Wahadło - ebook
W czasach, gdy milczenie bywało bezpieczniejsze niż prawda, każdy wybór miał swoją cenę.
Rok 1965, Szczecin. Marek, licealista stojący u progu dorosłości, przypadkiem poznaje Teofila Świadka, emerytowanego cenzora, człowieka, który przez lata decydował o tym, co wolno powiedzieć, a co musi zostać przemilczane. Ich rozmowy stają się dla chłopca lekcją rzeczywistości, w której lojalność jest walutą, a decyzje podejmowane w cieniu mogą z czasem zaważyć na losach wielu osób.
Równolegle śledzimy historię Louise Meissner, bohaterki znanej czytelnikom z powieści „Jazda na rydwanie”. Kobieta, dotąd poruszająca się w świecie wielkich pieniędzy, wpływów i międzynarodowych interesów, zostaje wciągnięta w rozgrywkę wykraczającą daleko poza finanse i osobiste ambicje. W narastającym napięciu politycznym pojawia się plan wymierzony w brytyjską infrastrukturę atomową, a stawką staje się bezpieczeństwo całego kraju oraz równowaga Europy. Widmo katastrofy, której skutki mogłyby na pokolenia zmienić bieg historii, przestaje być jedynie odległym zagrożeniem.
„Wahadło” to epicka, pełna napięcia opowieść o dojrzewaniu, miłości i odpowiedzialności za podjęte decyzje. O bohaterach, którzy próbują pozostać wierni sobie w świecie chwiejącym się między skrajnościami. I o tym, że historia nigdy nie jest abstrakcją, lecz zawsze dotyka konkretnych istnień.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-485-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kwiecień 1967 – Paryż, ambasada Wielkiej Brytanii
Wieczorem zadzwonił telefon. Robert Meissner pomyślał, że od pewnego czasu większość ważnych zdarzeń w jego życiu zaczyna się od telefonu. Jeszcze niedawno ktoś przychodził, kogoś spotykał na ulicy, w restauracji. Każde zdarzenie rozpoczynało się od kontaktu osobistego. Teraz ten beznamiętny, brzęczący natarczywie telefon. Bakelitowa skrzynka, która decyduje o naszym życiu. Dzwonił Mungo, jego były szef. Prosił o pilne spotkanie.
Już na niego czekali. Trochę podstarzały, siwy Mungo Sparks, podpułkownik MI6 na zasłużonej emeryturze, i młody, dynamiczny Mark Strutt, wysokiej rangi funkcjonariusz tej służby.
– Nie ma to jak starzy kumple. O co tym razem chodzi?
– O Polskę! – wyjaśnił Strutt. – Dzieje się coś niepokojącego. Przeczytaliśmy twój raport z pięćdziesiątego siódmego. Nie pomyliłeś się! Minęło dziesięć lat, a Gomułka nadal u władzy. Ostatnio coś się jednak wydarzyło. Od roku jestem rezydentem MI6 w Warszawie. Nie wchodząc w szczegóły, mamy, a precyzyjniej: ja mam, kogoś w miejscowości Wisła. Ze zrozumiałych względów nikt w MI6 o nim nie wie. Jest tam pałacyk, przed wojną wakacyjna rezydencja prezydenta RP. Do Wisły przyjeżdżają na polowania i dyskretne ciupcianie czołowi aparatczycy PZPR. Pierwsze spotkanie odbyło się przed trzema tygodniami, drugie zaledwie tydzień temu. Magnetofon umieściliśmy w radiu „Turandot”, cudzie techniki PRL. Przebieg rozmów, ich plany to prawdziwa bomba polityczna. Grupa spiskowców planuje usunąć Gomułkę. Sposób, w jaki chcą to przeprowadzić, jest równie szokujący. Dwukrotnie spotykała się ta sama piątka. Baron PZPR ze Śląska Edward Gierek, wicepremier Piotr Jaroszewicz, szef MON Wojciech Jaruzelski, wiceminister spraw wewnętrznych Franciszek Szlachcic i, last but not least, głowa spisku Jurij Andropow, od niedawna przewodniczący KGB.
– Chce się wykazać – stwierdził sarkastycznie Robert.
– Bardzo chce się wykazać – zgodził się Mungo. – Planują kupić myśliwce MiG-21 za sumę przekraczającą roczny eksport całej gospodarki. Czterysta samolotów w jednej transakcji!11
– Jeszcze żaden kraj nie kupił w jednej transakcji broni za kwotę przekraczającą wartość rocznego eksportu. To samobójstwo ekonomiczne. – Mark wyuczył się lekcji. – MiG-21 jest nowoczesnym myśliwcem12, porównywalnym do amerykańskiego F-104 lub francuskiego Mirage III. W polskim lotnictwie służy zaledwie jeden dywizjon13, co zrozumiałe, zważywszy na cenę i wysokie koszty eksploatacji. F-104 kosztuje milion pięćset tysięcy dolarów. Polacy zapłacą za MiG-i zbliżoną cenę. W tego typu kontraktach przyjmuje się na ogół mnożnik zero przecinek osiem. Oznacza to, że kupując samolot za półtora miliona, trzeba wydać na szkolenie pilotów, urządzenia naziemne, remonty silników po resursie, części zapasowe i wszelkie pozostałe koszty dodatkowo milion dwieście tysięcy dolarów. Jeżeli transakcja dojdzie do skutku, a najprawdopodobniej dojdzie, Polska zapłaci ZSRR grubo ponad miliard dolarów. W ocenie naszych ekspertów ich gospodarka tego nie udźwignie. Cały eksport PRL w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym, według danych GUS, polskiego urzędu statystycznego, wyniósł dziewięćset siedemdziesiąt milionów dolarów. Teraz możesz odsłuchać taśmy.
Każde spotkanie trwało około dwóch godzin. Był przytłoczony tym, co usłyszał. Pewien fragment rozmowy szczególnie go poruszył.
Jurij Andropow mówił:
– Jeszcze jedno, towarzyszu Gierek. Jak wiecie, Breżniew został odznaczony wieloma orderami. Bohatera Związku Radzieckiego otrzymał dziewięciokrotnie. On przykłada wielką wagę do tych odznaczeń. Brakuje mu tylko jednego: Krzyża Wielkiego Orderu Virtuti Militari. Ambasador Aristow już kilka razy prosił Gomułkę o ten order. A on uparty, jak to on. Nie i nie. Bredził, że naród mu nie wybaczy. Jaki znowu naród? Nie rozumiem, o co Gomułce z tym Virtuti chodzi. To jak, towarzyszu? Mogę dać Breżniewowi przyrzeczenie w waszym imieniu?
– Zapewnijcie towarzysza Breżniewa – odrzekł Gierek – że może szykować na galowym mundurze miejsce na Virtuti. Proszę tylko, żeby to nie było czwarte miejsce w piątym rzędzie, a takie bardziej eksponowane14.
Nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać. Breżniew, przywódca nuklearnego supermocarstwa, na widok orderu zamieniał się w srokę złodziejkę. Oleńka Małachowa, niespełniona miłość jego życia, opowiedziała mu kiedyś dowcip: Jakich odznaczeń nie ma jeszcze towarzysz Breżniew? Brakuje mu tytułów: „Matka bohatera” i „Miasto bohater”.
– No i co o tym sądzisz? – Wpatrywali się w niego ze skupieniem.
– A więc tak to wygląda. Prawdziwy szok! Nie mam pojęcia, w jaki sposób Wielka Brytania może zareagować. Jest mi oczywiście niezmiernie przykro, że w głowach czołowych polityków z mojej ojczyzny urodził się taki porąbany pomysł. Trudno jest cokolwiek prognozować, a najtrudniej przyszłość. Możemy jedynie spekulować, jaki wpływ na losy Polski będzie miało „Sprzysiężenie pięciu”.
– Doskonały kryptonim – ocenił Mark.
– Jeżeli do władzy dojdą ludzie, którzy dla jej zdobycia gotowi są zrujnować ojczyznę, to ja im sukcesu nie wróżę. Z nagranych rozmów wynika, że zamierzają się finansować zachodnimi kredytami. Polska nie jest zadłużona. Gomułka nie brał kredytów, bo rozumiał ograniczenia komunistycznej gospodarki. A te tępaki myślą, że swoimi żałosnymi bublami podbiją świat.
– Sądzisz, że nie zdołają zmodernizować gospodarki? – dociekał Mungo.
– Ha, ha, ha. W pięćdziesiątym siódmym bawiłem się w grę własnego pomysłu. Jej rezultat pozwala przewidzieć przyszłość, przynajmniej w ograniczonym zakresie. Łaziłem po Warszawie i oglądając eksponowane na wystawach sklepowych towary, zadawałem sobie dziecinne pytanie: Możesz mieć wszystko, co tu jest, za darmo. Może przyda się w domu albo na prezent? Spróbujcie zgadnąć: co chciałem dostać za darmo?
Nie mieli pojęcia.
– Słoik miodu i butelkę wódki!
Ryknęli zdrowym śmiechem.
– Byłem niedawno w Warszawie. Od pięćdziesiątego siódmego niewiele się zmieniło. Jak te palanty, Gierek i spółka, zamierzają spłacać zaciągnięte kredyty? Przecież oni nawet papieru toaletowego nie potrafią wyprodukować. Mark zna temat, ale gdybym cię zapytał, Mungo, co to jest, powiedziałbyś, że drobnoziarnisty papier ścierny.
– Jaki z tego wniosek?
– Komuniści mają dupy nie do zdarcia!
Kiedy przestali się śmiać, mógł dokończyć wywód.
– Nie wiemy, czy z tego planu cokolwiek wyniknie. Wielka Brytania nie może za wiele zdziałać. Najwyżej nie pożyczać. Pojawia się nawet możliwość, że w perspektywie kilku, kilkunastu lat Polska stanie się niewypłacalna, co może przynieść nieprzewidziane konsekwencje.
------------------------------------------------------------------------
1.
11 Taka transakcja miała miejsce. Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/MiG-21
2.
12 Prędkość max: MiG-21 – 2,05 M. F16, polski myśliwiec z 2025 r. – 2,02 M. Polska zakupiła w 2003 r. czterdzieści osiem takich samolotów.
3.
13 Dywizjon liczył dwanaście samolotów, pułk lotniczy – trzydzieści sześć.
4.
14 Order wręczono Breżniewowi podczas jego wizyty w Polsce w lipcu 1974 r. Żeby zaspokoić wybujałe ego genseka, przyznano mu także tytuł „Honorowy górnik PRL”.3. Po drugiej stronie lustra
8 sierpnia 1967
W Parku Kasprowicza rozpili po jabolu. Musieli odpuścić zataczającego się urzędasa w zmiętym i obrzyganym garniturku, bo w okolicy pojawił się patrol milicji. Rozglądali się, kogo by tu obrobić, ale nikt się nie napatoczył. Było już za późno. Szczecinianie po zmroku starali się omijać ten rozległy park. A przynajmniej jego najbardziej zapuszczone okolice. Jedynie słabo oświetlona żużlowa droga na zapleczu Konsulatu ZSRR i Szpitala MSW była o tej porze uczęszczana. Stanowiła użyteczny skrót, z którego korzystało wielu spóźnionych przechodniów, chcących zaoszczędzić kilka minut na trasie do przystanku tramwajowego na Roosevelta.
Patron tej ulicy związany był z historią miasta. W Jałcie uzgodnił ze Stalinem nowy podział Europy. Gdyby się ściśle trzymać ustaleń, leżący na zachodnim brzegu Odry Szczecin powinien przypaść Niemcom. Stalin wywalczył jednak ten ważny port dla Polski. Roosevelt w Jałcie stał już nad grobem i sprawy doczesne go nie zajmowały. Tu, gdzie Roosevelta się zaczynała, dwadzieścia lat po wojnie nadal była wyłożona kocimi łbami, na których samochody łamały resory, a kamienice wyglądały na dwadzieścia lat starsze niż przed dwudziestu laty. Okolica sprawiała przygnębiające wrażenie. Niebuszewo było przed wojną dzielnicą robotniczą położoną w sąsiedztwie stoczni. Mogła istnieć inna, przewrotna przyczyna takiego wyboru patrona. Po lewej stronie tej ulicy ciągnęło się całymi kilometrami morze gruzów. Amerykańskie bombowce zrównały z ziemią stocznię i niejako przy okazji większą część dzielnicy mieszkalnej. Na obszarze kilku kilometrów kwadratowych nie ostał się żaden budynek. Tysiące ludzi zostało pogrzebanych pod tym rumowiskiem.
Ci trzej, dobrze już wypici, nad takimi sprawami się nie zastanawiali. Ich zainteresowania ograniczały się do gorzały, dup i rozróby. Wtedy napatoczył się ten chłopak. Sam się prosił, żeby go sflekować.
Tego dnia Marek Starski wracał do domu później niż zwykle. Zasiedział się u kolegi, który miał ładną, niestety starszą siostrę – rówieśnik młodszego brata nie miał u niej szansy. Szedł przez Górne Niebuszewo, niebezpieczną dzielnicę, w której nieustannie dochodziło do chuligańskich wybryków. Nieliczni przechodnie przemykali ulicami chyłkiem, bojaźliwie, jakby zawstydzeni. Był już blisko ruchliwszej i bezpieczniejszej Roosevelta, kiedy pojawili się ci trzej. Zataczając się, szli całą szerokością chodnika. W słabym świetle latarni nie widział ich za dobrze. W pierwszym odruchu chciał zawrócić i uciec, zawstydził się jednak. Zszedł na jezdnię, minął ich i odetchnął z ulgą. Wtedy poczuł uderzenie w tył głowy, które go oszołomiło.
Człowiek nie tylko mózg ma niezwykły. Choć pozornie kruchej konstrukcji, jest niezwykle odporny. Wytrzyma naprawdę wiele. Z drugiej strony czasami wystarczy niefortunny cios w skroń, uderzenie głową o bruk, żeby zabić. Zanim zdążył upaść, kilkukrotnie uderzali go pięściami. Oszołomiony, nie bronił się.
– Pod obcas go! – zawyli dziko, kopiąc po całym ciele.
Kiedy znieruchomiał, dotarło do nich, że nie oddycha. Pijacką euforię zastąpił strach. Nagle wytrzeźwieli. Chcąc się otrząsnąć z przerażenia, zaczęli odgrywać twardzieli. Przerwali rabowanie wszystkiego, co dawało się opylić, i odeszli. Chcieli jak najszybciej uciec z miejsca zbrodni, ale żeby nie wyjść na cykorów, tylko przyspieszyli kroku. Pijackie wulgarne przechwałki ustały w pół zdania.
Przy leżącym bez życia chłopcu pojawiła się znikąd kobieta spowita w długi, czarny płaszcz. Jej twarz zakrywał czarny welon. Stanęła nad nim i szerokim ruchem zarzuciła całun na nieruchome ciało. Nie zdołała go zakryć całkowicie. Drapowała ręką tkaninę, przeciągając to tu, to tam. Sączyła słowa cichym, kojącym głosem.
– Oszczędź sobie bólu i cierpienia, bo tym będzie twoja droga na tym padole łez. Jaki ma sens szarpanie się z życiem, jeżeli śmierć jest nieuchronna? Zrezygnuj. Nie musisz nic robić, wystarczy, jeśli przestaniesz się opierać.
Miała go w swoich objęciach. Czuła, jak bicie serca zwalnia, czuła, że się jej nie wyrwie.
W oknie pierwszego piętra pokazała się zwabiona hałasem starsza pani. W ręku trzymała słuchawkę telefonu. Na połączenie z pogotowiem czekało się godzinami, ale i tak nie miała nic lepszego do roboty. Młody człowiek leżący na ulicy nie poruszał się, a ona była religijna. Nie mogła popełnić grzechu zaniechania, przyczyniając się do jego śmierci. Nieoczekiwanie w słuchawce rozległ się ostry, przepalony papierosami kobiecy głos.
– Pogotowie. Słucham!
Pełniąca tego dnia dyżur kobieta miała czterdzieści pięć lat, choć wyglądała na więcej, męża alkoholika, co było w tamtych latach bardziej regułą niż wyjątkiem, i dwoje dzieci. Starsza córka chorowała na cukrzycę. Była zmęczona życiem, nienawidziła swojej wyczerpującej fizycznie, a przede wszystkim psychicznie pracy i chciała jak najszybciej zakończyć dyżur. Czekało ją jeszcze stanie w kolejce, jeżeli chciała coś kupić na skromny posiłek. Zostało pół godziny użerania się z awanturującymi się pijakami i płaczącymi kobietami.
– Na chodniku leży mężczyzna. Nie rusza się. Przed chwilą go pobili, obrabowali i uciekli. Widziałam wszystko przez okno.
– Nazwisko i adres.
– Ulica Długosza dwa, przy piekarni… Po co wam nazwisko?… Przecież mówię! On się nie rusza.
Kobieta nie miała dotąd kontaktu z pogotowiem. Jak większość Polaków panicznie bała się podawania nazwiska, co zazwyczaj oznaczało kłopoty. Odłożyła słuchawkę.
Tajemnicza nieznajoma, która troskliwie zaopiekowała się Markiem, z uśmiechem triumfu powróciła do okrywania płaszczem nieruchomego ciała.
– Dziesiątka, zgłoś się. – Dyspozytorka wezwała jedyną karetkę, która była na interwencji w tej dzielnicy.
– Dziesiątka zgłasza się.
– Gdzie jesteś, złotko?
– Dojeżdżam do szpitala MSW, będę za pięć minut. Wiozę pacjenta ze złamaną nogą.
– Adasiu, zrób coś dla mnie. Mieliśmy anonimowe zgłoszenie na Długosza. Pobity mężczyzna leży na ulicy, przy piekarni. Starsza pani, która to zgłosiła, sprawiała wrażenie wiarygodnej. Możesz tamtędy przejechać?
– Zrobię to, specjalnie dla ciebie, Bożenko, ale to na pewno kolejny pijak.
Przez niezwykły zbieg okoliczności pogotowie dotarło na miejsce sekundy po ostatnim uderzeniu serca.
– Odzyskał oddech. Mamy go z powrotem!
Pielęgniarz, student ostatniego roku medycyny, zmęczony wielogodzinnym dyżurem i wysiłkiem reanimacji, poczuł niezwykły przypływ energii. Zawsze tak było, kiedy ratował czyjeś życie. Dlatego zdecydował, że zostanie lekarzem, a po męczących zajęciach brał dyżury w pogotowiu.
– Gazem do szpitala. Potrzebna natychmiastowa operacja.
Po trzech minutach byli na izbie przyjęć. Jedyny w mieście dyżurny neurolog na kozetce odsypiał dyżur, który wydłużył się do dwudziestu czterech godzin. Obudziła go, potrząsając za rękę, pielęgniarka.
– Ciężki przypadek, doktorze. Śmierć kliniczna. Reanimują go.
– Już idę, Marysiu. – Pospiesznie ochlapał twarz i truchtem podbiegł na salę operacyjną.
Tej nocy Marek trzykrotnie przekraczał granicę pomiędzy życiem i śmiercią. Miał krwiaka na mózgu. Kiedy nadszedł świt, nie dało się powiedzieć, czy przeżyje. Szanse były pół na pół.
– Doktorze, pacjent się wybudził! – Młoda, pulchna pielęgniarka, szczera twarz, długie blond włosy i błękitne oczy, przywołała pełniącego dyżur lekarza.
Marek leżał na oddziale intensywnej terapii, jego życie nadal było zagrożone. Lekarz przyjrzał mu się uważnie, podniósł powiekę i zaświecił do oka.
– Miejmy nadzieję, że z tego wyjdzie. Rokowania nie były dobre. Jak długo był przytomny?
– Zaledwie chwilę, panie doktorze.
– Powiedział coś?
– Próbował, ale ponownie stracił przytomność.
Został zidentyfikowany po południu. Matka zawiadomiła milicję, a zaniepokojona jej bezczynnością obdzwoniła wszystkie szpitale. Odnalazł się na Piotra Skargi, w niewielkim szpitalu garnizonowym, jednej z lepszych placówek w mieście, która pełniła tej nocy dyżur. Rodziców nie wpuszczono na intensywną terapię. Rodziny były przez służbę zdrowia traktowane jako zło konieczne. Po godzinie oczekiwania dowiedzieli się, że stan syna jest ciężki. Został pobity, miał wielkie szczęście, że szybko trafił na stół operacyjny. Jeszcze minuta, dwie i byłoby po nim.
– Nie ma co tu siedzieć i przeszkadzać nam w pracy. – Pielęgniarka była stanowcza. – Proszę wracać do domu. Macie państwo telefon?… Nie? Sąsiedzi mają?… Jak syn odzyska przytomność, powiadomimy. To może potrwać długo. Wysiadywanie w szpitalu nic nie pomoże.
Ponownie odzyskał przytomność. Niczego nie pamiętał. Nawet jak się nazywa. Neurolog, któremu zawdzięczał życie, wyjaśnił, że doznał poważnego urazu. Pęknięcie czaszki, na szczęście bez przemieszczeń, oraz krwiak, do którego usunięcia niezbędna była trepanacja czaszki dokonana wiertłem.
Wystraszył się tej trepanacji. Lekarz go uspokoił.
– Miałeś ogromne szczęście. Nie powinno być następstw – zapewnił z poczuciem satysfakcji z dobrze wykonanej skomplikowanej operacji. – Nie zmarnuj życia, którego cudem nie straciłeś – dodał po chwili.
Milicja nie musiała się wysilać, żeby ustalić, że napad miał podłoże rabunkowe. Typowy w tej dzielnicy wybryk chuligański, wyróżniający się jedynie brutalnością. Urazy oraz liczne siniaki świadczyły o zezwierzęceniu sprawców, którym nie wystarczyło obrabowanie nieprzytomnej ofiary. Skopali, żeby mieć o czym opowiadać kumplom. W prasie nie pojawiła się żadna wzmianka. Cenzura dbała, żeby informacje o przestępstwach nie przedostawały się do opinii publicznej. Psuły sielankowy obraz państwa socjalistycznego.
Rekonwalescencja trwała kilka tygodni. Rodzice odwiedzali go co parę dni, za to pan Teofil bywał częstym gościem. Zawsze przynosił jakieś smakołyki. Sierpień był słoneczny, więc mogli spędzać czas na intrygujących dyskusjach w zadbanym przyszpitalnym ogrodzie.
Ze szpitala wyszedł inny człowiek. Coś się w nim trwale odmieniło. Nie był już wesołym, lekkomyślnym, trochę nieśmiałym chłopcem. Dotarło do niego, jak kruche jest życie, jak łatwo je stracić. Więc należy się cieszyć każdym dniem, jakby miał być ostatni. Kiedy leżał bezradny na intensywnej terapii, postanowił, że już nigdy nie pozwoli, żeby go bezkarnie bito. Doświadczył na własnej skórze okrucieństwa, jakie się kryło w mrocznych zakamarkach zapewniającej pozorne bezpieczeństwo cywilizacji.
Wszyscy mieli do niego pretensje, że się dał pobić. Matka nieustannie gderała, że sam jest sobie winien, bo się włóczy po nocach. Ojciec jej wtórował. Przesłuchujący go sierżant milicji nie krył niechęci.
– Sam się prosiłeś. Trzeba było uciekać, a nie zgrywać bohatera.
Zorientował się, że gliny nie zamierzają się przepracowywać. Gdyby to było morderstwo, to co innego. Znaleźliby kogoś, komu by się je dało przypisać, żeby nie psuć statystyk.
Dostał wezwanie z prokuratury. Podpisane „J. Wójcik”. Czekał pod drzwiami pomalowanymi farbą olejną o nieokreślonym kolorze przez bite dwie godziny. Przewidział, że tak będzie, więc zabrał podręcznik i nawet nie zauważył, jak minął czas. Ktoś potrząsał go za ramię.
– Marek Starski? Nie słyszałeś, jak wołałam?
Stała nad nim młoda kobieta niepasująca do stereotypu groźnej nemezis przestępców. Wydawało mu się, że ma pod trzydziestkę, choć mógł się mylić. Nie poznał jeszcze kobiet na tyle dobrze, żeby trafnie oceniać ich wiek. Wskazała krzesło i nie zwracając na niego uwagi, przeglądała akta.
– Czy coś zapamiętałeś? Wiesz może, kto to był?
– Pamiętam, że było ich trzech. Twarzy nie widziałem, było ciemno. Potem dostałem w głowę i nic więcej nie pamiętam. Ocknąłem się w szpitalu.
Pokręciła głową, wyraźnie zdegustowana.
– I jak według ciebie mamy ich znaleźć? Niczego nie pamiętasz?
– Nic mi nie przychodzi do głowy. Mógłbym ich minąć na ulicy, a i tak bym nie rozpoznał.
– Podobnych napadów mamy setki. Ten był wyjątkowo brutalny, ale miałeś też trochę szczęścia. Mogłeś stracić życie. Powiem wprost: odkładam akta twojej sprawy. Szkoda mojego czasu. Gdyby się pojawiło coś nowego, wezwę. Nie liczyłabym jednak na przełom. Za pół roku umorzę sprawę. – Wstała i podała mu rękę, kończąc przesłuchanie.
Spodziewał się kolejnych złośliwości pod swoim adresem, ale przyglądała mu się życzliwie. Ona pierwsza nie próbowała go obwiniać za napad. Ze spokojem przyjął do wiadomości, że sprawcy unikną kary.
W szkole działała sekcja SKS, w której najsprawniejsi uczniowie trenowali po lekcjach. W ustroju, który dążył do maksymalnego społecznego wykorzystania wysiłku, wyciśnięcia każdego jak cytryny, w tej sekcji nie było miejsca dla słabeuszy, bez predyspozycji, bo choćby nie wiem jak się starali, nie zdobędą pucharów, które dyrektor ustawi w gablocie. Koledzy zostawali po lekcjach, żeby wykonywać ćwiczenia, które rozwijają mięśnie. Zazdrościł im. Nie było szansy, żeby się wcisnął do SKS-u, więc musiał rozwiązać problem we własnym zakresie. W domu trenować nie mógł. Za każdym razem, kiedy zaczynał w ciasnym mieszkaniu robić pompki czy skłony, matka z wrzaskiem mu przerywała i zaganiała go do prac domowych. Ćwiczenia fizyczne uważała za bezproduktywne, działały jej na nerwy. Miał się uczyć i pomagać w domu. Zapisał się więc do sekcji kulturystyki w osiedlowym klubie kultury. Pieniądze od pana Teofila bardzo się przydały. Początki nie wyglądały zachęcająco. Młodzi ludzie wpatrzeni w przywiezione z Zachodu sfatygowane kolorowe magazyny, w których prężyli się atleci, próbowali im dorównać. Po treningach pili wódkę, bo podobno pomagała w budowie muskulatury. Brali też jakieś świństwo, które kupowali w aptekach na receptę od zaprzyjaźnionego lekarza. Ponieważ jajka były dostępne i tanie, pochłaniali nieprawdopodobne ilości jajecznicy, żeby „zrobić masę”. Marka kulturystyka nie interesowała, a kulturyści ze zdjęć wzbudzali w nim odrazę. Chciał jedynie wzmocnić muskulaturę, poprawić sylwetkę i trochę przytyć. Na sali śmierdziało tak, że musiał powstrzymywać wymioty. Zaciął się jednak i przychodził cztery razy w tygodniu. Na godzinę, ponieważ dłużej nie wytrzymywał, a monotonnych ćwiczeń nie znosił. Koledzy z sekcji przekonywali, że to nic nie da, ale on ignorował „dobre rady”. Skupił się na rozwoju mięśni i ogólnym wzmocnieniu. Po sześciu miesiącach czuł się usatysfakcjonowany – przytył trzy kilogramy i przestał straszyć chudością, był teraz szczupły i nieźle umięśniony. Dumny ze swojego wyglądu, nabrał pewności siebie. Nawet pryszcze na twarzy już go nie deprymowały.4. Studia
Maj 1968
Na końcowych badaniach w szkole mierzono wzrost i wagę. Marek wyciągał szyję jak gąsior, próbując unieść ciało nad ziemię, zapewne dlatego zapisano mu w książeczce zdrowia sto osiemdziesiąt pięć centymetrów, które się przekładały na sześć stóp i jeden cal. Ważył siedemdziesiąt trzy kilogramy. Chciałby ważyć więcej – liczył, że przytyje wkrótce; podobno na statkach dobrze karmili. Był niezmiernie szczęśliwy, ponieważ wierzył, że wzrost i muskulatura są najlepszą gwarancją sukcesu życiowego mężczyzny.
Następnego dnia po odebraniu świadectwa maturalnego zaniósł komplet wymaganych dokumentów wraz z podaniem do Wyższej Szkoły Morskiej na Wałach Chrobrego. Bryła budynku wyróżniała się imponującą fasadą z pokrytego patyną czasu, porośniętego bluszczem piaskowca.
Ankieta, którą wypełniał pracowicie przez trzy dni, miała kilkanaście stron i została skopiowana z wzoru przesłuchania osoby podejrzewanej o działalność wywrotową zmierzającą do obalenia siłą ustroju PRL: „Z jakiej klasy społecznej pochodzili dziadkowie?”. Najlepiej, gdyby rodzice byli przedstawicielami klasy robotniczej, dostawało się wtedy punkty za pochodzenie. Jemu nie były potrzebne. Zdał z szóstą lokatą na stu osiemdziesięciu zdających i został przyjęty do WSM.
Po egzaminach wypłynął w rejs szkolny na SY „Dar Pomorza”, legendarnym żaglowcu, na którym uczyło się żeglarskiego fachu wiele pokoleń polskich kapitanów. Kiedy wypłynęli na otwarte morze, dopadła go choroba morska. Był przerażony. Wilk morski nie może mieć takiej kompromitującej przypadłości. Choroba męczyła go wiele godzin, na szczęście nie wymiotował. Na pokładzie, zajęty pracą, miał jedynie lekkie nudności. Kiedy nic nie robił, było gorzej. Po zejściu pod pokład miał ochotę puścić pawia, ledwo dobiegał do koi i nawet leżąc, czuł się fatalnie. Kambuz i messa, z których dochodził zapach jedzenia, były dla niego strefą zakazaną, w której wyrzygałby wnętrzności. Rano było nieco lepiej. Na pokładzie już nie muliło. Po kilku dniach mógł podczas sztormu wchodzić do kambuza, najbardziej rzygliwego miejsca na żaglowcu. Okazało się, że jest odporny na chorobę morską.
Wspinał się na kreślące elipsy po zasnutym burzowymi chmurami niebie czterdziestometrowe maszty. Kiedy grot miał dwa refy, fala zalewała pokład – wtedy czuł, że żyje. Przeżywał pierwszą z wielu fascynujących przygód, jakie wyznaczył mu los.
Zawinęli do Helsinek. Po raz pierwszy był za granicą. Chodzili całą grupą po mieście i chłonęli mityczny Zachód. Finowie byli pogodni, kolorowo ubrani, życzliwi, uśmiechali się do kadetów i pozdrawiali. Mieli po kilka dolarów kieszonkowego, więc wystawy sklepowe mogli jedynie oglądać. Tak się różniły od polskich, że trudno im było uwierzyć w to, co widzą. Choć bajecznie kolorowych, atrakcyjnych towarów było zatrzęsienie, nie było kolejek. Przygnębieni przeliczali ceny na złotówki. Były astronomiczne. Może dlatego jest tyle towarów, że nawet dla Finów są za drogie?
Jednak w każdym sklepie klienci coś kupowali. I nie wyglądali na zamożnych. To byli zwykli ludzie. Największe emocje wzbudzały sklepy mięsne. Nie zdawali sobie sprawy, że może być aż tyle gatunków mięs i wędlin. Nawet przez szkło pachniały świeżością i zachęcały, żeby spróbować. Na sam widok ślinka napływała do ust. Każdy mógł wejść i kupić, ile chciał, bez wystawania w kolejce, bez ograniczeń, i nikt nie nazywał go spekulantem.
Można żyć inaczej, a propaganda komunistyczna to zbitek półprawd i ordynarnych kłamstw. Nie ma prześladowanego proletariatu, są zadowoleni ludzie, którzy pracą zarabiają na godziwe życie. Mają z pewnością problemy, przeżywają dramaty, jak każdy, jednak dotyczy to wszystkich: biednych i bogatych.
Finki oglądały się za grupą przystojnych kadetów, a nawet posyłały zalotne uśmiechy. Czasem do nich zagadali, jednak nie próbowali podrywać. Za słabo znali angielski, fińskiego ni w ząb, nie mieli pieniędzy nawet na herbatę z ciastkiem. Mogli jedynie odwzajemniać uśmiechy.
Na nocnych wachtach intensywnie odczuwał przemijanie czasu, które pozostawiało w duszy bolesne pragnienia i nieokreślony niepokój. Umysł uwolniony od codziennych trosk komponował opowiadania przypominające nocne sny, lecz przeżywane na jawie. Pomiędzy tymi treściami pojawiały się zaskakujące przemyślenia dotyczące tematów kreowanych przez nieskrępowaną wyobraźnię. Zaczął zapisywać wszystko, co mu się roiło w głowie. Zauważył, że kiedy pisze, dalsza część opowiadania rozwija się sama, bez udziału jego świadomości.
Z czasem nauczył się oceniać krytycznie swoje teksty. Dużo czytał, a lektury wybierał różnorodne. Początkowo podświadomie, następnie metodycznie analizował formę literacką. Zatrzymywał się na zdaniach, które mu się szczególnie spodobały, starając się ustalić, co jest w nich wyjątkowego. Pochłonięty pisaniem, nie odczuwał upływu czasu. Kiedy nadchodziła nocna wachta, znikąd pojawiała się muza, wciągając go w wir emocji tak intensywnych, że przenosząc się do fikcyjnego świata, tracił kontakt z rzeczywistością.
Koledzy zauważyli tę jego kreatywność i dokładali starań, żeby podejrzeć, co on takiego wypisuje. W jego odczuciu było to równie nikczemne jak podsłuchiwanie spowiedzi, strzegł więc notesu jak oka w głowie. Ponieważ kabiny praktykantów były dwunastoosobowe, nastręczało to wiele trudności. Nie rozstawał się z notesem ani na chwilę. Wiedział jednak, że nie odpuszczą i prędzej czy później wymyślą sposób na wykradzenie notatek. Najprostszym rozwiązaniem wydawało się upicie go, więc się pilnował.
Już na pierwszej imprezie jego podejrzenia się potwierdziły. Wypił zdrowie solenizanta, ale następnych toastów, do których go przymuszano, stanowczo odmówił. Oznajmił zaskoczonym kolegom, że złożył ślub abstynencji, a każdy następny kieliszek będzie złamaniem danego ślubu. Zanim wpadli na kolejny genialny pomysł, rejs się skończył.5. Pierwsze kroki w handlu
Kwiecień 1969
Marek wybrał się z kolegą, który studiował o rok wyżej, do „Pinokia” – studenckiego klubu Politechniki na osiedlu akademickim. Wprawdzie był czwartek, nie było tego dnia koncertu ani innej imprezy, jednak pogoda była pod psem, dlatego w klubie pojawiło się wielu studentów. Wkrótce wypływał w rejs stażowy na statku szkolnym MS „Nawigator”. Chciał się dowiedzieć, jak zarobić na handlu.
– Dwie butelki wódki i karton Marlboro kupisz w Peweksie za siedem dolców. Tyle możesz legalnie wwieźć do Erefenu. Pójdziesz do „Żyda”… Tak wszyscy mówią – tłumaczył kolega, widząc zdziwienie Marka. – W Hamburgu jest kilka sklepów blisko portu, każdy ci pokaże. Za wódkę i papierosy zapłacą piętnaście dolców i sprzedadzą to, co idzie akurat w Polsce. Bierz to, co wszyscy. Teraz chodzi szampon i guma do żucia. Radzę zabrać cztery flaszki i dwie sztangi papierosów. Niemieccy celnicy nie zrobią kipiszu na statku szkolnym. Wiedzą, że kadeci nie mają forsy, więc wiele nie ryzykujesz. Wyjdziesz do miasta dwa razy. Na bramie cię przepuszczą. Wyłożysz czternaście dolarów, przywieziesz towar, za który będziesz miał podwójną przebitkę, nawet więcej. Jak zgłosisz do odprawy, sprzedasz w państwowym komisie, a jak wyniesiesz po cichu, odkupi od ciebie straganiarz. Zarobisz pięć patyków na czysto. Na tym polega biznes.
– Genialny interes! – ucieszył się Marek, który czuł już w kieszeni ciężar zarobionych pieniędzy. Pięć tysięcy to były dwie pensje urzędnika. Robotnicy zarabiali więcej. – A dodatek dewizowy?15
– Studenci dostają zaledwie dziesięć centów dziennie. – Kolega skrzywił się z niesmakiem. – Uzbiera się kilka dolców. Nie bierz dolarów, tylko bony. W Baltonie wódka jest aż sześć centów tańsza niż w Peweksie.
Marek, świadom swojej atrakcyjności, przestał się wreszcie wstydzić i unikać dziewczyn. Zaprosił na randkę miłą i ładną studentkę medycyny – Kasię. Spojrzała na niego spod przymrużonych powiek i po chwili wahania zgodziła się. Miał ochotę skakać z radości. Ubrana w prostą, bawełnianą sukienkę w kwiaty i pantofle na niewielkim obcasie, była atrakcyjna w niedzisiejszym stylu. Miała długie, kasztanowe włosy, wąskie biodra młodej dziewczyny i piwne oczy, w których igrały diabelskie ogniki. Delikatny jak mgiełka zapach perfum, na policzkach opadające niesforne kosmyki. Już na pierwszej randce zakochał się w jej spojrzeniu, głosie, w ponętnych kształtach rysujących się pod sukienką, we wszystkim.
Kiedy poszła z nim do łóżka, czuł się tak szczęśliwy, jakby zawiesiła dla niego księżyc na niebie.
Szkoła Morska miała doskonałe zaplecze sportowe. Siłownia była lepiej wyposażona od osiedlowej i przede wszystkim czysta. Trenowali w niej wykładowcy i studenci, dla których nie liczyła się imponująca muskulatura, lecz prezencja, sprawność i zdrowie. Ćwiczył zapamiętale, chcąc odegnać lęki, jakie pozostawiło pobicie. Instruktor opracował dla niego zestaw ćwiczeń. Tym razem trening go nie nudził. Miał swój cel. Chciał być niezwyciężony, jak Bruce Lee, którego filmy dotarły właśnie do Polski, na razie tylko na kasetach. Oglądano je w akademikach z zapartym tchem. Może to było dziecięce marzenie, ale długie godziny spędzane w siłowni nie były czasem zmarnowanym. Kiedy był zupełnie wyczerpany, przypominał mu się napad. Ból, strach i poniżenie. Zaciskał zęby i ćwiczył dalej.
------------------------------------------------------------------------
1.
15 Wynagrodzenie marynarza składało się ze skromnej pensji i dodatku dewizowego: od 1 do 4 dolarów za dzień w morzu, w zależności od stanowiska. Mógł wybrać dolary albo bony, za które kupował towary w sklepie dla marynarzy – Baltonie.8. Sylvie
Pierwszego stycznia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego drugiego roku została otwarta granica pomiędzy Polską a NRD. Marek zamierzał wykorzystać otwierające się przed nim możliwości i zainwestować w handel z demoludami, jak nazywano kraje komunistyczne. Otrzymał wkładkę paszportową do dowodu osobistego, która uprawniała do wyjazdów do krajów komunistycznych praktycznie bez ograniczeń. Dysponował trzema niebagatelnymi atutami: samochodem, wolnym czasem i pieniędzmi. Zapowiadał się pracowity i lukratywny rok.
Granica była na rogatkach Szczecina, w Lubieszynie, albo w pobliskim Kołbaskowie, więc do najbliższego niemieckiego miasteczka, Pasewalku, z centrum Szczecina miał zaledwie godzinę jazdy. Mógł zdążyć przed zamknięciem sklepów, nawet kiedy wyjeżdżał po zajęciach. Przywoził towary na zamówienie dla właścicieli straganów na szczecińskich rynkach: Tobruku, Turzynie i Placu Kilińskiego. Płaszcze ze sztucznego futra, roboty kuchenne, pościel, ubrania dziecięce, zabawki, buty Salamander kupowane za dewizy w Intershopie – ichnim Peweksie – rodzynki i elektronarzędzia. Hitami eksportowymi okazały się kosze wiklinowe, dżinsy i duże, kolorowe grzebienie, obowiązkowo wetknięte w tylną kieszeń marmurkowych spodni. Żelazny atrybut wiejskich elegantów. Całe rolnictwo w tym kraju zostało skolektywizowane, dlatego brakowało świeżych warzyw i owoców, jednak trudno je było przewieźć przez granicę i niezbędny był zaufany odbiorca.
Na jednym wyjeździe zarabiał na czysto tysiąc, a nawet dwa, jeżeli udało się zebrać więcej zamówień. Przyzwoita pensja wynosiła trzy tysiące, więc handel opłacał się bardziej niż praca na etacie. Celnicy niemieccy dwoili się i troili, żeby chronić rynek wewnętrzny, jego już jednak znali i wiedzieli, że przestrzega przepisów. Wyjątkiem była pewna młoda celniczka, która, kiedy na niego trafiała, robiła powierzchowną rewizję. Pewnego razu podkusiło go licho i z myślą o niej kupił nieco więcej towaru. Traf chciał, że miała dyżur.
– Co mam z tobą zrobić? Sporządzę protokół i skonfiskuję towar. – Zrobiła surową minę, ale za bardzo jej nie wyszła. Wykroczenie było błahe i nie kwalifikowało się na poważniejszą karę.
Czekał, oddając jej inicjatywę. Niech się dziewczyna wykaże. Konfiskatą się nie przejął.
– Kim ty jesteś? Pracujesz? Uczysz się? – Jak wielu enerdowskich celników, nieźle mówiła po polsku. Jednak do Polaków zwracała się po niemiecku, udając, że nie zna języka. Mieli specjalne kursy i instrukcje, jak się zachowywać.
– Studiuję w Szkole Morskiej. Nie mam stypendium, więc handlem zarabiam na utrzymanie. Żyje mi się dobrze. – Nie zamierzał jej przekonywać, chcąc wzbudzić litość, że klepie biedę.
– Skąd masz taki samochód? – Poklepała po masce, przypatrując się z zainteresowaniem trójzębowi.
– Wakacje spędziłem w Anglii. Zbierałem truskawki. Zarobiłem tyle, że wystarczyło na samochód. Znakomity, niemiecka jakość.
– No tak, wy możecie wyjeżdżać na Zachód – stwierdziła z żalem.
– Dopiero od niedawna. I tylko na zaproszenie. Trudniej dostać wizę angielską niż paszport. Uznają potwierdzenie z Concordii. To taka organizacja, która organizuje wyjazdy do pracy sezonowej.
– Musimy kończyć, ta rozmowa trwa za długo. Proszę jechać.
– Dziękuję. Jak masz na imię?
– Co ci do tego? Jestem celniczką.
– W to nie wątpię, dlatego twoje imię jest tajemnicą państwową.
– Sylvie – odpowiedziała po chwili wahania i uśmiechnęła się. – Zjeżdżaj, ale już!
– Hmm, Sylvie?
– Co jeszcze? Powiedziałam, żebyś jechał. Bo spiszę protokół!
– I już mnie więcej nie zobaczysz.
Sylvie zrobiła wtedy coś bardzo głupiego. Dyskretnie napisała na kartce wydartej z notesu numer telefonu. Na szkoleniach, które przechodzili celnicy, ostrzegano przed Polakami. Nie wprost, ponieważ obowiązywała oficjalna linia o internacjonalistycznej przyjaźni. Jednak wystarczająco wyraźnie, żeby do każdego dotarło: Polacy to pośród bratnich krajów najmniej pewny element. No po prostu zakała naszego obozu. Wielu jest przeciwnikami ustroju socjalistycznego, to urodzeni anarchiści i buntownicy, zawsze były z nimi kłopoty. Dlatego należy się wystrzegać kontaktów prywatnych. Jeżeli zbłądzisz i zawrzesz bliską znajomość z osobą płci przeciwnej o reakcyjnych poglądach, partia i służba bezpieczeństwa są od tego, żeby życzliwie ostrzec. Co do Polaków nie ma takiej możliwości i dlatego obywatele NRD, a celnicy w szczególności, powinni się wystrzegać przypadkowych znajomości. Co innego oficjalne imprezy, na których spotyka się sprawdzony ideowo aktyw.
– Mam wolne w piątek. Zadzwoń… jeśli masz ochotę – powiedziała, nie patrząc na niego, jakby się wstydziła chwili słabości.
– Zadzwonię. Na pewno… Sylvie?
– Czego jeszcze chcesz?
– Nie będę nadużywał naszej znajomości, o nic nie poproszę. Rozumiesz, prawda?
– O nic mnie nigdy nie poprosisz? Jesteś tego pewny? – Machnięciem ręki nakazała mu odjechać.
– O co chodziło? – zapytała zaciekawiona koleżanka.
– Miał za dużo towaru. Niewiele. Nie warto było spisywać protokołu.
– Myślałam, że zawsze przestrzega przepisów.
– Też tak myślałam, dlatego mu odpuściłam. Na pewno się już nie wychyli – tłumaczyła się. Domyśliła się, że ta nadwyżka towaru na jej zmianie nie była przypadkowa.
– Od kiedy zrobiłaś się taka wyrozumiała? – Koleżanka mrugnęła do niej porozumiewawczo.
– Myślisz, że on to zrobił celowo? – szukała potwierdzenia swoich podejrzeń.
– Niektórych facetów rajcują dominujące kobiety. No wiesz, celniczki, milicjantki. Taki przystojny chłopak. Na randkę koniecznie weź kajdanki i przykuj go do łóżka.
– O tak! Poproszę Johena ze Straży Granicznej, na pewno mi pożyczy.
Uśmiechały się dyskretnie, żeby szef zmiany ich nie przyłapał na okazywaniu ludzkich uczuć. Był gorliwym członkiem partii i wyjątkowym kutafonem.
W każdy piątkowy wieczór wyjeżdżał do NRD. Sylvie mieszkała w hotelu robotniczym w niewielkim miasteczku Löcknitz, tuż za granicą. Zabierał ją spod hotelu, żeby się z ich związkiem nie ukrywać, co byłoby głupotą. Stasi27 i tak o wszystkim wiedziała. Znaleźli uroczy hotelik w Świnoujściu, w którym spędzali czas. Głównie się kochali. W przerwach chodzili na spacery, do restauracji, na dyskotekę, a jeżeli pogoda zachęcała – na plażę. Sylvie okazała się kobietą namiętną, dawała mu tyle, ile zapragnął, a nawet więcej. Lubiła się też wyszaleć na parkiecie. Była dziewczyną nieskomplikowaną, nie miała wielkich oczekiwań, wszystko, co od niego dostawała, prezenty czy pieszczoty, których jej nie szczędził, sprawiało jej radość. Odwoził ją w poniedziałek wczesnym rankiem, potem jechał na zajęcia, a czasami odsypiał weekendowe szaleństwa.
Sylvie znalazła stałego odbiorcę na polskie towary – kobietę w średnim wieku z tajemniczym życiorysem. Woził wyłącznie to, co było dozwolone. Świeże owoce, płyty popularnych zespołów, biżuterię z bursztynu, jeden termowentylator, dwa kartony Marlboro i nylonowe bluzki, koniecznie z wzorkami na piersi. Za zarobione marki kupował pieprz, słodycze, pióra na naboje, a jeżeli się trafiło, złoto od Rosjanek, żon oficerów Armii Czerwonej stacjonujących w NRD. Te sympatyczne, szczere kobiety panicznie się bały, że o tych transakcjach dowiedzą się mężowie, którzy je za takie biznesy prali po pupach wojskowymi paskami.
Sylvie, jak każda kobieta, lubiła dostawać prezenty, które były dla niej potwierdzeniem atrakcyjności. Z oczywistych względów nie mogła przyjmować rzucających się w oczy. Marek kupował w księgarni „Pod Arkadami” wydawane w wersji angielskiej piękne albumy o sztuce, która była jej pasją, a w Peweksie kosmetyki i luksusową bieliznę. Te ostatnie prezenty najbardziej lubili, ponieważ od razu je przymierzała. Szczególnie zapamiętał dzień, w którym zabrał ją do Peweksu i obkupił w modne ciuchy. Była szczęśliwa jak dziewczynka, która dostała wyśnioną zabawkę.
– Mam w dupie, co o mnie będą gadali, jak założę modne dżinsy – powiedziała, przeciągając się uroczo. Dżinsy leżały na stole, obcisła, supermodna skórzana kurtka wisiała na oparciu krzesła.
Szczęście nie trwa wiecznie. Odwiedził ją agent Stasi. Choć się bardzo starał, nie znalazł nic, co mógłby uznać za łapówkę. Przejrzał kilka albumów, ale na szczęście nie sprawdził stopek redakcyjnych.
– Widzę, że interesuje się pani sztuką. Mamy wspólne zainteresowania.
Dał jej wybór. Kontynuować znajomość, zostać TW i donosić albo z nim zerwać. Musieli się rozstać, a Sylvie przepłakała całą noc. Nad ranem postanowiła, że przy pierwszej okazji pryśnie do Niemiec Zachodnich. Na wiadomość, że Stasi się nim zainteresowała, Marek przestał jeździć do NRD.
Jako jeden z nielicznych posiadaczy automobilu cieszył się względami płci pięknej. Dla wielu studentek sama możliwość przejechania się autem stanowiła nie lada atrakcję. Kilkudniowa przejażdżka połączona ze zwiedzaniem Pragi albo Budapesztu była już nieodpartą pokusą. Mogły na takim wyjeździe zarobić, bo za nic nie płaciły, a on pomagał w handlu. Postanowił, że zda się na przypadek. Jak jest chętna, znajdzie sposób, żeby to zasugerować. A natarczywość z mojej strony może doprowadzić do krepujących sytuacji. Raz i drugi wycofał się, kiedy wyczuł, że dziewczyna się przymusza. Czego się spodziewała, że ją wysadzę na środku drogi? Za jej pokój, kiedy brała osobny, nie płacił. Pozostałe wydatki pokrywał, bo tak się umawiali.
Ciało kobiece i kobiecość jako zjawisko go fascynowały. Oprócz dawania i brania rozkoszy starał się wykorzystać te okazje, żeby zgłębić naturę niewieścią. Urozmaicone życie seksualne sprawiło, że opanował ars amandi na wysokim poziomie.
Zdarzało się, że towarzyszki handlowych eskapad próbowały go nakłonić do kontynuowania znajomości. Jedne pytały wprost, czy się z nimi spotka, inne dawały do zrozumienia, że są nim zainteresowane. Były to przeciętne dziewczyny. Przeciętnie ładne, przeciętnie inteligentne, przeciętnie atrakcyjne. I przeciętnie cnotliwe. Nie znajdował w nich niczego, co by go szczególnie ekscytowało. Doszedł do wniosku, że atrakcyjnych Polek jest niewiele. A jeżeli się taka trafi, znajduje najlepszego faceta, którego się trzyma, planuje małżeństwo, a potem ciążę. Choć był w uprzywilejowanej sytuacji, od rozstania z Kasią nie spotkał na swojej drodze kobiety, w której by się zakochał.
------------------------------------------------------------------------
1.
27 Staatssicherheitsdienst – Państwowa Służba Bezpieczeństwa NRD.