Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

W cieniu starych cyprysów - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 lutego 2026
3102 pkt
punktów Virtualo

W cieniu starych cyprysów - ebook

Finalistka nagrody Premio Letterario Città di San Salvo

Przejmująca opowieść o życiu Cateriny – Włoszki, której marzenia i pragnienia skrywają się w cieniu starych jak świat cyprysów…

Życie w górskiej wiosce na północy Włoch wypełnia praca na pastwiskach i harówka w lesie. Jedyną rozrywką dzieci są zabawy w stodołach i bieganie po polach. Tak właśnie bawią się Nina i jej przyjaciel Mario. Jednak kiedy chłopiec wyjeżdża do Mediolanu, gdzie czeka na niego szkoła i lepsza przyszłość, Caterina zaczyna wierzyć, że niesprawiedliwy i okrutny wiejski świat nie musi być wyrokiem. Spędza godziny nad książkami, uczy się pod okiem krawcowej, aby móc uciec z domu i podążać za pragnieniami. Uparta i buntownicza, jest gotowa na poświęcenie – chce zapracować na wymarzone życie. I cały czas wierzy w przyszłość z Mariem… Chłopak staje się jej obsesją, duchem, który będzie ją prześladował przez kolejne dziesięciolecia.

Wraz z losami Cateriny śledzimy historię ubiegłego wieku w zmieniającej się prowincji Veneto – od czasów Wielkiej Wojny do lat 90. Powieść Mary Carollo to gęsta i wciągająca saga o pragnieniu lepszego jutra, o dziecięcej obietnicy, która kładzie się cieniem na całe życie.

Poruszająca, pełna uczucia historia o rodzinie, której życie toczy się pod rozgrzanym włoskim niebem. Wśród zapachu bazylii i brzęczenia cykad powstają wyjątkowe relacje, ukazujące niezwykłą moc miłości oraz pielęgnowanych tradycji. Zakochałem się w tej historii.

Jakub Bączykowski, autor bestsellera Zadzwoń, jak dojedziesz

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-271-7114-6
Rozmiar pliku: 3,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Wojna była dla niej czymś oczywistym, jak Bóg, koza, dni słoneczne i te deszczowe. W końcu ledwie co się urodziła, i już była wojna.

W dniu, w którym Mario praktycznie mimochodem oznajmił jej, że wojna dobiegła końca, Caterina po raz pierwszy poczuła, jakby zamiast żołądka w brzuchu ciążył jej pokaźny kamień.

Tamtego poranka niebo było szare i wisiały na nim wielkie białe chmurzyska; zdołały przesłonić już szczyty otaczających ich gór i teraz przycupnęły groźnie nad dachami domów we wsi niczym duchy. Wilgoć skraplała się z dachówek, z nagich gałęzi drzew i blachy, którą przykryte były drewutnie. Osiadała na kamiennych fasadach budynków mieszkalnych, przyklejonych jeden do drugiego, i na przegniłych liściach na podwórzu, których nikt nie kwapił się zgrabić. Rytmiczne uderzenia kropli o ziemię przerywało wyłącznie skrzeczenie wron krążących wokół domów i unoszących się ponad górskimi tarasami. W listopadzie niewiele było roboty w polu, a obory, po długich latach wojny, stały puste. Większość ludzi tamtego poranka siedziała w domu przy kuchni.

Większość, ale nie Caterina i Mario.

Tych dwoje nigdy nie miało ochoty siedzieć w izbie z matkami – woleli zrywać liście wawrzynu rosnącego obok drzwi domu Maria i wsadzać je sobie po kawałku do nosa, żeby przekonać się, kto dłużej wytrzyma.

To właśnie wtedy on powiedział jej, że wojna się skończyła, nie przerywając zabawy, swoim zwykłym spokojnym tonem, jakby chodziło o niewiele wnoszące wieści.

– Co takiego? – zdziwiła się, przerywając wyzwanie i rzucając na ziemię liście, które dotąd ściskała w dłoni.

– Tak, właśnie tak. Dziś rano powiedział mi o tym brat – odparł.

– Który? Fortunato?

– Nie, Felice.

– A skąd on niby wie?

– Ksiądz mu mówił.

Mario, w odróżnieniu od niej, skończył już pięć lat, ale Caterina nie zamierzała dawać wiary jego słowom wyłącznie ze względu na wiek.

Przeszła kawałek dzielący ją od drzwi jej domu, żeby potwierdzić informację u dziadka Bortola. Po chwili przypomniała sobie, że przecież z samego rana wyszedł na wyrąb i że pewnie nie wróci przed zachodem słońca.

Przepędziła tylko kury, które leniwie grzebały w opadłych liściach wielkiego orzecha rosnącego po drugiej stronie podwórka, i podeszła na skraj placyku, żeby zerknąć na to, co się działo w dole.

Z kominów domów położonych w niższej części wsi wznosiły się długie pióropusze gęstego dymu. Na wojskowej drodze nie było żywej duszy, z wyjątkiem jej babki Neny schodzącej do studni z tobołkami brudnych szmat do prania. Kiedy staruszka minęła psa myśliwskiego zamkniętego w jednej z wielu zagród, ten zaszczekał wściekle, ale pieklił się tak od zawsze i nikt już nie zwracał na to uwagi.

Jeszcze niżej, za masywami wzgórz, rozciągała się nizina, tak nieruchoma i szara, że z trudem dało się odróżnić, gdzie się kończy, a gdzie zaczyna się niebo.

Mario, który tymczasem zasiadł na ławeczce przy frontowej ścianie domu Cateriny, teraz budował z liści wawrzynu małą piramidę na drewnianych deskach siedziska.

Caterina wróciła do niego w podskokach.

– Wydaje mi się, że to nieprawda. Wszystko wygląda zupełnie normalnie.

Podniósł głowę.

– Mówię ci, że wojna się skończyła – powtórzył. – Wiem to na pewno.

Caterina wspięła się na ławkę i stanęła na palcach, żeby dojrzeć żołnierzy w swojej kuchni.

Wojskowy kucharz, jak codziennie rano, obierał ziemniaki przed paleniskiem, siedząc na stołku, na którym zawsze siadywał – z szeroko rozstawionymi nogami, żeby zrobić miejsce na wielgachny brzuch. Drugi żołnierz, znacznie szczuplejszy, krzątał się po okopconej izbie; ustawiał miedziane garnki jeden na drugim na wielkim stole, na którym zazwyczaj rozdzielali jedzenie na racje. Jeden blaszak spadł mu na podłogę, a soczyste przekleństwo, które rozległo się tuż po huku, doszło wyraźnie ich uszu.

– Widzisz? – Caterina wycelowała palcem wskazującym w zakurzoną szybę okienka i narysowała na niej linię. – Oni dalej tam są, jak każdego ranka.

– Nie wiem. Może za kilka dni wyjadą – odparł Mario, rozkładając ręce.

Kamień w brzuchu Cateriny stwardniał i rozrósł się na moment tak bardzo, że zabrakło jej tchu.

– Chodź ze mną – zwróciła się do przyjaciela i zeskoczyła z ławki.

Złapała go za rękę i zanim zdążył zaprotestować, pociągnęła go za sobą w dół zbocza. Wybiegli poza granicę domów i zagród z grządkami, tam gdzie łąki pokryte zeschłą trawą ciągnęły się jak okiem sięgnąć i nic nie przesłaniało widoku.

– Dziadek mówi, że front jest tam. Że Austriacy są od nas rzut beretem! – krzyknęła, wyciągając palec w stronę przypadkowego odcinka trawiastego grzbietu Monte Serony. Łagodny masyw wznosił się na prawo od wsi, z drugiej strony doliny.

Mario nic nie odpowiedział.

Wrona przeleciała, kracząc nad ich głowami.

Caterina opadła tyłkiem na kupkę zimnej ziemi, jeden z wielu śladów bytowania kretów.

Westchnęła, a następnie wyrwała kępkę pożółkłej trawy i rzuciła ją w dół zbocza.

Oboje wpatrywali się w bryłkę ziemi toczącą się tam, gdzie zaczynały się grządki.

– Dlaczego jesteś taka smutna? Ja się cieszę, że wojna się skończyła. Wszyscy się cieszą – powiedział, siadając obok niej.

Caterina spoglądała na niego z niedowierzaniem.

– No ale co my teraz zrobimy, jeśli już nie będzie wojny?

Tak jak przewidział to Mario, jako pierwsi wynieśli się żołnierze, którzy zajmowali kuchnię w domu rodzinnym Cateriny. Nieoczekiwanie w chałupie przybyło pomieszczeń, do tego stopnia, że zdarzało się, iż dzieci i dorośli spędzali nawet i po pół dnia w dwóch różnych miejscach: dziadkowie pracowali w oborze, matka robiła na drutach przed kuchnią, a ona i Linda, o rok młodsza, przesiadywały na piętrze, same. Chuchały na szyby i odbijały na nich usta i dłonie albo robiły miny do wielkiego lustra w szafie.

Czasem, zamiast kręcić się po domu, w którym teraz zdaniem Cateriny można było się zgubić, siadywała na skraju wojskowej drogi i obserwowała stamtąd korowód żołnierzy schodzących z gór w niziny.

Kiedy ją mijali, próbowała ich pozdrawiać, ale oni szli ze wzrokiem wbitym w ziemię. Jakby tylko pragnęli zostawić to miejsce za plecami, jakby góry nagle stały się odrażające. Nie zatrzymywali się nawet przy drzwiach Marii, gdzie jeszcze kilka tygodni wcześniej piechurzy przepychali się między sobą, byleby tylko zechciała ich przyjąć.

Co jakiś czas rozlegało się ryczenie osła. Żołnierz wzywał swojego kamrata maszerującego nieopodal. Sokół przemykał jak strzała po szarym niebie ze świstem, który zdawał się rozbrzmiewać tuż nad ich głowami. Później długo nic, tylko postukiwanie kopyt i skrzypienie butów po żwirowej drodze. Nieco dalej w dole cała ta procesja wchodziła w zakręt i znikała pochłonięta przez leśną gęstwinę.

Z podwórza domu Caterina mogła śledzić ruch wojsk na przestrzeni kilku kilometrów. Obserwowała, jak długie kolumny maszerujących docierają do cmentarza w Calvene i omijają strome wzgórza Bregonze. Zdarzało im się z Mariem spędzać całe popołudnia, siedząc pod orzechem i czekając na moment, w którym poruszające się kolumny wsiąkały w jednolity krajobraz niziny i ostatecznie przestawały istnieć. Czasem zdawało jej się, że dochodzi do tego na wysokości Zugliano. W inne dni, te bardziej przejrzyste – trochę dalej, w miasteczkach, o których dziadek mówił, że to Thiene i Villaverla. Któregoś razu Mario uparcie zapewniał, że śledził wojska aż do Vicenzy.

Niedługo później rozmontowano również kolejkę linową, w którą dzieci długo wpatrywały się z zachwytem: pakunki wielkie jak krowy leciały pod nią wzdłuż grzbietu góry, jakby dostały skrzydeł. W miejscu jej niekończących się linii, pośrodku zbocza, pozostała tylko długa blizna wyrąbanych drzew. Zostawili wyłącznie grube cementowe filary u podnóża. Kiedy Caterina schodziła z matką do studni, łamała sobie paznokcie, zdrapując mech, który szybko porósł ich zimną i szorstką powierzchnię.

Mario nie chciał już dłużej kryć się wraz z nią w skalistych rozpadlinach Val Scury, gdzie zwykli się chować, kiedy w oddali słychać było eksplozje. Teraz, odkąd żołnierze się wynieśli i wybuchy ucichły na dobre, tysiącem dolin i dolinek, którymi wyżłobione było przedgórze, niosło się z frontu wyłącznie niewinne szemranie wiatru unoszącego sterty suchych liści.ROZDZIAŁ 2

Mniej więcej od tygodnia, odkąd przyszedł list z gminy z informacją o tym, że wujowie Lino i Vittorio ponieśli śmierć na wojnie, babka nie była sobą. Dzień i noc siedziała w bezruchu przed piecem, modląc się za dusze synów i mrucząc pod nosem niezrozumiałe słowa. Jak zaklęta w kamień, niczym żaby, które od czasu do czasu Caterina znajdowała hibernujące w zimnej wodzie w studni. Na próżno usiłowała dźgać je palcem.

Babka przestała mówić i jeść. A co dopiero opowiadać Caterinie historie – do tego to już w ogóle nie miała głowy.

Matka z kolei od dnia, w którym doszły ich wieści, nie mogła znaleźć sobie miejsca.

– Słyszeliście? – Podrywała się na każdy nieznany dźwięk, choćby najcichszy. – Czy to aby ktoś nie idzie?

– Nie, Virginio – odpowiadał dziadek, potrząsając głową.

Jej jednak czasem nie interesowała nawet odpowiedź, jakby rozmawiała sama ze sobą.

Jeśli akurat byli w domu, zapominała o polencie zostawionej na ogniu i porzucała w połowie czesanie Lindy. Biegła jak oszalała pod metalowe ogrodzenie i przyciskała twarz do siatki, żeby poszerzyć pole widzenia choćby o kilka metrów.

Jeśli stała przy studni, rzucała się pędem drogą aż do zakrętu, zostawiając namydlone ubrania na drewnianej desce. Kiedy wracała, strasznie się wściekała i wyżywała na mokrej bieliźnie, tarła ją i wyciskała z taką siłą, że zaczerwienione od zimna knykcie zaczynały krwawić.

Nawet nocą nie przestawała się wiercić, aż skrzypiała pod nią słoma w sienniku, a ten głuchy, nieprzyjemny dla uszu odgłos zakłócał spokojny sen pozostałym domownikom. Czasem Caterina słyszała, jak wstaje i schodzi po stopniach trzeszczących pod jej lekkimi krokami. Którejś nocy poszła za nią. Zastała matkę u podstawy schodków, w progu otwartych na oścież drzwi, wpatrującą się w słabą łunę na nizinie. Nie otuliła się chustą, a lodowate powietrze podwiewało jej nocną koszulę. Caterina podeszła do niej i próbowała ścisnąć jej palce, ale matka wyrwała dłoń.

Nie dbała ani o nią, ani o jej siostrę Lindę, której jedyną rozrywką było teraz siedzenie przez cały dzień pod kuchennym stołem, gdzie próbowała wyrywać pióra kurom chowającym się w domu w poszukiwaniu ciepła.

Odkąd któregoś poranka znaleźli w oborze swoją kozę, Czarnulkę, zimną i sztywną, matka zdawała się jeszcze bardziej roztargniona.

Już od jakiegoś czasu kózka była nerwowa: stukała rogami o ściany zagrody i drapała kopytami w drzwi. Tamtej nocy potrąciła drabinę opartą o belkę stryszku, na którym trzymali siano, a ta, spadając, złamała jej kark.

– Biedulka. Może chciało jej się kozła – skomentowała Virginia, wlokąc na zewnątrz truchło zwierzęcia. Przepłakała później cały dzień zawinięta w swoją czarną chustę.

A Caterina nic, tylko zastanawiała się, skąd teraz będą brali mleko.

Słońce zaszło już jakiś czas temu, a gęsta mgła unosiła się znad niziny. Na zewnątrz nie było żywej duszy. Okaleczone rodziny pozamykały się w domach, domowe ptactwo drzemało w kurnikach, a kozy, kiedy tylko znalazły okazję, wślizgiwały się w wilgotne ciepło obórek. Nawet Mario ją porzucił, bo zbliżał się czas kolacji.

Czekając, aż ktoś z domowników zorientuje się w jej nieobecności, Caterina bawiła się w akrobatkę na kamiennych murkach wyznaczających granicę uprawnych tarasów. W nieśmiałym wciąż półmroku nadciągającego wieczoru stawiała stopy na białej linii równo ułożonych kamieni.

Co jakiś czas ześlizgiwała się z wilgotnych głazów i lądowała na ziemi pośród mokrego listowia chryzantem rosnących bujnie na skraju poletek. Co i raz musiała przystanąć, żeby podrapać się wściekle po ramionach podrażnionych szorstką i sfilcowaną wełną swetra.

Rąbek księżyca wyjrzał zza kłębiastych mas chmur przesłaniających nocne niebo. Caterina znieruchomiała i przeniosła wzrok na tonącą we mgle nizinę, która, jak okiem sięgnąć, wyglądała na ogromną miskę pełną mleka. Pomyślała, jaki byłby to piękny widok, gdyby i góra zapadła się w mleczną toń. Zniknęłyby wtedy jałowe doliny, opustoszała droga i nagie wierzchołki wzgórz. Gdyby mgła pochłonęła wszystko, ona mogłaby wyobrazić sobie inny świat. Świat, w którym mama wciąż byłaby wesoła i w którym Maria znów wplatałaby sobie we włosy róże, żeby zwabić do siebie żołdaków. Świat nadal pełen żołnierzy, krzyków i eksplozji. Krótko mówiąc – pełen życia, taki, jakim był jeszcze nie tak dawno temu.

Dokładnie w tej chwili z drogi doszedł ją słaby odgłos kroków na żwirze. Pies Beniamina zaczął szczekać i drapać nerwowo pazurami w ziemi. Ogniwa łańcucha, na którym był uwiązany, zajęczały i brzęknęły jedne o drugie.

Caterina dojrzała powolną czarną postać, która właśnie zeszła z drogi i wspinała się w kierunku podwórza. Odkąd wojskowi wynieśli się na dobre, rzadko się zdarzało, by ktoś przechodził przez ich okolicę. Tym bardziej wieczorem, takim jak ten – bo jeszcze chwila i przechodzień nie widziałby zupełnie nic dalej niż pół metra od czubka własnego nosa.

Zeszła z murku, wtykając ostrożnie stopy w szczeliny pomiędzy kamieniami, i pobiegła do domu. Przybysz był tak brudny i tak okutany w bezkształtne gałgany, że nabrała pewności, iż to mężczyzna, dopiero gdy stanęła z nim twarzą w twarz.

On zdawał się nie zauważać jej obecności, odsunął ją ze swej drogi, jakby była rośliną albo motyką porzuconą na gumnie, i kroczył dalej, powoli, nie odrywając oczu od ziemi.

Caterina ruszyła w ślad za nim.

Minęli drzwi domu Maria, pierwszy budynek, licząc od drogi. Jej przyjaciel zapukał w szybę od środka, żeby ją pozdrowić, a ona w odpowiedzi uniosła rękę.

Nowo przybyły natomiast nadal nie dawał po sobie poznać, czy w ogóle ją zauważył.

Kiedy znaleźli się przed wejściem do jej domu, poczuła się w obowiązku pociągnąć go za portki.

– Dlaczego jesteś taki brudny?

Mężczyzna się zatrzymał.

Przeniósł na nią oczy.

– Ile masz lat?

Caterina podniosła rękę z zamkniętym kciukiem i dumnie uniesionymi pozostałymi czterema palcami.

Nie przestawał na nią patrzeć.

– A jak masz na imię?

W tej samej chwili matka otworzyła drzwi.

Jej krzyk po tym długim okresie ciszy sprawił, że Caterina podskoczyła w miejscu.

Obserwowała, jak matka rzuca się na nieznajomego, ściska go i całuje z uczuciem, jakiego nigdy jej nie okazywała.

– To twój ojciec! – krzyknęła do Cateriny w tej jednej krótkiej chwili, gdy się od niego oderwała. – Twój ojciec wrócił!

Po raz drugi w ciągu ostatnich kilku dni poczuła, jak kamień rozrasta się w jej żołądku.

Przecież ten odrażający człowiek nie mógł być jej ojcem. Zawsze wyobrażała go sobie jak Chrystusa ze świętego obrazka, który zostawił im ksiądz, kiedy przyszedł pobłogosławić domostwo. Błękitne oczy, długie falowane włosy, jasna skóra i serce na dłoni. To przecież niemożliwe, żeby to temu brudnemu żołnierzowi matka na każde Boże Narodzenie wysyłała kawałek dobrego sera i parę skarpet z miękkiej wełny.

– A co to za jazgot? – burknął dziadek, zjawiając się w drzwiach, i splunął z rozmachem na ziemię.

Na widok mężczyzny umilkł. Dopadł go, zagarnął w ramiona i w jednej chwili sam zaczął szlochać.

– Neno! Neno! Chodźże no tutaj! – krzyczał do babki.

Sąsiedzi, zaintrygowani wrzaskami z zewnątrz, uchylili odrobinę drzwi do swoich domów i wystawili głowy.

Adele i Silvano podeszli jako pierwsi, bo byli starszymi ludźmi i mieli mniej zajęć niż pozostali. Po chwili dołączyły do nich inne kobiety, z którymi dzielili podwórze: Rosa, Elsa, Beata, a także Irma trzymająca Maria za rękę. Wszyscy otoczyli wianuszkiem brzydkiego, brudnego mężczyznę: a to kładli mu dłoń na ramieniu, a to gładzili po włosach.

Caterina nadal nie rozumiała, co takiego właściwie się dzieje; wiedziała jednak, że w takim małym tłumie łatwo dostać od kogoś przypadkiem kolanem – dlatego też wyślizgnęła się na zewnątrz pomiędzy nogami dorosłych. Wbiegając do domu, prawie przewróciła babkę, która po raz pierwszy od wielu dni wstała ze swojego ulubionego krzesła i wyjrzała na zewnątrz. Pędząc po schodach na górę, żeby ukryć się w którejś izbie, przeskoczyła niezgrabnie jeden stopień i wyrżnęła kolanem w następny, zdzierając sobie naskórek.

– Lindo, Lindo! Chodź zobaczyć! – krzyknęła, wpadając do pokoiku, w którym ona i jej siostra spały razem z matką.

Dziewczynka usiadła na sienniku, przez moment przecierała oczy, po czym znów się położyła.

Caterina uznała, że da jej spokój, i podbiegła do okna w sypialni dziadków, jedynego pomieszczenia na piętrze z widokiem na podwórze.

Obserwowała z góry, jak tłum przy drzwiach się rozrasta: do grona gapiów dołączali nawet niektórzy mieszkańcy domów z dolnej części wioski. Ostatnia zjawiła się Maria, która podeszła, bijąc brawo – jako jedyna na ramiona miała zarzuconą czerwoną chustę, a nie czarną, i jako jedyna ucałowała go w policzek.

W końcu mama złapała nieznajomego za ramię i pociągnęła do siebie, jakby należał tylko i wyłącznie do niej, a gromadka sąsiadów rozstąpiła się, żeby dać im przejść.

Widząc, jak idzie w stronę wejścia, Caterina poczuła, że jej oczy wypełniają się łzami. Dlaczego nie poszedł do Beaty, która straciła męża na wojnie? Albo do Marii? Maria była taka piękna.

– Cały jestem we wszach – usłyszała jego głos jeszcze za progiem.

Matka pomogła mu się rozebrać. Jej z kolei nie kazała ściągać ubrań od wielu dni, i nagle od swetra znów zaczęło ją wszystko swędzieć.

Mężczyzna wszedł do domu w samych majtkach. Był brudny, słaby i tak chudy, że można było policzyć na nim wszystkie kości.

Caterina zeszła po dwóch pierwszych stopniach i wyciągnęła szyję nad poręczą, żeby mieć lepszy widok na izbę na dole.

Nigdy nie widziała tam takiego poruszenia, nawet kiedy myśleli, że Austriacy wyłamują się z frontu i ruszają odebrać im ich domy.

Dziadek nic, tylko krążył od stołu do umywalki i od umywalki do stołu, z miską w jednej ręce, jakby czegoś szukał. Parę razy wpadł na babkę, która zdawała się owładnięta podobnym zmieszaniem. Mama z kolei nie była w stanie wyciągnąć patelni z kredensu i hałasowała tylko okropnie, uderzając rączką w drzwiczki mebla. W końcu zmęczyła się wyciąganiem, dźwignęła się na nogi i zderzyła z dziadkiem, wytrącając mu z ręki miskę, która upadła na ziemię i roztrzaskała się na kawałki.

Caterinie wszyscy wyglądali na ogłupiałych, jakby nie wiedzieli, w którym kierunku się poruszać. Jak muchy uwięzione pod szklanką.

Jedyną osobą, która zdawała się nic sobie z tego nie robić, był sam przybysz. Siedział nieruchomo przed kuchnią, z kocem zarzuconym na ramiona, i spoglądał na gęsty dym z wciąż jeszcze wilgotnych polanek, których w pośpiechu dorzucono do ognia.

Dziadek podszedł do drzwi wejściowych w pobliżu schodów, żeby wpuścić do środka trochę powietrza, i nawet nie zwrócił uwagi na Caterinę przycupniętą przy poręczy na ich szczycie. Lodowaty prąd powietrza zdradziecko wdarł się po stopniach na górę, zawirował pod jej spódniczką i sprawił, że przeszedł ją dreszcz.

Dlaczego nikt już się o nią nie troszczył?

Swędzenie znów stało się nie do wytrzymania. Miała ochotę zerwać z siebie sweter, ale zmechacona wełna była sztywna i ciasna. Zakręciła się kilka razy wokół własnej osi, podciągając sweter z przodu, i zahaczyła plecami o krawędź poręczy, żeby go z siebie zedrzeć. Kiedy udało jej się przeciągnąć go przez głowę, zwinęła go w kulkę i cisnęła nim po schodach. Obserwowała, jak stacza się w dół, i z każdym stopniem czuła, jak rośnie w niej złość. Postanowiła, że nazajutrz wyruszy na poszukiwanie nowej rodziny, z kochającą mamą i dziadkami, którzy nie będą szczędzić jej czułości. Może pójdzie do Beaty, bo przynajmniej u niej w domu ojciec już na pewno nie żył.

Po chwili usiadła na ostatnim stopniu i podrapała się po ramionach tak mocno, że oderwały się wszystkie strupki. Kiedy poczuła, jak opuszki palców wilgotnieją jej od krwi, wstała i poszła położyć się obok Lindy śpiącej spokojnym snem – wciąż nieświadomej nieszczęścia, które na nie spadło.

Przez pierwszy tydzień ojciec nie podniósł się z łóżka. Jego bliskość, zwłaszcza w nocy, była czymś gorszym, niż kiedy w górach czaili się Austriacy.

– Szczęściara z ciebie, że wrócił twój tata – powtarzała jej Lucia mieszkająca w domu przez ścianę, kiedy grały w klasy na żwirowej drodze.

Caterina spoglądała na nią z niedowierzaniem.

– Jeśli chcesz, to możesz go sobie wziąć. Jest wstrętny. I jeszcze wszy nam do domu przyniósł.

Po jakimś tygodniu, w okolicy południa, kiedy polenta dochodziła na ogniu, a oni wszyscy już siedzieli przy stole, usłyszeli skrzypienie schodów. Jej ociec zjawił się w kuchni. Miał na sobie za duże ubranie, którego Caterina nigdy wcześniej nie widziała w domu. Ledwie trzymał się w pionie i tylko podpierał się ręką o ścianę.

– Wyjdę przejść się po podwórku – powiedział.

Matka upuściła łyżkę do miedzianego kociołka zawieszonego nad paleniskiem i podeszła, żeby go wesprzeć.

– Pójdę z tobą.

Wszyscy wpatrywali się w tę scenę. Caterina nawet wstrzymywała oddech.

Odsunął żonę gestem dłoni i, zataczając się, wyszedł.

Zza krat w oknach obserwowali, jak przechodzi przez dziedziniec, podpierając się o kamienne ściany przylegających do siebie domów, i skręca za tym należącym do Irmy, ostatnim w rzędzie.

Kiedy zniknął im z widoku roztaczającego się z kuchennego okna, wszyscy pobiegli na górę do izby, która wychodziła na drugą stronę. Patrzyli, jak z mozołem wspina się po zboczu i dociera do murku wyznaczającego granicę ich poletka.

Mama płakała.

– Patrzcie, Bortolo. Przed wojną przesadziłby murek jednym susem – zwróciła się do dziadka. – A teraz musi na nim siąść, żeby przedostać się na drugą stronę. Już mu takie kalectwo zostanie?

Dziadek nie odpowiedział.

Zaczął siąpić deszcz, ale Cesco nie ruszał się z miejsca. Nawet nie próbował przejść na drugą stronę murku. Siedział nieruchomo na kamieniach. Może patrzył na białe niebo i wilgotne łąki, na ostatnie główki pożółkłej kapusty na jesiennej ziemi.

Po chwili włosy i plecy kapoty pociemniały mu, nasiąknięte wodą.

– Jak tak będzie siedział na zimnie, to go śmierć zabierze. Co mam zrobić? Chyba pójdę i go stamtąd wezmę? – zapytała mama.

– Zostawmy go w spokoju – odparł dziadek, potrząsając głową. – Lepiej będzie, jak siądziemy w kuchni i zaczekamy, aż sam wróci.

Cesco sam nie wrócił. Kiedy minęło pół godziny, odkąd nie mogli go dostrzec przez żadne z okien, ruszyli go szukać. Dołączyli do nich zaalarmowani inni mieszkańcy wsi.

Znaleźli go Caterina i Mario, którzy w trakcie poszukiwań wślizgnęli się do stodoły Beaty, żeby ogrzać się między kozami. Cesco nic nie robił, siedział tylko na wiązce chrustu i gapił się na sznur wiszący pod sufitem. Zwierzęta podchodziły go wąchać, ale on zdawał się tego nie zauważać. Nie odwrócił się, kiedy zawołała go Caterina, a nawet kiedy podeszła do niego powoli i dotknęła jego ramienia.

Po chwili do stodoły wpadli sąsiedzi.

– Przysięgam, że to nie ja ją tam zamotałam – usprawiedliwiała się Beata, w pośpiechu rozwiązując dyndającą linę.

Matka podniosła męża z ziemi i zaprowadziła do domu.

Polenta zwęgliła się na dnie miedzianego garnka.

A o sznurze nikt już więcej nie powiedział ani słowa.

Zimowe tygodnie płynęły całkiem podobne do siebie, bez większych wydarzeń. Dziadkowie, odkąd Cesco wrócił do domu, przenieśli się do siebie do Pradelgiglio, gdzie mieszkali jeszcze przed wojną, i teraz rzadko ich odwiedzali. Caterina obserwowała z daleka ich dom, w dolinie po drugiej stronie: jeden pośród innych kamiennych budynków u stóp długiego, jałowego zbocza Costo Magro, i na ten widok mijał jej apetyt.

– Jedzże, dziecko, Chryste Panie! Jak nie będziesz jadła, to nie urośniesz! – krzyczała na nią matka co wieczór.

Caterina siedziała cicho, ze wzrokiem utkwionym w misce kawy zbożowej z kawałkami polenty w środku.

Nie wiedziała, jak jej wytłumaczyć, że w brzuchu ma pełno kamieni.

Na święto Niepokalanego Poczęcia babka obcięła jej włosy, bo od powrotu ojca nie zdołali pozbyć się wszy. Zebrali z ziemi jej czarne, wijące się kosmyki, i wrzucili je do gnojówki.

Minęło Boże Narodzenie, minął pierwszy dzień nowego roku, i nie zajrzała do nich nawet Befana, bo w tamtym roku miała zbyt wiele roboty i nie zostawiła dzieciom nic, ani orzecha, ani gruszki. Tylko Mario znalazł w swojej skarpecie trzy jabłka, garść suszonych kasztanów i parę rękawiczek z ciemnej wełny – i nie były to zwykłe chwytaki byle jak zrobione na drutach, ale prawdziwe rękawiczki, z miejscem na każdy palec z osobna. Caterinę ogarnęła złość, bo nie uważała, by zachowywał się lepiej od niej, i w końcu Mario oddał jej swoje rękawiczki.

Cesco nie wychodził już z domu, leżał tylko w łóżku. Od czasu do czasu zaglądał do kuchni i zapadał w drzemkę przed paleniskiem. Zdarzało się, że głowa opadała mu do przodu, i po chwili coś w rodzaju nagłego skurczu szyi sprawiało, że nerwowo podrywał ją do góry.

– Dlaczego poślubiłaś tatę?

Były akurat w oborze i mama moczyła kurę w miednicy, upewniając się, że woda weszła głęboko między pióra, bo był to sposób, żeby kura przestała wysiadywać.

– W ogóle nic nie mówi i do niczego się nie nadaje – dodała Caterina.

Virginia wyciągnęła przemoczonego już ptaka, wetknęła kurze głowę pod skrzydło i zaczęła obracać ją dookoła. Kura, ogłupiała, oddaliła się niezgrabnie od jajek. Przeszła przez pomieszczenie i zderzyła się dziobem z przeciwległą ścianą. W końcu znalazła drzwi i wyszła na zewnątrz.

– Nareszcie – mruknęła matka, prychając. Wytarła czerwone i spuchnięte dłonie o spódnicę i odgarnęła nieistniejący kosmyk włosów z oczu. – Twój ojciec nie zawsze taki był. Wojna to wstrętna bestia, Nino. Wcześniej był inny. Gadał, czasem się śmiał.

Chwyciła obiema rękoma małą kurkę przycupniętą na słomie nieopodal.

– Z bożą łaską od Przenajświętszej Panienki może ojciec wróci do tego, jaki kiedyś był. A był z niego chłop jak malowany. – Virginia oderwała od ptaka prawą dłoń, żeby się przeżegnać. – Teraz zostaw mnie już w spokoju, bo mam dużo roboty.

Umieściła kurkę nad jajkami i przytrzymała ją, dopóki ta nie zgięła jednej łapki, a później drugiej.

Caterina wskazała palcem na wystraszonego ptaka.

– Nie wygląda na zadowoloną.

Virginia podniosła głowę.

– Bodajbyśmy mogli robić tylko to, na co mamy ochotę. Duża kura musi znów zacząć się nieść, nie ma czasu, żeby zajmować się kurczakami.

Po rozmowie z matką Caterina zaczęła przyglądać się ojcu z baczniejszą uwagą. Kiedy zasypiał przy kuchni, siadała na podłodze i od dołu wpatrywała się w jego kołyszącą się twarz. Nie przypominał szczególnie Chrystusa ze świętego obrazka, ale obaj mieli rudawe brody, blade policzki i cierpiące miny. Pewnego wieczoru, kiedy gwałtownie zbudził go zwykły dreszcz, Caterina odkryła, że i on ma błękitne oczy.

W marcu któregoś poranka ojciec przemówił.

– Jutro wybiorę się na hale narąbać drewna.

Matka wlepiła w niego oczy.

– No ale jak. Na gałęziach już są pąki.

– Wiem, ale trzeba oczyścić las.

Nazajutrz wyszedł, nie dodając ani słowa. Silvano zasięgnął rady u Adele, po czym zaoferował, że pójdzie z nim.

Virginia, wzdychając i potrząsając głową, przystanęła w progu, by odprowadzić ich wzrokiem, aż w końcu mężczyźni dotarli do zakrętu wojskowego traktu, za którym droga lekko się wznosiła.

Pod nieobecność ojca w domu Cateriny zawitała wiosna. Nie minęło kilka dni i nastała dobra pogoda – nareszcie otworzyli na oścież wszystkie okna, a niskie belki pod sufitem zdawały się jakby unosić do góry. Mama uśmiechnęła się parę razy, a wieczorem nawet dała jej całusa na dobranoc. Lindzie przeszły kolki, a Caterinie minęło swędzenie. Kury znów zaczęły się nieść, a koty marcować i spółkować na podwórzu, podczas gdy ona wraz z Mariem podglądali je przez szpary szopy na siano i zaśmiewali się jak obłąkani.

Cesca nie było w domu ponad tydzień. Tamtego wieczoru, gdy wrócił, w portkach powalanych ziemią i z podartym rękawem koszuli, Caterina i Linda zostały odesłane na noc do łóżka dziadków, i odtąd przestały sypiać w pokoju rodziców.

Nie minęło kilka dni, a Silvano zdołał sprzedać drewno do któregoś zakładu w Zugliano i przyniósł im pieniądze. W pierwszy poniedziałek kwietnia, jeszcze przed świtem, matka wybrała się na targ w Thiene i wróciła w porze obiadu z brązową kozą, tak jeszcze nienawykłą do gór, że już w drodze powrotnej wyszczerbiła sobie kopyto. I jej dostało się imię Czarnulka, a Caterina znów zaczęła pijać mleko.ROZDZIAŁ 3

Jako pierwsze rozkwitały czereśnie w Costo Magro, ale już kilka dni później wszystkie zbocza odziewały się w odświętne szaty, białe jak wiosenne chmury i prześcieradła wywieszone w oknach na procesję z okazji Wielkiego Piątku.

W maju Caterinę w towarzystwie dziadków posłano na pastwiska zwane halami razem z dwoma dopiero co zakupionymi jałóweczkami, które przed trudami letniego wypasu musiały jeszcze przywyknąć do życia na zewnątrz.

Wśród rozległych łąk i lasów pełnych buków i grabów Caterina odzyskała apetyt, a babka zdolność ruchu. Nena nie była już tak szybka jak niegdyś, wszystko robiła powoli, jak gdyby ciągnęła za sobą jakiś ciężar przytwierdzony do niej niewidzialnymi nićmi. Teraz przynajmniej wreszcie zaczęła mówić, a czasem nawet się śmiała.

Nocami spali we trójkę na sianie na stryszku, gdzie Caterina cieszyła się ciepłem ciał dziadków pachnących trawą i potem; pod nimi, w obórce, przeżuwały jałówki i drzemały kozy.

O świcie, kiedy wielgachne światło, które na zewnątrz zdążyło zająć już każdy zakątek nieba i łąk, zaglądało do środka przez szczeliny między deskami budynku, dziadek wstawał jako pierwszy, by wydoić kozy i wypuścić je na świeże poranne powietrze.

Chodził zagotować mleko do małego kamiennego szałasu nieopodal obory i później do nich wracał.

– Nena, Nina. Nena, Nina! – krzyczał, stając przy drabince prowadzącej na strych, gdy wszystko było gotowe. – Schodźcie, czas na śniadanie.

Caterinie na sam dźwięk dziadkowego „Nena, Nina” mijał głód. Zrywała się na nogi jak sprężyna i zaczynała pośpieszać babkę, która była tak powolna, że przypominała jaszczurkę tuż po przebudzeniu. Zdawało się, że nie ma ani krzty ochoty, by zanurzyć się w przepastnym morzu światła oczekującym ich na zewnątrz.

Za dnia dziadkowie kosili trawę, a Caterina nie odstępowała ich na krok i zbierała siano w błysku ich sierpów palcami rozpostartymi jak grabki. Kiedy przychodził czas przerwy, wracała do kamiennej chałupki i piła chłodną wodę prosto z wiadra zawieszonego na haku.

Z małego okienka obserwowała dziadka i babkę siedzących z twarzami zwróconymi ku nizinie. On z zaokrąglonymi plecami, wysoki i szczupły, ona – cała okrąglutka. Dziadek często przesuwał ręką po plecach żony, a ona wolną dłonią ściskała jego palce. Caterinie zdawało się to dziwne: to dzieci się do siebie przytulały, ale już starcy – nie. Biegła wtedy ile sił w nogach po zboczu, by do nich dołączyć. Wpychała się pomiędzy nich i przywoływała ich do porządku.

Czasem też wyciągała się pod starym bukiem rosnącym przed kamienną chatką i zachwycała się widokiem listowia pod słońce. Jeśli nieopatrznie usiadł na niej jakiś kapustnik, to szybkim ruchem chwytała go w garść.

– Niektóre rzeczy można tylko oglądać – tłumaczyła jej babka, kiedy Caterina rozwierała spocone rączki, z których wypełzał szarawy owad niezdolny już do lotu. – Wystarczy raz ich dotknąć, a do niczego nie będą się już nadawać.

Caterina rozpaczała i próbowała raz po raz podrzucić motyla do lotu. Zazdrościła przy tym Mariowi, któremu udawało się zwabiać motyle do szklanego słoika całkiem nietknięte. Umierały z wciąż jeszcze pięknymi skrzydłami.

Jaka szkoda, że Maria nie było tu z nimi w górach.

Caterina i dziadek siadywali na dwóch wielkich głazach pod rozłożystym bukiem, i weszło im w zwyczaj gawędzić nieco w tych chwilach. Z wysoko położonych pastwisk niziny zdawały się nieskończone i nierealne. Dziadek wskazywał jej na odległe miasta, obok rysujących się na horyzoncie wzniesień na przedgórzu, i odgadywał z większą lub mniejszą pewnością ich nazwy: Thiene, Vicenza, Padwa...

Któregoś wyjątkowo przejrzystego poranka migotanie na horyzoncie zyskało nazwę Wenecji.

Caterina wybałuszała oczy, jak tylko się dało, byle wykraść miastu jego tajemnicę.

– Dziadku, a czy ty byłeś kiedyś w Wenecji?

– Nigdy.

– A widziałeś morze?

– Nigdy.

– Jakie ono jest, jak myślisz?

Dziadek zastanowił się przez chwilę.

– Takie jak bajoro dla krów na Costa Mare, ale o wiele, wiele większe.

– A byłeś kiedyś w mieście?

Dziadek wetknął sobie źdźbło trawy między wargi tak cienkie, że wydawały się tylko szczeliną pomiędzy zmarszczkami.

– Raz za młodu byłem w Mediolanie.

Caterina wytrzeszczyła oczy i jej mała rączka ścisnęła suchą i twardą dłoń starca.

– Opowiesz mi?

– Mieszkało tam tyle ludzi, że nawet się między sobą nie znali, wyobrażasz sobie?

Następnie zdarł liście z łodygi, którą trzymał w ustach, i przesunął nią po zębach, żeby je oczyścić.

– A niektóre domy były wyższe od świerków.

– Sięgały wyżej, niż my teraz jesteśmy?

– Nie, aż tak nie. My jesteśmy wyżej.

Caterina odetchnęła z ulgą.

– Pojedziemy tam któregoś dnia?

– Nie, Nina. Ja jestem za stary. Ty pojedziesz, jak dorośniesz.

– Już się nie mogę doczekać tego, jak dorosnę.

Dziadek się zaśmiał.

– Nie ma do czego się spieszyć. Sama zobaczysz, że to, na co czekasz, nie okaże się wcale takie piękne.

Para orłów krążyła w oddali nad szczytami gór. Podążyli wzrokiem za okręgami, które kreśliły na niebie. Dziadek pokazał na nie palcem.

– Ale to już tak. To już jest piękne.

Wieczorem dziadkowie schodzili z pastwisk, z wykrzywionymi kijami zatkniętymi na ramionach i wiadrami kołyszącymi się po obu stronach, żeby zaczerpnąć wody ze źródła płynącego przez nieckę w głębi lasu. Caterina wlokła się za nimi i bawiła z dziadkiem, odgadując nazwy ptaków po ich trelach.

Droga powrotna pod górę była powolna, a ona umilała ją sobie, podskakując wokół nich; z otwartymi ustami i wystawionym językiem łapała krople wody przelewającej się z wiader.

Później czekało ich już tylko wieczorne dojenie kóz. Nowa Czarnulka była łagodna i pozwalała się oporządzać. Rogatka z kolei zazdrośnie strzegła swojego mleka i usiłowała nadziać na rogi każdego, kto do niej podchodził. Tylko dziadek potrafił przemówić jej do rozsądku; szeptał jej do ucha, a koza uspokajała się i wracała do obórki. Caterina myślała, że i z nią jest podobnie, bo słuchała wszystkich, ale najbardziej dziadka Bortolo.

Kiedy wrócili do domu, skóra Cateriny była ciemna i na przedramionach miała ślady podwiniętych rękawów koszuli, tak samo jak u dorosłych.

Napotkała swojego ojca przed drewutnią. Jego błękitne, pozbawione wyrazu oczy zatrzymały się na niej.

– Urosłaś – powiedział.

Nie dodając nic więcej, wrócił do swojego zajęcia: reperował uchwyt wózka służącego mu do pracy.

Caterina się wystraszyła: zdążyła zapomnieć ton jego głosu i nigdy nie przeszło jej przez myśl, by kiedykolwiek tak naprawdę jej się przyglądał. Nie wiedziała, co mu odpowiedzieć, zatem pobiegła przed siebie za domy, rozglądając się za matką gdzieś na poletku.

Tarasy uprawne zmieniły się teraz nie do poznania, nie miały nic wspólnego z twardym, nagim gruntem z ubiegłych lat. Całe porośnięte były kukurydzą. Fasolka szparagowa, wijąca się wokół patyków, chyliła się ku ziemi pod ciężarem pękatych strączków.

Zastała matkę przy ziemniakach. Na głowie miała słomiany kapelusz z szerokim rondem.

– Ale wyładniałaś. Chodź no tutaj, daj się matce wyściskać.

Caterina podbiegła do niej i wcisnęła głowę w jej miękki, przytulny brzuch.

– Nie narobiłaś dziadkom kłopotu? – zapytała, rozburzając czarne proste włosy córki, które sięgały jej teraz poniżej uszu. – Zmawiałaś modlitwę co wieczór?

Caterina, z gardłem ściskającym się ze szczęścia, zdołała tylko oderwać od niej głowę i przytaknąć.

Mama posłała jej uśmiech.

– Chodź, pomożesz mi z ziemniakami.

– Czy tata teraz już mówi? – zapytała półgłosem Caterina, idąc za matką ostrożnie, tak by nie zadeptać roślin.

Kobieta potrząsnęła głową, po czym zgięła się wpół, by rozchylić krzaczek u swoich stóp.

– Tutaj – powiedziała, wskazując na miejsce, gdzie roślina wyrastała z gruntu. – Kop tutaj.

Caterina kucnęła i zaczęła grzebać w ziemi rękoma. Poczuła ból pod paznokciami, nowy i zarazem piękny.

A później zawołał ją Mario spod domów w dole wsi i Caterina zapomniała o ziemniakach, mamie i milczeniu swojego ojca. Otarła ubłocone dłonie o jasną koszulkę i rzuciła się biegiem po pochyłości drogi. Nie mogła się doczekać, aż opowie mu o tym, że widziała Wenecję, i o wszystkich tych nowych rzeczach, których nauczyła się od dziadka. Skończyło się to tak, że oboje wylądowali na ziemi, bo nie zdążyła na czas wyhamować.

Tamtego popołudnia buzie im się z Mariem nie zamykały, aż do momentu, w którym słońce schowało się za grzbiet Monte Summano, a z lasu dobiegły ich pierwsze pohukiwania puszczyka.

Wpatrywał się w nią swoimi wielkimi błękitnymi oczyma. Patyczkiem szkicował na żwirze wszystkie te cuda, o których opowiadała mu Caterina: Wenecję, morze, Mediolan, domy wyższe niż świerki.

– Wyższe niż świerki? – dopytywał po raz enty. – Naprawdę tak ci powiedział?

Caterina skinęła głową.

W tej samej chwili Irma wyjrzała na podwórze, wołając swojego syna.

– Chodź ze mną – szepnęła mu Caterina na ucho, zrywając się na nogi. – Muszę ci jeszcze coś powiedzieć.

Ruszyli drogą naokoło, żeby nikt ich nie widział, i dotarli do szopy na siano babki Maria, jedynego osobnego budynku obok rzędu domów. Miejsce było idealne dla każdego, kto życzył sobie, by mu nie przeszkadzano.

Weszli po drabinie i zrobili sobie przejście w ogromnym stosie słomy zajmującym praktycznie całą przestrzeń. Położyli się na brzuchach na podłodze z drewnianych desek. Przez szczeliny obserwowali Irmę szukającą ich na podwórzu i pukającą do drzwi domu Cateriny.

– Ja tam chcę pojechać. Pojedziesz ze mną? – zapytała go cicho.

Mario spojrzał na nią nierozumiejącym wzrokiem.

– Dokąd?

– Do Wenecji, do Mediolanu... Obojętnie. Do dużego miasta.

Irma skończyła rozmawiać z Virginią i teraz rozglądała się dookoła ze zmarszczonym czołem.

– Nie jestem pewien. Trochę się boję takich dalekich wypraw.

– Dlaczego?

– Przez to wszystko, o czym mi opowiedziałaś.

Caterina ścisnęła go za rękę.

– Ja też tam będę, będziemy dobrze się razem bawić, zobaczysz.

Polna mysz wychynęła spomiędzy słomy tuż obok ich twarzy. Wstrzymali oddech, żeby jej nie wystraszyć.

– No dobrze. To ja też pojadę.

Caterina usłyszała w uszach swoje własne, mocno bijące serce.

– Może powinniśmy złożyć przysięgę? – zaproponowała, jednym susem podrywając się na nogi.

– A jak to się robi? – zapytał.

Dobiegł ich stukot chodaków Irmy na kamieniach, bardzo blisko szopy.

Caterina powiodła wzrokiem dookoła.

– Nie wiem. Pewnie byłoby trzeba zrobić coś ważnego, żeby się liczyło.

On też zaczął się zastanawiać.

– Moi bracia napili się brudnej wody z kałuży, a później wypowiedzieli jednocześnie to samo zdanie.

Mama Maria szła w kierunku drzwi.

Caterina z trudem obróciła się w stogu, po kolana stojąc w słomie.

Wskazała na tłustego czarnego kota zwiniętego w kłębek na stosie drewnianych skrzynek w rogu pomieszczenia.

– A gdybyśmy tak zrzucili go z drabiny, mówiąc jednocześnie, że pojedziemy do Mediolanu?

– Jak cię dopadnę, to tak ci skórę złoję, że zobaczysz! – wrzasnęła w tym samym momencie Irma znajdująca się może parę metrów od wejścia.

Mario podniósł się z podłogi.

– W porządku – odparł cicho. – Ale musimy się pośpieszyć.

Złapali kota, który nawet nie zdążył się obudzić i pojąć, co takiego właściwie się dzieje, po czym rzucili nim z całej siły ze stryszku na ziemię.

Irma otworzyła drzwi dokładnie w chwili, gdy kot leciał w jej kierunku, miaucząc przeraźliwie.

– Jedziemy do Mediolanu! – wrzasnęły równocześnie dzieci.

Na nic zdały się ich wyjaśnienia i pełne skruchy przeprosiny. Tamtego wieczoru Mario poszedł do łóżka bez kolacji, i ten sam los spotkał Caterinę. O kota nie zatroszczył się nikt: leżał na ziemi bardziej martwy niż żywy jeszcze przez kilka dni, a później jakoś dźwignął się na nogi. Choć skakać nie mógł już nigdy.

Pomimo kary Caterina jeszcze przez jakiś czas nie mogła przestać się uśmiechać i myślała, że taka szczęśliwa nie była, nawet kiedy spała pomiędzy dziadkami, ani wtedy, gdy mama od wielkiego dzwonu dawała jej całusa.

Odtąd przez najbliższe tygodnie poletko kukurydzy w dole wsi było jej schronieniem. Pomiędzy roślinami dwa razy wyższymi od siebie wydeptała swoje ścieżki i wybudowała kryjówki. Labirynt stał się jej ulubionym miejscem zabaw z Mariem: chowali się w nim i odnajdywali nawzajem. Jemu łatwiej było zniknąć, bo jego jasne włosy zlewały się z białymi wąsami wyrastającymi z kolb. Wychodzili z pola poobijani i podrapani, z ramionami pokaleczonymi od ostrych krawędzi liści. Przed powrotem do domu pluli na ranki na skórze albo lizali je, żeby choć trochę zbladły i żeby uniknąć bury od matek.

Dokądkolwiek powędrowałby wzrok Cateriny, znajome zbocza nabierały zupełnie nowych kształtów. Kamienne murki wreszcie zreperowano. Tam, gdzie nie rosły strzeliste rzędy kukurydzy, posadzono równo winorośle albo przynajmniej naszykowano ziemię pod kolejny wysiew. Z każdym dniem powiększały się na łąkach stogi siana, którym zimą trzeba było wykarmić zwierzęta. Wysypywało się ze stryszków w oborach, tak były go pełne. Jakby każdy element świata rósł w liczbę albo podwajał swoje wymiary, jakby wymykał się spod kontroli i przekształcał w coś nowego. Nagle wszystko zdawało się pełne.

We wrześniu Caterina nabrała zwyczaju wtulać się w bok matki siedzącej na drewnianej ławce przed domem i splatającej słomiane warkocze. Potrafiła siedzieć tak godzinami, ciesząc się zapachem jej skóry po wewnętrznej stronie łokcia i w zagłębieniu szyi, pachnącej trochę jej potem, a trochę czymś zwierzęcym. Patrzyła na jej zwinne i szybkie palce oraz długie źdźbło splecionej słomy przesuwające się po jej czarnej spódnicy i w końcu lądujące na ziemi. Słuchała opowieści matki o pewnym kupcu z Marostiki, który miał kupić słomiane warkocze na torby i kapelusze dla bogaczy. Dyndała nogami na ławce, odganiając nachalne kury pętające się między ich stopami. Był to jedyny moment całego dnia, który spędzała razem z matką, a jeśli i Linda próbowała do nich dołączyć, to ukradkiem trącała ją łokciem w żebra.

Co jakiś czas mama prosiła, by nieco się od niej odsunęła, na tyle, żeby bez przeszkód mogła wysuwać źdźbła z pęczka trzymanego ciasno pod pachą. Wypowiadała swoje prośby z niecodzienną łagodnością, zupełnie niepodobną do jej zwykłych szorstkich poleceń.

– Nie wciskaj mi się tak w brzuch – rzuciła jej z kolei któregoś wieczoru suchym tonem.

Caterina drgnęła.

– Dlaczego?

– Jak to dlaczego? Spodziewam się dziecka. Nie widzisz, jaka jestem gruba?

Poczuła, jak ciało matki stykające się z jej ciałem sztywnieje, nabiera kanciastego i niewygodnego kształtu.

Brzuch znów wypełnił jej się kamieniami i nie zdołała wysiedzieć ani chwili dłużej.

Przeszła przez podwórze, przecisnęła się między Lucią a Emmą, które miały mniej więcej tyle lat co ona i bawiły się w dom pod orzechem. Nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem, skręciła w ścieżkę prowadzącą w dół, na pole kukurydzy.

Mario wstał z progu, żeby za nią pójść, jak zresztą co wieczór.

– Idź stąd! – krzyknęła, znikając w gąszczu roślin.

Ukryła się pośrodku poletka, gdzie nikt nie mógł jej zobaczyć. Usiadła na grudzie ziemi i objęła ramionami kolana. Wpatrywała się długo w pędy fasoli wijące się wokół łodyg kukurydzy w poszukiwaniu światła. Wyrwała kilka z nich bez zwykłego uczucia satysfakcji i rzuciła daleko przed siebie.

Wróciła do domu, kiedy było już ciemno, i została posłana do łóżka klapsem w tyłek.

W końcu nastał październik i długie kolumny kóz nadciągnęły z okolicznych dolin, a nawet i z niziny, żeby dać się pokryć kozłowi w punkcie kopulacyjnym. Zapachem samca przesiąkły nawet kamienie, z których zbudowane były domy, ziemia, wywieszone pranie i skóra mieszkańców wsi. Wszystko cuchnęło kozłem, czymś brudnym.

Caterina nie znalazła odwagi, by tknąć brzuch swojej matki choćby palcem, a jeśli zdarzało jej się to przypadkiem, odsuwała się jak oparzona. Jej niechęć do milczącego ojca rosła wraz z puchnącym brzuchem. Co rusz zastanawiała się, dlaczego właściwie nie umarł w bitwie jak mąż Beaty. Nie rozumiała, dlaczego Elio i Giobatta wpadli w taką rozpacz, gdy doszły ich wieści o śmierci ojca: mieli swoją mamę tylko dla siebie. A ona od powrotu ojca straciła również dziadków.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij