Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

W piekle lepiej być nikim - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 kwietnia 2011
33,20 zł
3320 pkt
punktów Virtualo

W piekle lepiej być nikim - ebook

Działalność tego agenta nie przypomina przygód Bonda. Śledztwo policjantki nie ma nic z amerykańskiego serialu. Poznajcie całą prawdę.... Kim jest tajemniczy człowiek, wychowany na stołecznym Powiślu, naznaczony wojną w Jugosławii, po której przez lata przemierzał Europę? Dlaczego w centrum Warszawy zamordował dwoje ludzi? Zagadkę stara się rozwiązać komisarz Agata Zawadzka, twarda kobieta, która płaci ogromną cenę za swą ciężką pracę, zaczynającą się często od porannej wizyty w prosektorium.

Mroczna intryga, duszny klimat i dwa wyraziste portrety ludzi wypalonych. Tylko na mocne nerwy!

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-247-2617-2
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

O drugiej w nocy było po wszystkim. Wrócił do mieszkania i od razu poszedł do łazienki. Najpierw dokładnie umył dłonie, potem wziął prysznic. Dobre dwadzieścia minut stał z zamkniętymi oczami i z twarzą wystawioną na strumienie spadającej wody. Później pogasił wszystkie światła i stanął w oknie. Nie czuł nic. Pomyślał jedynie, że to żałosna puenta. Że musiał ją zabić właśnie tutaj. Musiał, skoro odbyła taką drogę. Jakiś powinien być przecież sens tej podróży.

Śmieć go zaskoczył. Bogu dzięki, że się poruszył. W ciemności i w gęstej mgle nie zdołał dobrze ocenić jego wieku. Niemniej wyglądał młodo. Mógł stawić opór. Ale zesztywniała strachem, zgarbiona sylwetka, ledwo odrysowana na tle jesiennych liści, pozostała nieruchoma. Przerażone oczy wpatrywały się w postawnego, eleganckiego pana o długich, siwych włosach, który mówił. Spokojnie, bez pośpiechu opowiadał przyjemnym dla ucha, niskim głosem. Opisywał, co robi i dlaczego. Tłumaczył i wyjaśniał. Uśmiechał się nawet, choć czuł odór miesiącami niemytego ciała i gnijącego ubrania. Nie poruszył się nawet wtedy, kiedy stanął za jego plecami i szepnął: Uklęknij i pomódl się do Pana swego, by okazał ci łaskę.

– Nie spiesz się – poradził mu kiedyś mężczyzna w białym garniturze. – Rób wszystko powoli i dokładnie. I mów, nawet jeśli ci się wydaje, że w tej sytuacji nie masz nic do powiedzenia. Cokolwiek powiesz, to zawsze pozostawi właściwe wrażenie. Stosuj się do procedur, one z reguły nie zawodzą.

– Zastosowałem się. Po prostu zamknąłem drzwi, przekręciłem klucz i wyrzuciłem go. To wszystko – powiedział głośno.

Procedury zabijania są proste jak kij od szczotki. Jednorazowe gumowe rękawiczki zapakowane w foliową torebkę zabrał ze sobą. Spali je przy okazji.

Okno było na piętnastym piętrze i widział z niego rzekę. Akurat teraz przesłoniętą mgłą. Z wysokości piętnastego piętra nigdy nie czuł smrodu wody. Zresztą ktoś mu powiedział, że już nie śmierdzi jak dawniej. Widział również most i sunące po nim samochody. Miasto jest po to, żeby żyć. Na okrągło. Dzień i noc. Bez wytchnienia. Miasto nie ma prawa do czasu na sen. Kiedy wynajął to mieszkanie – mama dała pieniądze, tata miał to gdzieś – wtedy miasto spało, noc w noc. Patrzył na pusty most, a w uszach dźwięczała cisza. Raz na godzinę zakłócało ją popierdywanie nocnego ogórka. Kiedy ostatecznie tu wrócił, kiedy wszystko się zamknęło, znów stanął w oknie i z satysfakcją odkrył, że miasto wreszcie przestało spać. I niech tak zostanie, pomyślał.

Powiśle było jego miejscem. Bóg jeden wiedział, dlaczego aż tak bardzo przywiązał się do tego podłego, szarozielonego skrawka miasta. Może dlatego, że kiedy stał na Solcu, plecami do Tamki, lubił tę ciasną perspektywę domów zamkniętą dwoma mostami. Ani się tu urodził, ani wychował. Wyjeżdżał stąd na lata całe, ale jakkolwiek by kombinował, jakiekolwiek przyjął założenia, zawsze musiał tu wrócić. Zawsze. Miniaturowe mieszkanko na ostatnim piętrze wieżowca. Pani Z. zapewniła, że z cegły, ale przecież nie będzie skuwać tynków, żeby to sprawdzić. Jego zdaniem wszystkie wieżowce zrobiono z betonu. Na lewo od mostu Poniatowskiego, jeśli stanie się twarzą do Wisły. Z roku na rok ból w stawach pani Z. był coraz dokuczliwszy, dlatego postanowiła przenieść się do młodszej siostry w Choszczówce. Córka miała mieszkanie, bagatela, trzy pokoje na Ursynowie, przy Dereniowej, ale wyemigrowała z mężem i dziećmi do Kanady. Mieszkanie przy Dereniowej sprzedała.

Oczywiście i Bóg, i on sam dobrze wiedzieli, dlaczego się przywiązał. Bo kiedy z górą trzydzieści lat wcześniej po raz pierwszy stanął w tym właśnie oknie i spojrzał na drugi brzeg, tam, gdzie powinna być Saska Kępa, wiedział już, że patrzy na samego siebie. Żadne lustro. Patrzył na obiekt. Bardzo odległy. Ostatecznie Wisła jest jednak szeroka. Dzień był szary i zamglony. Jak dzisiejsza noc. Wszystko było wilgotne, miasto pozbyło się swoich nielicznych kolorów. Deszcz wisiał w powietrzu, ale tam został. Potem przyszedł lekki wiatr i rozgonił mgłę. Początek jesieni, dobrze to zapamiętał, bo na Agrykoli w trawie leżały pękające kasztany. Bezbarwny i nijaki smutek snuł się po zakurzonych kątach pokoju bez mebli, a jedyne, czego pragnął wówczas najbardziej, to rozmyć się w tej szarości powietrza. Roztopić w niej bez reszty. Utracić barwę, kształt i właściwości.

– No dobrze, to gdzie ja jestem? – zapytał wreszcie. – Tu czy tam?

– Tam – odparł natychmiast, choć nie do końca jeszcze pewien, czy to poprawna odpowiedź. Bo tam są mama i tata. Bo tam jest dom, w którym się urodziłeś. Tam jest twoje dzieciństwo. Tam jest wszystko to, z czego jesteś i czego szczerze nienawidzisz.

– Więc kto jest tutaj? Kto stoi w oknie na ostatnim piętrze wieżowca na Powiślu i kto patrzy na Saską Kępę, której nie widać, bo mgła?

– Ktoś inny.

– Ale kto?

Tego jeszcze nie musiał wiedzieć, zaledwie dwudziestojednoletni, trzeci rok studiów, choć miał już przeczucia. Niemniej odpowiedź była tak pogmatwana, tak zaciemniona, że dla kogoś postronnego mogła stanowić nie lada zagadkę.

– Synu, bredzisz – powiedziałaby jego racjonalna matka. – Nie ma cię tu. Przeniosłeś się na drugi brzeg Wisły. I adresu nie zostawiłeś, choć proszę cię o to za każdym razem, kiedy nas odwiedzasz. Mówiąc szczerze, w ogóle tego nie rozumiem. Ukrywasz się przed nami?

Oczywiście, że się nie ukrywał, a ona tak naprawdę miała ten adres w dupie. Ojciec nawet nie zauważył, że już z nimi nie mieszkał. Nie oderwał wzroku od czarno-białej klawiatury fortepianu, kiedy on wychodził z domu z silnym postanowieniem, żeby do niego już nigdy nie powrócić. Ojciec siedział zgarbiony i nieruchomy, w szarym swetrze przetartym na łokciach. Pod swetrem flanelowa koszula w kratę, tak sprana, że dawne wzory stopiły się ze sobą, tworząc pastelowy melanż. Marzł już od wczesnej jesieni. Gdy nadchodziły mrozy, wkładał baranią kamizelkę, którą w sześćdziesiątym trzecim kupił w Bułgarii. Używał tylko prawej dłoni i obywał się bez słów. Zamiast nich jeden irytujący dźwięk. Klawisz fortepianu zmieniał się rzadko i bez reguły. Uderzał w niego tak długo, aż wyczerpał wszystkie tkwiące w nim możliwości. Raz zajmowało mu to godzinę, innym razem cały dzień. Gorzej, kiedy dla zgłębienia jego tajemnicy trzeba było aż dwóch dni. Plim-plim-plim-plum-plum-plum-plam-plam-plam.

– Wybacz, że pytam, ale to dosyć charakterystyczne nazwisko – zapytała go nauczycielka historii we francuskim liceum na Saskiej Kępie. Był już w trzeciej klasie. – To twój ojciec?

Wtedy nie umiał jeszcze kłamać. Zresztą nie miał powodów. Nie wiedział, że są powody, dla których powinien skłamać. Więc dumnie wypiął pierś, a nieczytelny grymas na chwilę wykrzywił twarz nauczycielki. Trzy lata później, stojąc w tym właśnie oknie i patrząc na zakrytą mgłą Saską Kępę, wiedział już, że tu nie ma przebacz. Poza wszystkim to jednak beznadziejnie nudne, jedno imię i jedno nazwisko raz na zawsze, do usranej śmierci. Taka nieznośnie monotonna jednostajność. Niepotrzebnie dana raz na zawsze osobność. Odrębność, której nie sposób się pozbyć. Dystynkcje, naszywki na pagonach, których nie można odpruć, a które wlokły się wraz z człowiekiem aż do grobu. Jak kantata o wielkim językoznawcy. Skomponował jeszcze ogromną pawanę na jego śmierć, gdy językoznawca zgasł wreszcie w Panu, ale potem było przecież kilkadziesiąt weselszych piosenek. I o grzybkach, i o karuzeli. Jedna nawet o hipopotamie, a jeszcze inna o Mokotowie. Skąd mu się wziął ten Mokotów? Okupację i powstanie przeżył w Śródmieściu. Potem już tylko Saska Kępa. Językoznawca, grzybki z karuzelą, hipopotam i Mokotów, to był jednak spory bagaż.

Trzydzieści z górą lat temu, stojąc w tym oknie i patrząc na Saską Kępę, miał już tę pewność, że lepiej nie nosić tego wszystkiego przy sobie. Bo to ciężar, a ciężar zawsze opóźnia marsz. Lepiej opróżnić kieszenie, ich zawartość schować do pudełka, a pudełko znieść do piwnicy lub przynajmniej ukryć na dnie szafy, pod bielizną. Nie trzeba wyrzucać. Po prostu odsunąć na bezpieczną odległość. Jaka odległość jest bezpieczna? Piętnaste piętro i szerokość Wisły to jest już odległość względnie bezpieczna. A reszta niech się roztopi w szarym powietrzu.

– Stawiasz jakieś dodatkowe warunki? – zapytał mężczyzna w białym garniturze, kiedy po raz pierwszy usiedli na tarasie maleńkiej kawiarni na wzgórzu, z dala od centrum miasta.

Był sierpień, słońce paliło jak zawsze tutaj o tej porze, mężczyzna w białym garniturze się pocił. Węzeł krawata wrzynał się w otłuszczoną szyję, ale on go nie poluzował. I nie zdjął marynarki. Miał rozlazłą nadwagę typową dla wypasionych ludzi ze swojego kraju, ale w tym zwalistym, ospałym ciele, w tym leniwym i grubaśnym przegubie oplecionym bransoletą złotego roleksa ukrywała się szybkość i przebiegłość.

– Chcę być kimś innym – odparł szczerze.

– A konkretnie?

– Nikim.

Pierwszy raz powiedział to głośno. Wprost i komuś obcemu. Zdziwił się, że poszło tak łatwo. Mężczyzna w białym garniturze w lot pojął ideę, bo odparł lekko:

– Na swój sposób chyba już jesteś.

– To za mało.

– Chcesz więcej?

Skinął głową. Pili kawę. Albo udawali, że piją. Mężczyzna w białym garniturze nawet nie tknął filiżanki.

– Obaj sporo ryzykujemy. To jest jednak kradzież. – Niespodziewanie parsknął śmiechem.

Wzruszył bezradnie ramionami. Mężczyzna w białym garniturze się zamyślił. Odchylił połę marynarki, by nieco przewietrzyć przyklejoną do pleców koszulę.

– Musisz się tego nauczyć – powiedział nagle.

– Zrobię to. Szybko się uczę. Mam łatwość.

– Nie jesteś agresywny.

– A powinienem być?

Mężczyzna w białym garniturze nie odpowiedział. Odsunął spodek z filiżanką na środek stolika, by zaraz przysunąć go z powrotem.

– Jestem pewien, że tego też mogę się nauczyć. – On dodał to jeszcze, żeby tylko zamknąć ten wątek.

*

Plim-plim-plim-plum-plum-plum-plam-plam-plam. Nie znalazł sposobu, żeby z tym wytrzymać. Ściany jego pokoju w mieszkaniu, w trzypiętrowej kamienicy z dwudziestego szóstego, były grube, nie na tyle jednak, żeby powstrzymać nieznośny, jednostajny dźwięk, który świdrował kość czaszki i wdzierał się do mózgu.

– Dlatego muszę się wyprowadzić, mamo. Jestem już na drugim roku. Chcę skończyć te studia. Będę miał bliżej na uczelnię.

– Oczywiście, że je skończysz. Są beznadziejnie łatwe, a ty jesteś bardzo inteligentny. Nie rozumiem, dlaczego je wybrałeś. Po jaką cholerę ci ta dziwna filologia?

– Zawsze lubiłem bawić się słowami.

– Nie mogłeś wybrać czegoś bardziej użytecznego? Na przykład anglistyki? Masz jakiś pomysł, co będziesz robił po dyplomie?

– Może przetłumaczę jakieś książki? Mają wielu świetnych pisarzy. Jeden nawet dostał Nobla. Inny był brany pod uwagę. Nadal jest.

Był czerwiec, zbliżała się północ i ojciec już spał. Siedzieli w kuchni. Zaledwie kwadrans wcześniej wróciła z pracy do domu. Najpierw nalała sobie wódki do kieliszka, opróżniła go po męsku, za jednym zamachem, a zaraz potem zapaliła papierosa.

– Przepraszam, że tak późno. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

Nawet nie spróbował.

– Musieliśmy wypracować w redakcji jakieś stanowisko. Użyli siły. Nie wiem, czy zdołają to ukryć. Nie możemy udawać, że nic się nie stało.

Możecie. Przecież jesteście po to, żeby udawać. Siedzicie okrakiem i uśmiechacie się głupio, że niby nic a nic was nie uwiera. W gruncie rzeczy to od niej nauczył się kłamać, choć dotarło to do niego dopiero po latach. Po raz drugi napełniła kieliszek.

– Boją się, że to może spowodować jakiś ruch na uczelniach. Musisz mi coś powiedzieć.

– Po pierwsze, nie muszę, mamo, po drugie, niby co miałbym ci powiedzieć? Poza tym jest sesja i koniec roku.

– Dlaczego jesteś taki? Skąd ci się to wzięło?

– Po prostu gówno mnie to obchodzi, droga mamo.

– Zlituj się, to jest twój kraj.

– Może. Nie wiem. Nawet jeśli jest tak, jak mówisz, mnie się to nie podoba.

Zauważył niepokój w jej oczach.

– Co ci się nie podoba?

– Sam sobie się nie podobam w tym kraju – wyjaśnił.

Nigdy nie zrozumiał, dlaczego chciała zostać matką. Po co jej było dziecko? Dlaczego się urodził? Przez całe życie była podlotkiem. Miała pięćdziesiąt lat, a od maja do września potrafiła chodzić bez stanika. Dlaczego musiał być na to narażony? Na te ciężkie i ogromne balony o grubych, sterczących sutkach, rozhuśtane pod cienką tkaniną letnich sukienek? Zdarzało się, że majtek też nie wkładała.

– Jesteś z kimś? – zapytała przy drugim papierosie.

– Nie.

– Nie spotykasz się z dziewczynami?

– Spotykam, nawet często, ale jestem sam.

– Uwodzisz je?

– To niedobrze?

Milczała długą chwilę, zanim odparła:

– Podobasz się kobietom, ale nie wykorzystuj tego.

– Dlaczego?

– Powinieneś być wobec nich uczciwy.

– Jestem uczciwy wobec samego siebie, mamo. To dużo. Nawet bardzo dużo. Na inną uczciwość już mnie nie stać.

Opróżniła kolejny kieliszek i zapaliła kolejnego papierosa.

– Dam ci pieniądze, żebyś wynajął to mieszkanie. Ojca w to nie mieszaj. Podoba ci się?

– Bardzo. Ma interesujący widok z okna.

Raptem jeden pokój, trzeba przyznać przestronny i ustawny, kuchnia i łazienka. Razem z ubikacją, ale umówmy się, w tamtych czasach to nie był żaden dyskomfort. Nadal nie jest. Kuchnia, nawet jak na ten metraż, była jednak bardzo ciasna. Trzydzieści lat temu w ogóle nie przyszło mu do głowy, że kiedykolwiek będzie gotować. Nie miał o tym zielonego pojęcia i nie pamiętał, czy ktoś w rodzinie był dobrym kucharzem. Jadał w barach wokół uniwersytetu, a w niedzielę na obiady wciąż jeździł do mamy. Kuchnia była w sam raz, żeby zjeść rano bułkę i wypić kawę. Nieistotna i drugorzędna. Dopiero gdy wrócił z drugiego stypendium, które zakończyło się propozycją regularnych wykładów, odczuł nagle nikczemny rozmiar własnej kuchni. Nie zmienił jednak mieszkania. W osiemdziesiątym piątym, kiedy wpadł ledwie na dwa miesiące, przeczuwając, że nieprędko tu wróci, chciał je nawet kupić na własność. Po dwóch stypendiach, trzech publikacjach, kilku tłumaczeniach i z perspektywą zupełnie nowego, jakże ekscytującego kontraktu mógł już sobie na to pozwolić. Pani Z. jednak myślała o córce.

– Przecież ja muszę jej coś zostawić, prawda? A jak jej tam nie wyjdzie w tej Kanadzie? A jak będzie chciała wrócić? Moim zdaniem bardzo głupio zrobiła, że sprzedała Dereniową. Zadzwoniłam kiedyś do sąsiadki, pani G., tej z dołu, i zapytałam, czy nie ma z panem żadnych kłopotów. Wie pan, co odpowiedziała? Że nawet nie wie, jak pan wygląda.

Niespełna rok przed śmiercią, czując, że to już nieuchronne, zapisała mieszkanie córce, która dzień w dzień, z wyjątkiem niedziel i świąt, o piątej trzydzieści tamtejszego czasu rozpoczynała ciężki, zgarbiony marsz z wiadrem i mopem, który wiódł ją przez rozległe wnętrza cudzych mieszkań, biur i domów. Idź do kościoła i podziękuj Bogu, powiedziała ciotka Heńka. W tym wieku i bez języka to najlepsze, co ci się mogło trafić. Inaczej musiałabyś tyłkiem zarabiać. Wiesz, ile inne czekają na taką okazję? A mąż z dziećmi dzień w dzień, bez wyjątku, włączając niedziele i święta, przed telewizorem. Tato, mamy czterdzieści siedem kanałów! I piwo w puszkach, takie jak w Peweksie, albo i lepsze.

Przysłała mu list z zawiadomieniem o śmierci i dacie pogrzebu pani Z. Przyleciała w pośpiechu, bo sprawa rozwodowa w toku. Mieli już papiery, ale z językiem wciąż kulawo, to Quebec, francuski do łatwych nie należy, więc nawet z obrońcą przez tłumacza. Dobrze, że rodzina na miejscu zechciała zadbać o pochówek. Nie znam pana, ale mama ciepło o panu mówiła, dlatego sobie pozwoliłam. W kwestii formalnej, może pan nadal wynajmować to mieszkanie, jeśli chodzi o mnie, to bardzo wygodne. Z poważaniem Z. (jeszcze przed wyrokiem, ale wróciłam do panieńskiego nazwiska). Na kopercie wypisała starannie długopisem wciąż aktualny adres zmarłej matki i nazwisko, z którym niewiele miał już wówczas wspólnego. Tłumaczenia publikował pod pseudonimem. List wraz z kopertą spalił, ale na pogrzeb poszedł.

Spotkali się w mieszkaniu, żeby podpisać nową umowę. Zbliżała się do czterdziestki i była przyjemnie zaokrąglona, trochę szeroka. Miała dziecinnie gapiowatą twarz, podwójny podbródek, lekką asymetrię i brązowe, naiwne oczy. Gładka skóra połyskiwała na pulchnym dekolcie.

– Nic pan tutaj nie zmienił – zdziwiła się. – Jakby mama dopiero co wyszła.

Zapłacił za rok z góry. Rozkleiła się, gdy zobaczyła wypchaną kopertę.

– Przepraszam, że tak od serca, ale obcemu łatwiej. Mama mówiła, że pan jest miły i wykształcony, a teraz, kiedy jej nie ma, to ja już nie mam do kogo. Zwyzywał mnie od kurew przed sądem, a ta pizda tłumaczka wszystko przetłumaczyła. Pewnie mu gdzieś dała, bo on wpycha tego swojego fajfusa w każdą dziurę, jaką napotka. I żłopie. Mama mówiła, że pan dużo podróżuje, więc jakby pana zaniosło w moje strony, to zostawię adres. Mam trzy pokoje, jak na Ursynowie, ale dużo większe, wierzę, że sąd mi je przyzna, więc nawet dzieci nie będą nam przeszkadzać. Czuję się dziwnie.

On też. Pierwszy raz kochał się ze starszą od siebie kobietą. Bez słowa i bez pośpiechu wyplątywali się z własnych ubrań. Z ulgą, której wcześniej nie znał, zanurzył się w jej bujne, miękkie i gładkie ciało. Ciepłe i leniwe. Łagodnie pofałdowane. Niespieszne w ruchach. Wdychał jego zapach, a ona objęła go udami. Drobne stopy zaplotła na jego pośladkach. Czule dotykała go spracowanymi dłoniami. Krzyknęła raz jeden. Zauważył łzę, która niespodziewanie zakołysała się w kąciku brązowego oka. Przed upływem roku przysłała list z numerem konta, na które miał wpłacać pieniądze. Dostała rozwód i mieszkanie. Na końcu napisała: „Tęsknię za tobą. Bardzo”. I dorysowała czerwone serduszko.

To był już trzeci miesiąc jego drugiego stypendium. Właśnie tego, po którym odkrył ciasnotę własnej kuchni. Była dziewiąta rano czasu środkowoeuropejskiego i wspinał się wąską, brukowaną kamieniami uliczką. Po obu jej stronach wyrastały niskie, dwu-, góra trzypiętrowe domy. Wszystkie z ubiegłego wieku, albo i starsze. Nie potrafił tego ocenić. Architekturą zajmował się po amatorsku. Pokryte liszajem wilgoci, szarobeżowozielonkawe fasady. W niektórych oknach na parterze łagodnie wygięte kraty. Szedł opatulony płaszczem, bo deszcz wówczas też wisiał w powietrzu, a sine, napęczniałe chmury pędziły tuż nad jego głową. Taki grudzień tutaj to normalne. A tam karnawał.

– Właśnie teraz chcesz wyjechać? – zapytała mama. – Teraz? Kiedy wszystko się zmienia?

– Nic się nie zmienia, mamo. Po prostu dobrze się bawicie.

– Zapytam cię raz jeszcze, może już po raz ostatni, dlaczego taki jesteś? Skąd ci się to wzięło?

– Nie można się bawić bez końca – odparł i wyjechał.

W kieszeni płaszcza upchnął poranną gazetę. Rozłożył ją w ciepłym i przytulnym wnętrzu ciasnej kawiarni, w której jadał śniadania. Na pierwszej stronie zobaczył ulice swojego miasta. Tego, w którym się urodził. I tego, w którym zostali mama i tata. Pryzmy brudnego śniegu uklepane na brzegach chodników. A między nimi dwa czołgi i małe, zbite grupki opatulonych żołnierzy. Kilkoro znieruchomiałych przechodniów. Kobieta z ciężką siatką. Pospiesznie przebiegł wzrokiem tekst pod zdjęciem. Tych czołgów zdaje się było więcej, ale tylko dwa zmieściły się na fotografii. Szybko przerzucił pozostałe strony gazety. Nic, tylko to, co na pierwszej stronie. Dwa czołgi. Znajomy kelner wyrósł przy stoliku, pochylił się nad blatem, oparł dłonią o jego ramię i zapytał, czy zje to, co zawsze. Nie czuł nic. Tak jak i dzisiejszej nocy, nie czuł nic. Spróbował pomyśleć o mamie i o tacie pochylonym nad czarno-białą klawiaturą wysłużonego fortepianu i nadal nie czuł nic. Tutaj nikt nigdy o nich nie słyszał. Patrzył na fotografię i widział to samo, co niegdyś z okna na piętnastym piętrze. Odległy obiekt. Bardzo odległy, bo teraz odległość była już znacznie szersza niż Wisła. To była właśnie ta bezpieczna odległość. Bezwzględnie bezpieczna. Jeżeli czuł tamtego grudniowego poranka cokolwiek, to ulgę. Choć nie mógł wiedzieć, że i tu, nad stolikiem, przy którym właśnie usiadł, też zawisła katastrofa. Rozegra się dopiero dziesięć lat później, ale już się, skubana, przyczaiła. Zwykli śmiertelnicy jeszcze jej nie przeczuwali, ale bogom coś już się tliło w znużonych głowach. Nie mógł też wiedzieć, że jej nadejście nieodwołalnie zmieni jego życie. Na lepsze. Ciekawsze. Jakże ekscytujące. Więc oczywiście, że zje to, co zawsze. Bo choć nie znał jeszcze swojej przyszłości, był już nie tylko solidnym, południowym leniem. Był południowym sybarytą.

Do ciasnej kuchni po prostu się przystosował. Nowe umiejętności, jakich nabył, okazały się pomocne. Nie strącał przedmiotów i nie tłukł naczyń. Był zwinny. Wiek nie miał tu nic do rzeczy.

– Rzeczywiście szybko się uczysz – pochwalił go mężczyzna w białym garniturze.

– Jest gotowym produktem – orzekł kilka lat później mężczyzna w zamszowej marynarce, który miał zwyczaj przedstawiać się jako Bruce 2 w odróżnieniu od Bruce'a 1, od którego oddzielała go powierzchnia szerokiego biurka.

– Czy chodzi tylko o pieniądze?

Bruce 1 siedział w głębokim fotelu, podczas gdy Bruce 2 męczył się na niewygodnym krześle, z cyklu tych robionych przez mormonów, które ni w ząb nie pasowało do wystroju gabinetu. Bruce 2 był starszy od Bruce'a 1. Miał czterdzieści dziewięć lat, pobrużdżoną twarz, duże, zniszczone dłonie i nie powinien był siedzieć w tym gabinecie na takim krześle. Bruce 1 miał lat trzydzieści siedem i gładką buzię, która idealnie pasowała do gabinetu, biurka i fotela.

– Nie wiem. To turncoat. Nie rozumiem go do końca. Może dlatego, że jest Polakiem – odrzekł Bruce 2.

– Znamy wielu Polaków.

– Ten jest dziwny. I bardzo inteligentny. Raz kłamca, zawsze kłamca. Ale dopieszczę go. Zazwyczaj jest tak, że każdy ma jakieś sumienie.

Błąd. Nie miał sumienia. To znaczy, kiedyś pewnie miał, ale wyszło tak, jak swego czasu w jego kraju towary wychodziły ze sklepów, żeby nigdy do nich nie wrócić.

– Musi mieć jakąś motywację.

Mężczyzna w zamszowej marynarce długo namyślał się nad odpowiedzią.

– To narcyz. Wydaje mu się, że jest bogiem.

A jemu spodobała się ta marynarka i postanowił, że sprawi sobie taką samą. Zamsz był cienki i miękko wyprawiony. Miał barwę świeżo wypalonej cegły. Pasowała do złotej biżuterii, a od jakiegoś czasu lubił złotą biżuterię.

Stojąc w oknie mieszkania na warszawskim Powiślu, wyjął z kieszeni spodni paczkę papierosów, którą znalazł w jej torebce. Położył przed sobą, na parapecie okna. Dwie kolorowe cyfry, pięć i siedem, zajmowały niemal całą powierzchnię pudełka z papierosami.

– Palą je tutaj wszyscy milicjanci – powiedział mu kiedyś Mile.

– Dlaczego?

– Są przekonani, że w paczce jest pięćdziesiąt siedem papierosów. – I zaśmiał się rozbawiony własnym dowcipem. Sam przecież był kiedyś milicjantem.

Obok paczki położył ciężką, zużytą i wyślizganą zapalniczkę na benzynę, którą też znalazł w jej torebce. Powoli, niespiesznie ugniatał palcami papierosa. Pod bibułką wymacał długie i niedbale pocięte włókna tytoniu. Dopiero po chwili włożył go do ust i zapalił. Prostacki, chamski dym ugryzł czubek języka. Odzwyczaił się. Jak go tutaj znalazła? Nie miał na ten temat żadnej wiedzy i nigdy nie próbował jej zdobyć, ale był pewien, że nie przeżyła tamtego piekła. Szosa do Prijedoru, w pobliżu którego urodziła się i gdzie ją zostawił, graniczyła z piekłem. Kolczyki, które wyjął z jej uszu, też położył na parapecie.

– Wierzyłam w to, że cię tu znajdę. – Jovana odsłoniła w uśmiechu wspaniałe, wielkie zęby.

Ta ostentacyjna nonszalancja, ten brak poszanowania dla przyzwoitego kłamstwa omal nie wyprowadziły go z równowagi.

– Nie denerwuj się – powiedziała. – Wiedziałam, że tam już cię nie ma. Więc gdzieś musiałeś być.

– Ale dlaczego tutaj?

– Bo możesz być tylko tu albo tam. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie potrafię sobie wyobrazić ciebie w Paryżu, w Sztokholmie, Wiedniu czy w Kopenhadze.

Pół prawdy. Potrafił sobie wyobrazić siebie samego bardzo dobrze, bo kwarantanna trwała blisko siedem lat. I to była beznadziejnie nudna opowieść. Snuła się smętnie po Europie z południa na północ, a jej ostatni przystanek wypadł, nomen omen, właśnie w Kopenhadze. Wersja oficjalna mówiła, że miał już tego południa zwyczajnie dość. Że chciał się od niego odczepić. Odgrodzić. Nigdy jednak, patrząc w lustro nad kolejną umywalką, nie przyznał się, że po prostu uciekał. I nie zadał sobie pytania, jak długo ma to trwać. I czy w ogóle będzie jakiś koniec.

Punkty zwrotne tej opowieści były nudne, jak ona sama. Wyznaczały je szkoły językowe, które wybierał przypadkowo, i równie przypadkowe kobiety. Przestrzeń i czas pomiędzy wypełniły samotne poranki w obcych wnętrzach, które zbyt łatwo nasiąkały melancholią, i wieczory, kiedy dojrzałe kobiety o dziwnych życiorysach, przy białym winie delikatnie rozbudzały swoje nadzieje na przyszłość. Resztę skleiły rutyna, rytuały, monotonna powtarzalność, szerokie i gładkie jak dupa niemowlęcia autostrady, czyste motele, zadbane drogi lokalne, ludowe gospody, rozbawione piwiarnie, winnice inne niż na południu, malownicze krowy i owce na zielonych zboczach gór, spokojne dni bliźniaczo do siebie podobne, kawiarnie pachnące kawą, te stylowe, te zimne i te przytulne w lekkim, zaplanowanym bezładzie, drogie restauracje, tanie restauracje o identycznych, sieciowych wnętrzach. Sklepy na przedmieściach, jednako sformatowane, gdzie wszyscy uprzejmie uśmiechali się do siebie. Dworce kolejowe zawsze wypełnione tłumem. Irytująca, ukośna plama słońca, która każdego poranka pojawiała się na północnej ścianie sypialni w wynajętym mieszkaniu w Neu-Ulm. Oświetlała samotnie stojące krzesło, na którym rozwieszał ubranie przed snem.

Samochód, którym przekroczył dwie granice, porzucił w pobliżu dworca kolejowego w Klagenfurcie. Był wynajęty na jednorazowego Włocha. Pociągiem dojechał do pięknej Styrii i wysiadł w Grazu. Z tyłu głowy wciąż czaiła się myśl, że może jednak będą chcieli go po prostu zabić, więc przez blisko dwa lata wszędzie i zawsze płacił gotówką, którą pobierał z odległych bankomatów, nigdy dwa razy z tego samego.

Wynajął pokój w hotelu Gollner Graz przy Schloegelgasse i dwa dni później miał już pracę. Na nocnego portiera było za wcześnie, a ludzie w każdym zakątku świata chcą się uczyć języków, więc szkoły mnożyły się jak króliki i zawsze potrzebowały lektorów, a Bruce 2 się spisał i zrobił z niego bardzo fajnego lektora.

– Lektorów nie sprawdzają, ale tego akurat mogą. Chyba jest bez zarzutu. Nawet jestem tego pewien. Referencje są umiarkowane. Na reputację musisz zapracować, ale punkt wyjścia jest przyzwoity.

I uśmiechnął się szczerze. Pierwszy raz tak szczerze, odkąd się poznali. To był uśmiech, jaki na twarzy znużonego człowieka wywołuje ulga. Żeby zrobić jakąś puentę, poklepał się po brzuchu. Gest przyjaźni. Zaufania. Możesz jechać. Zacznę biegać. Może nawet zacznę grać w tego cholernego golfa. Tak czy siak, spierdalaj z mojego życia i nie martw się o mnie. My cię już nie potrzebujemy.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij