Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

W niewoli Indian - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 października 2026
19,89 zł
1989 pkt
punktów Virtualo

W niewoli Indian - ebook

Młody jeniec, dwaj traperzy i niebezpieczna droga do wolności. Ryszard Fernau otrzymuje szansę opuszczenia wioski Arapahów, lecz wraz ze swoimi wybawcami musi stawić czoła pościgowi i surowej przyrodzie Wyoming. „W niewoli Indian” to pełna napięcia powieść przygodowa dla młodzieży w klimacie westernu — o odwadze, przyjaźni i walce o przetrwanie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Young Adult
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1 012 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I. ZAGRZEBANY W ŚNIEGU

Wcześnie zima pokryła śnieżnym całunem góry Bighorn Mountains, biegnące z południa na północ przez całe terytorium stanu Wyoming.

Na pochyłościach, wystawionych na działanie promieni słonecznych, ów biały całun topniał za dnia; na bardziej wzniesionych punktach, gdzie szalał lodowaty wiatr północno-wschodni, w wąwozach i w szczelinach, leżał on jednak nietknięty, i ciężkie, szare chmury, przewalające się leniwo po ciemnym nieboskłonie, dosypywały ciągle świeżego śniegu, który nadawał krajobrazowi charakter smętny i monotonny.

Nad wieczorem jednak promienie słoneczne zdołały na chwilę przedrzeć się do powierzchni odrętwiałej ziemi i oświeciły jaskrawym światłem jakiegoś człowieka, idącego żwawo wąwozem, jakby obramowanym wysokimi, prostopadłymi i fantastycznie połamanymi skałami.

Człowiek ten był dobrze zbudowanym mężczyzną, mającym około czterdziestu lat wieku; twarz jego była porośnięta długą, popielatoblond brodą, nadającą mu poważny wyraz; głowę przykrytą miał szarym, filcowym, z szerokim rondem, kilkoma piórkami ozdobionym kapeluszem, spod którego spływały włosy obfitymi lokami na szerokie i barczyste ramiona. Odzienie nieznajomego składało się ze skórzanej koszuli, obszytej obficie frędzlą; takież spodnie tonęły w ciężkich, sięgających aż za kolana butach; biodra ujmował pas, napełniony ładunkami, za który był zatknięty duży sześciostrzałowy rewolwer i długi nóż w skórzanej pochwie.

Człowiekowi temu towarzyszył pies średniej wielkości, który szedł przodem, węsząc ustawicznie.

— Znowu zadymka! — nieprawdaż, Cezarze? — rzekł myśliwy, biorąc w lewą rękę strzelbę, zawieszoną na ramieniu, i otrząsając śnieg z ubrania.

Pies w odpowiedzi kręcił puszystym ogonem, patrząc rozumnymi oczami na pana.

— No, cierpliwości! jeszcze milka, a będziemy w domu — mówił traper, głaszcząc wełnistą sierść Cezara. — Natychmiast po powrocie napalimy sobie tęgo w piecu, ugotujemy smaczną wieczerzę i położymy się spać. Dobrze, że mamy zawsze zapasy, inaczej przymieralibyśmy głodem, gdyby się nam polowanie, tak jak dziś, nie udało. Trzeba ci wiedzieć, mój piesku, że posiadamy w spiżarni całą ćwiartkę kozła, która nam wystarczy jeszcze na parę dni. Nic dziwnego, że wracamy z pustymi rękami. Na taką pogodę wszystko, co żyje, kryje się po dziurach. Oj! jakiż ten wiatr nieznośny! Na szczęście jesteśmy do tego przyzwyczajeni, co rok ta sama historia, nieprawdaż?

Pies znowu zaczął merdać ogonem, po chwili jednak pogrążył nos w śniegu, widocznie coś węsząc.

— No, cóż tam, Cezarze? — zagadnął traper, biorąc do ręki strzelbę — czy będziemy strzelali? Ruszaj naprzód i baczność! Wiatr jest dla nas przychylny, możemy się zbliżyć niedostrzeżenie.

Pies, jak gdyby rozumiejąc napomnienia swojego pana, popełznął ostrożnie; traper podążał za nim, z bronią gotową do strzału.

W kilka minut potem wąwóz rozszerzył się, i myśliwy ujrzał przed sobą dość obszerną dolinę, porosłą zrzadka sosnami i karłowatymi krzakami jałowca.

Rzuciwszy okiem na tę otwartą przestrzeń, traper żywo skoczył poza odłam skały, pies zaś położył się przy nim na ziemi. O pięćdziesiąt kroków zaledwie od stanowiska Strzelca widać było kilkanaście wielkich szarych wilków, które z ponurym mruczeniem krążyły dookoła wzgórka, przysypanego grubo śniegiem. Niektóre z nich kopały zawzięcie, jak gdyby chciały wydobyć coś spod śniegu; inne podnosiły od czasu do czasu głowy i, siadłszy na ziemi, wydawały głuche i urywane wycia.

— Co one tam takiego znalazły? — pomyślał traper, odwodząc kurek swej strzelby — zapewne jakąś padlinę.

I korzystając ze światła zachodzącego już słońca, starał się dojrzeć, co zgromadziło na tym miejscu tyle wilków.

Dzięki swojemu doskonałemu wzrokowi dostrzegł, ku wielkiemu przerażeniu, nogę ludzką, sterczącą do połowy spod śniegu.

— Skądże ten trup mógł się wziąć w tych odludnych okolicach? — myślał traper, wzruszony do głębi tym okropnym widokiem. — Hm, nie mogę przecie pozwolić na to, żeby te bestie pożarły zwłoki chrześcijanina; tak, bo to jest noga białego człowieka, co łatwo poznać po obuwiu. Nie bardzo jednak bezpiecznie włazić pomiędzy to stado wilków, rozjuszonych głodem.

Strzelec namyślał się; parokrotnie przykładał się do strzału i opuszczał broń, wiedząc, iż w razie napadu znalazłby się w bardzo trudnym położeniu, Kiedy jednak jeden z wilków pochwycił za nogę, wystającą ze śniegu, traper nie wahał się dłużej i zmierzywszy, dał ognia. Trafiony celną kulą, zwierz przewrócił się, wydając żałosne wycie; towarzysze jego rozbiegli się w pierwszej chwili, lecz wnet wrócili i żarłocznie jęli szarpać rannego wilka, tak że w kilka minut z ofiary trapera pozostały tylko krwawe szczątki. Wilki rozzuchwalone porzuciły trupa, zagrzebanego w śniegu i, wyjąc przeciągle, zbliżały się wolnym krokiem ku miejscu, gdzie stał traper; ten zaś, nabiwszy szybko broń, złożył się powtórnie i jeszcze jeden wystrzał rozległ się długim echem w górach. Scena powyższa powtórzyła się i teraz: trafiony wilk w mgnieniu oka stał się pastwą swych okrutnych kolegów. Tym razem myśliwy nie miał czasu użyć ponownie swojej fuzji: wskoczywszy więc na skałę, wyciągnął zza pasa rewolwer i z zimną krwią, której mu nie odebrało grożące niebezpieczeństwo, posyłał kulę za kulą wpośród wyjącą gromadę: żaden strzał nie chybił celu i niebawem sześć wilków tarzało się konwulsyjnie w śniegu. Pozostałe, ujrzawszy człowieka, rozpierzchły się i znikły pośród skał okolicznych.

— No, odwagi, Cezarze! — zawołał traper, zeskakując ze swego stanowiska i klepiąc po szyi drżącego na całym ciele psa. — Zdobyliśmy sześć skór wcale niezłych i ocaliliśmy zwłoki chrześcijanina od profanacji; chodź, pójdziemy zobaczyć, co to za biedak leży tam w śniegu.

Rzekłszy to, myśliwy zbliżył się do zaspy i zaczął odgrzebywać wystającą z niej nogę. Niebawem ukazało się spod śniegu ciało człowieka, odziane w łachmany. Traper uważnie zaczął je oglądać: miał przed sobą mężczyznę w średnim wieku, nadzwyczaj wynędzniałego; chuda jego twarz kryła się zupełnie prawie pod gęstą, szczecinowatą brodą. Przekonawszy się, iż nieznajomy nie miał żadnych obrażeń na ciele, myśliwiec przyłożył ucho do piersi.

— Żyje jeszcze, serce nie przestało bić — rzekł. — Boże, dopomóż mi go uratować!

Nie namyślając się długo, wziął go na plecy i wolno posuwał się w kierunku swej siedziby. Cezar biegł za swoim panem, szczekając z radości. Z doliny prowadził na pobliskie płaskowzgórze głęboki wąwóz, w który traper się zapuścił, niosąc ciągle swój ciężar.

W kilkanaście minut potem zatrzymał się na niewielkiej płaszczyźnie, otoczonej ze wszech stron wysokimi skałami, u których stóp wznosiła się mała chatka, zbudowana z kamieni i okryta trawą.

Traper otworzył drzwi, zbite z okrąglaków, i wszedłszy, złożył na wpół zmarzniętego człowieka przed kominkiem; rozdmuchawszy tlejące na nim zarzewie, dorzucił drzewa, i w kilka chwil potem ożywczy płomień oświetlił jaskrawo izbę. Uskuteczniwszy to, strzelec odwrócił się do nieznajomego i zaczął mu rozcierać wódką piersi, ręce i nogi.

Po półgodzinnych usiłowaniach zmarznięty odetchnął i otworzył oczy.

— No, wstawaj, jesteś pod dachem i pod dobrą opieką — zawołał traper.

— Gdzież ja jestem? — zapytał nieznajomy, z podziwieniem spoglądając dookoła — co się ze mną działo? Aha, siły mnie opuściły podczas wędrówki, położyłem się na chwilę, żeby odpocząć, gdy wtem zaczęła się śnieżyca; co się działo potem, tego już nie pamiętam. Ale któż ty jesteś?

— Nazywam się Dżym Forester i jestem strzelcem zwierzyny.

— Mieszkasz tutaj sam jeden w górach?

— Nie, mam z sobą psa i dwie klacze, które pasą się na kiepskiej trawie w jednej z pobliskich dolin; ale ty jak się nazywasz? — zapytał z kolei.

— Nazywam się Jakub Woodman — odpowiedział obcy wahająco.

— All right! Połóż się teraz na tym tapczanie — odparł Dżym — okryję cię ciepło i pójdę zdzierać skóry z sześciu wilków, które o mało co nie wzięły cię na zęby; muszę także zajrzeć do moich koni, zanim noc zapadnie. No, miej cierpliwość — dodał przyjacielsko, prowadząc swego osłabionego gościa na łóżko i otulając go futrami i kołdrą — skoro wrócę, wezmę się do przyrządzenia posiłku. Jeżeli będziesz spał dobrze tej nocy, spodziewam się, że jutro wrócisz już całkiem do siebie. Dowidzenia! Chodź, Cezarze; tak, drogi piesku, nic nie pomoże, musimy jeszcze raz wyjść na taką brzydką pogodę, no, naprzód!

Rzekłszy to, otworzył drzwi, obite skórami i znikł w zapadającym już zmroku.

W małej chacie, oprócz tapczana, okrytego skórami, stał wąski stół i kilka klocków drzewa, które zastępowały krzesła. W jednym z kątów, obok siodeł i uzdy, leżał stos skór i kołder; rozmaite naczynia kuchenne stały u kominka, ponad którym wisiało kilkanaście świeżych futer bobrowych, parę połci słoniny i narzędzia myśliwskie; oparte o ścianę i ustawione w rząd worki z zapasami żywności dowodziły zapobiegliwości gospodarza.

Jack Woodman przypatrywał się uważnie wszystkim tym szczegółom i wzdychał ciężko od czasu do czasu, pomimo iż było mu ciepło i wygodnie. Czoło jego pochmurniało coraz bardziej. Kiedy traper po pewnym czasie powrócił z wilczymi skórami, gość obrzucił go wzrokiem, w którym malowała się niechęć, granicząca z nienawiścią. Strzelec nie zwrócił na to uwagi, usiadł przed kominkiem i zabrał się do przyrządzenia wieczerzy, której to czynności Cezar przypatrywał się z wielkim zadowoleniem.

— Tak, mój przyjacielu — zaczął — niewiele już brakło do tego, żebyś się wyniósł na tamten świat. Kiedy przed dwiema godzinami przyszedłem do rzeki Bighort, namyślałem się, czy mam wrócić do domu przez nią i przez wyżyny, czy też obrać drogę przez wąwóz; z tej ostatniej korzystam bardzo rzadko i sam nie wiem, co mnie dziś skłoniło, ażeby się nią udać; dzięki temu tylko mogłem cię ocalić od pewnej śmierci. Gdybym szedł do domu, tak jak zawsze, przez wyniosłości, leżałbyś dotąd w śniegu i kto wie, czy do tej chwili nie pozostałyby już z ciebie same kości,

— Wolałbym, żeby się tak było stało — odpowiedział Jack Woodman półgłosem — w każdym razie nie jestem ci wcale wdzięczny, żeś mi ocalił życie.

Traper spojrzał na niego.

— Czy mówisz na serio? — zagadnął niedowierzająco.

— Zupełnie serio — odpowiedział gość prędko — już od dawna pragnę śmierci, a gdy ta wreszcie nadchodziła, ty musiałeś stanąć na jej drodze.

Traper podniósł się i wziął za rękę nieznajomego, aby mu puls zbadać.

— Czy myślisz, że mówię w gorączce? — zaśmiał się ten szyderczo — o nie! jestem zupełnie przytomny i wiem dobrze, com powiedział.

— W takim razie wstydź się! — zawołał oburzony Forester, siadając znów na swoim miejscu — twoje słowa są bluźniercze!

— Et! — rzekł Woodman ironicznie — gdybyś sam prowadził takie nędzne życie przez lat dwanaście, jak moje, wtedy znienawidziłbyś je z pewnością tak, jak ja!

Traper nachylił się nad naczyniem blaszanym, w którym gotował polewkę z mąki, i westchnął cicho.

— Jakżeż mam nie bluźnić — mówił dalej gość — nie chcę żyć, a Bóg, zamiast zabrać mnie z tego świata, każę mi na nim pokutować nie wiadomo za jakie grzechy.

— Czy aby sam nie jesteś winien swojemu nieszczęściu?

— Ja?! — zawołał Jakub, zrywając się — no, sam osądź, czy masz słuszność, otworzę przed tobą moje serce, to mi sprawi ulgę?

— Mów — rzekł krótko traper.

Gość namyślał się przez chwilę, po czym zaczął:

— W Baltimore przed kilkunastu laty ożeniłem się z kobietą, która mi wniosła niewielki mająteczek; za pieniądze te założyłem sobie interes, który jednak nie dał mi oczekiwanych korzyści; przedsięwzięcie, na którym zbogacili się liczni moi koledzy, nie udało się i po kilku latach zubożałem zupełnie. Musiałem więc porzucić handel i, znów jako podwładny, zarabiać na kawałek chleba, ażeby wyżywić żonę i dwoje dzieci, chłopca i dziewczynę. Było to dla mnie trudne, gdyż podczas mojego samodzielnego zajęcia oduczyłem się naginać karku; często byłem bez żadnego miejsca i cierpiałem niedostatek.

Kiedy wybuchła wojna o zniesienie niewolnictwa, zaciągnąłem się do wojska, bo mi obiecywali dobry żołd, a życie żołnierskie nie wydało mi się uciążliwym. Przede wszystkim pragnąłem pozbyć się trapiącej mnie biedy; ma się rozumieć, iż pamiętałem o swojej rodzinie i posyłałem jej regularnie połowę swej pensji; było to więcej, aniżeli przedtem mogłem im dawać. Prawie przez cały rok prowadziliśmy bardzo wygodne życie; pułk nasz najczęściej stał jako rezerwa w jakim mieście. W końcu jednak i na nas przyszły ciężkie czasy, wysłano nas bowiem na teatr wojny. Szczęśliwie wyszedłem z kilku bitew.

W wigilię walki pod Shiloh doznałem szczególnego przeczucia. Siedziałem z kilkoma przyjaciółmi u obozowego ogniska, gdy wtem przyszła mi nagle do głowy myśl, iż mam jutro polec. Nie obawiałem się tego, dręczyła mnie jednak świadomość, iż na wypadek śmierci pozostawię żonę i dzieci bez żadnych środków do życia; martwiło mnie to tym bardziej, iż szczupłe mienie mojej żony zginęło w moich spekulacjach. Przeczucie śmierci przenikło mnie do tego stopnia, iż nakłoniłem mojego przyjaciela, ażeby ten dał znać mojej rodzinie, w razie gdybym poległ, nie chciałem bowiem, ażeby moi drodzy pomyśleli, iż opuściłem ich niecnie. Mój przyjaciel, jakkolwiek mnie wyśmiał, dał mi słowo, iż uczyni to, czego od niego chciałem. W trzy godziny potem podał mi on po raz ostatni dłoń do uścisku. Wieczorem znalazł mnie na skraju lasu z kulą w piersi. Armia północna była, jak ci wiadomo, w owym dniu rozbita, i ja wpadłem w ręce skonfederowanych. Przez długi czas pozostawałem między życiem a śmiercią, silna jednak moja natura wzięła górę — i wyzdrowiałem.

Przez trzy lata byłem w hańbiącej niewoli i ani razu nie udało mi się przesłać mojej żonie wiadomości, iż żyję jeszcze.

Nareszcie wybiła godzina mojego wybawienia; upłynęło jednak kilka miesięcy, zanim się znalazłem znów w Baltimore; zacząłem tam poszukiwać mojej żony, lecz nadaremnie. W końcu dowiedziałem się, iż wyszła zamąż za przyjaciela, który jej przyniósł wiadomość o moim rzekomym zgonie, i wyprowadziła się zupełnie z tego miasta. Mieszkania jego nikt nie mógł mi wskazać.

Wiadomość ta uderzyła we mnie, jak grom z pogodnego nieba. Dopiero teraz poznałem, com utracił; przez kilka dni byłem bliski obłędu, nic jednak nie pomogła rozpacz, nie powróciła mi mojej żony i moich dzieci.

Pobyt w Baltimore, które mi ciągle przypominało o moim nieszczęściu, stał się dla mnie nieznośnym; pojechałem do innego stanu, lecz nigdzie nie znalazłem spokoju. Nie pracowałem na utrzymanie, gdyż życie ciążyło mi, nareszcie znalazłem się tutaj, na dalekim zachodzie. Przebywałem przez sześć lat z rzędu u rozmaitych mieszkańców tych okolic, korzystając z ich gościnności. W lecie pomagałem hodowcom bydła, jako pastuch, albo też kolonistom przy budowaniu siedzib. Przez czas jakiś trudniłem się także rąbaniem drzewa, którego potrzebował rząd na forteczki przeciwko Indianom. Obecnie od dość dawna przymieram głodem. Odwiedzałem już wszystkich tutejszych mieszkańców, lecz nigdzie nie dano mi przytułku.

Właśnie miałem zamiar udać się na zachodnie stoki — O, teraz przychodzę do siebie — rzekł Jack Woodman po długim milczeniu — głód czyni z człowieka prawdziwe zwierzę.

Dżym Forester kiwnął potakująco głową i nalał dwie filiżanki gorącej herbaty.

— Zapewne — rzekł — ja nigdy jednak nie doznawałem takiego niedostatku.

— Masz więc szczęście! — mruknął gość pełnymi ustami.

— Tak, zawsze udawało mi się znaleźć korzystne zajęcie, które dostarczało mi środków do życia.

— Czyż więc nie zawsze zajmowałeś się myśliwstwem? — zapytał Woodman po chwili.

Dżym Forester, podjadłszy, wstał i rozłożył pod stołem skórę, na której, jak zwykle, ułożył się jego pies; uskuteczniwszy to, jął rozpinać wilcze skóry na ziemnej podłodze chaty.

— Nie — odpowiedział wahająco — z początku pracowałem przy budowie kolei, potem jeszcze służyłem przez wiele lat jako pastuch w pewnej farmie, na granicy stanu Nebraska; od trzech lat dopiero trudnię się łowiectwem w tych górach. W ostatnich czasach szczęście tak mi służyło, że oszczędziłem nawet niewielką sumkę.

— Tak, i przedtem zapewne miałeś zawsze dostatek, nieprawdaż? — zagadnął gość z lekką ironią.

— Miałem niewiele, lecz i z tego byłem zadowolony — odpowiedział krótko traper.

Po tej rozmowie znowu zapanowało milczenie. Dżym Forester, rozpiąwszy skóry, pomywszy swoje kuchenne naczynia i ustawiwszy je na miejscach, zbliżył się do tapczanu, na którym Jakub niby spał, otulony kołdrą.

— Nieboraku! — mruknął traper ze współczuciem — losy ci się nie uśmiechały, to prawda, nie wiesz jednak, iż przyczyną twoich nieszczęść było także lenistwo.

Rzekłszy to, urządził sobie u przeciwległej ściany posłanie z kołder i skór, ściągnął z nóg ciężkie buty, położył obok siebie strzelbę i zmówił następującą krótką modlitwę:

— O, dziękuję Ci, Boże, żeś się mną i dziś opiekował. Rozciągaj nade mną i nadal Swoją opiekuńczą rękę i bądź mi miłosierny. Amen.

W kilka minut potem pan i pies chrapali na wyścigi.

Jack Woodman nie spał jednak. Słyszał on doskonale słowa Dżyma Forestera i znów zapłonął gniewem. Ochłonąwszy, spytał się jednak samego siebie, czy traper nie miał czasem racji. Głos wewnętrzny mówił mu, iż rzeczywiście tak było. Dlaczegóż los na niego się tylko ciągle sprzysięgał? Ale i pod tym względem zbudziły się niebawem w jego sercu wątpliwości. Rzeczywiście, było mu źle na świecie, ale nienajgorzej, wyzdrowiał bowiem z ciężkiej rany i potem już wcale nie chorował, gdy tymczasem inni często całe życie cierpią fizycznie. I teraz cudem prawie uniknął wielkiego niebezpieczeństwa.

Rozmyślania te pogodziły nieco Jakuba Woodmana z losem, i niebawem pokrzepiający sen zamknął mu powieki.II. CZERWONY GOŚĆ

Kiedy Jack Woodman obudził się następnego poranku, wesołe słońce zaglądało już do wnętrza chaty przez okienko, pokryte szronem. W izbie panowało przyjemne ciepło od tlącego jeszcze na kominku zarzewia.

Jack podniósł się i wyprostował członki. Czuł się jak gdyby na nowo na świat urodzonym, odzyskał zupełnie utracone siły i rześkość. Tak mocno i tak przyjemnie, jak ubiegłej nocy, nie spał już od dawna; we śnie widział żonę i dzieci, i teraz, kiedy pomyślał o nich, łza zrosiła jego policzki. Potem przypomniał sobie sąd, jaki wydał o nim traper, wysłuchawszy jego opowiadania.

— Przyczyną twoich nieszczęść jest lenistwo — powtarzał sobie po cichu. Wczoraj jeszcze słowa te rozgniewały go, dzisiaj zaś wywołały w jego sercu uczucie wstydu. Dołożył szczapkę drzewa na kominek, a kiedy buchnął jasny płomień, wyszedł na otwarte powietrze.

Był mroźny i pogodny dzień zimowy. Słońce słało oślepiające blaski na bielejący krajobraz, śnieg głośno trzeszczał pod nogami, dokoła panowała wspaniała cisza.

Wlało to spokój i dobry humor do duszy Jakuba Woodmana. Wrócił do chaty i, dostrzegłszy kociołek z mięsem, oraz garnek z kawą, przystawił je do ognia; następnie, usiadłszy na klocu drewnianym, rozmyślać począł nad swoją przyszłością. U trapera nie mógł przecież pozostać, nie potrafiłby mu bowiem pomagać w zastawianiu sideł, gdyż wcale się na tym nie znał. Zresztą, myśliwiec prawdopodobnie nie życzyłby go sobie zatrzymać. Jakubowi było wiadome, że wszyscy traperzy zachowują zwykle w tajemnicy sposoby łowienia zwierzyny w sidła i pułapki. Drobne posługi, jakie mógłby oddawać myśliwemu w chacie, nie opłaciłyby kosztów jego utrzymania. Przyszło mu na myśl, żeby jednak spróbować, Niebawem wszakże, po głębszym zastanowieniu, odstąpił od tego zamiaru. Wprawdzie nieraz już korzystali z jego usług farmerzy, dla nich jednak jeden człowiek mniej lub więcej nic nie znaczył, gdy tymczasem dla trapera jego osoba mogłaby się stać ciężarem.

Dreszcz go przejął na myśl, iż trzeba będzie znowu wlec się przez góry, pokryte śniegiem, ażeby znaleźć sobie nowe schronienie. Znowu zaczęło wstępować w serce zwątpienie, i znów zaczął pragnąć śmierci. Opamiętał się wszakże prędko, przypomniawszy sobie wczorajsze słowa trapera.

Tymczasem mięso i kawa zagrzały się. Najadłszy się i napiwszy, wyczyścił naczynia, tak jak to uczynił Dżym Forester, i postawił je na swoim miejscu; uderzył go bowiem od razu porządek, panujący w chacie.

— A! dzień dobry, mój przyjacielu, jak widzę, wstałeś już i jesteś w dobrym humorze, co mię bardzo cieszy — rzekł traper, ukazując się wraz z Cezarem we drzwiach.

Przyniósł on kilka świeżych skór bobrowych; brodę jego pokrywał biały szron, który dowodził, iż nad rzeką musiał panować tęgi mróz.

— Okrutnie zimno — rzekł — i bobry mają niemałą robotę, ażeby utrzymać rzekę niezamarzniętą w pobliżu swych siedzib; pomimo to, znalazłem w pułapkach kilka wcale ładnych sztuk. Na polowaniu także mi się poszczęściło, zastrzeliłem bowiem tłustego kozła skalnego, który nam na kilka dni wystarczy. Domyślam się, iż jadłeś już śniadanie; to dobrze, nie śmiałem bowiem budzić cię, wychodząc.

Postawiwszy w kącie strzelbę, traper wziął ramki i zaczął na nich rozpinać przyniesione skóry.

— Dziękuję ci za twoją pieczołowitość — rzekł Woodman, zbliżając się do myśliwego. — Zapewne bardzo rano wyszedłeś z domu?

— Udaję się co dzień na łowy przed świtem — odparł, gładząc długą brodę — inaczej, zamiast bobrów, zastawałbym w swoich pułapkach ich nogi, które te zwierzęta odgryzają sobie, ażeby się uwolnić.

Po tej odpowiedzi traper gorliwie pracował, i niebawem wszystkie skóry były już rozciągnięte. Woodman przypatrywał mu się uważnie, zachowując milczenie.

— Mój przyjacielu — odezwał się traper — wczoraj wypowiedziałeś zdanie, że i ja pragnąłbym śmierci, gdybym musiał prowadzić takie życie, jakie ty prowadziłeś. Hm, hm, byłeś względem mnie otwarty, opowiadając mi swoje koleje, czuję się więc w obowiązku odpłacić ci tym samym, jeżeli sobie tego życzysz.

Jack Woodman kiwnął głową.

— No, to słuchaj — odpowiedział Dżym Forester. — Po śmierci rodziców odziedziczyłem mały mająteczek, który mnie zabezpieczał od nędzy, nie miałem jednak potrzeby naruszać go, gdyż zajmowałem korzystną posadę u pewnego bogatego kupca w Nowym Jorku. Pragnąc rozszerzyć swoje wiadomości kupieckie, przeniosłem się do Omaha, gdzie znalazłem zajęcie w wielkim interesie zbożowym. Kolegowałem tam z młodym człowiekiem, nazwiskiem Robert Ferguson, który od pierwszego wejrzenia obudził we mnie wstręt ku sobie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij