W oczach jej błękitu - ebook
Jean Paul Bernard, agent francuskich służb specjalnych, trafia w świat, gdzie wielkie malarstwo staje się częścią tajnej wojny. Trop prowadzi do obrazu, który nie powinien istnieć, i do gry, w której nawet spowiedź może być narzędziem wywiadu. „W oczach jej błękitu” to hipnotyzująca powieść sensacyjna o sztuce, wierze, tajemnicy i szpiegostwie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-376-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Widzę. Twoje cudowne dłonie, namalowane jakby dotknięciem magii. Krój smutnych ust, nabrzmiałe piersi. Wiecznotrwałą delikatność policzków, trwogę złożonych rąk. I twoje lśniące oczy, na które czekałem przez bezkres pustych lat.
Ktoś cię zmusił. Nie tylko do pozowania. Moja biedna, tajemnicza istoto, którą próbuje odczytać połowa świata. Wiedziałaś że tak będzie. Już wtedy, gdy kazał ci tam stać. Obmyślałaś swoją zemstę, lub śmierć. To ona rozpoczęła rytualny taniec, kiedy tylko pędzel poczynił pierwsze kroki w takt bicia twojego spłoszonego serca.
Przeczuwałaś, że nigdy nie poznają prawdy. Przez lata, stulecia. Będą też mawiali, że byłaś zwykłą ladacznicą. Albo ogłupiałą mieszczką. Może bitą, może udręczoną. Cóż z tego? Będą mówić wszystko, lecz prawdy nie pozna nikt. Tylko ty i ten, po którym nosisz czarny welon.
Przeklniesz malarza, który cię taką, z boską doskonałością uczyni. Przeklniesz jego zleceniodawcę, człowieka bogatego i zepsutego. On jest pyłem, lecz ty zostałaś wieczna. Wieczna!
Niczym melancholia, zaklęta we wzgardliwym półuśmiechu. Zadręczasz mnie swoją nieobecnością, Liso Gherardini.
Leonardo da Vinci, Mona Lisa (La Gioconda), ok. 1503–1506, olej na desce topolowej, 77 × 53 cm, Musée du Louvre, Paryż2
Opuchnięte kolana półnagiego Pierre’a broczyły, gdy klęczał przykuty rdzawym łańcuchem do kamiennej, wyszczerbionej posadzki. Za szyję, jak najpodlejsze zwierzę.
Uryna trafiała go w policzek i ściekała strumieniem po klatce piersiowej. Rozbawiony Beduin w śmierdzących kolorowych łachmanach szczał na niego w geście wyższości. Pierre Dussollier, młody specjalista wywiadu elektronicznego, nie był jeszcze całkowicie złamany. Przeciwnie. Niemal chłopięca twarz technika, nigdy nie zepsuta sztuką maskowania uczuć, wyrażała nienawiść w najczystszej postaci.
Przy nadziei trzymała go wiara. Wierzył w Boga oraz w technikę, bo ta, jako jedyna spośród rzeczy ludzkich, nie zawodziła bez wyraźnego powodu. Tak jak teraz, gdy satelita bezbłędnie odnalazł sygnał z mikroskopijnego implanta zatopionego w stopie. Wiara.
Zmierzyłem to krótko wzrokiem i rzekłem głosem obojętnym, wręcz znudzonym, w kierunku szejka półleżącego na poduchach obciągniętych czerwonym jedwabiem:
— Dam za niego dwanaście sztuk złota. Nie więcej.
Pogładziłem swędzącą brodę. Z braku doświadczenia nie byłem dobrze przygotowany do rajdu przez pustynię.
Dwa dni jazdy zamieniło gładką zwykle twarz we włochatą szczotkę, przypominającą to, co mam na głowie, a zbyt grube ubrania w przepoconą szmatę. Choć rok temu, w trzydzieste czwarte urodziny zastanawiałem się, czy początków zakol nie powinienem skompensować brodą.
— Chyba nieskończone piaski Sahary i duże pragnienie odebrały ci siły na umyśle, gościu z dalekiego kraju. — Grubas splunął wymownie. — Za psa? To rzadki okaz na tym pustkowiu.
Arab sprawiał wrażenie, jakby nie zajmował w życiu innej pozycji niż co najwyżej siedzącej. Rozpostarty na poduchach, z zadowoleniem od godziny nurzał tłuste palce w kryształowej misie z jedzeniem. Nic nie wskazywało, aby ta czynność go nudziła. Wyglądało na to, że chciał być zabawiany jeszcze przez co najmniej drugie tyle. Dla nas obu czas z pewnością płynął w inny sposób. Traciłem cierpliwość.
— Daruj panie nietakt — skłoniłem czoło. — Nie przedstawiłem od razu innych podarków. Mam jeszcze ze sobą…
— Nie przyjmuję prezentów od niewiernych — wycedził sucho, po czym znów splunął żółto na podłogę.
— Ależ…
— Są nieczyste, są brudne — uciął z pogardą w głosie.
Kraciasta maszrabija wpuszczała wąziutkie promienie słońca, które pełznąc milimetr po milimetrze, rozświetlały niemrawo kolejne zakamarki komnaty. Jeden z refleksów zalśnił złotem na masywnych bransoletach opinających nadgarstki tłuściocha. Coś do mnie dotarło, jakby przeskoczyła iskra.
— To na nic — powiedziałem cicho przez zęby.
— Co mówisz?
— Właśnie pojąłem, o najzacniejszy z mężów, że ta dysputa nie zaprowadzi nas do konstruktywnych wniosków. Chciałbym oto przekazać… — w tym momencie zwróciłem się do oprawcy Pierre’a –…pozdrowienia od PR.
— Od kogo? — wydusił zaskoczony Beduin, odsłaniając szczerbatą szczękę.
— Prezydenta Republiki.
Błyskawicznym ruchem wydobyłem półelastyczne polimerowe noże. Ukryte w wąziutkiej kieszeni paska były zupełnie nie do wykrycia. Powietrze przeszył cichy świst. Po chwili dręczyciel klęczał, tamując oburącz krwotok z rozerwanej tętnicy udowej.
Nie minęło kilkanaście sekund, gdy usłyszałem jęki dobijanego wielbiciela mało wyrafinowanych tortur. Pierre z szaleństwem w oczach jeszcze przez dłuższą chwilę maltretował bezwładne ciało.
Szejk nadal spoczywał bez najmniejszego ruchu, uważnie obserwując ostrze drugiego noża. I mój wskazujący palec, oparty znacząco na zaciśniętych ustach. Podtrzymując kulejącego z bólu i wyczerpania technika wycofywałem się w stronę bocznego wyjścia.
Po trzydziestu sekundach, gdy wchodziliśmy już do terenówki, eksplodowały niespodzianki umieszczone na drugim końcu pałacyku. Natychmiast wybuchło tam zamieszanie i kobiece lamenty.
Silnik zawył i ruszyliśmy w pustynię. Pora była właściwa. Tak jak zaplanowałem, słońce zajmowało tę część nieboskłonu, która oznaczała szybki zachód. Noc ułatwiała ucieczkę, a noktowizor dawał nam dodatkową przewagę.
Spojrzałem na rannego. Głowa opadała mu z wyczerpania, drżąc w rytm nierówności terenu. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Zażartowałem więc:
— Urlop w Maroko?
Odpowiedziało mi pełne bólu westchnięcie Perrea. Tego przedziwnego młokosa lubiącego hippisowskie ciuchy znałem już z kilku akcji. Nigdy nie pytałem, w jakim dokładnie jest wieku, ale widać było, że mógłby być synem Lennona, jeśli nie wnukiem. Był przeraźliwie chudy i wiecznie przygarbiony. Zagadnięty, półżartem odpowiadał z niewyraźnym uśmiechem, że to przez ciężar odpowiedzialności za losy kraju.
— Nawet nie pytam, jak wpadłeś w takie kłopoty — rzuciłem.
— Ukradłem mu tonia — poruszył spękanymi wargami.
Pierre nie był człowiekiem wylewnym. Najpewniej to jego kappacyzm, wada złośliwie podmieniająca głoski, zdecydowała o wyborze autystycznej profesji wymagającej większego kontaktu z martwymi przedmiotami, zimną klawiaturą i chłodem fosforyzujących LED-ów, niż z ludźmi. Jak sam mówił, uwielbiał rozmowy, ale wyłącznie wtedy, gdy odpowiedzią i pytaniem była cisza. Odbywał ich sporo, szczególnie w kościołach.
— Nie wiem, czy dobrze zrobiłem… — wymamrotał.
Miał na wpółprzymknięte, opuchnięte oczy. Walczył z sennością, która wyciągała po niego coraz bardziej zaborcze ręce. Facet z drugiej linii akcji, dzisiaj zadebiutował w roli zabójcy. Całe jestestwo Pierre’a emanowało ciężarem tej świadomości. Od dzisiaj, jak większość osób z Agencji, miał kogoś na sumieniu.
— Właściwie, to ja go bardziej zabiłem, niż ty — przerzuciłem winę na siebie.
Zagryzłem język. To było chyba zbyt infantylne. Na twarzy technika przez moment rozbłysła nadzieja, jednak szybko zdusił ją rozsądek.
— Potrzebny był ci transport i wpadłeś na włamie? — próbowałem skierować rozmowę na inne tory.
W rzeczywistości moją misją było jedynie to, by wyciągnąć stamtąd młodego. Szczegóły zadania Pierre’a i tak musiały pozostać tajemnicą, a pytanie było tylko czystą kurtuazją mającą przykryć ciszę. Choć o tym, że miał kiepskie wyniki na strzelnicy, wiedzieli prawie wszyscy.
Pierre burknął coś i kaszlnął.
— Pierre? — powiedziałem głośniej.
— To nic… Ta misja…
Wyszczerzyłem zęby:
— Masz szczęście, że akurat tędy przechodziłem. — Przed oczami przemknął mi obszerny pałacowy harem. — I że nie ucięli ci jaj! — dodałem z naciskiem.
— Mieli to zrobić dziś wieczorem, Jean — wyjaśnił Pierre z męką w głosie.
Milczeliśmy chwilę. Samochód płynął miarowo, kołysany falami nieskończonego morza wydm.
— Śpij. Nacisnąłem przycisk i fotel młodego zmienił pozycję na leżącą.
Po chwili dobiegło mnie głośne chrapanie.3
Stara, pokurczona istambulska cyganka pociągnęła mnie za rękaw. Pomimo braków w uzębieniu dysponowała zadziwiająco dobrą dykcją. Dłoń układała w miseczkę.
— Za kilka lir poznasz całą przyszłość, młodzieńcze. To niedużo! — krzyknęła, zarzucając przynętę.
Pomarszczona, pełna czyraków twarz kobiety, napawała mnie wstrętem. Spojrzałem krótko w jej wyczekujące oczy i natychmiast odwróciłem wzrok. Uchwyciła się tego jak ryba przynęty. Złapała moją rękę i przybliżyła do twarzy. Miała lepki, pachnący czosnkiem dotyk; nie zdołałem ukryć mimowolnego wzdrygnięcia.
— Jesteś chłodny, francuziku — zaskrzeczała z uśmiechem wiedźmy, po czym spojrzała jeszcze raz na dłoń i zachichotała: — Ale pragniesz słów, które odmienią twoją drogę.
Poczułem, że przechodzi mnie dziwny dreszcz. Wyswobodziłem rękę, nie kryjąc zdenerwowania.
— Odejdź — rzuciłem, sięgając jednocześnie do kieszeni. Łapczywie zabrała monety i zadziwiająco szybko odeszła, sprawnie szukając kolejnego celu.
Westchnąłem głośno i ruszyłem dalej, w głąb Beyoglu, nadmorskiego gniazda Europejczyków. Dookoła wzrastały rzędy XIX-wiecznych kamienic i wciśniętych pomiędzy nie reprezentacyjnych ambasad, których potężnie zdobione bramy dobrze wpisywały swój klasyczny smak w fasady budynków tej dzielnicy. Boczne uliczki skrywały wygodne apartamenty i modne kluby, w których życie pulsowało starym amerykańskim jazzem, pachnącym jeszcze prohibicją i dobrym kubańskim cygarem.
W jednym z takich miejsc mieszkał powód mojego przyjazdu: André Mermet. Uroczy łajdak, wielki oryginał, cudowny erudyta, a także były złodziej i oszust, którego ostatnią na wpół uczciwą pracą była posada historyka sztuki w Luwrze. To właśnie zbytnie zamiłowanie do jej szlachetnych wytworów, a także życia ponad stan, winił za sprowadzenie swej skromnej osoby na złą drogę.
Miał duży wyrok za próbę powtórzenia wyczynu Vincenzo Perugii, który w 1911 roku jako pracownik muzeum, zakochany w obrazie, wyniósł pod płaszczem Monę Lisę. Zapewne profilaktycznie, André dostał od szefostwa Agencji bezterminowy zakaz wstępu do Luwru. Oryginał mógłby podziwiać wyłącznie wtedy, gdyby obraz został wypożyczony do innej placówki. Nie przypominam sobie, aby coś takiego miało miejsce w ostatnich latach, więc sprawa była w zasadzie beznadziejna.
Mermet kochał każdą kreskę tego dzieła, podobnie zresztą, jak niemal całą twórczość powstałą w renesansowych miastach –państwach Italii. Szczególne uwielbienie miał jednak dla genialnej trójki: Rafaela, Vinci i Michała Anioła. Znał się na wszelkim malarstwie jak mało kto, choć nigdy nie odebrał formalnego wykształcenia. Zabiegając o pracę w muzeum urzekł dyrekcję bijącą od niego pasją, niezmierzoną wiedzą i znakomicie sfałszowanym dyplomem uniwersytetu w Padwie.
Z tych wszystkich przyczyn, więzienie nie było odpowiednim miejscem dla Mermeta. Sprawa oczywista, choć samym wyglądem mógł w pewnym sensie budzić respekt. Był mężczyzną potężnym jak tenor, choć nie grubym, zawsze zadbanym i starannie uczesanym, a nade wszystko kochającym życie.
Przypadkowo usłyszałem kiedyś, że upokarzany przez współwięźniów gasł bardzo szybko. Propozycję podpisania „lojalki” i współpracy ze służbami przyjął z ulgą. A może nawet z wdzięcznością.
Gdy ukończył roczną Służbę Doradczą, będącą jednocześnie wywiadowczym szkoleniem i teoretycznym preludium do służby właściwej, otrzymał przydział w Stambule. Tam, od pół dekady, pracował pod przykrywką marszanda — zamożnego właściciela galerii w najdroższej dzielnicy miasta. I czekał.
Kamuflaż pasował mu idealnie. Handel dziełami sztuki był absorbujący do tego stopnia, że pomiędzy akcjami Mermet niemal zapominał, że jest „śpiochem” — czasowo nieaktywnym agentem na ciągłej służbie, do którego rozkaz może przyjść w każdej chwili. Stworzył własne Uniwersum i, tak czułem, pod pozorem działań agenturalnych rozwijał też własne interesy. Choć przyznać trzeba, że to przede wszystkim dzięki temu mógł mieć doskonałe rozeznanie w środowisku paserów. Sądzę, że istniała jakaś niepisana umowa, na mocy której Agencja przymykała na wszystko oko, dopóki nie naruszał interesów Francji i odzyskiwał dla kraju bezcenne dzieła. Lubiłem go, myślę że z wzajemnością, choć nie zawsze rozumiałem. Ten dwukrotny rozwodnik był jedną z niewielu osób w Agencji, z którą utrzymywałem kontakty na stopie prywatnej.
Do wnętrza kamienicy Mermeta zapraszał głos Naomi, wybrzmiewający melodyjnie z domofonu lśniącego w stalowej bramie. Przechodząc przez hol spojrzałem w ogromne lustro, mimowolnie przyciągające uwagę odbiciem moich własnych szczupłych policzków i kruczej głowy. Odruchowo przygładziłem garnitur. Niepotrzebnie. Corneliani zawsze doskonale leży.
Dziewczyna była zupełnie naturalna. Podczas rozmowy nie uciekała wzrokiem i obdarzała mnie cudownie lekkim uśmiechem, zapraszając na łyk herbaty z egzotycznymi aromatami. Pamiętam, gdy kiedyś, zmartwiona plamą rozlanej na dywanie kawy groziła palcem winnej temu kotce, by już po chwili drapać zwierzaka za uchem. Pomiędzy czułościami machała do niej palcem, gdy zbierane drugą ręką fragmenciki porcelany złośliwie upadały na podłogę. Pospolicie oburzała się też na swojego mężczyznę, bo kolejny raz zostawił brudną szklankę w salonie. I podobnie jak wiele kobiet syczała z nerwów, gdy nazbyt długo przymierzała coś przed lustrem, znów chcąc go zaskoczyć.
A jednak żyła w trójkącie. Patrzyłem na nią zachłannie, podświadomie pożądając tych gładkich ramion, lennej burzy loków i cienistych dolin ciała, by opuścić wzrok z zażenowaniem już w kilka słów po przejściu progu. Wyobraźnia zaczynała pracę, byłem bezsilny.
Lubiła jego i ją; czuć było tę nieposkromioną przyjemność, z jaką ukradkiem muskała drugą kobietę, kiedy ta przyniosła świeże truskawki, krwawo kontrastujące w białej jak śnieg śmietanie. Libido wisiało w powietrzu, czekając niecierpliwie na gwałtowne, spazmatyczne ujście.
Poza tym, obie były zupełnie zwyczajne. Jeśli nie liczyć urody…
— André musiał nagle wyjść. Wiesz, interesy… Rozgość się.
Wiem, lecz nie mogłem przestać o tym wszystkim myśleć.
Przeszedłem do salonu. Zamiast usiąść przy stoliku jak ona, stanąłem naprzeciw olbrzymiego okna, a właściwie przeszklonej ściany, ze wspaniałym widokiem na Bosfor. Chciałem odwrócić niespokojną uwagę od sposobu, w jaki ten nader słoneczny dzień wdzierał się jaskrawożółto pod krótką spódniczkę, wysoko odsłaniającą smukłe, opalone uda. Wiedziałem, że ich delikatny złoty puch, zmieniał się gdzieś tam w niewielki wzgórek, słodki i ciepły. Jak czerwona kropelka spływająca z kącika jej perłowych ust. Były ogłupiająco piękne, a ja od dawna nie miałem kobiety.
Natarczywie potarłem dłońmi twarz.
— Taak — spojrzałem przez palce. — Tak, oczywiście — ruszyłem szybko do drzwi. — Pójdę już. Przepraszam cię za najście.
Dogoniła mnie szelmowsko roześmiana, jakby potrafiła czytać w myślach.
— To dla ciebie — w progu wręczyła mi duży pakiet owinięty szarym papierem. — Prezent od André. Bardzo długo nad tym pracował.
Pod palcami wyczułem płótno z lekkim, wąskim blejtramem.
— Dziękuję. Będę czekał na telefon.
W odpowiedzi obdarzyła mnie kolejnym ze swoich słonecznych uśmiechów, który powodował szybsze bicie serca. Na zewnątrz głośno wypuściłem powietrze i natychmiast sięgnąłem po papierosa. Zadrżała mi ręka. Zapalniczka wypłynęła spomiędzy palców i zastukała głucho o asfalt.
— Że też mi się coś takiego nie przytrafia…
Wciągnąłem silnie dym, jak gdybym nabierał w płuca spokoju. Po chwili napłynął, niosąc ze sobą ciepłą, aromatyczną falę cząsteczek nikotyny. Poczułem kilka chłodnych kropel na policzkach. Spojrzałem w tłoczną ulicę, a potem ku górze, na skłębione ciemne chmury. Taksówka podjechała, choć ledwie zdążyłem unieść rękę. Zupełnie, jakby na mnie czekała.
— Wsiadajpan, wsiadajpan! — śniady kierowca zachęcał łamaną angielszczyzną, wrzeszcząc przez otwarte okno niczym przekupka.
Deszcz przybrał na sile. W takich momentach stawał mi przed oczami wynalazek naszej Agencji, a konkretnie Pierre’a. Młody raz po raz zaskakiwał otoczenie swoim geniuszem: do zwykłego komunikatora audio-wizualnego dodał opcję automatycznego tłumacza. Choć nikt tego głośno nie przyznał, gadżet niezwykle rozleniwiał językowo: można było uzyskać połączenie z dowolnym miejscem na świecie, na przykład z Japonią, a w trakcie dyskusji na ekranie wyświetlany był tekst po francusku. Nasz rozmówca czytał oczywiście po japońsku.
— Mówimy: wsiadaj pan — zwróciłem uwagę, po czym zająłem miejsce na tylnej kanapie, ledwie mieszcząc się tam z pakunkiem. Zerknąłem w lusterko obok taksiarza, w którym mignął kontur czerwonego ferrari. — Hotel „Grand Hyatt”, proszę.
— Och! Luksus, luksus! — klasnął kierowca i wbił ze zgrzytem pierwszy bieg.
Ruszyliśmy, ślamazarnie torując sobie drogę przez ulice gęste od ludzi. Naderwałem papier i uchyliłem rąbek, żeby sprawdzić co jest w środku. Aż gwizdnąłem z podziwu. Kierowca spojrzał ciekawsko w lusterko.
Szybko odwróciłem wzrok i zawiesiłem go na barwnym krajobrazie miasta, przeszywanym przez igły meczetów dumnie celujących w niebo. Rozluźniony oglądałem płynący za oknem tłum, rozkrzyczany i kolorowy. Aromaty śródziemnomorskiej kuchni drażniły zewsząd nozdrza, razem z zapachem wodnych fajek, wonią starego potu i intensywnym bukietem nasion kardamonu.
Po około dwudziestu minutach krajobraz wyraźnie zszarzał, coraz mniej przypominając ekskluzywną Taksim Square, przy której wynająłem apartament na dziewiątym piętrze. Wciągnąłem dym ostatni raz i wyrzuciłem peta przez okno. Deszcz ustąpił tak szybko, jak się pojawił.
— Hej! — zagadnąłem kierowcę. — Czy na pewno jedziemy w dobrym kierunku?
— Tak! Tak!
W głosie mężczyzny wyczułem zniecierpliwienie. Auto przejechało jeszcze kilkadziesiąt metrów, po czym gwałtownie przyspieszyło. Gdy weszliśmy ostro w zakręt, boleśnie stuknąłem głową o szybę.
To nie były żarty. Po chwili stanęliśmy z piskiem w dość wąskim zaułku. W ręku kierowcy błysnęła maczeta, a oczy zdradzały ekstatyczną histerię.
— Co masz w tej paćce?! Co w paćce?! — krzyknął na całe gardło.
Patrzyłem na niego z głęboką uwagą. Dolna warga Turka drżała z niecierpliwości.
— Prezent — odparłem irytująco spokojnie, rozwlekając słowo.
Taksiarz pokrzykiwał coś ruszając niecierpliwie żelastwem, lecz ja przestałem cokolwiek słyszeć. Stałem się skupioną, napiętą czujnością. Przeczuwałem, że to jeszcze nie wszystko. Napad z przedniego siedzenia auta na pewno nie był sprawdzoną metodą rabunku.
Miałem rację. Po kilku sekundach, naprzeciw nas z piskiem stanął drugi samochód. Otwierane z obu stron drzwi, nie wiedzieć czemu, przywiodły mi na myśl rozkładającego skrzydła skarabeusza. Wyszedłem z taksówki. Przewiercili mnie wzrokiem z wilczymi uśmiechami. Najbliższy z napastników stanął w odległości czterech metrów.
— Jesteś kolegą André, co? Wisi nam trochę pieniędzy — wyjaśnił szyderczo.
Milczałem, wiercąc wzrokiem trójkę mężczyzn. Potężny łysy murzyn z odsłoniętymi bicepsami. Małoletni Turek z rozchełstaną koszulą i kilogramem żelu na włosach. I gość, który do mnie gadał. Wysoki, szczupły, w szarej moherowej marynarce naciągniętej na pomarańczowy shirt. Mówiąc, przybrał infantylny ton:
— No? Co tam masz za obrazek? Dawaj, tylko grzecznie! — pogroził dłonią i ruszył w moją stronę, podczas gdy pozostali otaczali mnie pierścieniem.
— Proszę wybaczyć moją szczerość — mówiłem bardzo powoli i z nonszalancją, zupełnie nieadekwatnie do sytuacji — niemniej nie wygląda pan na konesera sztuki.
— Tak? A na kogo? — chudy przystanął zbity z tropu, ukazując poczerniałe pieńki zębów.
Jego kumpel, dzieciak jeszcze, miał rozedrgane małe oczka. Obaj celowali we mnie dawno już nie czyszczonymi rewolwerami. Wysoki przymierzył:
— Może jak odstrzelę ci kolano, to zmienisz zdanie? — rzucił. — Hassan, weź to od tego wypachnionego zawszańca.
Wezwany chłopak przestąpił nerwowo z nogi na nogę, zdradzając niecierpliwy pośpiech:
— Rozwalmy go — machnął spluwą. — Rozwalmy go od razu i po krzyku!
Nie czekając, natychmiast odciągnął zamek i uniósł spluwę na wysokość twarzy.
Wstrzymałem oddech. Pierwszego łatwo dosięgnę nogą; silny kop w splot pozbawi go świadomości. Świr z maczetą został w aucie, więc chwilowo nie stanowi zagrożenia. Czarny jest dalej, oberwie kulką, a Turek…
Dokładnie w połowie odległości między oczami napastnika wykwitł otwór odpowiadający średnicą dziewięciomilimetrowemu ziarnku grochu. Z dziurki wypłynęła szkarłatna breja. W ciągu trzech sekund ciało bezwładnie uderzyło o ziemię. W chwilę potem po reszcie bandziorów nie było śladu, łącznie z taksiarzem, który ulotnił się porzucając auto.
Wbiłem szklany wzrok w trupa: oczy zastygły w wyrazie zdziwienia, tak jakby mózg działał jeszcze w chwilę po tym, gdy ołów rozerwał tysiące połączeń między neuronami. Palce zabitego drżały.
Ze zdziwieniem usłyszałem swój, nadal nie zdradzający oznak nerwowości, głos:
— Jak mnie znalazłeś, André?
Postawny mężczyzna, ubrany z trącącym lekką ekstrawagancją szykiem, stanął obok i patrzył w to samo miejsce co ja. Katem oka spostrzegłem, jak przez chwilę badał dłonią temperaturę tłumika Walthera P–99. Zawsze odnosiłem wrażenie, że wykonywał egzekucje tak samo beznamiętnie, jakby kroił chleb. Jakoś mi to do niego nie pasowało.
— Zobaczyłem cię, kiedy odjeżdżałeś i próbowałem złapać. Może nawet mnie widziałeś. Czerwone ferrari — wyjaśnił krótko. — A taksa należy do miejscowej mafii. To zwykłe oprychy od ściągania haraczy, z ambicjami wejścia na rynek sztuki. Mogą dać nieźle w kość, a jeśli trzeba, bywają zdeterminowani i okrutni. Uważają, że powinienem odstąpić im część zysków z galerii, ponieważ leży ona w ich strefie wpływów.
— Bydlaki — podsumowałem.
André machnął ręką zirytowany, jakby odpędzał jakąś natrętną myśl:
— Muszę zmienić melinę. Nie sądziłem, że tak szybko odkryją gdzie mieszkam. Stambuł jest potwornie skorumpowany. Nikomu już nie można ufać — westchnął ciężko. — Co cię sprowadza, Jean?
— Zlecenie — odparłem z powagą. — Republika cię potrzebuje, przyjacielu.4
Nazajutrz wypłynęliśmy jachtem z Bosforu w kierunku jednej z małych wysp Morza Śródziemnego. Tam, na małym lotnisku służącym głównie CIA, czekała niewielka Cessna, dzięki której w ciągu kilku godzin dolecimy do Paryża.
Stojąc na pachnącym mahoniowym drewnem pokładzie obserwowaliśmy daleki, błękitny horyzont. Spojrzałem na zachwyconego Mermeta, który pewnie trzymał potężne koło sterowe. Zawołałem do niego, przekrzykując łopot żagli:
— Jest już kawa!
Mężczyzna zablokował ster i powędrował z kubkiem w stronę małej platformy na dziobie, gdzie stawał by spoglądać marzycielsko w dal. Kto wie, gdzie błądziły wówczas jego myśli, skupione — jak czasem mawiał — na tajemnicach dawnych mistrzów.
André Mermet nie tylko handlował sztuką. On ją po prostu uwielbiał. Miał związaną z tym maksymę własnego autorstwa, choć daję głowę, że ktoś wcześniej na to wpadł:
— Czym byłoby moje życie, gdyby nie sztuka? — pytał i odpowiadał sam sobie: — Niczym. Tylko bytem przypominającym egzystencję robaka. Pracą, jedzeniem, spaniem. Jedzeniem, sraniem, pracą. Sraniem, żarciem…
Indagowany, czy tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o względy materialne, powtarzał niezmiennie:
— Pieniądze nie dają wolności. One tylko poszerzają jej granice.
Jako były więzień, wiedział o tym doskonale. Sam także posiadał niebywałe zdolności. Gdyby osiłkom powiódł się plan odebrania mi pakunku, ich zleceniodawca lub kupiec byłby cholernie zdziwiony: wewnątrz była doskonała podróbka obrazu XVII-wiecznego malarza-erotomana Guido Cagnacciego Susanna and the Elders, o dużo mówiącej na temat autora kopii treści: na stole w centrum obrazu siedzi naga kobieta, wyraźnie czerpiąca przyjemność z towarzystwa dwóch mężczyzn zachwyconych jej pięknym, opalizującym ciałem. Rzecz wykonał, jak później zdradził, przy pomocy farb skomponowanych według średniowiecznych receptur. W dodatku na płótnie obramowanym starym drewnem z właściwej epoki. Dla amatorów, nawet tych często odwiedzających muzea i galerie — fałszywka prawie nie do rozpoznania. Namalował ją ponieważ był pewien, że mi tym zaimponuje.
Pomimo że byłem przy nim laikiem, uwielbienie do sztuki nas łączyło, choć ja wolałem bardziej współczesne wielobarwne plamy Renoira, natomiast on genialne freski Michała Anioła. Zresztą Mermet nie oczekiwał, że będę lubił dokładnie to, co i on: najbardziej cenił fakt, że kształtowałem własny gust. Oznaczało to pewne już rozeznanie w malarskiej materii. Na najważniejsze tropy naprowadzał mnie oczywiście André, choć jak zapewniał, przekazywana wiedza nigdy nie zdołałaby okrzepnąć, gdyby nie pierwiastek odpowiedniej wrażliwości. Bo, jak mawiał za Lautrecem, malarstwo jest jak gówno; to się czuje, ale nie tłumaczy.
Nie śmiałem w tej chwili, po pół roku niewidzenia zapytać, co też popchnęło go do flirtu z barokiem i dlaczego poświęcił Cagnacciemu tak wiele energii, zdradzając swój ukochany, odrobinę wcześniejszy renesans. Może z biegiem czasu coś się w nim zmieniało?
Zresztą Mermet zwykle miał na wszystko gotową odpowiedź. Znałem go i czułem, że byłby to z pewnością jakiś krótki bon mot w rodzaju myśli wypowiedzianej parę lat temu: A któż u licha tak naprawdę wie, gdzie przebiega dokładna granica między epokami? Gdy w Italii pączkował renesans, tereny na północ od Alp tkwiły jeszcze w ciemności średniowiecza.
— Te refleksy na morzu wyglądają zupełnie jak plamy Dworca St-Lazare Moneta — skomentował z zachwytem, wsparty o stalowy reling.
Miałem nieodparte wrażenie, że lazur wody zupełnie zatarł w nim wspomnienie mózgu osiłka, rozsmarowanego szybko czerniejącą mazią na rozpalonym chodniku Konstantynopola.5
Służba doskonale dbała, aby wszyscy agenci mieli świadomość nieuchronności wyznaczonego im losu. Była jak gigantyczna sieć, pajęcza pułapka, z której wyplątanie stanowiło fizyczną niemożliwość. Oczywiście nikt nie mówił tego wprost, lecz pokazano mi wystarczająco dużo abym mógł zrozumieć, że muszę odsłużyć wyrok co do jednego dnia.
Pokazano mi, z jaką łatwością można wytropić człowieka gdziekolwiek by się udał i co zrobić, by całkowicie zniszczyć ciało. A także to, co go później czeka. Nie było bezpiecznego miejsca w całym cywilizowanym świecie. Po wszystkim, ostatnim śladem ludzkiego istnienia zostawał plik, który sekretarka szefa sekcji usuwała następnego dnia, tuż przed poranną kawą. Wyobrażałem sobie, że wędrował wtedy do komputerowego nieba.
Agentem zostałem, podobnie jak wielu innych, przez przypadek, dziwaczny splot okoliczności. Nigdy tego nie pragnąłem, taka myśl nawet nie zakiełkowała w mojej głowie. Byłem finansistą, a umiejętności pragnąłem wykorzystać jedynie do zapewnienia sobie dobrobytu. Po pracy brałem okazjonalne lekcje karate, które pomagały zabłysnąć na korporacyjnym przyjęciu, a znajomość szachów uprawniała mnie do tego, aby przegrać kilka partii z przełożonym. Z akt osobowych wynikało również to że ja, Jean Paul Bernard, znałem kilka języków, bez których zresztą poległbym na etapie rozmowy kwalifikacyjnej.
Karierę urzędnika bankowego planowałem już na studiach z ekonomii, z baranią zazdrością spoglądając na wymuskane auta dyrektorów lokalnych placówek. Posadę znalazłem bez problemu. Gdy jednak człowiek pełen ideałów wkracza w tak cyniczny świat i zderza z jego toporną, skrzeczącą rzeczywistością, może wybrać tylko dwie drogi: wyłączyć myślenie i zatracić się w systemie, albo odrzucić go, zaczynając wszystko od nowa. Tak jak wielu innych, postanowiłem w to wejść.
Zaledwie powierzchowna analiza establishmentu dość szybko doprowadziła mnie do wniosku, że droga uczciwego awansu na szczyty służbowej hierarchii jest w naturalny sposób zamknięta, bo piastunowie najwyższych funkcji w korporacji, to w rzeczywistości jedynie strażnicy rodzinnych fortun. Ubrano je tylko w zgodne z duchem czasu szaty koncernu, holdingu, czy syndykatu. Gorycz rozczarowania pęczniała z dnia na dzień, przynosząc powoli ból żołądka i niechęć do ludzi. Przestałem ich lubić, widząc do czego są zdolni, jeśli tylko zajdą sprzyjające zezwierzęceniu okoliczności.
Wreszcie, mając trzydzieści dwa lata, po niemal dekadzie pracy w gęstej od intryg pseudokulturze — której podbudowę ideologiczną wymyślili marketingowcy z wynajętej w NY agencji, a na której przeczytanie właściciele mojej firmy nie poświęcili nawet pół minuty w klozecie — zaczynałem mieć dość. Pojechałem na daleki, miesięczny urlop, wierząc jeszcze w odmianę. Gdy wróciłem, patrzyłem już na wszystko innym wzrokiem, z nieodwołanie głęboką świadomością życia w matni kłamstwa i ordynarnego serwilizmu. Zacząłem regularne seanse u psychologa, który od razu zdiagnozował wypalenie.
Czara została przelana na firmowym przyjęciu noworocznym, gdy znów kazano mi robić z siebie pajaca. Z nerwów, a może z oburzenia, od rana niczego nie zjadłem. Czułem za to, jakby w moim brzuchu pęczniała ogromna bania wody, która ciągle wzbierając, lada moment miała przelać się przez usta. Jako przyszłemu kierownikowi działu zlecono mi wykonanie prezentacji, a jako — tu pada wyświechtane określenie mojego menadżera — dobremu koledze z pracy, „zrealizowanie ważnej części artystycznej”. Mówił to w tak uszczypliwym tonie, że tylko z trudem powstrzymywał złośliwy grymas zabłąkany gdzieś na krańcach ust.
Gdy wreszcie nadszedł wieczór, wypiłem ciurkiem drinka lub dwa, które przechwyciłem z tac roznoszonych przez zmysłowe, cudownie pachnące i zawsze radosne hostessy. Tłum pracowników ubranych w identyczne uniformy obserwował rosnące słupki zysków z przyklejonymi małpimi uśmiechami, tak jakby chodziło o ich własne pieniądze, a nie udziałowców. Pokazując to, tylko mnie irytowali. Tuż przed północą, gdy przyszła pora abym wyśpiewał noworoczny pean na cześć prezesa, pobiegłem do toalety zakrywając oburącz usta. Wymiotowałem bity kwadrans, obserwując przy tym logo firmy nadrukowane na sedes.
Wydawało mi się, że nikt tego nawet nie zauważył, bo niemal natychmiast zostałem zastąpiony przez jakiegoś bubka, który najwyraźniej wierzył w rozgłaszane przez kierownictwo brednie, że w firmie jesteśmy jak w rodzinie i powinniśmy spędzać ze sobą nawet te najbardziej prywatne chwile. Urodziny, święta, urlopy. Mile widziane było opowiadanie o osobistych problemach na kawie u przełożonego. Wszystko to służyło oliwieniu dobrze sprawdzonego mechanizmu uzależnienia i ciągłej kontroli podwładnych. Ci zresztą, z uporem starali się tego nie zauważać. Na czele owej armii straceńczo oddanych robotów stało kilku głównych dyrektorów, którzy przykrywali bezideowość naszej pracy, epatując otoczenie horrendalnie kosztownymi gadżetami. Wśród tej czołobitnej gawiedzi prezes i jego najbliższe otocznie mieli estymę większą niż władze państwa. O tych ostatnich zresztą mówiono z dużym lekceważeniem, co w tym środowisku uchodziło za szczyt dobrego tonu.
Dwa dni po tym zdarzeniu, bez mrugnięcia zmieniłem parametry systemu komputerowego w banku. Odtąd każdy z tych durni pracował dla mnie: po każdej operacji na moje konto spływała kwota odpowiadająca ostatniej cyfrze przelewanej kwoty. Dla klienta była zupełnie niezauważalna, chodziło o ułamki euro. Gdy po jakimś czasie zajrzałem na konto, włosy stanęły mi dęba.
Otumaniony gotówką, przez kilka miesięcy kosztowałem życia w luksusie. Coraz bardziej zaniedbywałem obowiązki. Ani to, ani kwota miliona ośmiuset tysięcy euro, nie mogło ujść uwadze szefów.
Mój proces trwał mgnienie oka. Nie byłem żonaty, a upokorzona rodzina zerwała ze mną wszelkie kontakty. W wyroku zawarto nakaz skierowania mnie do więzienia o zaostrzonym rygorze, najpewniej ze względu na kryzys i związaną z nim medialną nagonkę na finansistów.
W tamtym czasie można było niemal powiedzieć, że miałem szczęście. Służby specjalne szukały akurat człowieka do analiz przy aferze dotyczącej spekulacji giełdowych i pompowania wartości franka. Sprawa była bardzo rozdmuchana w prasie. Przymknięto wiele osobistości, w tym szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który w miarę publicznego odkrywania szczegółów, okazał się być tym, kim nasi prezesi, lecz podniesionym do trzeciej potęgi i jeszcze bardziej ześwinionym.
Oficer, który mnie werbował, miał śmiertelnie poważną minę. Bezpośrednio po wyjściu z sali sądowej, z której miałem zostać przetransportowany do więzienia, trafiłem do małego wychłodzonego pokoiku. Wewnątrz czekał mężczyzna, który po chwili zaczął w milczeniu wykładać na stół fotografie różnych uszkodzeń ciała, jakie nabywali przez lata nawet najlepiej zbudowani lokatorzy więzień. Siedziałem skulony z przerażenia, nie rozumiejąc jeszcze, czemu ten spektakl służy.
Gdy pokazał już wszystko, a stół przybrał wygląd krwawo-sinego kolażu ze zdjęć, przeszedł do rzeczy. Złożył ofertę, która wydała mi się wówczas gwiazdką z nieba: albo idę na współpracę, podczas której oficjalnie odsiaduję wyrok — a w rzeczywistości jestem do wyłącznej dyspozycji państwa francuskiego jako tajniak, albo wędruję na jedenaście lat za kratki. Przy czym współpraca musiała trwać tyle lat, ile więzienie. Przytaknąłem energicznie i podpisałem odpowiednie papiery.
Reszta potoczyła się błyskawicznie. Szkolenie z obsługi broni, wytrzymałościowe i przetrwania. Z kultury egzotycznych krajów, werbunku szpicli i nawigacji. Pierwszą sprawę rozwiązałem niemal od ręki, ponieważ w finansach to ja byłem lepszy od nich. Potem były kolejne, nieporównywalnie trudniejsze psychicznie.
Wśród różnych przydatnych umiejętności uczono nas, alumnów wywiadu, również tej podstawowej: zabijania. Była to szkoła tyleż brutalna, co skuteczna. Początkowo wożono nas na egzekucje w więzieniach, w różnych częściach świata. Standardowy scenariusz obejmował gwałtowną pobudkę w nocy, jazdę na czczo w przykrytej brezentem zimnej przyczepie ciężarówki i przelot małym wojskowym samolotem. Dowódca z kamienną miną wyjaśniał czasem jednym zdaniem, że to co się właśnie dzieje, jest elementem szkolenia przystosowawczego.
Dobierano nas w taki sposób, aby nikt nie znał pozostałych, stąd w drodze zamiast rozmów, słychać było jedynie ciężkie oddechy. Na miejscu dostawaliśmy minutę na założenie uniformów lokalnej służby więziennej, po czym następował pośpieszny marsz przez szare, betonowe korytarze. Chwilę później wprowadzono nas wprost na salę śmierci.
Za pierwszym razem wylądowaliśmy w Chinach. Widok był wstrząsający. Przez pancerną szybę rodzina skośnookiego nieszczęśnika patrzyła nieprzytomnie w kierunku krzesła na którym siedział. A konkretnie na jego stopy.
Zapamiętałem to dokładnie. Wszędzie było tak samo. Opuszczone głowy z pustym wzrokiem wbitym w stopy skazańca. W chwilę później szkoleniowiec o tępej twarzy gestapowca wskazywał na któregoś z nas. Należało jedynie nacisnąć przycisk uruchamiający dozownik pentobarbitalu.
Musieliśmy umieć zabić bez chwili wahania i wyrzutów sumienia, a to było najwłaściwsze preludium. Za pierwszym razem niemal wszyscy wymiotowali. Później były egzekucje polowe w Afryce podczas tłumienia rewolt w państwach sojuszniczych. Rząd ludzi pod murem, karabin w rękach. Kula w łeb. Nawet nie wiedziałem, czym zawinili.
Piekło.
Z każdym dniem służby człowiek pozbawiany był złudzeń i resztek zahamowań, aż sięgnięcie po broń i pociągnięcie za cyngiel robiły wrażenie mniejsze, niż splunięcie na ziemię. Odzierano nas ze współczucia, litości i człowieczeństwa. Kto nie wytrzymywał, sam walił sobie kulkę. Nie było rezygnacji, żadnego powrotu za kraty. Jasno nam to dano do zrozumienia na samym początku. Postanowiłem, że kiedyś znajdę sposób, jak z tego wyjść.
Za wszelką cenę.6
Paryż przywitał mnie jak zwykle chłodno. Po afrykańskich piaskach i otomańskim tłoku cieszyły za to wyśmienite drogi, po których moje klasyczne srebrne Porsche 911 wprost płynęło. Zaletą pracy w służbach był fakt, że zapewniały wywiadowcom niezły poziom życia. Był to, rzecz jasna, element gry, choć przestronny apartament z tarasem i widokiem na dachy Paryża był jak najbardziej rzeczywisty. Zajechałem z powolną elegancją przed gmach z napisem Service de Documentation Exterieure et Countre-Espionage i pomaszerowałem w głąb budynku na odprawę.
Na końcu długiego, krętego i pełnego skrzyżowań korytarza czekali już chłopcy, zacieśniając nerwowo krawaty. Podczas oficjalnych spotkań z kierownictwem w siedzibie Service obowiązywały mundury. Na co dzień, każdy z nas miał styl mniej lub bardziej odbiegający od uniformizmu, dlatego nasze miny zdradzały, jak niekomfortowo się czuliśmy.
Wiecznie zgarbiony, młody technik Pierre, milczek z za długimi przetłuszczonymi włosami, nie był zbyt wielkim estetą jeśli chodzi o te sprawy. Na co dzień nosił dzwonowate, przetarte w kilku miejscach brązowe sztruksy i T-shirt z wielką pacyfką, wyblakłą, jak czasy hippisowskich ideałów.
Ja zdecydowanie wolałem włoskie garnitury, co zbliżało mnie z Mermetem, który zazwyczaj nosił się umiarkowanie elegancko, choć może nieco zbyt krzykliwie. André nie uznawał marynarki, a wykwintne lniane koszule przepasane szelkami rozpinał na wysokości zarośniętego torsu, niczym okładkowy celebryta. Oczywiście tylko wówczas, gdy grał rolę samego siebie. Na wierzch zakładał czarną kamizelkę i podciągał niedbale rękawy. Robił to tuż poniżej łokcia, jakby ciągle zajmowała go jakaś pilna robota.
Staliśmy w półmroku rozjarzonym jedynie diodowymi znakami wskazującymi gabinet szefa. Po chwili grube stalowe drzwi, będące niemal wierną kopią okrętowych grodzi, ustąpiły z głuchym trzaskiem. Nasze spojrzenia powędrowały za światłem, do surowego wnętrza naznaczonego krępą sylwetką dowódcy. Pochylony nad dużym biurkiem ciemny kontur wykonał gest nakazujący wejście.
Pierre, który stał najbliżej, posłusznie ruszył do środka. My tuż za nim. Stosunek młodego do służby był inny, niż nasz. Jako jedyny wszedł do wywiadowczego fachu zwyczajną drogą. Został złowiony jeszcze na studiach przez rekruterów Service. Paradoksalnie, w zasadzie byliśmy przy nim życiowymi nieudacznikami, którzy nie potrafili dojść do czegokolwiek funkcjonując zupełnie uczciwie. A przynajmniej tak mawiał z gorzkim uśmiechem André, ja zaś wolałem myśleć o nas, jak o złamanych przez system idealistach.
Byliśmy w klinicznie czystej, wyłożonej metalowymi płytkami salce, gdzie jedyne umeblowanie stanowiły składane krzesła i zimne, pozbawione jakichkolwiek ozdobnych elementów, stalowe biurko szefa. Całość sprawiała klaustrofobiczne wrażenie szarej masarni, z której pragnąłem jak najszybciej uciec. Ta szczelna dla fal radiowych klatka Faraday’a nie przepuszczała także dźwięków. Z obawy o podsłuch, wszelkie tajne posiedzenia organizowano w tym pomieszczeniu, choć nie byłem pewien, czy to jedyna jego funkcja. Wokół rozmieszczono strefę buforową w postaci plątaniny korytarzy. Istny labirynt Minotaura.
Wiedziałem, że mamy podobne obiekty w wielu miejscach na świecie. Korzystałem dotąd z dwóch: w Turcji i w Niemczech. Urządzone identycznie, z jednakowym rozkładem pomieszczeń, aranżacją wnętrz i zastosowanymi materiałami. Jeśli przerzucić nieprzytomnego człowieka pomiędzy dwiema, odległymi od siebie o tysiące kilometrów instalacjami, z pewnością nie zauważyłby różnicy.
Generał Bernard Roussilat, łysiejący mężczyzna w średnim wieku o ukrytej przez mundur, nieokreślonej nadwadze, nie przepadał za subtelnymi opisami akcji. Tak było i tym razem.
Prześwidrował mnie spojrzeniem wzmocnionym grubymi szkłami staromodnych okularów:
— Miałeś tylko wyciągnąć naszego człowieka, a nie zarzynać wszystkich jak wieprze! — rzucił gniewnie.
Zresztą nie próbowałem oceniać, ile było w tym gry, a ile autentycznego sposobu bycia szefa sekcji „Alfa”. Brakowało mi nawet pewności, że posługuje się prawdziwym nazwiskiem. W końcu i tak wszystko jest przecież tylko grą pozorów. A budowanie złudzeń to istota wywiadu.
Prawdziwy z pewnością miał jednak głos. Usta, otoczone nagromadzonymi przez lata zmarszczkami, wyrzucały słowa mocne i charczące, zdradzając wieki spędzone na zagranicznych misjach, naznaczonych nieprzebraną ilością gwałtownych rozkazów walki, spalonych papierosów i wypitego Whisky.
Usiedliśmy, sytuując niespokojny wzrok na spoczywającej na blacie czarnej aktówce. Pierre, współwinny, milczał, lustrując szczególnie intensywnie podłogę.
— Ależ wyciągnąłem, panie generale — broniłem się bez przekonania, układając urzędowo brzmiące zdania. — W moim mniemaniu był to jedyny sposób możliwy do zastosowania w tak krótkim czasie, jaki otrzymałem na skuteczne wypełnienie misji. Rozsądne argumenty nie przemawiały do tych marokańskich kanalii — dodałem z powściągliwym humorem.
Obserwowałem służbowo ściągniętą twarz szefa. Po chwili purpura ustąpiła miejsca zwykłej czerwieni, przemieszanej z opalenizną tak brązową, że zapewne przywiezioną z Gujany. Lub z solarium, kto to zresztą wie.
Opanował się i rzekł bezkompromisowym tonem, który od razu wyjaśniał, że decyzje zostały już dawno podjęte:
— Można to było załatwić przy pomocy Viagry lub jej substytutów. Twoim postępowaniem zajmie się Komisja Dyscyplinarna. Złożyłem już odpowiedni wniosek.
Było dla mnie często rozważaną zagadką, jakim cudem Roussilat zdołał zorganizować całą służbę, posiadając tak mały rozumek. Odkąd odkryto metodę „na Niebieskie Pigułki”, wiele spraw stało się prostszych. Przywódcy wpływowych plemion w Afganistanie gdzie zastosowano ją po raz pierwszy, aby zachować władzę musieli nieustannie potwierdzać nie tylko swoją odwagę, ale także i męskość. To częste w społeczeństwach plemiennych. W przeciwnym razie zabiłyby ich pokątne szepty i złe spojrzenia, od których jedynie krok do buntu, nieposłuszeństwa i zdrady. Aż trudno uwierzyć, do czego byli zdolni wodzowie, byleby tylko otrzymać tabletki. Oddawali rodzinne kosztowności, zdradzali najdawniejsze sekrety i członków dalszych rodzin. Zresztą nie pierwszy raz utoczono ludzkiej krwi z powodu czyjejś erekcji. Choćby pod Troją. Rzecz jednak w tym, że w basenie Morza Śródziemnego nie było problemu z pigułkami i w Maroko nic bym za nie nie wskórał. To właśnie powiem komisji. Czasem Roussilat gadał tak głupio, że podejrzewałem w tym działanie z premedytacją. Może czekał, aż ktoś go sprostuje?
— Trzy lata przepracowałeś w Służbie Dokumentacji Zagranicznej i Kontrwywiadu. W tym dwa, jako czynny agent. — Naszą firmę wymienił z pełnej urzędowej nazwy, co mogło oznaczać, że zaraz palnie służbowe kazanie. — A zadziałałeś jak ignorant. Takie wyczyny nie wróżą tobie zbyt dobrze! — wycharczał. Używał zdań żywcem wyciętych ze służbowych podręczników. Mimo to i tak brzmiał groźnie. — Zaczynam się zastanawiać, czy nie chcesz wrócić tam, skąd cię zabraliśmy — warknął jeszcze przez zęby.
To niestety działało. Byłem już zupełnie miękki, gotów słuchać i wykonać każdy rozkaz. Miałem pełną świadomość, że ucieczki nie ma. W takich momentach wyobraźnia mimowolnie przywoływała obrazy zdjęć, które ze szklanym wzrokiem oglądałem kilka lat temu. Już podczas służby konsultacyjnej kilkakrotnie padały sugestie, rozpuszczane w postaci kontrolowanej plotki, o tym, że próba ucieczki znajdowała niezmienny finał w szybkim ujęciu zbiega. Już nie agenta, tylko zbiega, który w oficjalnych aktach figurował później jako zastrzelony podczas ucieczki z więzienia. Taką podobno wersję przekazywano rodzinie. Nie miałem powodów by sądzić, że to nieprawda.
Rzeczywiście, możliwości były ogromne. Pamiętam, jak pod pretekstem zobrazowania zdolności technicznej kontrwywiadu, ćwicząc w bunkrze pod Paryżem oglądaliśmy na wielkim ekranie dokładną pozycję Kadafiego uciekającego po rewolcie w Libii. Po prostu w aucie miał system GPS. Wszystkie telewizje mówiły o nieznanym losie dyktatora, tymczasem my na jednej ścianie widzieliśmy jego transakcje, e-maile, a nawet podsłuchiwaliśmy telefony, w których odpowiedni wirus zdalnie uruchamiał mikrofony. To bardzo sprytne oprogramowanie do śledzenia wszystkiego, nosiło dość wydumaną nazwę X-Keyscore. Dzięki znajomości lokalizacji zdobywaliśmy też obraz z kamer miejskiego monitoringu, jeżeli gdziekolwiek wkraczał z obstawą. Nasza maszyneria potrafiła wówczas wyszukać go na podstawie rysów twarzy i śledzić nawet w dużym tłumie. Całość była udoskonaloną wersją INDECT, systemu powstałego na zlecenie Unii Europejskiej, a sfinansowanego przez nią w celu wspierania Policji. Co ciekawe, gdyby Kadafi korzystał z metod tradycyjnych: jechał w karawanie wielbłądów, płacił złotem, a z listami posyłał konnych, nikt by go nie znalazł…
Pomimo umiarkowanego chłodu panującego w salce, pod wpływem ciężkiego wzroku Roussilata poczułem wilgoć w okolicach pach. Gorączkowo szukałem sposobu na rozluźnienie, choć w tej sytuacji graniczyło to z cudem. Kiedyś, w pierwszej pracy, starszy kolega poradził mi życzliwie, abym krzyczącego na mnie szefa wyobraził sobie w chwili, gdy siedzi na małym różowym nocniczku i bezskutecznie próbuje coś z siebie wydusić.
— Te wielkie, wytrzeszczone oczy… — rozczapierzał obrazowo palce.
Zawsze pomagało. Usiadłem swobodniej, na ile tylko pozwalały skromne gabaryty krzesła i pozwoliłem myślom na chwilę odpłynąć w przeszłość.
W tamtych czasach, które należały już do nieodwracalnej historii, obserwując kolegów doszedłem do wniosku, że praca biurokraty ograniczona jest w zasadzie do nieustannego, bezrefleksyjnego powtarzania kilkudziesięciu wyuczonych zwrotów. Coraz częściej zauważałem, że sam mimowolnie wykorzystuję tę małpią technikę. Owo mgliste na początku przeświadczenie z czasem zamieniło się w pewność, że to ona zawładnęła mną.
Sam nie wiem kiedy, uciekając resztkami sił przed umysłową degrengoladą, skierowałem swoją uwagę ku sztuce. Może nawet początkowo był to jedynie snobizm do którego nawet nie chciałem się przyznać, a który miał mnie odróżnić od tłumu identycznie skrojonych, szablonowych postaci. Wydobyć z getta gotowych myśli, które podrzucano nam do wykorzystania jak szablon. Popołudniami wchodziłem w piękniejszy świat, jakże inny od tego w którym żyłem za dnia. Był to również sentymentalny powrót do młodości, której koniec i twarde zderzenie z wymaganiami codzienności spowodowały porzucenie zainteresowań. Moje stare sztalugi na pewno do tej pory butwiały gdzieś na strychu rodzinnego domu.
Nie miałem uzdolnień muzycznych, lecz wrażliwe na piękno oko. Lubiłem patrzeć. Na rzeźbę, architekturę. Jednak w zachwyt nad ludzkim geniuszem wprawiało mnie przede wszystkim malarstwo. Był on tym większy, im więcej wiedziałem o twórcach i okolicznościach w jakich powstawały dzieła. Zacząłem sporo czytać, zwiedzać muzea, rozpocząłem specjalistyczny kurs. Czysto amatorsko i bez pretensji do znawstwa, choć z każdym dniem czułem, jakby z oczu opadały mi łuski. Potrafiłem odróżnić Picassa od Degasa, a wiek XV z przełomowo wówczas realistycznym Portretem Arnolfinich van Eycka który podobno wynalazł malarstwo olejne, od XVII-wiecznego Vermeera, z jego niepojętym fotograficznym geniuszem oddawania faktur i kolorów, czy nawet przezroczystości szkła. To były jedyne chwile, kiedy miałem poczucie sensu życia.
Każdego kolejnego dnia coraz wyraźniej dostrzegałem granice klatki w jakiej zaryglowali się ludzie, wśród których przyszło mi pracować. Każdego dnia, z coraz większą, boleśnie nabrzmiewającą siłą. Ich niewidzący wzrok podpowiadał mi, że nasze drogi coraz bardziej się rozchodzą. Czułem jednak, że samotność w moim stanie prowadzi jedynie do szaleństwa.
Z odrętwienia wyrwał mnie huk zaciśniętej pięści, uderzającej z siłą słonia o stalową powierzchnię biurka. Bez strachu podniosłem wzrok na Roussilata. Wyreżyserowane larum przełożonego robiło na mnie wrażenie, jednak nie tak straszne, jakby sobie tego życzył. W końcu przecież znałem wszelkie techniki, by odczytać jego prawdziwe intencje.
On znał wszelkie, aby mnie oszukać.
Gdy próbowałem kiedyś poznać zdanie André na temat naszego szefa, odpowiedział cytując Prawo Libermana: Wszyscy kłamią, lecz to zupełnie bez znaczenia, skoro i tak nikt nikomu nie wierzy.
Tu nabierało ono realnych kształtów.