W imię zemsty - ebook
Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+). Na Lubelszczyźnie ktoś podpala kobiety. Ofiary są przypadkowe, a jednak każda zbrodnia ma dla zabójcy znaczenie. Wierzy, że świat wyrządził mu krzywdę i że tylko on może wymierzyć sprawiedliwość. Wrocławska ekipa dochodzeniowa z Markiem Chrobrym próbuje zrozumieć jego motyw, zanim wybierze kolejną ofiarę. Problem w tym, że w jego świecie winny może być każdy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-168-9 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dokonując pierwszej zbrodni, wie, że to dopiero początek.
Nienawiść, która narastała w nim przez kilkadziesiąt lat, nie zniknie po jednym zabójstwie. Nie może. Zbyt długo żyła w jego głowie. Przez lata zabijał już setki razy. Może nawet tysiące. W wyobraźni, we śnie, w scenariuszach, które układał przed zaśnięciem i odtwarzał następnego dnia.
Tamte ofiary nie krzyczały naprawdę. Nie czuł ich bólu. Nie widział strachu w oczach.
Tym razem będzie inaczej.
Tym razem ból będzie prawdziwy.
Wszystko ma przygotowane. Zna kolejne kroki, bo przećwiczył je wcześniej niezliczoną ilość razy. Nie potrzebuje pośpiechu. Pośpiech jest dla amatorów.
Najważniejsze jest jedno: policja nie może od razu zrozumieć, z czym ma do czynienia.
Musi zostawić im historię, w którą uwierzą.
Stare porachunki. Rodzinny konflikt. Sąsiedzką zemstę. Coś, co wydarzyło się dawno temu i nagle wróciło z całą siłą. Sprawca powinien mieć motyw, który da się odnaleźć w aktach, w rozmowach z sąsiadami, w przeszłości ofiary.
A najlepiej, żeby ofiary wyglądały na przypadkowe.
Miejsce nie może być przypadkowe.
Długo przegląda mapy. Zaznacza punkty, potem je skreśla. Przydrożne kapliczki. Samotne krzyże. Stare młyny. Pomniki przyrody. Opuszczone gospodarstwa. Głazy narzutowe, pod którymi nikt nie zatrzymuje się od lat.
Lubi miejsca, które coś znaczą.
Nie musi być pewien, że policjanci odczytają przekaz. Wystarczy, że sami zaczną go szukać.
Najbardziej podoba mu się woda.
Pomost nad jeziorem. Późna noc albo świt. Ośrodek wypoczynkowy gdzieś na uboczu. Ludzie śpiący po alkoholu, zamknięci w namiotach i domkach.
Widok podoba mu się szczególnie.
Najpierw cisza.
Potem krzyk.
Rozbiegani ludzie, którzy nie wiedzą, co robić. Ktoś dzwoni po pomoc. Ktoś próbuje podejść bliżej, ale się cofa. Ktoś stoi bez ruchu i patrzy.
A ogień robi swoje.
Publiczna egzekucja bez kata. Średniowieczne widowisko przeniesione w czasy, w których ludzie wierzą, że wszystko można uratować telefonem i przyjazdem służb.
Albo brzeg rzeki.
On po jednej stronie. Oni po drugiej.
Bezpieczny.
Niewidoczny.
Obserwujący.
Teatr śmierci.
Teatr ognia.
Najważniejsze jednak, żeby miejsce było bezpieczne. Nie może pozwolić, by pierwszy błąd stał się ostatnim.
Wybiera piątek.
Tydzień wcześniej nic z tego nie wyszło.
Dwa razy objechał okolicę. Za pierwszym razem nikogo. Za drugim — również.
Jedna kobieta była niemal idealna.
Niemal.
Zbyt blisko zabudowań.
Zrezygnował.
Później zobaczył dwie kolejne. Przez chwilę czekał, obserwując je z daleka. Liczył, że się rozdzielą.
Nie rozdzieliły się.
Do wsi weszły razem.
Trudno.
Nie ma powodu się denerwować.
Ma czas.
Piętnaście lat czekał na tę chwilę. Tydzień nie robi żadnej różnicy.
Może być następny piątek.
Albo jeszcze następny.
Najważniejsze, że teraz już wie, że to możliwe.
Pierwsza ofiara jest tylko kwestią czasu.
A czasu ma aż nadto.
Całe życie.
Piękne, urokliwe miejsce.
Położone wśród lasów i pól, bezpiecznie oddalone od jakichkolwiek zabudowań.
Cmentarz wojenny założony w 1915 roku. Spoczywają tu żołnierze trzech armii — rosyjskiej, niemieckiej i austro-węgierskiej. Z całej nekropolii zachował się zaledwie jeden kamienny nagrobek i ogromny, siedmiometrowy drewniany krzyż.
Dojazd prowadzi polną, szeroką i dobrze utwardzoną drogą.
Cicho.
Pusto.
Daleko od ludzi.
Cmentarz.
Czy można wyobrazić sobie lepsze miejsce na śmierć?
A jeśli śmierć ma być jednocześnie kremacją?
Uśmiecha się do tej myśli.
Wybór nie jest przypadkowy. Policja też tak uzna. Będą szukać znaczenia. Symboliki. Historycznych odniesień. Zastanawiać się, dlaczego właśnie tutaj.
Może wojna?
Może zemsta?
Może jakaś osobista historia związana z tym miejscem?
Dobrze.
Niech szukają.
Niech kopią w przeszłości. Niech przeglądają archiwa, rozmawiają z historykami, doszukują się znaczeń tam, gdzie ich nie ma.
Niech błądzą.
Byle jak najdalej od prawdy.
W okolicznych ośrodkach wypoczynkowych wciąż pusto. Sezon zacznie się dopiero za kilka tygodni. Początek czerwca jest jeszcze zbyt chłodny na biwaki i rodzinne wypady. Jeśli ktoś przyjedzie, to najwyżej na weekend.
W tygodniu będzie cisza.
Pustka.
Ofiara zginie w scenerii budzącej się wiosny. Wśród łąk, starych liściastych lasów, polnych kwiatów i krzewów jeżyn rosnących wzdłuż rowów.
A pośrodku tego wszystkiego — wielki drewniany krzyż.
Ukryty na polanie między brzozami.
Ani jednego domu w zasięgu wzroku.
Żadnej drogi.
Żadnego przystanku.
Idealnie.
Bardzo dobry wybór.
Czas na igrzyska.
W jego głowie kłębią się wspomnienia. Nocne koszmary. Gwałty. Krzyk. Zapach celi. Twarz tamtego chłopaka.
Chłopaka, który tyle wycierpiał.
Tego, który spędził lata w więzieniu.
Zemsta pozwoliła mu przetrwać.
Dzień po dniu. Noc po nocy.
Kiedy nie miał już niczego, miał jeszcze jedno: nadzieję, że kiedyś zapłacą.
To ona trzymała go przy życiu.
Bez niej dawno by się załamał. Może odebrałby sobie życie. Może zamknąłby się w sobie tak głęboko, że nie zostałoby w nim już nic.
Nie zrozumie tego nikt, kto nie przeżył podobnego koszmaru.
Sama wizja zemsty przez lata wystarczała.
Teraz już nie.
Potrzebuje czegoś więcej.
Prawdziwego bólu.
Prawdziwego krzyku.
Lamentu.
Grymasu na twarzy człowieka, który wreszcie rozumie, że nie ma dokąd uciec.
I ognia.
Czas zemsty nadszedł.
To już nie jest pragnienie.
To głód.
Fizyczny, uporczywy brak. Jak brak powietrza. Jak głód, którego nie da się zagłuszyć żadnym posiłkiem.
Wciąż jest w nim tamten drugi.
Ten, który spędził lata w celi.
Ten, który mu zaufał.
Ten, który wszystko zaplanował — drobiazgowo, cierpliwie, bez najmniejszego błędu.
Nie może go teraz zawieść.
Nie może go zdradzić.
Pierwsza ofiara powinna być łatwa.
Rutynowa.
Bez emocji.
Prawdziwy problem zacznie się później.
Kiedy przyjdzie czas na Ewę.
Wtedy będzie inaczej.
Tam będą emocje.
Sentyment.
A może…
coś jeszcze.
Ta myśl zatrzymuje go na chwilę.
Nie chce jej kończyć.
Nie teraz.
Do tego policja może już być na jego tropie.
Takie morderstwo poruszy wszystkich. Wystarczy kilka godzin, żeby informacja obiegła kraj. Policja postawi na nogi kolejne jednostki, pojawią się dziennikarze, kamery, pytania.
To nie będzie zwykła sprawa.
Nie bójka dwóch pijanych kolegów.
Nie kuchenny nóż wbity w plecy po libacji.
Nie przypadkowy wybuch przemocy.
Tym razem wszystko będzie inne.
Już samo przygotowanie daje mu radość.
Pobudza.
Ożywia.
Po raz pierwszy od wielu lat czuje, że naprawdę żyje.
Jego dotychczasowe życie było monotonne, bezbarwne, pozbawione sensu.
Teraz wszystko nabiera kolorów.
Teraz ma cel.
Teraz ma zadanie.
To już nie jest życie.
To misja.
Po trzeciej po południu kobiety wracają do domów.
Międzymiastowymi autobusami. Ze szwalni, ze szkół, z porannej zmiany w handlu. Zwłaszcza w biedniejszych rejonach wschodniej Polski, wzdłuż tak zwanej ściany wschodniej, wiele z nich wysiada samotnie na przystankach przy trasach, a potem rusza pieszo w stronę swoich domów.
Wtedy właśnie trzeba uderzyć.
Tydzień później, po pracy na budowie, odwozi wszystkich kolegów. Najpierw jadą do szefa po wypłatę, potem do „Zbyszka”, gdzie większość tygodniówki znika w kieliszkach.
Później rusza sam.
Najpierw do domu. Załadować drewno. Wziąć kanistry.
Może dzisiaj będzie miał więcej szczęścia.
Na drodze, niedaleko granicy z Białorusią, mija drobną kobietę. Trudno określić jej wiek. Zresztą dla niego nie ma to większego znaczenia.
Wie jedno: nie zabija dzieci.
Nastolatki?
Czemu nie.
W takim wieku była Ewa, kiedy chodzili na pierwsze randki.
Ta myśl pojawia się nagle i równie szybko znika.
Zatrzymuje samochód jakieś dwieście metrów dalej. Zjeżdża na pobocze i podnosi maskę, udając awarię.
Po jednej stronie drogi ciągną się pola zbóż. Po drugiej — żółte morze rzepaku.
Rozgląda się dokładnie.
Nikogo.
Tylko on i kobieta idąca poboczem.
Jest czerwiec. Do zachodu słońca zostało jeszcze kilka godzin.
Musi być ostrożny.
Kobieta zatrzymuje się.
— Co się stało? Awaria? Może mogę jakoś pomóc? Jak wrócę do domu, zadzwonię po pomoc drogową.
Mówi to z autentyczną troską.
— Chyba nic poważnego. Pewnie tylko świece zalało — odpowiada ciepło.
Próbuje zatrzymać ją jeszcze na chwilę.
— A jest gdzieś tutaj jakiś mechanik? Może pani wie?
Kobieta wzrusza ramionami.
— Nie mam pojęcia. Nie znam się na samochodach.
Odwraca się, jakby chciała już odejść.
— Nie chodzi o samochód — rzuca szybko.
Kobieta spogląda na niego przez ramię.
— Jestem z kurii. Wiozę do kościoła komunikanty. Msza zaraz się zacznie, a nie wiem, ile potrwa naprawa. Może mogłaby pani zanieść je księdzu?
— Komunikanty?
— Opłatki. Ciało Chrystusa.
W duchu prycha.
_Głupia baba. Nawet nie wie, co to komunikant._
— A nie są za ciężkie?
— Co pani… Nie przystępuje pani do komunii? Całe pudełko waży może dwa kilo.
Kobieta przez chwilę się waha.
— Ale tak… w torbie?
— To jeszcze nie jest konsekrowane. Zwykły wafelek. Komunikantem staje się dopiero po poświęceniu.
_Jezu. Jaka durna._
Ale zadziałało.
Kobieta zawraca.
Przygląda jej się uważnie.
Trochę ponad pięćdziesiąt lat. Drobna. Prosta koszula, spódnica, kurtka przewieszona przez rękę. Rano było chłodno, teraz temperatura zbliża się do trzydziestu stopni. Kobieta jest zmęczona i spocona. Kilka kosmyków włosów przykleiło się jej do skroni.
_Piękna to ty nie jesteś._
I ten wąsik.
_Nie przypominasz Ewy._
Trudno.
Nie ma znaczenia.
Jeszcze raz spogląda na drogę.
Pusto.
Żadnego samochodu.
Żadnego ruchu.
Tylko on i ona.
Kobieta zatrzymuje się przed nim, nadal nieco zaciekawiona.
Wtedy wszystko dzieje się bardzo szybko.
Za szybko.
Cios jest silniejszy, niż planował.
Kobieta pada bezwładnie.
Przez chwilę stoi nieruchomo i patrzy na nią z niedowierzaniem.
_To nie miało tak wyglądać._
Sprawdza drogę.
Cisza.
Zaciąga ją do samochodu i odjeżdża.
Przez resztę drogi myśli już tylko o jednym.
O tym, co zrobić dalej.
Po godzinie zatrzymuje się na stacji paliw, na uboczu, z dala od innych samochodów. Udaje kolejną awarię. Podnosi maskę i przez chwilę stoi przy samochodzie, paląc papierosa.
W końcu zagląda do środka.
Kobieta nie żyje.
_Trudno._
Zamiast złości czuje coś na kształt rozczarowania.
_Zepsuła mi spektakl już na początku._
Przez chwilę patrzy na nią bez emocji.
Potem zajmuje się tym, co przygotował wcześniej.
Nie zostawi po sobie niczego, co mogłoby go z nią połączyć. Żadnych pamiątek. Żadnych trofeów.
Żadnego domowego muzeum.
Wie, że wielu właśnie na tym się wykładało.
Potem siada w samochodzie i wypala papierosa.
Drugiego.
Trzeciego.
Przerzuca gazetę.
_Muszę kupić telewizor._
Naprawdę powinien.
Koledzy patrzą na niego jak na dziwaka. Żadnych zainteresowań. Żadnej piłki, żużla, meczów. Nie wie nawet, co ostatnio grają w lidze.
Wszystko, co wie o świecie, pochodzi z gazet zostawianych na stolikach w barze.
Lech Poznań mistrzem Polski.
Wielka powódź na Odrze i Wiśle.
Jakiś koncert AC/DC.
Nie dla niego.
Ani do tańca, ani do śpiewania.
Woli polskie piosenki. Góralskie. Disco polo.
Przy tym można się przynajmniej dobrze bawić.
Całą noc.
Odkłada gazetę.
Nagle uśmiecha się do siebie.
Już niedługo będzie potrzebował telewizora.
Niedługo usłyszy o sobie.
Wiadomości.
Dziennikarze.
Policja.
_Czy to nie piękne?_
Kiedy zapadł zmrok, droga opustoszała zupełnie.
Żadnych świateł. Żadnych samochodów.
Tylko świergot ptaków i ciężki, wilgotny zapach wiosny.
Sprawdził jeszcze raz, czy ma wszystko, czego potrzebuje, i ruszył.
Silnik zawarczał cicho. Powoli wyjechał ze stacji, niemal nabożnie uważając, by nie zwrócić na siebie uwagi.
Teraz najważniejsze było jedno: dojechać bez wzbudzania podejrzeń.
Trasę miał zaplanowaną wcześniej. Mało uczęszczane drogi lokalne, kilka bocznych odcinków, żadnych przypadkowych postojów. Dwa razy zjechał z głównej szosy. Potem jeszcze raz zmienił kierunek.
Znał te drogi.
Każdy zakręt.
Każdą polną odnogę.
Każdą dziurę w asfalcie.
Jeździł tędy wcześniej wiele razy. Obserwował. Zapamiętywał.
Po niespełna dwóch godzinach był na miejscu.
Cmentarz wyłonił się z ciemności.
Najpierw zobaczył krzyż.
Ogromny, drewniany, nieruchomy pośród brzóz. W świetle księżyca wyglądał jak czarny znak wbity w noc.
Dopiero po chwili dostrzegł resztę.
Pochylone nagrobki. Popękane płyty porośnięte mchem. Zatarte inskrypcje, których nie dało się już odczytać. Niemieckie nazwiska, polskie, gdzieniegdzie cyrylica.
Trzy armie.
Jedna ziemia.
Jedna śmierć.
Wiatr poruszał koronami brzóz. Białe pnie pojawiały się i znikały między cieniami.
Gdzieś w lesie odezwał się ptak.
Potem znowu zapadła cisza.
Zatrzymał samochód przy starej, zardzewiałej furtce.
Wysiadł.
Przeciągnął się, rozprostował plecy.
W kabinie nadal unosił się zapach potu i śmierci.
Nie czuł obrzydzenia.
Przeciwnie.
Całe ciało miał napięte jak przed wielkim wydarzeniem. Serce biło szybciej. Czuł przypływ energii, którego nie doświadczał od lat.
Cały ten dzień.
Wszystkie przygotowania.
Czekanie.
Niepewność.
Teraz prowadziły właśnie tutaj.
Do tej chwili.
Otworzył tylne drzwi.
Kobieta leżała nieruchomo.
Przez chwilę patrzył na jej twarz.
Wyglądała, jakby spała.
Pomyślał o Ewie.
Tamta była zupełnie inna.
Rude włosy. Niebieskie oczy. Śmiech, który potrafił rozbroić człowieka w jednej chwili.
Ta tutaj była tylko przypadkowym ogniwem.
Nikim ważnym.
Kimś, kto znalazł się na jego drodze w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwej porze.
Wyciągnął ciało z samochodu.
Na polanie ustawił drewniany pal osadzony w metalowym stojaku na choinki.
Nad wszystkim górował krzyż.
Przez moment miał wrażenie, że miejsce patrzy na niego.
Nie zatrzymało go.
Zaczął przygotowywać swoją scenę.
Robił wszystko spokojnie, bez pośpiechu. Tak jak wcześniej zaplanował.
Drewno.
Sznury.
Słoma.
Benzyna.
Każdy element miał swoje miejsce.
Każdy szczegół był częścią przedstawienia, które od miesięcy rozgrywał najpierw w głowie.
Teraz miało stać się rzeczywistością.
Kiedy skończył, cofnął się kilka kroków.
Spojrzał na przygotowany stos.
Na ciało.
Na krzyż.
Na cmentarz.
Na ciemny las.
Przez chwilę niczego nie robił.
Jak reżyser, który przed premierą sprawdza, czy wszystko jest na swoim miejscu.
Potem wyjął zapałkę.
Potarł ją o pudełko.
Mały płomień pojawił się niemal niepozornie.
Przez sekundę trwał samotnie w ciemności.
Potem ogień znalazł drewno.
Płomień urósł.
Rozlał się po polanie, oświetlając drzewa, nagrobki i wielki drewniany krzyż.
Na moment światło padło na jego twarz.
Stał nieruchomo.
Patrzył.
Nie mrugał.
Nie odwracał wzroku.
Po raz pierwszy od piętnastu lat jego wyobrażenie stało się rzeczywistością.
Uśmiechnął się.
Bardzo lekko.
Prawie niezauważalnie.
W końcu odwrócił się i wrócił do samochodu.
Jeszcze przez chwilę łuna ognia wisiała nad drzewami, odbijając się czerwonawym blaskiem od chmur. Potem płomienie zaczęły przygasać.
Usłyszał dźwięk.
Daleki warkot silnika.
Zamarł.
Nasłuchiwał.
Samochód przejechał gdzieś daleko, z innej strony. Dźwięk szybko ucichł.
Mógł ruszać.
Wsiadł do auta i uruchomił silnik.
01:32.
Przez chwilę siedział nieruchomo, trzymając dłonie na kierownicy.
Pierwszy raz.
Naprawdę to zrobił.
Nie w wyobraźni. Nie we śnie. Nie w myślach, które przez piętnaście lat powtarzał setki razy.
Naprawdę.
Ruszył.
W drodze powrotnej zatrzymał się jeszcze raz, tym razem nad rzeką.
Wysiadł.
Potrzebował ciszy.
Stał przez chwilę przy brzegu, wdychając chłodne, nocne powietrze. Woda płynęła spokojnie, jakby tej nocy nic się nie wydarzyło.
Czuł zmęczenie, ale nie było to zmęczenie ciała.
Raczej coś odwrotnego.
Ukojenie.
Spełnienie.
Zrobił to.
Pierwszy raz.
I udało się.
Dopiero po trzeciej nad ranem zasnął.
Śniła mu się Ewa.
Ta prawdziwa.
Z dawnych lat.
Miała na sobie zieloną sukienkę w kwiaty.
Tańczyła.
Śmiała się.
A potem pobiegli razem przez las, tak jak tamtego dnia, wiele lat temu, kiedy po raz pierwszy pocałowali się po szkole.
We śnie wszystko było jeszcze takie samo.
Nie było więzienia.
Nie było zemsty.
Nie było ognia.
Byli tylko oni.
Ewa i on.
I las, który pachniał młodością.
Leżał bez ruchu, z rękami splecionymi pod głową, wpatrzony w sufit.
Biała powierzchnia migotała w półmroku, jakby nadal odbijał się w niej blask płomieni z cmentarza.
Powieki miał ciężkie, ale sen nie nadchodził.
Nie chciał go.
Sen był utratą kontroli.
A tam, gdzie nie miał kontroli, wracało wszystko to, co przez lata próbował w sobie spalić.
Dzieciństwo.
Matka.
Śmiech nauczycielki z podstawówki, kiedy nie potrafił przeczytać na głos prostego tekstu.
Ojciec, który po pijanemu walił pięścią w stół.
— Ty nie jesteś nawet chłopem. Nic z ciebie nie będzie.
Pamiętał to zdanie dokładnie.
Niektóre słowa nie starzeją się nigdy.
Ale dziś…
Dziś był kimś innym.
Stworzył ogień.
Ogień zabrał wszystko.
Nie była to zwykła śmierć.
Był w tym rytuał.
Każdy element miał swoje miejsce. Drewno. Pal. Symetria stosu. Płomień, który najpierw był mały, a potem pochłaniał wszystko.
Ogień nie był chaosem.
Był porządkiem.
Kiedy patrzył na płonące ciało, przez chwilę nie czuł się człowiekiem.
Czuł się kimś więcej.
Mścicielem.
Kimś, kto wreszcie odzyskał siłę.
Kontrolę.
Poczuł, że naprawdę żyje.
A potem coś zgrzytnęło.
Euforia zaczęła ustępować.
Najpierw prawie niezauważalnie. Potem coraz wyraźniej pojawiło się napięcie, świdrujące gdzieś za oczami.
Podniósł się na łokciu.
Nasłuchiwał.
Cisza.
Tylko własny oddech — zbyt szybki.
Próbował się uspokoić, ale nie potrafił.
Wstał.
W kuchni nalał sobie wody. Nie wypił jej. Stał tylko ze szklanką w dłoni.
Szkło lekko drżało.
Palce miał napięte, kostki pobielały.
To nie był strach.
To była złość.
Na siebie.
Bo choć wszystko poszło zgodnie z planem, znowu coś przeoczył.
Zawsze coś.
Tak jak wtedy, w ósmej klasie, kiedy zapomniał przynieść pracę plastyczną, a nauczycielka powiedziała przy całej klasie:
— Leniwy pasożyt.
Pamiętał jej głos.
Pamiętał śmiech dzieci.
Pamiętał, jak chciał zapaść się pod ziemię.
Odstawił szklankę.
Poszedł do kotłowni.
Za starą lodówką stał karton.
Wyciągnął go.
W środku leżały zdjęcia.
Dziesiątki zdjęć.
Kobiety.
Niektóre przypadkowe. Inne obserwowane od dawna. Jeszcze inne dopiero wybrane.
Przerzucał je powoli.
Aż znalazł ją.
Ewę.
Długie rude włosy. Okulary przeciwsłoneczne. Przystanek autobusowy. Uśmiechała się do kogoś, zupełnie nieświadoma, że ktoś ją obserwuje.
Przez chwilę patrzył na zdjęcie.
Potem schował je z powrotem.
Wszystko było już przygotowane.
Ona również.
Ona już została wybrana.
Zamknął karton.
Następnym razem musi być lepiej.
Nie może pozostawić nic przypadkowi.
Chce pamiętać każdy szczegół.
Twarz.
Ogień.
Dźwięki.
Chce zatrzymać tę chwilę.
Nie tylko w pamięci.
Na zawsze.
Potrzebował kontroli.
Nie nad ogniem.
Nad drugim człowiekiem.
I właśnie wtedy zrozumiał, że pierwsza ofiara nie zaspokoiła głodu.
Wręcz zbudziła go ze snu.ROZDZIAŁ 2
Płonące kobiety były jego ucieczką.
Jedyną barierą między nim a całkowitym rozpadem.
Plastrem na ranę, która nigdy się nie goiła, a jednocześnie nożem, którym mógł wreszcie odgryźć się światu.
W więzieniu był nikim.
Ciałem.
Mięsem.
Kimś, z kim można było zrobić wszystko.
Tam nie miał żadnej władzy. Żadnego wyboru. Żadnego znaczenia.
Ale w swojej głowie był kimś zupełnie innym.
Panem.
Katem.
Bogiem ognia.
W najgorsze noce nie śnił o ucieczce.
Nie o wolności.
Nie o kobiecie, która kiedyś mogłaby go pokochać.
Śnił o ogniu.
O jego cieple.
O trzasku płomieni.
O zapachu spalenizny.
Wyobraźnia była jego jedyną bronią.
I jego przekleństwem.
Bo kiedy w końcu opuścił więzienne mury, miał wrażenie, że zostawił tam tylko swoje ciało.
Głowa została w celi.
Zbudował w niej własny teatr.
Nocami odgrywał te same sceny.
Ogień.
Krzyk.
Błaganie.
Płomienie.
Na początku twarze były niewyraźne. Kobiety z gazet, przypadkowe sylwetki, postacie wymyślone przez umysł człowieka, który zbyt długo żył za kratami.
Z czasem zaczęły nabierać szczegółów.
Miały znajome twarze.
Sąsiadek.
Urzędniczek.
Kobiet spotykanych w autobusach.
Ekspedientek w sklepach.
A wszystkie, prędzej czy później, zaczynały przypominać Ewę.
Ewa.
Ta, która pierwsza nauczyła go nienawiści.
Zdradziła go.
Wyśmiała.
— Jesteś śmieszny. Psychol.
Jedno słowo.
Wystarczyło.
Psychol.
Wryło się w niego jak tatuaż.
Potem powtarzali je inni.
Lekarze.
Strażnicy.
Sędziowie.
Ludzie, którzy patrzyli na niego z góry, z litością albo pogardą.
W końcu sam zaczął w nie wierzyć.
Miłości już nie szukał.
Miłość była dla innych.
On szukał sprawiedliwości.
W jego świecie wszystko było proste.
Byli oni.
Ci, którzy go skrzywdzili.
I był on.
Ten, który przeżył.
Ten, który miał wrócić z popiołów.
Spalenie kobiety tej nocy nie było więc początkiem.
Było spełnieniem czegoś, co narodziło się wiele lat wcześniej.
Obietnicy z więziennej pryczy.
Tyle razy powtarzał ten rytuał w głowie, że jego ręce poruszały się niemal automatycznie.
Jakby znały choreografię.
Jakby przez te wszystkie lata ćwiczył ją tylko po to, żeby pewnego dnia wykonać ją naprawdę.
Ale kiedy emocje zaczęły opadać, pojawiło się coś jeszcze.
Cichy głos.
Ten, którego najbardziej nie chciał słyszeć.
A jeśli to niczego nie zmienia?
A jeśli ogień nie oczyszcza?
A jeśli tylko spala ostatnią resztkę człowieka, która jeszcze w nim została?
Zacisnął zęby.
Nie.
Nie teraz.
To dopiero początek.
Ewa wciąż żyła.
Nie dokończył spektaklu.
Jeszcze nie.
Zsunął się z materaca na kolana.
Nie po to, żeby się modlić.
Ból wrócił nagle.
Bez ostrzeżenia.
Jak zawsze.
Wspomnienia więzienia.
Ciemność.
Ciała.
Oddechy tuż przy twarzy.
Zapach potu.
Śmiech.
Tamtej nocy, tam i wielu innych nocy, nie miał siły nawet krzyczeć.
Nauczył się więc zamykać oczy.
A kiedy je zamykał, widział ogień.
Kobiety płonęły jedna po drugiej.
Ich krzyki zagłuszały jego własny.
I wtedy ból stawał się trochę łatwiejszy do zniesienia.
Nie znikał.
Nigdy nie znikał.
Ale przez kilka minut należał do niego.
Palił kobiety w głowie, żeby samemu nie płonąć od środka.
I w tym szaleństwie był porządek.
System.
Bo w świecie, w którym został zdegradowany do roli przedmiotu, teraz wreszcie mógł być kimś, kto decyduje.
Reżyserem własnego teatru śmierci.
Ale jedno pytanie wracało.
Uparcie.
Jak głos dochodzący z głębokiego snu:
Co zrobisz, kiedy spalisz Ewę?
A potem:
Co dalej?
Każdy dzień w celi jest jak kopnięcie w brzuch — zimne, bezlitosne i nieuniknione. Więźniowie nie żyją. Po prostu trwają. Wegetują w świecie zbyt ciasnym, zbyt ciemnym, przesyconym potem, uryną i wilgocią. Ściany zdają się oddychać pleśnią i starym, niepranym lękiem.
W telewizji pokazują pewnie te odnowione cele. Czyste, schludne, przygotowane na wizytę ekipy filmowej. Może gdzieś takie istnieją. Puste, nienaruszone, pachnące farbą. Tutaj na pewno nie.
Ryszard siedzi w czteroosobowej celi, w najstarszym, zapomnianym skrzydle zakładu. Dla pozostałych nie jest człowiekiem. Nie jest nawet współwięźniem.
Jest łupem.
Każdego ranka budzi go metaliczny jęk dzwonka, rozrywający resztki snu jak łom uderzający w głowę. Zanim jeszcze otworzy oczy, słyszy głosy.
— Wstawaj, kurwo.
— Świętoszek się obudził.
— No co, Rysiu? Dzisiaj też będziesz płakał?
Obelgi są tutaj czymś więcej niż słowami. Są częścią porannego rytuału. Tak samo jak sprawdzanie krat, liczenie osadzonych i metaliczny stukot zamykanych drzwi.
W ich oczach nie ma żadnej wartości.
Z takim paragrafem nie ma w więzieniu przyszłości.
Gwałt ze skutkiem śmiertelnym.
Te słowa rozchodzą się po korytarzach szybciej niż jego nazwisko.
W celi panuje niepisana hierarchia. Na szczycie są ci, którzy mają staż, wpływy i brutalność wypisaną w oczach. Ryszard znajduje się na samym dole.
Cień przy ścianie.
Większość dnia spędza skulony na swoim łóżku, z opuszczoną głową. Unika wzroku innych. Jeśli przypadkiem spojrzy komuś w oczy, natychmiast odwraca wzrok.
Tutaj nie samo spojrzenie jest przywilejem.
Przywilejem jest prawo do patrzenia.
Posiłki podają na plastikowych tacach. Cuchną tłuszczem i rezygnacją. Więźniowie wysuwają ze ściany rozkładany stół i siadają razem.
Ryszard czeka.
Zawsze.
Je dopiero wtedy, kiedy pozostali skończą.
Nie protestuje. Nie pyta. Nie patrzy.
Każde słowo może stać się pretekstem. Każdy gest — prowokacją. Nawet zbyt szybkie podniesienie głowy może wywołać śmiech, a śmiech czasem wystarczy, żeby wieczorem ktoś zapukał do jego pryczy.
Koledzy z celi grają w karty, czytają, rozmawiają. Czasami śmieją się z czegoś, czego Ryszard nawet nie rozumie.
Nie należy do tego świata.
Siedzi pod ścianą jak pies, który nauczył się, że najlepiej nie podchodzić do stołu, dopóki ktoś go nie zawoła.
Nikt go nie woła.
Wieczorem zapada mrok.
Wtedy wszystko cichnie, ale tylko na chwilę.
Cienie przesuwają się po ścianach. Z korytarza dochodzą pojedyncze kroki, szczęk zamka, czyjś kaszel. Gdzieś daleko ktoś krzyczy przez sen.
Ryszard leży nieruchomo i patrzy w sufit.
Sen nie przynosi ukojenia. Jest tylko zlepkiem wspomnień, koszmarów i lęku przed kolejnym dniem.
Czasami zamyka oczy i próbuje sobie wyobrazić inne miejsce.
Łąkę.
Las.
Dom.
Ewę.
Ale obrazy rozpadają się niemal natychmiast.
Wracają ręce.
Zapach potu.
Ciężar ciał.
Śmiech.
Wtedy otwiera oczy.
Tutaj nie ma żadnego prawa, żadnego głosu, który należałby do niego. O wszystko trzeba prosić. O wyjście do toalety. O lekarza. O rozmowę. O chwilę spokoju.
Jest nikim.
Tacy jak on mają w więzieniu naprawdę przekichane.
Gwałciciele. Mordercy. Pedofile.
Paragraf mówi wszystko.
Klawisze zadbają, żeby wszyscy wiedzieli.
Nie zdążył się jeszcze dobrze zameldować, kiedy z okien pawilonu dobiegły pierwsze krzyki.
— Mamy świeżynkę!
Śmiech.
— Patrzcie, jaki delikatny!
— Rysiu! Tutaj, Rysiu!
Nie odpowiedział.
Nigdy nie odpowiadał.
Dlaczego nie trafił do ochronki?
Może to był błąd systemu.
Może ktoś się pomylił.
A może przeciwnie — ktoś bardzo dobrze wiedział, gdzie go umieścić.
Czasami myślał o rodzicach dziewczyny. Byli na każdej rozprawie. Siedzieli w pierwszym rzędzie, milczący, nieruchomi. Patrzyli na niego tak, jakby samym wzrokiem mogli wymierzyć mu karę.
Może dopilnowali, żeby cierpiał.
Może ktoś uznał, że sprawiedliwość wymaga czegoś więcej niż wyroku.
Że dwadzieścia pięć lat za kratami to za mało.
Że powinien cierpieć codziennie.
Ryszard długo nie wiedział, co jest gorsze.
Czy to, że wszyscy go tutaj nienawidzą.
Czy myśl, że może ktoś właśnie tego chciał.
Ojciec się go wyrzekł. W gazecie powiedział, że nie ma syna. Potem zamilkł. Przestał mówić, przestał właściwie funkcjonować.
Matka — drobna, milcząca kobieta — była jedyną osobą, która się go nie wyrzekła. Nie mówiła wiele. Nie potrafiła znaleźć słów, które mogłyby cokolwiek naprawić. Ale przychodziła.
Była.
I to jedno znaczyło więcej niż wszystkie słowa.
Ale nawet jej obecność nie mogła go uratować przed tym, co przyszło później.
Młody chłopak został wrzucony w piekło ludzi, którzy od pierwszego dnia wiedzieli, że jest bezbronny. Dla nich nie był człowiekiem. Był zabawką. Laleczką.
Tak do niego mówili.
Z uśmiechem. Prawie czule. Ta pozorna czułość była gorsza niż przekleństwa.
Był poniżany, bity, gwałcony. Czasami przez jednego. Czasami przez kilku.
Potem zostawiali go w spokoju.
Na dzień. Dwa. Czasem kilka.
Ale ten spokój nie był ulgą. Był tylko oczekiwaniem.
Najgorsze było właśnie oczekiwanie.
Leżał wtedy na swojej pryczy i nasłuchiwał kroków na korytarzu. Każdy dźwięk mógł oznaczać początek kolejnej nocy. Każde otwarcie drzwi wywoływało w nim ten sam odruch: napięcie całego ciała i pragnienie, żeby zniknąć.
Czasem, dla żartu, pozwalali mu usiąść przy stole.
Jakby łaskawie przyznawali mu człowieczeństwo na kilka minut.
— Po co się, synek, szarpiesz? — mówili. — Mniej będzie bolało.
Ich śmiech zostawał w nim na długo.
Z czasem zrozumiał, że nie chodziło nawet o samą przemoc. Chodziło o władzę. O pokazanie mu, że nie ma już nic swojego. Ani ciała. Ani godności. Ani prawa do sprzeciwu.
Jedyną radę, jaką usłyszał od pielęgniarki, kiedy trafił do niej z obrażeniami, zapamiętał na całe życie.
— Niech pan da sobie spokój. Jak się pan stawia, tylko ich pan prowokuje. Będzie jeszcze gorzej.
Powiedziała to spokojnie. Prawie życzliwie.
I właśnie ta obojętność bolała go wtedy najbardziej.
Bo wiedziała.
Wiedziała, co się dzieje. Wiedzieli wszyscy.
Wszyscy znali jego paragraf. Wszyscy wiedzieli, kim był.
Dla nich sprawa była prosta.
Gwałciciel. Morderca. Potwór.
Dwadzieścia pięć lat więzienia.
Wyrok.
Koniec.
Nikt nie pytał, co dzieje się z człowiekiem, który każdego dnia budzi się w strachu i zasypia w strachu. Nikt nie pytał, ile można odebrać człowiekowi, zanim przestanie czuć się człowiekiem.
Z czasem przestał już liczyć dni.
Liczył noce.
I nauczył się jednej rzeczy.
Że człowiek może przeżyć prawie wszystko, jeśli ma po co.
Jego powodem była zemsta.
Początkowo tylko myśl.
Potem obietnica.
A w końcu — jedyna rzecz, która trzymała go przy życiu.
Tego się nie zapomina.
Ani bólu.
Ani strachu.
Ani ciszy, która zapadała po wszystkim.ROZDZIAŁ 5
Paradoksalnie to właśnie więzienie nauczyło go palić ludzi.
Po kilkunastu miesiącach pozwolono mu korzystać z więziennej biblioteki. Zbiór był skromny: stare, poobijane książki, głównie literatura polska i światowa, starannie wybrana i zapewne równie starannie sprawdzona. Królował Sienkiewicz, Karol May i wszystko, co popularne, lekkie i łatwe. Książki, które miały zabić nudę, ale przede wszystkim nie zaszkodzić reedukacji osadzonych.
Broń Boże — żadnych gwałtów, morderstw, zbyt mocnych historii.
Któregoś dnia, z nudów przeglądając kolejne regały, natrafił na opasły, bogato ilustrowany tom historii chrześcijaństwa. Książka była stara, ciężka i pachniała kurzem.
Na stronie 142 zobaczył swoją pierwszą płonącą kobietę.
Obraz przedstawiał egzekucję z czasów średniowiecza. Człowiek przywiązany do drewnianego pala. Stos. Ogień. Tłum.
Patrzył długo.
Coś w nim drgnęło.
Potrzeba zemsty tkwiła w nim przecież od dawna. Teraz dostała tylko kształt. Jak ziarno, które przez lata leżało pod ziemią, a nagle otrzymało wodę i światło.
Od dawna wiedział, że kiedyś wyjdzie z więzienia. Może za dwadzieścia lat, może później. Będzie miał czterdzieści, może pięćdziesiąt lat. Wyjdzie jako wrak człowieka — bez rodziny, bez miłości, bez przyszłości. Nie wierzył już, że będzie potrafił żyć jak inni.
Zostanie mu tylko to, co więzienie zdążyło w nim wyhodować: poczucie krzywdy, nienawiść i potrzeba odwetu.
Musiał więc przetrwać.
Każdy dzień.
Każdą noc.
Każde upokorzenie.
Na niektórych wieloletnich skazańców ktoś czekał. Rodzice. Żony. Dzieci. Rodzeństwo. Na niego coraz mniej ludzi czekało. Matka była schorowana i prawdopodobnie nie doczeka końca jego wyroku. Rodzeństwo, jak powiedziała mu podczas ostatniego widzenia, nie chce mieć z nim nic wspólnego. Ojciec dawno stracił kontakt z rzeczywistością i przebywał w zakładzie psychiatrycznym.
Został sam.
A jednak po raz pierwszy od dawna miał coś, co przypominało cel.
Ogień.
Wydawał mu się doskonały. Niszczył wszystko. Drewno, słomę, ciało. Zacierał ślady. Nie zostawiał tego, czego tak bardzo bali się śledczy: narzędzia, odcisków, przedmiotów.
W swojej chorej wyobraźni widział w nim rozwiązanie.
Wielokrotnie wracał do rozdziału poświęconego inkwizycji. Czytał go tak długo, aż przestał widzieć w nim historię. Zaczął widzieć scenariusz.
Z czasem nauczył się odtwarzać przyszłe egzekucje w swojej głowie.
Najpierw pojawiała się kobieta.
Potem miejsce.
Tłum.
Drewno.
Ogień.
Powtarzał te obrazy nocami, dopracowując każdy szczegół. W wyobraźni był już nie więźniem, lecz kimś, kto decyduje. Kimś, kto ma władzę.
Kiedy współwięźniowie przychodzili po niego, zamykał oczy i odpływał gdzieś daleko. Przestawał być w celi. Przestawał czuć własne ciało. Widział płomienie.
Widział kobiety.
I wtedy ból stawał się łatwiejszy do zniesienia.
Znalazł sposób, żeby przetrwać.
Zaczął ćwiczyć. Kiedy tylko mógł, korzystał z więziennej siłowni. Wzmacniał ciało. Uczył się cierpliwości. Ćwiczył koncentrację.
A przede wszystkim planował.
Nie miał jeszcze konkretnej ofiary. Nie znał miejsca. Nie wiedział, kiedy dokładnie to zrobi.
Ale wiedział, że kiedyś zrobi.
Krok po kroku budował w głowie przyszłość, w której to on będzie decydował o wszystkim.
Pozostało tylko jedno.
Czekać.
Miał przed sobą jeszcze wiele lat.
Musiał więc być wzorowym więźniem.
Nie skarżył się. Nie zgłaszał przemocy. Nie opowiadał o bójkach ani o tym, co działo się w celi. Nie protestował przeciwko niczemu. Kiedy pytano, jak się czuje, odpowiadał, że dobrze. Kiedy pytano o stosunek do popełnionej zbrodni, spuszczał głowę i mówił to, czego od niego oczekiwano.
Żałował.
Rozumiał swój błąd.
Chciał się zmienić.
Z czasem nauczył się nawet wyglądać na człowieka, który naprawdę się zresocjalizował.
Nikt nie wiedział, że pod tą maską od lat cierpliwie dojrzewał plan.
I że więzień, którego wszyscy uznali za złamanego, w swojej głowie właśnie odzyskiwał władzę.
— Pani psycholog, chcę odpokutować za swoje winy. Kiedy wyjdę na wolność, chciałbym pomagać chorym w hospicjum — mówił spokojnie, z pokorą, którą starannie wyćwiczył.
— Nie przywrócę życia tej dziewczynie. Tego już nie zmienię. Ale mogę pomóc innym. Mogę być potrzebny ludziom cierpiącym. Muszę tylko dostać szansę.
Psycholog słuchała, notowała, czasem kiwała głową. Widziała skruchę. Widziała przemianę. Nie widziała tego, co działo się pod powierzchnią.
On tymczasem podporządkował wszystko jednemu celowi.
Nie będzie ich zabijał.
On będzie wymierzał sprawiedliwość.
Tak sobie to tłumaczył.
To nie on był oprawcą. To on był ofiarą. Wszystko zaczęło się od Ewy. Od jej matki. Od tamtej obietnicy, która miała być wieczna.
_„Kocham cię. Będę czekała na ciebie.”_
On poszedł walczyć za ojczyznę, a ona znalazła sobie innego. Zdradziła go. Upokorzyła na oczach całej wsi.
Wszystkie są takie same.
Myśl powracała obsesyjnie, jak refren.
_Wszystkie są takie same._
Martwiło go tylko jedno: że jego przyszłe ofiary będą umierały samotnie.
W wyobrażeniach wracał do średniowiecza. Do placów pełnych ludzi, do tłumów zgromadzonych wokół egzekucji, do skazanych wystawionych na widok wszystkich. W jego chorej wyobraźni śmierć na stosie była nie tylko karą. Była widowiskiem. Publicznym osądem. Ceremonią.
Jego „czarownice” nie będą jednak miały tłumu.
Będą tylko one i on.
Ta myśl początkowo go drażniła. Z czasem jednak zaczął ją akceptować. Samotność egzekucji nadawała jej coś jeszcze bardziej osobistego. Nie potrzebował widzów. Wystarczał mu jeden świadek.
On.
Nie mógł pozwolić sobie na długie oczekiwanie. Nie mógł godzinami pozostawać przy miejscu zbrodni. Musiał myśleć o własnym bezpieczeństwie, o tym, co wydarzy się później. Każda z jego ofiar miała zginąć szybko.
A jednak w jego wyobraźni śmierć trwała długo.
Widział płomienie. Słyszał krzyk. Wyobrażał sobie rozpacz, strach i bezradność.
Rozbierał swoje przyszłe ofiary w wyobraźni, odbierał im nie tylko ubranie, ale także godność. Nazywał je ulicznicami, czarownicami, kobietami niegodnymi litości.
Tak łatwiej było mu je zabijać.
Tak łatwiej było mu wierzyć, że nie zabija człowieka.
Zabijał winę.
Zabijał zdradę.
Zabijał wszystkie kobiety, które — jak sobie wmówił — odebrały mu życie.
Bezsenne noce w więzieniu wypełniały obrazy przyszłych zbrodni. Czasem długo nie mógł zasnąć. Czasem sen przychodził dopiero wtedy, gdy w jego wyobraźni płomienie zaczynały pochłaniać kolejną kobietę.
Budził się zlany potem.
Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest.
Cela. Ciemność. Betonowe ściany.
A potem wracała świadomość.
Jeszcze nie.
Jeszcze musi czekać.
Ale kiedyś wyjdzie.
I wtedy wszystko się zacznie.
Rozlewa benzynę na fotel i tapczan w pokoju Ewy. Potem podchodzi do łóżka stojącego w rogu i wylewa resztę kanistra na pościel, nocną koszulę, na jej twarz.
Ewa zrywa się, coś krzyczy, ale on niczego nie słyszy. Wszystko pogrąża się w nocnej ciszy.
Do pokoju wbiegają jej rodzice. Przerażeni, oniemiali ze strachu.
Wyciąga zapalniczkę Zippo. Zapala ją jednym ruchem i unosi płomień wysoko, jak pochodnię.
Podchodzi do Ewy.
Jest tak blisko, że czuje jej oddech na policzku. Widzi zwężone ze strachu źrenice. W ich czerni odbija się płomień zapalniczki.
Przez chwilę ma wrażenie, że ogień wydobywa się z jej wnętrza. Jakby płonęła już wcześniej. Jakby płomień był w niej od zawsze i teraz tylko znalazł drogę na zewnątrz.
Odwraca się ku jej rodzicom. Podsuwa ogień pod ich twarze.
Patrzy w ich oczy.
To właśnie chce zobaczyć.
Strach.
Na to czekał przez wszystkie lata. Na tę jedną chwilę, kiedy role się odwrócą. Kiedy oni poczują to, co on czuł.
Zemsta.
Wreszcie nadeszła.
Ewa krzyczy. Otwiera usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Jakby uczestniczył w niemym przedstawieniu. W pantomimie, w której tylko on zna zakończenie.
Rzuca zapalniczkę na łóżko.
Płomień pojawia się natychmiast. Rozlewa się po pościeli, potem przechodzi na meble i zasłony. Pokój zaczyna znikać za ścianą ognia.
Trzy postacie stoją nieruchomo.
Jak na starym obrazie przedstawiającym średniowieczną egzekucję.
Nie uciekają.
Nie próbują się ratować.
Tylko płoną.
— Jak ty jesteś brzydka — mówi.
Patrzy na Ewę i próbuje odnaleźć w jej twarzy kobietę, którą kiedyś kochał. Nie potrafi.
W jego wyobraźni piękno znika jako pierwsze. Potem wspomnienia.
Zostaje tylko ogień.
Jej twarz zmienia się nie do poznania. Jest obca. Tak obca, że łatwiej mu uwierzyć, że nigdy jej nie kochał.
Poprzednim razem płonęła tylko ona.
Teraz są we troje.
W jego wyobraźni tworzą jeden wielki płomień. Raz obejmują się, jakby szukali w sobie ostatniego ratunku. Innym razem klękają przed nim i błagają. Czasami krzyczą. Czasami milczą, pogodzeni z wyrokiem.
Za każdym razem scena wygląda inaczej.
Jego umysł nieustannie ją poprawia.
Dodaje szczegóły.
Zmienia światło.
Zmienia ich twarze.
Zmienia zakończenie.
Ogień raz jest czerwony, raz złoty, czasem niemal niebieski. Zawsze jednak robi to samo — odbiera ludziom kształt, twarz i godność. Zostawia po nich coś, czego nie potrafi już nazwać człowiekiem.
I wtedy przychodzi ulga.
Teraz może zasnąć.
Czasami jednak budzi się rano z przekonaniem, że wydarzyło się naprawdę.
Leży nieruchomo i przez kilka sekund patrzy w sufit.
Wspomnienie jest tak wyraźne, że niemal czuje zapach dymu.
Potem rzeczywistość wraca.
Cela.
Szare ściany.
Krata w oknie.
Zwykły poranek.
I nagle pojawia się rozczarowanie.
To był tylko sen.
Kolejny raz tylko sen.
A przecież wszystko widział tak dokładnie.
Jakby naprawdę tam był.
Jakby naprawdę patrzył.ROZDZIAŁ 6
Zofia trafiła do wrocławskiej komendy prosto po studiach. Ukończyła prawo, ale od początku wiedziała, że nie chce spędzić życia za biurkiem. Jej marzeniem była praca w tej samej komendzie, w której przez wiele lat służył jej ojciec.
Była ambitna. Bardzo.
Od pierwszego dnia niemal nie odstępowała Mariana, zasypując go pytaniami. Kodeksy i przepisy znała na wylot. Potrafiła przywołać odpowiedni paragraf szybciej niż niejeden starszy funkcjonariusz. Znała procedury, terminy, uprawnienia.
Problem polegał na tym, że znała je głównie z książek.
W praktyce była czystą tabula rasa.
Marian, stary wyjadacz, szybko postanowił więc wysłać ją na naukę do Marka.
Praktykantki były jego zdaniem koszmarem. Nie przynosiły większego pożytku, za to ciągle biegały za człowiekiem, zadawały pytania i zaglądały przez ramię. Przy nich trzeba było bardziej uważać na słowa, gesty, a nawet na własne błędy. Człowiek nagle przypominał sobie, że ktoś patrzy.
Pierwsze spotkanie odbyło się przy biurku Chrobrego.
Zofia stała przed nim z notesem w ręku.
— Nauczy mnie pan, jak pracować?
Marek spojrzał na nią znad monitora.
— Jeszcze raz powiesz do mnie „pan” i wylatujesz z pracy.
Uśmiechnął się, żeby było wiadomo, że żartuje.
Chociaż Zofia przez chwilę nie była tego pewna.
Fajna ta młoda policjantka, pomyślał.
Coraz fajniejsze dziewczyny trafiają do policji.
Na pewno lepsze niż Sucha.
Kiedy zobaczył Zofię kilka tygodni wcześniej podczas porannej odprawy u Sucheckiej, od razu zwrócił na nią uwagę. Nie tylko dlatego, że była młoda. Miała w sobie coś, czego brakowało większości nowych ludzi — ciekawość.
Marek lubił pracować z kobietami. Wnosiły do codziennej, monotonnej pracy trochę świeżości. Poza tym przy nich człowiek bardziej pilnował wyglądu.
Dokładne golenie.
Świeża koszula.
Czyste zęby.
I przede wszystkim język.
Trzeba było uważać, żeby nie przesadzić.
— Jak pracować? — powtórzył. — To proste. Codziennie przychodzisz na siódmą. Robisz sobie kawę albo herbatę, co wolisz. O wpół do ósmej odprawa u Mariana. Dostajesz sprawę, siadasz za biurkiem, puszczasz muzykę i do roboty.
Zofia zapisała coś w notesie.
Marek zerknął na nią.
— Tylko nie zapisuj wszystkiego, co mówię.
— Dlaczego?
— Bo połowa to bzdury.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— A druga połowa?
— Druga połowa przyda ci się bardziej, jak zapomnisz o pierwszej.
— A tak naprawdę to cholernie żmudna, nudna, biurowa robota. Nie widziałaś nigdy nic równie monotonnego. To nie „Kojak”. Nie nosisz broni, nie ścigasz porywaczy samolotów. Głównie przemoc domowa, kradzieże i mnóstwo fałszywych zgłoszeń od życzliwych sąsiadów, porzuconych kochanków i rozwodników, którzy chcą, żebyśmy załatwili za nich prywatne porachunki.
— Wszyscy mówią, że jesteś najlepszy?
_Prowokuje mnie? Czy Marian zdążył jej już opowiedzieć o kilku moich spektakularnych sprawach?_ — pomyślał Marek.
— Po pierwsze: jeśli mamy razem pracować, mów mi po imieniu. Po drugie: nie słuchaj takich bzdur. Każdy ma swoje sukcesy i porażki. To nie kwestia fartu ani jakiegoś cudownego nosa. Liczy się rzetelna, mozolna praca.
— Poprosiłam inspektor Alicję Suchecką, żeby pozwoliła mi z tobą pracować.
_Mądry pomysł to nie był._
Marek nigdy nie uważał się za dobry wzór do naśladowania. Nie miał ochoty niańczyć kolejnego adepta kryminalistyki. Młodzi przyjeżdżali tu prosto po studiach i zwykle wydawało im się, że wiedzą wszystko. A on wolał pracować sam. Tylko wtedy miał pewność, że niczego nie przeoczy.
Lubił liczyć wyłącznie na siebie.
— Inspektor Suchecka twierdzi, że masz nosa i farta. Powiedziała, że najwięcej nauczę się właśnie przy tobie.
— Intuicję mają bohaterowie powieści kryminalnych. W prawdziwym życiu liczy się sumienność. Drobiazgowe zabezpieczenie śladów. Dokumentacja. Przesłuchania. Sprawdzanie po raz drugi tego, co za pierwszym razem wydawało się oczywiste. To nie jest specjalnie ekscytujące.
— A dusiciel?
Marek podniósł wzrok.
— Wszyscy wspominają sprawę dusiciela — dodała Zofia.
— Dyskusyjny sukces.
— Dlaczego?
— Zanim na niego trafiliśmy, zabił kilka osób.
Zofia zamilkła.