W łóżku z twoim mężem - ebook
W łóżku z twoim mężem - ebook
Prowokacyjna, szczera do bólu blogerka bez skrupułów opowiada o swoim statusie kochanki.
Wyjaśnia w książce, dlaczego, w imię czego, z jakich powodów ludzie zdradzają. Udziela porad, jak wytrzymać w miłosnym trójkącie. Bez owijania w bawełnę mówi prawdę o tym, co leży u podstaw niewierności, a o czym nie pisze się w wymuskanych czasopismach ani nie mówi się w popularnych tok-szoł.
Nika Nabokowa jest piękną, młodą kobietą o mózgu, którego mógłby jej pozazdrościć niejeden mężczyzna. Jej blog śledzi ponad 300.000 osób. Prawie 8000 ludzi zwraca się do niej po rady i opinie. Dziesiątki tysięcy są wdzięczne za odpowiedzi, które pomogły im przetrwać w złożonych relacjach.
Tak, jestem kochanką! I właśnie dlatego wiem wszystko o tym, dlaczego ludzie zdradzają. Nie powiedzą wam tego w czasopismach ani w tok-szołach. Witajcie więc w moim świecie. Opowiem wam wszystko o kulisach niewierności. Dokąd, u diabła, go znów poniosło, czego możesz się dalej spodziewać i co w związku z tym powinnaś zrobić. Możesz mnie nienawidzić, obwiniać o niszczenie waszych rodzin. Możesz się bać i negować fakt mojego istnienia. Lecz to nic nie zmieni – bo ja wiem, jak przetrwać w miłosnym trójkącie.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8139-489-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Za takimi jak ja oglądają się i obgadują za plecami. W towarzystwie zazwyczaj witają mnie uśmiechem, ale wystarczy, że odejdę, a oni krzywią się i znacząco kręcą głowami. Zastanawiające jest to, że gdybym żyła w osiemnastym wieku, mój status społeczny byłby dumnie określany mianem „królewskiej faworyty” i dawałby mi różne przywileje. Miałabym damy dworu i brylanty, wszyscy kłanialiby się w pas i uczestniczyłabym w ekscytujących intrygach. Teraz, w czasach zaawansowanych technologii, lotów kosmicznych i rewolucji seksualnej wszystko jest bardziej przyziemne.
Jestem kochanką.
Szczerze mówiąc, nigdy nie marzyłam o takim statusie i, powiem wprost, nie byłam na to przygotowana.
Miałam inne cele i plany, w które nie wpisywał się zaplątany we własne sidła mężczyzna z żoną i dziećmi u boku. Mało tego, zawsze krytycznie oceniałam kochanki i nawet nimi pogardzałam, uważając, że zadawanie się z cudzym facetem jest poniżające.
Jednak stało się tak, że w okolicach trzydziestki, będąc niegłupią, dość dojrzałą i raczej rozsądną kobietą z bagażem przykrych małżeńskich doświadczeń, znalazłam się nagle w środku cudzej rodziny.
Właściwie nie w środku, tylko na uboczu.
Domyślam się, że osoby pochodzące z obozu żon już poczuły niesmak i chęć wyrzucenia tej książki, ciskając komentarze typu „farbowana suka”, „z brudnymi buciorami w cudzą rodzinę”, „ma wściekliznę macicy”.
Drogie panie, proszę o spokój, wam także mam coś do powiedzenia. Zgadza się, będę dawać wam rady, mimo że uważacie, iż powinnam zamknąć się i spadać.
Jak dobrze się zastanowić, „karma kochanki” prześladowała mnie od pierwszej klasy, gdy podły Griszka podrywał mnie i Alonę z trzeciej ławki. Przyznaję szczerze, że kochałam go do piątej klasy. I nawet żądałam, aby mama wplatała mi sztuczny warkocz, ponieważ nasz casanova miał słabość do dziewczyn z długimi włosami.
Później był Igorek. Przyjaźniliśmy się. Chodził z Daszą. A ja byłam w nim potajemnie zakochana. Ukrywałam swoje uczucia i kolegowaliśmy się przez trzy klasy. Po skończeniu szkoły poszłam z nim do łóżka i przestałam odpowiadać na jego telefony. Wydzwaniał przez kolejne trzy lata. Daszę rzucił.
Zadurzyłam się w wieku dwudziestu jeden lat.
Zakochałam się po uszy z wzajemnością. Było bardzo romantycznie; wschody słońca na balkonie i szalony, z perspektywy dwudziestojednolatki, seks do rana. A potem jak grom z jasnego nieba: „Mam inną”. Przez pół roku zalewałam się łzami. A on krążył wokół mnie. Listy, telefony, propozycje. Byłam dumna i nieprzystępna. I zaklinałam się, że nigdy więcej.
„Nigdy więcej” przytrafiło się pięć lat później.
Byłam już zamężna, a on miał partnerkę. Namiętność dopadła nas w pracy. Pokątne spotkania, potajemne schadzki w mieszkaniach, długie spacery z psem, żeby porozmawiać przez telefon, gorące zapewnienia. Miłość niczym w Romeo i Julii Szekspira. Wszystko mogło się udać, gdybyśmy nie zwlekali z zakończeniem swoich związków. W końcu i on, i ja rozstaliśmy się z partnerami, ale było już za późno.
Oczywiście znów się zarzekałam, że „nigdy więcej”, i „to już się nie powtórzy”, żadnych podwójnych gierek. Dobrze mówią: Nie obiecuj. Trzy lata później, koło trzydziestki, stało się. Spotkałam JEGO. Żonatego, z trójką dzieci, i oczywiście był mi pisany.
Tak w ogóle, gdy ludzie słyszą „kochanka”, wyobrażają sobie zazwyczaj seksowną długonogą nimfę z pełniejszymi ustami, dużym biustem i długimi włosami. Nieziemsko uwodzicielską, poruszającą się jak kotka, z niezwykłą gracją i zimnym spojrzeniem. Wyrachowaną femme fatale, uwodzicielkę naiwnych żonatych facetów.
Jestem zwyczajną kobietą. Z niewielkim syndromem „ofiary losu”. Tak, jestem atrakcyjna, ponoć nawet ładna. Urodę mam naturalną, bez botoksu, choć wkrótce i mnie to czeka. Nie pretenduję do roli ikony stylu czy femme fatale. Z przyjemnością oglądam fotki uznanych klasycznych piękności, wzoruję się na nich. Jestem jednak sobą. I lubię siebie za to. Mało tego, nie wiem, jak się rozbija rodziny, to nie moja specjalność. Oczywiście miło mieć władzę nad ludźmi, ale tylko dwie osoby są w stanie zniszczyć rodzinę: mąż i żona. Nikt poza nimi.
Prowadzę niewielki biznes związany z reklamą i mediami. Zajmuję się tym oraz dziennikarstwem od zawsze. Jestem niezależna finansowo i bardzo dużo pracuję. Nie wyglądam jak szykowna modelka, nie jestem amatorką imprez, bywam na nich z konieczności.
Krótko mówiąc, niczego mi nie brakuje. Jestem pociągająca, niegłupia, mam własną firmę i robię karierę. Co z punktu widzenia faceta jest tylko obciążeniem.
Oczywiście nasza miłość z bohaterem tej książki była nieziemska. Taka, jakie opisywane są w powieściach i pokazywane w filmach. Wszyscy zalewają się łzami, dławią popcornem i marzą: Ja też tak chcę. Akurat!
Nasz rycerz nie może oddychać, spać i w ogóle istnieć beze mnie. Oczywiście ja bez niego również. Jednak będąc kobietą rozważną, doświadczoną po relacji z podłym Griszką z pierwszej klasy, zapytałam go, co z legalną pretendentką do seksu, chrapania i brudnych skarpetek… Przepraszam, do cudownej możliwości zasypiania u boku ukochanego, wicia mu gniazdka i bycia oparciem. Nasz bohater zachował się jak prawdziwy mężczyzna i oznajmił, że jego żona jest w porządku i nie może powiedzieć o niej złego słowa, ale tak mocno mnie kocha, że nie wyobraża sobie pozostania z nią w związku. Potrzebuje jednak trochę czasu, by przygotować grunt. Najwyżej miesiąc. Padłam mu w objęcia, urzeczona jego szlachetnością i zdecydowaniem, z jakim wyznaczał sobie cele i czas na ich realizację.
Minęły dwa lata…
Zapraszam więc na drugą stronę lustra fatalnych niszczycielek domowego ogniska.
PS: À propos sumienia. W trakcie mojego „potajemnego” romansu przechodziłam różne etapy. Od „nie robię nic złego” do „mój Boże, sprawiam ludziom tyle bólu”. Jednak na żadnym nie czułam się dobrze, zawsze coś nie dawało mi spokoju. W końcu doszłam do jedynego słusznego wniosku. Za cierpienia żony i dzieci odpowiada tylko jedna osoba: mąż. To on składał przysięgę, to on podjął decyzję, że ją złamie, to on nie poświęcał czasu swojej rodzinie. Owszem, poruszają mnie cierpienia innych. Jednak kiedy chodzi o ludzi, których nie znam i z którymi nic mnie nie wiąże, ich dramaty poruszają mnie tak samo, jak wzruszam się na smutnym filmie o Hachikō lub gdy słyszę o dziejącej się na świecie niesprawiedliwości. Obciążanie się odpowiedzialnością za dramaty cudzych rodzin to, delikatnie mówiąc, nie najlepszy pomysł. Lepiej skupić się na własnych problemach…ROZDZIAŁ 2 JAK TO SIĘ ZACZĘŁO
Poznaliśmy się, gdy moje małżeństwo nieuchronnie dobiegało końca. Byłam potwornie zmęczona tym, że to na mnie spoczywała odpowiedzialność dosłownie za wszystko. Poczynając od kupna karmy dla psa i kończąc na poważnych decyzjach w prowadzonym biznesie. Gdzie zdobyć pieniądze, jak spędzić urlop, jak ożywić nasz związek… Lista nie miała końca.
Po trzech latach miałam tego dość. Zrozumiałam, że pora uciekać. Albo się wyczołgać. W tym czasie umarła moja ukochana babcia, a u ojca zdiagnozowano nieuleczalną chorobę. To był odpowiedni moment na zmianę życia.
Z bohaterem mojej historii, nazwijmy go Andriejem, znaliśmy się od dawna, ale nigdy nie patrzyłam na niego jak na mężczyznę, a tym bardziej, jak na potencjalnego partnera życiowego. Żona, dzieci, za dużo snobizmu i nie bardzo w moim typie, jeśli chodzi o wygląd fizyczny.
Od pewnego momentu pracowaliśmy nad wspólnym projektem, co wymagało częstych spotkań. Wtedy zauważyłam, że jest zainteresowany mną, moim życiem i moimi sprawami. Rozmawialiśmy już nie tylko na tematy zawodowe, ale i osobiste. I któregoś wieczoru okazało się, że nie chcemy się rozstawać. Przepuściłam dwa pociągi do Petersburga, a on nie miał śmiałości pocałować mnie na peronie.
Wszystko rozwijało się dość szybko i przyznam, że nie zastanawiałam się nad tym, co będzie dalej. Nie miałam żadnych planów na przyszłość. Nie zamierzałam nawet iść z nim do łóżka, nie mówiąc już o rozbijaniu rodziny. Podobało mi się jego zaangażowanie, częste telefony, długie rozmowy. Szybko otoczył mnie troską, okazywał zrozumienie, zainteresowanie. Świetnie się z nim rozmawiało, kipiał pomysłami, przejawiał inicjatywę, z zapałem planował wspólne przedsięwzięcia.
Szybko wyznał mi miłość i poprosił o podjęcie decyzji odnośnie do naszej relacji. Zapytałam go o zamiary i usłyszałam, że pragnie zmienić swoje życie, żebyśmy mogli razem podążać w stronę świetlanej przyszłości. No cóż, pomyślałam: podążajmy. I poinformowałam męża, że odchodzę.
Czy zdawałam sobie sprawę, na co się decyduję? Nie, nie zdawałam. Szczerze wtedy wierzyłam w Andrieja, w jego zdecydowanie i pewność, że nam się uda. Nikt nie ostrzegł nas przed tym, co będzie później, on też tego nie wiedział.
Do opisania kolejnego półtora roku potrzebna jest oddzielna książka. Za jakiś czas, gdy znajdę wystarczająco siły, by wywlec na światło dzienne własne przeżycia, na pewno to zrobię. Czasami było ze mną tak źle, że godzinami leżałam nieruchomo na podłodze w łazience, potwornie cierpiąc z powodu żalu, braku zrozumienia, goryczy, niekończących się kłamstw. Potem wstawałam, znajdując argumenty i powód, żeby zacząć wszystko od nowa.
Pewnego razu, gdy po raz kolejny oprzytomniałam na kafelkach, zrozumiałam, że coś jest nie tak. Nie chodziło o otaczający świat, tylko o mnie. Założenie, że „oni wszyscy są łajdakami, ale w końcu to zrozumieją”, z jakiegoś powodu nie działało. Postanowiłam więc poszukać innej drogi i zastanowić się, dlaczego mnie to spotkało, czemu to ma służyć i co osiągnę, przeżywając takie katusze.
Gdy psychicznie znalazłam się na samym dnie i mogłam albo odbić się od niego, albo położyć się i umrzeć, postanowiłam pisać blog. Miałam wybór: tonąć we łzach i beznadziei lub działać. Wybrałam to drugie i uznałam, że będę pisać, ponieważ akurat to mi w życiu wychodzi całkiem dobrze. W dzieciństwie marzyłam, że będę tancerką albo wspaniałą pianistką, ale los zdecydował inaczej. Najbardziej lubię w sobie to, że zawsze próbuję robić coś pożytecznego, nawet w sytuacji kryzysowej. Przyjaciele żartują, że nawet z własnego pogrzebu zrobiłabym wspaniałe przedstawienie albo przedsięwzięcie biznesowe. Bardzo chciałam pokazać ludziom inne spojrzenie na problem zdrad. Udowodnić, że są kobiety – albo chociaż jedna kobieta, która otwarcie opowie o swoim niełatwym statusie kochanki i o tym, jak się z tym żyje.
Poznawałam siebie i innych i dzieliliśmy się doświadczeniami. Wyszło na to, że szczerość się opłaciła. Zdobyłam czytelników, wielbicieli i hejterów. Ludzie zwierzali się ze swoich uczuć i przeżyć. To nie jest tak, że nagle ogłaszam, iż wiem wszystko o zdradach. Zebrałam sześć tysięcy historii żon, kochanek i mężczyzn. Są między nimi różnice, ale są i podobieństwa.
Moja własna historia miłosna bardzo się zmieniła. Nie dlatego, że Andrieja nagle olśniło i stał się innym człowiekiem. Raczej zrewidowałam moje nastawienie do tej sytuacji, a w ślad za tym zmienił się jego stosunek do mnie i scenariusz naszego romansu. Przecież wszystko, co przeżywamy w miłosnych perypetiach, jest odbiciem tego, co nosimy w sobie. Trzeba pokonać własne wewnętrzne demony, żeby poznać się na zewnętrznych „dręczycielach” i „manipulatorach”. Spróbujemy zrobić to wspólnie.
Zacznę od samego początku.ROZDZIAŁ 3 DLACZEGO STAJEMY SIĘ KOCHANKAMI
Pamiętam, jak kiedyś żaliłam się swojej przyjaciółce na okrutny świat, nieszczęśliwą miłość i że wszystko jest takie skomplikowane. Mówiłam, że chcę mieć dzieci, kogoś bliskiego i zawsze być z nim razem. Popatrzyła na mnie uważnie i poprosiła, abym opisała ze szczegółami, jak to nasze szczęśliwe i wartościowe życie miałoby wyglądać. Pochlipując, mamrotałam coś o gwarancjach, o wspólnym zasypianiu, byciu jednością i takie tam. Moja dociekliwa przyjaciółka zażądała konkretów i szczegółowego, od – do, opisu chociażby jednego miesiąca z tego cukierkowego obrazu. W miarę opowiadania złapałam się na tym, że nie odczuwam nic oprócz nudy i strachu przed odrzuceniem.
Od tamtej chwili lubię zadawać podobne ćwiczenia czytelniczkom, pytającym, kiedy ich wybranek odejdzie od żony, i z ciekawością obserwuję wyniki.
Do czego zmierzam?
UCIECZKA PRZED STABILIZACJĄ
Pierwszy punkt na mojej liście brzmi: Nie chcę stabilizacji.
Chcę fajerwerków, ruchu, nieustającego romantyzmu, emocjonalnej huśtawki. A na koniec: wolności. I żeby wszystko było intensywne, a każdy dzień jak na rollecoasterze. I miłość jak w książkach. Z idealną równowagą radości i smutków. Nieźle, co?
Czyli tak, jak było na początku mojego romansu. Pragnęłam burzy emocji i noszenia mnie na rękach, i nazywania „boską” oraz „skarbem”. Andriej chciał, nawiasem mówiąc, tego samego. Rutyna i rozmowy wyłącznie o dzieciach szybko się nudzą.
Już nawet nie chodzi o to nieustające święto, po prostu nie chcę z nikim łączyć się w jedną całość. Co, jeśli całkiem mnie połknie? Uchowaj Boże! Z takim „na pół moim” jest o wiele spokojniej i bezpieczniej.
Nie zawsze do końca zdajemy sobie sprawę z naszego oporu wobec angażowania się w związek na poważnie. Kobiety, decydujące się na romans z żonatym mężczyzną, nie słyszą swojego wewnętrznego głosu. Możemy za to podziękować społeczeństwu.
Zakorzeniło się przekonanie, że kobieta chce mieć rodzinę. Wyjść za mąż, mieć dzieci, społeczny status żony, poczucie bezpieczeństwa. Ta propaganda tradycyjnych wartości codziennie rozbrzmiewa w naszych głowach. Przy czym nie precyzuje się, że kobieta to też człowiek. Człowiek, któremu na różnych etapach życia chce się czegoś innego. Społeczny głos „trzeba” tkwi w nas tak głęboko, że czasami przyjmujemy go za swój własny i często mylimy z prawdziwymi pragnieniami. I stąd się bierze: Ja tak bardzo tego chcę, no kiedy, kiedy wreszcie się uda. Wystarczy jednak poważnie się zastanowić, jak to konkretnie miałoby wyglądać, i pojawiają się wątpliwości.
Jeśli miałyście w przeszłości romans na odległość lub podkochiwałyście się w idolu długą nieodwzajemnioną miłością, to właśnie o was chodzi. Wszystko to idzie na konto: „Unikam prawdziwych związków”.
W zasadzie, można unikać w nieskończoność. Osobiście uważam, że kiedy ma się ochotę na coś prawdziwego, ono się pojawi. Psycholodzy nie zawsze się ze mną zgadzają, twierdząc, że jeśli, mimo cierpienia, powielamy wciąż podobny scenariusz, to lepiej poszukać, co wewnątrz nas wywołuje lęk przed prawdziwym związkiem.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.PODZIĘKOWANIA
Słowo „dziękuję” nigdy w pełni nie odda całej mojej wdzięczności dla osób, dzięki którym mogłam się podnieść, iść naprzód i dotrzeć do napisania tej książki.
Saszo Kiriejew, razem wymyśliliśmy ten tytuł, i przez cały ten czas Twoje rady, i co bardzo mnie cieszy, pochwały, pomagają mi nie spocząć na laurach.
Czu, mój przyjacielu, moja najbliższa, cudowna, wspaniała istoto. Zrobiłeś tyle, że nie wystarczy dziesięciu książek, żeby Ci się odwdzięczyć.
Żyrafiku, jesteś dla mnie więcej niż przyjaciółką. Siostrą, drugą połówką, i co tam jeszcze można powiedzieć. Dziękuję, że mogę z Tobą być nie Niką, tylko głupim Słonikiem.
Bur, moja płomienna, niezwykła dziewczynko. Jesteś energią, tarczą, wsparciem. Nasze przygody będę wspominała na łożu śmierci.
Katiu Aleksandrowa, wniosłaś ogromny wkład w tę książkę. Dziękuję Ci za konsultacje i współpracę, za to, że dzieliłaś się ze mną swoją wiedzą i doświadczeniem.
Żeniu Farafonow, moja pogoda ducha i wiara w siebie to Twoje dzieło.
Eriku i Saniu, to, że Was mam, to największy cud świata. Po prostu bądźcie.
Pu! Dziękuję za mądrość, wsparcie i Twój talent. Mój najlepszy dizajner i wspaniały przyjaciel.
Kochanie, dziękuję Ci, że jesteś, dziękuję za nas, za wszystko, co było i jest, za natchnienie. Lu.