Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

W tym miejscu zostaniesz na zawsze - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 maja 2026
3892 pkt
punktów Virtualo

W tym miejscu zostaniesz na zawsze - ebook

Miejsce styku otwiera się po raz ostatni, odsłaniając swoje najmroczniejsze tajemnice. Rodzina Kellerów staje przed ostateczną próbą, ostatnią walką, która zdecyduje o wszystkim.

Ale z kim tak naprawdę będą musieli się zmierzyć? Z bezwzględnym Nilsenem, który przejął władzę w miasteczku? Z istotami nocy czającymi się w lesie?

A może, by przerwać cykl grzechu i kary, będą musieli stanąć twarzą w twarz z samymi sobą?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368657500
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Budynek otoczony był taśmami policyjnymi. Przed nim i w środku specjaliści w kombinezonach mierzyli natężenie fal. To, co dokładnie robili, nie było dla Theo do końca zrozumiałe.

Wysiadł z samochodu i wygładził jasnobrązowy płaszcz.

Jego uwagę przyciągnęły słowa wypisane czerwonym sprayem na kostce brukowej tuż przed wejściem do stacji: „Nic dobrego cię tutaj nie czeka”.

Wyjął z kieszeni rękawiczki z ekoskóry. Poranek był chłodny, ale przy stacji mróz dawał się we znaki szczególnie.

Pewnym krokiem podszedł do taśm i…

– Zaraz, zaraz. Dziennikarzy nie wpuszczamy – powiedział jeden z mężczyzn, który jeszcze chwilę wcześniej zabezpieczał ślady przed budynkiem. Uniósł dłoń, zagradzając Theo drogę.

– Dziennikarzy? Tfu. – Theo splunął w bok. – Bardzo dobrze, że nie wpuszczacie. A teraz pozwól mi przejść, chłopcze.

– Chłopcze? – Zdziwił się. Ten facet spokojnie mógłby być jego synem.

– Daj spokój! – wtrącił się nagle inny technik. – To przecież Theo Larsson. Naprawdę go nie poznajesz?!

Theo wsunął legitymację z powrotem do kieszeni.

– No tak! – Klasnął w dłonie. – Jak mogłem nie skojarzyć? To pan znalazł tę dziewczynkę i ściągnął ją z drugiego końca świata!

Pozostali technicy też przerwali pracę i zaczęli mu się przyglądać z niezdrową ciekawością.

– Wiedziałem, że jest pan młody, ale na żywo… wygląda pan jeszcze młodziej – dodał speszony mężczyzna. Nos i policzki poczerwieniały mu od mrozu i zawstydzenia.

– To prawda, że ma pan zdolności parapsychiczne? – zapytał drugi. – Pisali o tym w gazecie. Podobno duchy ofiar tego psychopaty zdradziły panu, gdzie szukać dziewczynki.

Theo zaśmiał się głośno. Miał ochotę splunąć raz jeszcze, słysząc te brednie. Szczerze nie cierpiał dziennikarzy. Wiedział, że nie może odpowiedzieć na to pytanie, bo niezależnie od odpowiedzi posypałyby się kolejne. Już to przerabiał. Jedyną szansą, by wyjść z tej opresji, była brutalna zmiana tematu.

– Jesteście pewni, że to stąd nadano sygnał? – zapytał rzeczowym tonem.

Technicy natychmiast się wyprostowali i spoważnieli.

– Właściwie… nie do końca – odezwał się po chwili jeden z nich. – To znaczy, jesteśmy pewni, że sygnał pochodził stąd, ale…

– Ale? – ponaglił go Theo.

– Również z innych miejsc.

– Czyli było kilka nadajników?

– Właśnie nie. Nie było żadnych nadajników.

– Ani śladów po nich – dorzucił drugi technik.

– Nie znam się na tym. – Theo zmarszczył czoło. – Ale zakładam, że mogły być po prostu małe.

Technicy spojrzeli po sobie, jakby właśnie usłyszeli coś kompletnie absurdalnego. Theo poczuł krótkie ukłucie wstydu, lecz zanim zdążył się wycofać, jeden z mężczyzn znów zabrał głos:

– Coś takiego… – zawahał się. – Tak potężny sygnał, który w jednej chwili dotarł do wszystkich urządzeń w kraju… czegoś takiego jeszcze nie było. Nawet alarmy wojenne, SMS-y RCB czy przemówienia głowy państwa nie osiągają takiej synchronizacji i kompletności. – Zniżył głos do półszeptu. – Sam nie wiem, jak ktoś mógł to zrobić. Pewnie dlatego pana tu ściągnęli.

Theo powoli kiwnął głową.

– Okej.

– Okej? – Technik zmrużył oczy ze zdziwienia.

– Tak. Powiedz mi tylko, gdzie znajduje się kolejna lokalizacja, z której pochodził sygnał.

– Najlepiej byłoby, gdybym sam…

– Nie – przerwał mu natychmiast. – Wystarczy, że wskażesz kierunek.

Technik spochmurniał, ale wyszedł na ścieżkę i pokazał, gdzie się kierować.

– Lepiej pojechać samochodem, zimno dziś strasznie. Za kilka minut zobaczy pan budynek.

– Wolę iść pieszo. Samochód zostawię tutaj, jeśli nie utrudni to wam pracy.

– Może zostać. My w zasadzie już wszystko zmierzyliśmy.

Theo już miał odejść, gdy natrętna myśl zmusiła go do zatrzymania się.

– Jeszcze jedno. Ten napis… – Skinął głową w stronę czerwonych liter na kostce. – Zrobiono go wczoraj po nadaniu sygnału czy był tu wcześniej?

– To tutaj? – Technik wyraźnie się zdziwił. – To stary bazgroł. Jest tu od lat. Pewnie jakieś dzieciaki kiedyś się wydurniały. Cały teren jest na sprzedaż, nikt go nie pilnuje, to i nie było komu tego zmyć. Nie widzi pan? Farba już dawno wyblakła – zauważył.

Niby taki specjalista, a takie pytania… – przemknęło mu przez myśl. W jednej chwili zmienił zdanie o Larssonie. Nie miał żadnych mocy, a w dodatku posiadał mało wiedzy. Tamta dziewczynka musiała być zwykłym zrządzeniem losu.

– Jasne. Dzięki. – Theo się uśmiechnął, poprawił płaszcz i ruszył w wyznaczonym kierunku.

Kroczył naprzód, ale obraz kostki brukowej nie dawał mu spokoju. Te litery. Ten przekaz: „Nic dobrego cię tutaj nie czeka”.

Zdziwienie technika i jego odpowiedź tylko utwierdziły go w przekonaniu, że widział coś, czego nikt inny nie dostrzegał. Dla nich farba była wyblakła. Dla niego litery zdawały się wychodzić z kostki, jaskrawe, mokre, pulsujące niczym świeża krew.

Tylko on wiedział, że te słowa są czymś więcej niż „wygłupami młodzieży”.

***

Mróz wciskał się przez każdą szczelinę płaszcza i kąsał skórę, ale to, co docierało do niego po drodze, było warte tego dyskomfortu. Tego nie doświadczyłby, siedząc w ogrzewanym samochodzie.

Dzięki tej wędrówce zaczynał coraz lepiej rozumieć to miejsce.

Stał teraz przed czteropiętrowym budynkiem z czerwonej cegły, który, podobnie jak stację, otaczała policyjna taśma. Choć teraz oplatający go bluszcz stracił liście, pozostawiając po sobie martwe, splątane pnącza, to Theo był w stanie sobie wyobrazić, jak dumnie prezentował się wiosną. Nad wejściem wisiała stara drewniana tabliczka z wypłowiałymi literami: „Pensjonat Starej Szkoły”. Przed budynkiem stał duży znak: „Na sprzedaż”. Pod nim ktoś dopisał coś jeszcze: „W tym pensjonacie nie mieszkają ludzie, tylko potwory. Masz ostatnią szansę. Zawróć”.

– Theo Larsson. – Zdecydował, że tym razem przedstawi się od razu, i nawet wystawił legitymację, omijając taśmy, by wejść do środka. – Był tu pożar? – zapytał, nieco mrużąc oczy.

– Jakoś w siedemdziesiątym piątym, ale z tego, co wiem, udało się go szybko opanować. – Głos był zniekształcony przez maseczkę ochronną, którą technik miał na sobie. – O, zostały tylko takie zwęglenia. – Poklepał ścianę.

Theo zerknął i rzeczywiście zauważył jedno poczerniałe miejsce.

– Mnie chodziło bardziej o ten zapach. Okropny. Dziwię się, że jesteście w stanie tu pracować.

– Zapach? – zdziwił się mężczyzna.

– Spalenizny. Nie do wytrzymania.

– Ale pożar był w siedemdziesiątym piątym… – mruknął. – Ja tam nic nie czuję.

– Nie czujesz? To dziwne – odparł spokojnie i ruszył ku schodom.

Za jego plecami rozległo się jeszcze: „Ten Larsson chyba naprawdę jest świrem”.

Powoli pokonywał stopień po stopniu, przyglądając się uważnie ścianom. Zaryzykował nawet, aby na trzecim piętrze lekko dotknąć jednej z nich. Po drodze nikt go nie zaczepił, choć na każdym piętrze dostrzegał co najmniej kilku specjalistów zabezpieczających wszystko, co się dało.

– Dużo ich – zauważył. – Ale cóż się dziwić.

Poprzedniego wieczora sygnał spowodował wzrost kortyzolu i adrenaliny w całym kraju. Ludzie przestali pracować, zrezygnowali z jazdy samochodami, bo doszło do mnóstwa wypadków. Rozpowszechniły się teorie spiskowe, plotki o wojnie, inwazji UFO… Theo nawet nie chciał myśleć, jak to wpłynęło na giełdy albo na wzrost połączeń z infoliniami i numerami alarmowymi.

W skupieniu dotarł na samą górę. Tu nie było ludzi. Smród spalenizny na niższych piętrach okazał się niczym w porównaniu z odorem krwi i wibracjami, które wbijały mu się w głowę. Zapach i dźwięk prowadziły go na koniec korytarza – do pokoju szesnastego, jak wskazywało oznaczenie na drzwiach. Z bijącym mocno sercem popchnął drzwi. Stanął gwałtownie, zorientowawszy się, że pomieszczenie nie jest puste.

– Nareszcie pan jest – powiedział funkcjonariusz w kurtce moro spokojnym, stanowczym głosem i wyciągnął dłoń. – Jeszcze młodszy, niż się spodziewałem.

Theo zmarszczył czoło, dłonią uciskając punkt między brwiami. Puls w głowie był niemal nie do zniesienia.

– Czas jest dla mnie łaskawy. Los już mniej. Z kim mam przyjemność? – Ten dźwięk sprawiał, że nie był w stanie dopasować twarzy do głosu, mimo że brzmiał znajomo.

– Pułkownik Hawke, to ja do pana dzwoniłem – wyjaśnił, wciąż trzymając wysuniętą ku niemu dłoń.

– Możemy wyjść? Strasznie tu dudni.

Theo ruszył, zanim Hawke zdążył odpowiedzieć.

Przez ułamek sekundy Hawke stał z wyciągniętą dłonią, czując się jak skończony dureń. Młody mężczyzna o chłopięcej, niemal anielskiej twarzy odwrócił się do niego plecami. Brązowy płaszczyk przypominał dawne stroje detektywów z filmów.

Jednak kiedy obaj znaleźli się na korytarzu, Theo od razu się zreflektował.

– Przepraszam. Naprawdę nie mogłem tam wytrzymać – powiedział, pierwszy podając rękę. – Może przejdziemy na „ty”? Będzie łatwiej.

– Jasne. – Pułkownik nie chował urazy. – Alan. Choć i tak każdy zwraca się do mnie per Hawke.

– Theo, ale i tak każdy zwraca się do mnie per „ten, który odnalazł tę dziewczynkę” albo „ten, co podobno gada z duchami”.

Pułkownik zaśmiał się krótko i wreszcie uścisnęli sobie dłonie.

– Zatem sygnał nadano również stąd? – Theo chciał przejść do sedna.

– Tak twierdzi jedna grupa specjalistów – odpowiedział mężczyzna. – Ale druga grupa… – ściszył głos do szeptu – sugeruje, że to nie były miejsca, z których sygnał został wysłany. Raczej były punktami, przez które przechodził, zanim dotarł do wszystkich.

– I to w tych okolicach straciliście sygnał tamtego samolotu?

– Dokładnie. Tak jak mówiłem przez telefon. To było trzy noce temu. W okolicy ostatnio zaginęło też sporo osób. Między innymi znany chemik Max Keller. Może pan o nim słyszał?

– Nie.

– Zanim zniknął, wcześniej zniknęła też jego rodzina. Żona i dwójka dzieci. Wiadomo, że chemik ich szukał. Ustaliliśmy, że dzień przed swoim zaginięciem wypożyczył urządzenie podobne do tych, na których dziś wszyscy tu pracują. W noc jego zaginięcia w jego domu znaleziono ledwo żywego mężczyznę. Powiadomiła nas o tym kobieta, z którą również nie możemy się skontaktować.

– Hmm. To wygląda na coś więcej niż zwykły zbieg okoliczności.

– Prawda – przytaknął Hawke. – W szesnastce coś poczułeś. Zatem rozumiem, że będziesz w stanie nam w tym pomóc.

– Pytanie tylko, w czym dokładnie potrzebujecie mojej pomocy – zaczął Theo. – W odszukaniu tego chemika i wszystkich zaginionych w tej okolicy? W odnalezieniu samolotu? Kto w ogóle był na jego pokładzie? W mediach nie było o tym żadnej wzmianki.

– Więźniowie – rzucił Hawke zdawkowo.

Theo niemal krzyknął.

– Zniknął tu samolot pełen więźniów?! W takim razie już rozumiem, dlaczego to zostało zatuszowane. Taka informacja dopiero wstrząsnęłaby krajem… Sam nie wiem, czy nie bardziej niż wczorajszy komunikat. Pewnie dużo was kosztowało ukrycie tego?

– Nie o to chodzi – odparł pułkownik spokojnym, stanowczym tonem. – Z tymi ludźmi i samolotem poradzimy sobie sami. Chcę, żebyś pomógł w czymś innym… Może po prostu wyczułbyś, skąd nadano sygnał. Szerzą się teorie, że to coś spoza tego świata. Ja w takie rzeczy nie wierzę, ale ty znalazłeś dziewczynkę i wszyscy twierdzą, że użyłeś jakiejś mocy albo miałeś kontakty… Wiesz, może po prostu mógłbyś to sprawdzić.

– Ale co konkretnie? – Theo się skrzywił. – Chyba wciąż nie rozumiem.

– No… czy tutaj coś jest. Czy coś czujesz. Czy ten sygnał mógł pochodzić z czegoś, czego my, zwykli ludzie… nigdy nie zobaczymy.

– Dziwne, że prosisz mnie o coś takiego, a w poprzedniej wypowiedzi podkreślasz, że w to nie wierzysz. – Uśmiechnął się lekko, nie mogąc się powstrzymać. – Niestety, muszę cię zmartwić, Alanie… Ja też nie wierzę. A moja praca to nie jest jakaś magia.

– Czyli nic tu nie ma? – spytał, tym razem zupełnie nie rozumiejąc tego, co Theo usiłował przekazać.

– Myślę, że zadajesz niewłaściwe pytania. – Spojrzał mu prosto w oczy. – Nie chodzi o to, skąd sygnał został nadany. Prawidłowe pytania brzmią: kto go nadał i… po co.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

– Tato!

Krzyk Jazza rozlał się po miasteczku.

Pazury Darina, a raczej tego, co zostało z Darina, tkwiły w brzuchu jego ojca. Szarpały, rozrywały. Chłopak widział to wszystko z nadludzką ostrością, jakby świat zwolnił tylko po to, żeby go dobić.

Krew tryskała na ziemię i na samego potwora.

Jazz nie mógł się ruszyć. Ciało przestało go słuchać.

Stał, z rozdziawionymi ustami, z płucami zaciśniętymi tak mocno, że przez sekundę nie mógł nawet oddychać. Dopiero potem krzyk wrócił, niekontrolowany i rozpaczliwy.

– Nie… nie… nie… – bełkotał. – Błagam… nie on… przestań… przestań… przestań!

Na skraju lasu Lizi, która chwilę wcześniej kopnęła Axela i wyrwała się z jego chwytu, znieruchomiała. Jej ciało też odmówiło posłuszeństwa. Nie mogła krzyknąć. Nie mogła biec. Tylko patrzyła.

– To… to niemożliwe… – wycharczał Max.

Jazz nie rozumiał jego słów. Ojciec próbował coś powiedzieć, ale każde zdanie urywało się bulgotem. Krew tryskała z jego ust i z rozszarpanego brzucha.

– Przecież mnie nie chciały… – wysapał. – Tak długo ich nie widziałem, że zapomniałem, że wciąż mnie gonią.

Jazz chciał podejść. Naprawdę chciał. Chciał uklęknąć przy nim, przyłożyć ucho do jego ust, powiedzieć, że słyszy, że rozumie i że wszystko będzie dobrze, choćby to było kłamstwo. Ale jego nogi były jak obce.

Ta bezradność bolała bardziej niż widok śmierci.

– Zostaw go… – wychrypiał w końcu.

Gardło paliło go żywym ogniem. Od krzyku zdarł je do krwi.

– Zostaw go… – powtórzył ciszej. – Rozkazuję ci…

Sam nie wiedział, skąd wzięło się to słowo. „Rozkazuję”. Przypomniał sobie Beatrice Langford, jej szept w miejscu cienistym, potwora, który wtedy zareagował. To było irracjonalne. Głupie. Ale Jazz nie miał nic innego.

– Rozkazuję ci, przestań… – dokończył, łapiąc powietrze i krztusząc się łzami.

Nocna istota napięła się, powoli unosząc głowę. Spojrzała prosto na Jazza.

Chłopak ledwo rozpoznawał w tej twarzy dawnego przyjaciela.

Uderzyło go wspomnienie.

Pierwszy raz, gdy zobaczył Darina w miasteczku. Dwa tygodnie po tym, jak razem z mamą i Lizi zrozumieli, że coś tu jest bardzo nie tak. Próbowali wtedy uciec. Bestie ich dopadły. Matka została ciężko ranna. Pamiętał zapach naparów Nory. Ręce Jannie, które trzymały ją, gdy krzyczała z bólu. Dwa tygodnie strachu, aż w końcu matka wstała z łóżka.

Pan Hayes zaprosił całą ich rodzinę na kolację, aby przeprosić, że przedtem im nie pomógł. Właśnie wtedy Jazz pierwszy raz zobaczył Darina. W pustym oczodole chłopaka ziała ciemna, nieregularna dziura o ostrych, nierównych brzegach. Skóra wokół była czerwonawa, z bliznami. Sine żyłki oplatały miejsce, w którym kiedyś było oko, tworząc chaotyczny wzór. Ale to nie blizny chłopaka zrobiły na nim wówczas największe wrażenie.

Jazz od razu poczuł, że łączy go z Darinem wyjątkowa więź. Odnosił wrażenie, jakby znali się od lat i tylko na moment się zgubili, aby zaraz znów się odnaleźć. Tej samej nocy Darin zginął, powiedziawszy wcześniej Jazzowi o dręczącej go w ciemności wizji, o obrazie, w którym widzi mężczyznę, z którego ostre pazury wyrywają wnętrzności…

Skąd mógł mieć takie wspomnienie już wtedy, skoro to wszystko, o czym opowiadał przed wieloma tygodniami, wydarzyło się dopiero dziś. Tu i teraz.

Stali teraz naprzeciw siebie, a Max umierał między nimi.

Darin, tak jak przy pierwszym ich spotkaniu, miał tylko jedno oko, które teraz po przemianie tliło się intensywnie żółtym światłem, jak u kota.

– Czułem, jak „wyrywano” cię z grobu – zaryzykował Jazz. – Jesteśmy połączeni. Wiedziałem, że wrócisz, że się zmienisz. Ale nie sądziłem, że pozwolisz im się pokonać, że nie zostanie w tobie żadna cząstka człowieczeństwa – mówił, szlochając. Wiedział, że jego ojciec już nie żyje. Wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak kiedyś Darin mu opowiedział.

– Widzę, jak ten człowiek krzyczy. Doświadcza bólu i strachu, którego nie można opisać słowami.

Jazz przymknął oczy, próbując wyobrazić sobie tę scenę.

– A co się dzieje potem?

Darin wstrzymał oddech, jego dłonie zacisnęły się na materiale spodni.

– Ten człowiek… umiera. Obraz się zaciera, aż w końcu znika.

– Jazz! – Lizi wreszcie udało się wyrwać z macek obłąkańczego strachu. Ciężko powiedzieć, czy pchała ją teraz jej własna siła, czy siła lustrzanej istoty, którą wpuściła do swojego ciała. – Uciekaj! – kierowała do brata ten sam komunikat, który wcześniej Jazz wykrzykiwał do ich ojca. – Natychmiast uciekaj! – Nie mogła pojąć, dlaczego on próbuje rozmawiać z bestią, która zabiła ich tatę, dlaczego wciąż tam stoi. – To nie jest Darin! – krzyczała dalej, resztką sił biegnąc do brata.

Zdziwiła się, kiedy kątem oka zauważyła doganiającego ją Axela. Bała się, że znowu ją złapie i będzie chciał zabrać w bezpieczne miejsce, poświęcając tym samym jej brata. Ku jej zdziwieniu nie poczuła na ciele lodowatych palców mężczyzny. Axel pędził przed siebie i zrozumiała, że biegnie po Jazza, dlatego, nie mając już sił, pozwoliła, by jej ciało zaryło w twardą, zbitą mrozem ziemię i się zatrzymało.

Wrzask Lizi i szaleńczo zbliżające się kroki na moment przykuły uwagę Jazza. Dosłownie na sekundę zwrócił ku siostrze twarz, a kiedy znowu się wyprostował, Darin znajdował się tuż przed nim. Rażące światło płynące z jego jednego oka wypalało oko Jazza.

Chłopak wrzasnął. A Darin otworzył usta. Jazz, porażony światłem, nie był w stanie dostrzec, że w jamie ustnej dawnego przyjaciela znajduje się teraz oko, które przed laty stracił, a po śmierci w jakiś sposób odzyskał. Z tego oka również wylewał się blask, ale nie żółty, lecz mlecznobiały.

Axel, widzący to już z niedużej odległości, nagle również stanął, kompletnie nie rozumiejąc tego, czego właśnie jest świadkiem. Widział tylko leżące na ziemi nieruchome ciało z wyrwanymi wnętrznościami, a dalej plecy obrzydliwego potwora, którego naga sylwetka wyglądała jak zmielone mięso niezgrabnie posklejane na kształt czegoś, co tylko z postury miało przypominać człowieka, i stojącego przed nim Jazza, na którego twarzy wirowały dwa światła: żółte i białe.

Jazz krzyczał. Lizi płakała i trzęsła się, wychwytując szuranie charakterystyczne dla Śpiewaków, którzy zbliżali się teraz do nich od strony lasu, zaintrygowani wrzaskami najpierw jej ojca, a teraz brata. Axel wstrzymywał oddech. A Darin…

Darin przemówił do Jazza, nie używając do tego typowej dla tych istot pieśni, lecz białego światła, którym go ranił:

„Wkrótce zrozumiesz, że tak być musiało”.Rozdział 2

– Co tu robisz?! Dlaczego nadal tu stoisz?! Musimy uciekać. Dlaczego nie jesteś w tunelach? – Axel, który dopadł do Jazza pierwszy, zasypywał go pytaniami.

Darin, kiedy tylko przekazał komunikat, natychmiast zniknął.

– Czy tam coś się stało? Czy tam nie jest bezpiecznie? Nie możemy tam wrócić?! – ciągnął przerażony więzień, nie zważając przy tym na to, że zadręcza dopytywaniem chłopaka, który przed momentem był świadkiem zamordowania własnego ojca.

Z oka Jazza, na które padał żółty blask, ciekła strużka krwi.

Lizi znalazła się przy nich chwilę później. Wykorzystując resztkę sił, ścisnęła brata, który wyraźnie nie dowierzał w to, co właśnie się dzieje.

– To ty? – dociekał.

– Tak, ja. Jestem przy tobie. – Dyszała ciężko z bólu i wysiłku. Jeszcze przez kilka sekund nie mogła złapać oddechu.

– Ale prawdziwa? – Jego ton niespodziewanie się zmienił i odsunął od siebie siostrę, kiedy dostrzegł jej odmienione oczy. Jedno niebieskie, drugie zielone. Zachwiał się, nie rozumiejąc jeszcze, co to właściwie znaczy.

– Na chwilę się zgubiłam – spróbowała mu wytłumaczyć. – Ale już… – Chciała dokończyć i powiedzieć, że już się odnalazła, ale jak mogłaby powiedzieć coś takiego, kiedy tuż obok… – Opadła na kolana przy ciele ojca. – Nie możemy tu zostać. One… – próbowała wykrztusić. – One nadchodzą. Inne potwory. Słyszałam, jak szurały łapami. A w pensjonacie… – Znowu zabrakło jej tchu. Opierała dłonie na kolanach, lekko pochylona. – Tam też jest potwór – dokończyła, mając przed oczyma obraz tańczącego przed nią prawie nagiego Nilsena.

– Pójdziemy do chaty. Zaniosę cię. Twoje stopy… – zadecydował szybko Axel, spoglądając przy tym na bose, poranione stopy dziewczyny. – Tam z waszym ojcem zostawiliśmy Zoe.

– To ona żyje?! – zapytała z zaskoczeniem Lizi, przestając na moment gładzić zastygłą w przerażeniu, zarośniętą twarz taty.

– Z tego, co wiem, była z waszym ojcem od momentu katastrofy – wyjaśnił zdawkowo. Teraz również wychwycił kroki zbliżających się stworów, przed którymi przestrzegła ich Lizi.

– Czyli był tu jeszcze przed nią?! Cały ten czas?! Czyli wtedy, kiedy wydawało mi się, że widzę go w telewizorze, on… – Nieskładnie mamrotał Jazz.

– Powiem wam wszystko, co on sam mi powiedział, ale nie tu i nie teraz. Zaraz tu będą. A zanim one nas dorwą, wasz ojciec może się przemienić. Ruszajmy natychmiast do Zoe – zadecydował i chwycił Jazza mocno za nadgarstek.

– Poczekaj – przerwał mu raptownie. – Tunele są bezpieczne. Możecie tam wrócić.

– Jeśli tak, to co ty tu robisz?

– Ja… Ja…

– Dobra, wierzę ci, mały. Wiem, że to dla was koszmar, ale wasz ojciec chciałby, żebyście zrobili wszystko, co się da, by przeżyć tę pieprzoną noc. Wiedział, jak wiele ryzykuje, próbując wyrwać cię z rąk Nilsena, dziewczyno. Pogadamy później. Ruszamy. Już! – Ściskał teraz nadgarstki obojga nastolatków. – Może jeśli was tam przyprowadzę, pozwolą mi zostać chociaż tę jedną noc. Później wrócę do Zoe. – Spróbował ich pociągnąć.

Kolejni Śpiewacy o zniekształconych, wydłużonych ciałach wyłaniali się powoli zza drzew.

– Nie możemy zostawić tu taty! – zaoponował Jazz. – Dopiero go odzyskaliśmy.

– Musimy. Nie mamy innego wyboru. On nie żyje. – Axel był stanowczy, a jego głos wyjątkowo niski i chrapliwy. Zupełnie do niego niepodobny. Mocniej szarpnął za ich nadgarstki, wiedział, że jeśli trzeba będzie, to przerzuci sobie dziewczynę przez bark i siłą zaciągnie ją do tych tuneli. Z chłopakiem będzie trudniej. Coś w niego wstąpiło. Jakieś szaleństwo.

– Muszę coś zrobić. Muszę spróbować – bełkotał i rzucił się do pensjonatu.

– Nie! Jazz, tam jest Nilsen! Tata go zranił, ale nie zabił! – krzyczała za nim zrozpaczona Lizi, której dopiero co, dzięki poświęceniu ojca, udało się wyrwać z rąk tego potwora.

– Trudno – stęknął Axel. – Nie ma innego wyjścia – powiedział to bardziej do siebie niż do niej.

Jazz biegł do pensjonatu. Potwory się zbliżały, a Axel przyłożył swoją szorstką, zgrubiałą dłoń do ust i nosa Lizi.

– Jeszcze mi za to podziękujesz.

Dziewczyna tylko przez chwilę usiłowała się bronić, ale była wyczerpana i prawie natychmiast zaczęła się osuwać. Axel ją podtrzymał, a potem bez większego wysiłku przerzucił przez żylaste ramię.

– Oddałeś życie, żeby ją wydostać – zwrócił się jeszcze do nieruchomego ciała Maksa. – Dokończę to, o co walczyłeś, profesorku. Twoja córka będzie żyła, choćbym i ja miał przez to umrzeć.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij