Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

W obronie męża - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
E-book: EPUB, MOBI
49,99 zł
Audiobook
49,99 zł
49,99
4999 pkt
punktów Virtualo

W obronie męża - ebook

Czy można obronić męża, gdy wszystko wskazuje na jego winę? Kim naprawdę jest człowiek, z którym dzieliła życie? I jak daleko sięga mrok, który przez lata skrzętnie ukrywał?
Laura i Szymon wierzą, że wygrali los na loterii. Tworzą zgodną parę i odnoszą sukcesy zawodowe – ona prowadzi popularną restaurację, a on jest szanowanym przedsiębiorcą. Jedyne, czego brakuje im do pełni szczęścia, to dziecko. Gdy po długim procesie adopcyjnym przyjmują pod swój dach sześcioletnią Amelkę, są przekonani, że ich życie wreszcie stanie się kompletne. Sielanka trwa jednak tylko kilka tygodni. Pewnego dnia Amelka mówi Laurze w tajemnicy coś, co zmienia wszystko. Laura, która dotąd bezgranicznie ufała mężowi, zaczyna dostrzegać rysy na jego nieskazitelnym wizerunku. Gdy sekret wychodzi na jaw, a media rozpoczynają bezlitosną nagonkę, Szymon znika, zostawiając Laurę samą z pytaniami, strachem i coraz mroczniejszymi faktami z jego przeszłości. Zdesperowana kobieta postanawia za wszelką cenę dotrzeć do prawdy – nawet jeśli oznacza to konfrontację z traumami, o których nikt nie chciał mówić.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-167-4
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

LAURA

Amelka już na nas czeka.

Widzę ją przyklejoną do okna w świetlicy, w jej ulubionych ogrodniczkach z różowymi szelkami. Są za duże co najmniej o jeden rozmiar, jakby miała w nich chodzić jeszcze przez długi czas. Gdy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że wszystkie jej ubrania takie są. Na szczęście wkrótce to się zmieni. W nowym domu czeka na nią wielka różowa szafa, którą zapełnię wybranymi przez nią ciuszkami. Jeszcze w tym tygodniu zabiorę ją na całodniowy shopping do galerii handlowej i wrzucę do wózka wszystko, co przypadnie jej do gustu. Od teraz nie będzie musiała nosić szerokich spodni i workowatych, zniszczonych koszulek. Wszystko będzie nowe i idealnie dopasowane.

Wydaje mi się, że Amelka rozpoznaje nasze auto, bo zaczyna energicznie podskakiwać, jakby z radości. Dopiero teraz zauważam, że w jednej ręce trzyma za ucho pluszową owieczkę – tę samą, którą podarowaliśmy jej z Szymonem na szóste urodziny, dokładnie miesiąc temu.

– Ma ją! – mówię podekscytowana do męża. – Szymon, to nasza owieczka! Nie wyrzuciła jej!

– A niby dlaczego miałaby to zrobić? – pyta z nonszalancką pewnością.

Znam go jednak zbyt dobrze, by wiedzieć, że właśnie kamień spadł mu z serca. Wciąż obchodzi się z dziewczynką jak z jajkiem – doskonale pamiętam, jak w pierwszych miesiącach po każdej wizycie w domu dziecka wracał przybity, niepewny tego, czy Amelka go polubiła.

– Prawie się do mnie nie odzywała, a gdy próbowałem się zbliżyć, odskakiwała niczym spłoszone zwierzę. A jeśli nigdy się do mnie nie przekona? – spytał po jednych z pierwszych odwiedzin.

– Daj jej czas. Przecież wiesz, co robił jej biologiczny ojciec. Nie od razu zaufa innemu mężczyźnie.

– Nie jestem jak ten sukinsyn – syknął niepocieszony Szymon.

– To prawda, nie jesteś. I w głębi duszy Amelka też to wie. A nawet jeśli nie, to wkrótce się dowie. Musisz tylko uzbroić się w cierpliwość. Najgorsze, co możemy teraz zrobić, to ją popędzać.

– Łatwo ci mówić. Tobie od razu wskoczyła w objęcia, jakbyś była dawno niewidzianą przyjaciółką.

Na szczęście Szymon wziął sobie do serca moje słowa i nie naciskał na Amelkę, która z miesiąca na miesiąc stopniowo się na niego otwierała. Najpierw delikatnie uścisnęła mu dłoń, a później zerknęła na niego spod oka i uniosła lekko kąciki ust. Po kilku miesiącach szczerzyła już śnieżnobiałe ząbki na jego widok i bawiła się z nim swoimi zabawkami, a po roku to do niego podbiegała najpierw, dopiero później witała się ze mną.

– Prawdziwa córeczka tatusia – skomentowałam któregoś razu, a Szymon zastygł w bezruchu, jakby dopiero wtedy zaczęło do niego docierać, że jego wielkie marzenie o ojcostwie właśnie się urzeczywistnia.

Patrzę teraz na niego kątem oka. Jego twarz jest wyjątkowo spokojna, lecz wiem, że pod tą maską kryje się cały ocean emocji: strachu, niepewności, ale i nadziei. Szymon, który od początku był dzielny, teraz także walczy – zarówno ze sobą, jak i z tym, co przed nami i co już zostawiliśmy za sobą.

Wpatruję się z radością w Amelkę, która teraz przyciska owieczkę do klatki piersiowej. Szymona nie dziwi, że się do niej przywiązała. Ale mnie tak.

– Wiesz, jakie są dzieci. Szybko czymś się nudzą – odpowiadam mu. – Poza tym widziałeś jej pokój i salę zabaw. Tam jest mnóstwo lalek i maskotek. A jednak Amelka trzyma naszą owieczkę. Wybrała ją. I nas – przekonuję go drżącym z podekscytowania głosem.

W odpowiedzi Szymon ściska mi dłoń i gładzi kciukiem po jej wierzchu.

– Spokojnie, Laura. Wszystko będzie dobrze – mówi z przyklejonym do twarzy uśmiechem, który ma być dla mnie wsparciem. Mąż zawsze był moją siłą, kiedy czułam, że wiszę nad przepaścią.

Wiem jednak, że on przeżywa tę sytuację równie mocno jak ja. Widzę, że szklą mu się oczy, a potem dyskretnie odwraca się ode mnie, by otrzeć je palcem. Chciałabym położyć mu wtedy głowę na ramieniu i powiedzieć, że jeśli ma ochotę, może przestać zgrywać twardziela. Wiem jednak, że teatralnie obruszyłby się i zarzucił mi kwestionowanie jego męskości. W jego przekonaniu facet zawsze musi być twardy i zaradny – nie ma miejsca na przesadne emocje. Według mnie każdy powinien czasem dać im upust.

Szymon zmienia bieg samochodu, silnik nieco cichnie. Ja wciąż siedzę i patrzę na Amelkę przez szybę, a serce bije mi coraz szybszym rytmem – jakby rzeczywistość zaczynała wreszcie doganiać to, co dotąd było tylko moim marzeniem. Nadzieją zapisaną na kartach dokumentów, w których roiło się od zgód, formalności i niezliczonych wymagań.

– Jesteś gotowa? – pyta cicho mój mąż, posyłając mi ciepłe spojrzenie.

Nie odpowiadam od razu, tylko kiwam głową i zauważam, że mocno zaciskam dłonie na pasku torebki, aż bledną mi knykcie. Wdech, wydech.

– Jak nigdy – szepczę po chwili. Dopiero wtedy Szymon wyłącza silnik auta.

Wysiadamy razem. Szymon dostrzega moje zawahanie, dlatego bierze mnie pod rękę i prowadzi ku wejściu do placówki. Chwilę później słyszę znajome skrzypienie drzwi, nakładające się na siebie głosy jedzących obiad dzieci i czuję zapachy dobiegające ze stołówki.

– Dobrze, że państwo już są. Amelka bardzo się niecierpliwiła – wita nas pani Jola, jej wychowawczyni. Ubrana w elegancki granatowy żakiet, spogląda na nas ciepło, ale z lekkim smutkiem w oczach. Zupełnie jakby z trudem powstrzymywała się od wypowiedzenia na głos słów: „Cieszę się, że znalazła wymarzony dom, ale nic nie poradzę na to, że będę za nią tęsknić”.

– Naprawdę? – pytam, wciąż trochę nie dowierzając, że Amelka może nas pragnąć równie mocno jak my jej. A przecież dopiero co widziałam ją skaczącą z radości na nasz widok.

– Oj tak… Od rana wypatrywała was przez okno – mówi z pobrzmiewającym w głosie wzruszeniem, zerkając na chowającą się za otwartymi na oścież drzwiami Amelkę. Zdradza ją wyłaniająca się zza nich nóżka pluszowej owieczki. – Na dodatek chciała dziś wszystko zrobić sama. Ubrać się, spakować… Nawet sama posłała łóżko, jakby starała się zostawić po sobie dobre wrażenie.

– Amelko, jesteś tam…? – pytam, czekając, aż dziewczynka wyłoni się zza drzwi.

Gdy wreszcie pojawia się przed nami ze spuszczoną głową, wyciągam ku niej ręce i czekam, aż do mnie podbiegnie. Ona jednak ani drgnie, nawet na mnie nie spoglądając. I pomyśleć, że jeszcze parę minut temu nie potrafiła ze szczęścia ustać w miejscu.

– Amelciu, przywitaj się z ciocią Laurą – mówi do niej wychowawczyni, po czym zbliża się do mnie i szepcze: – Stresuje się. To normalne.

– A może… zmieniła zdanie? – pyta cicho Szymon. I znów widzę w jego oczach ogromną niepewność.

– Zmieniła zdanie? Wręcz przeciwnie. Przez głowę przemyka jej teraz tyle silnych emocji, że zamknęła się w sobie, by nad nimi zapanować. – Po tych słowach pani Jola powoli zbliża się do Amelki i kładzie dłoń na jej ramieniu. – Wszystko jest dobrze, kochanie. Bardzo długo czekałaś na ten moment. Nareszcie nadszedł. Idź, przywitaj się z ciocią i wujkiem. Tak jak zawsze to robisz.

Wreszcie Amelka unosi głowę i długo bada nas wzrokiem, a potem robi pierwszy krok i drugi… ale nie rzuca mi się w ramiona. Zamiast tego zerka na mnie niepewnie, trzymając owieczkę pod pachą, a jej wielkie ciemne oczy bez słów pytają, czy to naprawdę już.

– Cześć, kochanie. – Głos drży mi ze wzruszenia. Nie mogę nad nim zapanować.

Wreszcie Amelka jest na tyle blisko, że mogę ją do siebie przyciągnąć. Szczęśliwa tulę ją do siebie, całując wielokrotnie w czółko. Jej włoski pachną wiosennymi kwiatami, a ciało silnie drży. Dopiero teraz do mnie dociera, jak bardzo przeżywa tę sytuację.

– Podobno sama się spakowałaś i posłałaś łóżko… To prawda?

Amelka odpowiada nieśmiałym skinięciem głowy.

– Zapomniałam dodać, że odkurzyła też dywan i umyła podłogę – odzywa się pani Jola.

– No proszę… To może będziesz mi pomagać w sprzątaniu naszego domu? Tata, to znaczy wujek Szymon, jest strasznym bałaganiarzem. – Śmieję się, zerkając wymownie na stojącego nieco dalej męża.

Jest strasznie spięty i boję się, że jego stres udzieli się Amelce. Na szczęście ona reaguje na moje słowa rozkosznym chichotem. W efekcie serce zaczyna mi jeszcze szybciej bić.

– To jak? Gotowa? – pyta Szymon po tym, jak wita się z nią soczystymi buziakami w oba policzki.

Amelka znów kiwa głową, a w jej spojrzeniu nie ma strachu. Jest skupienie, jakby cały świat zwęził się do jednej decyzji – że opuszcza ten budynek nie jako „Amelka z pokoju numer dwanaście na pierwszym piętrze”, ale jako nasza córka.

Wyciągam rękę, a ona pewnie ją chwyta, lekko przytulając się do mojego boku. Szymon kuca obok nas i delikatnie głaszcze ją po główce.

– Czas jechać do… – Urywa, gdy ze wzruszenia załamuje mu się głos. I wtedy Amelka tarmosi go pieszczotliwie po włosach, co kompletnie nas rozkleja. Jak ja uwielbiam ten widok!

– Pójdę po jej rzeczy – mówi pani Jola i oddala się w kierunku najbliższych drzwi.

*

Pożegnania z dziećmi, wychowawcami i panią dyrektor zajmują Amelce blisko dwadzieścia minut. Widzę po minach niektórych maluchów, że jest im smutno, że nie mogą być na jej miejscu. Mam nadzieję, że wszystkie prędzej czy później trafią do domów, w których spłyną na nich bezwarunkowa miłość i troska.

– Gratulacje. Trochę się naczekaliście, ale najważniejsze, że doprowadziliście sprawę do szczęśliwego finału – mówi pani dyrektor, która od początku okazywała nam sporo życzliwości. – Gdyby wszyscy ludzie traktowali innych w ten sposób, świat byłby o wiele piękniejszy.

– Fakt, to nie była łatwa droga – odzywa się Szymon. – Ale gdyby było trzeba, poczekalibyśmy kolejne półtora roku. Prawda, kochanie? – Spogląda na mnie i całuje w czoło.

– Mów za siebie – odpowiadam mu, wymownie prychając.

Dłuższe czekanie? Jeszcze czego! Prędzej wtargnęłabym do placówki pod osłoną nocy, zabrała stąd Amelkę i wyjechała z nią na drugi koniec świata, gdzie nikt nas nie dopadnie.

– Odwiedzaj nas czasem, Amelko – mówi do niej pani Jola, która nie kryje już wzruszenia. Bez przerwy pociąga nosem i ociera mokre od łez oczy.

– Na pewno będziemy. Jeszcze raz dziękujemy za wszystko, co pani dla niej zrobiła. Dla niej i wszystkich dzieci. – Żegnam się z nią czułym uściskiem i pospiesznie odchodzę w kierunku auta, trzymając mocno Amelkę za dłoń. To prawda: pracownicy placówki dobrze ją traktowali. Robili wszystko, co w ich mocy, by czuła się tu jak w domu. To jednak nie był jej dom, a pani Jola nie była jej mamą. Za to ja mogę się nią stać. Jeśli tylko Amelka mi na to pozwoli.

Otwieram drzwi auta i pomagam jej wsiąść. Owieczka trafia na jej kolana. Zapinanie pasów zajmuje chwilę dłużej, bo jej ręka lekko drży, ale nie komentuję tego. Po prostu czekam.

Wreszcie Szymon powoli rusza i zostawia za nami okazały trzypiętrowy budynek. Zerkam dyskretnie na Amelkę. Opiera się policzkiem o szybę. A gdy mijamy bramę, ku mojemu zaskoczeniu spogląda na mnie, a nie na dom dziecka.

– Wszystko dobrze? – pytam cicho, gładząc ją kciukiem po cieplutkim policzku.

– Mhm – mruczy, a jej oczy błyszczą z podekscytowania.

Moja córeczka.

I nagle, bez ostrzeżenia, pod moimi powiekami zbierają się łzy. Nie z żalu czy lęku, ale z ogromnej, cichej wdzięczności. Za to, że po wszystkim, co przeszłam, mimo przekonania, że jestem uszkodzona, że nie potrafię być matką – siedzę teraz tutaj. Z nią i Szymonem.

Z rodziną.

*

Jedziemy już ponad godzinę. Amelka śpi wtulona we mnie, a jej pluszowa owieczka spoczywa obok na tylnym siedzeniu. Tak się cieszę, że ją polubiła… Że nas polubiła…

Zaciskam palce wokół jej drobnej piąstki i czuję ulgę. Prawdziwą. Cichą. Głęboką jak oddech, który pierwszy raz od bardzo dawna nie boli.

Za pół godziny będziemy w domu. Wciąż trudno mi uwierzyć, że Amelka wreszcie jest nasza. Już nie „prawie” lub „wkrótce”. Wszystkie dokumenty zostały podpisane, sąd wydał decyzję, klamka zapadła. Amelka oficjalnie ma na nazwisko Gryza.

Wreszcie mamy z Szymonem rodzinę, o której marzyliśmy.

„Rodzina” – wypowiadam to słowo w myślach i w tej samej chwili ogarnia mnie znajomy, głęboko zakorzeniony skurcz w brzuchu. Nie fizyczny, ale taki, który przypomina o wszystkim, co było przed Amelką: mojej kochanej Justynce, ósmym miesiącu ciąży i dużym brzuchu, który nosił w sobie ogrom nadziei. Ale też o przeraźliwej, rozdzierającej ciszy, która przyszła zamiast płaczu noworodka.

Szymon patrzy na mnie we wstecznym lusterku. Uśmiecha się krótko, jakby nie chciał, żebym spostrzegła jego wzruszenie. Ale ja wiem. I choć nigdy nie powiedział tego wprost, czuję, że przez te wszystkie lata gdzieś w nim gnieździła się ta cicha tęsknota – za dziecięcym chichotem, porozrzucanymi po domu lalkami i wspólnymi zabawkami w ogrodzie. Dawniej mieliśmy to wszystko na wyciągnięcie ręki. A potem los brutalnie z nas zakpił. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Amelka tchnie w nasz dom nową energię. I wszystko wreszcie będzie takie, jak powinno być.

W pewnym momencie opadam z sił i zasypiam. I nagle z ciemności wyłania się Justynka. Wygląda tak samo jak wtedy, gdy pielęgniarka wręczyła mi ją owiniętą kocykiem i oschłym tonem powiedziała, że mam dziesięć minut na pożegnanie. Na szczęście teraz słyszę, że nie ma limitu czasu.

– Jest pani. Na zawsze.

Gdy odgarniam z jej buzi fragment koca, spostrzegam szeroko otwarte oczka i maleńkie usteczka. A po tym, jak wydobywa się z nich donośny płacz, momentalnie się budzę. Cholera. Zawsze to samo. Zupełnie jakby mózg nie pozwalał mi uwierzyć, że Justynka jednak nie odeszła. Przez cztery lata odzierał mnie ze złudzeń, że nie urodziłam martwego dziecka, że to tylko wytwór moich koszmarów sennych, a Justynka była cała i zdrowa. W efekcie ilekroć słyszałam gdzieś płacz niemowlęcia, wpadałam w panikę i miałam ochotę ukryć się w próżni, do której nie dotrze żaden dźwięk. Skulić się i zniknąć. Nawet pikanie monitora tętna w szpitalnych serialach potrafiło mnie zalać zimnem od środka. Za każdym razem roztrzęsiona przełączałam kanał. A gdy Szymon pytał, czy dobrze się czuję, kłamałam mu w żywe oczy, że tak. Oboje jednak znaliśmy prawdę. Moje ciało pamiętało tamtą stratę. Regularnie budziłam się w środku nocy zlana potem, przekonana, że znów jestem tam – w sterylnie białej sali, między zimnymi prześcieradłami i z pustym spojrzeniem lekarzy, którzy nie potrafili nic powiedzieć, bo nic już nie było do powiedzenia.

Nie chodziło o sepsę, która i mnie omal nie zabrała. Ja się wtedy nie liczyłam. Najważniejsza była Justynka. I dobijało mnie, że nie potrafiłam urodzić jej żywej. Że moje ciało zawiodło.

Że ja zawiodłam.

Nie umiałam być matką.

Justynka… Moja córeczka. Ilekroć od czterech lat próbuję wypowiedzieć na głos jej imię, zaciska mi się gardło. Na szczęście terapia przyniosła efekty i tęsknota przestała już być tak bolesna. Dawniej nosiłam w sobie Justynkę jak coś krystalicznie kruchego, czego nie można dotknąć bez lęku, że rozpadnie się na małe kawałki. Trzymałam się jej mocno i nie pozwalałam odejść. Czułam, że w ten sposób tylko się krzywdzę, ale nie umiałam postępować inaczej. Terapeutka na każdej sesji tłumaczyła mi, że ruszenie naprzód nie oznacza zapomnienia, ale byłam zbyt rozbita, by wziąć sobie jej słowa do serca. Nie przyjmowałam zapewnień, że Justynka na zawsze pozostanie częścią mnie, ale dla własnego dobra powinnam skupić się na sobie i ludziach, którzy wciąż byli obecni w moim życiu.

Nie rozumiała, że to Justynka była moim życiem. Gdy odeszła, odeszłam razem z nią.

Na szczęście czas częściowo wyleczył rany. Nieocenione okazało się też wsparcie Szymona. Boże, co ja bym bez niego zrobiła? Jak przetrwałabym zwłaszcza pierwsze tygodnie po stracie Justynki? Nie pamiętam zbyt wiele z tamtego okresu. Nic dziwnego – byłam emocjonalnym wrakiem i właściwie nie wychodziłam z łóżka. Nie uczestniczyłam nawet w pogrzebie córeczki, bo zwyczajnie nie byłam w stanie. Udałam się na jej maleńki grób dopiero po pół roku, gdy obojgu nam się wydawało, że jestem już gotowa. Nie byłam. Nogi zmiękły mi na widok tabliczki z jej imieniem i miałam ochotę wrzeszczeć ile sił w płucach. Na szczęście Szymon objął mnie wtedy mocno i szepnął do ucha: „Jestem przy tobie i przesyłam ci swoją energię. Przejdziemy przez to razem”.

Mój kochany mąż. Tak wiele mu zawdzięczam.

– Jesteś głodna? Za kilometr dotrzemy do tego zajazdu, w którym jedliśmy pyszną karkówkę. Pamiętasz? – zwraca się do mnie jakiś czas później Szymon.

– Pamiętam, ale nie jestem głodna. Jedźmy do domu – mówię, marząc już tylko o tym, aż zaniosę wykończoną tym dniem Amelkę do jej łóżeczka i po samą szyję przykryję ją świeżutką, pachnącą kołdrą.

Przez kolejne minuty głaszczę po głowie pogrążoną we śnie sześciolatkę i analizuję każdy szczegół jej twarzy. Nie mówiłam tego Szymonowi, i pewnie nigdy mu nie powiem, ale cieszę się, że Amelka nie przypomina Justynki. Ma inny nos i usta. Do tego ten pieprzyk nad górną wargą, prawie jak u supermodelki Cindy Crawford. Justynka takiego nie miała. I dobrze. Nie szukałam w Amelce podobieństw. Nie pragnęłam drugiej Justynki, bo jej nikt mi nie zastąpi. Chciałam jedynie nowego początku.

I go dostałam.

Z dziewczynką, która dotychczas zwracała się do mnie per ciocia, ale od dziś może już mówić „mamo”, jeśli tylko zechce. Nie zmuszę jej. Nie będę naciskać. Nauczyłam się, że miłość nie zawsze przychodzi od razu. Czasem dojrzewa. Tak jak ja.

– Szymon… – szepczę do niego, gdy od domu dzieli nas już tylko kilka minut jazdy.

– Hm? – Spogląda na mnie we wstecznym lusterku.

– Jestem szczęśliwa. Bardziej niż kiedykolwiek – wyznaję, coraz bardziej drżąc z ekscytacji. Zostało parę zakrętów i skrzyżowań… Już tak blisko…

– Bardziej niż w dniu naszego ślubu? – pyta Szymon, wymownie się uśmiechając.

– Tak samo – poprawiam się i posyłam mu buziaka. Następnie zerkam na śpiącą Amelkę i dodaję: – Jest taka piękna, nie sądzisz?

– Dopiero teraz to zauważyłaś? – odpowiada mój mąż, który od dawna nazywa ją „swoją ślicznotką” i twierdzi, że gdy podrośnie, koleżanki będą jej zazdrościły wzrostu i smukłej figury.

Dotychczas się nad tym nie zastanawiałam, ale teraz stwierdzam, że chyba ma rację: Amelka faktycznie ma zadatki na modelkę. A jeśli ten pieprzyk to znak, że czeka ją kariera niczym Cindy? Oby tak było… Moje słoneczko zasługuje na dostatnie, spełnione życie.

Gdy zza zakrętu wyłania się nasz sąsiadujący z dębowym lasem dom, po raz ostatni zamykam oczy i przywołuję do siebie Justynkę. Tym razem nie wynurza się z mroku, a ze świetlistej bramy. Jest starsza, musi być mniej więcej w wieku Amelki. Wciąż jednak w ogóle jej nie przypomina.

„Córeczko” – mówię w myślach, wymieniając spojrzenia ze stojącą w milczeniu Justynką. W pewnym momencie dziewczynka szeroko się do mnie uśmiecha i kiwa głową, jakby chciała zakomunikować, że cieszy się moim szczęściem i daje mi pozwolenie na rozpoczęcie nowej drogi z innym dzieckiem u boku. „Przepraszam” – dodaję. Wiele razy układałam sobie w głowie przebieg tej rozmowy i gdy wreszcie do niej doszło, tylko tyle jestem w stanie powiedzieć. Długo obwiniałam się za to, co się stało. Wyrzucałam sobie, że przeze mnie Justynce nie było dane skosztować życia. Nie słuchałam lekarzy, którzy jak mantrę powtarzali, że nie mogłam nic zrobić, że tak po prostu musiało być. Przez całą ciążę chodziłam na paluszkach i robiłam wszystko z myślą o córce. Zdrowo się odżywiałam, brałam suplementy, nie przemęczałam się. A jednak nie uciekłam przed sepsą.

– Czasem zwyczajnie nie mamy wpływu na to, co przyniesie nam los – powiedziała mi terapeutka na jednej z ostatnich sesji.

Teraz to rozumiem. Czasem trzeba przyjąć to, co jest nam dane. Ale jeśli mamy szansę wziąć sprawy w swoje ręce, nie możemy zwlekać.

W rocznicę śmierci Justynki obiecałam Szymonowi, że wynagrodzę mu jej utratę. Stojąc nad jej grobem, ścisnęłam mocno jego dłonie i ze spływającymi po policzkach łzami zadeklarowałam, że pewnego dnia podaruję mu rodzinę, której tak bardzo pragnął. Teraz, gdy patrzę na otwierającą się bramę, przepełnia mnie satysfakcja, że dotrzymałam słowa. Wreszcie mamy rodzinę i upragnioną córkę. Wprawdzie nie biologiczną, o jakiej dawniej marzyliśmy, ale wciąż córkę.

Nie wiem, czy kiedyś będzie mi dane urodzić własne dziecko. Na myśl o ponownej ciąży zapadają mi się płuca, a serce zaczyna walić jak młotem. Terapeutka, do której wciąż regularnie uczęszczam na sesje, twierdzi, że to tokofobia – paniczny lęk przed ciążą i porodem. Zapewnia mnie, że miała już do czynienia z podobnymi przypadkami i jeśli tylko jej zaufam, pomoże mi to zwalczyć. Ja jednak czuję, że już nigdy się nie zmienię. I może wcale nie muszę? Może wszechświat zapisał mi właśnie taki los?

Wiele kobiet odczuwa dziś presję na macierzyństwo. Zachodzą w ciążę wbrew sobie, byle tylko zadowolić swoich bliskich i wyzbyć się wrednych komentarzy ze strony koleżanek, które zostały matkami. Ja też czułam się podobnie. Wierzyłam, że przeznaczeniem moim i każdej kobiety jest wydanie na świat potomstwa. A jeśli z jakiegoś powodu tego nie zrobię, będę niewystarczająca. Właśnie za taką się uważałam po śmierci Justynki. Dziś jednak wiem, że to było błędne myślenie. Jestem wystarczająca. I będę kochającą, troskliwą matką dla Amelki. Może nie „prawdziwą”, jak stwierdzą niektóre wredne baby, ale na pewno najlepszą, jaką potrafię być.

I pierwszy raz od czterech lat… to naprawdę mi wystarcza.ROZDZIAŁ 2

LAURA

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Smartfon wibruje delikatnie w kieszeni moich dżinsów. Przerywam układanie bukietu z piwonii na stole i zerkam na ekran. To Szymon.

„Spóźnię się. Coś mi wypadło w pracy. Kocham Cię” – pisze.

Na ułamek sekundy zamykam oczy. Nie z irytacji, raczej godząc się z losem. Przecież wiedziałam, że tak będzie. Właściwie od kilku lat to standard. Szymonowi coraz rzadziej udaje się zdążyć na wspólne kolacje, a już prawie nigdy nie odbiera telefonu w porze lunchu. Jego firma, specjalizująca się w oprogramowaniu do diagnostyki medycznej z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, rośnie jak na drożdżach. To dobrze. Wręcz wspaniale. Ale czasem… zwyczajnie brakuje mi go w domu. Mimo to nie wypominam mu pracoholizmu. Dobrze wiem, jak wiele znaczy dla niego ta praca. Znałam go jeszcze z czasów, gdy wieczorami przesiadywał z laptopem w kawiarniach, wpatrzony w ekran, na którym widniał długi, kompletnie niezrozumiały dla mnie kod. Albo był tak pochłonięty lekturą książki o uczeniu maszynowym, że musiałam cierpliwie czekać, aż łaskawie przeniesie na mnie wzrok i poprosi, żebym powtórzyła swoje pytanie. Czasem wyłączał się w środku rozmowy, a potem długo mnie za to przepraszał, tłumacząc przetaczającą się przez głowę burzą pomysłów.

Kochałam i nadal kocham tę jego chaotyczność. I zawsze w niego wierzyłam. Zwłaszcza wtedy, gdy siedzieliśmy razem do nocy przy tanim winie, a on opowiadał o tym, jak sztuczna inteligencja mogłaby rozpoznawać wczesne objawy chłoniaka czy choroby Hashimoto z większą trafnością niż lekarze. Wtedy jeszcze nie rozumiałam połowy tego, co mówił, ale i tak słuchałam go z zachwytem – nie dla algorytmów, tylko dla tej jego pasji. Nad Szymonem unosiła się aura geniuszu. Nie miałam wątpliwości, że kiedyś zostanie szanowanym ekspertem od przemówień na TEDx i przedsiębiorcą słynącym ze współprac z największymi klinikami.

Wciąż pamiętam nasze pierwsze spotkanie: doszło do niego na evencie startupowym, gdzie miałam wystąpić z prezentacją o marketingu w branży gastronomicznej. Szymon czekał na mnie, by podziękować za ciekawe wystąpienie, a przy okazji zaprosić na herbatę do jakiejś przypadkowej knajpki. Zamiast ze mną flirtować, przez dwie godziny tłumaczył mi różnice między _machine learning_ a _deep learning_, na koniec zaś przeprosił, że przynudzał. Właśnie wtedy pomyślałam sobie, że ten facet wkrótce dokona wielkich rzeczy. I dokonał. Dziś współpracuje z sieciami klinik w krajach Europy Zachodniej, zatrudnia kilkudziesięciu ludzi i rozmawia z inwestorami jak równy z równym. Ale wtedy… wtedy był po prostu chłopakiem ze starym laptopem pod pachą i milionem pomysłów w głowie.

Szymon peszy się, gdy sugeruję mu, że w wieku trzydziestu lat być może zdołał już ocalić tysiące istnień. Twierdzi, że przeceniam jego wpływ na świat, ale ja wiem, że mam rację. Zresztą nie muszę daleko szukać jego pozytywnego wpływu na innych. Wystarczy, że pomyślę o tym, ile mu zawdzięczam. To, co Szymon dla mnie zrobił… on dosłownie podarował mi wolność. Kiedy powiedziałam mu o swoim marzeniu – kameralnej restauracji, w której domowe smaki spotykają się z nowoczesnością – nawet się nie zaśmiał. Zamiast tego powiedział tylko: „To zróbmy to. Ja w ciebie wierzę”, a potem przelał pierwszą sumę na moje konto bankowe – tak po prostu. Z początku broniłam się przed jego pomocą rękami i nogami. Chciałam udowodnić sobie i jemu, że dam radę w pojedynkę. On jednak pozostawał nieugięty i powtarzał, że gdy już otworzę drugą i trzecią restaurację, a potem uruchomię ogólnopolską sieć i zarobię ogromne pieniądze, to zwrócę mu całą sumę z nawiązką. Nigdy nie zapomnę mu tej dobroci.

W głębi serca wiem, że zawsze, w każdej sprawie, mogę na niego liczyć. I nawet jeśli zbyt rzadko bywa w domu, jeśli częściej przysyła wiadomości z miłosnymi wyznaniami, zamiast powiedzieć mi to prosto w oczy, to wiem, że jego intencje się nie zmieniły. Nadal chce dla mnie dobrze. Po prostu czasem zapomina, że nie wszystko da się załatwić przelewem czy SMS-em.

Patrzę na wiadomość jeszcze raz i dopiero wtedy odpowiadam:

„Dobrze. Czekamy na Ciebie – tyle, ile będzie trzeba. Po prostu przyjedź”.

Odsuwam bukiet o kilka centymetrów i poprawiam serwetki. Wiem, że nie powinnam się żalić. Gdyby nie jego pomoc, ta restauracja mogłaby pozostać tylko szkicem w zeszycie – tym ze słoniem na okładce, który nadal trzymam jako pamiątkę w dolnej szufladzie biurka. Szymon nie podarował mi gotowego lokalu ani zespołu kucharzy. Dał mi szansę. A ja ją wykorzystałam.

Nazwę Słodka Botwinka wymyśliłam przy porannej kawie, jeszcze zanim wynajęłam pierwszy lokal. Kojarzyła mi się z dzieciństwem, zwłaszcza z zupą, którą mama gotowała latem, kiedy dni były długie, a kolacje jadło się w altanie za domem. Restauracja specjalizuje się w nowoczesnej kuchni słowiańskiej. To właśnie ten pomysł sprawił, że goście zaczęli do nas wracać. Serwujemy dania inspirowane regionalnymi przepisami, ale podane w zupełnie nowej formie: kopytka z czarnym czosnkiem i skwarkami z tempehu, zupę szczawiową z jajkiem _sous vide_, jagnięcinę duszoną w piwie z karmelizowanymi warzywami. Niby klasyka, a jednak zaskakująca. Sęk w tym, że ludzie lubią smaki, które znają – ale nie mają nic przeciwko, gdy podaje się je w nowoczesnej, pomysłowej formie.

Otwieram okno. Na Ursynowie powietrze pachnie dziś jaśminem i świeżutkim, jeszcze ciepłym pieczywem z piekarni za rogiem. Słychać gwar klientów i brzęk szkła wynoszonego z kuchni. Czas zacząć wieczór.

Zaglądam na salę, poprawiam opadające ramiączko i od razu dostrzegam Sylwię i Pawła. Sylwia – moja przyjaciółka od czasów liceum – olśniewa w bordowej sukience, jak zawsze z wdziękiem nieprzesadzonej elegancji. Paweł z kolei przypomina mi Szymona, który dopiero co zszedł z konferencyjnej mównicy: ma na sobie idealnie dopasowany garnitur, a do tego okrągłe okulary i tę typową dla siebie nonszalancką minę. Jak na mój gust zbyt nonszalancką.

– Laurka! – woła Sylwia, podchodząc i obejmując mnie mocno. – Ale tu pięknie pachnie… Ktoś powinien butelkować ten zapach!

– Jeśli zdążymy przed nową dostawą kiszonek, to czemu nie. – Śmieję się.

Paweł pierwszy wyciąga ku mnie dłoń, po czym posyła mi zdawkowy uśmiech. I choć z boku może to wyglądać na uprzejmość, to ja jak zawsze wyczuwam w nim chłodny dystans. Nie przepadam za nim, bo dawniej nie potrafił się powstrzymać od przytyków pod moim adresem. Na początku istnienia Słodkiej Botwinki powiedział jednemu z naszych wspólnych znajomych, że gdyby nie pieniądze Szymona, nie miałabym czego otwierać. Słyszałam go wtedy, choć myślał, że jestem zbyt daleko, by zrozumieć.

Do dziś, ilekroć widzę Pawła, wspominam tamtą sytuację. Po prostu nie potrafię o niej zapomnieć. Gryzie mnie to, ale nie dlatego, że potrzebuję jego uznania. Po prostu nie rozumiem, skąd w ludziach bierze się ta chęć, żeby umniejszać cudzy wysiłek. Może łatwiej mu było myśleć, że dostałam wszystko za darmo? Pewnie leczył w ten sposób kompleksy. Ale przecież Szymon nie stworzył tej restauracji. Nie wybrał kafelków, nie negocjował umowy z rzeźnią, nie testował siedemnastu wersji sosu z wędzoną śliwką…

To ja zbudowałam to miejsce od zera. Z jego wsparciem, przyznaję, ale też z własnym lękiem, z potknięciami i potem pod pachami, gdy zestresowana biegałam po restauracji przed debiutancką kolacją i upewniałam się, że wszystko jest gotowe na przyjęcie gości. Czasem myślę o takich kobietach jak Kim Pegula, wcześniej znana jako żona swojego wpływowego męża biznesmena, która z czasem przejęła stery i prowadziła amerykański klub sportowy Buffalo Bills z większym wyczuciem niż niejedno nazwisko z okładek „Forbesa”. I wtedy nikt już nie pytał, czy zrobiłaby to bez męża, bo stało się jasne, że oboje byli sobie potrzebni – ale to ona miała wizję.

Jestem dumna. Z siebie – bo dałam radę, i z męża – bo zawsze mnie wspiera. Ale również z mojego zespołu: grupy starannie dobranych, ambitnych i utalentowanych osób. Kiedy dziś patrzę na kelnerów uwijających się między stolikami, a potem zerkam na biegających po kuchni kucharzach, czuję rozpierającą dumę. Słodka Botwinka to nie był prezent od Szymona. To była jego inwestycja we mnie, która już dawno się zwróciła. A wierzę, że najlepsze lata dopiero przed nami.

Zanim wdaję się w dłuższą konwersację z Sylwią i Pawłem, w drzwiach staje Anka. Jej pojawienie się oznacza jedno – zaraz zrobi się głośniej.

– No hej, moja millenialska Magdo Gessler! – rzuca, zdejmując okulary przeciwsłoneczne i ściskając mnie tak, że przez chwilę mam wrażenie, że zaraz zabraknie mi powietrza w płucach.

Ilekroć na nią patrzę, przypominają mi się te gwiazdki popu z początku wieku – Anka bywa krzykliwa nie tylko w zachowaniu, ale i ubiorze. Zresztą nic dziwnego, że wybrała sobie taki, a nie inny zawód: z wykształcenia jest dziennikarką i swego czasu pisała o show-biznesie. Obecnie prowadzi poczytną kolumnę lifestyle’ową w jednym z dużych portali internetowych. Jako pierwsza przeprowadziła ze mną wywiad – zanim jeszcze restauracja zdobyła pierwszą recenzję w aplikacji Google (swoją drogą od mojego męża). Dzięki niej klienci przyszli „z ciekawości”, a wracali z chęci ponownego skosztowania tych „wybornych dań”.

– Jaka znowu millenialska? – Teatralnie marszczę brwi. – Należę do generacji Z.

– Chciałabyś. – Wita się szybkim uściskiem z Sylwią i Pawłem, po czym ponownie na mnie spogląda i mówi: – Odkąd przedwczoraj wyemitowali ten reportaż o rodzicach adopcyjnych, już chyba z pięć osób spytało mnie, czy to „ta Laura, którą zawsze tak wszystkim zachwalam”. Będziesz miała jeszcze dłuższą kolejkę klientów i sponsorów, zobaczysz. No, chyba że już walą do ciebie drzwiami i oknami? – Rozgląda się i nie czekając, aż odpowiem, zadaje kolejne pytanie: – A gdzie Szymon?

– Jeszcze w pracy. Coś mu wypadło – odpowiadam, wzruszając ramionami.

– A główna gwiazda wieczoru?

– Dobre pytanie. Gdy ją ostatnio widziałam, próbowała podkraść babeczkę czekoladową. Prosiłam ją, by unikała słodyczy.

– Nie przesadzasz? Na zdjęciach wydawała się strasznie drobna.

– Chodzi o problemy z cukrem – wyjaśniam jej i spostrzegam wyłaniającą się zza ściany Amelkę. Ma na sobie sukienkę w groszki i lekko przygryza wargę. Widziałam już dziś to spojrzenie w lustrze: niepewne, czujne, pełne pytań bez odpowiedzi.

– Na żywo jest jeszcze śliczniejsza – stwierdza Sylwia.

– Amelciu! – Czekam, aż moja córeczka się do nas zbliży, i mówię do przyjaciół: – Kochani, poznajcie Amelkę. Amelko, to ciocie Sylwia i Ania oraz wujek Paweł. Pokazywałam ci ich zdjęcia.

– Wiem. Pamiętam – odpowiada cicho, ze spuszczoną głową.

Wszyscy się uśmiechają i starają nie przejmować faktem, iż Amelka niemal chowa się za moją spódnicą. Sunie dłonią po materiale, a potem ściska mi przedramię, jakby się upewniała, że jestem prawdziwa, że to wszystko dzieje się naprawdę.

– Piękna młoda dama – mówi do mnie cicho Anka, a gdy zostajemy przez chwilę same, dodaje: – Wiesz, że się boję zapytać, ale nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła… Jak ona odnajduje się w tym nowym otoczeniu? Macie z nią problem?

Spoglądam w stronę Amelki, która wysłuchuje mówiącej coś do niej Sylwii. Czy mi się zdaje, czy nieco uniosła głowę?

– Nie mamy żadnego problemu. Amelka to złote dziecko, aczkolwiek jest jeszcze trochę niepewna. Ewidentnie się oswaja. Czasem spaceruje po domu i rozgląda się wokół, jakby nie wierzyła, że naprawdę jest „u siebie”.

– To normalne. Potrzebuje czasu. Ale myślę, że niewiele. Na pewno czuje, jak bardzo ją kochasz. Sposób, w jaki na nią patrzysz…

Ponownie spoglądam na Amelkę i wymownie wzdycham.

– Mam tylko nadzieję, że ona też kiedyś nas pokocha.

Słysząc to, Anka dotyka mojego ramienia.

– Już to robi. Tylko jeszcze nie umie tego nazwać.

Zanim zasiadamy do stołu, pojawiają się kolejni goście. W sumie na sali przebywa już piętnaście osób. Ktoś przynosi wino, ktoś inny bukiet hortensji. Uśmiecham się, dziękuję, przyjmuję komplementy o wystroju. Wszystko jest jak trzeba.

I wtedy wchodzą moi rodzice.

Tata poprawia kołnierzyk, jakby właśnie wstał z urzędowego fotela, choć od dwóch lat jest na emeryturze. Mama zaś ma na sobie tę samą sukienkę co na moim ślubie cywilnym – cytrynową, przeciętą w talii cienkim paskiem. Powiedziała kiedyś, że „jest dobra na każdą okazję, która nie wymaga czerni ani kurtki”.

– Cześć, dziecko – mówi cicho i przytula mnie mocno, macając po całym ciele. Na szczęście powstrzymuje się od komentarza w stylu „ktoś tu chyba przestał chodzić na siłownię”.

– Cześć, mamo. Tato…

– Lauro… – Tata ściska mnie krótko, jakby liczyły się gesty, ale nie ich długość. – Wygląda to wszystko… Przyzwoicie tu.

Przyzwoicie… W jego ustach brzmi to jak największy komplement. Przynajmniej nie użył słowa „interesująco”. Nie cierpię go.

Prowadzę ich do stolika bliżej okna. Mama gładzi obrus, jakby sprawdzała fakturę. Tata zaś siada powoli, z tym samym wyrazem twarzy co zawsze, gdy nie wie, jak się czuje.

Na razie nie wypytują mnie o Amelkę, ale wiem, że ją obserwują. Rozumiem, że potrzebują czasu. W ich świecie dzieci się nie adoptuje. Na szczęście nigdy mnie nie krytykowali. Nie zadali tych pytań, których najbardziej się bałam. Może milczenie to ich sposób na okazanie wsparcia? Jeśli tak, to odpowiada mi takie ich zachowanie.

Amelka wciąż przebywa z Sylwią, która trzyma ją teraz za rękę i przechadza się z nią po sali. Cieszę się, że moja córka szybko się do niej przekonała. Gdy upewniam się, że rodzice na razie niczego nie potrzebują, udaję się do kuchni. Filip – dwudziestoczteroletni kelner z wiecznie rozwichrzonymi włosami i zadartym nosem – układa sztućce, przelicza talerze, mówi coś do kucharki, ale cicho, spokojnie. Lubię to jego stonowane usposobienie.

– Filip – zwracam się do niego. – Wszystko gotowe?

Zatrzymuje się i patrzy na mnie spod lekko zmrużonych powiek.

– Jeszcze sprawdzę, czy pieczeń nie puściła za dużo soku.

– To chyba zadanie Janka? – wspominam o szefie kuchni. – A właśnie: gdzie on się podział?

– Chyba złapał cykora, bo od pięciu minut siedzi w toalecie. Prosił, żebym wszystkiego przypilnował.

– Pójdę po niego.

– Nie, szefowo. Ja to zrobię. Szefowa niech wraca na salę i cieszy się tym wieczorem.

– Dobrze, ale niech Monika zajmie się potrawami – mówię głośno, by słyszała mnie krzątająca się nieco dalej druga kucharka.

– Robi się, szefowo!

Uśmiecham się. Nie poprawiam ich, gdy nazywają mnie „szefową”, choć bardzo tego nie lubię. Zawsze miałam z tym słowem jakiś problem. Brzmi, jakby było o kimś innym. Kimś bardziej stanowczym, pewnym siebie, a co najgorsze – władczym.

Ale dziś… może niech mnie tak nazywają? W sumie co mi szkodzi choć raz tryskać pewnością siebie i szczycić się swoimi osiągnięciami?

Czasem mam wrażenie, że nieustannie trzeba się tłumaczyć z tego, że coś się udało. Że duma jest grzechem. Trzeba umniejszać swoje zasługi, przepraszać za bycie ambitnym i żartować z siebie, by nie wyjść na „zadufańca”.

Ale przecież ja tak ciężko i długo pracowałam na sukces… W ciszy, bez fanfar. Może dziś – choć raz – pozwolę sobie na delektowanie się owocami tej harówy. I nie będę nikogo przepraszać.

Przez dłuższą chwilę stoję sama w przejściu między salą a zapleczem. Przez szklane drzwi widzę, jak goście powoli zajmują miejsca. Sylwia pomaga Amelce usiąść na jednym z wyższych krzeseł przy barze, Paweł zaś przegląda menu, choć wie, że i tak wszystko jest z góry ustalone. Tymczasem mama rozgląda się po sali, jakby szukała ukrytych niedociągnięć, a tata zapisuje coś w swoim notatniku, który zawsze nosi przy sobie. Nie mam pojęcia, po co to robi, i nie zamierzam go pytać. Może to też jakaś forma sprawowania kontroli? Albo po prostu ucieczka do świata własnych przemyśleń?

Zbieram się w sobie i wychodzę na środek.

– Dobrze, kochani – mówię, delikatnie stukając łyżką o kieliszek, który ktoś postawił już na stole. – Kolacja zaraz się zacznie. Ale zanim to… chciałam tylko powiedzieć, że bardzo się cieszę, że jesteście. Nie macie nawet pojęcia, jak bardzo.

Nie przygotowywałam przemówienia. Nie zamierzam mówić nic górnolotnego, ale też nie chcę brzmieć przesadnie skromnie.

– To dla mnie bardzo ważny czas. Nie skłamię, jeśli powiem, że najważniejszy w życiu. Dziś mija tydzień, odkąd jesteśmy rodziną. Ja, Szymon i nasza Amelka. Oczywiście oficjalnie, bo – spoglądam na Amelkę, która patrzy na mnie zza kotary włosów – w moim sercu ta rodzina zrodziła się dużo wcześniej.

Na sali panuje milczenie. Jest tak cicho, że słyszę szum klimatyzacji i odgłosy skwierczącego na patelni oleju. W efekcie jeszcze bardziej się wzruszam i zaczyna mi drżeć głos.

– Mam nadzieję, że nasze dania będą wam smakowały. Zarówno ja, jak i cały mój zespół włożyliśmy w nie całe serce. A jeśli jednak ich nie docenicie – dodaję z uśmiechem – to przynajmniej dla dobra atmosfery udawajcie.

Po sali niesie się chichot zrelaksowanych gości. Wspaniale.

Wracam do kuchni, by sprawdzić, czy pierwsze danie jest już gotowe do wydania. Moi genialni kucharze przygotowali dziś na przystawkę krem z wędzonego buraka z jabłkiem i pianką z chrzanu. To jedna z moich ulubionych pozycji. Wymyśliłam ją w listopadzie, gdy dopadło mnie przeziębienie i potwornie nudziłam się w domu.

– Gotowe? – pytam, choć widzę, że tak.

– Gotowe. Dajesz sygnał? – Janek patrzy na mnie uważnie.

Jest wysoki, postawny, z lekko siwiejącą brodą i spojrzeniem kogoś, kto zawsze słyszy więcej, niż mówi. W kuchni jest jak dyrygent – nie musi podnosić głosu, by nadać rytm pracy. Mało kto wie, że kiedyś grał jazz na kontrabasie. Teraz jego orkiestrą są patelnie, noże i talerze – i nie znam nikogo, kto z takim wyczuciem komponowałby smaki. Mam nadzieję, że nigdy nie przyjdzie mu do głowy, by odfrunąć do konkurencji.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij