Waga jej uczuć - ebook
Dwóch mężczyzn. Dwa zupełnie różne spojrzenia na kobietę. I pewien potwór, który zdecydowanie nie powinien pojawić się przed domem Heather. Pierwszy miał zostać jej mężem. Kochał ją — przynajmniej dopóki wyglądała dokładnie tak, jak tego oczekiwał. Drugi pojawił się w najgorszym dniu jej życia. Nie podał nawet swojego nazwiska, lecz z uporem traktował ją tak, jakby jej wygląd niczego nie zmieniał. A potem przed jej domem stanął potwór. Heather nie potrzebowała tajemniczego mężczyzny, drogich prezentów ani kolejnych komplikacji. Chciała tylko odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Problem w tym, że życie najwyraźniej miało wobec niej zupełnie inne plany. „Waga jej uczuć” to romans o dwóch mężczyznach, którzy zupełnie inaczej patrzą na tę samą kobietę — i o kobiecie, która dopiero musi nauczyć się patrzeć na siebie własnymi oczami.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398297400 |
| Rozmiar pliku: | 3,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Obudziły ją szelest firanki i lekki podmuch wiatru. Zmieniła pozycję, by zasnąć dalej, ale było to wyjątkowo ciężkie. Dźwięki budzącego się dnia i słońce coraz śmielej wlewające się do pokoju nie pozostawiały jednak złudzeń — do krainy Morfeusza nie było już powrotu.
— Może to i lepiej — pomyślała. — Dzisiaj mam przed sobą zbyt wiele wyzwań.
Drzwi do pokoju otworzyły się z impetem. Nie musiała nawet patrzeć, żeby wiedzieć, kto za nimi stoi. Najlepsza przyjaciółka już była na nogach i z pewnością chciała, żeby Heather też jak najszybciej wstała.
— Wstawaj, śpiochu! — głos Sally poniósł się chyba po całym domu. — Dzisiaj twój wielki dzień, a ty jeszcze śpisz?!
Krzykowi towarzyszyło gwałtowne szarpnięcie cienkiej kołdry. Nagle zapadła cisza.
— Ale… — odezwała się zupełnie innym tonem. — Kim ty jesteś?
Przez krótką chwilę nie wydarzyło się nic. A potem nastąpił wybuch.
— I CO TY ROBISZ W ŁÓŻKU HEATHER?!
— No, teraz już na pewno nikt w tym domu nie śpi — pomyślała, ledwie powstrzymując śmiech.
Odwróciła głowę i spojrzała na nią. Przyjaciółka wyglądała tak przerażająco, że mogłaby dostać Oscara za rolę w filmie grozy. Oczy miała szeroko otwarte, usta rozchylone, a kolejny krzyk najwyraźniej zamarł jej gdzieś w gardle.
— Co się stało? — roześmiała się. — Czy we włosach wciąż mam jakieś ozdoby z wczorajszego wieczoru?
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Po raz kolejny poczuła głęboką wdzięczność za swoje szczęście. Michael był uosobieniem wszystkiego, o czym kiedykolwiek marzyła. Kochał ją, troszczył się o nią i traktował jak księżniczkę. Takie szczęście nie spotykało przecież każdej panny młodej. Ani przez moment nie zamierzała mieć wyrzutów sumienia tylko dlatego, że to właśnie ją spotkało.
Tym bardziej dziwiło ją zachowanie przyjaciółki. Zazwyczaj głośna i pewna siebie Sally stała teraz nieruchomo, wpatrując się w nią tak, jakby odkryła coś, czego nie powinna widzieć.
— Najpierw mnie budzisz, a teraz co? — Uniosła brwi. — Dlaczego masz taką minę? Jesteś zaskoczona moim szczęściem, czy chodzi o coś jeszcze? Powiedz coś, moja druhenko.
Na jej twarzy znów pojawił się szeroki uśmiech. Wciąż myślała o Michaelu. O dotyku jego rąk, brzmieniu głosu, sposobie, w jaki na nią zerkał i o ich szczególnej więzi. Spróbowała przekręcić się na drugi bok, ale ciało ponownie odmówiło jej posłuszeństwa. Poruszała się dziwnie niemrawo, jakby każda kończyna ważyła dwa razy więcej niż zwykle.
— Widocznie naprawdę sporo wczoraj wypiłam — westchnęła rozmarzona. — Ale nie zamierzam się za to ganić.
W końcu nie każdego ranka człowiek budzi się w dniu własnego ślubu. Dzisiaj miał być najlepszy dzień jej życia. I zamierzała wycisnąć z niego każdą sekundę. Sally zamknęła usta. Przez kilka sekund tylko na nią patrzyła, a potem zapytała przytłumionym głosem:
— Czy ty wczoraj coś jadłaś na tej imprezie?
W jej pamięci zaczęły pojawiać się nazwy drinków, których próbowała poprzedniego wieczoru. Pilnowała się, oczywiście. Nie chciała przesadzić — przecież dzisiaj był ten wielki dzień. Ale jedzenie? Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć.
— Tak. Zjadłam tę potrawę, którą przyniosła Natalie. Te maleńkie wegetariańskie kulki. Były naprawdę smaczne.
Choć nie przeszła na wegetarianizm, od pewnego czasu ograniczała mięso, wykorzystując każdą sposobność do wyboru dań bezmięsnych. Zreflektowała się dopiero po chwili, uznając pytanie za co najmniej dziwne. Spojrzała ponownie na przyjaciółkę.
— Dlaczego pytasz? — Dotknęła dłonią policzka. — Mam coś na twarzy?
Nagle poczuła ukłucie niepokoju.
— O nie… Tylko nie dzisiaj.
Spróbowała poderwać się z łóżka. Bezskutecznie. Jej ciało jakby nie nadążyło za zamiarem. Zdołała unieść jedynie głowę i ramiona, ale nawet to wymagało od niej zaskakująco dużo wysiłku. Przerażenie przyszło natychmiast.
— Może jestem chora? Powiedz coś! Mam coś na twarzy? Dostałam jakiejś wysypki? — Teraz to ona podniosła głos.
— Nie — odpowiedziała przyjaciółka.
Zawahała się.
— Ale…
— Co „ale”? — Poczuła, jak narasta w niej irytacja. — Powiedz wreszcie!
Przyjaciółka patrzyła na nią jeszcze przez sekundę, jakby próbowała podjąć jakąś decyzję. Następnie postąpiła dokładnie tak, jak można było przewidzieć. Odwróciła się na pięcie i wybiegła z pokoju.
— Sally?!
Usłyszała jej szybkie kroki na korytarzu.
— Dokąd ona biegnie? — mruknęła.
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. Sally ponownie pojawiła się w drzwiach. Tym razem niosła przed sobą wysokie, długie lustro z garderoby. Heather rozpoznała je od razu. To przed nim przymierzała wczoraj wieczorem swoją wymarzoną suknię ślubną. Jeszcze kilka godzin temu obracała się przed jego taflą, wyobrażając sobie, jak dzisiaj będzie wyglądała na schodach kościoła św. Pawła. Teraz jej druhna z trudem przeciągnęła lustro przez pokój i ustawiła je naprzeciwko łóżka.
— Patrz — powiedziała.
Spojrzała na nią pytająco.
— Co ty…
— Spójrz w lustro!
W głosie przyjaciółki nie było już ani śladu żartu. Heather poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Powoli przeniosła wzrok na taflę. I zamarła. W pierwszej chwili nie zrozumiała, na co patrzy. W lustrze znajdowała się kobieta. Blondynka. Bardzo puszysta, o pełnej twarzy i ciężkim ciele, półleżała na łóżku dokładnie naprzeciwko niej. Zamrugała. Kobieta w lustrze zrobiła to samo. Uniosła prawą rękę. Tamta również uniosła prawą rękę. Poczuła, jak serce zaczyna walić jej w piersi. Powoli podniosła się nieco wyżej, wspierając ciężar ciała na łokciach. Postać w lustrze powtórzyła każdy jej ruch. To niemożliwe. Wpatrywała się w odbicie, a resztki świetnego nastroju znikały z każdą sekundą.
— Kim… kim jest ta kobieta? — wyszeptała.
Sally nie odpowiedziała. Heather dotknęła własnej twarzy. Kobieta w lustrze zrobiła dokładnie to samo. Krzyk wyrwał się z jej gardła.
— Kim jest ta kobieta?!
Jej głos przeszedł niemal w pisk.
— Dlaczego to lustro pokazuje jakąś obcą babę?!
Przyjaciółka zdążyła już nieco otrząsnąć się z pierwszego szoku. Wyciągnęła rękę w jej stronę i powiedziała stanowczo:
— Spójrz na siebie! Po prostu spójrz na siebie!
Dopiero teraz dotarło do niej, że naprawdę coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Opuściła wzrok. Najpierw spojrzała na dłonie. Były ogromne. Palce wydawały się krótsze i grubsze niż jeszcze wczoraj, a nadgarstki niemal zniknęły w miękkiej tkance. Przez chwilę wpatrywała się w nie bez zrozumienia, jakby należały do kogoś innego. Potem spojrzała niżej.
Piżama, którą poprzedniego wieczoru założyła bez najmniejszego problemu, właściwie przestała być ubraniem. Materiał był napięty do granic możliwości i wyglądał tak, jakby lada chwila miał rozpaść się całkowicie. Góra piżamy ledwie zakrywała jej piersi. Tkanina rozciągnęła się na nich tak mocno, że niemal prześwitywała, a szwy pod pachami puściły w kilku miejscach. Piersi wydostały się częściowo spod materiału i rozlewały się szeroko na boki, wypychając resztki koszulki w górę. Wciągnęła gwałtownie powietrze.
Niżej było jeszcze gorzej. Jej brzuch był ogromny, ciężki i miękki. Koszulka podwinęła się wysoko, odsłaniając go niemal w całości. Wielka fałda opadała na pas spodenek, całkowicie go przykrywając. Materiał znikał pod jej ciałem, jakby był tylko wąskim paskiem tkaniny, który ktoś próbował naciągnąć na sylwetkę zdecydowanie zbyt dużą dla tego rozmiaru. Gumka wrzynała się głęboko w talię, a szwy po obu stronach były rozerwane. Jej biodra rozlały się szeroko po materacu, znacznie dalej niż zapamiętała. Uda stykały się ze sobą na całej długości, a łydki wydawały się niemal dwa razy większe niż poprzedniego wieczoru. Patrzyła na siebie w osłupieniu. Nie poznawała własnego ciała.
— Co… co to jest? — wyszeptała. — Sally?
Spojrzała na przyjaciółkę. W jej oczach nie było już śladu wcześniejszego rozbawienia. Zastąpiły je czysty szok i niedowierzanie. Gdzieś głęboko w gardle narastał krzyk. Tym razem prawdziwy.
— Nie wiem — odpowiedziała dziewczyna. — Przyszłam cię obudzić i zobaczyłam w twoim łóżku jakąś obcą kobietę. Naprawdę myślałam, że ktoś tutaj wszedł. Nie miałam pojęcia, że to ty.
— Ale to nie jestem ja!
Heather niemal wrzasnęła.
— Ja ważę pięćdziesiąt osiem kilogramów!
Jej głos poniósł się po pokoju, korytarzu i zapewne po całym piętrze.
— Jak to jest możliwe?
Pierwsze łzy pojawiły się w jej oczach. Chwyciła się brzegu łóżka i spróbowała wstać. Ruch, który wczoraj był dla niej czymś naturalnym, teraz wymagał wielkiego wysiłku. Zachwiała się, podparła ręką o materac i dopiero po chwili udało jej się stanąć. Oddychała ciężej. Powoli podeszła do lustra. Odbicie również się zbliżało. Patrzyła na nie coraz bardziej przerażona. Lustro nadal pokazywało tę samą obcą kobietę. Tyle że teraz nie leżała już w łóżku. Stała przed nią w za ciasnej piżamie, z rozczochranymi blond włosami i łzami spływającymi po pełnych policzkach. Zrobiła jeszcze pół kroku. Przyjrzała się twarzy. Znała te oczy. Rysy twarzy również, choć zmienione, zaokrąglone, ukryte pod czymś, czego jeszcze wczoraj nie było. To była ona.
Druhna stanęła obok i z uwagą przyglądała się przyjaciółce. Jej mina zdradzała intensywną pracę myśli.
— Może… — zaczęła niepewnie. — Może w tych kulkach Natalie było coś, na co jesteś uczulona? Może spuchłaś?
Odwróciła ku niej głowę.
— Nie jestem na nic uczulona — oznajmiła dobitnie. — Na nic. Mam żołądek jak struś.
— Heather…
— Poza tym uczulenie nie może sprawić, że człowiek przez jedną noc rośnie o kilka rozmiarów!
Sally jeszcze raz przesunęła po niej wzrokiem od stóp do głów.
— Chyba kilkanaście.
Heather spojrzała na nią w taki sposób, że ta od razu zrozumiała: wybrała bardzo zły moment na bycie precyzyjną.
— Nie będę się teraz z tobą kłócić o takie szczegóły.
Głos jej zadrżał.
— Dzisiaj jest mój ślub, a ja…
Spojrzała ponownie w lustro. Urwała. Łzy popłynęły szybciej.
— …a mój wygląd trochę odbiega od normy.
Przyjaciółka zacisnęła usta. Próbowała się powstrzymać. Naprawdę próbowała.
— Ujęłaś to bardzo delikatnie.
Wydała z siebie zduszony dźwięk, w którym rozpacz mieszała się ze złością.
— Sally!
I wtedy zupełnie się rozkleiła. Płakała tak mocno, że po chwili dostała czkawki.
— Co… co ja teraz… mam zrobić?
Czkając i ocierając łzy, patrzyła na swoje odbicie. Miała absurdalną nadzieję, że jeśli zamknie oczy, odczeka kilka sekund i otworzy je, wszystko wróci do normy. Zrobiła to. Nic się nie zmieniło. W lustrze nadal stała ta sama kobieta. Podniosła dłoń i dotknęła policzka. Palce zagłębiły się w miękkiej skórze. To nie był sen. Nie był to również efekt źle ustawionego lustra ani wyjątkowo okrutnego żartu Sally. To naprawdę była ona. Odwróciła się od lustra i ciężko usiadła na brzegu łóżka. Ukryła twarz w dłoniach.
— Mój ślub…
Ramiona zaczęły jej drżeć.
— Mój wielki dzień…
Płacz przeszedł w głęboki, rozpaczliwy szloch. Nie był to już płacz kobiety niezadowolonej ze swojego wyglądu. Ten krzyk wydobył się z piersi kogoś, kto budząc się, odkrył nieodwracalną pustkę po osobie, którą znał jeszcze przed kilkoma godzinami.
— Co ja mam zrobić?! — wyrwało się z niej.
Sally natychmiast usiadła obok. Przez chwilę wyglądała na zagubioną, nie wiedząc, jak przytulić przyjaciółkę ani co do niej powiedzieć. W końcu przysunęła się bliżej i otoczyła ją ramionami. Heather wtuliła się w nią i rozpłakała jeszcze mocniej.
— Coś wymyślimy. Jak zawsze — próbowała ją pocieszyć, obejmując mocniej.
Sama jednak nie miała najmniejszego pojęcia, co właściwie mogłyby wymyślić. Wciąż próbowała znaleźć jakiekolwiek logiczne wyjaśnienie tego, co wydarzyło się przez noc. Zatrucie? Reakcja alergiczna? Jakiś absurdalny efekt uboczny jedzenia albo alkoholu? Żadna z tych możliwości nie tłumaczyła jednak tego, co miała przed oczami. Przyjaciółka nadal szlochała, wtulona w jej ramię.
Właśnie w tej pozycji zastała je matka Heather. Kiedy usłyszała krzyki w pokoju córki, natychmiast wbiegła na górę i pędem pokonała resztę korytarza. Drzwi były otwarte, więc weszła bez pukania.
— Heather? Co się tutaj…
Urwała. Jej spojrzenie najpierw zatrzymało się na Sally, potem na siedzącej obok niej kobiecie. Zmarszczyła brwi.
— Przepraszam… — powiedziała odruchowo. — Kim pani jest?
Heather powoli uniosła zapłakaną twarz.
— Mamo…
Kobieta znieruchomiała. Przez kilka sekund patrzyła na nią bez słowa.
— Heather?
Wypowiedziała imię córki tak cicho, jakby sama nie wierzyła we własne słowa. Dziewczyna ponownie zalała się łzami.
— Mamo, to ja!
Jej matka pobladła. Spojrzała na Sally, czekając, aż przyjaciółka córki zacznie się śmiać i wyjaśni, że to był tylko kiepski żart. Ale ona tylko bezradnie rozłożyła ręce.
— To naprawdę ona.
Jeszcze raz spojrzała na córkę. Na jej twarz. Na oczy, które znała od dnia jej narodzin. Potem spojrzała niżej, na ciało, które niemal rozrywało resztki jej piżamy. Przyłożyła dłoń do ust.
— O mój Boże…2 ♡
Matka Heather jeszcze przez chwilę stała nieruchomo, z dłonią przy ustach.
Potem podeszła bliżej. Patrzyła na córkę z niedowierzaniem, ale szok powoli ustępował miejsca czemuś silniejszemu — matczynej potrzebie działania.
— Kochanie, co się stało?
Córka bezradnie pokręciła głową.
— Nie wiem, mamo.
Głos załamał się jej niemal natychmiast.
— Naprawdę nie wiem. Wczoraj wszystko było normalnie. Poszłam spać, a dziś obudziłam się… taka.
Rozłożyła ręce i spojrzała na siebie, mając jeszcze nadzieję, że tym razem zobaczy coś innego.
— Niczego nie pamiętam. Nic się nie wydarzyło. Przynajmniej nic takiego, co mogłoby…
Urwała. Łzy ponownie napłynęły jej do oczu.
— Tak długo czekałam na ten dzień.
Matka usiadła obok niej. Materac ugiął się pod ciężarem trzech kobiet, a Heather mimowolnie przesunęła się, robiąc jej miejsce.
— Spokojnie — powiedziała, obejmując córkę. — Najpierw musimy dowiedzieć się, co się stało.
Próbowała mówić pewnym głosem, choć sama nie potrafiła znaleźć żadnego rozsądnego wyjaśnienia.
— To musi być jakaś reakcja organizmu. Coś, czego po prostu teraz nie rozumiemy.
Sally spojrzała na nią.
— Też o tym pomyślałam. Pytałam ją, co jadła wczoraj wieczorem.
— I?
— Jakieś wegetariańskie kulki od Natalie. Ale twierdzi, że nigdy nie miała żadnych alergii.
— Bo nie miałam — wtrąciła stanowczo dziewczyna. — Nigdy.
Jej matka skinęła głową.
— Dobrze. Nie będziemy zgadywać.
Wstała.
— Zadzwonię do doktora Danielsa. Poproszę, żeby przyjechał tutaj tak szybko, jak będzie mógł.
Córka spojrzała na nią z nadzieją.
— Myślisz, że będzie wiedział, co to jest?
Matka zawahała się tylko na ułamek sekundy.
— Jest lekarzem.
Odpowiedź zabrzmiała pewniej, niż sama się czuła. Ruszyła w stronę drzwi, ale zatrzymała się jeszcze na progu.
— Na razie zostańcie tutaj. Nie schodźcie na dół.
Córka zmarszczyła brwi.
— Dlaczego?
Matka spojrzała na nią, potem na resztki piżamy, która z trudem jeszcze spełniała swoją funkcję.
— Bo za chwilę zacznie się tu schodzić pół domu, a chyba nie potrzebujesz teraz publiczności.
Dziewczyna zacisnęła usta.
— Zdecydowanie nie.
— Wrócę za chwilę.
Kiedy drzwi się zamknęły, w pokoju zapanowała cisza. Sally nadal siedziała obok. Przyjaciółka otarła twarz dłońmi i rozejrzała się po pokoju bardziej przytomnym wzrokiem. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak poprzedniego wieczoru. Suknia czekała w garderobie. Na komodzie leżała biżuteria, którą miała założyć. Tylko ona była inna.
— Wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej absurdalne? — odezwała się w końcu.
Druhna spojrzała na nią.
— Boję się zapytać.
Westchnęła.
— Gdyby to wydarzyło się wcześniej, pewnie sądziłabym, że zdążę jeszcze zareagować. Dieta, ćwiczenia, głodówka, modlitwa, pakt z diabłem… cokolwiek.
Sally parsknęła pod nosem. Spojrzała na nią z wyrzutem, ale po chwili sama uśmiechnęła się przez łzy.
— Ale z dnia na dzień? Jak można zrobić coś z czymś takim z dnia na dzień?
Przyjaciółka pokręciła głową.
— Nie można.
Potem dodała już poważniej:
— I właściwie nie chodzi nawet o to, jak teraz wyglądasz. Gdybyś zawsze tak wyglądała, po prostu byłabyś sobą. Problem polega na tym, że wczoraj wyglądałaś zupełnie inaczej.
Skinęła głową. To właśnie było najgorsze. Nie sam rozmiar. Zmiana. Niemożliwa, niewytłumaczalna zmiana, do której doszło w ciągu kilku godzin. Nagle spojrzała w stronę garderoby. Jej twarz ponownie pobladła.
— Suknia.
Dziewczyna podążyła za jej wzrokiem.
— Heather…
— Wczoraj ją mierzyłam.
W głosie panny młodej pojawiła się gorzka ironia.
— Spędziłam pół godziny przed lustrem, analizując, czy sukienka wystarczająco eksponuje moją talię.
Spojrzała na swój brzuch.
— Problem talii najwyraźniej sam się rozwiązał.
— Heather…
— Przecież ja nawet jednej nogi do tej sukni nie włożę.
Druhna milczała. Heather przeniosła wzrok na szafę.
— Nie tylko do sukni. Nie wejdę w nic, co mam w tym pokoju.
Tym razem przyjaciółka nie próbowała zaprzeczać. Nie było sensu. Spojrzała na rozpadającą się piżamę, potem na garderobę pełną ubrań dobranych do zupełnie innej sylwetki.
— Nie — przyznała w końcu. — Raczej nie.
Heather westchnęła ciężko.
— Świetnie. Jestem panną młodą i na kilka godzin przed ślubem wciąż nie mam sukni.
Sally nie zamierzała zaprzeczać. Heather miała rację. Nawet gdyby lekarz znalazł sensowne wytłumaczenie tej dziwnej zmiany, pozostawał jeszcze jeden praktyczny problem. Suknia. I zaledwie kilka godzin do ślubu. Zmarszczyła brwi, analizując sytuację.
— Kiedy przyjedzie lekarz, pojadę do Vanessy — zdecydowała. — Może uda nam się coś znaleźć.
Dziewczyna spojrzała na nią z powątpiewaniem. Vanessę znały jeszcze ze szkoły. Piękna, puszysta brunetka miała być dzisiaj jednym z gości, ale ostatecznie musiała zrezygnować. Była w zaawansowanej ciąży, a lekarz zalecił jej odpoczynek i unikanie większego wysiłku.
— Myślisz, że będzie miała coś w moim rozmiarze?
Sally wzruszyła ramionami.
— Dopóki nie zobaczę jej szafy, nie będziemy wiedziały. Ale przynajmniej mamy od czego zacząć.
Heather westchnęła i otarła mokre policzki.
— Dobrze. Spróbujmy.
Przez chwilę siedziała w milczeniu. Potem na jej twarzy pojawił się słaby uśmiech.
— Ciekawe, co na to powie Michael.
— Pewnie uzna, że ma bardzo oryginalny początek małżeństwa.
Zaśmiała się cicho.
— To na pewno.
Uśmiech jednak szybko zniknął. Spojrzała na swoje ciało, potem na przyjaciółkę.
— A jeśli już mu się nie spodobam?
Tym razem w jej głosie nie było ani odrobiny żartu. Sally natychmiast spoważniała.
— Michael?
Klepnęła przyjaciółkę w ramię.
— To najbardziej zakochany mężczyzna, jakiego widziałam w całym swoim życiu. Ten człowiek patrzy na ciebie, jakby nie istniała żadna inna kobieta.
Dziewczyna uśmiechnęła się przez łzy.
— Nosi mnie na rękach.
Spojrzała ponownie na siebie. Tym razem nie wytrzymała.
— Chociaż teraz może się okazać, że to była tylko taka figura retoryczna.
Sally parsknęła śmiechem. Ona również. Przez kilka sekund obie śmiały się jak dawniej. I Heather poczuła ulgę. Michael naprawdę ją kochał. Wiedziała o tym. Poznali się zaledwie rok wcześniej, ale czas nie miał tutaj większego znaczenia. Od początku było między nimi coś, czego wcześniej nie doświadczyła z nikim innym. Był młodym architektem, ambitnym, ale nie zapatrzonym w siebie. Potrafił słuchać. Był uczciwy, ciepły i cierpliwy. Przy nim nigdy nie musiała zastanawiać się, czy może być sobą. To właśnie dlatego zdecydowali się na ślub. Chcieli być razem. Na dobre i na złe. Ponownie spojrzała w lustro.
— Ale goście…
Druhna westchnęła. Heather wskazała swoje odbicie.
— Przecież połowa z nich mnie nie pozna.
To zdanie zabrzmiało znacznie mniej zabawnie niż zamierzała.
— A jeśli poznają, zaczną pytać. Co im powiem? Że poszłam spać jako jedna osoba, a obudziłam się jako druga? Sama nie wiem, co się ze mną stało.
— Na razie nie musisz nikomu niczego tłumaczyć — odpowiedziała przyjaciółka. — Najpierw lekarz.
— A jeśli on też nie będzie wiedział?
Sally zawahała się.
— Wtedy będziemy się martwić.
— Bardzo pocieszające.
Z korytarza dobiegły kroki. Obie spojrzały w stronę drzwi. Po chwili pojawiła się w nich jej mama, a obok niej stał doktor Daniels. Lekarz zatrzymał się na progu. Jego spojrzenie natychmiast padło na nią. Przez moment nic nie mówił.
— Doktorze? — odezwała się niepewnie.
Daniels otrząsnął się z zaskoczenia.
— Dzień dobry, Heather.
Sally wstała.
— Jadę do Vanessy.
Podeszła do przyjaciółki i ścisnęła ją za rękę.
— Znajdę coś.
— Sally…
— Znajdę.
Tym razem powiedziała to tak stanowczo, że Heather tylko skinęła głową. Przyjaciółka pomachała jej jeszcze na pożegnanie i wyszła z pokoju. Doktor Daniels zamknął za nią drzwi. Teraz całą swoją uwagę skierował na pacjentkę.3 ♡
Gdy przyjaciółka wróciła od Vanessy, z trudem przecisnęła się przez drzwi, dźwigając na rękach stertę sukienek. Do kilku wieszaków przyczepione były jeszcze szale, narzutki i szerokie pasy. Heather nadal przebywała w swoim pokoju, ale doktora Danielsa już nie było.
— I? — rzuciła wszystko na fotel. — Co powiedział?
Dziewczyna, siedząca przed toaletką, pokręciła głową.
— Właściwie nic.
— Jak to nic?
— Lekarz zbadał mnie kompleksowo: osłuchał, zmierzył ciśnienie, skontrolował serce i przyjrzał się skórze. Chyba zrobił wszystko, co mógł. I nie znalazł żadnego wyjaśnienia.
Sally spoważniała.
— Czyli?
— Czyli według niego nie wygląda to na zwykłą reakcję alergiczną. Nie mam gorączki, duszności, obrzęku gardła ani niczego, co wskazywałoby na nagłe zagrożenie. Ale powiedział, że czegoś takiego jeszcze nie widział.
Heather skrzywiła się.
— Bardzo pocieszające.
— A badania?
— Mam zgłosić się do kliniki. Chciał, żebym zrobiła je jak najszybciej, ale… — zawahała się. — Powiedziałam mu, że dzisiaj wychodzę za mąż.
Sally uniosła brwi.
— I co on na to?
— Spojrzał na mnie tak samo, jak ty rano.
— Czyli bardzo profesjonalnie.
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
— Kazał mi natychmiast dzwonić, jeśli źle się poczuję. A szczegółowe badania mam zrobić po ślubie. Najpóźniej po powrocie z podróży poślubnej.
Przez chwilę obie milczały. Nie było cudownej tabletki. Nie było nawet nazwy tego, co wydarzyło się z nią podczas tej jednej nocy. Sally pierwsza uznała, że wystarczy ponurych myśli. Klasnęła w dłonie.
— Dobrze. Medycyna skapitulowała, więc teraz do akcji wkracza moda.
Heather spojrzała na stos ubrań.
— Aż tyle tego przyniosłaś?
— Vanessa opróżniła chyba pół szafy. Powiedziała, że jeśli trzeba, możemy pociąć wszystko oprócz jednej zielonej sukienki, bo jest „absolutnie nietykalna”.
Przyjaciółka uśmiechnęła się.
— Kochana jest.
— Przesyła wam obojgu mnóstwo buziaków. Kazała przekazać, że skoro nie będzie jej na ślubie, to przynajmniej chce uratować pannę młodą przed założeniem sukni wyglądającej jak prześcieradło.
— Już przesłała nam wystarczająco hojny prezent.
— A teraz przesłała garderobę. Nie dyskutuj.
Druhna zaczęła zdejmować sukienki z wieszaków.
— Słuchaj mnie teraz uważnie. Może nie wyglądasz tak jak wczoraj, ale nadal masz tę samą twarz, te same oczy, te same włosy i nadal jesteś Heather. Sprawię, że dzisiaj będziesz wyglądać tak zjawiskowo, iż Michaelowi kompletnie odbierze mowę.
Heather zaśmiała się.
— To może być kłopotliwe podczas składania przysięgi.
— Zaryzykujemy.
Po raz pierwszy od przebudzenia naprawdę uwierzyła, że ten dzień może jeszcze należeć do niej. Wstała i podeszła do sukienek.
— Dobrze. To od której zaczynamy?
Pierwsza nie przeszła nawet przez biodra. Druga zatrzymała się znacznie wyżej niż obie chciały przyznać. Przy trzeciej puścił boczny suwak. Patrzyła na przyjaciółkę z rosnącym przerażeniem. Czwartą odłożyły bez przymierzania. Ale przy piątej Sally nagle zamilkła. Suknia była długa, miała kolor écru i uszyto ją z miękkiego, lejącego materiału. Miała podwyższoną talię, szeroką spódnicę i luźniejszą górę, którą można było dopasować wiązaniem. Uniosła ją przed Heather.
— Ta.
Dziewczyna nie wyglądała na przekonaną.
— Myślisz?
— Nie myślę. Wiem.
Tym razem sukienka przeszła przez biodra. Materiał napiął się w kilku miejscach, ale nie walczył z jej sylwetką tak jak poprzednie kreacje. Szeroki krój opadał swobodnie od wysoko zaznaczonej talii, a dodatkowe warstwy lekkiego tiulu nadawały całości miękkości. Sally obeszła przyjaciółkę dookoła.
— Jeszcze trochę tutaj…
Poprawiła materiał na ramieniu.
— I tutaj.
Poluzowała wiązanie. Heather spojrzała w lustro. Jej myśli nie skupiły się na własnym rozmiarze. Zobaczyła pannę młodą.
— Sally…
— Mówiłam.
Dotknęła dłonią delikatnego haftu. Srebrna nić tworzyła prosty wzór, w który wpleciono małe, lśniące kryształki.
— Jest piękna.
— Nie tak piękna jak wcześniejsza, ale przecież nie możemy mieć wszystkiego.
Heather szturchnęła ją łokciem.
— Jesteś okropna.
— Dlatego mnie kochasz.
Reszta przygotowań również wymagała improwizacji. Kiedy pojawili się makijażystka i fryzjer, oboje na moment stracili rezon. Jeszcze pamiętali ustalenia sprzed kilku dni, kiedy omawiali makijaż i fryzurę dla zupełnie innej twarzy. Pełniejsze policzki zmieniły proporcje twarzy, więc należało prawie całkowicie zmienić plan. Nikt jednak nie zadawał zbędnych pytań. Druhna szybko ucięła wszelkie próby dociekania jednym:
— Długa historia. Dzisiaj robimy ślub, jutro możemy rozwiązywać zagadki.
I rzeczywiście zabrali się do pracy. Makijażystka zrezygnowała z części wcześniej zaplanowanego konturowania i skupiła się na oczach. Fryzjer długo układał jej blond włosy w skomplikowane sploty, a część z nich zebrał w szeroki warkocz, który podtrzymywał całą fryzurę. Problemem okazał się welon. Śnieżnobiały, wybrany wiele tygodni wcześniej, przy sukni w kolorze écru wyglądał obco i przypadkowo. Panna młoda patrzyła na niego przez moment z żalem.
— Tyle czasu go wybierałam.
— Zachowaj go sobie — powiedziała Sally. — Na pamiątkę ślubu, który od rana robi wszystko, by przejść do historii.
Zamiast welonu wpleciono we włosy drobne kwiaty w delikatnych, ciepłych odcieniach. Kiedy wszystko było gotowe, stanęła przed lustrem. Patrzyła długo. Jej ciało nadal było ogromne. Suknia nie umiała i nie próbowała tego ukryć. Zamiast tego układała się miękko na nowej sylwetce, podkreślając twarz, włosy i ramiona. Tiul wygładzał linię sukni, srebrne hafty lśniły w świetle, a kwiaty we włosach nadawały jej romantyczny, niemal baśniowy wygląd. Była zupełnie inną panną młodą niż ta, którą jeszcze wczoraj widziała w wyobraźni. Ale nadal była panną młodą. Obróciła się ostrożnie przed lustrem.
— No i?
Sally, już ubrana w suknię druhny, przyjrzała jej się z przesadną powagą. Na ramieniu miała niewielką torebkę, wypchaną wszystkim, co w jej przekonaniu mogło uratować pannę młodą przed każdą możliwą katastrofą.
— Michael nie przeżyje.
— Sally!
— W pozytywnym sensie.
Heather roześmiała się. Wtedy drzwi się otworzyły. Do pokoju weszli jej rodzice. Ojciec zrobił kilka kroków i zatrzymał się. Przez moment patrzył na córkę bez słowa. W jego oczach pojawiły się łzy. Nie patrzył na jej rozmiar. Patrzył na swoją córkę w sukni ślubnej.
— Dziecko… — odezwał się w końcu.
Poczuła, że sama znowu zaczyna płakać. Ojciec wyciągnął ku niej rękę.
— Będę ogromnie zaszczycony, mogąc poprowadzić cię dzisiaj do ołtarza.
Zrobiła krok w jego stronę.
— Tato…
Matka nie pozwoliła jej powiedzieć nic więcej. Podeszła i objęła swoją dorosłą córkę. Tym razem bez wahania. Zamknęła oczy i wtuliła się w nią. Choć poranek był koszmarem, z czasem zmienił się w dzień, na który czekała od wielu miesięcy. Nie takiego, jaki sobie wymarzyła, ale wciąż jej dnia.
— Damy sobie radę ze wszystkim, kochanie — powiedziała mama, wciąż trzymając ją w ramionach. — Poza tym pamiętaj, że oprócz wspaniałego męża nadal będziesz miała nas. Zamierzamy pozostać częścią twojego życia. Oczywiście, jeśli nam na to pozwolisz.
Ich córka roześmiała się przez łzy.
— Jakbym miała jakiś wybór.
Wyciągnęła ręce do ojca i po chwili cała trójka stała przytulona do siebie.
— Dziękuję wam — powiedziała cicho. — Za wszystko. Za dzisiejszy dzień, za wesele… Przecież to wszystko kosztowało was fortunę.
Ojciec natychmiast uniósł dłoń.
— Ani słowa więcej o pieniądzach.
— Tato…
— Dzisiaj nie rozmawiamy o kosztach — uciął stanowczo. — Dzisiaj cieszymy się tym, że nasza córka wychodzi za mąż za człowieka, którego kocha. Cała reszta jest nieważna.
Ścisnęła jego dłoń. W tej samej chwili w drzwiach zrobiło się tłoczno. Do pokoju wkroczyli jej trzej bracia. Paul i Steven, trzydziestoletni bliźniacy, zatrzymali się niemal równocześnie. Stojący między nimi młodszy Andrew potrzebował chwili, by zrozumieć, kogo widzi. A potem szeroko otworzył oczy.
— O rany! Siostra?!
Westchnęła. Andrew nadal się jej przyglądał.
— Ale ty jesteś…
Paul od razu szturchnął go łokciem.
— Andrew.
— Co? Przecież nic nie powiedziałem!
— I niech tak zostanie — ostrzegł Steven.
Spojrzała po twarzach braci. Bliźniacy też nie potrafili ukryć zdumienia, mimo że zachowywali się znacznie taktowniej niż ich najmłodszy brat.
— Cudownie — jęknęła. — Jeśli Michael zareaguje tak samo jak wy, nie ma sensu się ubierać. Równie dobrze mogę wrócić do łóżka.
— Nie wygłupiaj się — odezwał się Paul.
Podszedł pierwszy i pocałował ją w policzek.
— Wyglądasz pięknie. A on za tobą szaleje.
Steven zaraz znalazł się obok niego.
— Naprawdę. Po prostu…
Zawahał się. Uniosła brwi.
— No? Dokończ. Od rana słyszałam już prawie wszystko.
— Wyglądasz dziś zupełnie inaczej niż wczoraj — powiedział. — Trudno się nie zdziwić.
— O! — Andrew natychmiast wykorzystał okazję. — Właśnie to chciałem powiedzieć.
— Nie, nie chciałeś — stwierdzili bliźniacy niemal jednocześnie.
Roześmiała się naprawdę szczerze. To było dokładnie to, czego potrzebowała. Normalności. Choćby kilku minut zwyczajnego przekomarzania się z braćmi, jakby ten poranek wcale nie wywrócił jej życia do góry nogami. Spojrzała na najmłodszego.
— Andrew, mam ważne pytanie.
Chłopak natychmiast spoważniał.
— Jakie?
— Czy moja nagła przemiana sprawi, że będziesz się źle bawić na weselu?
Spojrzał na nią tak, jakby zadała mu najbardziej absurdalne pytanie na świecie.
— Żartujesz? Ślub siostry to najlepsza impreza, na jaką rodzice pozwolą mi pójść bez żadnych negocjacji.
— Andrew! — odezwała się matka.
— No co? To komplement.
Wzruszył ramionami.
— Poza tym będę miał co opowiadać chłopakom w szkole.
— Ani słowa o tym, co wydarzyło się rano — ostrzegła Heather.
— Oczywiście.
Powiedział to z taką niewinną miną, że nikt w pokoju mu nie uwierzył. Wszyscy zachichotali. Atmosfera stała się mniej napięta niż przed chwilą. Ojciec spojrzał na zegarek.
— Skoro wszyscy odzyskali już poczucie humoru… walizki na podróż stoją na dole?
Skrzywiła się.
— Walizka. Jedna.
— Jedna?
— Moje ubrania sprzed dzisiejszego poranka stały się raczej kolekcją pamiątkową. Zabrałam tylko to, co pożyczyła mi Vanessa. Resztę będę musiała kupić już na miejscu.
Ojciec uśmiechnął się.
— Jeśli dobrze pamiętam, wybieracie się w ciepłe rejony. Nie będziesz potrzebowała połowy domu.
— Na szczęście.
Na moment odpłynęła myślami. Australia. Ich podróż poślubna. To było przede wszystkim marzenie Michaela. Od lat chciał zobaczyć ten kraj, stanąć na drugim końcu świata i choć przez kilka tygodni oderwać się od wszystkiego, co znał. Kiedy opowiadał jej o Australii, jego oczy zawsze nabierały tego szczególnego blasku, który uwielbiała. Dlatego zgodziła się bez wahania. Mogła pojechać właściwie wszędzie. Miejsce nie miało dla niej większego znaczenia, jeśli obok był Michael.
Bardziej cieszyła ją myśl, że zobaczy spełnienie jego wielkiego marzenia, niż jakakolwiek własna podróż. Chciała widzieć jego zachwyt, jego uśmiech, słuchać podekscytowanego głosu, kiedy po raz pierwszy zobaczy miejsca znane dotąd tylko ze zdjęć.
Teraz miała zostać jego żoną. I nie myślała o tym jak o poświęceniu. Przeciwnie. Kochała go tak bardzo, że jego szczęście stawało się jej własnym. Nic więcej nie było jej potrzebne, jeśli tylko mogła uszczęśliwić Michaela. Uśmiechnęła się na tę myśl. Jeszcze rano bała się, że wszystko przepadło. Ślub. Podróż. Może nawet Michael.
Stała w sukni ślubnej wśród rodziny i coraz mocniej wierzyła, że mimo porannego zamieszania, za kilka godzin będzie dokładnie tam, gdzie najbardziej chciała być. Przy nim. Jako jego żona. Matka spojrzała na zegarek i klasnęła w dłonie.
— Moi kochani, koniec rodzinnych narad. Jeśli tu jeszcze zostaniemy, panna młoda spóźni się na swój ślub.
— To byłoby już idealne zakończenie tego poranka — mruknęła Heather.
— Nie kuś losu — odpowiedziała Sally.
— Właśnie. Wystarczy nam atrakcji na jeden dzień — dodał Steven.
Mama wskazała zdecydowanie na drzwi.
— Wszyscy na dół. Czas jechać.
Została jeszcze przez sekundę przed lustrem. Spojrzała na swoje odbicie. Nadal było jej obce, ale już nie przerażało jej tak jak rano. Wzięła głęboki oddech, poprawiła suknię i ruszyła za rodziną. Michael czekał.4 ♡
— Właściwie powinnam była uprzedzić Michaela. Jak mogłam o tym zapomnieć? — narzekała zdenerwowana.
Limuzyna wiozła ją, Sally i rodziców do kościoła. Bracia wraz ze swoimi partnerkami oraz Andrew jechali innymi samochodami.
— Zadzwoniłam do niego — uspokoiła ją matka. — Bardzo się spieszył, ale powiedział, że nic, co dotyczy ciebie, nie może zmienić jego decyzji.
Spojrzała na nią.
— Naprawdę tak powiedział?
— Dokładnie tak.
Na jej twarzy natychmiast pojawił się szeroki uśmiech. Michael. Jej idealny, prawie już mąż. Jakim cudem miała tyle szczęścia, że spotkała właśnie jego? Rozejrzała się po wnętrzu limuzyny. Obok siedziała najlepsza przyjaciółka, która znała ją chyba lepiej niż ktokolwiek inny. Naprzeciwko siedzieli rodzice, którzy całe życie dbali o to, by niczego jej nie zabrakło. A za niespełna godzinę wyjdzie z kościoła jako żona najwspanialszego mężczyzny, jakiego znała. Ta myśl wystarczała, żeby na chwilę zapomnieć o wszystkim.
Niestety tylko na chwilę. Poruszyła ramionami i poczuła nieprzyjemną wilgoć pod pachami. Nowe ciało pociło się znacznie bardziej niż była do tego przyzwyczajona. Miała na sobie piękną suknię, idealną fryzurę i dopracowany makijaż. Zamiast cieszyć się chwilą, martwiła się tylko, czy za moment na jej sukni nie pojawią się mokre plamy. Skrzywiła się.
— Jak ja się pokażę gościom?
Wszyscy spojrzeli na nią.
— Przecież oni będą wytrzeszczać oczy nie dlatego, że mam piękną suknię. Będą się zastanawiać, co mi się stało. Połowa z nich może mnie nawet nie poznać.
Głos zaczął jej drżeć.
— Heather… — zaczęła mama.
Ale łzy już zbierały się pod powiekami panny młodej. Sally natychmiast przejęła kontrolę nad sytuacją.
— Nawet nie próbuj!
Spojrzała na nią zaskoczona.
— Co?
— Nie płacz. Nie teraz. Niech się gapią na twoją sylwetkę, jeśli naprawdę nie mają nic ciekawszego do roboty. Nie damy im jednak satysfakcji oglądania spływającego tuszu i podkładu, w który makijażystka włożyła prawie godzinę pracy.
— To ma być pocieszenie?
— Tak.