Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

W tym domu już nie straszy. Reportaże o Żydach, Polakach i fatum - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
3374 pkt
punktów Virtualo

W tym domu już nie straszy. Reportaże o Żydach, Polakach i fatum - ebook

KRĘŻNICA JARA, PARYŻ, MARIANKA, BRUKSELA, CZĘSTOCHOWA, VANCOUVER, LGOTA MAŁA, NOWY JORK, STRĘGOBORZYCE, KRAKÓW, ANTWERPIA.

Potomkowie Żydów, którzy w czasie drugiej wojny światowej za pieniądze szukali schronienia u Polaków. W domu, w stodole, w dziurze w ziemi, za wychodkiem. I potomkowie Polaków odpowiedzialnych za zbrodnie, które przemilczano.

Czy na gospodarzach, którzy zachęcili rodzinę lubelskiego krawca, żeby się u nich ukrywała, po czym – za pomocą wideł i siekiery – zabili ojca i dwóch synów, ciąży klątwa? A czy ciąży też na tych, którzy kupili po nich dom, nieświadomi zbrodni, jaka się tam dokonała? Czy pomoże tu interwencja proboszcza, który „ma magistra z egzorcyzmów i strasznie silne pole”? Paweł Piotr Reszka jest obdarzony słuchem absolutnym. Wyłapuje nim w potoku maskujących słów, co ludzie naprawdę mówią. A gdy wsłucha się już uważnie w bohaterów i przedstawi nam ich głos, konfrontuje nas z inną wersją tej samej historii, wersją, za którą stoją tysiące przeczytanych stron dokumentów. „W tym domu już nie straszy” to kolejna książka, w której łączy wrażliwość reportera i warsztat historyka. Przeczytajcie koniecznie!

Anna Bikont

To jest książka o genetyce winy. Czy zło można odziedziczyć? Co z duchami przeszłości nawiedzającymi nasze myśli, sny i domy? Czy mogą się na tyle zmaterializować, by po latach pozbawić nas życia? Same pytania w tej książce. Nie potrafią albo nie chcą na nie odpowiedzieć nawet najmądrzejsi rabini. Reszka też nie próbuje. Bo jest zbyt mądrym reporterem? Pisarzem? Sam nie wiem. Ale pisze czysto, prosto i szlachetnie.

Andrzej Stasiuk

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8380-565-8
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

KRAWCOWE 1

Albo kiedyś na wakacjach. Wynajęli dom w Portugalii, wygodny, kilka pokoi, tak by cała rodzina mogła się zmieścić. Ale z nią było ciężko. Ta podejrzliwość, ten brak zaufania, te pretensje, wiadomo, to starsza osoba, mama, kochana babcia, ale jednak... W końcu syn wynajął dla niej pokój, w hotelu niedaleko, mama odpocznie, reszta też. Skarżyła się wciąż, ludzie piętro niżej zmówili się, specjalnie hałasują, by jej zrobić na złość. Zresztą te ostatnich dziesięć lat wciąż taka była, nieufna, podejrzliwa, trudna.

Wnuk dopiero teraz powoli zaczyna rozumieć dlaczego, układają mu się w głowie różne elementy. Skąd u niej ten brak wiary w człowieka. Może to wszystko zaczęło do niej wracać, pogrzeb jej dziecka, którego imienia nikt nie poznał, nocą, w lesie, kryjówka, do której trzeba się było wczołgać po odchodach, płaszcz z futrzanym kołnierzem, tak cenny, że można było za niego zabić, jej młodszy brat, szaleńczo próbujący uciekać, z lejcami zarzuconymi na szyję, odciągany od płotu, przez który chciał przeskoczyć, dobity siekierami.

Może pod koniec życia to wszystko znów zaczęło się pojawiać w jej głowie, zastanawia się wnuk, może teraz w końcu uda się Różę zrozumieć.

FATUM

To potrafi przejść na kolejne pokolenie, na synów, córki, wnuki nawet. Cierpi się, a nawet nie wie człowiek dlaczego, mogą cierpieć też niewinni, a dlaczego nie? Choroby, śmierć, niepowodzenia, wszystko jest możliwe. Proboszcz o tym mówił, przestrzegał. A miało być tak pięknie, dom na wsi, w spokojnej okolicy, nie za blisko miasta, nie za daleko, tak że ósemką da się dojechać szybko do centrum.

Przenieśli się więc z miasta do małego domu na lekkim wzniesieniu. Po kolędzie przyszedł ksiądz. Modlił się, coś za długo, żarliwie jakoś. Dowiedzieli się wszystkiego. To był ten dom, na tym podwórku upadł ten młody, tu stał ten płot, przez który chciał przeskoczyć, życie ratować, stąd go odciągnęli, tam, trochę dalej, zarąbali jego ojca i brata.

Ci, co dom sprzedawali, nic im nie powiedzieli, tyle pieniędzy na zmarnowanie.

I oni muszą teraz żyć z tym cudzym cierpieniem za płotem. Jakoś jednak nieswojo. Śpi się z różańcem, trochę strach. Proboszcz mówił przecież, że wystarczy znaleźć coś, czego się nie powinno, coś, co należało do tamtych, co zginęli, i już można ściągnąć na siebie to. Coś złego, klątwę, fatum. Bo nie ma tak, że taka zbrodnia się przedawnia, że po tej całej krwi przelanej nie ma już nic na tym świecie, jest, jest, kara.

Nie ma tak, że to wszystko ginie w niepamięci.

I lepiej wiedzieć. Bo wiadomo, za kogo się modlić, komu współczuć, kogo winić. Gdy dom kupili i gdy ksiądz im wspomniał o tym wszystkim, zostawili tabliczkę z nazwiskiem starego właściciela, tak na wszelki wypadek, niech on tak będzie napiętnowany symbolicznie, on tu mieszkał, on to zrobił, on za to wszystko odpowiada, nie oni.

I teraz, jak ta cała historia zostanie opowiedziana od początku do końca, wszystko będzie jasne.

PŁASZCZ

Początek to kwiecień czterdziestego pierwszego, ale ich świat zaczął kruszyć się półtora roku wcześniej, we wrześniu. Gdy Niemcy wkroczyli do Lublina, rodzina mieszkała przy Zamojskiej, w centrum miasta. Róża miała osiemnaście lat, Natan, jej starszy brat – dwadzieścia dwa, Dawid, młodszy, trzynaście. Szprynca, ich matka – czterdzieści dwa, ile lat miał Moszek, ojciec, dziś nie wiemy. Nie wiemy też prawie nic o mężu Róży, tyle tylko, że był krawcem, podobnie jak cała rodzina.

Żyli więc z krawiectwa, ale pracy brakowało. Najbezpieczniej było nie wychodzić z domu. Każdy Żyd musiał się zarejestrować. Każdy mógł zostać pobity bez powodu.

Znajomy gazeciarz, sąsiad z tej samej kamienicy, wzięty przez Niemców do przymusowego odśnieżania, wrócił skatowany, zmarł po trzech dniach, student jesziwy, syn woźnego z ich bóżnicy, z obciętą brodą, pejsami, zmuszony przez żołnierzy do podarcia zwoju Tory, na podwórku, kilka ulic dalej, zakrwawieni ludzie, słaniający się na nogach, dostali nauczkę, od esesmanów albo żołnierzy, co za różnica.

Na wsi było lepiej, spokojniej. Krawcy już wcześniej jeździli tam za pracą, szyli chłopom, oni płacili żywnością. Przyjechał Władek, znajomy gospodarz, wydawał córkę za mąż, miał trochę roboty do zlecenia. Zaprosił ich do siebie. Pojechał ojciec Róży, jej mąż i bracia. Załadowali dwie maszyny, wsiedli na wóz.

Wiemy to wszystko, bo już po wojnie matka Róży złożyła relację o okupacji i swojej rodzinie, została opublikowana we Francji w Księdze pamięci Lublina.

Krawcy byli na wsi kilka miesięcy, kończyli pracę u jednego chłopa, szli do kolejnego, ludzie byli z nich zadowoleni. Co tydzień przyjeżdżali do domu, do Lublina, tu jednak było już tylko gorzej. Rodzina straciła mieszkanie przy Zamojskiej, musieli przenieść się bliżej Starego Miasta, podobnie jak inni Żydzi, tam gdzie powstanie getto.

Uznali, że nie ma na co czekać, trzeba wyjechać z miasta. Był Władek. Dogadali się. Zgodził się ich przyjąć za wynagrodzeniem. Załatwili pozwolenie od władz na wyjazd, było to wiosną czterdziestego pierwszego.

Zapakowali na wóz to, co im zostało z dobytku, maszyny do szycia, szafę, lustro, stół, kanapę, pościel, bieliznę, trochę biżuterii, ubrania, garnitury, jesionki, w tym damski płaszcz z futrzanym kołnierzem.

Nie jechali daleko, to kilkanaście kilometrów na południe od Lublina. Miejscowość nazywała się Krężnica Jara. Władek już na nich czekał, wynajął im dwie izby, akurat dobudował letnią kuchnię do swojego domu na lekkim wzniesieniu.

CAŁUN

Pracy było dość, reperowali chłopskie ubrania, szyli płaszcze, kurtki, czasem garnitur, lepszą sukienkę. Dostawali masło, jajka, mąkę. Innych krawców we wsi nie było. Z Władkiem i jego rodziną układało im się nieźle. Gdy Niemcy zabronili Żydom prowadzenia warsztatów, ukryli maszyny u ludzi i zaczęli wynajmować się do roboty na gospodarce.

Róża urodziła syna. Do Krężnicy przyjechała trochę później z getta w Lublinie. Rodzina liczyła, że uda im się jakoś doczekać końca wojny, wieś ich lubiła.

Jesienią czterdziestego drugiego Niemcy kazali wszystkim Żydom z okolicy stawić się w getcie w Bełżycach. Za pomoc im groziła śmierć.

Rodzina krawców nie chciała iść do getta, domyślali się, co to może oznaczać, Władek też był przeciwny i jego żona Marianna. Ukryjemy was, zaproponowali. Za trochę większe pieniądze. Na podwórzu stał mały budynek, na dole był chlew, na strychu gospodarze trzymali siano, tam przeniósł ich Władek. Ale dla wszystkich miejsca nie starczyło. U Władka zostali bracia Róży Natan i Dawid. Moszek, jej ojciec, nocował tam, gdzie była praca i gdy gospodarze mu pozwolili.

Różę z jej synem, który miał wtedy cztery miesiące, zgodziła się przyjąć Mańczyna, tak wołali na nią ludzie, od nazwiska. Mieszkała na drugim końcu wsi w małej chatce. Chciała dorobić, zgodziła się na meble, pościel i bieliznę. Pomieszkiwała u niej też Szprynca, matka Róży.

We wsi trwały wykopki, gdy dziecko zachorowało. Kaszlało mocno, nie było lekarstw ani lekarza, czuwali przy nim dzień i noc, patrzyli, jak odchodzi. Całun wycięły z białej spódnicy, chłopca ułożyły w drewnianej skrzynce, na worku wypełnionym słomą.

Pochowały go nocą. Skrzynkę zawiniętą w obrus wyniosły do lasu, Mańczyna była ich przewodniczką. Ciężko kopało się w kamienistej ziemi, próbowały kilka razy. Na gałęzi drzewa Szprynca zostawiła kawałek sznurka, by kiedyś odnaleźć grób.

Teraz każdy dzień był wyzwaniem. Mańczyna pozwalała im spać w domu, ale gdy pojawiło się ryzyko, że do wsi mogą przyjechać Niemcy, prosiła, by odeszły, pamiętała jeszcze, by dać im coś do jedzenia.

Błąkały się po okolicy. Czasem ktoś, dawny klient, zgadzał się, aby przenocowały w jego obejściu, stodole czy komórce, zawsze po tym jednak wracały do Mańczyny, a ona mimo lęku przyjmowała je z powrotem. Stała im się bliska jak rodzina.

Władek, u którego wciąż mieszkali bracia Róży, wystraszył się, że ktoś może donieść Niemcom, że przechowuje Żydów. Przenieśli się więc do dziury w ziemi, którą wykopali w krzakach niedaleko jego domu. Raz w tygodniu szli do Mańczyny, żeby się umyć. Gdy było spokojniej, z dziury w ziemi wracali na strych chlewika u Władka. Ale zdarzało się też tak, że nocowali u innych gospodarzy, tam gdzie była praca lub akurat tej nocy było bezpiecznie, w piwnicach, na strychach, w szopie.

Władek karmił ich coraz gorzej. Dawid poskarżył się matce, że głodują. Czuła gorycz, zostawili im wszystko, co mieli, Marianna przecież ją uspokajała, wszystko ci przechowam, mówiła, a jak będziesz chciała coś sprzedać, przyjdziesz i sobie odbierzesz.

I jeszcze była taka smutna, gdy Szprynca i Róża odchodziły, uroniła łzę nawet. Zostawili jej ubrania, koszule nocne, koszule męskie, pościel, poszwy, serwety, obrusy, ręczniki, zastawę stołową. Głodny Natan widywał Mariannę w sukienkach swojej matki, zupełnie jakby te wszystkie rzeczy zmieniły już właścicieli.

Moszek, który pracował u jednego z gospodarzy w okolicy i tam też nocował, musiał się wynieść, zgodziła się go zatrzymać inna chłopka, ale w zamian chciała płaszcz z futrzanym kołnierzem. Był u Marianny, więc Szprynca poszła go odebrać. Przebieg tej rozmowy również znamy z relacji, którą złożyła w Paryżu. Marianna pobladła, po co oddawać płaszcz, odparła, lepiej może niech Moszek tu przyjdzie się ukrywać, tak będzie lepiej.

Zbliżały się święta. Róża i Szprynca robiły u Mańczyny ozdoby z papieru na choinkę, gdy do gospodyni przyszedł sąsiad. Ukryły się pod stołem. Obcy nie powinien ich oglądać. Siedząc pod stołem, dowiedziały się, co się stało, o czym się we wsi mówi. O tym, że dwóch krawców zabili. Kto konkretnie, tego sąsiad nie powiedział. Była już późna noc, gdy Róża pobiegła do Władka. „Wynoś się!”, krzyknął na jej widok.

Do tej pory Róża i jej matka ukrywały się, teraz będą ukrywać się i prowadzić własne śledztwo, potem będą ukrywać się i walczyć o sprawiedliwość.

LISTY

Kilka razy jeszcze chodziły do Władka, najczęściej nocą. Strych był pusty. Nikt więcej nie widział Moszka i jego dwóch synów Dawida i Natana.

Pytały we wsi, może ktoś coś wie, może ktoś coś słyszał? Ryzykowały, wychodząc wieczorem, pukając do ludzi, ale musiały wiedzieć. I tak przez kilka tygodni, w mrozie, śniegu, w ciemnościach. Powoli łączyły fakty.

Szprynca pamiętała, że starszy syn opowiadał jej, że Władek zaprosił ich do siebie do domu w niedzielę, cztery dni przed Wigilią. Zaraz po świętach miała się żenić córka szwagra Władka, szwagier to jednocześnie najbliższy sąsiad. Potrzebował pomocy do pędzenia bimbru, krawców to cieszyło. Posiedzą przynajmniej w cieple, liczyli.

Młodszy syn, to też ustaliła, był widziany ostatni raz, gdy szedł do Władka, obiecali mu mleka i coś do jedzenia.

Ludzie dopowiedzieli im resztę, miały już pewność, co się stało, kto odpowiada za śmierć trzech krawców. Wielu we wsi było poruszonych. Jak Władek, jego rodzina, mogli coś takiego zrobić? Biedy nie cierpieli. I po co?

Wesele córki szwagra Władka odbyło się zgodnie z planem.

Minęło kilka tygodni i nie działo się nic. Bo i co miało się niby wydarzyć? Każdego dnia przecież ginęli Żydzi, na polu, w lesie, gdzieś blisko, o tym wciąż się mówiło, nikogo to już nie dziwiło.

Do ludzi we wsi zaczęły przychodzić listy. Były anonimowe. Drogi sąsiedzie, czy wiesz, co się stało? Rodzina Władysława zabiła trzech krawców, wcześniej dostali cały ich majątek, czy to nie wystarczyło? Sąsiedzie, jak możesz milczeć?

Szprynca nie umiała pisać, gdy sytuacja urzędowa tego wymagała, stawiała krzyżyk, słabo mówiła też po polsku, dobrze znała tylko jidysz. Pisała więc Róża albo ktoś zaufany. Szprynca nocą nosiła listy, kilka kilometrów do skrzynki pocztowej pod urzędem. Nie naklejała znaczka, ale i tak dochodziły. Do zastępcy sołtysa, którego uważały za uczciwego człowieka, do sąsiadów, do księdza, też do żandarmerii niemieckiej, chodziło o sprawiedliwość oraz zemstę.

Mieszkańcy Krężnicy Jarej zaczęli znów rozmawiać o tym, co się stało. Taka zbrodnia, to byli nasi krawcy. Czyj płaszcz masz na sobie? I czyje buty? Natana czy Dawida? – pytali Stanisława, syna Władka, gdy szedł przez wieś.

Po wódce opowiedział znajomym, jak to wszystko było, jak upili krawców, jak najpierw Natana i Dawida siekierą i widłami na podwórku, jak potem Moszka na strychu siekierą.

Marianna wyszła z kościoła po tym, gdy ksiądz z ambony powiedział, że wyprosiłby ją, gdyby nie wojna, i że Polacy nie powinni mieć na rękach krwi żydowskiej, nie wytrzymała spojrzeń ludzi. Potem wróciła i przed dwoma księżmi, żegnając się, zaklinała się, że ktoś ich oskarża bezpodstawnie, oczernia.

Tego już było za wiele. Pewnej nocy, wiosną, gdy ziemia już rozmiękła, chłopaki ze wsi rozkopali grób krawców, wyciągnęli jedno ciało, zanieśli z powrotem do Władka. Ustawili je w drzwiach, gdy rankiem otworzył, zwłoki wypadły na niego, był to Natan.

KAPUTT

Praca w obejściu, w polu, w kuchni. Było jak wcześniej. Dalej poprawiały też chłopom marynarki, szyły ich żonom. Chodziły na piechotę wiele kilometrów, na plecach taszcząc wszystko, co miały. Czasem gospodarze pozwalali im nocować, zapraszali do stołu, ale bywało też, że gdy tylko kończyły robotę, pytali: a gdzie dziś śpicie? Co znaczyło: idźcie już. Zdarzało się też, że gdy ledwo żywe ze zmęczenia starały się ukryć w czyjejś stodole, pojawiał się ktoś z kijem, kto je przeganiał.

Władysław i jego rodzina żyli jak dawniej. Ciało Natana wywieźli i zakopali jeszcze tego samego dnia.

Spotykały partyzantów, czasem sowieckich, pocerowały im wiele par spodni, ukrywały się przed partyzantami albo bandytami, zależy, jak patrzeć.

Najwięcej zawdzięczały Mańczynie, zawsze było u niej dla nich miejsce, mimo niebezpieczeństwa, które groziło jej, mężowi i córce. Pomagała im, bo uważała, że tak trzeba. Potrafiła się nawet pogniewać na Szpryncę i Różę, że nie przyszły do niej na święta, one akurat były u kogoś innego. Mańczynie zależało na tym, aby właśnie u niej doczekały wyzwolenia.

Mąż Róży postanowił pójść do lasu, do partyzantów, ślad po nim zaginął.

Palił się Lublin, nocą od miasta biła łuna. Był lipiec czterdziestego czwartego roku. Przyszła gospodyni, u której akurat mieszkały Róża i jej matka. „Pani krawcowa! Jesteście wolne”, krzyknęła. „Niemców już nie ma, kaputt”.

Do wsi wkroczył patrol żołnierzy sowieckich.

Ruszyły do Lublina, najpierw jednak odebrały od ludzi dwie maszyny do szycia, które wcześniej u nich ukryły, w tym u zastępcy sołtysa. W mieście opowiedziały prokuratorowi o zabójstwie. Władek, Marianna, ich syn, córka i jeszcze kilkoro członków rodziny zostali zatrzymani.

Wiosną czterdziestego siódmego roku, gdy wyjeżdżały do Paryża, proces jeszcze się nie rozpoczął. Swoją relację, opublikowaną pięć lat później, Szprynca zakończyła tak: „Mam nadzieję, że mordercy zostali ostatecznie skazani na karę, na jaką zasłużyli”.

Do Polski już nie wróciły.

PRZESŁUCHANIA

Gdyby nie wyjechały, gdyby zostały w Lublinie, wiedziałyby, że Władek, Marianna i ich rodzina zostali uniewinnieni.

Zatrzymano ich, gdy wojna jeszcze trwała. Panował chaos, sądownictwo, prokuratura, organy ścigania dopiero się organizowały, prawo obowiązywało czasami, a nowa komunistyczna władza zajęta była ściganiem żołnierzy podziemia oraz walką z bandytami.

Władysław i Marianna w trakcie śledztwa byli wożeni po całym kraju, więzienia w Lublinie, Płocku, w Warszawie, obozy pracy w Krzesimowie i Sikawie. Składali zeznania, które różniły się między sobą, czasem były sprzeczne, prowadzący śledztwo nie dopytywali.

Po raz pierwszy przesłuchano ich pięć miesięcy po zatrzymaniu.

Marianna oświadczyła, że nie chcieli przyjąć krawców, ale mieli oni wymagane niemieckim prawem pozwolenia na przeprowadzkę z Lublina do Krężnicy, obiecali też, że będą płacić, więc się zgodzili. Potem, gdy Niemcy zarządzili przesiedlenie wszystkich Żydów, rodzina krawców wyjechała, zostawili tylko trochę rzeczy. Czasem jeszcze wracali coś odebrać albo przenocować.

O grudniowej nocy zeznała mało. Niewiele wiedziała, niewiele słyszała, żadnych krzyków. Mąż powiedział jej, że partyzanci zabili na ich polu dwóch Żydów, tych, co u nich pomieszkiwali, ojca i syna. I jeszcze, że kazali mężowi ich zakopać.

Potem wiejskie chłopaki wykopały zwłoki i przyniosły im pod dom. Dlaczego? Tego Marianna nie wiedziała. Mąż i syn zakopali ciało ponownie, zeznała. I jeszcze, że poszła na posterunek żandarmerii niemieckiej. Zgłosiła, że mąż i syn zabili dwóch Żydów. Był to celowy fortel, tak zresztą poradził jej policjant granatowy z posterunku, chodziło o to, by Niemcy nie łączyli ich z tą sprawą, nie podejrzewali o współpracę z partyzantami. Potem do ich gospodarstwa przyjechali żandarmi i wszystko, co zostało po rodzinie Róży i Szpryncy, zabrali.

Władysław zeznał coś innego. Tamtej nocy usłyszał nagle krzyk, jak przy mordowaniu, i strzały. Wyszedł z domu, ale nie sam, była z nim Marianna i syn, byli też sąsiedzi, wiele osób, w tym najbliższy sąsiad, szwagier, i narzeczony córki sąsiada.

Za stodołą we krwi leżał martwy Moszek, nieco dalej jego syn. Który konkretnie, tego Władysław nie sprecyzował. Musiał też dodać, w jakim stanie były ciała, wynika to z jego kolejnej zaprotokołowanej odpowiedzi: „Dlaczego zwłoki nie były postrzelone a pokłute widłami i porąbane siekierami, powiedzieć nie umiem”.

Widział jeszcze na polu jakichś ludzi, uciekali. Na drugi dzień razem z synem pochował ciała na swojej ziemi. Zrobił to, bo bał się, że Niemcy dowiedzą się, że pomagali Żydom.

A potem wiejskie chłopaki odniosły mu jedno ciało. Władek tłumaczył, że jeden z tych młodych miał do niego pretensję, bo kiedyś złapał go, jak próbował ukraść mu koc.

Przez pewien czas, w trakcie śledztwa, Władek i Marianna trzymani byli w tym samym obozie pracy. Po tym zeznawali już podobnie: ktoś na ich polu zamordował jednego Żyda, wiejskie chłopaki zrobiły im na złość, wykopały ciało i przyniosły im pod dom.

Zgodnie z tą wersją Marianna zeznawała też, że doniosła na żandarmerię o tym, że mąż i syn zabili jednego Żyda, a nie dwóch, jak mówiła wcześniej. „Uczyniłam tak dlatego, żeby usprawiedliwić fakt wykopania Żyda na naszym gruncie, ponieważ Żyda wolno było zabić a nie wolno było przetrzymywać”.

Przypisy

Księga pamięci Lublina (jid. Dos buch fun Lublin) została opublikowana w 1952 r. w Paryżu w języku jidysz. Relację Szpryncy zebrała i zredagowała Hela Marder. W 2006 r. relacja ukazała się też w „Revue d’Histoire de la Shoah”: „Dans les villages près de Lublin. Témoignage de Szprynca Fajersztajn”, przetłumaczył ją i opracował Maurice Pfeffer. Relację Szpryncy konfrontuję z materiałami z akt dwóch spraw, które znajdują się w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, oraz informacjami zebranymi podczas wyjazdów do Krężnicy Jarej.

7 kwietnia 1941 r. rodzina złożyła do lubelskiego Wohnungsamtu, niemieckiego urzędu zajmującego się sprawami mieszkaniowymi, podanie o zgodę na przesiedlenie, 10 kwietnia zgodę otrzymała. Zapisy archiwalne, które to potwierdzają, znajdują się w bazie danych Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN.

Likwidacja indywidualnych warsztatów rzemieślniczych miała związek z koncentracją Żydów w gettach, gdzie mieli pracować pod kontrolą Niemców.

Proboszczem parafii św. Floriana w Krężnicy Jarej w czasie okupacji był ks. Józef Frankowski. Jak przekazał mi ks. Jarosław P. Woźniak, obecny proboszcz, kroniki parafialne z okresu wojny się nie zachowały.

W archiwum IPN znajdują się akta sprawy karnej dotyczącej członków rodziny Róży i Szpryncy oraz akta zawierające dodatkowe przesłuchania świadków przeprowadzone przez funkcjonariuszy lubelskiego UB. W drugiej z teczek jest też donos agenta o zbrodni w Krężnicy. Został przekazany UB kilka dni po tym, gdy Róża i Szprynca złożyły doniesienie o przestępstwie. Stąd wniosek, że gdyby tego nie zrobiły, śledztwo i tak mogłoby ruszyć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij