Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

W sercu dżungli - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 marca 2026
11,99
1199 pkt
punktów Virtualo

W sercu dżungli - ebook

Doktor Stefani Wilson zgłasza się do pracy na statku medycznym pływającym po Amazonce. Pełniący obowiązki szefa projektu doktor Matt Palermo wita ją bez entuzjazmu. Ma niemiłe doświadczenia z nowymi lekarzami przybywającymi do pracy w Amazonii. Skoro wielu facetów nie wytrzymuje życia w tych warunkach, to jak sobie poradzi kobieta? Szybko się przekona...

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-291-2830-8
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Na taką otwartą ranę wystarczy nałożyć jałowy opatrunek.

Doktor Matt Palermo, w trakcie resekcji tętnicy udowej, puścił te słowa mimo uszu, zdając sobie sprawę, że uwagi kolegi nie należy traktować dosłownie. Na sąsiednim stole leżał pacjent w równie ciężkim stanie, ale ten człowiek nie miał stopy, która została gdzieś w głębi amazońskiej dżungli.

Matt westchnął sfrustrowany. Doskonale wiedział, co przeżywa kolega. Gdy po raz pierwszy znalazł się w tym regionie Amazonii, doświadczył takiego samego poczucia porażki i bezradności. Teraz też czasami popadał w taki nastrój, ale nie miało to nic wspólnego z Brazylią, lecz z dramatycznymi przeżyciami w Tennessee. Nawet atak dengi, której nabawił się dwa lata temu, był niczym wobec wstrząsającej informacji, która odmieniła jego życie: „Przykro nam... ale zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy”.

Otrząsnął się, po czym przyjrzał uważnie zamkniętej tętnicy, by na koniec założyć szwy.

– Pomóc ci? – zapytał, przenosząc wzrok na kolegę, który bezwładnie siedział na krześle. Pacjent spał, nieświadomy, że od tej pory jego życie będzie wyglądało inaczej.

– Skończyłem. – Nie patrząc na Matta, mężczyzna podrapał się w głowę, rozgarniając włosy zlepione potem i żelem. Prorocza wypowiedź. Ten doktorek z wielkiego miasta po dwutygodniowej przygodzie na pokładzie szpitala pływającego w Amazonii wkrótce wsiądzie do samolotu, by wrócić do szpitala w Chicago, sterylnego bloku operacyjnego i dyskretnej muzyki w tle. Jego noga więcej w Brazylii nie postanie. Nigdy.

Za to on, Matt, dalej będzie toczyć przegraną walkę z naturą.

Gdy Stevie Wilson wysiadła z samolotu, fala gorąca niemal powaliła ją na ziemię. Przez moment miała wrażenie, że upadnie na rozgrzany asfalt.

W Coari było goręcej, niż sobie wyobrażała.

Zsunęła na oczy okulary przeciwsłoneczne, westchnęła z ulgą i ruszyła w stronę człowieka, który wyrzucał bagaże z luku samolotu.

– _Oi, Senhor! Cuidado com a mala vermelha, por favor!_

Mężczyzna szeroko się uśmiechnął, uniósł do góry kciuk, po czym na przekór jej prośbie cisnął jej torbę lekarską na stertę walizek.

Skrzywiła się. Gorzej nie będzie.

Idąc w stronę terminalu, modliła się w duchu, by ktoś tam na nią czekał. Wcześniej miała do czynienia wyłącznie z szefową _Projeto Vida_, i to przez krótką chwilę, przez telefon: „Niech kandydat drogą elektroniczną prześle wniosek, swoje cv i kopię dyplomu lekarskiego. Skontaktujemy się z nim”. Kobieta rozłączyła się, nim Stevie zdążyła sprostować, że pyta we własnym imieniu, a nie „kolegi”.

Ku jej zaskoczeniu niedługo po tym, jak przekazała dokumenty, otrzymała pozytywną odpowiedź wraz z listą obowiązkowych szczepień oraz formalności. Miesiąc później wylądowała w Coari. Wolna.

Wolna od niewiernego narzeczonego, który jednocześnie piastował stanowisko dyrektora szpitala, i od zawirowań powstałych na skutek zerwanych zaręczyn. Wolna od spojrzeń personelu, które podkopywały jej wiarę w siebie. Teraz zajmie się tym, po co poszła na medycynę: leczeniem chorych. Choćby nawet na pokładzie szpitala pływającego po Amazonce.

Pomachała krajem bluzki, by trochę ochłodzić skórę. W tej samej chwili minął ją wózek jadący w stronę sterty bagażu. Dzięki Bogu, że nie musi martwić się o resztę rzeczy, ale jeśli jej torba lekarska teraz jest na samej górze, to za chwilę...

Zawróciła i puściła się biegiem, wymachując rozpaczliwie rękami. Mężczyźni patrzyli na nią zdziwieni. Zatrzymawszy się, wskazała na swoją torbę, mówiąc po portugalsku, o co jej chodzi. I chociaż był to europejski portugalski, a ostrzegano ją, że brazylijski nieco się różni, zrozumieli. Zdjęli torbę i tym razem podali jej do ręki.

– _Obrigada_. – Wręczyła im napiwek, prosząc, by resztę jej bagażu wnieśli do terminalu, ale wzięła jeszcze swoją walizkę na kółkach.

Minutę później znalazła się w hali, w której nie było ani klimatyzacji, ani nawet wiatraka pod sufitem, więc panował tam upał większy niż na zewnątrz. Prócz niej, obsługi lotniska oraz kilku pasażerów, z którymi powietrzną taksówką przyleciała z Manaus, nie było nikogo więcej.

Po raz pierwszy zwątpiła, czy podjęła słuszną decyzję. Spodziewała się na lotnisku jeśli nie entuzjastycznego powitania ze strony bandy umęczonych lekarzy, to przynajmniej jednej osoby, która by jej pomogła dotrzeć na statek. Podeszła do stanowiska obsługi, by zapytać, czy ktoś ich poinformował o przylocie lekarza.

– _Ninguém, Senhora, desculpa_.

Nie takiej odpowiedzi oczekiwała. Stojąc pośrodku hali, czuła, że ogarnia ją strach. Mimo butów na płaskim obcasie lekko się zachwiała, więc schowała rączkę walizki, położyła walizkę na podłodze i na niej usiadła. Zastanawiała się, czy nie powinna pochylić głowy na kolana. Nie, bo mogłaby przegapić osobę, która po nią przyjdzie, więc siedziała z głową opartą na dłoniach.

Oddychała spokojnie i powoli.

Na pewno ktoś po nią się zgłosi.

Do hali wszedł mężczyzna. Rozejrzał się, po czym ruszył do stanowiska informacji. Ubrany był zdecydowanie inaczej niż obsługa lotniska. Stevie wyprostowała się i uśmiechnęła w nadziei, że przyszedł po nią, ale on tylko omiótł ją wzrokiem, po czym ze ściągniętymi brwiami podjął rozmowę z kobietą z informacji. Gdy wskazała na Stevie, Stevie mu pomachała, ale ręka jej opadła, gdy jego wzrok powędrował dalej. Jakby była przezroczysta!

Iskierka nadziei zgasła.

– _Onde?_ – zapytał.

– _A loira sentada na mala, Senhor_.

Blondynka na walizce? Stevie na wszelki wypadek spojrzała za siebie. Nikt inny nie siedział na walizce.

Mężczyzna nareszcie zrozumiał. Ociągając się, podszedł do niej.

– To ma być dowcip?

– Słucham? – Gdy podniosła głowę, by na niego spojrzeć, okulary zsunęły się jej z nosa i upadły na betonową posadzkę, roztrzaskując się.

– Przyjechałem po doktora Stefana Wilsona – oznajmił, przekręcając imię.

Przygryzła wargę, przytłoczona jego wzrostem, zwłaszcza że sama siedziała.

– Stefani, nie Stefan. Stefani Wilson, ale mówią na mnie Stevie.

Zaklął, przegarniając włosy palcami, po czym z tylnej kieszeni spodni wyjął plik dokumentów.

– Na podaniu jest „Stefan”. Spodziewałem się mężczyzny.

Hm, może on rzeczywiście jej nie akceptuje. Wzięła od niego dokumenty. Tak, na końcu imienia brak „i”.

– Nie rozumiem, jak to się stało. Sama je wypełniłam i przesłałam szefowej _Projeto Vida_. – Przerzucała kartki, aż trafiła na kopię dyplomu. – O, tutaj. Na dyplomie jest „Stefani”. Dołączyłam też kopię zdjęcia z paszportu... ale jej tu nie widzę.

– Super – mruknął, chowając dokumenty. – Wygląda na to, że sam się wrobiłem.

Kobieta. W głowie mu się nie mieściło, by Tracy odważyła się na coś takiego, zwłaszcza że wyraźnie prosił o faceta. Przecież Tracy wie, jak wygląda ta praca. Do tej pory nikt, nawet ci trzej ostatni, nie wytrzymał tak ciężkich warunków. Tracy uważa, że przetrwa tu to kobieciątko? Że potrafi amputować cuchnącą i gnijącą kończynę?

Popatrzył na jej białą bluzkę, niemal przezroczystą w przepoconych miejscach. Przynajmniej cienka i przewiewna, a to bardzo... praktyczne. Na inny przymiotnik sobie nie pozwolił. Zauważył kroplę potu na granicy jej jasnych włosów, która powoli spłynęła po szyi na obojczyk, zatrzymała się, jakby się zastanawiała, po czym obrała jedynie słuszny kierunek: prosto w dół. Odwrócił wzrok.

– Proszę o tym zapomnieć. Tutaj pani nie zostanie. – Spiorunował ją wzrokiem, jakby chciał ją przepędzić z powrotem do jej wychuchanego szpitala. Jak szuka przygód, to trafiła pod zły adres. Co więcej, on nie życzy sobie, by jego umysł zbaczał na niewłaściwe tory.

– Mam zapomnieć?! Chyba pan żartuje! Pokonałam cztery tysiące mil, żeby tu się dostać. – Rzuciła mu wojownicze spojrzenie. – Jestem kardiochirurgiem...

– W dżungli są niepotrzebni. – Nie zwracał uwagi na głos rozsądku, który podpowiadał, że mogłaby się zająć nogą, którą ratował sześć tygodni temu.

– Mam też za sobą rezydenturę na ratunkowym, a to znaczy, że nieobca jest mi sztuka segregacji.

– Sztuka segregacji? – Roześmiał się drwiąco. – Może tam, skąd pani przyleciała, to jest sztuka, ale segregacja na polu walki to coś całkiem innego.

Zauważył pulsującą tętnicę na jej szyi. Ze złości czy ze strachu? Na pewno ze strachu. To dobrze. Jest szansa, że niedługo zwinie manatki i ucieknie do domu jak Craig, a przed nim Mark. A on na pewno ani razu nie spojrzał na ich tętnicę szyjną!

Tragarz postawił obok niej trzy wielkie czerwone walizy do kompletu z walizką, na której siedziała. Czyściutkie, ewidentnie kupione na tę podróż. Aż dziw, że nie ma na nich wyhaftowanych różyczek albo haseł w stylu „Ratujmy lasy deszczowe”, jak na T-shirtach Craiga.

Tragarz uniósł do góry trzy palce, jakby pytając, czy to cały bagaż, a ona pokiwała głową. Mężczyzna odszedł, nie czekając na napiwek. Zapewne się zorientował, że nie ma na co liczyć. Matt podniósł wzrok do nieba. Ona nie ma pojęcia o tym kraju.

– Pewnie nawet nie mówi pani po portugalsku.

– Przegrał pan. A jeśli chodzi o segregację rannych na polu walki, to gdy po raz ostatni miałam w ręku podręcznik historii, dowiedziałam się, że Brazylia jest państwem nastawionym pokojowo. – Zebrała z podłogi potłuczone okulary i wrzuciła je do torby. Gdy wstała, sięgała mu ledwie do ramienia.

– Nie wszystko można wyczytać z podręcznika.

– Racja.

Jej śpiewny głos jeszcze bardziej wyprowadził go z równowagi. Kobieta. Jak tylko spotka Tracy, da jej popalić. Ale w tej chwili Tracy była nieosiągalna, a przed nim stała doktor Stefani Wilson.

– Wątpię, czy się pani sprawdzi w tej pracy.

– Doprawdy? – Przewiesiła torbę przez ramię. – Hm... chyba nie miałam przyjemności...

– Matt – przedstawił się. – Matt Palermo.

– Proszę pana, zmartwienie, czy odnajdę się w tej pracy, niech pan zostawi mnie, dobrze? Kiedy mnie pan zaprowadzi do Tracy, która uznała, że się do tej pracy nadaję, szybko przestanie się pan denerwować.

– Mało prawdopodobne.

– Dlaczego?

– Z dwóch powodów. Po pierwsze, jeżeli podejmie się pani tej pracy, to bardzo długo będę się denerwował, a po drugie, widzę, że Tracy nie poinformowała pani o warunkach zakwaterowania.

– Poinformowała mnie. Będziemy mieszkały na pokładzie szpitala płynącego od wioski do wioski. I tak przez kilka tygodni bez przerwy.

– Pani i Tracy... – Uśmiechnął się, bo nagle zdał sobie sprawę, że ona o czymś nie wie. Czy to po prostu pomyłka, czy Tracy coś kombinuje?

– O co chodzi? Uważa pan, że dwie kobiety sobie nie poradzą?

– To, co ja myślę, jest bez znaczenia, bo inaczej Tracy by pani nie zatrudniła.

– To przykre, co pan mówi.

– Nie wydaje mi się. To nie z Tracy będzie pani mieszkać.

Zamrugała zdziwiona.

– W porządku. Nie ona, to ktoś inny. Nieważne kto.

– Na pewno?

– Na pewno. – Skubała brzeg bluzki.

– Więc gdyby się pani zdecydowała na tę pracę, to proszę wiedzieć, że my, pani i ja, będziemy mieszkać razem. – Pod rąbkiem bluzki mignął mu kawałek ciała i nagle zaschło mu w ustach. – Pod jednym dachem. Całymi tygodniami, a nawet miesiącami.

Na chwilę ją zatkało.

– Mnie to nie przeszkadza. Poza tym na pokładzie będzie jeszcze jeden lekarz w roli przyzwoitki, jeśli się pan obawia, że się na pana rzucę. – Uniosła brwi. – Jest pan kapitanem na tym statku? Kucharzem?

Roześmiał się.

– Na pani nieszczęście nie jestem ani jednym, ani drugim. I jeśli znajdzie się pani na tej łajbie, to będzie pani skazana na mnie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.

– Dlaczego? – Przygryzła wargę, jakby pojęła, że czeka ją coś okropnego.

– Ponieważ to ja będę pani towarzyszył. Bo to ja jestem jedynym lekarzem w promieniu stu mil.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij