – Kiedy odchodziłam do klienta czekającego na drugim końcu baru, odprowadzał mnie perlisty śmiech koleżanki.
Przez większość wieczoru czułam na sobie spojrzenie Marca. Oana przedstawiła mnie Anji i Sofii, które wpadły na naleśniki. Jak się okazało, Marco ochraniał tę pierwszą. Kiedy zabierałam talerze z ich stolika, próbował mi pomóc, przez co otarliśmy się o siebie ramionami, a mnie oddech uwiązł w gardle. Niedobrze! Rzuciwszy ciche „dziękuję”, uśmiechnęłam się do Sofii i oddaliłam. Deser miała im podać Oana, więc wróciłam za bar z mocnym postanowieniem omijania Marca Santiniego z daleka! Szerokim, kurwa, łukiem. Przez Madagaskar!
Marco
Była niemal druga w nocy, kiedy Oana i Margo wyszły z restauracji. Zanim wsiadły razem do samochodu, siostra pomachała mi na pożegnanie. Zamierzałem ją jutro wypytać o koleżankę. Na pierwszy rzut oka nowa kelnerka Paula była kimś, na kogo nie spojrzałbym dwa razy, ale te jej oczy… Miałem wrażenie, że przewierca mnie nimi na wylot, dotykając zakamarków duszy, których posiadania sobie nie uświadamiałem. I ten cięty język. Większość kobiet reagowała na mnie szerokim uśmiechem uznania. Flirtowały. Lubiły patrzeć, bo było na co. I dokładnie o to chodziło Patrickowi. O odwrócenie uwagi od Anji. Ludzie mieli się gapić na mnie, a nie na kobietę, którą ochraniam.
Kiedy Anja siedziała już bezpiecznie w Mercedesie, zatrzymałem Fabiego, zanim zdążył dołączyć do dziewczyn.
– Sprawdź ją.
– Już to zrobiłem – odparł, nie pytając nawet, kogo mam na myśli. – Monitoruję, kto się kręci koło twojej siostry. Nie pozwolę na powtórkę z Mii – dodał twardo. – Zresztą od akcji w Dubaju sprawdzam wszystkie kobiety przybywające na wyspę.
– Wszystkie?
– Prawie. – Skrzywił się. – Na tyle, na ile jestem w stanie kontrolować ruch, bo nawet na naszych lotniskach turystów liczy się w setkach dziennie. Margo pracuje dla Paula, u którego spędzamy sporo czasu, więc przyjrzałem się jej poza kolejnością.
– Jest w niej coś takiego… – urwałem. Fabi schował dłonie do kieszeni, czekając na dalsze słowa. – Jakby przewiercała cię spojrzeniem na wylot.
– Masz przeczucie? – spytał, unosząc brwi. – Spróbuję poszperać. Zapytam naszego człowieka z Interpolu.
Na razie musiało mi to wystarczyć, ale palce aż mnie świerzbiły, żeby samemu się przekonać, czy miałem rację. Pożegnałem się z nim i wsiadłem za kierownicę własnego auta.
– Co się stało? – spytała Anja ciekawsko.
– Nic.
Opuściliśmy parking w ciszy, ale oczywiście nie wytrzymała.
– Ja pierdolę, czemu wy zawsze serwujecie mi półprawdy. Nie denerwuj ciężarnej! – ostrzegła. – Chodzi o Margo?
Uznałem, że lepiej będzie rzucić jej kość niż pozwolić, żeby kąsała na oślep.
– Tak – przyznałem.
– Coś nie tak?
– Fabi nic na nią nie znalazł.
Westchnęła.
– Może zwyczajnie jest tym, kim jest? Przyszło ci to do głowy? Czasem ludzie są po prostu szczerzy!
– To nie to.
Potarłem kark dłonią, usiłując się pozbyć uczucia niepokoju.
– Czyżby na ciebie nie poleciała? – Zaśmiała się. – No weź, to nie jest grzech śmiertelny. Może nie ruszają jej przystojni, pewni siebie mężczyźni. Może lubi dziewczyny? A może wie, że jesteś lowelasem, który skacze z kwiatka na kwiatek? – dodała z kpiącym uśmiechem, a ja skrzywiłem się odruchowo. – Ha! Wiedziałam! I co teraz, Don Juanie?
Spojrzałem na nią z uśmieszkiem, który powinien jej wyjaśnić wszystko.
Powiedziałem Margo prawdę: naprawdę lubiłem wyzwania.
Margo
Oana z kilkoma koleżankami zaciągnęły mnie do baru. Musiałam mieć jakąś chwilę niepoczytalności czy udar, kiedy się na to zgodziłam. Spotkałyśmy się przed wejściem.
– Brat cię wypuścił z domu w takim stroju? – spytałam na widok wydekoltowanej bluzki i kończącej się tuż za tyłkiem spódniczki, którymi mogłaby wodzić na pokuszenie samego diabła. Pozostałe dziewczyny wcale jej zresztą nie ustępowały.
– Mój brat wyprowadził się dawno temu – odparowała. Moje ciuchy skwitowała skrzywieniem ust i karcącym spojrzeniem, bo w odróżnieniu od pozostałych imprezowiczek włożyłam zwykłą czarną koszulkę na ramiączkach i dżinsy.
– A Fabi?
– Fabi ma dzisiaj randkę.
I to wyjaśniało wyzywającą kreację, która przylegała do jej seksownego ciała niczym druga skóra, wołając niemo: „Patrz, co tracisz, frajerze!”.
– Ooooo – wyrwało mi się. – Z pracą?
– Nie mam pojęcia – burknęła. – On, Marco i Aiden dostali bzika na punkcie jakiejś laski. Sama nie wiem, czy to jeszcze fascynacja, czy już obsesja.
– Trzech na jedną? – zainteresowała się Maria.
– To może być dla nich całkiem satysfakcjonujący wieczór – dodała Isabela, oblizując napompowane usta.
– Co to za laska? Znamy ją? – dopytywała Vivi.
Oana wzruszyła ramionami, przeciskając się do baru.
– Nie chcę wiedzieć! – syknęła.
– Oho! – podsumowałam żartobliwie. – Ktoś tu jest zazdrosny.
– Co podać? – Barman puścił oczko do Oany, jakby ją dobrze znał.
– Long island, Joe – odparła.
Spojrzał na mnie.
– _Bloody Mary full of vodka, blessed you are among the coctails_¹ – wyrecytowałam.
– Świetny wybór – pochwalił. – Się robi, szefowo!
Parę minut później drinki znalazły się na naszym stoliku. Wieczór mijał pod znakiem gadania o wszystkim i niczym. Przebywanie w klubie, tańczenie, picie z dziewczynami i zupełny relaks – wszystko to razem było przyjemnym doświadczeniem, chociaż raczej obserwowałam towarzystwo, niż wiodłam prym w rozmowach. Po drugiej rundzie drinków nasze towarzyszki poszły tańczyć, a Oana wyjęła telefon z kieszeni i zaczęła pisać.
– Serio? – spytałam z niechęcią.
– Co? – Podniosła na mnie wzrok.
– Nie potrafisz się obyć bez Fabiana nawet przez jeden wieczór?
Wydęła wargi jak niezadowolone dziecko.
– Nie piszę do niego. – Spojrzałam na nią sceptycznie, więc odwróciła telefon ekranem w moją stronę. – Póki jestem trzeźwa, proszę brata, żeby robił dzisiaj za naszą taksówkę.
Niepokojąca perspektywa, skoro zamierzałam go omijać z daleka.
– Możemy się przejść – zasugerowałam.
– W szpilkach? – Spojrzała na mnie z niedowierzaniem, jakbym nagle zaczęła nadawać alfabetem Morse’a. – Trzydzieści minut? Marco nie jest taki straszny.
– „Straszny” to pojęcie względne – odparłam, upijając ze szklanki. – Może być przystojny jak sam diabeł, ale gdzieś jakaś laska ma go serdecznie dość.
– To byłby cud – mruknęła. – Nie widziałam go nigdy z żadną laską.
– Celibat? Czy woli chłopców?
Zaśmiała się lekko.
– Chodziło mi o to, że nigdy nie był w związku. Za to wiem, że posuwał parę moich koleżanek.
– Skąd, skoro ich z nim nie widziałaś?
– Nie omieszkały mi się pochwalić, co jest obrzydliwe, bo kto chciałby słuchać o życiu seksualnym brata. – Westchnęła. – Oczywiście przestawały się ze mną przyjaźnić, kiedy z nimi kończył…
Zerknęłam na nią podejrzliwie.
– Pytasz mnie, czy mam ochotę na niego wskoczyć? – zapytałam. Uniosła brwi, nie wypuszczając słomki z ust. – Lalka! Może i przyjemnie się na niego patrzy, ale tego kwiatu to pół światu.
– Byłabyś jedyna na milion kobiet.
– I takie też są szanse twojego brata u mnie.
Roześmiała się, jak to ona tylko potrafiła, ściągając na nas zafascynowane spojrzenia niemal wszystkich mężczyzn. Włożyła komórkę z powrotem do torebki i zaordynowała:
– Idziemy tańczyć!
Ziewnęłam potężnie. Byłam już po drugim drinku, więc moje ciało się rozluźniło, dopasowując się do muzyki. Z głośników płynęła piosenka Taylor Swift _Blank Space_. Uwielbiałam ją! Stanowiła mój osobisty hymn i idealnie pasowała do obecnej sytuacji. Gracz został ograny… Jednoznacznie kojarzyła mi się z Markiem, który zdecydowanie nie potrzebował kolejnej fanki. Ten facet najpierw odebrałby mi oddech nieziemskim seksem, ale potem pozbyłby się mnie jak śmiecia, wmawiając mi, że to dla mojego dobra, bo nie jest gotowy na związek, a ja zasługuję na coś lepszego. Mowa! Oczywiście, że zasługiwałam!
Poruszałam się w rytm muzyki, zapominając o wszystkim dookoła, kiedy nagle poczułam mrowienie na karku. To nie mógł być nikt inny niż przystojny blondas, który od początku dawał jasne sygnały, że będą z nim same problemy. Na usta wypłynął mi leniwy uśmiech. Odwróciłam się w stronę stolików, żeby zweryfikować, czy mam rację. BINGO! Niczym żywe wcielenie grzechu pożądania stał nonszalancko oparty o kolumienkę i przypatrywał się parkietowi. Nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Ze zdziwieniem zauważyłam wchodzącego do środka Fabiego. Czy to nie Marco miał nas zabrać do domu? Mój mózg na rauszu wolał śpiewać i tańczyć niż rozkminiać, co robili tu obaj.
Dopiero parę piosenek później wróciłyśmy do stolika, gdzie dziewczyny wylewnie przywitały naszego kierowcę. Ja przedarłam się do baru, żeby zamówić następną kolejkę, a kiedy już dołączyłam do reszty towarzystwa, bardziej niż Marco interesowała mnie Oana zajęta kolejnym szotem tequili i jej nieudane próby ignorowania Fabiana.
– Źle to robisz. – Pokręciłam głową, kiedy odstawiała kieliszek.
– A niby jak inaczej? Sól, szot, limonka.
– Nie, nie, kolejność jest dobra – potwierdziłam. – Mam na myśli sposób. Założę się o dychę, że twój brat wie doskonale.
– Mogę pokazać – zaproponował.
Uśmiechnął się w taki sposób, że tylko czekałam, aż któraś laska z napalonego tłumu zemdleje. Przeszywające spojrzenie zielonych oczu skupiło się na mnie. Jak zawsze było w nim coś, co sprawiało, że czułam się nieswojo, ale dzisiaj, na rauszu i po ostatnim szocie, było mi rozkosznie wszystko jedno.
Biorąc do ręki solniczkę, przywołał mnie palcem.
– Mój się nie nadaje do takich eksperymentów – zastrzegłam. Naprawdę miałam płytkie obojczyki. Nie przekonało go to i ponowił gest. _Ale że niby Mahomet do góry? Nie w tych butach i nie po takiej ilości alkoholu. Dzisiaj góra musiała przyjść do Mahometa. _– Ani ze mnie świnka, ani tym bardziej morska – rzuciłam żartobliwie.
Zupełnie go to nie wzruszyło. Stanął za mną, a towarzyszące nam laski nagle spojrzały na mnie z zazdrością. Niemal czułam te wyimaginowane ostrza noży zagłębiające się między moje łopatki. _Raz kozie śmierć, niech zazdroszczą!_
Westchnęłam dramatycznie, przechylając głowę na prawo.
– Jeśli zrobię to którejkolwiek z nich, pomyśli, że się w niej zakochałem – szepnął mi do ucha, zanim polizał moją skórę. Pochylił się po kieliszek. – Nie ruszaj się – polecił bez sensu, bo i tak nie było szans, żebym drgnęła. Nie po tym, jak tysiące iskier przeskoczyło mi w układzie nerwowym, powodując najpierw zwarcie, a potem totalny paraliż systemu zdrowego rozsądku i przepalając obwody instynktu samozachowawczego.
Nasypał soli w odpowiednie miejsce. Zerknęłam na Oanę z obrażoną miną, jakbym czekała na wykonanie wyroku śmierci przez ścięcie głowy. Czułam, jak krew zaczyna mi szybciej krążyć w żyłach. Przygryzłam wnętrze policzka, kiedy jego język znów prześlizgnął się po skórze mojego obojczyka.
Wdech! Wydech! Cztery sekundy na wdech i sześć sekund na wydech.
Uniosłam limonkę do ust mężczyzny. Wbił się w nią zębami. Parę kropel soku spłynęło mi po kciuku w dół. Zlizał je, a moje centrum wszechświata zacisnęło się konwulsyjnie. Zabrałam rękę i popatrzyłam na nią ze zmarszczonym czołem, krzywiąc się. Może i każda z obecnych tu kobiet chciałaby teraz być na moim miejscu i nie myć się nigdy więcej, bo oblizał ją sam Marco Santini, ale ja nie zamierzałam dać mu tej satysfakcji.
– Fuj! Ohyda! – Wytarłam dłoń o koszulkę. Marco patrzył na mnie, jakby wiedział, że to tylko gra pozorów. – Idę umyć rękę.
Odwróciłam się i, nie dając mu satysfakcji, poszłam do toalety. Potrzebowałam chwili, żeby uspokoić puls i przywołać zimną jak lód Margo, która nie roztopi się po pierwszym lepszym liźnięciu gorącego języka jakiegoś tam lowelasa. Kiedy wróciłam do stolika, rozprawiali o prowadzeniu auta. Liliana, jedna z przyjaciółek Oany, która dołączyła do nas w międzyczasie, uczyła się właśnie jeździć. Ze spojrzeń rzucanych Marcowi wnosiłam, że chętnie zabrałaby go na jazdę testową. Reszta dziewczyn wyglądała tak, jakby miała to samo siano w głowie. Idealny przykład zbiorowej histerii.
– Prowadziłaś kiedyś jego samochód? – spytałam Oanę, wskazując na Fabiego, który w odpowiedzi spojrzał na mnie jak na wariatkę.
– Właściwie to nie – przyznała. – Jakoś tak zawsze wychodzi, że to on wsiada za kierownicę.
– A dlaczego? – Spojrzałam na Fabiego przez stół.
– Kobieta może prowadzić mnie w łóżku, ale nie moje auto – rzucił oklepanym tekstem, po czym przybił żółwika z kumplem, jakby to było coś oczywistego.
– Nigdy nie widziałeś, jak prowadzi. – Rzuciłam mu spojrzenie spod rzęs.
– Większość kobiet robi to beznadziejnie – wtrącił się Marco. – Moja siostra nie jest wyjątkiem.
Oburzona Oana rzuciła w niego skórką od limonki, na co tylko się zaśmiał. Przeniosłam na niego rozbawione spojrzenie.
– Może jeszcze raz przemyślisz swoją odpowiedź? – zażartowałam. – Fakty są takie, panowie, że to mężczyźni uczą nas prowadzić. Więc jeśli robimy to źle, to wasza wina.
Dziewczyny roześmiały się dźwięcznie. Oana przybiła ze mną piątkę, a na stole pojawiła się następna kolejka.
– Gdyby do końca świata zostało trzydzieści minut, jak wykorzystalibyście ten czas? – rzuciłam, nie kierując pytania do nikogo konkretnego. Marco już otwierał usta z uśmieszkiem. – Nie! – powstrzymałam go, grożąc mu palcem wskazującym. – Już wiemy, jaka byłaby twoja odpowiedź.
– Jaka? – Uśmiechnął się kpiąco.
– Seks – rzuciła Isabela uwodzicielsko.
– Taa… – Skrzywiłam się z niesmakiem. – A co z pozostałymi dwudziestoma dziewięcioma minutami?
– W każdej chwili mogę ci udowodnić, że się mylisz – odparował Marco z błyskiem w oku.
– Sorry, skarbie, ale nie przyjmuję tanich prezentów.
Oana się roześmiała. Fabiano jej zawtórował, ale pozostałe dziewczyny patrzyły na mnie karcąco, jakbym co najmniej zatłukła szczeniaczka gazetą.
– Ja bym spędziła ten czas na plaży, objadając się lodami i goframi! – powiedziała Oana. – Kalorie i tak za chwilę przestałyby się liczyć. A ty?
– Ja obrabowałabym bank – wypaliłam.
– Ale przecież pieniądze nie będą miały znaczenia! – oburzyła się Maria. – Ja też stawiałabym na seks.
– Dobra, więc tych dwoje – wskazałam palcem ją i Marca – uprawia seks. Oana się objada, ja rabuję bank, a wy? – Odwróciłam się do Isabeli i Vivi.
– Ja wolałabym się zdrowo najebać – odparła ta druga. – Może naćpać?
– Ja dołączę do trójkącika. – Isabela zrobiła maślane oczy, a mi zebrało się na wymioty.
– Wypiję za to, że nie będę musiała na to patrzeć, bo zajmę się obrabianiem banku. – Uniosłam kieliszek i wychyliłam.
Po kilku kolejnych piosenkach spędzonych na parkiecie Oana miała dosyć. Oczywiście tak sobie wszystko rozplanowali, że wylądowałam w grupce, która miała wracać z Markiem. Isabela rzuciła się do drzwi pasażera, jakby to był jakiś cholerny wyścig – niczym w tramwaju, gdzie pierwszy wagon jedzie szybciej. Przewróciłam oczami, siadając z tyłu. Nie wiem, czy istnieje coś bardziej żałosnego niż nachalna laska. Marco chyba podzielał moje zdanie, bo jakoś tak wyszło, że właśnie ona wysiadła jako pierwsza, podczas gdy mnie zostawił sobie na koniec. Fajnie! Czułam się tak, jakbym miała prywatnego kierowcę.
– Jest jakiś szczególny powód, dla którego mnie nie lubisz? – zagaił, spoglądając na mnie we wstecznym lusterku. Udawałam, że tego nie widzę.
– Może wolę kobiety? – zasugerowałam nonszalancko. Odpowiedziało mi tylko ciche „hmm”. – Teraz brzmisz jak Geralt z Rivii.
To go wyraźnie rozbawiło.
– Trafne porównanie.
Na początku nie załapałam, ale olśniło mnie, kiedy sobie przypomniałam, jak jeszcze nazywano Geralta. Rzeźnik z Blaviken. Trzepnęłam się dłonią w czoło w klasycznym face palmie.
– Jakby co, masz doskonałe przebranie na Halloween – mruknęłam. – Alkohol mi nie służy – dodałam defensywnym tonem. – Stąd mój idiotyczny komentarz o Geralcie.
– Na kaca dobre jest śniadanie.
_Czy on chciał się wprosić na noc… ze śniadaniem?_
– W lodówce mam tylko światło, więc odpada!
– Chcesz skoczyć na kawę?
_O! Flirciarski ton. Jak niemiło._
– Chcesz mi ją rano dostarczyć do domu? – skontrowałam.
– Hmm… To może ja dostarczę kawę, a ty śniadanie?
– Kotku, gdybym usiłowała coś ugotować, pewnie skończyłoby się na przywoływaniu duchów, przyzywaniu demonów albo w najbardziej optymistycznej wersji dostałbyś zatrucia pokarmowego.
– Znów grasz trudną do zdobycia? – zakpił.
_Jezu, to trzeba zdusić w zarodku. Kawa na ławę!_
– Ależ skąd! – Przewróciłam oczami. – Jestem zwyczajnie niezainteresowana, ale ty nie łapiesz klimatu. Szczerze, kochanie, chyba mnie z kimś pomyliłeś. Jestem kobietą bez serca, nie bez mózgu. Te bez mózgu wysiadły wcześniej. Naprawdę nie potrzebuję faceta w moim życiu. Mam wystarczająco dużo problemów – wyjaśniałam, a on z każdym słowem uśmiechał się szerzej. – Na przykład irytujących klientów pytających mnie, gdzie byłam przez ich całe życie, albo takich, co proponują mi drinka, kiedy ja wolałabym kasę. Najgorsi są ci na fajrancie. „Może gdzieś razem wyjdziemy?”, I musisz gryźć się w język, żeby mu nie odpowiedzieć: „Idź pierwszy, nigdy nie dołączę!”.
Rechotał teraz jak głupi.
– Na jutro do pracy zamiast drugiego śniadania wolałabyś pistolet?
– Kuszące! – odparłam, udając, że się namyślam. – Chyba jednak wolałabym wygrać na loterii.
– To może zainteresuje cię relaksacyjna terapia zastępcza?
Skrzywiłam się.
– Jezu, to najgorsza propozycja seksu, jaką kiedykolwiek dostałam. Czy to w ogóle na kogokolwiek działa?
– Może jestem inny niż wszyscy?
– Oczywiście! – sarknęłam, przewracając oczami. – Idealny. Dokładnie tak samo jak wszyscy inni. Dzięki, ale nie. Czy możemy już nie wracać do tego tematu?
Jego oczy złagodniały. Zerknął na mnie w lusterku.
– Miałem na myśli coś innego.
– Okeeej – odpowiedziałam przeciągle. Zatrzymał auto pod moim domem. – Dam się nabrać. Co miałeś na myśli?
– Pływałaś kiedyś nago w oceanie w środku nocy? Jeśli nie, spróbuj. – Kliknął coś na mapie na środkowej konsoli. – To są koordynaty. Zrób sobie fotkę. To prywatna plaża należąca do Patricka. Zapytaj Oanę, jak tam trafić, jeśli sama nie dasz rady.
Poczułam się głupio. Posłusznie wyciągnęłam telefon i pstryknęłam zdjęcie.
– Dzięki – wymamrotałam, wysiadając.
Poczekał, aż weszłam do środka, i dopiero wtedy odjechał.