Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

W sieci uczuć - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
20 stycznia 2026
3306 pkt
punktów Virtualo

W sieci uczuć - ebook

Historia trzech sióstr dorastających w przedwojennym Wilnie, których szczęśliwą młodość i beztroskie życie przerwała wojenna zawierucha, areszt ojca i zsyłka w głąb ZSRR. W Kazachstanie ich drogi się rozchodzą. Odtąd muszą mierzyć się z wieloma przeciwnościami losu w pojedynkę. Najstarsza Barbara zakochuje się w Rosjaninie i zostaje w Związku Radzieckim. Alicja, po długiej podróży pełnej dramatycznych wydarzeń, trafia do afrykańskiej Rodezji, gdzie pracuje na rzecz tamtejszej społeczności. Najmłodszej siostrze, Joannie, udaje się ostatecznie dotrzeć do Kanady, gdzie robi karierę w medycynie.

Po latach ktoś da im nadzieję na spotkanie z niewidzianym od dawna i uważanym za zmarłego ojcem. Czy uda im się z nim zobaczyć i ponownie scalić rodzinę?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68742-16-9
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Od autorki

Podejrzewam, że wśród czytelników biorących tę książkę do ręki są osoby, które znalazły się, choć raz w życiu, w sytuacji podobnej do mojej. Zdarza się przecież, że gdy po latach spojrzymy na coś, co kiedyś robiliśmy z chęcią, a nawet pasją, dochodzimy do wniosku, że nie jest to tak dobre, jak wówczas nam się wydawało; że zawiera liczne mankamenty, które dopiero po latach dostrzegamy.

Jak mogłam zrobić coś takiego? – pytamy siebie z zaże- nowaniem.

Często dopada nas ochota, by zmierzyć się z zadaniem po raz drugi, lecz przeważnie nie jest to możliwe.

Pewnego dnia, gdy szłam jedną ze ścieżek mego ukochanego lasu, doszłam do wniosku, że ja właśnie taką szansę mam: że mogę tekst książki wydanej przeszło dziesięć lat temu – tekst, którego potencjał, wedle dzisiejszej mojej perspektywy, nie został w pełni i odpowiednio wykorzystany – potraktować jako wprawkę, ćwiczenie do napisania nowej książki. Dzisiejsze zderzenie z losami bohaterów owej etiudy, częściowo opartymi na faktach z czasów II wojny światowej, doprowadziło mnie do konkluzji, iż żywioł niszczenia, tak charakterystyczny dla wojny, ale panoszący się również w czasach pokoju, nierzadko bywa podsycany nadmiarem pozytywnych uczuć.Rozdział I

Tuż przed lądowaniem samolotu Joanna weszła na taras widokowy, by zaobserwować moment, w którym pasażerowie zaczną wychodzić na płytę lotniska. Potem ustawiła się na dole, tak by widzieć obydwa wyjścia do hali przylotów. Znajdowała się między nimi, przez co musiała obracać głową raz w jedną, raz w drugą stronę. Starała się nie przepuścić wzrokiem żadnego z podróżnych. Przez moment dłużej obserwowała jedno z wejść, gdyż kobieta przez nie przechodząca wydawała jej się bardzo podobna do Alicji. Pewnie przez te przeszło dziesięć lat znacznie się zmieniła, pomyślała, a wygląd tej osoby jest zbieżny z tym z czasów rozstania. Gdy po chwili spojrzała w przeciwną stronę, mignęły jej nosze na kółkach. Nawet w takim stanie ludzie podróżują, skonstatowała w myślach z pewnym zdziwieniem.

Dopiero teraz pomyślała, że właściwie nie powinna szukać tylko siostry, bo miała ona przylecieć ze swoim narzeczonym. Co prawda Joanna nie wiedziała, jak wygląda, ale to już zawsze więcej informacji mogących pomóc w znalezieniu przybyszów. A więc para młodych ludzi, a kobieta podobna do Ali, tylko starsza o kilka lat. Zależało jej na znalezieniu ich, gdyż choć siostra znała jej adres – wymieniły przecież kilka listów – nigdy nie była w Kanadzie i z pewnością poczułaby się zagubiona.

Samolot z Lusaki zabierał na pokład sporo pasażerów, bo kolejni wciąż pojawiali się w obydwu wyjściach. Joanna obserwowała ich więc dalej, ale prócz kobiety, która na początku zwróciła jej uwagę, żadna inna nie przypominała siostry. Gwar wypełniający halę, typowy dla tego rodzaju miejsc, co rusz dopełniały ogłoszenia płynące z głośnika. Joanna nie zwracała na nie uwagi, dopóki nie padły jej imię i nazwisko. Nie usłyszała kontekstu, więc czekała na powtórzenie.

– Pani Joanna Patkowska proszona jest o zgłoszenie się do punktu informacji.

Widocznie ich jednak nie zauważyłam, a oni wpadli na całkiem dobry pomysł, pomyślała i szybko ruszyła w poprzek hali. Serce biło jej szybciej i radośniej. Wreszcie będzie mogła rzucić się na szyję Alicji – tyle lat jej tego brakowało. Starsza o trzy lata siostra zawsze kojarzyła jej się z ciepłym, szczęśliwym dzieciństwem w przyjaznej, kochającej się rodzinie. Zresztą sama właśnie taka była: czuła, serdeczna, dobrze nastawiona do ludzi. Teraz to Joanna już niemal biegła, by jak najszybciej znaleźć się w jej ramionach, choć normalnie nie lubiła okazywać uczuć – przychodziło jej to z trudem.

Denerwowały ją duże grupy ludzi z walizami blokujące swobodne przejście. Wszyscy bezradnie rozglądali się wokół, wypatrując kogoś, kto miał na nich czekać, lub zastanawiając się, w którą stronę powinni ruszyć. Rozumiem ich, ale mogliby sobie wybrać miejsce bardziej na uboczu, pomyślała, zahaczywszy nogą o jedną z walizek. Uspokój się, kobieto, powiedziała do siebie, bo zamiast przywitać się z Alką, wyłożysz się zaraz na tej posadzce.

Podeszła do okienka, nie zwracając szczególnej uwagi na stojące nieopodal nosze, te same, które zauważyła wcześniej. Nim zdołała przedstawić się urzędnikowi, podszedł do niej mężczyzna w białym kitlu.

– Dzień dobry, czy pani jest Joanną Patkowską?

– Tak, dzień dobry, a o co…

Nie zdążyła dokończyć pytania, gdy mężczyzna ruchem ręki wskazał, aby podeszła do noszy. Od razu ją poznała, mimo całego oprzyrządowania, które utrzymywało ją przy życiu. Twarz Alicji niewiele się zmieniła. Siostra miała zamknięte oczy i lekko wykrzywione usta. Bladość jej cery podkreślała ostra biel koca, którym była przykryta. Joanna zamarła – nie takiego przywitania się spodziewała.

– Boże! Co się z nią stało? – zwróciła się do mężczyzny w kitlu.

– Od dwóch tygodni jest w śpiączce. Cały opis przypadku znajdzie pani w dokumentacji medycznej. – Przekazał Joannie papierową teczkę i jeszcze się upewnił: – Pani jest lekarzem?

– Tak. – Ledwo wymówiła to jedno, krótkie słowo.

– Polecono mi, żeby dostarczyć chorą do Centrum Klinicznego w Ottawie. Czy orientuje się pani, jak można tam dojechać?

– Oczywiście. Pracuję tam i mieszkam, mogę pana poprowadzić, ale… ale z siostrą miał przylecieć jej narzeczony. Czy on tu gdzieś jest? Bo nawet nie wiem, jak wygląda.

– Nic na ten temat nie wiem, miałem się zajmować tylko jedną chorą. W teczce, oprócz dokumentacji medycznej, znajdzie pani opis całej historii…

– Historii choroby, to oczywiste.

– Nie, zdarzeń, które do niej doprowadziły.

***

Joanna jechała jak w transie. Na lotnisku nie bywała często, lecz miasto znała całkiem nieźle. Teraz przemierzała je, nie mając wątpliwości, gdzie trzeba skręcić, a na którym skrzyżowaniu jechać prosto, lecz całe otoczenie wydawało jej się obce – tak jakby szlak drogowy przeniesiono do innego miasta. Gdyby musiała zatrzymać się na dłużej, niż wymagały tego światła, nie umiałaby powiedzieć, gdzie jest i jak daleko jeszcze do celu. Jej mózg znajdował się w stanie odrętwienia: nie snu, bo przecież wykonywała wszystkie czynności związane z prowadzeniem samochodu – zatrzymywała się, kiedy trzeba było, przyspieszała, gdy należało – lecz działała automatycznie.

Otrząsnęła się, gdy po blisko półgodzinnej jeździe stanęła przed dobrze znanym jej budynkiem. W lusterku zobaczyła, że karetka zatrzymała się tuż za nią. Poinformowała kierowcę, pod które wejście ma podjechać, by przyjęcie chorej na oddział odbyło się zgodnie z procedurą, a sama zaparkowała tam, gdzie zwykle, z tyłu budynku, i szybko znalazła się w swoim pokoju. Z niechęcią popatrzyła na stół nakryty dla trzech osób – zamierzała przywitać siostrę i jej ukochanego skromnym, ale własnoręcznie przygotowanym posiłkiem – po czym siadła przy niewielkim, służącym jej za biurko do pracy stoliku i zaczęła przeglądać zawartość papierowej teczki. Pod wieloma kartkami, wypełnionymi maszynowym drukiem głównie łacińskimi terminami, znajdował się rękopis pisany po polsku.

Szanowna Pani,

tuż przed odlotem Alicji wpadłam na pomysł, by skreślić te kilka słów, gdyż wyobraziłam sobie, jak ja przeżyłabym taki moment, jaki jest Pani udziałem. Wyczekiwana przez lata siostra dociera do mnie w takim stanie! Mam nadzieję, że to, co napiszę, w jakiś sposób Pani pomoże.

Zaprzyjaźniłyśmy się z Alicją dopiero na polskim osiedlu w Rodezji, mimo że od dłuższego już czasu podążałyśmy tą samą drogą, a obydwie pochodzimy z kochanej Wileńszczyzny. Po różnych przejściach Ala poczuła się dobrze w Rodezji z dwóch powodów: mogła aktywnie działać na rzecz naszej społeczności i odnalazła swoją miłość. Kiedy otrzymaliśmy informację, że nasze osiedle będzie zlikwidowane i musimy zdecydować, dokąd chcemy wyruszyć, poczuła się zagubiona, ale na szczęście dosyć szybko odnalazła Pani kanadyjski ślad i już nie miała wątpliwości co do kierunku podróży. Cieszyła się z wyjazdu, choć oczywiście pozostał w niej sentyment do naszego osiedla, tak jak i we mnie. Bardzo chciała Pani przedstawić swojego ukochanego, ale niestety wydarzyła się tragedia, która była zbyt wielkim wstrząsem dla jej psychiki.

Piszę to z nadzieją, że poznanie przyczyny, źródła choroby pomoże w jej wyleczeniu, o co codziennie się modlę. Ja, mimo kiepskich wiadomości stamtąd nadchodzących, wracam do Polski, gdyż żyje tam jeszcze moja matka. Mam Pani adres, Ala mi go zapisała, gdyż miałyśmy nadzieję na utrzymanie kontaktu. Gdy osiedlę się w kraju, pozwolę sobie napisać, by dowiedzieć się o jej zdrowiu.

Bardzo serdecznie Panią pozdrawiam i życzę odporności psychicznej, a równocześnie pomyślnego zakończenia tej historii, to znaczy powrotu Ali do zdrowia.

Alina Jankowska

Joanna długo siedziała przy stoliku, nie mając na nic siły, a co gorsza ochoty. Już zaczęło się ściemniać, a ona, wciąż wpatrzona w kartkę papieru z wiadomością, której treść poznała już na pamięć, nie mogła ruszyć się z miejsca. Od pierwszego listu Alicji minęło już sporo czasu, ale pamiętała ten dzień tak, jakby wydarzył się wczoraj. Nie zapowiadał ich rychłego spotkania, ale już sam fakt, że siostra żyje, stanowił dla Joanny niezwykle krzepiącą wiadomość, bo oznaczał, że miała jeszcze jakąś rodzinę. Przez wojenny kataklizm rodzice odeszli już dawno. Co prawda o losie ojca nadal nic nie wiedziała, ale trudno było przypuszczać, że może jeszcze gdzieś się odnaleźć. Alicji szukała przez Polski Czerwony Krzyż, ale wciąż bez efektu, a tu nagle… Nie została jednak sama na świecie – ma kogoś bliskiego, mimo że w oddali.

Właśnie w tym dniu, kiedy dotarł do niej pierwszy list siostry, mimo powodu do radości – oficjalnie została lekarzem medycyny – zrodziły się w niej smętne refleksje. Gdy wychodziła z uroczystości rozdania dyplomów, który wręczono jej jako pierwszej, gdyż podczas egzaminów otrzymała najwyższą liczbę punktów, tak bardzo zapragnęła podzielić się swoim sukcesem z kimś bliskim. Z kimś, kto w odróżnieniu od większości koleżanek i kolegów nie będzie cieszyć się na zewnątrz, a w duchu skrywać zazdrość, kto nie będzie prawić komplementów, a w głębi duszy żywić przekonanie, że jemu wyróżnienie należało się bardziej. Jakże mama byłaby z niej dumna, bezgranicznie dumna, bez żadnych dodatkowych kontekstów. Joanna była przekonana, że podobnie zareagowałaby Ala, dobra, szczera Ala, której od dziecka zawiść o cokolwiek była obca. Zawsze umniejszała swoje osiągnięcia, a entuzjastycznie podchodziła do najdrobniejszych powodzeń młodszej siostry. Joanna od dawna tak boleśnie nie odczuwała straty ich obu… Musiała poprzestać na wewnętrznym poczuciu satysfakcji, do którego, jak przyznawała bez zakłamania, miała pełne prawo. Jako obca w tym kraju zdobyła to, co udawało się niewielu Kanadyjczykom z urodzenia. Samo dostanie się tam na medycynę stanowiło duże wyzwanie, a rokrocznie jedynie trzydzieści procent kandydatów zdobywało indeks. Ona się wśród nich znalazła. Potem od pierwszego roku wymagania wobec studentów były tak wysokie, że liczna ich grupa przestawała studiować, albo z własnej woli, zorientowawszy się, że nie są w stanie podołać oczekiwaniom, albo w wyniku oblanych egzaminów. Joanna pracowała systematycznie i rzetelnie, dzięki czemu nie tylko pozostała studentką, ale też dostawała różne nagrody, wraz z najważniejszą dla niej – stypendium, dzięki któremu była w stanie się utrzymać. Nie miała przecież w Kanadzie nikogo bliskiego, kto mógłby jej pomóc, a z wojennej tułaczki przyjechała bez pieniędzy, bez niczego, nawet bez ubrań na zmianę… Walka o zdobycie dyplomu to była ostra, zażarta bitwa, nie tylko na wiedzę i umiejętności, ale i na wytrzymałość. Punktacja, którą osiągnęła Joanna, okazała się tak wysoka, że od razu zaproponowano jej asystenturę w uniwersyteckiej klinice. Sprawiło jej to radość, gdyż nie miała wątpliwości, że medycyna pozostanie jej pasją na całe życie.

O tym, jaki zawód wybierze, zadecydowała bardzo wcześnie. Zdarzyło się to w Kazachstanie, gdy jako trzynastoletnia dziewczynka stała przy łóżku umierającej mamy, a felczer rozkładał ręce, mówiąc, że nie jest w stanie jej pomóc. Postanowiła wtedy nie tylko, jaki zawód wybierze, ale również, że będzie się starała posiąść jak najgłębszą wiedzę w zakresie medycyny, aby takie sytuacje jej się nie zdarzały. Gdy została już dyplomowanym lekarzem, nie wiedziała jeszcze, która ścieżka tej rozległej dziedziny będzie dla niej najlepsza – czy skłoni się ku praktyce, czy też wybierze badania naukowe. Propozycja pracy w klinice otwierała przed nią możliwość poznania obydwu dziedzin i dokonania świadomego wyboru.

Znów stanął jej przed oczami tamten podwójnie szczęśliwy dzień. Gdy po uroczystości weszła do akademika, w którym przemieszkała całe studia i gdzie czuła się jak we własnym domu, recepcjonistka zawołała:

– Pani Joanno, list do pani!

Zdziwiona podeszła do okienka. Dotąd nikt do niej nie pisał. Nie mogła przypomnieć sobie nikogo, kto mógłby to zrobić. Wzięła do ręki kopertę oblepioną wieloma kolorowymi znaczkami i upstrzoną stemplami o różnych kształtach. Już samo opakowanie było dowodem na to, że wiadomość musiała przemierzyć kawał świata. Kiedy Joanna spojrzała na rubrykę z nazwiskiem nadawcy, najpierw zakręciło jej się w głowie, a potem zaczęła przecierać oczy, bo myślała, że źle widzi. Trzy razy przeczytała imię i nazwisko na głos, a upewniwszy się, że jednak nie jest to przywidzenie, nie wiedziała, czy powinna się śmiać, czy płakać. Buzowało w niej tyle emocji, że zaczęła biegać po całym holu i zaczepiać kolejnych – często znanych jej, ale również tych nieznanych – ludzi, krzycząc:

– Napisała do mnie siostra! Moja siostra żyje! Ona żyje!

W końcu opadła na fotel stojący w rogu pomieszczenia i zaczęła przypatrywać się kopercie, obracać ją na różne strony, jakby chciała z niej wyczytać coś więcej. Bała się ją otworzyć, gdyż wojenna przeszłość nauczyła ją, że chwile radości często mieszają się z głębokim smutkiem. Alicja żyje, wołało jej siostrzane serce, ale gdzie? Rozstały się jeszcze na terenie ZSRR, może nie udało jej się stamtąd wydostać? A tam? Nieraz słyszała o tym, że nadal przetrzymują tam ludzi w łagrach… Jeśli to głos stamtąd, to w jakim siostra jest stanie? Mogła też wrócić do Polski, a z kraju złych wieści nie brakowało… Postanowiła, że otworzy kopertę później, dopiero gdy będzie sama w swoim pokoju, żeby nikt jej nie przeszkadzał – ani gdyby miała płakać, ani gdyby odetchnęła z ulgą i mogła się cieszyć. Pobiegła się przebrać.

Wieczorem, gdy w klubie studenckim świętowała otrzymanie dyplomu, droga jej sercu koperta była z nią, w torebce przewieszonej przez ramię. Joanna co jakiś czas sprawdzała, czy aby na pewno jest na swoim miejscu. Na razie nie znała treści listu, nie wiedziała, gdzie Alicja przebywa i w jakim jest stanie, ale poświęciła odnalezionej siostrze jeden z często tego wieczora wznoszonych toastów. Większość koleżanek i kolegów ze studiów nie była wtajemniczona w wojenne losy Joanny, ale jej przyjaciółka Stella, zorientowana w tym temacie, kilka razy powtórzyła:

– Aśka, ale z ciebie szczęściara! Tego samego dnia takie dwa radosne wydarzenia.

Kiedy Joanna wróciła do swojego pokoju, było już blisko świtu. Dokładnie zamknęła drzwi, usiadła po turecku na łóżku i choć w głowie trochę jej szumiało, a oczy nieco się kleiły, delikatnie otworzyła kopertę i zaczęła czytać.

Kochana Joasiu,

ileż to czasu upłynęło, od kiedy wysiadłam na stacji, by kupić nam zaopatrzenie, a Ty zostałaś w przedziale, pilnując niewielkiego dobytku, który nam pozostał po kradzieży nie tylko resztek żywności, ale także dokumentów i wierzchnich okryć. Na zakup czegokolwiek trzeba było stać w długich kolejkach, gdyż na stacji były tłumy, a poza tym transakcje częściej dokonywane były nie pieniędzmi, ale w drodze handlu wymiennego. Ja też miałam ze sobą, pewnie pamiętasz, kilka drobiazgów przywiezionych jeszcze z Wilna, co znacznie wszystko wydłużało. Nikt się jednak specjalnie nie spieszył, gdyż z reguły na odjazd trzeba było długo czekać. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy po wyjściu na peron zobaczyłam, że pociągu już nie ma. Stanęłam jak wryta, nie byłam w stanie się ruszyć. Torby wypadły mi z rąk i niektóre rzeczy potoczyły się po peronie. Zaczęłam gorączkowo myśleć, co robić. Może biec za pociągiem? Ale musiał odjechać już jakiś czas temu, bo nie było nawet słychać turkotu kół po szynach. Opadł też już specyficzny kolejowy pył, unoszący się zwykle za jadącą maszyną. Nie było szans na dogonienie Ciebie. Sensowne wydawało mi się zdobycie informacji o godzinach przejazdów następnych pociągów w tym samym kierunku, ale, jak się zorientowałam, tablice z rozkładami jazdy były pozostałością po czasach przedwojennych i nie miały związku z rzeczywistością. Okienko z napisem «Informacja» było zamknięte, a raczej zalepione tekturą, bo pewnie szyba została wybita.

Byłam załamana. Najpierw musiałyśmy rozstać się z Baśką. Bolało mnie to, że została w tym okropnym kraju, z którego tak bardzo chciałyśmy się wydostać. Nie wiem, czy Ty też tak to odczuwałaś, bo nawet nie zdążyłyśmy o tym porozmawiać. A teraz i my, przez przykry przypadek, się rozdzieliłyśmy. Trudno było przypuszczać, że w tym przepastnym kraju będziemy mogły się jeszcze kiedykolwiek spotkać. Poczułam się samotna i zagubiona jak nigdy dotąd. Tylu ludzi stało wokół mnie, ludzi w podobnej do mnie sytuacji, a ja czułam się jak na bezludnej wyspie. Byłam zdana wyłącznie na siebie, czego dzięki naszej kochanej rodzinie wcześniej nie doznałam. Stałam długo na peronie, pogrążona we wspomnieniach, tęsknie patrząc w stronę, w którą odjechał pociąg z moją małą Asią – najmłodszą z rodzeństwa, a zarazem najbardziej zaradną... Potem zaczęłam się zastanawiać, czy sama dam sobie radę. Uświadomiłam sobie, iż jedyne, co mogłoby pomóc w ewentualnym odnalezieniu Ciebie, to dążenie do Armii Andersa, gdyż przecież obydwie złożyłyśmy podania o przyjęcie w jej szeregi. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że miejsc jej tworzenia się i stacjonowania było wiele, a pomiędzy nimi znaczne odległości. Cóż było robić, musiałam walczyć o przetrwanie. Pozbierałam prowiant i udałam się na poszukiwanie miejsca, w którym mogłabym spędzić najbliższą noc. Nie będę Ci teraz opisywać dalszych moich losów, bo, pewnie podobnie do twoich, są pełne różnych pozytywnych, ale i niemiłych wydarzeń. O tym wszystkim napiszę w kolejnych listach, a może kiedyś, w przyszłości, uda nam się spotkać i wtedy nagadamy się do woli, jak to było za dobrych, przedwojennych czasów. Najważniejsze, że Cię odnalazłam, odzyskałam.

Nie myśl, że wcześniej Cię nie szukałam, ale dotąd nie mogłam zdobyć żadnych o Tobie informacji. Ostatnio natomiast, zupełnym przypadkiem, w jednej z polonijnych gazetek natrafiłam na Twoje nazwisko, które było umieszczone na liście dyplomantów wydziału lekarskiego (gratulacje!!!). To był pierwszy, najważniejszy krok do znalezienia Twojego adresu.

Jak ta wojna narozrabiała w naszym życiu. Nie tylko pozbawiła nas rodziców, ale porozrzucała po świecie. Ty w Kanadzie, Basia pewnie dalej w ZSRR (nie mam żadnych o niej wiadomości), a ja wylądowałam w Rodezji. Mieszkam na jednym z polskich osiedli. Nie jest tu źle, ale zdaję sobie sprawę, że to nie jest moja docelowa przystań, tylko długi przystanek na drodze do niej. Najchętniej wróciłabym do Wilna, ale wiadomo, że to raczej niemożliwe, może do Polski. Na razie nie zaprzątam sobie głowy myśleniem o przyszłości, bo mam tu sporo pracy i przyjazne otoczenie i wszelkie zasadnicze decyzje odkładam na później.

Mam nadzieję, że znajdziesz czas, by odpisać na mój list, a ja już obiecuję, że niedługo wyślę następny. Tyle mam Ci do opowiedzenia, ale przede wszystkim jestem szczęśliwa, że wreszcie jestem pewna, że Cię mam.

Całuję Cię bardzo, bardzo mocno

Ala

– Ala! – wykrzyknęła Joanna na głos i błyskawicznie wstała z krzesła. – Przecież nawet się z nią nie przywitałam! Na pewno już przyjęli ją na oddział.

Wybiegła z pokoju, zostawiwszy drzwi na wpół otwarte. Po drodze włożyła fartuch, by nie mieć problemu z wejściem do miejsc niedostępnych dla postronnych. Alicję umieszczono w separatce na oddziale sąsiadującym z tym, na którym pracowała Joanna. Gdy weszła do sali i zamknęła za sobą drzwi, poczuła, że zaraz zacznie płakać. Normalnie nie była skłonna do łez – uważano ją za twardą, odporną psychicznie kobietę. Gdy jednak po tylu latach znalazła się w jednym pomieszczeniu z siostrą i jej tęsknota powinna zostać zaspokojona, zdała sobie sprawę, że ma przed sobą tylko zimną, białą aparaturę podtrzymującą życie, tykające urządzenia mierzące życiowe parametry i monitory je wyświetlające, a w ich środku małą, jakby najmniej ważną, najmniej rzucającą się w oczy ludzką istotę. Z takimi obrazami stykała się na co dzień, lecz gdy w owej medycznej machinie dostrzegła znajomą, choć nie w pełni widoczną i zmienioną chorobą twarz – twarz, którą pamiętała od najwcześniejszych lat swojego istnienia, zawodowa rutyna prysła.

– Boże, jak ja mogę się przywitać z tą moją Alą? – zapytała na głos.

Podeszła do łóżka, wzięła chłodną dłoń chorej w swoją i chwilę trzymała, lekko ściskając. Gdy ją puściła, dłoń opadła bezwładnie na kołdrę. Joanna pochyliła się nad siostrą, pocałowała ją w policzek w miejscu wolnym od oprzyrządowania i powiedziała cicho:

– Witaj w Kanadzie.

Przedtem jakoś opanowała płacz, teraz już nie dała rady. Siedziała bokiem na kołdrze przy siostrze i szlochała. Nawet nie próbowała powstrzymywać ani łez, ani dźwięku wydobywającego jej się z krtani. Nie tak wyobrażała sobie to powitanie. O zgrozo, teraz czuła się podobnie jak wtedy, gdy w Kazachstanie umierała mama, a ona stała przy niej bezradna. Wówczas tę bezsilność można było zrozumieć: jedyny nibyprofesjonalista, felczer, miał pojęcie o medycynie niewiele wykraczające poza wiedzę przeciętnego człowieka, a do dyspozycji jakąś maść i tabletki na przeczyszczenie. Ale tu, w najlepszym szpitalu klinicznym w Ottawie, dysponującym najnowocześniejszą na ten czas medyczną aparaturą w kraju, w otoczeniu specjalistów z wszelkich dziedzin… to niemożliwe, ona nie może… nie powinna umrzeć. Sama Joanna też zresztą miała sporą wiedzę, którą połykała łapczywie przez lata studiów, a i teraz wciąż ją zdobywała… Co prawda nie specjalizowała się w neurochirurgii, ale przecież niedawno zdobyła dyplom i nie wywietrzały jej jeszcze wiadomości z innych specjalizacji.

– Nie! – krzyknęła i wybiegła z sali.

Przeczytała już dokumentację medyczną siostry, wręczoną jej na lotnisku razem z listem wyjaśniającym źródło choroby, ale teraz postanowiła zapoznać się z dokładnym orzeczeniem stanu chorej, dokonanym przez przyjmujących ją na oddział lekarzy. Po jego lekturze, a szczególnie po przeanalizowaniu notatek dotyczących perspektyw na przyszłość, które nie były optymistyczne, zdecydowała, że będzie cały czas czuwała. Nie mogła dopuścić, by zaniechano którejś z możliwych ścieżek leczenia, by nie wykorzystano odpowiednio wszelkich możliwości. Miała zaufanie do swoich kolegów, lecz z praktyki wiedziała, że czujne oko osoby emocjonalnie zaangażowanej w przypadek czasem się przydaje.

– Tak łatwo się nie poddam! Do końca nie opuszczę mojej siostry i będę walczyła o każdy jej dzień! – stwierdziła, wracając korytarzem do separatki Alicji. Czuwała przy niej całą noc i kolejne też.

Pracowała na sąsiednim oddziale, więc przychodziła do siostry w każdej wolnej chwili. Niemal przeprowadziła się do jej sali. W swoim pokoju, znajdującym się w jednym z pawilonów na tyłach głównego budynku kliniki, bywała rzadko. Zaraz po objęciu asystentury zaproponowano jej wprowadzenie się do tego lokum i bardzo je sobie chwaliła. Medyczna działalność pochłaniała ją całkowicie, życie pozaszpitalne właściwie się dla niej nie liczyło, więc rozwiązanie to było dla niej idealne, a w dodatku płaciła niewiele, tylko rachunki za realnie zużyte media. Nie przypuszczała nigdy, że pokój ten odegra dużą rolę w dramatycznej sytuacji, w której się znalazła.

Oprócz codziennych zajęć pisała pracę doktorską, do której ukończenia niewiele już jej brakowało. Teraz, zamiast ją kontynuować, rozłożyła na swoim stoliku specjalistyczne publikacje dotyczące procedur medycznych związanych ze śpiączką. Przychodziła do swojego pokoju właściwie tylko po to, by je studiować. Robiła to trochę po kryjomu, by nie urazić leczących Alicję lekarzy. Nie miała zastrzeżeń co do stosowanych przez nich procedur medycznych, ale jako że siostra nie była jedyną ich pacjentką w ciężkim stanie, nie mieli oni dla niej tyle czasu, by wykorzystywać w praktyce wszystkie zalecane środki. Joanna starała się wspomóc ich terapię metodami, które wedle naukowych doniesień też przyczyniały się do zwiększenia szansy na wybudzenie pacjenta. Stosowała więc aromaterapię, podsuwając pod nos siostry różnorodne zapachy: te, które lubiła, jak na przykład woń sosny, ale i takie, których nie znosiła, jak odór czosnku. Do wielozmysłowego bodźcowania należała też smakoterapia, której dodatkowym celem było pojawienie się odruchu połykania. Szczególne znaczenie miały w niej ostre smaki zawarte na przykład w soku z cytryny czy produktach z dużą zawartością pieprzu. Wszystkie źródła naukowe zalecały też intensywne stymulowanie mózgu, najlepiej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Joanna zainstalowała więc w separatce magnetofon, z którego często płynęła muzyka, a kiedy mogła być przy siostrze, cały czas do niej mówiła. Wymyślała najrozmaitsze tematy i tak dużo paplała, że gdy nastawała nocna przerwa, była zachrypnięta. Wciąż mając nadzieję, że siostra wróci do zdrowia, wpadła na pomysł, by nagrać na magnetofon opowieść o swoich przeżyciach, które doprowadziły ją do Kanady. Gdyby stał się cud, myślała, i Ala zaczęłaby pytać, co się u mnie działo, będę mogła włączyć jej taśmę, żeby po raz drugi tego nie opowiadać.

Alu, nie myśl, że dla mnie rozstanie z tobą nie było szokiem. Gdy zobaczyłam, że pociąg rusza, a ciebie jeszcze nie ma, otworzyłam okno i zaczęłam głośno cię wołać. Inni pasażerowie również nawoływali swoich bliskich, którzy zostali na stacji, ale ja chyba byłam pierwsza. Potem powstał taki harmider, że trudno było zrozumieć pojedyncze słowa. Tak jak ty nie byłam osamotniona w swoim lęku, strachu o to, co będzie dalej, jak dam sobie radę, ale w przeciwieństwie do ciebie obecność ludzi wokół, którzy znaleźli się w tej samej sytuacji, jakoś mi pomogła. Szczególnie kiedy dowiedziałam się, że w przedziale obok bez jakiejkolwiek opieki została sześcioletnia Ula i jej jeszcze młodszy brat Krzyś. Pomyślałam, że ja, blisko czternastoletnia, nie mam co się użalać i muszę dać sobie radę. To zmobilizowało mnie do pozytywnego myślenia. Nie miałam innego wyjścia, musiałam jechać dalej.

Po trzech dniach dotarliśmy do Turkiestanu. Tam, mimo że niby byliśmy wolni, zajęło się nami NKWD, wszechobecne chyba na całym terenie ZSRR. Skierowano nas do oberży, gdzie mieliśmy przenocować. Przygotowano dla nas miejsca na cienkich matach rozłożonych na podłodze ogromnej sali – właściwie wyściełały one całą jej przestrzeń. Wokół niej na podwyższeniu stały okrągłe stoły, przy których biesiadowali w tym czasie okoliczni pracodawcy, tacy tamtejsi notable, z których większość była już chyba po sporej dawce alkoholu – wskazywały na to nie tylko zaczerwienione twarze, ale i typowo pijackie humory. Oprócz śpiewów płynęły stamtąd niewybredne żarty. Nasze przybycie stanowiło dla nich dodatkową rozrywkę i mimo że większość z nas była bardzo wyczerpana po podróży, a część zasnęła od razu po położeniu się na matach, prześcigali się w głośnych komentarzach na nasz temat. Taksowali nas niczym przywiezione na rzeź bydło, bo z pewnością wiedzieli, że możemy być ich potencjalnymi pracownikami.

– Ale to babsko ma wystające cycki. Tylko czemu gęba taka zapadnięta?

– Oj, popatrz, ten muskularny typ ma tylko jedno oko. Nadałby się do roboty, ale będzie pewnie wszystko krzywo ciął.

– Dziewuszka w chustce niczego sobie, ale szara jakaś na twarzy i prawie nie ma zębów.

– A ta to prawie dziecko. Do przedszkola ją, nie do roboty!

Słysząc te komentarze, pragnęłam uciec jak najdalej od tej okropnej speluny, ale nie miałam nic, żadnych pieniędzy ani jedzenia. Musiałam dostać się do jakiejś pracy, żeby utrzymać się przy życiu. Zacisnęłam więc zęby i próbowałam nie słuchać docinków pijanych Kazachów. Marzyłam, żeby zasnąć, ale nie mogłam. Przetrzymałam jakoś do rana, a wtedy przydzielono mnie do sowchozu zajmującego się uprawą kauczuku. Jako jedna z robotnic rolnych zamieszkałam w lepiance z gałęzi i błota, której połowę zajmowały świnie. Nieraz potem myślałam, że to były jedne z najsympatyczniejszych towarzyszek mojej wędrówki z zesłania.

Do moich codziennych obowiązków należało zrychlenie kauczuku, czyli pielenie i spulchnianie ziemi wzdłuż ciągnących się kilometrami rzędów roślin, oraz zbieranie nasion do dalszych zasiewów. Żeby cokolwiek zarobić, trzeba było wyrobić normę, czyli nazbierać ogromną ich ilość. Niedziela nie była dniem wolnym od pracy. Pracowało się tak samo, jak w dzień powszedni, ale za darmo, na rzecz radzieckiego państwa albo Armii Czerwonej. Te dni były dla mnie najgorsze, bo nie byłam w stanie przeboleć, że muszę cokolwiek robić dla kraju, który zabrał mi rodziców, a mnie pozbawił normalnego dzieciństwa i młodości. Najtrudniejsza do przetrwania była tam zima. Prace polowe ustawały i tylko mężczyźni znajdowali zatrudnienie, najczęściej na budowach. Kobiety siedziały w lepiankach, głodowały, wpadały w depresję, a to sprzyjało szerzeniu się różnych ciężkich chorób. Też przeżyłam taki czas. Dwukrotnie byłam na granicy życia i śmierci. Raz podczas zmagania się z tyfusem plamistym, a drugim razem chorując na żółtaczkę. Gdy doszłam do siebie, co trwało dosyć długo, poszłam na służbę do jednego Białorusina, który był niezwykle bogaty. Jak to często bywa, jego bogactwu towarzyszyła ogromna pazerność. Wykorzystywał mnie do najrozmaitszych prac – byłam na nogach cały dzień bez żadnej przerwy, wykonując czynności przekraczające moje nadwątlone chorobami siły – a płacił mi minimalnie, w dodatku podle traktując, gorzej niż swoje psy. Miał tych psów pięć. Cały dzień trzymane były na łańcuchach, żeby nocą, puszczone wreszcie wolno, pilnowały jego dóbr. Wtedy, co tu się dziwić, były groźne i rzucały się na każdego, kto się do nich zbliżał… W końcu, kiedy byłam już u kresu sił, a nie mogłam znaleźć żadnej innej pracy, zagadnął do mnie człowiek, który prawdopodobnie obserwował mnie od dłuższego czasu i postanowił pomóc:

– Ty dziewuszka taka młoda, może chciałabyś się jeszcze pouczyć?

Okazało się, że był nauczycielem zatrudnionym w kołchozie do prowadzenia kursów przygotowujących tubylczą młodzież do pracy w najpotrzebniejszych tam zawodach. Właśnie rozpoczynał się kurs dla traktorzystów i on zaproponował, żebym się na niego zapisała. Nie miałam pojęcia o prowadzeniu jakiegokolwiek pojazdu, a już na pewno nie przypuszczałam, że będę spędzać czas w szoferce takiego giganta. Ale byłam już tak zmęczona i zdesperowana, że przyjęłabym chyba każdą propozycję zajęcia innego niż to, które wtedy wykonywałam. Pomyślałam, że nawet jeśli nie uda mi się tego fachu nauczyć, to przez jakiś czas będę się go uczyła. Proces nauki zawsze lubiłam, niezależnie od tego, czego dotyczył, a tak długo nie miałam ku temu sposobności. Zgodziłam się.

Nigdy nie przypuszczałam, że jakiegoś Rosjanina będę mile wspominać, a nawet odczuwać wobec niego wdzięczność. Gdy pierwszy raz wdrapałam się do szoferki i z jej wysokości spojrzałam na pole, zakręciło mi się w głowie. Stopniowo okazało się jednak, że same zasady kierowania tym pojazdem nie są trudne, wymagają tylko oswojenia się z jego pokaźnymi gabarytami. Jako jedyna dziewczyna na kursie szybko stałam się, co podkreślał mój wybawca, najlepszą jego uczennicą. Wyraźnie widać było, że kozaccy młodzieńcy, którzy stanowili większość kursantów, nie byli zaprawieni w przyswajaniu sobie wiedzy. Po około dwóch miesiącach czułam się już pewnie, przemierzając gigantyczne pola. Czasem może zbyt pewnie, co wytykał mi nauczyciel. Działo się to pod wpływem wspomnień. Kiedy jechałam tym potworem, przypominały mi się moje rowerowe szaleństwa w lasach i na uliczkach naszej ukochanej podwileńskiej Kolonii Kolejowej i wstępował we mnie duch brawury.

Od rozpoczęcia etatowej pracy w charakterze traktorzystki dzieliły mnie już tylko dni, kiedy dotarło do mnie wezwanie – imienne wezwanie do wojska. Dopiero wtedy przypomniałam sobie, że razem z tobą na którejś ze stacji kolejowych, gdy jeszcze jechałyśmy szczęśliwe razem, wypełniłam podanie o przyjęcie do Armii Polskiej. Do dziś nie wiem, w jaki sposób zdołano mnie odnaleźć w jednym z tysięcy kołchozów, w które obfitował ten gigantyczny, a w dodatku kiepsko zorganizowany kraj. Teraz powstał jednak problem. Każdy absolwent kursów był bowiem zobowiązany do przepracowania trzech lat w zawodzie, którego go nauczono. Kierownictwo sowchozu nie chciało się więc zgodzić na mój wyjazd, no i miało do tego prawo. Próbowałam coś wskórać, ale robiłam to bez przekonania, bo wydawało mi się, że wszelkie starania w tej sprawie skazane są na niepowodzenie. Mój anioł stróż, jak już wtedy zaczęłam w duchu nazywać nauczyciela, i w tym momencie mnie nie opuścił.

– Dziewuszka, ty naprawdę chcesz służyć w tej armii? Po co ci wojaczka? Nie dosyć się już przez wojnę wycierpiałaś? – zapytał.

Odpowiedziałam, że o niczym innym nie marzę, przede wszystkim dlatego, że to moja jedyna szansa na odnalezienie siostry, z którą zgubiłyśmy się w drodze, a która być może też wstąpi lub już wstąpiła do tej armii. Gdy to usłyszał, zaczął działać i po kilku dniach władze sowchozu odstąpiły od normalnie obowiązującego przepisu. Niewątpliwie dopomógł podpis samego generała Andersa na wezwaniu. Zrobił on duże wrażenie, gdyż tamtejsi urzędnicy z wielką atencją odnosili się do wszelkich tytułów, a z największą do tych wojskowych…

– Przepraszam, pani doktor, ale pan profesor prosił, żeby przyszła pani do jego gabinetu. – Do separatki zajrzała pielęgniarka.

– Oczywiście, dziękuję, zaraz będę. – Joanna się zmartwiła, wiedziała, że rano zawieziono Alę na badania. Może zaobserwowano niepokojące zmiany w jej stanie? Wyłączyła magnetofon, pogładziła siostrę po czole i wyszła z pokoju. Dopiero za drzwiami się zreflektowała. – Ty durna idiotko – powiedziała do siebie szeptem. – Przez ten przedłużający się stres już w ogóle nie myślisz. Przecież to twój profesor cię wzywa, a nie ten z oddziału, na którym leży Alicja. Póki czas, puknij się dobrze w głowę, bo zwariujesz – dalej sobie wymyślała.

– Dzień dobry, koleżanko, proszę usiąść – przywitał ją profesor, wstawszy zza ogromnego biurka, na którym piętrzyły się stosy papierów. Był niewysoki, szczupły, a braki owłosienia z przodu głowy rekompensowały wąsy i pokaźna, gęsta broda. Zawsze nosił muszkę w miejscu krawata, a jej kolor często zmieniał, co wskazywało na to, że ma sporą kolekcję tych ubraniowych dodatków. Już na ostatnim roku jej studiów zwrócił uwagę na osiągnięcia Joanny i objął ją naukową opieką, a zaraz po uzyskaniu dyplomu zaproponował jej pracę na oddziale, którym kierował. Był klasycznym typem nieprzytomnego naukowca i zarówno na uczelni, jak i w klinice krążyły o nim najróżniejsze opowieści to potwierdzające. Joanna sama była świadkiem takiego zdarzenia. Kiedyś, podczas obchodu, gdy słuchał stetoskopem serca pacjenta, asystenci nagle usłyszeli:

– Przepraszam, czy ktoś puka?

Wszyscy zebrani przy łóżku popatrzyli po sobie ze zdziwieniem, a potem wybuchnęli śmiechem, któremu wtórował basowy rechot samego profesora. Mimo mikrej postury bas miał tubalny.

Był całkowicie pochłonięty nauką – nie miał jednak serca z kamienia. Raz się zakochał, ale ukochana zbyt mocno stąpała po ziemi, by na stałe zaakceptować związek z kimś tak nieprzewidywalnym. Teraz, będąc już w średnim wieku, skupił się wyłącznie na zawodowej sferze swojego życia. Współpracowników traktował po koleżeńsku, a tych młodszych nieco po ojcowsku, szczególnie tych, których wcześniej uczył. Kiedyś Joanna przyszła na egzamin po nieprzespanej, bo poświęconej na naukę nocy, w dodatku głodna, gdyż termin wypłaty stypendium przypadał następnego dnia, a całe poprzednie wydała na zakup maszyny do pisania. Musiała kiepsko wyglądać, bo profesor stwierdził, że w takim stanie nie dopuści jej do egzaminu, i wysłał ją do bufetu, by zjadła solidny posiłek – wręczył jej przy tym kwotę, która mogła wystarczyć na co najmniej dwa. Skąd wiedział, że jest bez grosza, pozostało dla niej tajemnicą.

Innym razem, gdy była już jego asystentką, zaprosił ją na koncert do filharmonii. Okazało się, że jest melomanem. Joanna nie znała się na muzyce poważnej, choć wszystkie trzy siostry – ona z racji wieku najkrócej – uczyły się gry na fortepianie. Basia nawet wiązała z tym swoją przyszłość. Profesor zaprosił ją też kiedyś do teatru na tak dobrą komedię, że obydwoje śmiali się na głos, ale kiedy po spektaklu zaproponował kolację, odmówiła. Wciąż widziała w nim przede wszystkim szefa, więc zbytnie spoufalanie się nie wchodziło dla niej w grę.

Ciąg dalszy w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij