Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

W pierwszej osobie. Wspomnienia i rozliczenia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 maja 2026
3599 pkt
punktów Virtualo

W pierwszej osobie. Wspomnienia i rozliczenia - ebook

Miał czternaście lat, gdy zobaczył ojca na kolanach z lufą karabinu przy głowie. Miał dziewiętnaście, gdy wyzwalał Polskę jako podporucznik artylerii. Miał czterdzieści trzy, gdy ta sama Polska kazała mu się wynosić. „Jeśli Żyd chce być uznany za Polaka - rozsądek widać doradza, by stał się uchodźcą" - napisał pod koniec życia.

Badał wykluczenie, bo poznał je wielokrotnie na własnej skórze. Niechciane dziecko. Jedyny Żyd w klasie. Chłopiec, który czytał Jacka Londona, bo nie miał z kim grać w piłkę. Potem - uchodźca, żołnierz, komunista, rewizjonista, wygnaniec i jeden z najczęściej cytowanych myślicieli współczesnego świata.

Bauman wprost i swoimi słowami opowiada o ucieczce z bombardowanego Poznania i krzyku „Tu jest moja mat'!", który uratował rodzinie życie na sowieckiej granicy, o fascynacji komunizmem czy straconych złudzeniach po referacie Chruszczowa. Wraca do Marca ’68, pogróżek oraz wyjazdu, z którego nie było powrotu.

Gdy w Europie powraca język wykluczenia, a granice znów dzielą ludzi na „swoich" i „obcych", wspomnienia Baumana czyta się nie jak historię minioną, lecz jak ostrzeżenie - napisane przez kogoś, kto każdy z tych mechanizmów przeżył osobiście.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8380-564-1
Rozmiar pliku: 745 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1.

DLACZEGO NIE POWINIENEM BYŁ TEGO NAPISAĆ...

„Jedni uważają, że każde ich doświadczenie jest godne utrwalenia. Inni nie znajdują, aby jakiekolwiek ich doświadczenie było warte utrwalenia” – zanotowała Maria Dąbrowska 22 czerwca 1956 roku. Po długich wahaniach zapisałem się do tych pierwszych. Ale wahać się nie przestałem...

A jeszcze odnotowała Maria Dąbrowska, o trzy z górą lata wcześniej (12 lutego 1953): „Cała prawda o życiu człowieka nie może być opowiedziana nawet sobie samemu”. I nigdy tego stwierdzenia w czterech grubych tomach swych pamiętników nie odwołała.



Nie powinienem tego, co tu ma być napisane, napisać, bo jestem ponoć socjologiem, czyli jednym z tych, co aż nadto dobrze wiedzą, że między motywami ludzkich postępków a przyczynami, które ludzie im przypisują, rozciąga się przestrzeń pozbawiona bitych dróg i drogowskazów; wiedzą też, lub przynajmniej wiedzieć winni, że wędrują po tych bezdrożach ludzie wyposażeni na ogół li tylko w chałupniczej produkcji (i najczęściej zawodną) namiastkę kompasu. Socjologowie strawili wszak życie (a i nadal je trawią) na przemierzaniu tej przestrzeni, mozolnym opatrywaniu jej znakami drogowymi i ponawianiu wciąż (bo raz za razem nieudane) prób naniesienia jej na mapę. Czyniąc to, doszli socjologowie do wniosku, że ludzie zawodowo przez nich obserwowani i badani rzadko tylko byli świadomi przestrogi Alfreda Schütza: w zdawaniu sprawy z własnych postępków aż nadto łatwo pomylić objaśnienie „po to, aby” z wykrętem „dlatego, że”; a równie potężna, co zdradziecka jest pokusa, aby owo drugie nibywytłumaczenie podstawić na miejsce, jakie przypaść winno temu pierwszemu.

Pokusa podmiany staje się nie do odparcia, gdy do celu, w imię którego się działało w ten, a nie inny sposób, wstyd się przyznać samemu sobie, a przeto i wszystkim innym. Gdy powiadam, że „uczyniłem to czy owo dlatego, iż” (...te czy owe warunki mnie zmusiły), wyrzekam się odpowiedzialności za czyny niechlubne, którą musiałbym wziąć na siebie, gdybym się formułką: „zrobiłem to po to, aby” (...ten czy ów cel osiągnąć), posłużył. A znów, jeśli dokonania uznawane są w momencie ich relacjonowania za pochwalne i mogą liczyć na aplauz słuchaczy, kusi człowieka, by właśnie z pomocą formułki „po to, aby” je objaśniać – choćby i pojęcia nie miał o celach, jakie obecnie swym dawnym czynom przypisuje, wówczas gdy zadziałał; albo choćby mu były wtedy obojętne...

By spokój ducha bardziej jeszcze socjologom (i mnie w ich liczbie) zmącić, sprawy, na które się zwrot „dlatego, że” powołuje, można sprawdzać – można więc żywić nadzieję, że się prędzej czy później dojdzie do tego, wie es eigentlich gewesen ist (by zacytować Rankego) – czyli: „jak się sprawy w rzeczy samej miały”; ale nie da się tego uczynić ze sprawami, do których odsyła formuła „po to, aby”. W ich przypadku można się tylko domyślać lub zgadywać, przypisywać czy pomawiać. Ty swoje, ja swoje... Można się kłócić bez końca! Więc kusi ludzi czasami, by się poza tyleż przemyślne, co niesprawdzalne „po to, aby” chować, jeśli „warunki” nie były na tyle jednoznaczne czy przemożne, by do dokonania niecnego czynu, w pospolitej opinii, mogły zmusić – by nie było w ludzkiej mocy oprzeć się ich naporowi.

Świadom i pomny wszystkich tych, tak licznych a tak trudnych do uniknięcia pułapek, winienem był powstrzymać się od zarozumiałego pomysłu wytropienia logiki i sensu w owym zbiorze zdarzeń i przeżyć, przypadków i mniej lub bardziej umyślnych wyborów, zrządzeń losu i prób ich odmiany, które złożyły się na moje nieprzyzwoicie długie, bo już z górą osiemdziesięcioletnie, życie. Powinienem był zaniechać zuchwałego zamiaru odszukania nitki, na którą kolejne epizody życia dałyby się nanizać w nieodwracalnej kolejności niby paciorki na nitkę różańca – lub próbować takiego poszatkowania/ugniecenia wspomnień w znaczące epizody, które by uczyniło istnienie takiej nici, choćby i poniewczasie, prawdopodobnym.



Jak gdyby nie dość jeszcze było wyliczonych już tu powodów do zaniechania autobiograficznych intencji, Siegfried Kracauer każe się zastanowić nad spełnialnością już samego pomysłu autobiografii. Ten niezmordowany tropiciel i niezrównany odkrywca podskórnych prądów antycypujących nadciągające przeobrażenia w zachodniej kulturze sugerował już z górą pół wieku temu, że przemiana w ludzkim postrzeganiu związku zdarzeń i sensu przeżyć dokonywać się będzie w kierunku zasygnalizowanym przez Marcela Prousta w jego monumentalnym, wielotomowym studium minionego czasu i form jego pozagrobowego życia w czyśćcu pamięci. Proust, jak twierdzi Kracauer, radykalnie podważył znaczenie pospolicie przypisywane chronologii wypadków.

Dla Prousta, jak się zdaje, historia nie jest procesem, lecz galimatiasem kalejdoskopowych przemian – czymś w rodzaju chmur kłębiących się i rozpraszających na chybił trafił... Czas nie jest „potokiem”. Co się naprawdę dzieje, to następstwo oderwanych i przyczynowo niepowiązanych sytuacji, światów czy okresów, które w przypadku samego Prousta winny być postrzegane jako projekcje czy odpowiedniki bytów, w jakie jego jaźń (ale czy mamy prawo zakładać jeszcze tożsamość kryjącej się pod nimi jaźni?) kolejno się skutecznie przeistaczała... Każda sytuacja jest bytem samoistnym, którego nie da się wyprowadzić z poprzednich.

Wizja (pozór?) „telosu” życiowej wędrówki, czyli jej punktu docelowego, „miejsca przeznaczenia” (ku któremu wszystkie kolejne inicjatywy życiowe grawitowały i ku któremu zbliżaniem ci je podejmujący mierzyliby wartość swych inicjatyw – gdyby to miejsce znane im było z góry), może się zdaniem Kracauera wyłonić, by tak rzec, dopiero „retrospektywnie”, czyli wtedy, gdy owe „byty samoistne” dobiegną już kresu i spełnią swą funkcję do końca. Zanim to nastąpi (a więc zanim „dalszy ciąg” będzie już przez poprzednie wybory nieodwołalnie określony i na swobodne wybory będzie już za późno), nie sposób odwzorować logiki, która sprawiła, że owe „byty samoistne” następowały po sobie w takiej właśnie, a nie zgoła innej kolejności – i która rozstrzygałaby, czy ich obecność konieczna była w łańcuchu zdarzeń czy przypadkowa. Czymkolwiek by owa retrospektywnie postulowana „logika” się w końcu okazała, nie należy jej postrzegać ani jako wytworu z góry wygotowanego „projektu”, ani jako nieuniknionej konsekwencji wczesnego zaplanowania trasy. Owa odkryta poniewczasie logika nie mogła być motywem działań ani czynnikiem w ich kalkulacjach; była raczej (jeśli w ogóle zaistniała) owych działań osadem, ubocznym poniekąd i niezamierzonym produktem...

Zauważę więc, że wedle hipotezy Kracauera popularne dziś w naukach społecznych, a pod ich wpływem wnikające i do potocznej mowy pojęcie „nieprzewidzianych następstw” może zmylić: przedrostek „nie-” sugeruje, że nieprzewidzenie, a już tym bardziej nieprzewidywalność następstw, o jakich mowa, odbiegają od normy – że regułą są antycypowane konsekwencje poczynań, a te „nieprzewidziane” są anomalią względnie rzadkimi wyjątkami wynikłymi ze szczególnych, niecodziennych okoliczności. W istocie zaś jest dokładnie odwrotnie: to właśnie niemożność antycypowania następstw działania jest regułą, zajściem najbardziej prawdopodobnym i najpospolitszym, a całkowita zgodność planu działania z jego rezultatami jest zjawiskiem już całkiem rzadkim, jaskrawym wyłomem w normalnym biegu rzeczy. W przypadku Prousta, jak to Kracauer z naciskiem podkreśla, Marcel (który w tym momencie scala się w jedno z Proustem) dopiero pod koniec powieści odkrywa w spisanych pozornie bez ładu i składu epizodach przystanki drogi, po jakiej się posuwał w swym życiu, o tym nie wiedząc. Dopiero teraz, już po fakcie, Marcel dowiaduje się, że ta droga miała punkt docelowy; że wszystkie jej odcinki służyły jednemu celowi: przygotowaniu go do misji artysty.

Toutes proportions gardées, czy to, co przydarzyło się Marcelowi, nie jest też moim losem? Daleko nie każde życie (a już z pewnością nie moje!) jest „przygotowaniem do misji artysty” czy podobnie wzniosłego finału – ale z ujrzeniem każdego życia jako „drogi ku...”, wyrokowaniem o jego sensie (jakikolwiek by on był) i odczytywaniem przesłania (jakiekolwiek by było) wypada czekać do ostatniej chwili. A przecież może się łacno okazać, że i w tej ostatniej chwili sensu się nie doszuka, przesłania nie wyczyta... No i jak wiedzieć, która to chwila ma być ostatnią? Jak jej nie przegapić? Jak przestrzegała Wisława Szymborska, sześćdziesiątkę zaledwie przekroczywszy (w wierszu Krótkie życie naszych przodków), „życie, choćby i długie, zawsze będzie krótkie,/ zbyt krótkie, żeby do tego coś dodać”...

Zauważę również, że nagłe objawienie się Proustowi (obserwatorowi o ileż bystrzejszemu od podobnych mi przeciętnych śmiertelników i o ileż od nich i ode mnie wnikliwszemu badaczowi) sensu zagubionego w bezładnym zsypisku minionych momentów i nie do odszukania we wnętrzu żadnego z nich także dokonało się w określonej „sytuacji”: w sytuacji innej od wszystkich minionych, ale o tej samej co one naturze „samoistnego bytu”. Zauważmy wreszcie, że jak w przypadku wszystkich innych chwil, tak i teraz nic nie uprzedzało poruszającego się po omacku wędrowca-przez-życie o zbliżającym się „przejrzeniu na oczy”. Żadne znaki szczególne nie sugerowały, że ten właśnie moment będzie „chwilą prawdy” czy raczej „objawienia prawdy”. Nie można było wiedzieć, czy i kiedy się ta chwila pojawi – póki nie nadeszła i póki nie minął już czas na domysły i zgadywania (ale też i na zaskoczenia...). Nic na tysiącach stron Proustowego dzieła nie zapowiadało, że ta chwila nastąpi. Zupełnie jak w sporządzanych przez kosmologów autorytatywnych opisach Big Bangu, owej chwili, w której począł się wszechświat wraz z jego i tylko jego atrybutami – czasem i przestrzenią. Opisy te informują drobiazgowo o tym, co się przydarzyło przez pierwsze ułamki sekund po Bing Bangu, ale nie dowiemy się z nich niczego o tym, co (jeśli coś w ogóle!) ów Big Bang poprzedzało i antycypowało jego nadejście. Big Bang miał następstwa, i to potężne, ale nigdy nie dowiemy się o jego antecedensach, nie wspominając już o przyczynach „koniecznych” czy „wystarczających”... Ba, brak nam nawet pojęć, którymi owe antecedensy moglibyśmy opisać, gdybyśmy je znali.



Wiemy tyle tylko, że istota obdarzona wolą i możnością wyboru nie może nie być „auktorem” swego życia (auktor: unia personalna autora i aktora). Życie istoty ludzkiej jest nieustającą konfrontacją między „warunkami zewnętrznymi” zwanymi „rzeczywistością”, czyli z definicji tworzywem rzadziej potulnym niż opornym zamierzeniom „auktora”, a zamysłem samego „auktora”, jego intencją pokonania oporu tworzywa i nadania mu kształtu zgodnego z jego wizją „dobrego życia”. O owej wizji powiada Paul Ricœur, wnikliwy badacz problemów jaźni i tożsamości, że jest ona „mgławicą ideałów i marzeń o dokonaniach”, w świetle której ocenia się życie jako udane bądź nie i z której tytułu pewne kroki, a nie inne, uznaje się za sensowne, zaś pewne tylko dokonania, a nie inne, za „autoteliczne” (czyli będące „celami samymi w sobie”, a nie tylko środkami do innych celów; będące wartymi zachodu jako takie i „w sposób oczywisty”, a więc niewymagającymi usprawiedliwienia korzyściami, jakich się po nich spodziewamy). Wizja dobrego życia jest podobna mgławicy. Wiele w niej gwiazd – wszystkich nie przeliczysz i wszystkie lśnią, migocą i wabią. Być może wszystkie razem, pospołu, rozświetlą nocny mrok na tyle, by dało się wytropić ścieżki wśród bezdroży. Ale którą gwiazdą się pokierować w doborze kierunku? I w jakim momencie zdecydować, czy wybór tej albo innej gwiazdy był słuszny czy mylący, czy ścieżka, na którą się wstąpiło, wyprowadza na równy szlak czy wiedzie na wertepy i czy w ogóle dokądś biegnie, czy też donikąd nie prowadzi, czy czas inną gwiazdę uznać za przewodnią i kierunek zmienić? A może raczej trwać przy tropie, jaki raz się obrało, ufając gwieździe i ścieżce, którą wskazała, że gdzieś kiedyś doprowadzą – jeśli tylko starczy sił, by się raz obranego kierunku trzymać, jeśli przystanie się na trudy i znoje wędrówki i jeśli opierać się będzie dzielnie pokusom, by z obranej raz drogi zboczyć na inne, bardziej ponętne ścieżyny, albo by wyprawy całkiem zaniechać?

Na żadne z tych pytań nie ma jednoznacznej odpowiedzi; a już tym bardziej nie ma odpowiedzi o zagwarantowanej słuszności. Żadna z rozważanych odpowiedzi nie będzie wolna od zastrzeżeń i wątpliwości, na każdy argument ją wspierający znajdzie się z pewnością argument przeciwny, i na żadną odpowiedź nie da się przystać bez ryzyka popełnienia błędu. Wracamy zatem do punktu wyjścia. Uciekając przed gnębiącą nas niepewnością co do modelu życia, jakiemu warto byłoby czy jakiemu winniśmy byli swą myśl i wysiłek poświęcić, ruszamy na poszukiwanie gwiazdy przewodniej, która by nas doń doprowadziła – ale tylko po to, aby się prędzej czy później (na ogół prędzej niż później) dowiedzieć, że wszelki wybór w ostatecznym rachunku jest naszym wyborem. I że naszym wyborem, na naszą odpowiedzialność dokonanym pozostanie...

„Sztuka życia” sprowadza się w ostatecznym rachunku do umiejętności i chęci sprostania wyzwaniu najeżonemu ryzykiem samostanowienia. Max Frisch zanotował w swym dzienniku, że sztuka „bycia sobą”, najtrudniejsza bodaj ze sztuk, na tym polega, by się skutecznie oprzeć narzuconym przez innych ludzi określeniom, być innym, niż „inni chcą, byś był” – i uczynił swą bogatą twórczość literacką (patrz choćby Homo Faber, Stiller, Na przykład Gantenbein) rozległym a wnikliwym komentarzem do tego stwierdzenia. Zdaniem zaś Nietzschego nawet dla nadciągającego „nadczłowieka” przeszkodą na jego drodze ku wolności samostanowienia będzie, jak to celnie ujęła Hanna Buczyńska-Garewicz, analizując jego Also sprach Zarathustra, „pozostawanie chwili”, czyli ślady wyryte przez chwile minione w jaźni aspirantów do nadczłowieczych wyczynów, koleiny i zadrapania niedające się zatrzeć, wygoić i uczynić niebyłymi wbrew ich najgorliwszym nawet i najbardziej pomysłowym staraniom. Owo „pozostawanie chwili”, jak stwierdza Buczyńska-Garewicz, było dla Nietzschego „istotnym problemem”. Teraźniejszość (a każdy moment samostanowienia, każdy ułamek nieustannego wysiłku w którejś „teraźniejszości” się dokonuje) nie da się oderwać od tego, co już było; „zaczynanie od nowa”, „od zera” jest postulatem nie do spełnienia. „Wola projektująca przyszłość”, jak powiada Buczyńska-Garewicz, „traci swą wolność pod wpływem przeszłości”.

„Wola wyrównująca swe dawne rachunki zostaje zawrócona do tyłu, i to jest owo zębów zgrzytanie i zgryzota samotna dla woli”. Dodajmy: owa przeszłość spowalniająca lot wyobraźni i krępująca stopy i dłonie nawet przyszłym „nadludziom”, chwackim i dzielnym pogromcom przyszłości, jest przecież niczym innym jak osadem minionych chwil; a więc w ostatecznym rachunku wytworem poprzednich nadludzkich wysiłków... W swym wyzwoleńczym zrywie aspirant do nadczłowieczej wolności w każdej chwili swą wolność przycina, obciążając przyszłe chwile niechcianą schedą chwil dziś teraźniejszych, jutro wczorajszych. Im, o zgrozo, sprawniejszy się okaże w manipulowaniu teraźniejszością, tym głębsze i trudniejsze do zatarcia będą ślady wyryte na przyszłych chwilach przez jego obecne poczynania, a zatem tym szczuplejszy będzie obszar jego przyszłej wolności...

To o nadczłowieku. A przecież gdzie tam nam (a już mnie z pewnością) do nadludzi! Zważywszy na wszystkie argumenty przytoczone jak dotąd przeciw temu, czegom się teraz podjął uczynić (przeciw próbie zdania sobie i innym sprawy z „auktorstwa” mojego życia), przyjąć mogą czytelnicy (jeśli się tacy znajdą) to, czego dokonam, ze „zgrzytaniem zębów” – mnie pozostawiając „zgryzotę samotną”. Nie gwoli samousprawiedliwienia (wyrzekać się tego, co się uczyniło, równałoby się wyrzekaniu odpowiedzialności za własne życie), ale przeciwnie, dla ułatwienia czytelnikowi zadania przytoczę jeszcze paradoks Nietzschego z Ecce Homo (słowa to akurat mądre, choć większość tego, co ów powszechnie cytowany, nader dziś popularny i z bogobojnym niemal respektem traktowany autor napisał, odpycha mnie, a znakomita część reszty mnie odrzuca...): „To, że ktoś staje się, kim jest, zakłada, że nie ma on najmniejszego pojęcia, kim jest”. Mógłbym powtórzyć przyznanie Nietzschego: „Nigdy nie miałem najmniejszego pojęcia, co we mnie rosło”.



Owo „niemanie pojęcia” nie jest winą jednostkowej bezmyślności (kogo jak kogo, ale Nietzschego trudno byłoby o bezmyślność podejrzewać), ale skutkiem ludzkiej kondycji.

Anatomii własnych poczynań można dokonać tylko na ich martwym już ciele. Przyjrzeć się można z bliska nie tyle własnym poczynaniom, ile produktom ich „przerobu wtórnego” w fabryce pamięci. Nim się do tej fabryki dostaną, jest z nimi tak, jak to smętnie odnotowała Wisława Szymborska (w wierszu Życie na poczekaniu, napisanym we wczesnych latach siedemdziesiątych): „Życie na poczekaniu./ Przedstawienie bez próby./ Ciało bez przymiarki./ Głowa bez namysłu” – aby podsumować: „Nie znam roli, którą gram./ Wiem tylko, że jest moja, niewymienna”. Inaczej niż w „klientowi przyjaznym” sklepie w życiu zawsze za późno na to, by wymienić wadliwy towar na lepszy. Towar dotknięty, towar kupiony. Kupna z rejestru nie wymażesz. Drugiej szansy nie będzie.

W teatrze życia każda próba jest już przedstawieniem, każdy ruch i każdy gest częścią sztuki, której scenariusza jeszcze nie napisano; częścią roli, jaką grasz, improwizując kwestie, jakie w scenariusz sztuki wraz z twoją w niej rolą mają się dopiero ułożyć; nie wiedząc, czym się twoja rola okaże, czego jeszcze od ciebie zażąda i dokąd cię poprowadzi. I wszak nie ty będziesz o tym wszystkim wyrokował: w odróżnieniu od roli przez ciebie granej krytyka teatralna, historia teatru i ich wyroki nie są, nie mogą być, „twoje, niewymienne”. Rola jest twoja i tylko twoja (niewymienna!), ale w fabryce pamięci pracuje wielu dyrektorów, inżynierów, mechaników – i kontrolerów jakości, i uprzątaczy odrzutów na złom przeznaczonych. W wierszu Koniec i początek (opublikowanym w dwadzieścia lat po Życiu na poczekaniu) Szymborska ostrzega (wstecz ostrzega – nie przed tym, co się stać mogłoby, lecz przed tym, co po odegraniu roli nastąpiło – i nastąpić musiało): „Ci, co wiedzieli/ o co tutaj szło,/ muszą ustąpić miejsca tym,/ co wiedzą mało./ I mniej niż mało./ I wreszcie tyle co nic”.

Ci, którzy w fabryce pamięci zastąpili „tych, co wiedzieli, o co tutaj szło”, „wiedzą mało i mniej niż mało”. A ci znów, którzy im miejsca w fabryce ustąpili (ustąpić musieli), wiedzą dużo i pewnie za dużo jak na pojemność składnic fabrycznego surowca i wydolność przerobową fabrycznych maszyn. Z odmiennych wprawdzie przyczyn, ale za doskonałość produktów przerobu ani w pierwszym, ani w drugim przypadku ręczyć nie sposób.

Bo jeśli o twoją pamięć idzie (lub moją; jak byśmy się przecież od siebie pod innymi względami różnili, obaj mamy równie mało wpływu na pośmiertne losy naszych czynów, od chwili gdy stały się pokarmem dla fabrycznych trybów), mało co wytrwa w niej w postaci, w jakiej do niej weszło. Mało co uchroni się przed, jak to się mówi, „zębem czasu”, wyjdzie z próby czasu bez skazy. Jak to Czesław Miłosz w 1988 roku w swym wstępie do cyklu Dla Heraklita odnotował:

„Starzejemy się i zdumiewamy zmianą, jakiej ulega rzeczywistość w miarę, jak oddala nas od niej upływ lat. Co w niej bywa zwykle niepokojem, lękiem i nadzieją, zaciera się, bo tam, w tym, co już było, nie ma tego wytężenia ku dniowi następnemu, który miał obawy czy pożądania spełnić. Przypomniane krajobrazy i ludzkie postacie łagodnieją i pięknieją, przenika je szczególne światło, nawet dawny gniew zmienia się w litość i współczucie. Jeżeli umiemy przypomnieć: bo czasem jakiś okres życia tak zrasta się z przeżyciami grozy czy wewnętrznego chaosu, że całe miesiące czy lata zostają usunięte z pamięci.

Która rzeczywistość jest prawdziwa? Czy ta pierwsza, surowa, która nas rani, obezwładnia, zwodzi obietnicami, czy ta druga – oczyszczona, piękniejsza, może taka, jaką widzą duchy bezcielesne?”.

To pytanie Miłosz pozostawił bez odpowiedzi. Powstrzymując się od wyrokowania, miał jak zwykle rację – lecz i tym razem jego wstrzemięźliwość (rozwaga?, mądrość?, uczciwość?, poczucie odpowiedzialności?) będzie mu przez wielu, bardzo wielu poczytana za uchybienie lub unik. Szczególnie przez tych wielu, którzy gotowi są przysięgać (na Prawdę Niepokalaną, oczywiście), że są posiadaczami i kustoszami prawdy. A prawda jest z definicji jedna i jedyna; za przykładem Boga, który za jednego i jedynego Boga siebie uznając, nie zniży się do pertraktowania z innymi bogami i negocjowania modus co-vivendi, człowiek, który wierzy, że prawdę posiadł, rozmówców nie potrzebuje – i nie znosi. Nasz zaś nieuleczalnie politeistyczny świat jest niemal wyłącznie bóstwami o monoteistycznych pretensjach zaludniony. Ta okoliczność, zauważmy, jest zapewne wspomnianej nieuleczalności politeizmu warunkiem tyleż koniecznym, co wystarczającym.



Doszedłem kiedyś do wniosku, że w naszym obecnym świecie najpowszechniejsze są cztery typy ludzkie (czytaj: typy postaw wobec świata i życia, przeszłości i przyszłości): turysta, włóczęga, spacerowicz i gracz. Usiłując sklecić model mojego la mêmeté (jak Paul Ricœur nazwał oporną na ząb czasu „tożsamość z samym sobą”, bez której Bauman osiemdziesięcioletni nie mógłby porozumiewać się, a już tym bardziej porozumieć, z Baumanem dwudziestoletnim), głowiłem się nad tym, do jakiej kategorii wypadałoby mi siebie samego zaliczyć (bez reszty). Ale mi się nie udało.

Nie znajduję w sobie duchowego powinowactwa z typem „gracza” – ani doń sympatii. Powiedziałbym (tym razem za Güntherem Andersem z Die Antiquiertheit des Menschen), że choć przytrafiało mi się nieraz w moim bezwstydnie długim życiu odnieść wrażenie, że mną grano, do grania innymi jakoś nigdy mi się nie zdarzyło garnąć z ochotą. A i na mądrą pewnie, bo wszak przed kłopotami strzegącą, postawę splendid isolation, właściwą „spacerowiczowi” – na przyglądanie się ludzkim fanaberiom bez tego, by popróbować ich przyhamowania, i ludzkim niedolom bez tego, by przeciw nim protestować – nigdy jakoś, zarówno przed szkodą, jak i po niej, nie umiałem się zdobyć (próbowałem np. wielekroć, ale nie potrafiłem wczuć się w rolę wojennego fotoreportera...). Nie wierzyłem, i dotąd uwierzyć mi się nie udało, że właściwym miejscem dla mordy jest kubeł, a dla języka ciepła i przytulna norka za zębami.

Ale i żyłki „turysty” w sobie nie znajduję. Trzy razy w życiu myślałem sobie – raz w Poznaniu, raz w Warszawie i raz w Leeds (za pierwszym razem z naiwnością dziecka, za drugim z młodym tylko właściwą butą, a za trzecim wreszcie z postklimakteryjną rezygnacją) – że w miejscu, w jakim się znalazłem, dotrwam do emerytury i pochówku (wygląda mi na to, że mądrość ludowa ma rację i że rzeczywiście do trzech razy sztuka, bo z każdym dniem moje przewidywania co do Leeds bardziej się uprawdopodabniają). Więc jeśli mnie nosiło po świecie, to nie dlatego, żem sobie życie wędrowne upodobał. A skoro że noszony byłem wbrew moim upodobaniom, i z reguły bez tego, by mnie pytano o zgodę, mam pewne podstawy, aby przypuścić, żem powinowatym (bardziej z losu niż ducha) nie tyle turysty, ile jego alter ego – włóczęgi.

Przyznaję, że pragnąłbym mieć prawo do utożsamienia się z rzadkim już w naszych czasach „pielgrzymem”... Ale pielgrzym godny tego miana obiera sobie raz na zawsze święty przybytek, do którego podąża od chwili, gdy dziecinnego raczkowania zaprzestał, i do chwili, kiedy do raczkowania na starość powrócił; przybytek, o którym wiadomo, że się z miejsca nie ruszy po pielgrzyma zniknięciu, podobnie jak trwał w ponadczasowym swym majestacie przed jego pojawieniem. Mnie się przez czas jakiś zdawało, że taki przybytek znalazłem. Ale się pomyliłem... Wprawdzie nie odmieniło się to, co mnie doń przyciągnęło, ale straciłem wiarę, że owo „to” tam właśnie, wewnątrz tego przybytku, przebywa. Odtąd koczuję w poszukiwaniu lepszego adresu...

Wiele tropów przyszło mi sprawdzić, gościńców przedeptać i ścieżek popróbować, ale do końca włóczęgi nie bliżej mi, niż było na początku, a i wiara w to, że wędrówki swe cele mają, wątleje z roku na rok. Czasami nie jestem nawet pewien, czy wędruję, czy też cel, wedle którego swe miejsce na mapę naniosłem, nie potrafi ustać w miejscu albo się na podobieństwo fatamorgany rozmywa w zmierzchu dnia. Więc jak swe perypetie nazwać? Włóczęgami pielgrzyma? Czy może przygodami pielgrzymującego włóczęgi?

Być może odpowiedź na to pytanie jaśniejszą się stanie po spisaniu perypetii?

Wątła to wprawdzie nadzieja, ale gdzie szukać innej?



Tuszę, żem zgromadził wystarczająco wiele ważkich powodów, dla których tego, do czego napisania teraz przystępuję, napisać nie powinienem. Czas zatem, aby po spisaniu dowodów na autorską niekonsekwencję (czyli po najwłaściwszym chyba wstępie do tego, co teraz ma być opisane – najwłaściwszym z tego tytułu, że niedowład konsekwencji konsekwentnie towarzyszył życiu, które ma być przedmiotem opisu) przystąpić do opisywania.

A po co to robię? Aby tych moich współczesnych, których trud wysupłania konsekwencji życia z niekonsekwencji losu podobnie jak mnie czeka, choćby i o tym jeszcze nie wiedzieli, bo są na tę wiedzę zbyt młodzi, zawczasu uprzedzić o zadaniu, z jakim prędzej czy później przyjdzie im się wziąć za bary.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij