Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

W kręgu almagii - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
5 lutego 2026
Audiobook
45,00 zł
2700 pkt
punktów Virtualo

W kręgu almagii - ebook

Czy w życiu naszej bohaterki wszystko ułoży się po jej myśli? Z czym jeszcze, do cholery, będzie musiała się zmierzyć?
————–
Maria Dee robi wszystko, co w jej mocy, by pozbyć się nadnaturalnych elementów ze swojego życia, jednak z jakiegoś powodu nadnaturalne elementy nie chcą się odczepić od niej. To napada na nią wrzeszcząca żaba, to Maria prawie dokonuje magicznego samozapłonu – ot, zwykły wtorek. W sumie mogłaby się już przyzwyczaić. Chociaż nie, w końcu jej życzeniem jest wrócić do tego, co kiedyś. Do Idealnego Planu na Życie. Albo chociaż do względnej normalności. Jednak zamiast tego musi wepchnąć gdzieś między wykłady byłą królową piekła, lokalny kowen czarownic, umowę z mroczną boginią, wściekłego archanioła i nowo przebudzoną moc, nad którą kompletnie nie panuje, a która zapewne zabije ją jeszcze przed sesją egzaminacyjną. Krótko mówiąc, Maria marzy o tym, by ktoś ją przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze; tyle że jej ukochany Zagam zniknął wraz z Lucyferem i pojawienie się któregokolwiek z nich zamiast ukojenia zwiastowałoby zapewne kolejne problemy. Magia rani, magia kąsa, ale przede wszystkim cała ta magia cholernie Marię irytuje.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68257-82-3
Rozmiar pliku: 3,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I
KSIĘŻNICZKA I ŻABA

Ropucha nadęła się, otworzyła szeroki pysk i rzuciła z wyraźnym, południowym akcentem:

— Przyjdziesz wreszcie, księżniczko, czy mamy ci rozwinąć czerwony dywan?

Marię zatkało, a ropucha, wciąż tkwiąca na głowie tego pieprzonego kota, dodała z wyczuwalnym wyrzutem:

— No ileż można czekać?

Marię zatkało bardziej. A potem zrobiła to, co ostatnio czyniła nagminnie: udała, że problem jej nie dotyczy. Ba, wiadomo powszechnie, że gadające ropuchy nie istnieją, a jeśli coś nie istnieje, to znaczy, że Maria nie musi się tym przejmować.

Więc po prostu poprawiła pasek przerzuconego przez ramię plecaka, po czym ruszyła dalej chodnikiem, kompletnie ignorując i kota, i płaza.

I wtedy, mogłaby przysiąc, że to ropuchę zatkało na dobre. Cóż, ale to też nie był problem Marii, która nie uciekała, wcale nie, skądże, tylko… no… zdecydowanym krokiem właśnie znikała za rogiem, obiecując sobie solennie, że zmieni trasę powrotu do domu, nawet jakby miała nadłożyć kilometr i to pod górę, by już nigdy nie trafić na ten pokręcony zwierzęcy duet.

* * *

W kolejnych dniach Maria ograniczyła do minimum wychodzenie z domu, uznając, że w ten sposób problem gadającej ropuchy rozwiąże się sam. No, ale nie mogła siedzieć w mieszkaniu wiecznie. Już pomijając zakupy spożywcze, bo te, starym sposobem Harukiego, zaczęła zamawiać z dowozem, jednak w końcu musiała ruszyć dupę, choćby na uczelnię. Nie po to przeżyła Kindreda i uciekła spod noża Michaelowi, paktując w tym celu z boginią ciemności – przez co teraz, jak mniemała, gadały do niej ropuchy – żeby zawalić trzeci rok studiów. No, kurwa, nie.

Więc kiedy nadeszła jesień, a wraz z nią pierwsze zajęcia, Maria karnie udała się do autobusu i właśnie raźnie maszerowała przez park, mijając Prince Hall Memorial, kiedy spod przystrzyżonego krzaczka usłyszała wyraźny skrzek: „Hej! Ty! Blondyna!”.

Potknęła się lekko i przez moment starała się unormować krok. Uparcie udawała, że to przez gałązkę na ścieżce, a nie skaczące za nią i wrzeszczące żabsko. Przyspieszyła. Miała dłuższe nogi niż to zielone cholerstwo, nie da się przegonić żabie! Ruchliwą Massachussets Ave przecięła po pasach praktycznie biegiem, minęła niewielki Gannett House i popędziła w lewo, szeroką ścieżką wytyczoną między Hemenway Gymnasium i Austin Hall. I nawet nie miała nierównego oddechu, kiedy wpadła sporo przed czasem do budynku zajmowanego przez wydział prawa. No, regularne ćwiczenia jednak na coś się przydawały!

Gdy w końcu przysiadła, udając, że zajmuje się studiowaniem, no jasne, jak wszyscy inni „normalni” studenci, zadumała się nad swoją obecną sytuacją. Co ona ma zrobić z tą cholerną żabą? To poprzednie, to raczej była ropucha, czy teraz wszystkie płazy w mieście będą za nią nawoływać? Przecież ona tego nie przetrwa, niechybnie zwariuje… Czy mogłaby się przed nimi jakoś ukryć? Przefarbować? Wyjechać gdzieś, gdzie nie ma żab, na Saharę chyba… A w ogóle one chyba zimują, kiedy zimują żaby? Pewnie, jak wskazuje nazwa, zimą, przymrozki, te sprawy. Nie może czekać ze swoim życiem do przymrozków! Więc jednak ukryć się, może magicznie… Zaraz, w sumie miała w domu księgę od Agiela, na pewno jest tam zaklęcie ukrywające!

Zamarła z brodą opartą na dłoni i przez chwilę wyrzucała sobie od idiotek. Tak, no świetnie, miała unikać tego szajsu, a nie się w to głębiej pakować, to było jak kopanie własnego grobu… No ale, z drugiej strony, umiała w książki i dzięki magii udało jej się uratować życie Zagama, nie mówiąc już o tym, że nie musiała się przejmować zmarszczkami i ewentualną siwizną, a w otaczającej ją rzeczywistości osiwieje ze stresu raczej wcześniej niż później… Jedno małe zaklęcie ukrywające ją przed magicznymi stworzeniami chyba nie zaszkodzi, nie? Co najwyżej może pomóc.

Tym postanowieniem osiągnęła pewien pułap spokoju i mogła się wreszcie skupić na wykładzie, którego połowę już przeoczyła. Oj, dobrze się zapowiadał ten rok akademicki, po prostu wyśmienicie.

Opcji, by zatrzymać się i wysłuchać, co żabsko miało właściwie do powiedzenia, nawet przez moment nie brała pod uwagę.

* * *

Och, jakże żałowała tego popołudnia, że nie może zrobić Zagamowego „tu i tam” i przeskoczyć od razu do mieszkania. Po pierwsze, bo pogoda się zepsuła i znikąd lunął zimny deszcz, dodatkowo podrasowany porywistym wiatrem. Zupełnie jakby niebo pękło w pół i to podczas poważnej awarii hydraulicznej. Po drugie, bo wszędzie teraz było mokro, na trawnikach stały kałuże, a Maria mogłaby przysiąc, że na jej drodze do domu będą czatowały wszystkie lokalne płazy, z ambystomą tygrysią włącznie i nie, nawet nie chciała wiedzieć, skąd wie, że to też jest płaz żyjący na terenie Ameryki. I Kanady, nie zapominajmy o Kanadzie.

W końcu, kiedy ulewa trochę zelżała, szczelnie zapięła torbę i wyległa ze sporą grupą pierwszoroczniaków, mając nadzieję, że w tłumie nie tylko się ukryje, ale ewentualnie, że te tupiące i depczące stopy skutecznie odstraszą wszystko, co chciałoby do niej przemawiać z poziomu ziemi.

I – dosyć zaskakująco, bo spodziewała się najgorszego – ten plan się powiódł i jakimś cudem udało jej się dotrzeć do domu z lekko przemoczonymi butami, ale bez żadnych nadnaturalnych stalkerów upierających się, że „muszą porozmawiać”. Co, niestety, znowu przypomniało jej o Zagamie, no ale on przynajmniej stalkował ją po terenie kampusu z kawą, a żaby tylko na nią wrzeszczały, jak ciotka z Teksasu. Cóż za brak wychowania.

Rzuciła torbę na kanapę, uruchomiła ekspres do kawy i z westchnieniem ruszyła w kierunku biurka, gdzie, w przestrzeni między obudową a najniższą szufladą, trzymała magiczną księgę wysępioną od Agiela. Nie używała jej od tej sprawy z Lucyferem i właściwie trzymała ją na tak zwany wszelki wypadek, bo głupio wyrzucać magiczną księgę. Jeszcze by wpadła w czyjeś niepowołane ręce i Maria pośrednio byłaby odpowiedzialna za apokalipsę zombie czy czegoś równie przyjemnego.

Wróciła do kuchni, wyciągnęła kruche ciasteczka z cukrem, rozsiadła się przy stole i otworzyła księgę. Szkoda, że nie miała spisu treści. Co prawda już raz ją kiedyś mniej więcej przekartkowała, ale wtedy szukała zaklęcia lokalizującego. Gdzieś tu też było zaklęcie ochronne, które może być całkiem przydatne, tylko skąd ona weźmie ogon traszki, z AliExpress? Ale teraz potrzebowała znaleźć coś, co ukryje ją przed innymi. Jakąś pelerynę niewidkę, postrzępiony kaptur drowów czy coś w ten deseń…

Popijając kawę i pogryzając ciasteczka przekartkowała część o kryształach i kamieniach szlachetnych, przejechała wzrokiem po pierścieniach zodiakalnych, wypisała sobie w notesie, że istnieją kamienie talizmany i ewentualnie mogłaby zacząć nosić przy sobie czarny turmalin (ochronna bariera przed negatywnymi energiami i atakami sił nadprzyrodzonych), choć chronić przed złem miał ją akurat tatuaż na plecach, no ale pewnie nie działał, jeśli żabsko było bezpośrednio związane z kowenem i Hekate. Po czym na dłużej utknęła przy amuletach i talizmanach. Zaczynając od tego, że nie miała pojęcia, czym różnią się jedne od drugich.

– „Talizmany to przedmioty stworzone po to, aby osobom, które je noszą lub posiadają zapewnić specyficzną siłę, opiekę, wsparcie i energię… zawsze zapewniają szczególne korzyści właścicielom i są stworzone dla konkretnego zastosowania” – mamrotała Maria pod nosem, robiąc schludne notatki, jak gdyby odrabiała pracę domową z _Dostępu do sprawiedliwości w świecie cyfrowym_, choć akurat z tych spotkań grupy czytelniczej nie miała egzaminu na koniec. – „Natomiast amulety mają bardziej ogólne zastosowanie i zazwyczaj chronią właściciela przed niebezpieczeństwem”. No okej. Czyli talizmany są aktywne, amulety bierne i reagują na wydarzenia, a nie je kreują… I jeszcze są czary szczęścia, stanowiące kombinację amuletu i talizmanu… – Z jękiem odchyliła się na krześle i przetarła oczy. To ona już chyba wolała tę sprawiedliwość w świecie cyfrowym, a nawet prawo rolnicze, a to ostatnie było naprawdę, naprawdę nudne.

Ostatecznie uznała, że obwiesi się po prostu wszystkim, co tylko uda jej się znaleźć, stworzyć, ewentualnie kupić i będzie utrzymywać wśród koleżanek, że wchodzi w swoją fazę boho, a w ogóle to naprawdę nie widziały pokazów haute couture na wiosnę-lato? Maria po prostu śledzi trendy. Właśnie tak.

Wstała, przeciągnęła się, zrobiła kilka skłonów i usiadła z powrotem do lektury.

Ocknęła się dwie godziny później, z bolącym kręgosłupem i zimną kawą, zastanawiając się, czemu do cholery czyta z wypiekami na twarzy o tworzeniu golemów. No dobra, tematyka była naprawdę wciągająca, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kogo nigdy research nie poniósł, ale gdzie amulety, gdzie ochrona przed żabami, a gdzie „I Pan uformował człowieka z kurzu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, i człowiek stał się istotą żyjącą”? Zamknęła księgę magii, wstała, wylała resztę starej kawy do zlewu i na autopilocie powędrowała pod szybki prysznic, a potem od razu do łóżka.

Tej nocy nic jej się nie śniło.

* * *

Świtem bladym, jeszcze przed uczelnią, ruszyła do najbliższego sklepu zielarsko-ezoterycznego, by zgromadzić już, natychmiast, bez czekania na przesyłkę, rzeczy niezbędne do stworzenia amuletu łamane na talizmanu łamane na czaru. Czterdzieści minut później wychodziła stamtąd obładowana jak wielbłąd wszelkiej maści ziołami, kamieniami półszlachetnymi, półproduktami i brzęczącymi buteleczkami, radośnie podśpiewując: „Are you going to Scarborough Fair? Parsley, sage, rosemary, and thyme”, bo z taką artylerią miała wrażenie, że odgrodzi się nie tylko od złośliwych, gadających płazów, ale w ogóle od całego zła tego świata, z seminarium ze zmiany paradygmatów w Sądzie Najwyższym włącznie.

Grzecznie przesiedziała cały dzień na zajęciach, w międzyczasie zjadła szybki lunch, nie opuszczając kampusu, po czym wczesnym wieczorem skierowała się do domu, nie natykając się po drodze na żadne problemy.

Nie dziwota, bo problemy czekały na nią na skraju chodnika, tuż przy schodach prowadzących do jej budynku. Do jej domu. Czekały, nadymały się soczystą, chyba wręcz toksyczną zielenią i jak tylko ją zobaczyły, wydarły się:

— Głucha jesteś?!

Ledwo się powstrzymała, by nie rzucić ciężkimi torbami w żabę, miażdżąc ją w procesie. No cóż, to w pewnym stopniu udowodniłoby, że te kamienie i zioła, i amulety rzeczywiście chronią. Choć chyba nie do końca o to chodziło w instrukcji. Nadwyrężone sznurki nerwów Marii w końcu się zerwały i coś w niej dosłownie _pękło._ Tym razem to ona się wydarła, prawdopodobnie upewniając sąsiadów, że mieszkają pod jednym dachem z wariatką. Jakby nie wystarczył ten cholerny martwy gołąb na wycieraczce i drzwi umazane krwią…

— Nie. Jestem. Głucha! — wrzeszczała, dławiąc się każdym słowem. — Po. Prostu. Cię. Ignoruję! — Głęboko nabrała powietrza i kontynuowała wściekłą tyradę w kierunku chodnika: — Może nie ignorowałam wystarczająco jasno i powinnam rozwinąć czerwony dywan? Wysłać list w trzech kopiach z informacją, byś się odczepiła? No więc odczep się! Nie chcę, nie interesuje mnie, cokolwiek to jest! Przestań mnie nachodzić, bo w menu pojawią się żabie udka! — Po czym mocniej chwyciła uszy toreb, przekroczyła żabsko i pędem wbiegła po schodach, zatrzymując się dopiero pod drzwiami mieszkania. Upuściła zakupy i trzęsącymi się dłońmi zaczęła szukać kluczy, starając się powstrzymać to, co rodziło się w jej gardle. Szczególnie że nie wiedziała, czy to szloch czy dziki ryk wściekłości. Raczej to drugie, bo miała wrażenie, że aż wszystko nabrało czerwonej barwy, kompletnie przestawała panować nad emocjami i miała wrażenie, że się dusi. W końcu wpadła do środka, zatrzasnęła drzwi, rzuciła torby w przedpokoju i ruszyła w głąb mieszkania, nie za bardzo w sumie wiedząc, w jakim celu.

Dopiero gdy stała w łazience z głową wsadzoną pod kran i czuła, jak lodowata woda spływa jej po włosach, uszach i karku, odrobinę odzyskała panowanie nad sobą. Zachłysnęła się powietrzem, nieco uspokoiła oddech i w końcu zakręciła kurek. Wycisnęła nadmiar wody z włosów, owinęła je ręcznikiem i wyprostowała się, wciąż czując, jak wali jej serce.

Wyszła z łazienki zastanawiając się, czy gdzieś jeszcze znajdzie awaryjną paczkę fajek i zamarła. Przez cały salon, od przedsionka aż do łazienki biegł wyraźny ślad jej stóp. Bosych stóp. Wypalony ślad jej bosych stóp.

Zamrugała.

— Co jest, kurwa… — Powoli zaczęła łączyć kropki i przeniosła wzrok z ciemnych śladów na parkiecie na własne nogi. Uniosła stopę, na której nadal miała trampek.

No, pół trampka, jak się okazało, bo podeszwa po prostu zniknęła, rozpuściła się, a Maria patrzyła na swoje nagie palce, majtające w pozostałościach buta, dopiero teraz odnotowując lekki zapach spalenizny.

Wściekłość właśnie dosłownie przepaliła jej buty i zostawiła zwęglone ślady na podłodze.

— No ja pierdolę — dodała bezsilnie, gapiąc się na to pobojowisko.

Co się z nią działo? Co się z nią, do diabła, działo?!

* * *

Kwadrans później niespokojnie krążyła po kuchni, klapiąc bosymi stopami po kafelkach, bo tak szczerze, trochę bała się założyć kapcie.

Krążyła, wypalała właśnie trzeciego papierosa i nerwowo stukała wymalowanym na perłowo paznokciem wolnej dłoni w wygaszony ekran telefonu.

Jej opcje były… ograniczone. Mocno ograniczone. Do kogo dzwoni się w takich sprawach? Żaby do mnie mówią, a w ogóle to przed chwilą prawie dokonałam samozapłonu. Na straż pożarną czy od razu do Facetów w Czerni?! Jakże w takich momentach brakowało jej Zagama… On by wiedział… Nie tylko by wiedział, ale prawdopodobnie powiedziałby, że to nic takiego, ot, drobnostka, może zrobię ci herbaty?

Zagama jednak tu nie było. Może nie było go już w ogóle, może zginął podczas przewrotu pałacowego i tej całej, pieprzonej, Lucyferowej wojny. Była tylko Maria, jej myśli i jej stopy.

Dlatego sama zrobiła sobie herbaty i jeszcze chwilę krążyła, próbując się uspokoić. Jak to było? Wdech i wydech. Wdech i…

No dobra, jej opcje były ograniczone, ale nie nieistniejące.

W końcu wybrała numer.

— Żaby mnie dręczą! — zasyczała do słuchawki bez przywitania, gdy tylko po drugiej stronie usłyszała kobiecy głos. — Żaby, ropuchy, płazy wszelakie łażą za mną i na mnie krzyczą. Po ludzku! To na pewno jakaś wiedźmia robota, nawet nie próbuj mi wmawiać, że nie, a ja się standardowo na to nie pisałam! Czy wy wszyscy nie możecie się ode mnie po prostu odkumkać?! — Bez siły opadła na najbliższe krzesło i zakryła twarz dłonią. — A na dodatek chyba zamieniam się w jakiegoś X-mena, znaczy, X-menkę, czy tam inną X-womankę, wiesz, człowiek-magma czy coś w ten deseń… — Przerwała na moment, czując, że jej dygresja ma już własną dygresję i za bardzo wchodzi w kwestie językoznawczo-płciowe. — Syb, błagam, zrób coś z tym… — dodała nieco płaczliwie.

Usłyszała głośne westchnienie. A potem jej znajoma wróżka odpowiedziała spokojnie:

— To pierwsze, to pewnie Ceres, zawsze była zbyt namolna i jako bogini kompletnie nie ogarnia stosunków międzyludzkich.

— Ceres — powtórzyła Maria, bo w sumie coś jej dzwoniło, ale nie do końca wiedziała, gdzie. — Czego chce ode mnie jakiś nadnaturalny babsztyl, którego na oczy nigdy nie widziałam? I dlaczego spaliłam sobie buty wraz z podłogą? I jeszcze…

— Poczekaj, po kolei — przerwała jej Syb. — Choć może powinnyśmy raczej priorytetami… Nie, jednak nie. Ceres się nie przejmuj, to sekretarzyni Hekate, ale, jak wspominałam, jest zwykle bezsensownie namolna i nie należy jej traktować specjalnie poważnie. Z tego, co wiem, Gospodyni wcale cię tu nie oczekuje, a w każdym razie nie w najbliższym czasie. Gdyby czegoś od ciebie chciała, dałaby ci znać osobiście, to nie jest osoba, która rzuca luźne sugestie. I na pewno nie wysyłałaby gadającej żaby. Czego chciała Ceres?

Ta rozmowa w jakiś sposób wpływała na Marię uspokajająco. Normowała rzeczy.

— W sumie to nie jestem pewna, dobrze wiesz, że ja raczej z tych, co uciekają przed problemem, zamiast stawić mu czoła — mruknęła. — Było coś o tym, że ileż można czekać, a potem już tylko wrzeszczała i mnie wyzywała od głuchych blondyn. Więc ja też na nią nawrzeszczałam. I uciekłam.

Syb parsknęła. Zakrztusiła się, próbując powstrzymać śmiech.

— Przepraszam — powiedziała po chwili. — Ale dobrze wiedzieć, że niektóre rzeczy się nie zmieniają.

— Ja. Ja się zmieniam — przypomniała jej Maria kwaśno. — Przepaliłam się przez własne buty, pamiętasz? Zostawiłam zwęglone ślady na podłodze.

— Doprowadzona do szału przez wrzeszczącą Ceres?

Maria pokiwała głową. Kiedy dotarło do niej, że Syb jej nie widzi, potwierdziła:

— Owszem.

— Rośnie twoja moc jako czarownicy — oceniła wróżka. — Ile minęło od paktu z Hekate?

— Nie wiem, dwa miesiące? Plus minus.

— To by się zgadzało. Stawiam, że będzie z ciebie niezła empatomantka, o ile wcześniej szlag cię nie trafi na miejscu.

— Osobiście stawiam na to drugie, ale, przepraszam, będzie ze mnie co? — Maria sięgnęła po kolejnego papierosa.

Syb przez chwilę milczała.

— Czarownica kreująca magię z emocji. Własnych. Cudzych. Z rozszczepioną duszą i możliwością dosłownego wchodzenia w innych wydaje się to całkiem logicznym rozwojem. Kontrolowałaś już umysły wcześniej, więc przetwarzanie emocji też powinno być w twoim zakresie możliwości. Postaraj się, no nie wiem…

— Pić więcej ziółek? Brać tabletki na uspokojenie? Zaopatrzyć się w zapas trawki? — sarknęła Maria.

— No, są jeszcze medytacje…

— Syb! Błagam! — jęknęła Maria. — A w ogóle, to po co Ceres mnie dręczy, jeśli Hekate niczego ode mnie nie chce? Podczas naszego ostatniego spotkania nie mówiła mi, że mam przyjść, raczej w drugą stronę!

— A co dokładnie mówiła Gospodyni? — zainteresowała się Sybilla.

— Że przyda mi się każda pomoc — mruknęła Maria — dopóki nie odkryję, co we mnie drzemie. I że wtedy będę wiedziała, gdzie jej szukać, bo przyjmuje mnie do swojego kowenu.

Obie milczały przez dłuższą chwilę.

— No, jak na mój gust, to masz dosyć jasne instrukcje, co powinnaś zrobić, jak już odkryłaś, co w tobie drzemie — podsumowała Syb podejrzanie radośnie.

Coś w duszy Marii jęknęło. I to by było na tyle, jeśli chodzi o święty spokój i normalność.

— Znasz adres — dodała Syb.

Maria westchnęła.

— Sprawdzę poranne pociągi do New Haven — powiedziała ponuro. — A jak spotkasz na korytarzu tę całą Ceres, to przekaż jej, żeby się odczepiła, bo już tam jadę. Tak na wypadek, gdyby moje wrzaski nie były wystarczająco jasne. Dobrze, że to nie drugi koniec kraju, jakoś to chyba połączę ze studiami, nie? Nie?!

— Przydasz nam się tutaj — odpowiedziała wróżka wymijająco. — My cię odpowiednio uziemimy, żebyś przypadkiem nie wybuchła z powodu spóźnionego autobusu, a ty też spojrzysz obiektywnym okiem na to, co się tu dzieje, bo ostatnio jest trochę… dziwnie.

Dziwnie.

Jakby to miało ją zachęcić.

Syb naprawdę powinna już wiedzieć lepiej…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij