Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

W Stronę Światła. Oczy Królowej. Tom 2. Część 2 - ebook ePUB - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 marca 2026
24,00
2400 pkt
punktów Virtualo

W Stronę Światła. Oczy Królowej. Tom 2. Część 2 - ebook ePUB - ebook

W drugim tomie Gaspar, wraz ze swoją drużyną, przygotowują się do ataku na kopalnię kryształów – podstawowego źródło energii Wielkich Rządzących. Jedyna osoba, która może im w tym pomóc, to Gorgiasz, tajemniczy osobnik żyjący na wysypisku śmieci, który jako jedyny ocalał z tego, jak sam to nazwał, „piekła na ziemi”. Choć misja wydaje się beznadziejna, a ich zasoby zatrważająco skromne, Gaspar wierzy, że im się uda. To jedyny sposób na osłabienie Wielkich Rządzących i uniezależnienie się od ich wpływów. Poza tym, nie chce zawieść królowej, której oddał swoje serce. „Oczy Królowej. W stronę światła” to trzymająca w napięciu futurystyczna powieść, opowiadająca o tym, co może czekać ludzkość za kilkadziesiąt lat.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397680456
Rozmiar pliku: 983 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Był środek nocy. Ciemności wokół rozświetlały jedynie pojedyncze lampy. Delikatna mgiełka unosiła się w powietrzu nad chodnikiem. Kilka postaci ubranych w długie płaszcze szło brudną aleją pomiędzy stosami śmieci. Wokół panował odór fermentującej żywności, ścieków i błota.

Siedmioosobowa grupka szła pewnie przed siebie. Niekiedy przystawali i oglądali się, nasłuchując, jakby w obawie przed strażnikami, ale nikt ich nie śledził. Strażnicy rzadko zapuszczali się w te rejony. To była dzielnica największej biedoty, mieszkanie odrzutków żyjących poza systemem. Było to miejsce pełne niebezpiecznych typków, zmutowanych jednostek pozbawionych punktów, tożsamości, a nawet imienia.

W mieście słyszało się czasem przerażające historie o tym, jak pracownicy rządowi zabierali niekiedy takich ludzi do zbiorowego utylizatora, aby „oczyścić atmosferę”. Taki spęd nazywano żniwami. Żniwa odbywały się cyklicznie co trzy miesiące i wówczas wszyscy bezdomni _pozasystemowcy_ chowali się do swoich kryjówek. Nikt nie wiedział, ilu mieszkańców liczyła dzielnica Zero. Mogły być ich tysiące.

– To tu – szepnął jeden z mężczyzn.

Grupka zatrzymała się pod dużym, żółtym kontenerem na śmieci wielkości domu. Nie miał drzwi, ani okien, a smród, jaki od niego bił, był tak okropny, że z trudem go wytrzymywali.

– Jesteś pewien…? – spytała Ivona.

– Tak – odparł ojciec Serafin kiwając głową.

– Śmierdzi trupem – skwitował Uriel.

Smród był tak intensywny, że wyciskał łzy z oczu.

– To tylko zewnętrzna osłona – powiedział Serafin. – W środku jest dużo lepiej.

Kiwnął na nich, żeby się zbliżyli. Potem wyciągnął dłoń i zapukał w kontener cztery razy. Gaspar zastanawiał się, czy człowiek, który ma im pomóc, rzeczywiście jeszcze tam mieszka. Może już dawno nie żył? W takim smrodzie pewnie i tak nikt by tego nie zauważył.

Po chwili Serafin zapukał ponownie, trzy razy. Odczekał moment i zapukał dwa razy, a na końcu jeden raz. Gaspar zrozumiał, że to jakiś ustalony sygnał. Przy ostatnim uderzeniu, coś drgnęło i z kontenera wysunął się ekran na nóżce. Na ekranie pojawiła się zakapturzona postać.

– _Kim jesteś i czego chcesz?_ – mroczna postać powiedziała metalicznym głosem.

Serafin wysunął się do przodu.

– Jestem ojciec Serafin, poznajesz mnie? – zapytał, odsłaniając kaptur swojej brązowej szaty.

Postać na ekranie powoli pokiwała głową.

– _Czego chcesz?_

– Porozmawiać.

– _A oni?_ – zapytała postać, wskazując na resztę.

– To moi przyjaciele.

– _Wejdźcie_ – usłyszeli w końcu po chwili milczenia.

Ekran zgasł, a monitor schował się. Z kontenera otworzyły się drzwi, ukryte tak doskonale, że były niewidoczne z zewnątrz. Ojciec Serafin wszedł przez nie pierwszy, a za nim reszta, zatykając sobie dłońmi nosy. Gaspar ukrył twarz pod chustką, którą miał przewiązaną na szyi, ale gdy tylko weszli do środka, zapach zelżał. Szybko zdał sobie sprawę, że wcale nie są we wnętrzu kontenera. Kontener maskował podziemne lokum, które faktycznie w środku nie było takie złe.

Zeszli po stopniach do niskiego pomieszczenia zawalonego gratami, pudłami z jakimiś sprzętami i mapami. W głębi pomieszczenia przy biurku, na którym stało kilka świecących ekranów, siedział ktoś ubrany w czarny płaszcz z kapturem. Na ich widok niewysokich rozmiarów, szczupły mężczyzna wstał. Trudno było określić jego wiek, ponieważ twarz miał ukrytą, ale nie mógł mieć więcej niż pięćdziesiąt lat.

– Gorgiasz… – powiedział ojciec Serafin.

– Serafin.

Mężczyzna miał chropowaty, metaliczny głos, jakby miał wszczepione w gardło jakieś urządzenie, które mówiło za niego. Podszedł do Serafina. Chwiał się, jakby z trudem przychodziło mu chodzenie. Serafin uścisnął go serdecznie i uczynił znak krzyża na jego czole tak, by nie odsłaniać jego kaptura.

– Jak się czujesz, bracie? – spytał.

– Bywało lepiej – odparł ponuro. – Ale bywało też gorzej.

Popatrzył po pozostałych, a Serafin po kolei przedstawił każdego z nich.

– To jest Gaspar, to Wrack, Uriel, Zebulon, Ivona i Eloi – wymienił.

Gorgiasz skinął im głową na przywitanie.

– Usiądźcie – polecił, pokazując pudła walające się po podłodze. – Niestety nie mam tylu krzeseł...

– Nie szkodzi – odparł Wrack. – Możemy stać.

Gorgiasz usiadł sam przy biurku otoczony ekranami i odetchnął ciężko, jakby ten minimalny wysiłek wystarczająco go zmęczył.

– Napijecie się czegoś? W kuchni mam czystą, odfiltrowaną wodę – powiedział. – Obawiam się jednak, że szklanek też mam niewiele…

– Nie trzeba, nie chcemy cię kłopotać – powiedział Serafin, siadając obok niego na zwalonym pudle. – Nie zajmiemy ci wiele czasu.

Gorgiasz oparł się łokciem o kant biurka. Popatrzył w swoje monitory. Gaspar zauważył, że znajdowały się na nich widoki z kamer, które obserwowały różne miejsca na ulicy, przy której stał żółty kontener. Kamera była też na jakimś placu oraz przy wjeździe do centrum miasta. Gorgiasz chyba musiał dostrzec ciekawskie spojrzenie Gaspara, bo powiedział do nich:

– To moje centrum obserwacyjne. Siedzę tu i widzę wszystko, co się wokół dzieje. Nie muszę nawet nigdzie wychodzić, wiem, kiedy przychodzą i kiedy odchodzą.

– Kto taki? – zapytała Ivona.

– Strażnicy.

To mówiąc zachichotał.

– Widzę, kiedy rozpoczynają się żniwa i zawsze jestem gotowy – ciągnął dalej. – Inni nie są tacy sprytni jak ja, no ale to ich problem, skoro dają się złapać…

Gaspar skrzywił się.

– Mam tu wszystko, czego mi potrzeba, produkcję warzyw z zebranych nasion z bioodpadów, a nawet własne źródło wody, tak! – zawołał. – Dokopałem się do rury odprowadzającej wodę i podpiąłem się pod jej zawór. Założyłem instalację, filtry i mam darmową wodę, ha! Sam się potrafię we wszystko zaopatrzyć. Nic mi nie zrobią!

Gaspar słuchał go z coraz większym niesmakiem. Nie spodobał mu się ten mężczyzna. Nie tak go sobie wyobrażał. Sprawiał wrażenie sprytnego podglądacza, któremu udało się wszystkich wykiwać, żyjącego w swoim własnym świecie i trochę oderwanego od rzeczywistości.

– Ten kontener jest z ołowiu – mówił dalej Gorgiasz – a ja dodatkowo pokryłem go jeszcze warstwą aluminium. Pozbyłem się wszystkich urządzeń śledzących, wszystkich nadajników, tak więc jestem niewykrywalny, ha! Nie ma mnie!

Zaśmiał się, ale jego śmiech trafił w próżnię, bo nikt inny nie przyłączył się do niego. Gorgiasz kaszlnął, chrząknął i splunął na ziemię.

– To o czym chcieliście ze mną porozmawiać? – spytał po chwili.

Gaspar poczuł na sobie spojrzenia reszty i wyszedł na środek. Jako że nie umiał owijać w bawełnę, powiedział wprost:

– Chcemy, żebyś nam powiedział, jak włamać się do kopalni kryształów.

Gorgiasz parsknął śmiechem.

– Przyszliście posłuchać bajki na dobranoc? – skwitował ironicznie. – To świetnie, tylko po co kłopotaliście się, idąc przez całą strefę Zero? Wystarczyło, że nagrałbym wam odpowiedź na hologramie. Serafin, przecież wiesz, że nie lubię towarzystwa, po coś ich tu ściągał? – zapytał z wyrzutem.

Ojciec Serafin milczał i spojrzał na Gaspara wymownie.

– Chcemy, żebyś nam powiedział, jak włamać się do tej fabryki… – Gaspar oznajmił ponownie mocnym głosem. – Aby móc ją zniszczyć.

Jego słowa zawisły w powietrzu, które zrobiło się nagle ciężkie i lepkie.

– Zwariowaliście… – chrapnął Gorgiasz swoim zniekształconym głosem. – A ja z wariatami nie gadam! Wynoście się stąd! Wynoście!

– Przyjacielu – uspokoił go Serafin, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Proszę, wysłuchaj do końca tego, co Gaspar ma do powiedzenia.

– Nie będę słuchał tych bredni! – warknął, odtrącając ramię Serafina. – Wy nie wiecie, o co prosicie!

Gaspar zbliżył się do niego o krok.

– Wiemy, o co prosimy – powiedział poważnie. – I zrobimy to. Obojętnie, czy nam pomożesz, czy też nie. Z twoją pomocą po prostu zrobimy to szybciej i sprawniej.

Gorgiasz wyciągnął w jego stronę dłoń z zakrzywionym palcem. Jego ręce ukryte były pod czarnymi, skórzanymi rękawiczkami.

– Zdajesz sobie sprawę, że idziecie na pewną śmierć, co? – wysyczał.

Gaspar nie odpowiedział. Nie dał się sprowokować. Gorgiasz poruszył się niespokojnie na swoim siedzeniu.

– I co, i wy też chcecie iść razem z nim? – zawołał na pozostałych.

Wrack pokiwał głową.

– Tak wam źle w waszych podziemiach? – wykrzyknął. – Lepiej siedźcie, gdzie wam dobrze, zamiast pchać się w samo jądro ciemności! Piekło na ziemi!

Gaspar obserwował go w milczeniu. Jego twarz zastygła jak głaz, bez wyrazu.

– Wkrótce nigdzie nie będzie bezpiecznego miejsca, gdzie będzie się można schronić – powiedział Wrack. – Wielcy Rządzący planują ogólnoświatowy atak na chrześcijan.

Gorgiasz chrząknął i znowu splunął.

– I dobrze – stwierdził ponuro. – Wreszcie się to wszystko skończy i raz na zawsze pójdzie z dymem, nie trzeba się będzie dłużej męczyć na tym podłym świecie…

Grupka popatrzyła po sobie niepewnie. Serafin wyglądał na najbardziej zakłopotanego.

– Przyjacielu, ale my nie chcemy do tego dopuścić – powiedział. – Chcemy im pomóc, uratować wszystkich, odcinając główne źródło zasilania…

– Jesteście głupkami i tyle! – zawołał Gorgiasz swoim metalicznym głosem. – Tyle mam wam do powiedzenia.

Gaspar zacisnął dłonie w pięści.

– Wiecie co, to strata czasu – powiedział głośno. – Ten dziwak i tak nic nie wie, a nawet jak wie, to i tak nam nic nie powie. Chodźcie stąd.

I obrócił się w stronę stopni do wyjścia.

– A idźcie, idźcie! – zawołał za nim Gorgiasz. – Głupcy, nie wiecie nawet połowy tego, co ja wiem, a ja i tak znam tylko niewielką część tego, co tam się dzieje! – wybuchnął.

– Daruj sobie – odparł Gaspar, rzucając oschle przez ramię. – Tak myślałem, jesteś tylko starym dziwakiem i tchórzem, który siedzi w tej swojej norze pod ziemią i nawet nie ma odwagi pokazać swojej twarzy…

Teraz wszyscy patrzyli to na niego, to na Gorgiasza. Mężczyzna wstał.

– Tchórzem, ach, tak?! – sapnął, przytrzymując się biurka.

– Gorgiaszu…

Serafin chciał go przytrzymać, ale on odepchnął go.

– Ja ci dam tchórza, ty młokosie! Ja ci pokażę…

Gaspar powoli obrócił się ku niemu i zobaczył jak tamten ściąga kaptur. W tej samej chwili usłyszał jęk Eloi i krzyk Ivony. Reszta wstrzymała oddech.

– O Boże! – zawołał głośno Wrack.

Oblicze Gorgiasza było całkowicie zdeformowane. Liczne ślady oparzeń oraz blizny ciągnęły się od ust do oczu, tak jakby jakieś wielkie szpony rozorały mu twarz. Jednego ucha nie miał, drugie było małe i pomarszczone. Nos miał w połowie nadłamany, sczerniały, jakby wypalony, a usta wykrzywione. Uśmiechnął się, a jego ciemne, zapadnięte oczy zabłyszczały chorobliwie. Wyglądał jak potwór, pół-człowiek, pół-trup. Gaspar dostrzegł w jego szczęce żółte kły takie, jakie mają psy. Wzdrygnął się na ten widok, choć wiele już w życiu widział okropnych rzeczy. Jednak w żaden sposób nie dał po sobie poznać, że jest tym wstrząśnięty. Nie chciał dać mu tej satysfakcji. Uniósł tylko lekceważąco brew, tak jakby nic sobie z tego nie robił.

– Z litości ukrywam swoją twarz, bo wiem jak ona działa na innych – powiedział Gorgiasz tym metalicznym głosem.

Teraz zobaczyli, że miał na szyi przytwierdzone jakieś urządzenie, które pomagało mu wydawać z siebie dźwięki.

– Nie mam zwyczaju straszyć przypadkowych ludzi – dodał, szczerząc wstrętne, psie kły. – Tylko tych, którzy sami się o to proszą.

– I co, myślisz, że po tym marnym przedstawieniu moje zdanie o tobie się zmieniło? – prychnął Gaspar. – Nadal uważam cię za tchórza. Zatem żegnaj! – zawołał i odwrócił się na pięcie.

– Gasparze… – zaczął Wrack, ale on nie obejrzał się.

– Gasparze, zaczekaj! – zawołał za nim Serafin.

Zrobił trzy kroki po schodach, gdy usłyszał jego krzyk:

– Czekaj!

Nie zatrzymał się od razu, najpierw musiał mu pokazać, że to nie on tutaj wydaje rozkazy.

– Czekaj, powiedziałem! – wrzasnął Gorgiasz.

Gaspar zatrzymał się w połowie drogi do wyjścia.

– Uważasz mnie za tchórza, tak? – zawołał.

Gaspar nie odwracał się. Czekał. Miał czas.

– Wszyscy wsiedli do tego samego wagonika, co ja, wiesz o tym? Wszyscy moi przyjaciele, wszyscy ci, na których mi zależało – powiedział szybko, z jakąś histerią w głosie. – Wszyscy tam byli! Nie tylko ja uciekałem, była nas setka, jak nie więcej. Byliśmy rozlokowani po dziesięciu w każdym przedziale. Wcześniej wydłubaliśmy sobie identyfikatory, żeby nas nie złapano i podczepiliśmy się od dołu, wisząc tuż nad szynami, i tak pojechaliśmy. Ponad sto osób!

Jego głos zaczął przechodzić w rzężenie. Gaspar spojrzał na niego. Mężczyzna charczał i pluł, wyglądał jak wściekłe zwierzę.

– Ominęliśmy pierwszy właz, nikt nas nie znalazł, ominęliśmy drugi właz, i tu też nic, wreszcie zatrzymali wagonik przed trzecim włazem…

Zaczął się trząść, jakby z trudem przychodziło mu mówienie o tym.

– Gorgiaszu… – szepnął Serafin, blady na twarzy.

– Komuś wystawał kawałek rękawa spod wagonika i jeden ze strażników to zauważył. Pociągnął za to, a za nim poleciał człowiek, odpadając od spodu. Wtedy się zaczęło…

Jego oczy płonęły jakimś obłąkańczym blaskiem.

– Zaczęli strzelać, zrobił się popłoch, połowa wybiegła z wagonika i rozproszyła się, część pozostała nieruchoma, przywarta do dalszych części kadłuba, licząc, że ich nie zauważą. A oni zabijali wszystkich, mężczyzn i kobiet… Wszystkich…

Gaspar słuchał go teraz z uwagą.

– Miotaczem ognia wykurzyli tych, którzy zostali przy wagoniku. Ludzie odpadali z wrzaskiem takim, jakiego nigdy nie zapomnę do końca życia… Widziałem ich twarze, pękającą skórę, czułem smród palonych włosów…

– To jakim cudem tobie udało się przeżyć? – zapytał Gaspar.

Gorgiasz usiadł z powrotem przy biurku, cały zasapany. Oddychał szybko, a jego zdeformowana twarz była cała czerwona.

– Zgarnęli mnie spychaczem razem z innymi, sądząc, że tak jak oni nie żyję, bo i wyglądałem jak martwy. Miałem zupełnie spalone ciało, zwęglone ręce, zmiażdżony nos… Wylądowałem na stosie odpadów wśród ciał moich przyjaciół. Cisza była potworna. Byłem tylko ja, sam, wśród tych trupów…

Mówił coraz bardziej urywanymi zdaniami, często chwytając powietrze przez usta.

– Przeleżałem tak noc, a potem zagarnęły mnie jakieś widły. Miałem iść do spalarni na utylizację, ale kiedy urządzenie mnie przenosiło, wyślizgnąłem się i ostatkiem sił wydostałem z kleszczy, które mnie trzymały. Upadłem na posadzkę, tuż przed wielkimi piecami. Nie miałem jak się schować, a wiedziałem, że gdy tylko mnie zobaczą, natychmiast mnie zabiją. Założyłem więc kombinezon ochronny, który był w jednym ze spychaczy, taki, jaki noszą pracownicy wyższego szczebla. Naciągnąłem maskę na twarz, a potem wsiadłem do tego spychacza i pokierowałem go do wyjścia. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Nikt się tu nie spodziewał żywego pracownika pierwszego sektora. Tutaj nie wpuszczano zbieraczy… Nie wiem, jak dojechałem do torów. Chyba musiałem zemdleć po drodze, a spychacz jechał sam. Ocknąłem się, gdy uderzyłem w barierki. Byłem przy trzeciej bramie. Zatrzymali mnie. Kazali wysiąść. Machnąłem tylko ręką i ruszyłem przed siebie. Nie wiem… – urwał gwałtownie, zamykając oczy.

Milczał kilka chwil, oddychając ciężko.

– Do dziś nie wiem, dlaczego mnie przepuścili… Nawet nie zadawali mi pytań… Może im przypominałem jakiegoś wysoko postawionego urzędnika… Nie wiem… W każdym razie ruszyłem, wyjechałem z tego piekła. Jechałem po chodniku awaryjnym na włączonych światłach ostrzegawczych. Tylko podczas awarii spychacze mogą się tam poruszać. W taki sposób dojechałem do czwartej bramy, ostatniej, która była tylko formalnością. Tam przepuścili mnie bez sprawdzania, nawet się nie zatrzymywałem. Śluza się otworzyła i… wydostałem się na powierzchnię.

Umilkł. Wszyscy patrzyli na niego z napięciem.

– Spychaczem dojechałem na dzielnicę biedoty. Nie było daleko. Zostawiłem maszynę na wysypisku, a sam dowlokłem się do jedynego człowieka, który mógł mi wtedy pomóc. Ojca Martyna…

– Ojciec Martyn? – zapytał na głos Gaspar.

– Ojciec Martyn… – powiedział cicho Serafin. – To on wtedy posługiwał wśród najuboższych, udzielając im niezbędnej pomocy medycznej. Znalazł Gorgiasza, niemal spalonego żywcem, na pół umarłego, leżącego pod drzwiami jego lazaretu. Natychmiast się nim zajął, sprowadził pomoc i jako tako poskładali go do kupy…

– Ha! – zawołał niespodziewanie Gorgiasz. – Robili, co mogli, robili, co mogli… resztę zrobiły kryształy, a co…

– Kryształy…? – odezwała się Ivona.

– Choroba popromienna – wyjaśnił Serafin. – Powoduje gnicie ciała i nieodwracalne zmiany w ludzkim genotypie. Człowiek mutuje do wynaturzonych form i nic nie jest w stanie tego procesu powstrzymać. To efekt wieloletniego bycia wystawionym na działanie promieniotwórcze kryształów. Zazwyczaj ludzie przeżywają w podziemiach około dziesięć lat. Potem już…

– Ja byłem tam siedem! – wydyszał Gorgiasz. – Siedem lat piekła, których mi nikt nie zwróci! Siedem lat zmarnowanego życia…

W jego głosie słychać było gorycz i frustrację. Popatrzył znów w swoje ekrany, jakby na chwilę chciał objąć kontrolę nad tym, co mu jeszcze pozostało. Spojrzał w jeden monitor, w drugi, trzeci… Jego oddech powoli uspokajał się.

– Czy jeszcze ktoś to przeżył…? – spytał Wrack.

Gorgiasz z trudem oderwał wzrok od ekranu.

– Tylko ja przeżyłem! – wydyszał. – Z ponad setki osób, które tego dnia postanowiły uciec, uratowałem się tylko ja! Nie wiem, dlaczego przeżyłem, byłem jednym z najmniej sprawnych. Wielu młodszych ode mnie, silniejszych, wytrzymalszych zginęło. A przetrwałem ja, najgorszy z nich wszystkich. Powinienem był zginąć wraz z nimi, powinni mnie spalić żywcem, zniszczyć, aby nie pozostał po mnie żaden ślad…! – wyrzucił z nienawiścią. – Wtedy przynajmniej by się to wszystko skończyło, to całe cierpienie…

Charknął i splunął. Otarł twarz w jakąś chustkę, którą miał zwiniętą w kulkę na biurku.

– Niektórzy z nich chcieli powiedzieć całemu światu o tym, co się dzieje pod ziemią, mieli swoje plany, ideały, cele… To były piękne osoby o pięknych sercach… A ja chciałem tylko przeżyć, chciałem tylko stamtąd zwiać i znów zacząć żyć, a nie tylko umierać… Oni bardziej zasługiwali na to, aby przeżyć, przynajmniej zrobiliby coś dobrego dla tego świata…

Gaspar zszedł ze stopni i przeszedł przez całe pomieszczenie, zbliżając się do jego biurka. Gorgiasz spojrzał na niego, podnosząc głowę.

– Teraz twoja kolej zrobić coś dobrego – powiedział poważnie. – Nie uciekłeś stamtąd tylko po to, aby teraz tkwić w tym smrodliwym bunkrze i patrzeć na świat przez monitory. Masz okazję teraz się wykazać i pomóc nam, pomóc całemu światu, tak, jak chcieliby tego ci, którzy nie mieli tyle szczęścia co ty.

Gorgiasz uśmiechnął się do niego, a jego twarz i tak już zniekształcona, wykrzywiła się jeszcze bardziej.

– To co, chłoptasiu? – zagadnął. – Już nie uważasz mnie za tchórza, hę?

– Nadal uważam, że jesteś tchórzem – powiedział mu Gaspar wprost, twardo, bez zastanowienia.

Krzywy uśmiech Gorgiasza spełzł mu z twarzy.

– Ale od ciebie zależy, czy umrzesz jak tchórz, czy jak wojownik – dodał.

On spojrzał na niego ze zdumionym wyrazem twarzy. Jego ciemne oczy, przypominające ślepia wygłodniałego zwierza, zaczęły poruszać się w lewo i w prawo, w górę i w dół, jakby nad czymś intensywnie myślał i szukał wyjścia z tej sytuacji.

– Wy rzeczywiście chcecie tam iść… – stwierdził Gorgiasz po chwili. – Nie boisz się, że umrzesz?

– Nie – odparł Gaspar pewnie.

Gorgiasz odchylił się na krześle.

– Dlaczego?

– Dla chrześcijanina śmierć to przejście do wieczności i spotkanie twarzą w twarz z Bogiem, który go kocha, więc czego mam się bać? Tego, który mnie kocha? – powiedział. – Nie boję się śmierci. I nie boję się miłości. Bardziej boję się nienawiści, która może opanować moje serce i je zaślepić, a także tego, że ze strachu mógłbym zaniechać zrobienia czegoś dobrego.

Gorgiasz długo nic nie odpowiadał. Gaspar widział, jak tamten ze sobą walczył. Pomyślał, że nie będzie go już więcej prowokował. Teraz on musiał podjąć decyzję.

– Myślę, że… – zaczął, spoglądając na Wracka i dając mu znak, że powinni już iść.

– Powiem wam wszystko – odezwał się nagle Gorgiasz.

Wszyscy spojrzeli na niego ze zdumieniem.

– Gorgiaszu, jesteś pewien? – zapytał Serafin.

– Tak – mruknął tym metalicznym głosem. – Opowiem wam wszystko, co chcecie wiedzieć na temat kopalni kryształów. Tylko w ten sposób będę mógł… Będę mógł…

Westchnął ciężko.

– Będę mógł nadać sens temu wszystkiemu…

Gaspar pokiwał głową z zadowoleniem. Przełamując samego siebie, podszedł do niego blisko i położył mu dłoń na ramieniu. Zobaczył jak tamten spojrzał na niego ze zdumieniem. Pewnie niewiele osób chciało dotykać jego zdeformowanego ciała.

– Jest w tobie więcej dobra, niż myślisz – rzekł mu Gaspar.

Gorgiasz nie odpowiedział. Gaspar nie był pewien, czy grymas na jego twarzy był uśmiechem, czy wzruszeniem.ROZDZIAŁ III

Trzeciego dnia nerwowego oczekiwania ewakuowano wreszcie wszystkich, młodych, starych, dzieci, chorych i ich opiekunów do poziomu zero, tam, gdzie było najbliżej do wyjścia. Pomiędzy najciężej chorymi krzątały się siostry krystalitki i doktor Markus, wydając raz po raz ostatnie polecenia. Tych najmniej sprawnych układano do kapsuł i wstrzykiwano im jakieś substancje uspokajające, by zasnęli. Małe dzieci płakały, matki je uspokajały, a dorośli rozmawiali między sobą, głośno pokrzykując. Każdy był już uprzednio spakowany, zaopatrzony, z prowiantem, gotowy do ucieczki.

Czwartego dnia rano obudził ich alarm. Strażnicy dokopali się do poziomu minus trzy i najprawdopodobniej odkryli już ich tunele mieszkalne. Wszyscy bezzwłocznie mieli udać się do holu, a z niego do wyjścia na powierzchnię.

– Ustawcie się czwórkami przy bramie wschodniej! – rozkazał Mikael, który wraz ze swoimi ludźmi dyrygował całą tą operacją. – Czekamy jeszcze na Maurycego, powinien zjawić się lada chwila z ojcem Józefem.

With stał razem z Anną. W niewielkim tobołku miał wszystko, co posiadał, a raczej to, co dali mu chrześcijanie: bieliznę, jakieś zapasowe ubranie i trochę jedzenia, które wcześniej poporcjował i zapakował w hermetyczne pudełka. Anna dźwigała ze sobą drugi, podobnej wielkości tobołek. W nim miała oprócz ubrania trochę lekarstw, bandaże i opatrunki na wypadek odmrożeń. Oboje dostali ciepłe białe kombinezony, takie, jakie każdy tutaj posiadał, oraz czapy, rękawice i grube buty. Stali przy wejściu wschodnim, czekając w nerwowym tłumie na dalsze instrukcje.

Przez ostatnie noce With niewiele spał. Wciąż nawiedzał go ten sam sen. Biegł w nim przez las, aby wysadzić farmę, jednak za każdym razem budził się w momencie, kiedy zbliżał się do ogrodzenia z drutu kolczastego. Zastanawiał się, czy to tylko zwykłe sny, czy może są czymś więcej. Nie mówił o tym Annie, nie chciał jej dodatkowo przerażać. I tak przeżyła już wystarczająco dużo w ostatnim czasie.

– A jeśli nas odnajdą? – odezwała się cichutko, przysuwając się do niego.

– Nie odnajdą nas – powiedział, obejmując ją ramieniem. – Przecież jesteśmy od nich daleko, pamiętasz co mówił Mikael. Zablokowali windy, a bez nich wejście na kolejny poziom będzie utrudnione przez zapory z betonu. Zanim strażnicy się przez nie przekopią, znów minie parę dni, a my w tym czasie zdążymy już odejść daleko stąd.

Naraz z oddali nadeszło dwóch mężczyzn. With rozpoznał od razu Maurycego wspierającego się na lasce. Drugim mężczyzną musiał być kapłan, ojciec Józef. Nosił tak jak pozostali biały kombinezon, z tą jedyną różnicą, że miał przewieszoną przez szyję małą, haftowaną w złote wzory torebeczkę. Torebka zawieszona była na wysokości jego piersi. Ściskał jedną dłonią tę torebeczkę, jak najcenniejszy skarb.

– Pan jest z nami – oznajmił zdyszanym głosem, pokazując na torebkę. – A zatem możemy wyruszać.

With zastanawiał się, co takiego jest w tej torebce, ale nie było już czasu na zadawanie pytań. Mikael popędził ich, aby ruszyli za nim wschodnim tunelem. With i Anna, trzymając się za ręce, poszli w grupie z innymi. Jako ostatni do tunelu weszli mężczyźni z drużyny Mikaela. Zatrzasnęli właz, uruchamiając specjalny kod.

– To powinno wystarczyć, przynajmniej na jakiś czas – skwitował Maurycy, przyglądając się ich pracy. – Tych wrót nie da się sforsować inaczej, niż przez wysadzenie – dodał.

– Maurycy, przejdź z nami do przodu, będziesz potrzebny w rozpoznaniu terenu! – zawołała go Ruta.

Starzec przecisnął się między ludźmi i przeszedł na czoło pochodu. With i Anna tymczasem szli swoim tempem, razem z innymi.

– Robi się coraz ciemniej – zauważyła Anna.

Rzeczywiście, światła na suficie, które oświetlały im drogę, stawały się coraz bledsze, tak jakby tutaj nie dochodziła już energia, która je napędzała.

– Na szczęście mamy jeszcze latarki – powiedział With.

Sięgnął do kieszeni. Niewielkich rozmiarów prostokątny przedmiot uruchamiało się ruchem ręki.

Spojrzał na Annę. Dostrzegł łzy w kącikach jej oczu.

– Anno? – spytał miękko. – Dlaczego płaczesz?

Uniosła swoje duże, zielone oczy.

– With…

Objęła go mocno w pół, idąc z nim krok w krok.

– Mam złe przeczucia…

– Co masz na myśli? – spytał cicho, tak, aby nie usłyszeli tego inni.

– Boję się…

– Ja też, ale… – zawahał się. – Ale wszystko będzie dobrze. Jesteśmy razem, nic nam grozi. Przeżyliśmy razem mroźne noce w lesie, przeżyjemy i tę ucieczkę.

Anna pokręciła głową. Zobaczył, że łzy spływają jej po policzkach.

– To nie to… To coś innego – powiedziała. – Boję się, że cię stracę…

Zaniepokoił się jej słowami.

– Anno, nie stracisz mnie – zapewnił, obejmując ją ramieniem. – Przecież jestem tu razem z tobą i nigdzie się nie wybieram.

Ona spojrzała na niego tak, jakby chciała wymusić na nim jakąś obietnicę.

– Na pewno?

– Oczywiście, moja kochana, dokąd niby miałbym pójść?

Ona jednak nie wyglądała na uspokojoną.

– Anno, o czym myślisz? – spytał, gdy zbyt długo nic nie mówiła.

– With, proszę cię, bądź zawsze ze mną.

– Anno, przecież zawsze będą z tobą.

Pocałował ją w czoło.

– Nigdzie się nie wybieram, nie zostawię cię samej – szepnął jej do ucha. – Nie bój się.

Ona pokiwała głową, uspokojona nieco. Dalszą drogę przebyli w milczeniu, ale With wciąż myślał o jej dziwnych słowach. Miał wrażenie, że udzielił mu się jej niepokój.

Mikael, Maurycy i reszta starszych poprowadzili ich tymczasem w górę tunelu. W tym miejscu nie było już w ogóle oświetlenia, więc musieli posługiwać się latarkami. Widać było, że tej części tunelu rzadko używano. Ściany były pokryte wilgocią, a im wyżej się wznosili, tym bardziej robiło się zimno. Musieli znajdować się już blisko powierzchni.

– Tutaj! – odezwał się naraz Mikael. – Jest wyjście!

Zatrzymali się przy końcu tunelu i stanęli przy okrągłym włazie. Maurycy wpisał odpowiedni kod na płaskiej tarczy potężnego zamka i zapadka odskoczyła.

– Teraz razem, pchnijmy je z całej siły – polecił Mikael swoim ludziom.

Grupa mężczyzn zebrała się i równocześnie szarpnęli za uchwyt, ale wrota ani drgnęły.

– Spróbujcie jeszcze raz, mocniej – powiedział Maurycy. – Właz przez wiele lat nie był używany i wejście po drugiej stronie mogło zarosnąć, albo przygniotło je jakieś drzewo.

– Raaazeem! – zawołał Mikael, pchając ze swoimi kompanami.

Dołączyły do nich inne osoby i w końcu po wielu próbach okrągłe wejście wreszcie drgnęło i mroczny tunel zalał blask słonecznego światła.

– Ach!

With zmrużył oczy i odwrócił głowę.

– Chodźcie! – zawołał do wszystkich Maurycy. – Nie traćmy czasu.

Jako pierwszy wyszedł z tunelu, a za nim ruszyli pozostali. Tunel wychodził wprost na skaliste wzniesienie. Aby dostać się na szlak prowadzący ich przez las do zatoki, musieli z niego zejść. Nie było tu wysoko, ale dość stromo, w dodatku skały pokrył zamarznięty śnieg i łatwo można było się poślizgnąć.

– Ostrożnie, schodźcie pojedynczo – poinstruował ich Mikael, koordynując całą grupę.

Gdy tylko wyszli na zewnątrz, natychmiast uderzył w ich twarze lodowaty podmuch wiatru. With nasunął mocniej czapę na czoło i założył gogle, które były do niej przymocowane. Szedł pierwszy po skałach, podając rękę Annie i pomagając jej zejść. Razem z innymi przenieśli nad skałami chorych i maleńkie dzieci umieszczone w kapsułach. Kiedy wszyscy stanęli na ziemi, Maurycy rozejrzał się uważnie po terenie.

– A teraz wszyscy kierujemy się w tę stronę – powiedział, pokazując dłonią przed siebie poprzez las. – Za jakieś dwie, trzy godziny dojdziemy do zatoki, tak więc nabierzcie sił i przygotujcie się na marsz.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij