Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

W cieniu nieśmiertelnych - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
4751 pkt
punktów Virtualo

W cieniu nieśmiertelnych - ebook

Miłość do Boga Wojny może być jej zgubą… albo jedynym ratunkiem dla jej ludu.

Po śmierci dziadka młoda spadkobierczyni tronu, Liyen, staje przed trudnym wyzwaniem. Jako nowa władczyni Tianxii musi odnowić pradawną przysięgę wierności wobec nieśmiertelnych–istot, które niegdyś chroniły jej królestwo. Jednak dziewczyna zrobi wszystko, żeby zerwać te zobowiązania i pomścić śmierć dziadka.

Wezwana do Królestwa Nieśmiertelnych, wykorzystuje szansę, aby poznać ich sekrety i wywalczyć kruche przymierze. Jej największym sprzymierzeńcem–i jednocześnie największym zagrożeniem–staje się bezwzględny Bóg Wojny, wysłany, by ukarać Tianxię. Wrogość między nimi powoli ustępuje miejsca niebezpiecznej fascynacji, której Liyennie może ulec…Nie, jeśli chce ocalić swój lud.

Książka nominowana do Goodreads Choice Awards 2025! To romantasy, które musisz przeczytać!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-665-8
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Bóg Wojny słynął z trzech rzeczy: niezrównanej potęgi, bezgranicznego oddania nieśmiertelnej królowej oraz serca z lodu, pozbawionego wszelkiej litości.

Przez mój dom przeszedł ogień, pożerając mahoniowe filary i zielony dach, zwoje obrazów i jedwabne dywany. Magnolie, bambusy i jaśmin w ogrodzie płonęły, a w powietrze wzbijały się kłęby dymu.

Serce Boga Wojny mogło być z lodu, ale jego ulubioną broń stanowił ogień. Nieśmiertelni zwrócili się przeciwko nam, a ja nie miałam pojęcia dlaczego.

Mój dziadek był władcą Tianxii – i jak dotąd wiernym i oddanym sługą rezydującej w niebiosach królowej Złotej Pustyni. Dawno temu nasze królestwo zostało zobowiązane do służenia nieśmiertelnym, którzy chronili nas przed przerażającymi wrogami i za pomocą magii wznieśli wokół Tianxii mur. Mówiono, że poza tymi granicami świat żyje w niewiedzy o nieśmiertelnych – podczas gdy my jesteśmy strażnikami ich tajemnic. Niektórzy mogliby pomyśleć, że służenie im było dla nas przywilejem. Ale choć żyliśmy w cieniu bogów, nie czuliśmy, by łączyła nas z nimi bliższa więź.

Dzisiejszy wieczór miał być naszym triumfem. Po tych wszystkich latach dziadek w końcu zdobył cenny skarb, którego poszukiwała nieśmiertelna królowa. I choć wielu go pożądało, ukrył skarb w bezpiecznym miejscu, aby nikt nawet na niego nie spojrzał.

– Takie coś przysparza więcej kłopotów, niż jest warte. Chciwość zmienia zbyt wielu uczciwych ludzi w złodziei – zwierzył mi się i dodał ponuro: – Nieśmiertelni nie słyną z litości.

Te ostatnie słowa zadźwięczały mi ponownie w uszach, gdy za moimi plecami rozległy się okrzyki przerażenia, którym towarzyszyły stukot kroków i rżenie koni. Zaczerpnęłam haust gęstego dymu i rozkasłałam się. Dziadek trzymał mocno moją spoconą dłoń i ciągnął mnie za sobą przez korytarze naszego pałacu. Biegliśmy, a moją klatkę piersiową przeszywał palący ból, ale dzielnie starałam się dotrzymać mu kroku.

Nie byłam silna – miałam marną kondycję, a przynajmniej tak twierdzili lekarze. Kiedy myśleli, że nie słyszę, spekulowali z zakłopotaniem na temat mojego stanu zdrowia, ale nie umieli wskazać żadnej znanej im choroby jako źródła tej słabości. Dziadek zatrudnił prywatnych korepetytorów, abym mogła uczyć się we własnym tempie, choć mój najlepszy przyjaciel, Chengyin, często towarzyszył mi podczas lekcji. Nie chorowałam, ale i nigdy nie czułam się dobrze – ciągle zmęczona, wiecznie o krok za innymi. Wydawało się, że nic nie jest w stanie rozproszyć chłodu w moim ciele: było mi bezustannie zimno. Po śmierci moich rodziców wiele osób namawiało dziadka, aby ożenił się ponownie lub adoptował innego, silniejszego dziedzica, ale uparcie odmawiał.

– Mojej wnuczki nie da się nikim zastąpić – informował ich za każdym razem.

Dworzanie wciąż szeptali za moimi plecami – co okrutniejsi obstawiali nawet lata do mojej śmierci – podczas gdy niektórzy mądrzejsi, ale nie mniej podli czekali w milczeniu, ostrząc sobie zęby na tron. Niewykluczone też, że ktoś z nich próbował przyśpieszyć moją śmierć.

Nie dalej jak kilka tygodni temu zostałam otruta. Trucizna zawładnęła moim ciałem, pozbawiając mnie resztek sił, radości i chęci do życia. Stałam się cieniem dawnej siebie, co chwila traciłam przytomność i ją odzyskiwałam. Kosmyk moich włosów z dnia na dzień stał się biały, nie była to jednak biel czystego śniegu – mienił się raczej blaskiem gwiazd. Nie miało znaczenia, jakie mikstury piłam ani jakie leki, coraz bardziej gorzkie i cuchnące, podawali mi lekarze. Nic nie pomagało – nieubłagane zmęczenie przenikało moje ciało do kości, aż czułam się jak owinięta śmiertelnym całunem. W najgorsze dni ból trawił mnie niczym uporczywa gorączka.

Była pewna wróżka, stara wieszczka, która twierdziła, że mój stan spowodowany jest wypiciem wody z rzeki Wangchuan w Zaświatach. Wskazała na moje włosy, kiwając mądrze głową i mówiąc:

– Wody śmierci nie są przeznaczone dla żywych. Nie ma znanego lekarstwa na twoją przypadłość.

Większość szydziła z niej – niemożliwe, by coś takiego znalazło się w naszym królestwie, jeśli w ogóle istniało. Dziadek był jedyną osobą, która jej uwierzyła… może dlatego, że nikt inny nie znał odpowiedzi na trapiący nas problem. Mimo ponurych prognoz wciąż szukał antidotum, oferując ogromną nagrodę, choć nikt nie był w stanie go dostarczyć.

Targnął mną gwałtowny dreszcz. Nie pamiętałam już, kiedy ostatni raz było mi ciepło. Dziadek gorączkowo rozglądał się dookoła, zaniepokojony, co było do niego niepodobne. Chciałam zapytać, co wywołało gniew nieśmiertelnych, ale bałam się jeszcze bardziej wytrącić go z równowagi. Miał słabe serce – lekarze ostrzegali przed jego nadwerężaniem. Mój własny niepokój wzrósł, ale starałam się go opanować. Strach był jak zaraza, która niekontrolowanie potrafiła złamać ducha.

– Liyen, czy wszystko w porządku? Nadążasz? – spytał mnie dziadek naglącym, schrypniętym głosem.

Przytaknęłam, choć oboje wiedzieliśmy, że to kłamstwo. Mój oddech był nierówny, a klatkę piersiową przeszywał ból, gdy parłam z mozołem naprzód. Kiedy skręciliśmy za róg, znaleźliśmy się na dziedzińcu, którego nie znałam. Ogród był otoczony murem; źdźbła trawy muskały moje kolana, gdy biegliśmy pod rozłożystymi baldachimami uschniętych gałęzi. Wszędzie dało się dostrzec ślady długiego zaniedbania. Dziadek przypadł do muru, zdzierając z niego zasłonę pnączy i odsłaniając małe drzwi przegrodzone zardzewiałą żelazną sztabą. W jego dłoni błysnął klucz, który wsunął do zamka. Gdy blokada ustąpiła, zdjął sztabę i otworzył drzwiczki. Naszym oczom ukazał się las.

– Musimy uciekać – powiedział.

– Tak, dziadku. – Głos miałam spokojny, choć nogi mi się trzęsły, a wzrok mącił. – Ja… potrzebuję tylko chwili. – Zmusiłam się do zrobienia kroku, opadając na mur.

Dziadek zwiesił ramiona, sięgnął w głąb rękawa i wyciągnął z niego mały kwiat: lśniący lotos, którego opalizujące płatki połyskiwały niczym rozświetlony słońcem lód.

– Chciałem z tym poczekać, Liyen, ale muszę dać ci to teraz. Weź to.

Coś w jego tonie sprawiło, że się zawahałam, choć powinnam była wypełnić jego polecenie bez szemrania.

– Co to?

Objął mnie ramieniem, wpatrzony prosto w moje oczy. Robił tak zawsze, gdy miał mi coś ważnego do powiedzenia, gdy chciał mieć pewność, że go słucham.

– Liyen, prawda jest taka, że… umierasz. Wody Wangchuan są dla nas, śmiertelników zabójcze.

Odruchowo potrząsnęłam głową. Chociaż słyszałam to ostrzeżenie od uzdrowicieli już wcześniej, to wypowiedziane przez dziadka, zgasiło we mnie ostatni promyk nadziei. Cień śmierci prześladował każdego z nas od urodzenia, odbierając życie nawet najsilniejszym – i choć taki był już nasz los, niewielu zgadzało się na niego dobrowolnie.

Kiedy zamrugał, a jego oczy podejrzanie zalśniły, ogarnął mnie niewypowiedziany smutek.

– Wypełniałam zalecenia lekarzy. Próbowaliśmy… cóż, wszystkiego. Nie chcę umierać, dziadku. Nie chcę cię opuszczać…

– To nie twoja wina, Liyen. Życie nie jest sprawiedliwe. Nie mamy wpływu na to, jak potoczą się nasze losy, ale to my decydujemy, co chcemy dalej począć. – Gdy wypowiadał te słowa, wydał mi się nagle nieskończenie stary i znużony. – Lotos to antidotum na twoje cierpienie, jedyne w swoim rodzaju. Tylko on może przeciwstawić się mocy wód Wangchuan… o ile chcesz nadal żyć.

– Któż by nie chciał? – Ból w mojej klatce piersiowej narastał, w miarę jak docierało do mnie, że tak bardzo pragnę czegoś, co może się okazać poza moim zasięgiem. Nadzieja była luksusem, na który nieczęsto sobie pozwalałam. Gdy dni są ciemne, zapomina się o istnieniu świtu.

Dziadek pogłaskał mnie po głowie.

– Weź lotos. Teraz uciekniemy i wrócimy tu, gdy będzie już bezpiecznie – wypowiadał słowa spokojnie i miarowo, jakby snuł opowieść powtarzaną wiele razy.

W oddali rozległ się huk: dach pobliskiego pawilonu się zawalił. Dziadek stanowczo wcisnął lotos w moje dłonie. Zawahałam się, ale na świecie nie było nikogo, komu ufałabym bardziej. Co miałam do stracenia? I tak umierałam.

Wzięłam od niego kwiat. Był dziwnie ciepły, a jego dotyk koił przejmujący chłód w moim ciele. Płatki lotosu zadrżały, rozpadły mi się w palcach na błyszczące drobinki, które pofrunęły ku mnie, i wniknęły w głąb klatki piersiowej. Uczucie ciepła przybrało na sile, zmieniając się w żar, który rozpalił moje żyły. Zgięłam się wpół, czując, że moje ciało się rozpada. Chciałam krzyczeć, ale w porę zdławiłam cisnący mi się na usta jęk – bałam się zaalarmować tych, przed którymi uciekaliśmy. Wzięłam drżący oddech, potem drugi. Przez cały czas w moim wnętrzu szalał ogień, a wkrótce zastąpiło go lodowate odrętwienie, przez które nie mogłam się poruszyć ani wykrztusić słowa.

– Liyen!

Na dziedziniec wbiegła ciotka Shou. Kosmyki jej siwych włosów wysunęły się z misternych splotów uczesania, a jadeitowa spinka zwisała krzywo. Ciotka Shou była jedną z zaufanych powierniczek mojego dziadka, najbliższą przyjaciółką mojej matki i moją kolejną opiekunką, gdy rodzice zmarli z powodu choroby. Choć byłam wtedy zbyt młoda, by w pełni pojąć ból straty, a wspomnienia o ojcu i matce były mgliste niczym na wpół uformowany sen, zawsze czułam się, jakby w moim życiu brakowało czegoś istotnego.

Gdy ciotka Shou przyłożyła chłodną dłoń do mojego czoła, dołączył do nas jej syn, Chengyin. Przykucnął obok mnie, a w jego brązowych oczach zalśniła troska. Ciotka Shou adoptowała go jako niemowlę, porzucone prawdopodobnie z powodu znamienia na skroni. Wróżbici mówili o nim, że jest „pechowym” dzieckiem, ale ciotka Shou ignorowała ich uwagi. Chengyin był teraz moim najlepszym przyjacielem, choć w dzieciństwie nie przepadaliśmy za sobą: często ciągnął mnie za włosy i naśmiewał się z mojej słabości. Dopiero później zdałam sobie sprawę, jaki to był dar, że nigdy nie traktował mnie ulgowo.

– Co jest nie tak z Liyen? – spytała ostro ciotka Shou. – Dlaczego nie może się poruszać ani mówić?

– Dałem jej Boski Perłowy Lotos – wyznał z ciężkim westchnieniem dziadek.

Drobne zmarszczki wokół oczu ciotki się pogłębiły.

– Myślałam, że trzymasz go dla królowej Caihong – wyszeptała. – Jej Królewska Mość przybyła po lotos. Jest wściekła, że zignorowałeś jej wezwanie, i czeka na ciebie w głównej sali wraz z Bogiem Wojny. Nieśmiertelni nie przestaną nas atakować, dopóki nie dostaną lotosu…

W niemym przerażeniu wpatrywałam się w dziadka, dręczona wyrzutami sumienia. Choć podejrzewałam, że lotos nie pochodził z naszego świata, a może nawet był cząstką zakazanej magii… to i tak go wzięłam. Chciałam żyć. Ale nie spodziewałam się, że został skradziony nieśmiertelnej królowej…

Dziadek przyłożył dłoń do czoła.

– Shou-yen, straciłaś córkę, więc znasz ten ból. Gdyby wtedy istniała szansa na uratowanie Damei… czy zawahałabyś się?

Ciotka Shou zamknęła oczy.

– Zrobiłabym wszystko, co w mojej mocy, by ją ocalić.

– Tak jak ja – powiedział stanowczo dziadek. – Dowiedziałem się o antidotum zbyt późno, królowa była już w drodze. Gdybym nie zabrał Boskiego Perłowego Lotosu, nieśmiertelni przywłaszczyliby go sobie, a Liyen by umarła. Jest ostatnia z mojego rodu, nie mogę jej stracić.

– Dlaczego nie zapytałeś o pozwolenie królowej Caihong?

– Czy nieśmiertelni kiedykolwiek przedkładali nasze pragnienia ponad swoje własne? Rozkazy królowej były zrozumiałe: lotos jest dla niej zbyt cenny. Co więcej, Caihong ostatnio bardzo łatwo wpada w gniew. Gdybym poprosił, odmówiłaby, a może nawet by się wściekła, ja zaś straciłbym szansę na zrobienie z niego dobrego użytku.

Ciotka Shou splotła przed sobą dłonie i zwiesiła ramiona.

– Nieśmiertelni nie okażą nam litości. Ich Bóg Wojny spali Tianxię do szczętu.

Dziadek uniósł głowę, osrebrzoną blaskiem księżyca.

– Przyznam się do wszystkiego i poproszę, aby królowa mnie ukarała. Zamierzałem to zrobić od samego początku, gdy tylko Liyen znajdzie się w bezpiecznym miejscu.

„Nie!”, chciałam krzyczeć, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk; w tej chwili byłam jedynie duchem, pustą skorupą. Mój umysł był przytomny, ale ciało – unieruchomione, nieposłuszne mojej woli.

Ciotka Shou chwyciła dziadka za rękaw.

– Musisz być ostrożny. Co, jeśli cię skrzywdzą?

– Jeżeli taka ma być cena, którą przyjdzie mi zapłacić za moją zuchwałość, niech tak będzie. – Poklepał ją po ramieniu i cofnął się o krok. – To ja sprowadziłem na nas to nieszczęście. Poniosę karę, nawet jeśli będę musiał oddać życie.

– To, co powiedziałam… wyraziłam się zbyt pochopnie. Bogowie zapomną. Wybaczą ci…

– Nie zrobią ani jednego, ani drugiego. – Uśmiech dziadka był tak promienny i spokojny, że moje serce przeszyła strzała bólu. – Powiedziałaś prawdę, przyjaciółko. Zawsze byłaś szczera, nawet gdy nikt inny się nie ważył, i właśnie dlatego twoje słowa są dla mnie tak cenne.

– Co z Liyen? – Ciotka Shou była blada jak papier. – Musisz myśleć i o niej…

– Zawsze o niej myślę. Dlatego to zrobiłem: żeby dać jej szansę – odpowiedział.

Skrzywiłam się w duchu, skulona na ziemi u ich stóp.

– Co się stanie, jeśli nieśmiertelni ją znajdą? – zapytała cicho ciotka Shou. – Co jej zrobią, gdy odkryją lotos?

– Musisz ukryć Liyen, dopóki Boski Perłowy Lotos nie połączy się całkowicie z jej ciałem. Tylko wtedy jego obecność zostanie zamaskowana, a ona będzie mogła bezpiecznie tu wrócić. Gdy lotos w kogoś wniknie, nie można go przejąć… może zostać przekazany jedynie jako dar serca. – Dziadek dotknął ramienia ciotki Shou. – Mogę liczyć, że się nią zaopiekujesz?

Chciałam mu powiedzieć, żeby został z nami, że z chęcią pozwolę nieśmiertelnym wyrwać cenny łup z mojego ciała, jeśli tylko on uniknie kary, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu – nie byłam w stanie nawet zapłakać.

– Tak. – Głos łamał się ciotce Shou ze wzruszenia. – Będę ją traktować jak własne dziecko.

Dziadek skinął głową.

– Zabierz ją ze sobą. Teraz. Na południe od muru przygotowałem kryjówkę. Zatrzymam nieśmiertelnych, aby dać wam czas na ucieczkę.

Kiedy mnie objął, ogarnęła mnie bezbrzeżna udręka. Gdybym tylko mogła zamknąć oczy, byłabym w stanie niemal wyobrazić sobie, że jestem znów w swoim łóżku, a on przytula mnie na dobranoc – gdyby nie cierpki odór strachu, który przylgnął do jego skóry, i mokry od łez policzek przyciśnięty do mojego.

Poczułam nienawiść do bogów, którzy domagali się od nas posłuszeństwa, ale nie odpowiadali na nasze modlitwy; którzy grozili nam śmiercią za najmniejsze przewinienie i zsyłali na nasz świat nieszczęścia, gdy byli niezadowoleni. Nie obchodziło mnie, czy tym razem mieliby rację, czy ich działania byłyby słuszne. Jeśli tylko skrzywdzą moją rodzinę… zapłacą za to.

Dziadek sięgnął do pasa, zdjął ozdobny frędzel, który przy nim nosił, i przywiązał go do mojego. To była cesarska pieczęć, rzeźbiony dysk z żółtego jadeitu, święta relikwia naszego królestwa. Mój dziadek nigdzie się bez niej nie ruszał, więc świadomość, że chce mi ją przekazać, łamała mi serce.

– Żyj dobrym życiem, Liyen. Nie marnuj go na żal i zemstę. Nie chcę, by targały tobą wyrzuty sumienia. – Słowa dziadka zabrzmiały dźwięcznie w moich uszach. – Strzeż Tianxii. Dąż do pokoju i szczęścia dla naszego ludu, rządź ze współczuciem i z siłą. Służ lojalnie nieśmiertelnej królowej, a może uda ci się osiągnąć to, czego ja nie zdołałem dokonać: zdobyć wolność dla naszego ludu. Nie możemy wiecznie żyć za tymi murami. Świat poza nimi również należy do nas.

Przytuliliśmy się mocno, a kiedy wypuścił mnie z objęć i odszedł, moje serce przeszył ból gorszy od cierpienia wywołanego jakąkolwiek trucizną. Jakże chciałam pokonać tę koszmarną niemoc, aby go powstrzymać! Niestety wszelkie błagania pozostawały uwięzione w ciszy mojego umysłu.

Ciotka Shou ujęła moją dłoń.

– Liyen, musisz być silna. Twój dziadek wiedział, jakie ryzyko niesie za sobą okradanie bogów. Jeśli obrazisz królową Złotej Pustyni, skażesz na zagładę nie tylko siebie, ale i swój lud. – Zamknęła na chwilę oczy. – To niewyobrażalny koszmar, ale musimy się pogodzić z ceną, jaką przyjdzie nam za to zapłacić. Twój dziadek ją zaakceptował, więc my też powinnyśmy. Cokolwiek się stanie, dotrzymam złożonej mu obietnicy i zapewnię ci bezpieczeństwo.

Gdy Chengyin chwycił mnie za rękę, spojrzałam na niego błagalnie.

– Przykro mi – wyszeptał. – Ale tutaj jesteśmy zbytnio narażeni. Musimy zabrać cię w bezpieczne miejsce.

Na znak ciotki Shou bez trudu podniósł mnie z ziemi i zarzucił sobie na plecy. Przez ostatnie tygodnie sporo straciłam na wadze, więc nie byłam zbyt ciężka.

– Wschodnia brama jest bliżej – zauważył, oglądając się na mnie przez ramię.

W moim sercu rozgorzał płomień wdzięczności i nadziei. Aby dostać się do tej bramy, musieliśmy przejść przez główną salę. Domyśliłam się, że Chengyin stara mi się pomóc, prowadząc mnie do miejsca, do którego udał się mój dziadek. Gdy śpieszyliśmy przez dziedziniec, serce pękało mi z bólu na dźwięk przeszywających powietrze krzyków i na widok tumanów popiołu oraz płomieni trawiących drewniane belki – a także blasku zbroi nieśmiertelnych, którzy rujnowali mój dom.

Kiedy znaleźliśmy się bliżej głównej sali, Chengyin celowo zwolnił, zostając w tyle za ciotką Shou. Ustawił się tak, abym mogła zajrzeć do wnętrza i poszukać wzrokiem dziadka. Na środku sali stał wysoki nieśmiertelny, przyodziany w czarną zbroję ze złotymi zdobieniami i długą pelerynę. Zza pleców wystawała mu rękojeść wielkiego miecza, wyrzeźbiona z białego jadeitu i złota. Emanował grozą – i nie chodziło tylko o jego broń: miecz, łuk przewieszony przez plecy oraz sztylety u pasa. To był Bóg Wojny, ten, który podpalił mój dom. A za nim, na tronie mojego dziadka, zasiadała kobieta, która musiała być królową Caihong, władczynią Złotej Pustyni. Jej lśniące nakrycie głowy odbijało blask płomieni szalejących na zewnątrz, a ciemnoczerwone usta były ściągnięte w okrutnym grymasie.

Dziadek klęczał przed nimi z czołem przyciśniętym do ziemi. Kosmyki siwych włosów sterczały mu na wszystkie strony, a jego szaty były zmięte i poplamione. Kiedy wstał, powiedział coś, czego nie dosłyszałam. Bóg Wojny uniósł wówczas dłoń rozżarzoną szkarłatnym blaskiem – na widok jego gestu moje serce zadrżało – ale gdy strumień magii trysnął z niej, pomknął przez salę i wypadł drzwiami, płomienie zgasły równie nagle, jak ożyły.

Kiedy krzyki na zewnątrz ucichły, rozległ się głos mojego dziadka:

– Dziękuję, czcigodny nieśmiertelny.

– Poddałeś się. Twoi ludzie nie zrobili nic złego – odpowiedział bóg donośnym, dźwięcznym tonem.

W mojej piersi zapłonął żar gniewu. To nie była żadna łaska, a jedynie złocenie obrazu, który chcieli nam przedstawić: popis ogromu ich mocy, wobec której byliśmy bezradni. Bogowie pragnęli być postrzegani jako wielcy i mądrzy, otaczani kultem i darzeni podziwem. I nie znosili zniewagi ani sprzeciwu, jakichkolwiek sugestii, w których świetle mogliby zostać uznani za słabych, omylnych… lub śmiertelnych.

– Zhao Likang. – Królowa wymawiała dobitnie każdą sylabę imienia mojego dziadka. – Gdzie jest Boski Perłowy Lotos? Kiedy zakwitł w górach Kunlun, rozkazałam ci go przynieść. Jako władca Tianxii jesteś jedynym śmiertelnikiem, który może tam wejść i zerwać kwiat, więc ty musiałeś to zrobić. Nie wyczuwamy już jego obecności.

Góry Kunlun? Już wcześniej chciałam tam iść razem z dziadkiem, a teraz wiedziałam, dlaczego mi odmówił. Pilnowanie tego miejsca było najważniejszym obowiązkiem naszego królestwa, ponieważ Kunlun były niegdyś jedyną drogą do niebios i Zaświatów – choć nieśmiertelni ją zablokowali.

– Wasza Miłość, zgodnie z rozkazem zerwałem Boski Perłowy Lotos i przyniosłem go tutaj. Był pilnie strzeżony… ale został skradziony. – Dziadek pochylił głowę. – Zawiodłem cię i poniosę każdą karę, jaką uznasz za stosowną.

Dziadek kłamał jak z nut. Choć nie lubił oszukiwać, była to ważna umiejętność na dworze. Kiedyś powiedział mi: „Są kłamstwa wypowiadane z konieczności i te, do których uciekamy się powodowani złośliwością. Te, które zdecydujesz się wymawiać, definiują twój charakter”.

Teraz kłamał, by ocalić nas wszystkich, aby upewnić się, że nikt oprócz niego nie ucierpi z powodu gniewu nieśmiertelnych.

– Skradziony? Jak to się stało? – Do głosu królowej Caihong wkradła się ostrość. – Wstań i podejdź bliżej, abym mogła wyczytać prawdę z twojej twarzy.

Dziadek wolno podniósł się z ziemi. Widać było, że się boi. Niezadowolenie nieśmiertelnej królowej przynosiło w przeszłości gorzkie owoce – w postaci nie tylko ognia, ale także gwałtownych burz, ulewnych deszczy i powodzi. Na widok jego bladej twarzy ogarnął mnie niepokój; gdy szedł w jej kierunku, ruchy miał powolne i niezborne. Nagle z jego gardła wydobyło się na wpół westchnienie, na wpół cichy okrzyk i upadł – z dłonią przyciśniętą do klatki piersiowej, jakby go bolała.

Jego serce!

Mój niepokój zmienił się w dławiący strach. Próbowałam wydobyć z siebie głos, żeby wezwać lekarza – albo poruszyć się i do niego podejść. Cokolwiek! Wówczas Bóg Wojny zbliżył się do niego i położył mu dłoń na piersi. Gdy jego palce zalśniły niczym płonące koniuszki kadzidła, zapragnęłam go odepchnąć, jak najdalej.

– Czy zdołasz mu pomóc? – spytała królowa Caihong.

– Nie możemy wyleczyć tej rany. Została zadana przez czas, jest tworem śmiertelnego ciała – powiedział zimno Bóg Wojny, jakby to była błahostka.

– Sprowadź któregoś ze śmiertelnych lekarzy – poleciła mu królowa.

W tym momencie dotarła do nas ciotka Shou. Na widok mojego dziadka otworzyła szerzej oczy i przycisnęła dłoń do ust. Gdy zrobiła krok naprzód, Chengyin złapał ją za ramię.

– Matko, jeśli nas znajdą, znajdą też Liyen. Musimy przysłać lekarza, a potem uciekać…

Zanim ciotka Shou zdążyła odpowiedzieć, z sali dobiegł słaby okrzyk. Dziadek szarpnął głową w tył, jego ciałem targnął wstrząs, a on sam zastygł w przerażającym bezruchu. Bóg Wojny pochylił się i sięgnął po jego rękę. Zaraz jednak potrząsnął głową, a jego palce musnęły powieki dziadka.

– On nie żyje.

Serce pękało mi z bólu, a pierś wezbrała krzykiem, którego nie mogłam wydobyć.

Bóg Wojny wyprostował się tymczasem i zawołał do czekających na zewnątrz wojowników:

– Zamknąć bramy! Nikt nie może wyjść, dopóki nie znajdziemy Boskiego Perłowego Lotosu.

– Chengyin, pośpiesz się! – Ciotka Shou chwyciła syna za ramię, a po jej twarzy spłynęły łzy. – Musimy iść!

Chengyin odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Nie chciałam odchodzić, ale nie mogłam nic zrobić – nie byłam w stanie nawet zapłakać, pomstować ani w jakikolwiek sposób wyrazić protestu.

Gdy wymknęliśmy się przez bramę, wybrzmiał gong, którego ponury dźwięk rozdarł noc. Zadźwięczał cztery razy, po czym nastała głucha cisza, oznajmiająca koniec rządów mojego dziadka. Wystarczyła ta jedna chwila, ulotna niczym mrugnięcie, czas konieczny do zaczerpnięcia wdechu, by życie obróciło się w proch i pył.

Dotarło do mnie, że już nigdy więcej nie zobaczę dziadka. Pozostały tylko jego słowa, niedokończone lekcje, niespełnione marzenia… te same, które nieśmiertelni zmiażdżyli w mgnieniu oka. Na dnie mojej piersi osiadł jakiś niewysłowiony ciężar. Nie zamierzałam pójść drogą dziadka: korzyć się przed nieśmiertelnymi, poświęcać życie, by lojalnie im służyć, drżeć przed ich brakiem litości. Zasługiwał na więcej – podobnie jak nasz lud. Postanowiłam, że wytyczę nową ścieżkę i raz na zawsze uwolnię nas spod jarzma tych bezlitosnych bogów.2

Spokój i cisza lasu były dziwną odmianą po chaosie panującym w pałacu. Drzewa górowały nad okolicą niczym cienie olbrzymów, spowite mrokiem nocy. Ciemność rozjaśniał jedynie blask księżyca, latarni niebios.

Szlochałam, a moje łzy wsiąkały w szatę Chengyina. Dzisiejszej nocy podwaliny mojego życia zniknęły, całkiem jakby ziemia rozstąpiła mi się pod stopami i pochłonęła je w całości. Pozostały jedynie szczątki, gruzy, przez które brnęłam z rozpaczą – ja, dziedziczka niepewnego tronu, potomkini umarłych.

Tęskniłam za dziadkiem – i uświadomiłam sobie, że będę za nim tęsknić już do końca moich dni. Przez tak długi czas był mi jedyną opoką… a teraz zostałam sama. Nie czułam się dobrze, porzucając jego ciało, ale nie mieliśmy wyboru. Gdyby nas złapano, wszystko, co poświęcił mój dziadek, poszłoby na marne. Gdy tylko wrócę do domu, przygotuję ofiary, które utorują mu drogę do wieczności, zbuduję mu wielki grobowiec i dołączę upamiętniającą go tabliczkę do tych, które czciły pamięć naszych przodków.

Wypuściłam z płuc drżący oddech. W końcu efekty działania Boskiego Perłowego Lotosu zaczęły ustępować i mogłam się odrobinę poruszać. Ale jaki był z tego pożytek?

– On… odszedł – szepnęłam, załamana, czując w klatce piersiowej dojmujący ból. Czy gdybym powiedziała to jeszcze raz, bolałoby mniej?

– Przykro mi – odparł cicho Chengyin, poprawiając moją pozycję na swoich plecach. – Będzie mi go brakowało. Był surowy, ale zawsze sprawiedliwy. Był też uprzejmy, zwłaszcza dla tych, którzy mieli mniej szczęścia niż on.

– Wszyscy go kochaliśmy. – Ciotka Shou miała zaczerwienione oczy i głos schrypnięty od płaczu.

– Dziadek nie żyje… przeze mnie – wyznałam, czując przytłaczające brzemię smutku połączonego z poczuciem winy.

– Nie możesz winić siebie za to, że zostałaś otruta, równie dobrze mogłabyś winić Boski Perłowy Lotos za to, że zakwitł – powiedziała z mocą ciotka Shou. – Twój dziadek nie zrobił tego z twojego powodu, ale dlatego, że cię kochał.

Zamknęłam oczy, nie mogąc powstrzymać łez. Ciotka Shou pogłaskała mnie po głowie i odgarnęła z mojej twarzy biały kosmyk włosów – ten sam, który u pewnych ludzi wywoływał strach, symbol wód śmierci. Przez większość czasu wolałam ukrywać go pośród reszty włosów, ale teraz nie miało to już większego znaczenia.

– Wiem, że to boli. To… zajmie trochę czasu. Choć ból nigdy nie zniknie, później będzie łatwiej – zapewniła mnie, a gdy spojrzałam w jej udręczone oczy, dostrzegłam wyraźnie, że myślała o swojej córce.

– Nadal cię boli, gdy o niej myślisz? – spytałam niepewnie.

– Każdego dnia – przyznała. – Ale bolałoby bardziej, gdybym nie robiła tego, co robię. To wielkie szczęście, że mam jeszcze jedno dziecko. – Chwyciła dłoń Chengyina i pogładziła ją czule kciukiem.

Dziadek zwykł trzymać mnie za rękę w ten sam sposób, podczas tych rozgorączkowanych nocy, kiedy trawiła mnie trucizna.

„Gdybym tylko mógł zamienić moje życie na twoje…”, szeptał, kiedy myślał, że nie słyszę.

A teraz… cóż, znalazł na to sposób.

Zamknęłam oczy, próbując oddychać głęboko pomimo ucisku w klatce piersiowej. Łatwo byłoby popaść w rozpacz, zatracić się w gniewie i żalu – ale nie zamierzałam zmarnować na nie życia, które zapewnił mi dziadek.

„Żyj dobrym życiem, Liyen… Nie chcę, by targały tobą wyrzuty sumienia”.

Jego ostatnie słowa stanowiły dla mnie pocieszenie, ale myśli, które kłębiły się w mojej głowie, nie były takie, jakich by sobie życzył. Wiedziałam jedno: odnajdę spokój, gdy spełnię nasze marzenie o Tianxii, gdy sprawię, że ci, którzy go skrzywdzili, zapłacą za to.

Jednak jakiś cichy głosik w mojej głowie szeptał, że nie tylko nieśmiertelni są temu wszystkiemu winni. Mój dziadek ukradł lotos, a jego serce było już słabe, gdy stawił im czoła. Nie zabili go… choć zdecydowanie łatwiej było ich obwiniać, nienawidzić, niż znosić cały ten smutek. A jednak to właśnie strach przed nimi go zabił; nie byli bez winy. Gniew boga był o wiele groźniejszy niż gniew śmiertelnika, zdolny zadać znacznie większe cierpienie. Nie powinno tak być – taką moc powinno się wykorzystywać do ochrony słabych, a nie do ich krzywdzenia.

Nieśmiertelni może i nie byli wrogami dziadka, ale od teraz byli moimi. Nie miałam jego opanowania, jego niezachwianej cierpliwości i oddania – na których utratę pozwolił sobie tylko raz, z powodu miłości do mnie. Pomimo wątpliwości dworzan wychowywał mnie na władczynię, powierzając mojej opiece królestwo, które kochał. Mieliśmy te same marzenia: zwolnić Tianxię ze służby nieśmiertelnym, obalić mury, które nas powstrzymywały – ale nasze umysły podążały innymi ścieżkami.

Ja zamierzałam sięgnąć śmiało po to, czego bogowie nam poskąpili.

Moje dłonie zacisnęły się w pięści, a siły powróciły w gwałtownym przypływie – poczułam się otrzeźwiona, całkiem jakbym wpadła nagle w zimną toń jeziora. Moje ciało przeszyło mrowienie, zmysły ożyły, a mgła zasnuwająca umysł zniknęła bez śladu. Coś paliło mnie w klatce piersiowej, rozżarzając od wewnątrz skórę. Gdy ją potarłam w tym miejscu, natrafiłam palcami na zgrubienie wielkości monety – bladą, nowo powstałą bliznę. Co to mogło oznaczać? Czy to znak, że lotos już w pełni się ze mną połączył?

Chengyin zaczął zwalniać; był już wyraźnie zmęczony dźwiganiem mnie od początku wędrówki. Stuknęłam go w ramię.

– Nie musisz mnie już nieść. Dam radę iść.

Kiedy postawił mnie ostrożnie na ziemi, zachwiałam się lekko. Ciotka Shou złapała za moje ramię, by mnie ustabilizować, i przyjrzała mi się badawczo.

– Jak się czujesz?

– Nic mi nie jest, ciociu Shou. – Próbowałam rozszyfrować zmiany, które we mnie zaszły. To było całkiem tak, jakby pękła krępująca mnie do tej pory skorupa i jakbym właśnie zaczęła się z niej wyłaniać. Zmęczenie, zimno i ból zniknęły. To powinna być chwila radości i ulgi, ale zamiast tego przepełniała ją gorycz. Zamieniłabym to wszystko z powrotem na życie mojego dziadka… śmierć jednak nie brała jeńców.

– Liyen, co teraz? – zapytał Chengyin. – Chcesz tu chwilę odpocząć czy kierujemy się od razu w stronę muru?

Wyprostowałam się, unosząc głowę.

– Nie możemy zwalniać. Ryzykowalibyśmy, że nas znajdą. – Chciałam maksymalnie opóźnić moment, w którym będę musiała stanąć twarzą w twarz z nieśmiertelnymi. Nie tylko ze względu na lotos; pragnęłam też dać sobie nieco czasu na okiełznanie swojego gniewu i żalu.

– Czy w pobliżu muru będziemy bezpieczni? – spytał Chengyin. – Jest tam tylko kilku strażników.

Po co strzegli go strażnicy, skoro nikt nie mógł ani wejść do środka, ani stąd wyjść?

– Może właśnie dlatego dziadek polecił nam się tam udać – odparłam.

Szliśmy tak szybko, jak zdołaliśmy – i chociaż byłam wdzięczna za to, że przynajmniej ten jeden raz nie zostawałam w tyle, to za jaką cenę? To był gorzki dar.

W oddali wznosił się mur z czerwonego kamienia nakrapianego złotem. Jeśli sercem Tianxii były góry Kunlun, to mur stanowił jej ciało, znaczące kontury naszych ziem. Mówiono, że został wzniesiony przez nieśmiertelnych, bo któż inny mógłby wypolerować kamień tak, by mienił się niczym miedź, i zakląć go, aby wytrzymał atak każdej broni, szturm czy próbę wspinaczki? Nie było też nadziei na wydrążenie pod nim tunelu, gdyż magia muru zdawała się sięgać samych fundamentów ziemi – oddzielając nas od reszty królestwa śmiertelników. Jedynym sposobem na jego sforsowanie było dokonanie tego za przyzwoleniem nieśmiertelnych.

Dziadek powiedział mi kiedyś, że mur wzniesiono, aby ukryć nas przed światem zewnętrznym, w ramach ochrony przed tymi, którzy pragnęli poznać nasze sekrety. Zaczynałam jednak wierzyć, że miał nas również zatrzymać wewnątrz.

Panowała tu cisza, w zasięgu wzroku nie było nawet jednego strażnika. Czyżby wszyscy spali? Rozleniwili się w wypełnianiu swoich obowiązków, otępieni spokojem? Wzdłuż części muru zbudowano kapliczki, z których największa była pomalowana na kolor ochry i kryta pozłacanymi dachówkami. Wewnątrz znajdował się mały posąg wyrzeźbiony na podobieństwo Boga Wojny, dzierżący włócznię w jednej ręce i miecz w drugiej. Chociaż wszyscy bogowie cieszyli się przywilejem nieśmiertelności, tylko tych czczonych przez śmiertelników uważano za prawdziwe bóstwa. Bóg Wojny był czczony przez tych, którzy dążyli do doskonałości w jego sztukach; wojownicy modlili się o jego przychylność przed każdą bitwą lub potyczką. Składano mu ofiary z pieczonych mięsiw, owoców i małych ciastek. Przed nim znajdował się mosiężny kosz wypełniony kadzidłami, z którego ku niebu unosiły się smugi dymu. Bóg Wojny otrzymywał najwspanialsze ofiary, ponieważ strach przed śmiercią otwierał sakiewki nawet największych skąpców.

Posągi w świątyniach wydawały się zimne i odległe, ale jako dziecko często szukałam u nich pocieszenia w potrzebie, kiedy targały mną lęki i ogarniały mnie pragnienia, którymi nie śmiałam dzielić się z innymi.

– Ciociu Shou? Czy czasem się modlisz? – zagadnęłam.

– Od śmierci mojej córki nie. – Gestem wskazała na kapliczki, krzywiąc usta. – Bogowie ignorują te skromne, pełne dobrych intencji ofiary, które składamy im w desperackim pragnieniu ich przychylności. Zwracają na nas uwagę tylko, gdy zostanie znieważona ich duma, i wówczas zsyłają na nas nieszczęścia. – Odwróciła się w moją stronę i podjęła: – To nie modlitwy cię dziś uratowały, ale poświęcenie twojego dziadka, jego odwaga w przeciwstawianiu się żądaniom nieśmiertelnych. Zabiliby go… gdyby serce nie zawiodło jako pierwsze.

Kiedy dotarło do mnie znaczenie jej słów, poczułam w piersi bolesny ucisk.

– Nie zasłużyli na oddanie dziadka. Dlaczego wciąż się przed nimi korzymy, tyle lat po wojnie?

Ciotka Shou westchnęła, kręcąc głową.

– Któż odważyłby się im przeciwstawić? Nieśmiertelni są samolubni, okazują niewiele współczucia czy litości, gdy się mylimy: tak jak uczynili to dzisiaj wobec twojego dziadka. Potrafią jedynie grozić, stawiać żądania i naginać nas do swojej woli.

– Na oddanie trzeba zasłużyć, a nie go wymagać – stwierdziłam z goryczą.

– Tak, moje dziecko – przyznała smutno. – Ale o wiele łatwiej jest je egzekwować, niż starać się na nie zasłużyć.

Ciotka Shou poprowadziła nas do małego budynku, krytego wyszczerbionymi dachówkami, o ścianach pomalowanych łuszczącą się farbą. Mimo to dziedziniec przed nim był świeżo zamieciony, a w środku znajdowały się torby z prowiantem.

– Mam nadzieję, że nie będziemy musieli zostać tu zbyt długo. Muszę się zająć pochówkiem dziadka. Na dworze zapanuje chaos. – Już teraz odczuwałam mocniej ciężar spoczywających na mnie obowiązków. Choć byłam dziedziczką tronu, wolałam nie myśleć o konieczności jego objęcia, gdy przypominałam sobie o śmierci dziadka.

– Zostaniemy tu tyle, ile będzie trzeba. Jak powiedział twój dziadek: musimy mieć pewność, że lotos trwale wniknął w twoje ciało – stwierdziła ciotka Shou.

Dotknęłam blizny na mojej piersi; palący żar złagodniał do kojącego ciepła.

– Myślę, że już to zrobił.

Chengyin wpatrywał się w niebo, marszcząc brwi. W powietrzu unosił się dziwny zapach, chorobliwie słodki z kwaśną nutą, jak zgniłe śliwki. Robiło się coraz ciemniej, całkiem jakby księżyc zasnuły gęste chmury; poczułam na karku mrowienie niepokoju. Czyżby nieśmiertelni nas znaleźli? Na horyzoncie pojawiły się wysokie postacie, zbliżające się do nas miękkim, cichym krokiem. Ich twarze były podobne do naszych, choć ostre zęby i połyskująca niczym pokryta woskiem skóra sprawiły, że zadrżałam. Palce miały zakończone szponami, z pleców wyrastały im niewielkie szare skrzydła, a na czołach lśniło jasnym blaskiem coś przypominającego żółtawe klejnoty.

– Kim jesteście? I co tu robicie? – wykrztusiłam drżącym głosem.

– A co ty robisz tutaj, pani Tianxii? – spytał protekcjonalnie jeden z nich z błyskiem w oku. – Czy uciekasz przed swoją nową władczynią?

Tytuł, którym się do mnie zwrócił, był dla mnie zaskakujący… podobnie jak świadomość, że wiedzą, kim jestem. Ogarnęło mnie przerażenie, czułam też emanującą od nich pogardę.

– Nasza ziemia jest pod ochroną królowej Złotej Pustyni – oświadczyłam. – Odejdźcie.

To były śmiałe słowa, ale pozbawione znaczenia w sytuacji, w której nie mieliśmy zbyt wielu środków obrony przed takimi istotami. Byliśmy królestwem wojowników szkolonych do służby, jednak śmiertelne ostrza nie mogły przelać nieśmiertelnej krwi – czy to boga, czy potwora. Królowa niechętnie uzbrajała nas w narzędzia, które mogłyby zranić ją i jej podobnych – oddawała do naszej dyspozycji najwyżej kilka sztuk broni, ledwie wystarczających do wyposażenia jednego oddziału. Dziadek dał mi sztylet, a Chengyinowi miecz, ale nigdy nie przypuszczałam, że przyjdzie nam ich użyć.

– Ile warta jest ochrona królowej Złotej Pustyni? Gdzie są jej żołnierze? – Stworzenia drapieżnie się uśmiechnęły, okrążając nas leniwie. Nie musiały się śpieszyć, skoro byliśmy tu praktycznie uwięzieni.

Chengyin zasłonił ciotkę Shou własnym ciałem, dobywając miecza, a ja chwyciłam sztylet drżącą ręką. Nie byłam wojowniczką – w dzieciństwie nie mogłam trenować tak rygorystycznie jak inni, nie miałam zacięcia ani skłonności do walki, a od widoku krwi mnie mdliło. Życie w pałacu, w otoczeniu straży i służby, dawało mi iluzję bezpieczeństwa… która dzisiejszej nocy szybko się rozwiała.

Stworzenia podeszły bliżej. Była ich piątka, a wystarczyłoby jedno, żeby nas pokonać. Światło migotało w ich oczach, odbijało się w kamieniach osadzonych w czołach – czy naprawdę czułam emanujące od nich podniecenie rychłymi łowami? Czy ostrzyły sobie zęby na łatwą zdobycz?

Poczułam, jak krew burzy się w moich żyłach. To jeszcze nie był koniec.

Zanurkowałam w dół, chwyciłam garść ziemi, po czym rzuciłam nią w twarze potworów. Rozległ się pisk, a ich skrzydła załopotały dziko.

– W nogi! – krzyknęłam do Chengyina i ciotki Shou.

Pomknęliśmy z powrotem w kierunku lasu, licząc na to, że tam je zgubimy, choć byłam świadoma, że w każdej chwili mogą nas dopaść. W oddali światło księżyca połyskiwało na dachach kapliczek. Przez głowę przemknęła mi pewna myśl…

„Zwracają na nas uwagę tylko wtedy, gdy zostanie urażona ich duma”.

Odwróciłam się gwałtownie, biegnąc w stronę kapliczek tak szybko, jak tylko zdołałam. Potwory zbliżały się do mnie prędko, jeden z nich chlasnął pazurami, celując w moje nogi. Gdy się potknęłam, wpadłam na kadzielnicę przy kapliczce Boga Wojny. Kosz się zachwiał, a potem przewrócił na bok – kadzidełka rozsypały się jak gałązki, popiół zaścielił ziemię niczym proch.

Moje wnętrzności skręcił lodowaty strach. To było zarówno najlepsze, jak i najgorsze, co mogłam zrujnować. Niebezpiecznie było przywoływać Boga Wojny, ale w obliczu nieuchronnej śmierci wybór był niewielki. Bóg jednak nie wiedział, że posiadam lotos, którego szukali – i nie zabiłby mnie bez powodu. Jako pani Tianxii mogłam ubiegać się o ochronę nieśmiertelnych. Czy nie dlatego im służyliśmy?

Rzuciłam się w stronę ofiar złożonych przez pobożnych wyznawców. Gdy jeden z potworów skoczył ku mnie, uchyliłam się w ostatniej chwili – istota straciła równowagę i wpadła wprost na misy z jedzeniem. Ciasta się pokruszyły, gruszki potoczyły wkoło, a puchary przewróciły, rozlewając wino na ziemię.

Wokół mojego nadgarstka zacisnęły się pazury, wbiły się w ciało i na ziemię pociekła krew, mieszając się z popiołem. Stwór obnażył tymczasem kły, spomiędzy których wysunął się jęzor o barwie ciemnego sińca. Z gardła wyrwał mi się przeraźliwy krzyk. Chengyin próbował utorować sobie do mnie drogę, siekąc potwory, ale był zbyt daleko. Zadrżałam, gdy uniosłam sztylet, tnąc dziko w tego, który się na mnie zasadził, ale z łatwością odtrącił moje ramię.

– Stój, bo inaczej staruszka umrze – wysyczał ktoś. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam jednego z potworów trzymającego ciotkę Shou i przyciskającego pazur do żyły na jej szyi.

Zastygłam w bezruchu.

– Czego od nas chcecie?

Ten, z którym walczyłam, zaśmiał się szyderczo.

– Oddaj broń. Chodź z nami bez walki, a będziesz bezpieczna. Jeśli stawisz opór, będziemy dziś ucztować na ciałach śmiertelników…

Wstrząsnęły mną torsje. Czułam się koszmarnie z myślą, że jestem taka bezradna – zdana na łaskę tych stworzeń. Czy mogłam im zaufać? Nie chciałam tego robić, wszystkie moje instynkty wręcz krzyczały, że to zły pomysł, ale czy tak naprawdę miałam jakiś wybór?

Gdy kiwnęłam głową, Chengyin krzyknął:

– Nie, Liyen! Nie wierz im!

Potwór, którego wcześniej związał walką, warknął, uderzając go w bok głowy. Kiedy mój przyjaciel ponownie wydał z siebie okrzyk, zalała mnie fala wściekłości. W przypływie nowo odkrytej siły zamachnęłam się sztyletem na krępującego mnie stwora i wbiłam mu ostrze w szyję. Skóra ustąpiła i z rany wypłynęła rdzawa krew.

A więc potwory krwawiły tak samo jak śmiertelnicy…

Na myśl o tym serce zabiło mi mocniej, nawet jeśli widok przyprawiał o mdłości. Kiedy jego uścisk na moim nadgarstku osłabł, wyrwałam mu się – ale inny natychmiast schwycił mnie w talii i poderwał w powietrze tak gwałtownie, że świat zawirował mi przed oczami.

– Zapłacisz za to! – warknął.

Wierzgałam dziko, próbując się uwolnić. Dziadek nie ocalił mnie po to, bym zginęła z rąk tych okrutnych istot. Ale one nagle zastygły w bezruchu, unosząc łby.

Niebo spowiły syczące, skwierczące płomienie. Chwilę później runął z niego strumień światła i uderzył w potwora. Rozległ się skrzek przypominający odgłos tłuczonego szkła, a gdy spojrzałam ponownie na istotę, w jej klatce piersiowej ziała dziura odsłaniająca poszarpane ciało, falujące i mokre. Wyrwałam się z uścisku i upadłam na ziemię z impetem, który wypchnął mi z płuc całe powietrze. Stworzenie zwaliło się z głuchym łomotem obok mnie, plamiąc trawę posoką.

Ze stojącego w ogniu nieba opadały na nas płonące krople. Przykucnęłam, osłaniając głowę rękami – ale ognisty deszcz nie robił mi żadnej krzywdy. Wiatr się wzmógł, targając wściekle kosmykami moich włosów. W powietrzu rozległa się seria głośnych trzasków, a ziemię przeszywały włócznie szkarłatnego światła, osaczając potwory. Po chwili spłynęła ku nam chmura, na której stała samotna postać odziana w czarną zbroję. Znad jej ramienia wystawała rękojeść miecza z białego jadeitu i złota.

Bóg Wojny.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij