Facebook - konwersja

Wacław Potocki jako autor "Wojny Chocimskiej" - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.
Pobierz fragment

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 278 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Jak w wie­lu in­nych kie­run­kach pra­cy na­uko­wej, tak i w ba­da­niach nad dzie­jo­wym roz­wo­jem na­szej li­te­ra­tu­ry zo­sta­je­my da­le­ko w tyle poza re­zul­ta­ta­mi, ja­kie inne ludy osią­gnę­ły na tym polu. Po­mi­mo stu­let­niej prze­szło pra­cy nad gro­ma­dze­niem i upo­rząd­ko­wa­niem szcze­gó­łów bio­gra­ficz­nych i bi­blio­gra­ficz­nych do­tąd jesz­cze nie po­sia­da­my naj­ko­niecz­niej­szych da­nych co do ze­wnętrz­nych ko­lei ży­cia wie­lu pierw­szo­rzęd­nych pi­sa­rzów, a nie­jed­ną cie­ka­wą po­stać zna­my za­le­d­wie z na­zwi­ska. Sło­wem, nie ukoń­czy­li­śmy jesz­cze pra­cy przy­go­to­waw­czej, na któ­rej do­pie­ro win­no się oprzeć umie­jęt­ne ba­da­nie dzie­jów li­te­ra­tu­ry, a tym­cza­sem pora naj­bar­dziej sprzy­ja­ją­ca tej pra­cy bo­daj że prze­mi­nę­ła już wraz z po­ko­le­niem, u któ­re­go mi­łość dla prze­szło­ści ozła­ca­ła ide­al­nym bla­skiem naj­such­sze po­szu­ki­wa­nia i naj­skrom­niej­sze za­byt­ki. Dla ustę­pu­ją­cych obec­nie z wi­dow­ni pra­cow­ni­ków po­mni­ki li­te­ra­tu­ry, na rów­ni z in­ny­mi za­byt­ka­mi ży­cia oj­ców, sta­no­wi­ły dro­gą pa­miąt­kę, któ­rą sta­ran­nie prze­cho­wy­wa­no, ale przy tym jak każ­dy dro­gi skarb, sta­ran­nie za­my­ka­no. W rzad­kich chwi­lach je­dy­nie wy­do­sta­wa­no z za­kąt­ków bi­blio­tecz­nych te pa­miąt­ki i prze­glą­da­no – nie­kie­dy od­czy­ty­wa­no – z roz­rzew­nie­niem, z ja­kim roz­pa­tru­je­my sta­re li­sty dro­gich nam osób. Taki na­strój du­cha nie do­pusz­czał roz­bio­ru i chłod­nej oce­ny za­rów­no for­my jak i tre­ści po­mni­ków daw­nej li­te­ra­tu­ry.

Dla obec­ne­go po­ko­le­nia, pa­trzą­ce­go obo­jęt­niej, a cza­sem na­wet nie­chęt­nie na prze­szłość, od któ­rej je od­dzie­la sze­ro­ka prze­strzeń dro­gi szyb­ko prze­by­tej pod bi­czem bo­le­snych do­świad­czeń i cala suma zmie­nio­nych wa­run­ków, któ­re wy­two­rzy­ły nowy or­ga­nizm spo­łecz­ny na gru­zach daw­ne­go, po­trze­ba te za­byt­ki oświe­tlać już nie ide­al­nym bla­skiem sym­pa­tii – bo tej źró­dła bar­dzo zu­bo­ża­ły – ale świa­tłem praw­dy dzie­jo­wej, cie­płem ży­cia wskrze­szo­ne­go w nich sa­mych. Za­miast sze­re­gów dat, na­zwisk, ty­tu­łów przed­sta­wiać żywe po­sta­cie pi­sa­rzów; za­miast ogól­ni­ko­wych, de­kla­ma­cyj­no-pa­trio­tycz­nych po­chwał, znie­chę­ca­ją­cych je­dy­nie ku daw­nej li­te­ra­tu­rze mło­de po­ko­le­nie na mia­rę tych są­dów szu­ka­ją­ce w niej mnie­ma­nych ar­cy­dzieł po­ezji – ob­ja­śniać, z po­mo­cą wska­zó­wek, ja­kich do­star­cza­ją za­byt­ki li­te­ra­tu­ry, we­wnętrz­ne ży­cie ich au­to­rów i epo­ki sa­mej i w uzy­ska­nym stąd świe­tle uka­zać cha­rak­te­ry­stycz­ne ce­chy utwo­ru, jego nie­uchron­ne wady i ukry­te pod prze­sta­rza­łą for­mą za­le­ty; wy­do­być wresz­cie spod ze­sztyw­nia­łych po­wi­ja­ków i cu­dacz­ne­go przy­stro­je­nia ob­ra­zy ży­cia daw­ne­go w ca­łej peł­ni i barw­no­ści. Oto za­da­nie dzi­siej­sze­go ba­da­cza, za­da­nie wdzięcz­ne ale nie­ła­twe, tym trud­niej­sze, że dane, na ja­kich się opie­rać po­trze­bu­je (ze­wnętrz­ne ko­le­je ży­cia au­to­ra, wy­da­nia po­praw­ne pism, szcze­gó­ły od­no­śne do ży­cia epo­ki i oto­cze­nia au­to­ra), nie są na­le­ży­cie ze­bra­ne, spraw­dzo­ne i uzu­peł­nio­ne. Mimo to pra­cy tej od­kła­dać nie moż­na, bo po­ko­le­nie obec­ne nie uzna w sta­rej li­te­ra­tu­rze „arki przy­mie­rza mię­dzy daw­ny­mi a młod­szy­mi laty” i nie odda jej czci na­leż­nej; póki nie prze­ko­na się, że arka ta mie­ści istot­nie rze­czy god­ne prze­cho­wa­nia, że za­wie­ra ona nie pro­chy i po­pio­ły, lecz per­ły i dia­men­ty, w któ­rych skry­sta­li­zo­wa­ło się daw­ne ży­cie i skon­cen­tro­wa­ło świa­tło wiel­kich umy­słów i cie­pło wiel­kich serc.

Ta­kim dia­men­tem – nie­oszn­fo­wa­nym na­tu­ral­nie – jest Woj­na cho­cim­ska Wa­cła­wa Po­toc­kie­go, w któ­rej prze­cho­wa­ły się naj­lep­sze dą­że­nia, naj­pod­nio­ślej­sze po­ję­cia i uczu­cia ów­cze­sne­go szla­chec­kie­go spo­łe­czeń­stwa, wy­po­wie­dzia­ne z całą siłą wy­mo­wy i ogniem szla­chet­ne­go za­pa­łu przez usta jed­ne­go z naj­zac­niej­szych, a względ­nie i naj­ro­zum­niej szych jego przed­sta­wi­cie­li.

Przez dwa bli­sko wie­ki nie zna­ny świa­tu, utwór ten z chwi­lą od­na­le­zie­nia wy­wo­łał po­wszech­ny po­dziw wśród li­te­ra­tów zdu­mio­nych, bo nie mo­gą­cych po­jąć, ja­kim spo­so­bem epo­ka uzna­na za czas upad­ku mo­gła się zdo­być na po­dob­ne dzie­ło. Olśnie­ni bla­skiem tego klej­no­tu kry­ty­cy nie do­strze­gli jego… plam i skaz, a w za­pa­le pa­trio­tycz­nym, lecz nie kry­tycz­nym (Woj­cic­ki, Me­che­rzyń­ski), wy­czer­pa­li cały za­sób po­chwal­nych epi­te­tów, ja­kim roz­po­rzą­dza­li. Pu­blicz­ność prze­cie, choć jak zwy­kle przy­ję­ła za praw­dę „sło­wa mi­strzów”, jed­nak nie po­dzie­la­ła ich za­pa­łu i nie kwa­pi­ła się do bliż­sze­go po­zna­nia tego ar­cy­dzie­ła. Po­wtór­ne wy­da­nie, któ­re w lat trzy­dzie­ści po pierw­szym się uka­za­ło (1880), za­wdzię­cza­my czci dla tego utwo­ru śród jed­no­stek, nie zaś żą­da­niom oświe­co­nej czę­ści na­sze­go spo­łe­czeń­stwa.

Rzecz wi­docz­na, że ani prze­sad­ne po­chwa­ły Wój­cic­kie­go i Me­che­rzyń­skie­go, ani chłod­niej­sze i grun­tow­niej­sze oce­ny Szaj­no­chy, Beł­ci­kow­skie­go i Ty­szyń­skie­go nie zdo­ła­ły prze­ko­nać pu­blicz­no­ści, nie po­tra­fi­ły przed­sta­wić jej tego dia­men­tu w spo­sób uwi­docz­nia­ją­cy gra­ją­ce w nim ognie, któ­rych blask wy­na­gra­dza hoj­nie pla­my i chro­po­wa­to­ści, ra­żą­ce na­wy­kłych do klej­no­tów de­li­kat­nie ob­ro­bio­nych i wy­kwint­nie opra­wio­nych. Ognie te wy­wo­łać może je­dy­nie pro­mień tego sa­me­go świa­tła, któ­re drga do­tąd za­mknię­te w utwo­rze, pro­mień du­cha au­to­ra i du­cha ów­cze­sne­go spo­łe­czeń­stwa. Po­chwy­ce­nie tego pro­mie­nia sta­no­wi ope­ra­cję dość trud­ną i bar­dzo de­li­kat­ną, któ­rej wy­ko­nać nie mo­gli do­tych­cza­so­wi kry­ty­cy, ogar­nia­ją­cy w swym ba­da­niu cały ob­szar ol­brzy­miej praw­dzi­wie dzia­łal­no­ści li­te­rac­kiej Po­toc­kie­go. Jak ba­dacz przy­ro­dy do­strze­ga w nie­wi­dzial­nej pra­wie ko­mór­ce lub czą­stecz­ce pra­wa roz­wo­ju i ukła­du, któ­rych by da­rem­nie szu­kał przez ob­ser­wa­cję ca­łych brył lub zło­żo­nych or­ga­ni­zmów, tak i w za­kre­sie li­te­ra­tu­ry roz­biór jed­ne­go traf­nie wy­bra­ne­go utwo­ru może do­star­czyć świa­tła, wy­ja­śnia­ją­ce­go nie tyl­ko całą dzia­łal­ność da­ne­go pi­sa­rza, ale i epo­kę, któ­rej jest przed­sta­wi­cie­lem. Ten wzgląd, w po­łą­cze­niu z wy­żej wska­za­ny­mi po­bud­ka­mi, skło­nił mnie do wy­bo­ru Woj­ny cho­cim­skiej za przed­miot stu­diów, w któ­rych sta­ra­łem się, o ile umia­łem, po­chwy­cić te nie­wi­dzial­ne nici, wią­żą­ce każ­dy do­nio­ślej­szy utwór z du­chem au­to­ra i ży­ciem epo­ki, a przy tym od­two­rzyć cały łań­cuch po­jęć, ja­kie prze­wod­ni­czy­ły ów­cze­snym lu­dziom tak w two­rze­niu, jak są­dze­niu pło­dów li­te­rac­kich.

Chcia­łem przy tym uwy­dat­nić czy­tel­ni­kom dzi­siej­szym nie tyl­ko tę bez­względ­ną, wiecz­no­tr­wa­łą pięk­ność, któ­rej bla­ski prze­świe­ca­ją, choć przy­ćmio­ne, w Woj­nie cho­cim­skiej, ale i to dru­gie względ­ne, cza­so­we pięk­no, za­do­wal­nia­ją­ce w każ­dej epo­ce wy­ma­ga­nia szer­sze­go koła czy­ta­ją­cej pu­blicz­no­ści, lecz ra­żą­ce i od­strę­cza­ją­ce czy­tel­ni­ków z póź­niej­szych po­ko­leń.I

Choć prze­by­wa­li­śmy nie­jed­no­krot­nie cięż­kie bar­dzo chwi­le dzie­jo­we, nig­dy jed­nak nie trwa­ły one tak dłu­go, nie przed­sta­wia­ły ta­kie­go na­wa­łu klęsk, ta­kie­go roz­przę­że­nia spo­łecz­ne­go, ta­kie­go roz­pacz­li­we­go prze­ci­wień­stwa anar­chii, nie­rad­no­ści i bez­sil­no­ści w rzą­dzie i spo­łe­czeń­stwie – z licz­bą, po­tę­gą i za­wzię­to­ścią wy­stę­pu­ją­cych ze wszyst­kich stron nie­przy­ja­ciół, ta­kie­go znisz­cze­nia za­so­bów ma­te­rial­nych i re­zul­ta­tów pa­ro­wie­ko­wej kul­tu­ry, ja­kim od­zna­cza się okres dwu­na­sto­let­nich wo­jen od 1648 do 1660 roku. Po­czą­tek tego dzie­jo­we­go ka­ta­kli­zmu od­ma­lo­wał z wiel­ką praw­dą i siłą Szaj­no­cha w dzie­le Dwa lata dzie­jów; dal­szy prze­bieg prze­cie i stan kra­ju po uspo­ko­je­niu się bu­rzy nie zna­la­zły do­tąd rów­nie uzdol­nio­ne­go hi­sto­ry­ka. Kto ma od­wa­gę od­czy­tać ol­brzy­mią ry­mo­wa­ną kro­ni­kę tych wo­jen, skre­ślo­ną pod świe­żym wra­że­niem wy­pad­ków przez Sa­mu­ela ze Skrzyp­ny Twar­dow­skie­go, ten – śród su­cho i pro­za­icz­nie opo­wia­da­nych szcze­gó­łów ak­cji wo­jen­nej i po­li­tycz­nej – spo­tka dość czę­sto peł­ne praw­dy i siły wy­krzy­ki bólu, obu­rze­nia i roz­pa­czy, wy­ry­wa­ją­ce się z chłod­nej pier­si dwo­rza­ni­na i pa­ne­gi­ry­sty urzę­do­we­go na wi­dok tego, co się do­ko­ła nie­go dzie­je:

I niech so­bie świa­to­wych ruin kto na­two­rzy,

Mech sta­wi przed oczy­ma kró­lestw in­szych zgu­by:

Tro­ję upa­da­ją­cą i dom z nią He­ku­by,

Po­pio­ły Nu­nan­cy­jej, Sa­gun­ty zbu­rzo­ne,

Zu­ne­ty, Kar­tha­gi­ny z grun­tu wy­wro­co­ne –

Opła­kaw­szy da­le­ko (Bog-li w swo­jej pie­czy

Już jej nie ma.) na­szej stan Po­spo­li­tej Rze­czy.

Bo tam ter­min przej­rza­ny pręd­kiej był ru­inie

A ta kona po­wo­li i dzie­sięć lat gi­nie.

Świa­to­wi wszyst­kie­mu

Ze Wscho­du i Za­cho­du, z Po­łu­dnia, Pół­no­cy

Nie było z to po­tę­gi i na­szej już mocy

Im ode­przeć

Co więk­sza, nie­przy­ja­ciel tam pa­lił i ści­nał,

Tu żoł­nierz nie ka­ra­ny chle­bów swych do­pi­nał

I mi­zer­ne do­mo­we prze­ży­mał wnętrz­no­ści.

Czem mia­sta pier­wej spu­sto­szo­no

Toż wsi zro­sły odło­giem i wszyst­ko po­wo­li

Spra­wo­wa­nie roli

W Pol­sce usta­wa­ło. Prócz tego nie­rzą­dy

Wiel­kie in­sze; od sta­rych po­krzy­wio­ne sądy,

Se­nat z dzie­ci do­bra­ny, i mógł każ­dy żą­dze

Swo­jej do­piąć, kie­dy miał, co chciał, za pie­nią­dze.

Snad­no nędz­nym do­ku­czyć i po­pchnąć to cia­ło,

Któ­re ni krwie, ni wła­dze żad­nej już nie mia­ło.

A prze­cie nie ar­ma­ty i strasz­ne te boje,

Jako wię­cej pry­wa­ty zgu­bi­ły nas swo­je.

Doma Alek­san­dry za sto­łem bi­je­my,

A na woj­nę bez pro­chów i lon­tów idzie­my.

Dla spo­łe­czeń­stwa prze­nik­nię­te­go prze­ko­na­niem o swej wiel­ko­ści i po­tę­dze jak­że bo­le­snym być mu­siał taki na­gły upa­dek, ta­kie upo­ko­rze­nie:

Ach! by­li­śmy Tro­ja­ny, była moż­ność, była

Sła­wa mię­dzy na­ro­dy, któ­ra prze­cho­dzi­ła,

Po obu oce­anów,

– woła Twar­dow­ski, któ­ry tak nie­daw­no jesz­cze opie­wał zło­ty spo­kój i świet­ność cza­sów Wła­dy­sła­wa IV.

Taki gwał­tow­ny prze­wrót w lo­sach, ta­kie sil­ne i dłu­go­trwa­łe wstrzą­śnie­cie zga­si­ło przede wszyst­kim utrzy­mu­ją­ce się do­tąd ogni­ska ży­cia umy­sło­we­go, roz­nie­co­ne pod wpły­wem prą­dów epo­ki od­ro­dze­nia, tak po więk­szych mia­stach (Kra­ków, Lwów, Lu­blin, Po­znań, Ba­ków i inne), jak na dwo­rze kró­lew­skim i po wie­lu tak ma­gnac­kich, jak i szla­chec­kich dwo­rach. W po­ża­rach i ra­bun­kach miast znisz­cza­ły szko­ły, księ­go­zbio­ry, dru­kar­nie; po ko­ścio­łach i dwo­rach wiej­skich rów­nież ru­chaw­ka Chmiel­nic­kie­go, i szwedz­cy żoł­da­cy po­pa­li­li i po­ra­bo­wa­li zbio­ry ksiąg, do­ku­men­tów hi­sto­rycz­nych i ar­ty­stycz­nych za­byt­ków, zgro­ma­dzo­nych przez kil­ka stu­le­ci. Ży­cie umy­sło­we usta­je chwi­lo­wo. Twar­dow­ski ucie­ka ze znisz­czo­nej sie­dzi­by (Za­ru­biń­ce pod Zba­ra­żem), uno­sząc swe pra­ce li­te­rac­kie je­dy­nie, i na dru­gim krań­cu kra­ju (w Wiel­ko­pol­sce) szu­ka schro­nie­nia, skąd wy­pła­sza go znów na­jazd szwedz­ki, zmu­sza­jąc do chwy­ce­nia za oręż w po­de­szłym już wie­ku. Zi­mo­ro­wicz pa­trzy z bo­le­ścią na znisz­cze­nie swe­go ci­che­go dom­ku w uro­czym po­ło­że­niu pod mu­ra­mi Lwo­wa. Ko­chow­ski i Po­toc­ki słu­żą w po­spo­li­tym ru­sze­niu. Zu­bo­że­nie ma­te­rial­ne wszyst­kich sta­nów przez po­ża­ry, ra­bun­ki i cią­głe opła­ty i kon­try­bu­cje bądź przez na­jeźdź­ców wy­bie­ra­ne, bądź też na­kła­da­ne przez sej­my na obro­nę kra­ju, unie­moż­li­wi­ło – zwłasz­cza przy wa­run­kach nie­przy­ja­znych dla roz­wo­ju rol­nic­twa, han­dlu i prze­my­słu – przy­wró­ce­nie do po­przed­nie­go sta­nu tego, co woj­na znisz­czy­ła.

Prą­dy epo­ki od­ro­dze­nia roz­wi­nę­ły wpraw­dzie i w pol­skim spo­łe­czeń­stwie wyż­szy sto­pień ży­cia du­cho­we­go, po­le­ga­ją­cy na wy­zwo­le­niu my­śli i uczu­cia z za­leż­no­ści od form i for­muł, ale stop­nia tego do­się­gły je­dy­nie nie­licz­ne gru­py śród za­moż­ne­go miesz­czań­stwa i gar­ną­ce­go się dość skwa­pli­wie do no­we­go świa­tła zie­miań­stwa w po­łu­dnio­wo-za­chod­nich oko­li­cach daw­nej Pol­ski. Świa­tło to roz­no­si­ły nie­licz­ne jed­nost­ki, któ­re od­by­wa­ły na­uki na za­gra­nicz­nych uni­wer­sy­te­tach. Z upad­kiem za­moż­no­ści miast, wy­ga­śnię­ciem dy­na­stii ja­giel­loń­skiej, tak dba­łej o sze­rze­nie oświa­ty, z prze­nie­sie­niem sto­li­cy do War­sza­wy – ży­cie umy­sło­we, nie pod­trzy­my­wa­ne na­le­ży­cie, za­czę­ło ga­snąć i śre­dnio­wiecz­na po­mro­ka, roz­ja­śnio­na chwi­lo­wo bla­skiem kil­ku gwiazd, za­pa­dać na nowo. Wcie­le­nie Li­twy i Ma­zow­sza do pań­stwo­we­go or­ga­ni­zmu Pol­ski dało po­li­tycz­ną i spo­łecz­ną prze­wa­gę tłu­mom ciem­nej szlach­ty li­tew­sko-ma­zo­wiec­kiej, przed­sta­wia­ją­cej co do umy­sło­we­go i oby­cza­jo­we­go ukształ­ce­nia ten sto­pień za­le­d­wie, na ja­kim dziś znaj­du­je się nasz wło­ścia­nin. Nie­licz­na sto­sun­ko­wo szlach­ta ma­ło­pol­ska i wiel­ko­pol­ska mimo ca­łej swej wyż­szo­ści umy­sło­wej i oby – czaj owej stra­ci­ła swe zna­cze­nie i nie mo­gła sta­wić czo­ła na­jaz­do­wi tej but­nej, ru­chli­wej, krzy­kli­wej, sil­nej w ręku, lecz cia­sno­gło­wej bra­ci, któ­ra w krót­kim cza­sie zdo­ła­ła na­rzu­cić jej i swe oby­cza­je, i swą wolę na… sej­mi­kach, a przy tym swą za­bie­gło­ścią i prze­myśl­no­ścią w go­spo­dar­stwie rol­nym za­gar­nąć znacz­ną część jej po­sia­dło­ści. Wpraw­dzie ma­ło­pol­scy zie­mia­nie, dum­ni wie­lo­wie­ko­wą daw­no­ścią swych ro­dów i wyż­szo­ścią swej oświa­ty, po­gar­dli­wie spo­glą­da­li na ta­kich przy­by­szów, „co wziąw­szy – ski albo się od Bra­cła­wia, albo pi­szą się z Ma­zow­sza”, ale swo­ją dro­gą przy­znać mu­sie­li, że taki przy­bysz mimo wąt­pli­we­go szla­chec­twa, bra­ku wy­kształ­ce­nia i ogła­dy oby­cza­jo­wej „trzę­sie prze­cie sej­mi­kiem” i za­stę­pu­jąc spry­tem brak na­uki, wro­dzo­ną wy­mo­wą nie­zna­jo­mość Cy­ce­ro­na, pew­no­ścią sie­bie i butą brak wy­cho­wa­nia, od­gry­wa waż­ną rolę w ży­ciu po­li­tycz­nym i to­wa­rzy­skim.

Jed­na re­li­gia mo­gła okieł­znać fi­zycz­ną buj­ność tych lu­dzi i uka­zać im po­tę­gę, przed któ­rą po­kor­nia­ła ich buta. Przy­jąw­szy w sie­bie te nowe ży­wio­ły, mu­sia­ła pia­stow­ska Pol­ska prze­cho­dzić z nimi po­wtór­nie śre­dnio­wiecz­ną dobę, i to nie tyl­ko w du­cho­wym, lecz i w po­li­tycz­no-spo­łecz­nym roz­wo­ju. Dla nich była to ko­niecz­na szko­ła, dla niej cięż­ka po­ku­ta za błę­dy po­li­tycz­ne, nie­spra­wie­dli­wość spo­łecz­ną, ży­cie nad stan, wy­ga­śnię­cie du­cha ry­cer­skie­go i za­nie­dba­nie upra­wy umy­sło­wej i obo­wiąz­ków oby­wa­tel­skich. Klę­ska pi­ła­wiec­ka – ten Se­dan pol­skie­go ry­cer­stwa – skwa­pli­we pod­da­nie się Wiel­ko­pol­ski Szwe­dom, a pod wie­lu wzglę­da­mi i ro­kosz Lu­bo­mir­skie­go – oto ja­skra­we po­ja­wy cho­ro­by nur­tu­ją­cej or­ga­nizm pia­stow­skiej Pol­ski, po­ja­wy tłu­ma­czą­ce za­ra­zem bez­sil­ność po­li­tycz­ną i spo­łecz­ną pier­wot­nych pro­win­cji wo­bec no­wych ży­wio­łów i wy­ra­sta­ją­cej z ich po­mo­cą oli­gar­chii. Bie­da ma­te­rial­na, spro­wa­dzo­na dłu­go­let­ni­mi woj­na­mi i nie­rzą­dem eko­no­micz­nym, co­raz sil­niej przy­ku­wa­ła śred­nią i drob­ną szlach­tę do dwo­rów ma­gnac­kich, ciem­no­ta i anar­chia co­raz ko­niecz­niej­szym czy­ni­ła szu­ka­nie pro­tek­cji, rad i wska­zó­wek u ma­gna­ta – do­bro­dzie­ja i opie­ku­na. Sto­sun­ki śre­dnio­wiecz­ne wy­twa­rza­ły się tu samo przez się; było to len­nic­two, tyl­ko nie te­ry­to­rial­ne, ale mo­ral­ne i ma­te­rial­ne za­ra­zem, nie praw­ne, ale oby­cza­jem uświę­co­ne i okre­ślo­ne co do na­tu­ry usług i obo­wiąz­ków obu­stron­nych.

Wstrzą­śnie­nie spo­wo­do­wa­ne przez dwu­na­sto­let­nie woj­ny i to­wa­rzy­szą­ce im klę­ski, przy­spie­szy­ło to roz­wi­nię­cie się śre­dnio­wiecz­nych sto­sun­ków za­rów­no w ży­ciu umy­sło­wym, jak i po­li­tycz­no-spo­łecz­nym. Z dru­giej stro­ny przy­czy­ni­ło się ono wiel­ce do za­tar­cia tych licz­nych a wy­bit­nych róż­nic, ja­kie przed­sta­wia­ły do­tąd w po­ję­ciach, oby­cza­jach i uczu­ciach roz­ma­ite czę­ści Rze­czy­po­spo­li­tej. Wspól­ność nie­do­li, wspól­ność nie­na­wi­ści prze­ciw na­jeźdź­com, ko­le­żeń­stwo obo­zo­we­go ży­cia, ko­niecz­ność szu­ka­nia no­wych sie­dzib w miej­sce spu­sto­szo­nych zbli­ży­ły z sobą lu­dzi i obu­dzi­ły w nich po­czu­cie jed­no­ści, sła­be wpraw­dzie, ale za­wsze sta­no­wią­ce waż­ny krok na­przód w dzie­le wy­twa­rza­nia się jed­no­li­te­go or­ga­ni­zmu na­ro­do­we­go. Je­dy­ną też to było ko­rzy­ścią, jaką osią­gnę­ła Rzecz­po­spo­li­ta z tak cięż­kie­go przej­ścia. Strasz­ne to i kosz­tow­ne do­świad­cze­nie nie otwo­rzy­ło wca­le oczu na przy­czy­ny złe­go już nie tyl­ko ma­zo­wiec­ko-li­tew­skiej szlach­cie, po któ­rej trud­no by się tego spo­dzie­wać, ale zie­miań­stwu daw­nej Ma­ło­pol­ski i Wiel­ko­pol­ski, li­czą­ce­mu wte­dy sześć wie­ków ży­cia po­li­tycz­ne­go i od sze­ściu wie­ków ule­ga­ją­ce­mu wpły­wom cy­wi­li­za­cji za­chod­niej. Jak w w. XVIII wpływ fran­cu­skiej oświa­ty spro­wa­dził trwa­łe i ogól­ne prze­kształ­ce­nie w ubio­rze tyl­ko i zwy­cza­jach ży­cia to­wa­rzy­skie­go, tak i prą­dy wie­ku od­ro­dze­nia prze­kształ­ci­ły tyl­ko w XVI w. urzą­dze­nie do­mów, stro­je i tryb ży­cia, od­no­śnie do po­kar­mów, na­po­jów i za­baw; idee zaś tego wie­ku przy­ję­ły się w nie­licz­nych tyl­ko umy­słach i zni­kły wraz z nimi, nie znaj­du­jąc dla sie­bie grun­tu. Dzie­ła tych wy­jąt­ko­wych umy­słów zo­sta­ły w XVII w. za­po­mnia­ne zu­peł­nie. To­też po prze­by­ciu strasz­ne­go prze­si­le­nia wszyst­kie umy­sły świa­tłej­sze czu­ją, że przy­czy­ny tych klęsk szu­kać na­le­ży nie w złej woli nie­przy­ja­ciół, ale w błę­dach na­ro­du; jed­nak nie umie­ją so­bie ja­sno okre­ślić isto­ty tych błę­dów, isto­ty złe­go, tkwią­ce­go w or­ga­ni­zmie Rze­czy­po­spo­li­tej. Jed­no złe tyl­ko zwra­ca­ło na sie­bie po­wszech­ną uwa­gę, a mia­no­wi­cie upa­dek du­cha ry­cer­skie­go, wy­ga­śnię­cie daw­ne­go mę­stwa, udo­wod­nio­ne ha­nieb­ny­mi po­raż­ka­mi w woj­nach z Ko­za­ka­mi i przy­pi­sy­wa­ne po­wszech­nie znie­wie­ścia­ło­ści i zbyt­kom wy­ni­kłym z przy­ję­cia zwy­cza­jów i try­bu ży­cia od lu­dów za­chod­nich.

Dru­gą, przy­czy­nę nie­szczęść kra­jo­wych do­pa­try­wa­no, i to na ca­łym ob­sza­rze Rze­czy­po­spo­li­tej, choć z nie­jed­na­ko­wych po­wo­dów, w kró­lach cu­dzo­ziem­cach, za­gra­ża­ją­cych nie­ustan­nie swo­bo­dom szla­chec­kim, trosz­czą­cych się prze­waż­nie o swo­je spra­wy i lek­ce­wa­żą­cych tra­dy­cje i zwy­cza­je na­ro­do­we. Je­dy­ną więc de­ską oca­le­nia, je­dy­ną re­for­mą, jaka mia­ła za­bez­pie­czyć Rzecz­po­spo­li­tą od po­no­wie­nia się po­dob­nych nie­szczęść, był wy­bór kró­la ro­da­ka, kró­la-Pia­sta, jak się wy­ra­ża­no. Wie­rzo­no, że sam wi­dok ro­da­ka na tro­nie roz­bu­dzi w na­ro­dzie i utra­co­ne mę­stwo, i du­cha oby­wa­tel­skie­go, że na jed­no jego ski­nie­nie za­peł­ni się pu­sty skarb, po­ja­wią huf­ce dziel­ne­go ry­cer­stwa, znik­ną gwał­ty i nad­uży­cia, usta­ną zbyt­ki, a zło­ty wiek wol­no­ści, spra­wie­dli­wo­ści, po­tę­gi i po­ko­ju za­kwit­nie w dzie­dzi­nie Le­cha. Oprócz tych wspól­nych na­dziei, ja­kie opie­ra­no na wy­bo­rze, do któ­re­go prze­cie nie upa­trzo­no jesz­cze kan­dy­da­ta, ha­sło to mia­ło swe spe­cjal­ne zna­cze­nie – inne dla Ma­ło­po­lan, a inne dla Ma­zu­rów i Li­twi­nów. Dla pierw­szych wy­ra­ża­ło Ono po­wrót do sta­ro­pol­skich urzą­dzeń, do oby­cza­jów pia­stow­skiej epo­ki, z któ­ry­mi ra­zem po­wró­cić mu­szą daw­ne cno­ty i daw­ne zna­cze­nie sta­ro­żyt­nych ro­dów szla­chec­kich tych pro­win­cji, jako je­dy­nie prze­cho­wu­ją­cych czy­sto praw­dzi­we po­ję­cia o szla­chec­twie i obo­wiąz­kach tego sta­nu. Dla dru­gich zno­wu zna­czy­ło to głów­nie pra­wo swo­bod­ne­go gło­su na elek­cji, pra­wo wy­bie­ra­nia kogo bądź i sta­wie­nia choć­by swej wła­snej kan­dy­da­tu­ry. Bądź co bądź było to ha­sło stresz­cza­ją­ce w so­bie wszyst­kie pra­gnie­nia i wszyst­kie na­dzie­je znę­ka­ne­go ty­lo­let­ni­mi klę­ska­mi na­ro­du, to­też prze­mo­gło ono nad za­bie­ga­mi dy­plo­ma­tów par­tii fran­cu­skiej. Na­su­nię­ty przy­pad­ko­wo uwa­dze szlach­ty ze­bra­nej na elek­cję ksią­żę Mi­chał Wisz­nio­wiec­ki, po­nie­waż ubó­stwem swym przy­po­mi­nał le­gen­do­we­go Pia­sta, a jako syn męż­ne­go wo­dza z cza­sów wo­jen ko­zac­kich po­wi­nien był odzie­dzi­czyć du­cha ry­cer­skie­go, urósł w jed­nej chwi­li w za­pal­nej fan­ta­zji szla­chec­kiej na tego wy­ma­rzo­ne­go przez nią kró­la ry­ce­rza, Pia­sta-wy­baw­cę, i za­siadł naj­nie­spo­dzie­wa­niej na tro­nie. Au­re­ola cu­dow­no­ści roz­to­czy­ła się po­nad tym wy­bo­rem. Wo­bec obio­ru tego nie zna­ne­go i nie ma­rzą­ce­go nig­dy o ko­ro­nie czło­wie­ka, wbrew za­bie­gom par­tii fran­cu­skiej roz­po­rzą­dza­ją­cej licz­ny­mi środ­ka­mi, na­ród uznał w tym wolę Boga i wi­docz­ny do­wód jego opie­ki nad Rze­czą­po­spo­li­tą. Za­pał ogól­ny nie miał gra­nic; przy­szłość cała przed­sta­wia­ła się te­raz w bar­wach naj­pięk­niej­szych. No­we­go kró­la za­sy­py­wa­no da­ra­mi. – W sto lat póź­niej po­dob­ny wy­buch za­pa­ła po­wtó­rzył się wsku­tek uchwa­le­nia przez Sejm Czte­ro­let­ni 100 000 woj­ska. I nie­raz jesz­cze po­na­wiał się ten fa­jer­werk, po któ­rym tym gęst­szy­mi, tym przy­krzej­szy­mi wy­da­wać się mu­sia­ły ciem­no­ści, ja­kie po chwi­li wra­ca­ły. Co naj­smut­niej­sza prze­cie, to każ­do­ra­zo­wa utra­ta sił i wia­ry w przy­szłość, któ­re, spło­nąw­szy w po­tęż­nym wy­bu­chu, zo­sta­wia­ły spo­łe­czeń­stwo bez świa­teł, któ­re by je mo­gły pro­wa­dzić, bez ener­gii i od­wa­gi do po­su­wa­nia się po­wol­ne­go śród mro­ku.

Elek­cja Wisz­nio­wiec­kie­go nie tyl­ko zni­we­czy­ła sta­ra­nia par­tii, fran­cu­ską zwa­nej, o wpro­wa­dze­nie sil­niej­sze­go rzą­du, ale i stłu­mi­ła bu­dzą­ce się w na­ro­dzie po­czu­cie ko­niecz­no­ści re­form tak w rzą­dzie, jak i oby­cza­jach, ko­niecz­no­ści od­ro­dze­nia się mo­ral­ne­go, któ­re upa­try­wa­no w po­wro­cie do sta­ro­pol­skie­go ładu, do pra­dzia­dow­skich cnót i oby­cza­jów. Opa­liń­ski, Sta­ro­wol­ski, Ko­chow­ski, Twar­dow­ski i Po­toc­ki na­wo­łu­ją szlach­tę do po­pra­wy ży­cia, po­wścią­gnię­cia zbyt­ków i swa­wo­li, ale nie­ste­ty – gło­sy po­etów i pu­bli­cy­stów są bez­sil­ny­mi za­wsze, je­że­li nie we­sprą ich in­sty­tu­cje, je­że­li gło­szo­ne przez nich idee nie po­bu­dzą śmia­łych ini­cja­to­rów, któ­rzy by je wcie­li­li w od­po­wied­nie pra­wa i urzą­dze­nia. Gdy ów po­sa­dzo­ny na tro­nie Piast – od któ­re­go wy­cze­ki­wa­no wszyst­kie­go, choć nie dano mu środ­ków od­po­wied­nich – oka­zał się sła­bym i nie­udol­nym, wte­dy opusz­czo­no ręce i z tym więk­szą żar­li­wo­ścią uchwy­co­no się je­dy­nej idei, któ­ra nie stra­ci­ła kre­dy­tu, lecz prze­ciw­nie: wo­bec do­zna­ne­go za­wo­du tym więk­szej na­bra­ła siły – idei re­li­gij­nej.

Ta suma wra­żeń bu­dzą­cych trwo­gę i roz­pacz, nie­po­kój o ju­tro, o losy naj­bliż­szych, o wła­sne ży­cie i mie­nie, klę­ski ma­te­rial­ne i mo­ral­ne – po­wta­rza­ją­ce się przez tyle lat – mu­sia­ły wy­wo­łać w umy­słach sze­reg od­po­wied­nich po­jęć i no­wych uczuć, rów­no – wa­żą­cych te wra­że­nia i ła­go­dzą­cych wy­wo­ła­ne przez nie cier­pie­nia; in­a­czej bo­wiem nie­po­dob­na by było znieść ta­kiej cią­gło­ści jed­no­stron­nie przy­gnę­bia­ją­cych sta­nów du­szy bez roz­stro­ju władz umy­sło­wych. Nie bra­ko­wa­ło za­pew­ne lu­dzi, któ­rzy – jak to o so­bie Pa­sek nie­jed­no­krot­nie opo­wia­da – w trun­ku szu­ka­li le­kar­stwa na za­bi­cie fra­sun­ku lub też wpa­da­li w stan idio­tycz­ne­go zo­bo­jęt­nie­nia i nie­dba­ło­ści na wszyst­ko. U znacz­nej więk­szo­ści na­ro­du klę­ski te roz­bu­dzi­ły lub spo­tę­go­wa­ły uczu­cia re­li­gij­ne, któ­rych uze­wnętrz­nie­nie przy­bra­ło roz­ma­ite for­my, od­po­wied­nio do stop­nia roz­wi­nię­cia umy­sło­we­go róż­nych grup i warstw spo­łecz­nych. U jed­nych wy­ra­zi­ło się ono bez­myśl­nym po­wta­rza­niem pa­cie­rzy, od­by­wa­niem piel­grzy­mek do miejsc cu­dow­nych i roz­licz­ny­mi czy­sto for­mal­ny­mi prak­ty­ka­mi; dru­dzy sta­ra­li się zno­wu po­zy­skać opie­kę nie­bios da­ra­mi i za­pi­sa­mi na po­boż­ne i do­bro­czyn­ne cele, od­na­wia­niem po­ruj­no­wa­ńych przez woj­ny świą­tyń, za­kła­da­niem no­wych ko­ścio­łów i klasz­to­rów; wie­lu wresz­cie znę­ka­nych ma­te­rial­ny­mi i mo­ral­ny­mi stra­ta­mi szu­ka­ło w klasz­to­rach po­żą­da­ne­go tak spo­ko­ju i po­cie­chy dla du­szy w cią­głym ob­co­wa­niu z Bo­giem. Twar­dow­ski, któ­ry ze świa­to­we­go dwo­rza­ni­na stał się czyn­nym człon­kiem aż dwóch bractw po­boż­nych (u ber­nar­dy­nów w Ko­by­li­nie oko­ło 1653 r.), za­chę­ca płeć nie­wie­ścią do ży­cia klasz­tor­ne­go, przed­sta­wia­jąc w Na­dob­nej Pa­skwa­li­nie triumf mi­ło­ści nie­biań­skiej, chrze­ści­jań­skiej, nad po­gań­ską, zmy­sło­wą. Ku­pi­dyn zwy­cię­żo­ny od­bie­ra so­bie ży­cie, a na­dob­na bo­ha­ter­ka po­świę­ca swą uro­dę Bogu i zo­sta­je ksie­nią w klasz­to­rze. Po raz pierw­szy re­li­gia ze­spo­li­ła się u nas tak sil­nie z ży­ciem spo­łe­czeń­stwa; ksiądz w ogó­le, a za­kon­nik w szcze­gól­no­ści, za­czął w ży­ciu to­wa­rzy­skim uży­wać sza­cun­ku i sym­pa­tii, ja­kiej nie znał w wie­kach po­przed­nich.

Naj­pod­nio­ślej­szą for­mę przy­bra­ło uczu­cie re­li­gij­ne tam na­tu­ral­nie, gdzie ży­cie umy­sło­we z daw­na już się roz­wi­nę­ło, mia­no­wi­cie na po­łu­dnio­wo-za­chod­nim po­gra­ni­czu Rze­czy­po­spo­li­tej. Świa­do­mość błę­dów po­li­tycz­nych i nie­spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nych, świa­do­mość za­nie­dba­nia obo­wiąz­ków i za­po­mnie­nia cnót oby­wa­tel­skich obu­dzi­ła tam myśl o po­trze­bie od­ro­dze­nia się mo­ral­ne­go i na­ro­do­we­go, prze­bła­ga­nia Boga za po­peł­nio­ne winy do­bry­mi czy­na­mi, a nade wszyst­ko ofia­rą krwi wła­snej w obro­nie oj­czy­zny i Ko­ścio­ła prze­ciw nie­wier­nym. Kon­fe­de­ra­cja ty­szo­wiec­ka była pierw­szym ob­ja­wem tego do­dat­nie­go dą­że­nia, ob­ja­wia­ją­ce­go się głów­nie śród zie­mian ma­ło­pol­skich, spo­śród któ­rych wy­szedł ów­cze­sny wy­ba­wi­ciel Rze­czy­po­spo­li­tej – Ste­fan Ozar­nec­ki.

Uczu­cia te i po­ję­cia zna­la­zły rów­nież wy­mow­nych tłu­ma­czów i żar­li­wych pro­pa­ga­to­rów w dwóch ma­ło­pol­skich po­etach, Ko­chow­skim i Po­toc­kim, i wy­da­ły dwa naj­cie­kaw­sze i naj­wy­bit­niej cha­rak­te­ry­zu­ją­ce ży­cie du­cho­we tej epo­ki utwo­ry: Woj­nę cho­cim­ską i Psal­mo­dy­ję.

Pierw­szy z nich wy­bra­łem za przed­miot ni­niej­sze­go stu­dium, gdyż od­bi­ja nie tyl­ko naj­głęb­szą treść ów­cze­sne­go du­cha na­ro­du, ale za­ra­zem od­twa­rza licz­ne barw­ne i wy­bit­ne rysy jego ze­wnętrz­ne­go ży­cia. Jak w rze­czy­wi­sto­ści ów­cze­snej, tak i w po­ema­cie Po­toc­kie­go my­śli i uczu­cia pod­nio­słe spla­ta­ją się z ru­basz­ny­mi i po­spo­li­ty­mi, szcze­gó­ły do­dat­nie z ujem­ny­mi w ca­łość nie­jed­no­li­tą, ale bo­ga­tą pod wzglę­dem tre­ści, two­rzą ob­raz nie pięk­ny, bo brak mu har­mo­nii, sy­me­trii i per­spek­ty­wy, ale wier­ny, szcze­ry i zaj­mu­ją­cy w dro­bia­zgach swo­ich jak płót­no fla­mandz­kie­go mi­strza. – Myśl prze­wod­nia nie prze­ni­ka tu wszyst­kich szcze­gó­łów, lecz snu­je się śród nich jak owe wstę­gi z na­pi­sa­mi na sta­rych ob­ra­zach, wy­cho­dzą­ce z ust po­sta­ci lub uno­szą­ce się nad ich gło­wa­mi.II

Nim za­cznie­my roz­pa­try­wać się bli­żej w sa­mym utwo­rze, wy­pa­da nam, w wa­run­kach oto­cze­nia i ko­le­jach ży­cia jego au­to­ra, po­szu­kać źró­deł tych po­jęć i uczuć, tych tra­dy­cji i wra­żeń, któ­rych wier­ne i do­sad­ne od­two­rze­nie czy­ni Woj­nę cho­cim­ską tak zaj­mu­ją­cym i po­ucza­ją­cym świa­dec­twem ży­cia na­szych pra­oj­ców w dru­giej po­ło­wie XVII wie­ku.

Szczu­pły za­pas wia­do­mo­ści, ja­kie o ży­ciu Wa­cła­wa Po­toc­kie­go ze­brał i po­dał K. Szaj­no­cha ( Szki­ce hi­sto­rycz­ne, t. I), zo­stał do­pie­ro w ostat­nich la­tach zbo­ga­co­ny no­wy­mi da­ny­mi w pra­cach prof. J. Czub­ka (Kra­ków 1895) i prof. A. Brück­ne­ra ( Ostat­nie lata Wa­cła­wa Po­toc­kie­go, Kra­ków 1896, i Spu­ści­zna rę­ko­pi­śmien­na po Wa­cła­wie Po­toc­kim, Kra­ków, cz. I 1898, cz. II 1899, tu­dzież w „Prze­glą­dzie Pol­skim” z r. 1902).

Po­toc­ki po­cho­dził ze sta­ro­daw­ne­go i licz­nie roz­ga­łę­zio­ne­go rodu Szre­nia­wi­tów, któ­re­go pier­wot­ną sie­dzi­bą była pięk­ną i ży­zna do­li­na rze­ki Szre­nia­wy, prze­rzy­na­ją­cej dzi­siej­szy po­wiat mie­chow­ski w kie­run­ku od Mie­cho­wa na Słom­ni­ki i Pro­szo­wi­ce ku Wi­śle, do któ­rej wpa­da pod Ko­szy­ca­mi. Szre­nia­wa, pier­wot­ne „za­wo­ła­nie” (ha­sło i go­dło wo­jen­ne) ca­łe­go rodu, prze­szła póź­niej na mia­no her­bu wie­lu po­je­dyn­czych ro­dzin, po­wsta­łych po roz­bi­ciu pier­wot­nej, ro­do­wej or­ga­ni­za­cji. Te na­wet ro­dzi­ny, któ­re inny herb lub inną na­zwę dla pier­wot­ne­go go­dła przy­ję­ły, miesz­ka­jąc w oko­li­cach pier­wot­ne­go gniaz­da nie za­tra­ca­ły z pa­mię­ci:

spól­nej stru­gi,

Któ­rą­śmy dłu­giem pa­smem, jako bie­ży z góry,

Jesz­cze kie­dy roz­mie­rzał Lech tę zie­mię sznu­ry,

Kie­dy Kra­kus, gdzie smo­cy lu­dzie żywo je­dli,

Mia­sto swo­je sto­łecz­ne za­kła­dał, osie­dli

Przy tej ście­nie, gdzie nie­ba by­stre Ta­try bodą,

Gdzie nas win­ną Ly­aeus pod­sy­ca ja­go­dą.

Stąd, jako orzeł z gniaz­da, koń tro­jań­ski z brzu­cha

Od­waż­ne ka­wa­le­ry (nie uj­rzysz pie­cu­cha)

Wy­sa­dza na the­atrum ko­ron­ne­go świa­ta.

Tak mówi o swym ro­dzie sam Po­toc­ki w „prze­mo­wie” do Woj­ny cho­cim­skiej i w sło­wach jego nie na­le­ży do­pa­try­wać czczej prze­chwał­ki, pa­ne­gi­rycz­nej prze­sa­dy, lecz istot­ne prze­świad­cze­nie opar­te na od­le­głej sta­ro­żyt­no­ści i wie­lo­wie­ko­wej służ­bie tego rodu (a ra­czej ca­łe­go zie­miań­stwa oko­lic Kra­ko­wa) w spra­wie kra­ju i cy­wi­li­za­cji. To­też każ­dy Szre­nia­wi­ta czuł się o wie­le lep­szym oby­wa­te­lem, o wie­le do­stoj­niej­szym szlach­ci­cem od miesz­kań­ca Ma­zow­sza lub puszcz za­nie­meń­skich; poj­mo­wał przy tym, że po – wi­nien słu­żyć in­nym za wzór ry­ce­rza – oby­wa­te­la, że oświa­ta, z ja­kiej od tylu po­ko­leń ko­rzy­sta, czy­ni go wyż­szym umy­sło­wo i mo­ral­nie, na­kła­da obo­wią­zek na­ucza­nia i oświe­ca­nia młod­szej bra­ci. Nie każ­dy wpraw­dzie Szre­nia­wi­ta poj­mo­wał tak pod­nio­śle swe obo­wiąz­ki, o ile wy­so­ko ce­nił swą ro­do­wą do­stoj­ność, ale nam cho­dzi tu o wy­ja­śnie­nie źró­dła po­jęć i uczuć jed­ne­go tyl­ko, w któ­rym ród ten zna­lazł tak świet­ne­go przed­sta­wi­cie­la.

Uro­dził się Wa­cław Po­toc­ki w Woli Łu­żeń­skiejj w oko­li­cach Gry­bo­wa na Pod­gó­rzu Kar­pac­kim; datę uro­dze­nia (1625 r.) wska­zu­ją dane, za­war­te w Tre­nach na śmierć syna, a tak­że i ustęp z Pocz­tu her­bów, wy­da­ne­go w r. 1696, w któ­rym po­eta na­zy­wa się „sie­dem­dzie­się­cio­let­nim star­cem”.

O sto­sun­kach ro­dzin­nych Po­toc­kie­go nie­wie­le wie­my; miał on dwóch bra­ci, z któ­rych je­den, Je­rzy, był sę­dzią kra­kow­skim, dru­gi, Jan, stol­ni­kiem biel­skim. Po­cho­dzi­li z ro­dzi­ny ariań­skiej i do­pie­ro po wy­da­niu w r. 1658 pra­wa wy­da­la­ją­ce­go arian z kra­ju przy­ję­li wszy­scy bra­cia ka­to­li­cyzm, żony ich jed­nak zo­sta­ły arian­ka­mi. Czy swo­ją póź­niej­szą za­moż­ność, o ja­kiej świad­czy, prócz po­sia­da­nia roz­le­głej i lud­nej wsi na Pod­gó­rzu Kar­pac­kim, wła­sne wy­zna­nie po­ety w de­dy­ka­cji Sy­lo­re­ta swej sy­no­wej, za­wdzię­czał bo­ga­te­mu oże­nie­niu i pra­cy, czy też mie­nie to przy­pa­dło mu w spad­ku po ro­dzi­cach, o tym dla bra­ku do­wo­dów nie moż­na nic pew­ne­go po­wie­dzieć. Rów­nież do­my­śleć się wol­no tyl­ko bio­gra­fo­wi, iż au­tor Ar­ge­ni­dy od­by­wał na­uki w Kra­ko­wie i tam miał spo­sob­ność za­wią­zać sto­sun­ki tak z Ko­chow­skim We­spa­zja­nem, jak i Ja­nem So­bie­skim. Dość roz­le­gła eru­dy­cja, ja­kiej do­wo­dem jest przede wszyst­kim przed­mo­wa do Woj­ny cho­cim­skiej, świad­czy, iż Po­toc­ki w swej mło­do­ści dużo cza­su po­świę­cał stu­diom.

W ja­kich wa­run­kach i pod ja­ki­mi wpły­wa­mi aria­nizm Po­toc­kie­go prze­kształ­cił się w gor­li­wą re­li­gij­ność no­szą­cą pięt­no ka­to­lic­kie, o tym brak wszel­kich świa­dectw.

Nie zna­jąc ko­lei ży­cia Po­toc­kie­go, nie mo­że­my ozna­czyć bli­żej wa­run­ków, śród któ­rych roz­wi­ja­ły się po­ję­cia i uczu­cia, z ja­ki­mi spo­ty­ka­my się w Woj­nie cho­cim­skiej, nie mo­że­my nade wszyst­ko przed­sta­wić głów­nych mo­men­tów tego pro­ce­su du­cho­we­go, któ­re­go re­zul­tat je­dy­nie mamy przed sobą. Do­my­ślać się tyl­ko mo­że­my, iż jako czło­nek za­moż­nej ro­dzi­ny, po­to­mek sta­ro­daw­ne­go rodu, czło­wiek po­sia­da­ją­cy pięk­ne mie­nie, do­brą gło­wę, ser­ce szla­chet­ne i licz­ne sto­sun­ki śród ma­ło­pol­skie­go zie­miań­stwa mu­siał brać czyn­ny udział w ży­ciu to­wa­rzy­skim i pu­blicz­nym, że był nie tyl­ko po­żą­da­nym dla dow­ci­pu i wy­mo­wy, i ogła­dy oby­cza­jo­wej go­ściem, ale też chęt­nie słu­cha­nym do­rad­cą i mów­cą na ob­cho­dach i ze­bra­niach. Czy w mło­do­ści swej słu­żył woj­sko­wo – nie wie­my; póź­niej brał, o ile się zda­je, udział w po­spo­li­tym ru­sze­niu w cza­sie wo­jen ko­zac­kich i szwedz­kich; sce­ny wo­jen­ne i ob­ra­zy obo­zo­we­go ży­cia w Woj­nie clio­cim­skiej są na­kre­ślo­ne tak żywo, dro­bia­zgo­wo i z ta­kim re­ali­zmem, że tyl­ko oso­bi­ste wra­że­nia i wła­sne do­świad­cze­nie mo­gło do­star­czyć po­ecie tych barw i ry­sów.

Woj­ny i wy­pad­ki z epo­ki 1648 do 1668 r. mu­sia­ły na­tu­ral­nie wy­wrzeć wiel­ki wpływ na Po­toc­kie­go. Wpływ ten prze­cie po­dzia­łał nie tyle na umysł, ile na ser­ce; za­miast zbu­rzyć daw­niej­sze po­ję­cia i dać po­czą­tek ukła­do­wi no­wych grup, pod­nie­cił je­dy­nie pa­trio­tyzm i du­cha re­li­gij­ne­go. Wi­dząc w spa­da­ją­cych na kraj klę­skach gro­my za­gnie­wa­ne­go Boga, nie po­my­ślał on na­wet, z ogó­łem ów­cze­snej szlach­ty, by roz­pa­trzyć się w fun­da­men­tach roz­pa­da­ją­ce­go się gma­chu, lecz szu­kał je­dy­nie naj­bliż­szej przy­czy­ny tak strasz­nej kary i ta­kie­go gnie­wu Bo­że­go. Przy­czy­ną tą wy­da­ło mu się za­nie­dba­nie po­słan­nic­twa cią­żą­ce­go na szlach­cie i po­le­ga­ją­ce­go na cią­głych bo­jach z nie­wier­ny­mi w spra­wie re­li­gii. Za­nie­dba­nie to zno­wu wy­ni­kło ze znie­wie­ścia­ło­ści, zbyt­ków i wpły­wu cu­dzo­ziem­skich oby­cza­jów, wpro­wa­dzo­nych głów­nie przez kró­lów cu­dzo­ziem­ców, któ­rzy przy tym nie ro­zu­mie­jąc po­jęć, oby­cza­jów i dą­żeń na­ro­du, nie mo­gli w nim pod­trzy­my­wać ry­cer­skie­go du­cha i prze­strze­gać wier­ne­go wy­peł­nie­nia świę­te­go po­słan­nic­twa. Stąd po­cho­dzi u Po­toc­kie­go ta za­cię­ta nie­chęć ku kró­lom z dy­na­stii Wa­zów, któ­rym przy­pi­su­je znacz­ny udział w nie­szczę­ściach kra­jo­wych. Nie wie­my wpraw­dzie, jak się za­cho­wy­wał Po­toc­ki pod­czas ro­ko­szu Lu­bo­mir­skie­go, jed­nak­że za­rów­no wi­docz­na życz­li­wość dla tej od­ro­śli Szre­nia­wi­tów, wy­stę­pu­ją­ca wie­lo­krot­nie na kar­tach. Woj­ny do­mo­wej, jak i nie­chęć ku Wa­zom, a Ja­no­wi Ka­zi­mie­rzo­wi w szcze­gól­no­ści, o któ­rej świad­czy przed­mo­wa do tego po­ema­tu, po­zwa­la­ją nam do­my­ślać się, iż stał po stro­nie ro­ko­szan i je­dy­nie może dla po­de­szłe­go wie­ku nie brał udzia­łu w bra­to­bój­czych wal­kach.

Gdy więc, z wiel­ką ra­do­ścią Po­toc­kie­go, znie­na­wi­dzo­ny Waza ustą­pił do­bro­wol­nie z tro­nu, dla któ­re­go nie mógł zna­leźć po­trzeb­ne­go opar­cia, otu­cha naj­żyw­sza na­peł­ni­ła jego ser­ce pa­ła­ją­ce mi­ło­ścią dla Rze­czy­po­spo­li­tej. Te­raz otwie­ra­ła się, w mnie­ma­niu jego, na­ro­do­wi pora i pole do re­ha­bi­li­ta­cji, do od­świe­że­nia przy­ćmio­ne­go bla­sku i upa­dłej wiel­ko­ści. Nic nie prze­szka­dza­ło już do przy­wró­ce­nia daw­nych oby­cza­jów, za któ­ry­mi za­wi­ta­ją daw­ne do­bre cza­sy. Dość osa­dzie na tro­nie kró­la ro­da­ka-Pia­sta, a po­wró­ci daw­ne mę­stwo, pro­sto­ta ży­cia, uczci­wość, po­boż­ność, a z nimi wiel­kość i po­tę­ga cza­sów Bo­le­sła­wo­wych.

Chcąc w mia­rę swych sił i zdol­no­ści przy­czy­nić się do urze­czy­wist­nie­nia naj­ry­chlej­sze­go tej wy­ma­rzo­nej ery szczę­ścia, swo­bo­dy i po­tę­gi, za­mie­rza Po­toc­ki wy­po­wie­dzieć te idee w wy­mow­nym ma­ni­fe­ście, przed­sta­wić za­ra­zem współ­cze­snym wzór do na­śla­do­wa­nia, i to wzór tym wię­cej za­chę­ca­ją­cy, iż wzię­ty nie z od­le­głych wie­ków, lecz nie­da­le­kiej prze­szło­ści.

Co po­bu­dzi­ło Po­toc­kie­go do ry­mo­twór­czej dzia­łal­no­ści, kie­dy i od cze­go za­czął swój za­wód li­te­rac­ki, tego do­tąd nie wie­my. Być może, iż po­wo­dze­nie szkol­nych ćwi­czeń, przy wro­dzo­nej ła­two­ści w nada­wa­niu swo­im sło­wom wier­szo­we­go ukła­du, było pierw­szą pod­nie­tą do dal­sze­go upra­wia­nia tego pola. Sil­niej­szym bodź­cem były za­pew­ne po­chwa­ły i za­chę­ty gro­na we­so­łych to­wa­rzy­szów, wśród któ­rych przy kie­li­chu two­rzył Po­toc­ki drob­ne oko­licz­no­ścio­we wier­szy­ki lub przy­oble­kał w ry­mo­wa­ną sza­tę ulu­bio­ne fa­ce­cje i aneg­do­ty. Po­sy­ła­jąc zbiór Fra­szek swe­mu „bra­tu” An­drze­jo­wi Ży­dow­skie­mu (stol­nik i sę­dzia grodz­ki kra­kow­ski, a póź­niej cho­rą­ży), po­wia­da, iż pi­sał je „przed lat trzy­dzie­stą jesz­cze, z mło­du”. Czu­jąc się na si­łach i za­chę­ca­ny za­pew­ne przez krew­nych i przy­ja­ciół, by nie mar­no­wał przy­ro­dzo­ne­go „dow­ci­pu”, za­czął z ko­lei po­dej­mo­wać co­raz więk­szych roz­mia­rów i po­waż­nej tre­ści utwo­ry. Jed­ną z pierw­szych prac była praw­do­po­dob­nie Smut­na przy­go­da i śmierć ża­lo­ści­wa na­dob­nej Wir­gi­ni­jej dzie­wi­ce rzym­skiej ry­mem opi­sa­na 1652 roku .

Dla umniej­sze­nia so­bie tru­du Po­toc­ki brał zwy­kle ja­kiś ła­ciń­ski po­emat lub ro­mans i ta­ko­wy z wszel­ką swo­bo­dą nie prze­kła­dał, ale ra­czej od­twa­rzał – roz­sze­rza­jąc, skra­ca­jąc” lub prze­kształ­ca­jąc do­wol­nie. W ten spo­sób zo­sta­ła utwo­rzo­na Ar­ge­ni­da, na­pi­sa­na oko­ło r. 1666. Czy to jed­nak­że skut­kiem nie­uf­no­ści w swój ta­lent, czy dla zbyt­niej draż­li­wo­ści o ho­nor swe­go rodu, trzy­mał Po­toc­ki utwo­ry te w rę­ko­pi­sie, od­czy­tu­jąc je­dy­nie ro­dzi­nie i do­brym zna­jo­mym i po­sy­ła­jąc je od cza­su do cza­su w da­rze ko­muś z bliż­szych, z ob­szer­ną i czu­łą zwy­kle de­dy­ka­cją. Frasz­ka­mi ob­da­rza, jak to już wspo­mnie­li­śmy, swe­go „bra­ta” An­drze­ja, S ylo­re­ta po­świę­ca z rzew­ną przed­mo­wą wdo­wie po jed­nym z sy­nów, Alek­san­drze z Bo­ści­szew­skich Po­toc­kiej, Woj­nę cho­cim­ską swe­mu zię­cio­wi An­drze­jo­wi Lip­skie­mu.

Z po­dob­ne­go po­stę­po­wa­nia wno­sić moż­na, iż Po­toc­ki uwa­żał ry­mo­twór­stwo za przy­jem­ną i przy­stoj­ną dla szlach­ci­ca roz­ryw­kę i że z po­cząt­ku nie my­ślał wca­le słu­żyć swym pió­rem spra­wie pu­blicz­nej. Z wie­kiem do­pie­ro, gdy sta­rze­ją­cej się dło­ni oręż cię­żyć za­czy­nał, zmie­nił swe prze­ko­na­nia pod tym wzglę­dem.

Na zmia­nę tę wpły­nąć mo­gło, prócz wie­lu in­nych czyn­ni­ków, ów­cze­sne po­ję­cie o isto­cie i za­da­niu po­ezji. Przede wszyst­kim na­le­ży zwró­cić uwa­gę, że nie tyl­ko u nas, lecz i w za­chod­niej Eu­ro­pie sztu­ka wte­dy nie wy­zwo­li­ła się jesz­cze z za­leż­no­ści od rze­miosł z jed­nej, a od na­uki z dru­giej stro­ny. Jak nie uzna­wa­no róż­ni­cy mię­dzy ma­la­rzem ar­ty­stą a ma­la­rzem rze­mieśl­ni­kiem i obu za­li­czo­no do jed­nej kor­po­ra­cji, tak z dru­giej stro­ny nie ro­bio­no róż­ni­cy mię­dzy uczo­nym, li­te­ra­tem a po­etą. Ła­twość wy­ra­ża­nia my­śli w wier­szo­wej for­mie (zwłasz­cza po ła­ci­nie) była mia­rą zdol­no­ści i mą­dro­ści ów­cze­snych uczo­nych. Wszyst­ko, co sta­no­wi­ło treść na­uki, mo­gło słu­żyć za osno­wę utwo­ru po­etycz­ne­go; stąd tak czę­sto spo­ty­ka­my w daw­niej­szych wie­kach po­ema­ty astro­no­micz­ne, teo­lo­gicz­ne, fi­lo­zo­ficz­ne, stąd nie tyl­ko pra­wi­dła gra­ma­ty­ki i re­to­ry­ki, ale tak­że za­sa­dy upra­wy roli, gry w sza­chy itp. wy­kła­da­no wier­szem. Wszyst­ko, co chcia­no trwa­le upa­mięt­nić (fakt dzie­jo­wy, za­słu­gi pew­nej jed­nost­ki), jak rów­nież te re­gu­ły czy też szcze­gó­ły pew­nej na­uki, któ­re na­le­ża­ło wpo­ić w pa­mięć ucznia, przy­bie­ra­no w for­mę wier­szo­wą. Je­dy­nym za­da­niem sztu­ki w mnie­ma­niu ów­cze­snych było, prócz chwa­ły Bo­żej, prze­ka­zy­wa­nie dla po­tom­no­ści wy­da­rzeń wie­ków po­przed­nich i za­sług wiel­kich lu­dzi. Do­nio­słe dzie­jo­we wy­da­rze­nia upa­mięt­nia­no wzno­sze­niem świą­tyń i ko­ścio­łów za­słu­gi i czy­ny ludz­kie – po­są­ga­mi i wi­ze­run­ka­mi. Jed­nak­że pa­miąt­ki te ła­two i czę­sto nisz­czy „za­zdrość ludz­ka”, po­wia­da Po­toc­ki, jed­no pi­smo tyl­ko jej się nie lęka, ono je­dy­nie mo­gło prze­cho­wać nam wia­do­mo­ści nie tyl­ko o wiel­kich trium­fach, lecz i o wiel­kich klę­skach, nie tyl­ko o wiel­kich czy­nach i cno­tach; lecz i o strasz­nych zbrod­niach. Jak całe zna­cze­nie ko­lum­ny, po­są­gu lub wi­ze­run­ku po­le­ga na za­słu­gach i czy­nach, ja­kie unie­śmier­tel­nia, tak cała war­tość utwo­ru po­etyc­kie­go po­le­ga przede wszyst­kim na jego tre­ści i na fak­tach, ja­kie upa­mięt­nia, i bo­ha­te­rach, ja­kich opie­wa.. Ilia­da i Ene­ida za­wdzię­cza­ją swą sła­wę i pięk­ność temu, iż opi­su­ją wiel­kie czy­ny i wiel­kich bo­ha­te­rów dwóch naj­więk­szych lu­dów sta­ro­żyt­nych. Za­słu­ga Ho­me­ra i Wir­gi­liu­sza po­le­ga głów­nie na wy­bo­rze przed­mio­tu, na pod­ję­ciu tak wdzięcz­ne­go i za­szczyt­ne­go za­da­nia. Ów­cze­sne­go pol­skie­go czy­tel­ni­ka za­chwy­ca­ła Ilia­da lub Ene­ida nie peł­nym praw­dy i pla­sty­ki od­two­rze­niem ży­cia sta­ro­żyt­ne­go, ob­ra­za­mi przy­ro­dy i uczuć ludz­kich, ale samą je­dy­nie tre­ścią, samą fa­bu­łą, nad­zwy­czaj­ny­mi przy­go­da­mi bo­ha­te­rów i bo­gów. Pierw­szy Ko­cha­now­ski w Mu­zie sfor­mu­ło­wał i wy­ro­zu­mo­wał głów­ną za­sa­dę ów­cze­snej po­ety­ki, iż Muzy są cór­ka­mi pa­mię­ci i stąd za­da­niem ich upa­mięt­niać wiel­kich lu­dzi i wiel­kie czy­ny, al­bo­wiem to tyl­ko po­zy­ska sła­wę nie­śmier­tel­ną, co upa­mięt­ni po­eta ozdob­nym ry­mem. Ko­cha­now­ski, choć nie poj­mo­wał ja­sno, lecz od­czu­wał pięk­no­ści Ilia­dy i Ene­idy, i dla­te­go nie czu­jąc się na si­łach, by „mę­żom i bo­jom po­do­łać”, wo­lał ogra­ni­czyć swą dzia­łal­ność epic­ką na drob­nych po­ema­ci­kach, jak Pro­po­rzec, niż w za­mie­rzo­nym, ale nie­wy­koń­czo­nym Wła­dy­sła­wie pod War­ną na­ra­żać się na po­rów­na­nie, je­że­li już nie z Ho­me­rem i Wir­gi­liu­szem, to przy­najm­niej z Tas­sem. Inni prze­cie wier­szo­pi­so­wie nie­wie­le so­bie ro­bią za­cho­du z tymi wiel­ki­mi imio­na­mi. Taki Ma­ciej Stryj­kow­ski na przy­kład w przed­mo­wie do Wjaz­du do Kra­ko­wa Hen­ry­ka Wa­le­ze­go sta­wia sie­bie z całą na­iw­no­ścią po­nad Wir­gi­liu­szem i Owi­diu­szem, „bo oni fol­gu­jąc ozdo­bie chy­bia­li go­ściń­ca, a tak słów, nie rze­czy, tyl­ko byli hi­sto­ry­ka­mi”, on zaś „pi­sał po pro­stu, bo pro­sto­ty po­trze­bu­je praw­dą”. Sło­wem, w tych dwóch rzym­skich po­etach wi­dzi on swych ko­le­gów kro­ni­ka­rzy, i to nie­szcze­gól­nych, bo za mało dba­ją­cych o praw­dę. Twar­dow­ski Sa­mu­el, któ­ry w dwóch ol­brzy­mich po­ema­tach zo­sta­wił ry­mo­wa­ną kro­ni­kę wy­pad­ków od 1600 do 1660 r., z góry upew­nia czy­tel­ni­ka, iż daje mu „zu­peł­nie praw­dzi­wą opo­wieść” („gołą na­ra­cy­ją”), „bez barw i ozdób po­etyc­kich”, że pi­sze to tyl­ko, „co praw­dzi­we­go ro­zu­miał”, i rze­czy­wi­ście w utwo­rach swo­ich jest su­chym i dro­bia­zgo­wym kro­ni­ka­rzem współ­cze­snych wy­pad­ków, i choć chwi­la­mi sta­je się wy­mow­nym a na­wet pod­nio­słym, to za­raz wra­ca do swej po­przed­niej roli. Naj­do­bit­niej wy­po­wie­dział to po­ję­cie o po­ezji Ko­chow­ski w de­dy­ka­cji swe­go zbio­ru, kró­le­wi­czo­wi Ja­ku­bo­wi So­bie­skie­mu:

Muzy są bo­wiem cór­ka­mi pa­mię­ci,

Kie­dy imio­na bo­ha­te­rów gło­szą;

Te kró­lom ryją na wiecz­ność pie­czę­ci

I chwa­łę w róż­ne kli­ma­ta roz­no­szą

In­stru­men­tem ich ktoś pań­skich dzieł zo­wie,

Ja, że są sła­wy w po­tom­ność po­sło­wie.

W wier­szu pt. Muzy po­trzeb­ne Mar­so­wi sta­now­czo twier­dzi, że „Je­śli gro­no dzie­więt­ne, Dam par­na­skich nie­chęt­ne – A Ka­li­jo­py pió­rem sław­ne dzie­je, Na świat nie wyj­dą, zwy­cię­stwo znisz­cze­je”; Ilium gdy­by „nie zna­ło Ho­me­ro­wych chę­ci w wiecz­nej by daw­no zga­sło nie­pa­mię­ci”, rów­nież wa­lecz­ność wiel­kie­go Ma­ce­do­na „dla tego dzi­siaj w ta­ko­wej jest ce­nie”, że „wzię­ła na wiecz­ność pasz­port w Hi­po­kre­nie”. To samo po­wta­rza Ko­chow­ski w in­nym wier­szu: Muzy. Zgod­nie z ta… teo­rią na­zy­wa Twar­dow­skie­go „Wir­gi­liu­szem sło­wiań­skim” i twier­dzi z ca­łym prze­ko­na­niem, że po­sia­da­jąc go, Pol­ska nie ma co za­zdro­ścić „Man­tu­ej wieszcz­ka”. Treść po­ema­tów Twar­dow­skie­go in­te­re­su­je go da­le­ko wię­cej niż opo­wia­da­nia Ene­idy o tak od­le­głych pół­ba­jecz­nych cza­sach; ar­tyzm rzym­skie­go mi­strza nie ist­nie­je dla nie­go; nie czy­tał on praw­do­po­dob­nie Ene­idy w ca­ło­ści, a szkol­ny wy­kład od­wró­cił jego uwa­gę od praw­dzi­wych pięk­no­ści nud­nym, pe­danc­kim ko­men­to­wa­niem dro­bia­zgów, któ­re znie­chę­ci­ło do bliż­sze­go po­zna­nia ca­łe­go po­ema­tu.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: