Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wahadło - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 maja 2026
4319 pkt
punktów Virtualo

Wahadło - ebook

W czasach, gdy milczenie bywało bezpieczniejsze niż prawda, każdy wybór miał swoją cenę.

Rok 1965, Szczecin. Marek, licealista stojący u progu dorosłości, przypadkiem poznaje Teofila Świadka, emerytowanego cenzora, człowieka, który przez lata decydował o tym, co wolno powiedzieć, a co musi zostać przemilczane. Ich rozmowy stają się dla chłopca lekcją rzeczywistości, w której lojalność jest walutą, a decyzje podejmowane w cieniu mogą z czasem zaważyć na losach wielu osób.

Równolegle śledzimy historię Louise Meissner, bohaterki znanej czytelnikom z powieści „Jazda na rydwanie”. Kobieta, dotąd poruszająca się w świecie wielkich pieniędzy, wpływów i międzynarodowych interesów, zostaje wciągnięta w rozgrywkę wykraczającą daleko poza finanse i osobiste ambicje. W narastającym napięciu politycznym pojawia się plan wymierzony w brytyjską infrastrukturę atomową, a stawką staje się bezpieczeństwo całego kraju oraz równowaga Europy. Widmo katastrofy, której skutki mogłyby na pokolenia zmienić bieg historii, przestaje być jedynie odległym zagrożeniem.

„Wahadło” to epicka, pełna napięcia opowieść o dojrzewaniu, miłości i odpowiedzialności za podjęte decyzje. O bohaterach, którzy próbują pozostać wierni sobie w świecie chwiejącym się między skrajnościami. I o tym, że historia nigdy nie jest abstrakcją, lecz zawsze dotyka konkretnych istnień.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-485-3
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

2. 400 MiG-ów

Kwie­cień 1967 – Pa­ryż, am­ba­sa­da Wiel­kiej Bry­ta­nii

Wie­czo­rem za­dzwo­nił te­le­fon. Ro­bert Me­is­sner po­my­ślał, że od pew­ne­go cza­su więk­szość waż­nych zda­rzeń w jego ży­ciu za­czy­na się od te­le­fo­nu. Jesz­cze nie­daw­no ktoś przy­cho­dził, ko­goś spo­ty­kał na uli­cy, w re­stau­ra­cji. Każ­de zda­rze­nie roz­po­czy­na­ło się od kon­tak­tu oso­bi­ste­go. Te­raz ten bez­na­mięt­ny, brzę­czą­cy na­tar­czy­wie te­le­fon. Ba­ke­li­to­wa skrzyn­ka, któ­ra de­cy­du­je o na­szym ży­ciu. Dzwo­nił Mun­go, jego były szef. Pro­sił o pil­ne spo­tka­nie.

Już na nie­go cze­ka­li. Tro­chę pod­sta­rza­ły, siwy Mun­go Sparks, pod­puł­kow­nik MI6 na za­słu­żo­nej eme­ry­tu­rze, i mło­dy, dy­na­micz­ny Mark Strutt, wy­so­kiej ran­gi funk­cjo­na­riusz tej służ­by.

– Nie ma to jak sta­rzy kum­ple. O co tym ra­zem cho­dzi?

– O Pol­skę! – wy­ja­śnił Strutt. – Dzie­je się coś nie­po­ko­ją­ce­go. Prze­czy­ta­li­śmy twój ra­port z pięć­dzie­sią­te­go siód­me­go. Nie po­my­li­łeś się! Mi­nę­ło dzie­sięć lat, a Go­muł­ka na­dal u wła­dzy. Ostat­nio coś się jed­nak wy­da­rzy­ło. Od roku je­stem re­zy­den­tem MI6 w War­sza­wie. Nie wcho­dząc w szcze­gó­ły, mamy, a pre­cy­zyj­niej: ja mam, ko­goś w miej­sco­wo­ści Wi­sła. Ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów nikt w MI6 o nim nie wie. Jest tam pa­ła­cyk, przed woj­ną wa­ka­cyj­na re­zy­den­cja pre­zy­den­ta RP. Do Wi­sły przy­jeż­dża­ją na po­lo­wa­nia i dys­kret­ne ciup­cia­nie czo­ło­wi apa­rat­czy­cy PZPR. Pierw­sze spo­tka­nie od­by­ło się przed trze­ma ty­go­dnia­mi, dru­gie za­le­d­wie ty­dzień temu. Ma­gne­to­fon umie­ści­li­śmy w ra­diu „Tu­ran­dot”, cu­dzie tech­ni­ki PRL. Prze­bieg roz­mów, ich pla­ny to praw­dzi­wa bom­ba po­li­tycz­na. Gru­pa spi­skow­ców pla­nu­je usu­nąć Go­muł­kę. Spo­sób, w jaki chcą to prze­pro­wa­dzić, jest rów­nie szo­ku­ją­cy. Dwu­krot­nie spo­ty­ka­ła się ta sama piąt­ka. Ba­ron PZPR ze Ślą­ska Edward Gie­rek, wi­ce­pre­mier Piotr Ja­ro­sze­wicz, szef MON Woj­ciech Ja­ru­zel­ski, wi­ce­mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych Fran­ci­szek Szlach­cic i, last but not le­ast, gło­wa spi­sku Ju­rij An­dro­pow, od nie­daw­na prze­wod­ni­czą­cy KGB.

– Chce się wy­ka­zać – stwier­dził sar­ka­stycz­nie Ro­bert.

– Bar­dzo chce się wy­ka­zać – zgo­dził się Mun­go. – Pla­nu­ją ku­pić my­śliw­ce MiG-21 za sumę prze­kra­cza­ją­cą rocz­ny eks­port ca­łej go­spo­dar­ki. Czte­ry­sta sa­mo­lo­tów w jed­nej trans­ak­cji!11

– Jesz­cze ża­den kraj nie ku­pił w jed­nej trans­ak­cji bro­ni za kwo­tę prze­kra­cza­ją­cą war­tość rocz­ne­go eks­por­tu. To sa­mo­bój­stwo eko­no­micz­ne. – Mark wy­uczył się lek­cji. – MiG-21 jest no­wo­cze­snym my­śliw­cem12, po­rów­ny­wal­nym do ame­ry­kań­skie­go F-104 lub fran­cu­skie­go Mi­ra­ge III. W pol­skim lot­nic­twie słu­ży za­le­d­wie je­den dy­wi­zjon13, co zro­zu­mia­łe, zwa­żyw­szy na cenę i wy­so­kie kosz­ty eks­plo­ata­cji. F-104 kosz­tu­je mi­lion pięć­set ty­się­cy do­la­rów. Po­la­cy za­pła­cą za MiG-i zbli­żo­ną cenę. W tego typu kon­trak­tach przyj­mu­je się na ogół mnoż­nik zero prze­ci­nek osiem. Ozna­cza to, że ku­pu­jąc sa­mo­lot za pół­to­ra mi­lio­na, trze­ba wy­dać na szko­le­nie pi­lo­tów, urzą­dze­nia na­ziem­ne, re­mon­ty sil­ni­ków po re­sur­sie, czę­ści za­pa­so­we i wszel­kie po­zo­sta­łe kosz­ty do­dat­ko­wo mi­lion dwie­ście ty­się­cy do­la­rów. Je­że­li trans­ak­cja doj­dzie do skut­ku, a naj­praw­do­po­dob­niej doj­dzie, Pol­ska za­pła­ci ZSRR gru­bo po­nad mi­liard do­la­rów. W oce­nie na­szych eks­per­tów ich go­spo­dar­ka tego nie udźwi­gnie. Cały eks­port PRL w ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tym szó­stym, we­dług da­nych GUS, pol­skie­go urzę­du sta­ty­stycz­ne­go, wy­niósł dzie­więć­set sie­dem­dzie­siąt mi­lio­nów do­la­rów. Te­raz mo­żesz od­słu­chać ta­śmy.

Każ­de spo­tka­nie trwa­ło oko­ło dwóch go­dzin. Był przy­tło­czo­ny tym, co usły­szał. Pe­wien frag­ment roz­mo­wy szcze­gól­nie go po­ru­szył.

Ju­rij An­dro­pow mó­wił:

– Jesz­cze jed­no, to­wa­rzy­szu Gie­rek. Jak wie­cie, Breż­niew zo­stał od­zna­czo­ny wie­lo­ma or­de­ra­mi. Bo­ha­te­ra Związ­ku Ra­dziec­kie­go otrzy­mał dzie­wię­cio­krot­nie. On przy­kła­da wiel­ką wagę do tych od­zna­czeń. Bra­ku­je mu tyl­ko jed­ne­go: Krzy­ża Wiel­kie­go Or­de­ru Vir­tu­ti Mi­li­ta­ri. Am­ba­sa­dor Ari­stow już kil­ka razy pro­sił Go­muł­kę o ten or­der. A on upar­ty, jak to on. Nie i nie. Bre­dził, że na­ród mu nie wy­ba­czy. Jaki zno­wu na­ród? Nie ro­zu­miem, o co Go­muł­ce z tym Vir­tu­ti cho­dzi. To jak, to­wa­rzy­szu? Mogę dać Breż­nie­wo­wi przy­rze­cze­nie w wa­szym imie­niu?

– Za­pew­nij­cie to­wa­rzy­sza Breż­nie­wa – od­rzekł Gie­rek – że może szy­ko­wać na ga­lo­wym mun­du­rze miej­sce na Vir­tu­ti. Pro­szę tyl­ko, żeby to nie było czwar­te miej­sce w pią­tym rzę­dzie, a ta­kie bar­dziej eks­po­no­wa­ne14.

Nie wie­dział, czy się śmiać, czy pła­kać. Breż­niew, przy­wód­ca nu­kle­ar­ne­go su­per­mo­car­stwa, na wi­dok or­de­ru za­mie­niał się w sro­kę zło­dziej­kę. Oleń­ka Ma­ła­cho­wa, nie­speł­nio­na mi­łość jego ży­cia, opo­wie­dzia­ła mu kie­dyś dow­cip: Ja­kich od­zna­czeń nie ma jesz­cze to­wa­rzysz Breż­niew? Bra­ku­je mu ty­tu­łów: „Mat­ka bo­ha­te­ra” i „Mia­sto bo­ha­ter”.

– No i co o tym są­dzisz? – Wpa­try­wa­li się w nie­go ze sku­pie­niem.

– A więc tak to wy­glą­da. Praw­dzi­wy szok! Nie mam po­ję­cia, w jaki spo­sób Wiel­ka Bry­ta­nia może za­re­ago­wać. Jest mi oczy­wi­ście nie­zmier­nie przy­kro, że w gło­wach czo­ło­wych po­li­ty­ków z mo­jej oj­czy­zny uro­dził się taki po­rą­ba­ny po­mysł. Trud­no jest co­kol­wiek pro­gno­zo­wać, a naj­trud­niej przy­szłość. Mo­że­my je­dy­nie spe­ku­lo­wać, jaki wpływ na losy Pol­ski bę­dzie mia­ło „Sprzy­się­że­nie pię­ciu”.

– Do­sko­na­ły kryp­to­nim – oce­nił Mark.

– Je­że­li do wła­dzy doj­dą lu­dzie, któ­rzy dla jej zdo­by­cia go­to­wi są zruj­no­wać oj­czy­znę, to ja im suk­ce­su nie wró­żę. Z na­gra­nych roz­mów wy­ni­ka, że za­mie­rza­ją się fi­nan­so­wać za­chod­ni­mi kre­dy­ta­mi. Pol­ska nie jest za­dłu­żo­na. Go­muł­ka nie brał kre­dy­tów, bo ro­zu­miał ogra­ni­cze­nia ko­mu­ni­stycz­nej go­spo­dar­ki. A te tę­pa­ki my­ślą, że swo­imi ża­ło­sny­mi bu­bla­mi pod­bi­ją świat.

– Są­dzisz, że nie zdo­ła­ją zmo­der­ni­zo­wać go­spo­dar­ki? – do­cie­kał Mun­go.

– Ha, ha, ha. W pięć­dzie­sią­tym siód­mym ba­wi­łem się w grę wła­sne­go po­my­słu. Jej re­zul­tat po­zwa­la prze­wi­dzieć przy­szłość, przy­naj­mniej w ogra­ni­czo­nym za­kre­sie. Ła­zi­łem po War­sza­wie i oglą­da­jąc eks­po­no­wa­ne na wy­sta­wach skle­po­wych to­wa­ry, za­da­wa­łem so­bie dzie­cin­ne py­ta­nie: Mo­żesz mieć wszyst­ko, co tu jest, za dar­mo. Może przy­da się w domu albo na pre­zent? Spró­buj­cie zgad­nąć: co chcia­łem do­stać za dar­mo?

Nie mie­li po­ję­cia.

– Sło­ik mio­du i bu­tel­kę wód­ki!

Ryk­nę­li zdro­wym śmie­chem.

– By­łem nie­daw­no w War­sza­wie. Od pięć­dzie­sią­te­go siód­me­go nie­wie­le się zmie­ni­ło. Jak te pa­lan­ty, Gie­rek i spół­ka, za­mie­rza­ją spła­cać za­cią­gnię­te kre­dy­ty? Prze­cież oni na­wet pa­pie­ru to­a­le­to­we­go nie po­tra­fią wy­pro­du­ko­wać. Mark zna te­mat, ale gdy­bym cię za­py­tał, Mun­go, co to jest, po­wie­dział­byś, że drob­no­ziar­ni­sty pa­pier ścier­ny.

– Jaki z tego wnio­sek?

– Ko­mu­ni­ści mają dupy nie do zdar­cia!

Kie­dy prze­sta­li się śmiać, mógł do­koń­czyć wy­wód.

– Nie wie­my, czy z tego pla­nu co­kol­wiek wy­nik­nie. Wiel­ka Bry­ta­nia nie może za wie­le zdzia­łać. Naj­wy­żej nie po­ży­czać. Po­ja­wia się na­wet moż­li­wość, że w per­spek­ty­wie kil­ku, kil­ku­na­stu lat Pol­ska sta­nie się nie­wy­pła­cal­na, co może przy­nieść nie­prze­wi­dzia­ne kon­se­kwen­cje.

------------------------------------------------------------------------

1.

11 Taka trans­ak­cja mia­ła miej­sce. Źró­dło: https://pl.wi­ki­pe­dia.org/wiki/MiG-21

2.

12 Pręd­kość max: MiG-21 – 2,05 M. F16, pol­ski my­śli­wiec z 2025 r. – 2,02 M. Pol­ska za­ku­pi­ła w 2003 r. czter­dzie­ści osiem ta­kich sa­mo­lo­tów.

3.

13 Dy­wi­zjon li­czył dwa­na­ście sa­mo­lo­tów, pułk lot­ni­czy – trzy­dzie­ści sześć.

4.

14 Or­der wrę­czo­no Breż­nie­wo­wi pod­czas jego wi­zy­ty w Pol­sce w lip­cu 1974 r. Żeby za­spo­ko­ić wy­bu­ja­łe ego gen­se­ka, przy­zna­no mu tak­że ty­tuł „Ho­no­ro­wy gór­nik PRL”.3. Po drugiej stronie lustra

8 sierp­nia 1967

W Par­ku Ka­spro­wi­cza roz­pi­li po ja­bo­lu. Mu­sie­li od­pu­ścić za­ta­cza­ją­ce­go się urzę­da­sa w zmię­tym i obrzy­ga­nym gar­ni­tur­ku, bo w oko­li­cy po­ja­wił się pa­trol mi­li­cji. Roz­glą­da­li się, kogo by tu ob­ro­bić, ale nikt się nie na­pa­to­czył. Było już za póź­no. Szcze­ci­nia­nie po zmro­ku sta­ra­li się omi­jać ten roz­le­gły park. A przy­naj­mniej jego naj­bar­dziej za­pusz­czo­ne oko­li­ce. Je­dy­nie sła­bo oświe­tlo­na żuż­lo­wa dro­ga na za­ple­czu Kon­su­la­tu ZSRR i Szpi­ta­la MSW była o tej po­rze uczęsz­cza­na. Sta­no­wi­ła uży­tecz­ny skrót, z któ­re­go ko­rzy­sta­ło wie­lu spóź­nio­nych prze­chod­niów, chcą­cych za­osz­czę­dzić kil­ka mi­nut na tra­sie do przy­stan­ku tram­wa­jo­we­go na Ro­ose­vel­ta.

Pa­tron tej uli­cy zwią­za­ny był z hi­sto­rią mia­sta. W Jał­cie uzgod­nił ze Sta­li­nem nowy po­dział Eu­ro­py. Gdy­by się ści­śle trzy­mać usta­leń, le­żą­cy na za­chod­nim brze­gu Odry Szcze­cin po­wi­nien przy­paść Niem­com. Sta­lin wy­wal­czył jed­nak ten waż­ny port dla Pol­ski. Ro­ose­velt w Jał­cie stał już nad gro­bem i spra­wy do­cze­sne go nie zaj­mo­wa­ły. Tu, gdzie Ro­ose­vel­ta się za­czy­na­ła, dwa­dzie­ścia lat po woj­nie na­dal była wy­ło­żo­na ko­ci­mi łba­mi, na któ­rych sa­mo­cho­dy ła­ma­ły re­so­ry, a ka­mie­ni­ce wy­glą­da­ły na dwa­dzie­ścia lat star­sze niż przed dwu­dzie­stu laty. Oko­li­ca spra­wia­ła przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie. Nie­bu­sze­wo było przed woj­ną dziel­ni­cą ro­bot­ni­czą po­ło­żo­ną w są­siedz­twie stocz­ni. Mo­gła ist­nieć inna, prze­wrot­na przy­czy­na ta­kie­go wy­bo­ru pa­tro­na. Po le­wej stro­nie tej uli­cy cią­gnę­ło się ca­ły­mi ki­lo­me­tra­mi mo­rze gru­zów. Ame­ry­kań­skie bom­bow­ce zrów­na­ły z zie­mią stocz­nię i nie­ja­ko przy oka­zji więk­szą część dziel­ni­cy miesz­kal­nej. Na ob­sza­rze kil­ku ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych nie ostał się ża­den bu­dy­nek. Ty­sią­ce lu­dzi zo­sta­ło po­grze­ba­nych pod tym ru­mo­wi­skiem.

Ci trzej, do­brze już wy­pi­ci, nad ta­ki­mi spra­wa­mi się nie za­sta­na­wia­li. Ich za­in­te­re­so­wa­nia ogra­ni­cza­ły się do go­rza­ły, dup i roz­ró­by. Wte­dy na­pa­to­czył się ten chło­pak. Sam się pro­sił, żeby go sfle­ko­wać.

Tego dnia Ma­rek Star­ski wra­cał do domu póź­niej niż zwy­kle. Za­sie­dział się u ko­le­gi, któ­ry miał ład­ną, nie­ste­ty star­szą sio­strę – ró­wie­śnik młod­sze­go bra­ta nie miał u niej szan­sy. Szedł przez Gór­ne Nie­bu­sze­wo, nie­bez­piecz­ną dziel­ni­cę, w któ­rej nie­ustan­nie do­cho­dzi­ło do chu­li­gań­skich wy­bry­ków. Nie­licz­ni prze­chod­nie prze­my­ka­li uli­ca­mi chył­kiem, bo­jaź­li­wie, jak­by za­wsty­dze­ni. Był już bli­sko ru­chliw­szej i bez­piecz­niej­szej Ro­ose­vel­ta, kie­dy po­ja­wi­li się ci trzej. Za­ta­cza­jąc się, szli całą sze­ro­ko­ścią chod­ni­ka. W sła­bym świe­tle la­tar­ni nie wi­dział ich za do­brze. W pierw­szym od­ru­chu chciał za­wró­cić i uciec, za­wsty­dził się jed­nak. Zszedł na jezd­nię, mi­nął ich i ode­tchnął z ulgą. Wte­dy po­czuł ude­rze­nie w tył gło­wy, któ­re go oszo­ło­mi­ło.

Czło­wiek nie tyl­ko mózg ma nie­zwy­kły. Choć po­zor­nie kru­chej kon­struk­cji, jest nie­zwy­kle od­por­ny. Wy­trzy­ma na­praw­dę wie­le. Z dru­giej stro­ny cza­sa­mi wy­star­czy nie­for­tun­ny cios w skroń, ude­rze­nie gło­wą o bruk, żeby za­bić. Za­nim zdą­żył upaść, kil­ku­krot­nie ude­rza­li go pię­ścia­mi. Oszo­ło­mio­ny, nie bro­nił się.

– Pod ob­cas go! – za­wy­li dzi­ko, ko­piąc po ca­łym cie­le.

Kie­dy znie­ru­cho­miał, do­tar­ło do nich, że nie od­dy­cha. Pi­jac­ką eu­fo­rię za­stą­pił strach. Na­gle wy­trzeź­wie­li. Chcąc się otrzą­snąć z prze­ra­że­nia, za­czę­li od­gry­wać twar­dzie­li. Prze­rwa­li ra­bo­wa­nie wszyst­kie­go, co da­wa­ło się opy­lić, i ode­szli. Chcie­li jak naj­szyb­ciej uciec z miej­sca zbrod­ni, ale żeby nie wyjść na cy­ko­rów, tyl­ko przy­spie­szy­li kro­ku. Pi­jac­kie wul­gar­ne prze­chwał­ki usta­ły w pół zda­nia.

Przy le­żą­cym bez ży­cia chłop­cu po­ja­wi­ła się zni­kąd ko­bie­ta spo­wi­ta w dłu­gi, czar­ny płaszcz. Jej twarz za­kry­wał czar­ny we­lon. Sta­nę­ła nad nim i sze­ro­kim ru­chem za­rzu­ci­ła ca­łun na nie­ru­cho­me cia­ło. Nie zdo­ła­ła go za­kryć cał­ko­wi­cie. Dra­po­wa­ła ręką tka­ni­nę, prze­cią­ga­jąc to tu, to tam. Są­czy­ła sło­wa ci­chym, ko­ją­cym gło­sem.

– Oszczędź so­bie bólu i cier­pie­nia, bo tym bę­dzie two­ja dro­ga na tym pa­do­le łez. Jaki ma sens szar­pa­nie się z ży­ciem, je­że­li śmierć jest nie­uchron­na? Zre­zy­gnuj. Nie mu­sisz nic ro­bić, wy­star­czy, je­śli prze­sta­niesz się opie­rać.

Mia­ła go w swo­ich ob­ję­ciach. Czu­ła, jak bi­cie ser­ca zwal­nia, czu­ła, że się jej nie wy­rwie.

W oknie pierw­sze­go pię­tra po­ka­za­ła się zwa­bio­na ha­ła­sem star­sza pani. W ręku trzy­ma­ła słu­chaw­kę te­le­fo­nu. Na po­łą­cze­nie z po­go­to­wiem cze­ka­ło się go­dzi­na­mi, ale i tak nie mia­ła nic lep­sze­go do ro­bo­ty. Mło­dy czło­wiek le­żą­cy na uli­cy nie po­ru­szał się, a ona była re­li­gij­na. Nie mo­gła po­peł­nić grze­chu za­nie­cha­nia, przy­czy­nia­jąc się do jego śmier­ci. Nie­ocze­ki­wa­nie w słu­chaw­ce roz­legł się ostry, prze­pa­lo­ny pa­pie­ro­sa­mi ko­bie­cy głos.

– Po­go­to­wie. Słu­cham!

Peł­nią­ca tego dnia dy­żur ko­bie­ta mia­ła czter­dzie­ści pięć lat, choć wy­glą­da­ła na wię­cej, męża al­ko­ho­li­ka, co było w tam­tych la­tach bar­dziej re­gu­łą niż wy­jąt­kiem, i dwo­je dzie­ci. Star­sza cór­ka cho­ro­wa­ła na cu­krzy­cę. Była zmę­czo­na ży­ciem, nie­na­wi­dzi­ła swo­jej wy­czer­pu­ją­cej fi­zycz­nie, a przede wszyst­kim psy­chicz­nie pra­cy i chcia­ła jak naj­szyb­ciej za­koń­czyć dy­żur. Cze­ka­ło ją jesz­cze sta­nie w ko­lej­ce, je­że­li chcia­ła coś ku­pić na skrom­ny po­si­łek. Zo­sta­ło pół go­dzi­ny uże­ra­nia się z awan­tu­ru­ją­cy­mi się pi­ja­ka­mi i pła­czą­cy­mi ko­bie­ta­mi.

– Na chod­ni­ku leży męż­czy­zna. Nie ru­sza się. Przed chwi­lą go po­bi­li, ob­ra­bo­wa­li i ucie­kli. Wi­dzia­łam wszyst­ko przez okno.

– Na­zwi­sko i ad­res.

– Uli­ca Dłu­go­sza dwa, przy pie­kar­ni… Po co wam na­zwi­sko?… Prze­cież mó­wię! On się nie ru­sza.

Ko­bie­ta nie mia­ła do­tąd kon­tak­tu z po­go­to­wiem. Jak więk­szość Po­la­ków pa­nicz­nie bała się po­da­wa­nia na­zwi­ska, co za­zwy­czaj ozna­cza­ło kło­po­ty. Odło­ży­ła słu­chaw­kę.

Ta­jem­ni­cza nie­zna­jo­ma, któ­ra tro­skli­wie za­opie­ko­wa­ła się Mar­kiem, z uśmie­chem trium­fu po­wró­ci­ła do okry­wa­nia płasz­czem nie­ru­cho­me­go cia­ła.

– Dzie­siąt­ka, zgłoś się. – Dys­po­zy­tor­ka we­zwa­ła je­dy­ną ka­ret­kę, któ­ra była na in­ter­wen­cji w tej dziel­ni­cy.

– Dzie­siąt­ka zgła­sza się.

– Gdzie je­steś, złot­ko?

– Do­jeż­dżam do szpi­ta­la MSW, będę za pięć mi­nut. Wio­zę pa­cjen­ta ze zła­ma­ną nogą.

– Ada­siu, zrób coś dla mnie. Mie­li­śmy ano­ni­mo­we zgło­sze­nie na Dłu­go­sza. Po­bi­ty męż­czy­zna leży na uli­cy, przy pie­kar­ni. Star­sza pani, któ­ra to zgło­si­ła, spra­wia­ła wra­że­nie wia­ry­god­nej. Mo­żesz tam­tę­dy prze­je­chać?

– Zro­bię to, spe­cjal­nie dla cie­bie, Bo­żen­ko, ale to na pew­no ko­lej­ny pi­jak.

Przez nie­zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści po­go­to­wie do­tar­ło na miej­sce se­kun­dy po ostat­nim ude­rze­niu ser­ca.

– Od­zy­skał od­dech. Mamy go z po­wro­tem!

Pie­lę­gniarz, stu­dent ostat­nie­go roku me­dy­cy­ny, zmę­czo­ny wie­lo­go­dzin­nym dy­żu­rem i wy­sił­kiem re­ani­ma­cji, po­czuł nie­zwy­kły przy­pływ ener­gii. Za­wsze tak było, kie­dy ra­to­wał czy­jeś ży­cie. Dla­te­go zde­cy­do­wał, że zo­sta­nie le­ka­rzem, a po mę­czą­cych za­ję­ciach brał dy­żu­ry w po­go­to­wiu.

– Ga­zem do szpi­ta­la. Po­trzeb­na na­tych­mia­sto­wa ope­ra­cja.

Po trzech mi­nu­tach byli na izbie przy­jęć. Je­dy­ny w mie­ście dy­żur­ny neu­ro­log na ko­zet­ce od­sy­piał dy­żur, któ­ry wy­dłu­żył się do dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin. Obu­dzi­ła go, po­trzą­sa­jąc za rękę, pie­lę­gniar­ka.

– Cięż­ki przy­pa­dek, dok­to­rze. Śmierć kli­nicz­na. Re­ani­mu­ją go.

– Już idę, Ma­ry­siu. – Po­spiesz­nie ochla­pał twarz i truch­tem pod­biegł na salę ope­ra­cyj­ną.

Tej nocy Ma­rek trzy­krot­nie prze­kra­czał gra­ni­cę po­mię­dzy ży­ciem i śmier­cią. Miał krwia­ka na mó­zgu. Kie­dy nad­szedł świt, nie dało się po­wie­dzieć, czy prze­ży­je. Szan­se były pół na pół.

– Dok­to­rze, pa­cjent się wy­bu­dził! – Mło­da, pulch­na pie­lę­gniar­ka, szcze­ra twarz, dłu­gie blond wło­sy i błę­kit­ne oczy, przy­wo­ła­ła peł­nią­ce­go dy­żur le­ka­rza.

Ma­rek le­żał na od­dzia­le in­ten­syw­nej te­ra­pii, jego ży­cie na­dal było za­gro­żo­ne. Le­karz przyj­rzał mu się uważ­nie, pod­niósł po­wie­kę i za­świe­cił do oka.

– Miej­my na­dzie­ję, że z tego wyj­dzie. Ro­ko­wa­nia nie były do­bre. Jak dłu­go był przy­tom­ny?

– Za­le­d­wie chwi­lę, pa­nie dok­to­rze.

– Po­wie­dział coś?

– Pró­bo­wał, ale po­now­nie stra­cił przy­tom­ność.

Zo­stał zi­den­ty­fi­ko­wa­ny po po­łu­dniu. Mat­ka za­wia­do­mi­ła mi­li­cję, a za­nie­po­ko­jo­na jej bez­czyn­no­ścią ob­dzwo­ni­ła wszyst­kie szpi­ta­le. Od­na­lazł się na Pio­tra Skar­gi, w nie­wiel­kim szpi­ta­lu gar­ni­zo­no­wym, jed­nej z lep­szych pla­có­wek w mie­ście, któ­ra peł­ni­ła tej nocy dy­żur. Ro­dzi­ców nie wpusz­czo­no na in­ten­syw­ną te­ra­pię. Ro­dzi­ny były przez służ­bę zdro­wia trak­to­wa­ne jako zło ko­niecz­ne. Po go­dzi­nie ocze­ki­wa­nia do­wie­dzie­li się, że stan syna jest cięż­ki. Zo­stał po­bi­ty, miał wiel­kie szczę­ście, że szyb­ko tra­fił na stół ope­ra­cyj­ny. Jesz­cze mi­nu­ta, dwie i by­ło­by po nim.

– Nie ma co tu sie­dzieć i prze­szka­dzać nam w pra­cy. – Pie­lę­gniar­ka była sta­now­cza. – Pro­szę wra­cać do domu. Ma­cie pań­stwo te­le­fon?… Nie? Są­sie­dzi mają?… Jak syn od­zy­ska przy­tom­ność, po­wia­do­mi­my. To może po­trwać dłu­go. Wy­sia­dy­wa­nie w szpi­ta­lu nic nie po­mo­że.

Po­now­nie od­zy­skał przy­tom­ność. Ni­cze­go nie pa­mię­tał. Na­wet jak się na­zy­wa. Neu­ro­log, któ­re­mu za­wdzię­czał ży­cie, wy­ja­śnił, że do­znał po­waż­ne­go ura­zu. Pęk­nię­cie czasz­ki, na szczę­ście bez prze­miesz­czeń, oraz krwiak, do któ­re­go usu­nię­cia nie­zbęd­na była tre­pa­na­cja czasz­ki do­ko­na­na wier­tłem.

Wy­stra­szył się tej tre­pa­na­cji. Le­karz go uspo­ko­ił.

– Mia­łeś ogrom­ne szczę­ście. Nie po­win­no być na­stępstw – za­pew­nił z po­czu­ciem sa­tys­fak­cji z do­brze wy­ko­na­nej skom­pli­ko­wa­nej ope­ra­cji. – Nie zmar­nuj ży­cia, któ­re­go cu­dem nie stra­ci­łeś – do­dał po chwi­li.

Mi­li­cja nie mu­sia­ła się wy­si­lać, żeby usta­lić, że na­pad miał pod­ło­że ra­bun­ko­we. Ty­po­wy w tej dziel­ni­cy wy­bryk chu­li­gań­ski, wy­róż­nia­ją­cy się je­dy­nie bru­tal­no­ścią. Ura­zy oraz licz­ne si­nia­ki świad­czy­ły o ze­zwie­rzę­ce­niu spraw­ców, któ­rym nie wy­star­czy­ło ob­ra­bo­wa­nie nie­przy­tom­nej ofia­ry. Sko­pa­li, żeby mieć o czym opo­wia­dać kum­plom. W pra­sie nie po­ja­wi­ła się żad­na wzmian­ka. Cen­zu­ra dba­ła, żeby in­for­ma­cje o prze­stęp­stwach nie prze­do­sta­wa­ły się do opi­nii pu­blicz­nej. Psu­ły sie­lan­ko­wy ob­raz pań­stwa so­cja­li­stycz­ne­go.

Re­kon­wa­le­scen­cja trwa­ła kil­ka ty­go­dni. Ro­dzi­ce od­wie­dza­li go co parę dni, za to pan Teo­fil by­wał czę­stym go­ściem. Za­wsze przy­no­sił ja­kieś sma­ko­ły­ki. Sier­pień był sło­necz­ny, więc mo­gli spę­dzać czas na in­try­gu­ją­cych dys­ku­sjach w za­dba­nym przy­szpi­tal­nym ogro­dzie.

Ze szpi­ta­la wy­szedł inny czło­wiek. Coś się w nim trwa­le od­mie­ni­ło. Nie był już we­so­łym, lek­ko­myśl­nym, tro­chę nie­śmia­łym chłop­cem. Do­tar­ło do nie­go, jak kru­che jest ży­cie, jak ła­two je stra­cić. Więc na­le­ży się cie­szyć każ­dym dniem, jak­by miał być ostat­ni. Kie­dy le­żał bez­rad­ny na in­ten­syw­nej te­ra­pii, po­sta­no­wił, że już ni­g­dy nie po­zwo­li, żeby go bez­kar­nie bito. Do­świad­czył na wła­snej skó­rze okru­cień­stwa, ja­kie się kry­ło w mrocz­nych za­ka­mar­kach za­pew­nia­ją­cej po­zor­ne bez­pie­czeń­stwo cy­wi­li­za­cji.

Wszy­scy mie­li do nie­go pre­ten­sje, że się dał po­bić. Mat­ka nie­ustan­nie gde­ra­ła, że sam jest so­bie wi­nien, bo się włó­czy po no­cach. Oj­ciec jej wtó­ro­wał. Prze­słu­chu­ją­cy go sier­żant mi­li­cji nie krył nie­chę­ci.

– Sam się pro­si­łeś. Trze­ba było ucie­kać, a nie zgry­wać bo­ha­te­ra.

Zo­rien­to­wał się, że gli­ny nie za­mie­rza­ją się prze­pra­co­wy­wać. Gdy­by to było mor­der­stwo, to co in­ne­go. Zna­leź­li­by ko­goś, komu by się je dało przy­pi­sać, żeby nie psuć sta­ty­styk.

Do­stał we­zwa­nie z pro­ku­ra­tu­ry. Pod­pi­sa­ne „J. Wój­cik”. Cze­kał pod drzwia­mi po­ma­lo­wa­ny­mi far­bą olej­ną o nie­okre­ślo­nym ko­lo­rze przez bite dwie go­dzi­ny. Prze­wi­dział, że tak bę­dzie, więc za­brał pod­ręcz­nik i na­wet nie za­uwa­żył, jak mi­nął czas. Ktoś po­trzą­sał go za ra­mię.

– Ma­rek Star­ski? Nie sły­sza­łeś, jak wo­ła­łam?

Sta­ła nad nim mło­da ko­bie­ta nie­pa­su­ją­ca do ste­reo­ty­pu groź­nej ne­me­zis prze­stęp­ców. Wy­da­wa­ło mu się, że ma pod trzy­dziest­kę, choć mógł się my­lić. Nie po­znał jesz­cze ko­biet na tyle do­brze, żeby traf­nie oce­niać ich wiek. Wska­za­ła krze­sło i nie zwra­ca­jąc na nie­go uwa­gi, prze­glą­da­ła akta.

– Czy coś za­pa­mię­ta­łeś? Wiesz może, kto to był?

– Pa­mię­tam, że było ich trzech. Twa­rzy nie wi­dzia­łem, było ciem­no. Po­tem do­sta­łem w gło­wę i nic wię­cej nie pa­mię­tam. Ock­ną­łem się w szpi­ta­lu.

Po­krę­ci­ła gło­wą, wy­raź­nie zde­gu­sto­wa­na.

– I jak we­dług cie­bie mamy ich zna­leźć? Ni­cze­go nie pa­mię­tasz?

– Nic mi nie przy­cho­dzi do gło­wy. Mógł­bym ich mi­nąć na uli­cy, a i tak bym nie roz­po­znał.

– Po­dob­nych na­pa­dów mamy set­ki. Ten był wy­jąt­ko­wo bru­tal­ny, ale mia­łeś też tro­chę szczę­ścia. Mo­głeś stra­cić ży­cie. Po­wiem wprost: od­kła­dam akta two­jej spra­wy. Szko­da mo­je­go cza­su. Gdy­by się po­ja­wi­ło coś no­we­go, we­zwę. Nie li­czy­ła­bym jed­nak na prze­łom. Za pół roku umo­rzę spra­wę. – Wsta­ła i po­da­ła mu rękę, koń­cząc prze­słu­cha­nie.

Spo­dzie­wał się ko­lej­nych zło­śli­wo­ści pod swo­im ad­re­sem, ale przy­glą­da­ła mu się życz­li­wie. Ona pierw­sza nie pró­bo­wa­ła go ob­wi­niać za na­pad. Ze spo­ko­jem przy­jął do wia­do­mo­ści, że spraw­cy unik­ną kary.

W szko­le dzia­ła­ła sek­cja SKS, w któ­rej naj­spraw­niej­si ucznio­wie tre­no­wa­li po lek­cjach. W ustro­ju, któ­ry dą­żył do mak­sy­mal­ne­go spo­łecz­ne­go wy­ko­rzy­sta­nia wy­sił­ku, wy­ci­śnię­cia każ­de­go jak cy­try­ny, w tej sek­cji nie było miej­sca dla sła­be­uszy, bez pre­dys­po­zy­cji, bo choć­by nie wiem jak się sta­ra­li, nie zdo­bę­dą pu­cha­rów, któ­re dy­rek­tor usta­wi w ga­blo­cie. Ko­le­dzy zo­sta­wa­li po lek­cjach, żeby wy­ko­ny­wać ćwi­cze­nia, któ­re roz­wi­ja­ją mię­śnie. Za­zdro­ścił im. Nie było szan­sy, żeby się wci­snął do SKS-u, więc mu­siał roz­wią­zać pro­blem we wła­snym za­kre­sie. W domu tre­no­wać nie mógł. Za każ­dym ra­zem, kie­dy za­czy­nał w cia­snym miesz­ka­niu ro­bić pomp­ki czy skło­ny, mat­ka z wrza­skiem mu prze­ry­wa­ła i za­ga­nia­ła go do prac do­mo­wych. Ćwi­cze­nia fi­zycz­ne uwa­ża­ła za bez­pro­duk­tyw­ne, dzia­ła­ły jej na ner­wy. Miał się uczyć i po­ma­gać w domu. Za­pi­sał się więc do sek­cji kul­tu­ry­sty­ki w osie­dlo­wym klu­bie kul­tu­ry. Pie­nią­dze od pana Teo­fi­la bar­dzo się przy­da­ły. Po­cząt­ki nie wy­glą­da­ły za­chę­ca­ją­co. Mło­dzi lu­dzie wpa­trze­ni w przy­wie­zio­ne z Za­cho­du sfa­ty­go­wa­ne ko­lo­ro­we ma­ga­zy­ny, w któ­rych prę­ży­li się atle­ci, pró­bo­wa­li im do­rów­nać. Po tre­nin­gach pili wód­kę, bo po­dob­no po­ma­ga­ła w bu­do­wie mu­sku­la­tu­ry. Bra­li też ja­kieś świń­stwo, któ­re ku­po­wa­li w ap­te­kach na re­cep­tę od za­przy­jaź­nio­ne­go le­ka­rza. Po­nie­waż jaj­ka były do­stęp­ne i ta­nie, po­chła­nia­li nie­praw­do­po­dob­ne ilo­ści ja­jecz­ni­cy, żeby „zro­bić masę”. Mar­ka kul­tu­ry­sty­ka nie in­te­re­so­wa­ła, a kul­tu­ry­ści ze zdjęć wzbu­dza­li w nim od­ra­zę. Chciał je­dy­nie wzmoc­nić mu­sku­la­tu­rę, po­pra­wić syl­wet­kę i tro­chę przy­tyć. Na sali śmier­dzia­ło tak, że mu­siał po­wstrzy­my­wać wy­mio­ty. Za­ciął się jed­nak i przy­cho­dził czte­ry razy w ty­go­dniu. Na go­dzi­nę, po­nie­waż dłu­żej nie wy­trzy­my­wał, a mo­no­ton­nych ćwi­czeń nie zno­sił. Ko­le­dzy z sek­cji prze­ko­ny­wa­li, że to nic nie da, ale on igno­ro­wał „do­bre rady”. Sku­pił się na roz­wo­ju mię­śni i ogól­nym wzmoc­nie­niu. Po sze­ściu mie­sią­cach czuł się usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny – przy­tył trzy ki­lo­gra­my i prze­stał stra­szyć chu­do­ścią, był te­raz szczu­pły i nie­źle umię­śnio­ny. Dum­ny ze swo­je­go wy­glą­du, na­brał pew­no­ści sie­bie. Na­wet prysz­cze na twa­rzy już go nie de­pry­mo­wa­ły.4. Studia

Maj 1968

Na koń­co­wych ba­da­niach w szko­le mie­rzo­no wzrost i wagę. Ma­rek wy­cią­gał szy­ję jak gą­sior, pró­bu­jąc unieść cia­ło nad zie­mię, za­pew­ne dla­te­go za­pi­sa­no mu w ksią­żecz­ce zdro­wia sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, któ­re się prze­kła­da­ły na sześć stóp i je­den cal. Wa­żył sie­dem­dzie­siąt trzy ki­lo­gra­my. Chciał­by wa­żyć wię­cej – li­czył, że przy­ty­je wkrót­ce; po­dob­no na stat­kach do­brze kar­mi­li. Był nie­zmier­nie szczę­śli­wy, po­nie­waż wie­rzył, że wzrost i mu­sku­la­tu­ra są naj­lep­szą gwa­ran­cją suk­ce­su ży­cio­we­go męż­czy­zny.

Na­stęp­ne­go dnia po ode­bra­niu świa­dec­twa ma­tu­ral­ne­go za­niósł kom­plet wy­ma­ga­nych do­ku­men­tów wraz z po­da­niem do Wyż­szej Szko­ły Mor­skiej na Wa­łach Chro­bre­go. Bry­ła bu­dyn­ku wy­róż­nia­ła się im­po­nu­ją­cą fa­sa­dą z po­kry­te­go pa­ty­ną cza­su, po­ro­śnię­te­go blusz­czem pia­skow­ca.

An­kie­ta, któ­rą wy­peł­niał pra­co­wi­cie przez trzy dni, mia­ła kil­ka­na­ście stron i zo­sta­ła sko­pio­wa­na z wzo­ru prze­słu­cha­nia oso­by po­dej­rze­wa­nej o dzia­łal­ność wy­wro­to­wą zmie­rza­ją­cą do oba­le­nia siłą ustro­ju PRL: „Z ja­kiej kla­sy spo­łecz­nej po­cho­dzi­li dziad­ko­wie?”. Naj­le­piej, gdy­by ro­dzi­ce byli przed­sta­wi­cie­la­mi kla­sy ro­bot­ni­czej, do­sta­wa­ło się wte­dy punk­ty za po­cho­dze­nie. Jemu nie były po­trzeb­ne. Zdał z szó­stą lo­ka­tą na stu osiem­dzie­się­ciu zda­ją­cych i zo­stał przy­ję­ty do WSM.

Po eg­za­mi­nach wy­pły­nął w rejs szkol­ny na SY „Dar Po­mo­rza”, le­gen­dar­nym ża­glow­cu, na któ­rym uczy­ło się że­glar­skie­go fa­chu wie­le po­ko­leń pol­skich ka­pi­ta­nów. Kie­dy wy­pły­nę­li na otwar­te mo­rze, do­pa­dła go cho­ro­ba mor­ska. Był prze­ra­żo­ny. Wilk mor­ski nie może mieć ta­kiej kom­pro­mi­tu­ją­cej przy­pa­dło­ści. Cho­ro­ba mę­czy­ła go wie­le go­dzin, na szczę­ście nie wy­mio­to­wał. Na po­kła­dzie, za­ję­ty pra­cą, miał je­dy­nie lek­kie nud­no­ści. Kie­dy nic nie ro­bił, było go­rzej. Po zej­ściu pod po­kład miał ocho­tę pu­ścić pa­wia, le­d­wo do­bie­gał do koi i na­wet le­żąc, czuł się fa­tal­nie. Kam­buz i mes­sa, z któ­rych do­cho­dził za­pach je­dze­nia, były dla nie­go stre­fą za­ka­za­ną, w któ­rej wy­rzy­gał­by wnętrz­no­ści. Rano było nie­co le­piej. Na po­kła­dzie już nie mu­li­ło. Po kil­ku dniach mógł pod­czas sztor­mu wcho­dzić do kam­bu­za, naj­bar­dziej rzy­gli­we­go miej­sca na ża­glow­cu. Oka­za­ło się, że jest od­por­ny na cho­ro­bę mor­ską.

Wspi­nał się na kre­ślą­ce elip­sy po za­snu­tym bu­rzo­wy­mi chmu­ra­mi nie­bie czter­dzie­sto­me­tro­we masz­ty. Kie­dy grot miał dwa refy, fala za­le­wa­ła po­kład – wte­dy czuł, że żyje. Prze­ży­wał pierw­szą z wie­lu fa­scy­nu­ją­cych przy­gód, ja­kie wy­zna­czył mu los.

Za­wi­nę­li do Hel­si­nek. Po raz pierw­szy był za gra­ni­cą. Cho­dzi­li całą gru­pą po mie­ście i chło­nę­li mi­tycz­ny Za­chód. Fi­no­wie byli po­god­ni, ko­lo­ro­wo ubra­ni, życz­li­wi, uśmie­cha­li się do ka­de­tów i po­zdra­wia­li. Mie­li po kil­ka do­la­rów kie­szon­ko­we­go, więc wy­sta­wy skle­po­we mo­gli je­dy­nie oglą­dać. Tak się róż­ni­ły od pol­skich, że trud­no im było uwie­rzyć w to, co wi­dzą. Choć ba­jecz­nie ko­lo­ro­wych, atrak­cyj­nych to­wa­rów było za­trzę­sie­nie, nie było ko­le­jek. Przy­gnę­bie­ni prze­li­cza­li ceny na zło­tów­ki. Były astro­no­micz­ne. Może dla­te­go jest tyle to­wa­rów, że na­wet dla Fi­nów są za dro­gie?

Jed­nak w każ­dym skle­pie klien­ci coś ku­po­wa­li. I nie wy­glą­da­li na za­moż­nych. To byli zwy­kli lu­dzie. Naj­więk­sze emo­cje wzbu­dza­ły skle­py mię­sne. Nie zda­wa­li so­bie spra­wy, że może być aż tyle ga­tun­ków mięs i wę­dlin. Na­wet przez szkło pach­nia­ły świe­żo­ścią i za­chę­ca­ły, żeby spró­bo­wać. Na sam wi­dok ślin­ka na­pły­wa­ła do ust. Każ­dy mógł wejść i ku­pić, ile chciał, bez wy­sta­wa­nia w ko­lej­ce, bez ogra­ni­czeń, i nikt nie na­zy­wał go spe­ku­lan­tem.

Moż­na żyć ina­czej, a pro­pa­gan­da ko­mu­ni­stycz­na to zbi­tek pół­prawd i or­dy­nar­nych kłamstw. Nie ma prze­śla­do­wa­ne­go pro­le­ta­ria­tu, są za­do­wo­le­ni lu­dzie, któ­rzy pra­cą za­ra­bia­ją na go­dzi­we ży­cie. Mają z pew­no­ścią pro­ble­my, prze­ży­wa­ją dra­ma­ty, jak każ­dy, jed­nak do­ty­czy to wszyst­kich: bied­nych i bo­ga­tych.

Fin­ki oglą­da­ły się za gru­pą przy­stoj­nych ka­de­tów, a na­wet po­sy­ła­ły za­lot­ne uśmie­chy. Cza­sem do nich za­ga­da­li, jed­nak nie pró­bo­wa­li pod­ry­wać. Za sła­bo zna­li an­giel­ski, fiń­skie­go ni w ząb, nie mie­li pie­nię­dzy na­wet na her­ba­tę z ciast­kiem. Mo­gli je­dy­nie od­wza­jem­niać uśmie­chy.

Na noc­nych wach­tach in­ten­syw­nie od­czu­wał prze­mi­ja­nie cza­su, któ­re po­zo­sta­wia­ło w du­szy bo­le­sne pra­gnie­nia i nie­okre­ślo­ny nie­po­kój. Umysł uwol­nio­ny od co­dzien­nych trosk kom­po­no­wał opo­wia­da­nia przy­po­mi­na­ją­ce noc­ne sny, lecz prze­ży­wa­ne na ja­wie. Po­mię­dzy tymi tre­ścia­mi po­ja­wia­ły się za­ska­ku­ją­ce prze­my­śle­nia do­ty­czą­ce te­ma­tów kre­owa­nych przez nie­skrę­po­wa­ną wy­obraź­nię. Za­czął za­pi­sy­wać wszyst­ko, co mu się ro­iło w gło­wie. Za­uwa­żył, że kie­dy pi­sze, dal­sza część opo­wia­da­nia roz­wi­ja się sama, bez udzia­łu jego świa­do­mo­ści.

Z cza­sem na­uczył się oce­niać kry­tycz­nie swo­je tek­sty. Dużo czy­tał, a lek­tu­ry wy­bie­rał róż­no­rod­ne. Po­cząt­ko­wo pod­świa­do­mie, na­stęp­nie me­to­dycz­nie ana­li­zo­wał for­mę li­te­rac­ką. Za­trzy­my­wał się na zda­niach, któ­re mu się szcze­gól­nie spodo­ba­ły, sta­ra­jąc się usta­lić, co jest w nich wy­jąt­ko­we­go. Po­chło­nię­ty pi­sa­niem, nie od­czu­wał upły­wu cza­su. Kie­dy nad­cho­dzi­ła noc­na wach­ta, zni­kąd po­ja­wia­ła się muza, wcią­ga­jąc go w wir emo­cji tak in­ten­syw­nych, że prze­no­sząc się do fik­cyj­ne­go świa­ta, tra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią.

Ko­le­dzy za­uwa­ży­li tę jego kre­atyw­ność i do­kła­da­li sta­rań, żeby po­dej­rzeć, co on ta­kie­go wy­pi­su­je. W jego od­czu­ciu było to rów­nie nik­czem­ne jak pod­słu­chi­wa­nie spo­wie­dzi, strzegł więc no­te­su jak oka w gło­wie. Po­nie­waż ka­bi­ny prak­ty­kan­tów były dwu­na­sto­oso­bo­we, na­strę­cza­ło to wie­le trud­no­ści. Nie roz­sta­wał się z no­te­sem ani na chwi­lę. Wie­dział jed­nak, że nie od­pusz­czą i prę­dzej czy póź­niej wy­my­ślą spo­sób na wy­kra­dze­nie no­ta­tek. Naj­prost­szym roz­wią­za­niem wy­da­wa­ło się upi­cie go, więc się pil­no­wał.

Już na pierw­szej im­pre­zie jego po­dej­rze­nia się po­twier­dzi­ły. Wy­pił zdro­wie so­le­ni­zan­ta, ale na­stęp­nych to­a­stów, do któ­rych go przy­mu­sza­no, sta­now­czo od­mó­wił. Oznaj­mił za­sko­czo­nym ko­le­gom, że zło­żył ślub abs­ty­nen­cji, a każ­dy na­stęp­ny kie­li­szek bę­dzie zła­ma­niem da­ne­go ślu­bu. Za­nim wpa­dli na ko­lej­ny ge­nial­ny po­mysł, rejs się skoń­czył.5. Pierwsze kroki w handlu

Kwie­cień 1969

Ma­rek wy­brał się z ko­le­gą, któ­ry stu­dio­wał o rok wy­żej, do „Pi­no­kia” – stu­denc­kie­go klu­bu Po­li­tech­ni­ki na osie­dlu aka­de­mic­kim. Wpraw­dzie był czwar­tek, nie było tego dnia kon­cer­tu ani in­nej im­pre­zy, jed­nak po­go­da była pod psem, dla­te­go w klu­bie po­ja­wi­ło się wie­lu stu­den­tów. Wkrót­ce wy­pły­wał w rejs sta­żo­wy na stat­ku szkol­nym MS „Na­wi­ga­tor”. Chciał się do­wie­dzieć, jak za­ro­bić na han­dlu.

– Dwie bu­tel­ki wód­ki i kar­ton Marl­bo­ro ku­pisz w Pe­wek­sie za sie­dem do­lców. Tyle mo­żesz le­gal­nie wwieźć do Ere­fe­nu. Pój­dziesz do „Żyda”… Tak wszy­scy mó­wią – tłu­ma­czył ko­le­ga, wi­dząc zdzi­wie­nie Mar­ka. – W Ham­bur­gu jest kil­ka skle­pów bli­sko por­tu, każ­dy ci po­ka­że. Za wód­kę i pa­pie­ro­sy za­pła­cą pięt­na­ście do­lców i sprze­da­dzą to, co idzie aku­rat w Pol­sce. Bierz to, co wszy­scy. Te­raz cho­dzi szam­pon i guma do żu­cia. Ra­dzę za­brać czte­ry flasz­ki i dwie sztan­gi pa­pie­ro­sów. Nie­miec­cy cel­ni­cy nie zro­bią ki­pi­szu na stat­ku szkol­nym. Wie­dzą, że ka­de­ci nie mają for­sy, więc wie­le nie ry­zy­ku­jesz. Wyj­dziesz do mia­sta dwa razy. Na bra­mie cię prze­pusz­czą. Wy­ło­żysz czter­na­ście do­la­rów, przy­wie­ziesz to­war, za któ­ry bę­dziesz miał po­dwój­ną prze­bit­kę, na­wet wię­cej. Jak zgło­sisz do od­pra­wy, sprze­dasz w pań­stwo­wym ko­mi­sie, a jak wy­nie­siesz po ci­chu, od­ku­pi od cie­bie stra­ga­niarz. Za­ro­bisz pięć pa­ty­ków na czy­sto. Na tym po­le­ga biz­nes.

– Ge­nial­ny in­te­res! – ucie­szył się Ma­rek, któ­ry czuł już w kie­sze­ni cię­żar za­ro­bio­nych pie­nię­dzy. Pięć ty­się­cy to były dwie pen­sje urzęd­ni­ka. Ro­bot­ni­cy za­ra­bia­li wię­cej. – A do­da­tek de­wi­zo­wy?15

– Stu­den­ci do­sta­ją za­le­d­wie dzie­sięć cen­tów dzien­nie. – Ko­le­ga skrzy­wił się z nie­sma­kiem. – Uzbie­ra się kil­ka do­lców. Nie bierz do­la­rów, tyl­ko bony. W Bal­to­nie wód­ka jest aż sześć cen­tów tań­sza niż w Pe­wek­sie.

Ma­rek, świa­dom swo­jej atrak­cyj­no­ści, prze­stał się wresz­cie wsty­dzić i uni­kać dziew­czyn. Za­pro­sił na rand­kę miłą i ład­ną stu­dent­kę me­dy­cy­ny – Ka­się. Spoj­rza­ła na nie­go spod przy­mru­żo­nych po­wiek i po chwi­li wa­ha­nia zgo­dzi­ła się. Miał ocho­tę ska­kać z ra­do­ści. Ubra­na w pro­stą, ba­weł­nia­ną su­kien­kę w kwia­ty i pan­to­fle na nie­wiel­kim ob­ca­sie, była atrak­cyj­na w nie­dzi­siej­szym sty­lu. Mia­ła dłu­gie, kasz­ta­no­we wło­sy, wą­skie bio­dra mło­dej dziew­czy­ny i piw­ne oczy, w któ­rych igra­ły dia­bel­skie ogni­ki. De­li­kat­ny jak mgieł­ka za­pach per­fum, na po­licz­kach opa­da­ją­ce nie­sfor­ne ko­smy­ki. Już na pierw­szej rand­ce za­ko­chał się w jej spoj­rze­niu, gło­sie, w po­nęt­nych kształ­tach ry­su­ją­cych się pod su­kien­ką, we wszyst­kim.

Kie­dy po­szła z nim do łóż­ka, czuł się tak szczę­śli­wy, jak­by za­wie­si­ła dla nie­go księ­życ na nie­bie.

Szko­ła Mor­ska mia­ła do­sko­na­łe za­ple­cze spor­to­we. Si­łow­nia była le­piej wy­po­sa­żo­na od osie­dlo­wej i przede wszyst­kim czy­sta. Tre­no­wa­li w niej wy­kła­dow­cy i stu­den­ci, dla któ­rych nie li­czy­ła się im­po­nu­ją­ca mu­sku­la­tu­ra, lecz pre­zen­cja, spraw­ność i zdro­wie. Ćwi­czył za­pa­mię­ta­le, chcąc ode­gnać lęki, ja­kie po­zo­sta­wi­ło po­bi­cie. In­struk­tor opra­co­wał dla nie­go ze­staw ćwi­czeń. Tym ra­zem tre­ning go nie nu­dził. Miał swój cel. Chciał być nie­zwy­cię­żo­ny, jak Bru­ce Lee, któ­re­go fil­my do­tar­ły wła­śnie do Pol­ski, na ra­zie tyl­ko na ka­se­tach. Oglą­da­no je w aka­de­mi­kach z za­par­tym tchem. Może to było dzie­cię­ce ma­rze­nie, ale dłu­gie go­dzi­ny spę­dza­ne w si­łow­ni nie były cza­sem zmar­no­wa­nym. Kie­dy był zu­peł­nie wy­czer­pa­ny, przy­po­mi­nał mu się na­pad. Ból, strach i po­ni­że­nie. Za­ci­skał zęby i ćwi­czył da­lej.

------------------------------------------------------------------------

1.

15 Wy­na­gro­dze­nie ma­ry­na­rza skła­da­ło się ze skrom­nej pen­sji i do­dat­ku de­wi­zo­we­go: od 1 do 4 do­la­rów za dzień w mo­rzu, w za­leż­no­ści od sta­no­wi­ska. Mógł wy­brać do­la­ry albo bony, za któ­re ku­po­wał to­wa­ry w skle­pie dla ma­ry­na­rzy – Bal­to­nie.8. Sylvie

Pierw­sze­go stycz­nia ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­te­go dru­gie­go roku zo­sta­ła otwar­ta gra­ni­ca po­mię­dzy Pol­ską a NRD. Ma­rek za­mie­rzał wy­ko­rzy­stać otwie­ra­ją­ce się przed nim moż­li­wo­ści i za­in­we­sto­wać w han­del z de­mo­lu­da­mi, jak na­zy­wa­no kra­je ko­mu­ni­stycz­ne. Otrzy­mał wkład­kę pasz­por­to­wą do do­wo­du oso­bi­ste­go, któ­ra upraw­nia­ła do wy­jaz­dów do kra­jów ko­mu­ni­stycz­nych prak­tycz­nie bez ogra­ni­czeń. Dys­po­no­wał trze­ma nie­ba­ga­tel­ny­mi atu­ta­mi: sa­mo­cho­dem, wol­nym cza­sem i pie­niędz­mi. Za­po­wia­dał się pra­co­wi­ty i lu­kra­tyw­ny rok.

Gra­ni­ca była na ro­gat­kach Szcze­ci­na, w Lu­bie­szy­nie, albo w po­bli­skim Koł­ba­sko­wie, więc do naj­bliż­sze­go nie­miec­kie­go mia­stecz­ka, Pa­se­wal­ku, z cen­trum Szcze­ci­na miał za­le­d­wie go­dzi­nę jaz­dy. Mógł zdą­żyć przed za­mknię­ciem skle­pów, na­wet kie­dy wy­jeż­dżał po za­ję­ciach. Przy­wo­ził to­wa­ry na za­mó­wie­nie dla wła­ści­cie­li stra­ga­nów na szcze­ciń­skich ryn­kach: To­bru­ku, Tu­rzy­nie i Pla­cu Ki­liń­skie­go. Płasz­cze ze sztucz­ne­go fu­tra, ro­bo­ty ku­chen­ne, po­ściel, ubra­nia dzie­cię­ce, za­baw­ki, buty Sa­la­man­der ku­po­wa­ne za de­wi­zy w In­ter­sho­pie – ich­nim Pe­wek­sie – ro­dzyn­ki i elek­tro­na­rzę­dzia. Hi­ta­mi eks­por­to­wy­mi oka­za­ły się ko­sze wi­kli­no­we, dżin­sy i duże, ko­lo­ro­we grze­bie­nie, obo­wiąz­ko­wo we­tknię­te w tyl­ną kie­szeń mar­mur­ko­wych spodni. Że­la­zny atry­but wiej­skich ele­gan­tów. Całe rol­nic­two w tym kra­ju zo­sta­ło sko­lek­ty­wi­zo­wa­ne, dla­te­go bra­ko­wa­ło świe­żych wa­rzyw i owo­ców, jed­nak trud­no je było prze­wieźć przez gra­ni­cę i nie­zbęd­ny był za­ufa­ny od­bior­ca.

Na jed­nym wy­jeź­dzie za­ra­biał na czy­sto ty­siąc, a na­wet dwa, je­że­li uda­ło się ze­brać wię­cej za­mó­wień. Przy­zwo­ita pen­sja wy­no­si­ła trzy ty­sią­ce, więc han­del opła­cał się bar­dziej niż pra­ca na eta­cie. Cel­ni­cy nie­miec­cy dwo­ili się i tro­ili, żeby chro­nić ry­nek we­wnętrz­ny, jego już jed­nak zna­li i wie­dzie­li, że prze­strze­ga prze­pi­sów. Wy­jąt­kiem była pew­na mło­da cel­nicz­ka, któ­ra, kie­dy na nie­go tra­fia­ła, ro­bi­ła po­wierz­chow­ną re­wi­zję. Pew­ne­go razu pod­ku­si­ło go li­cho i z my­ślą o niej ku­pił nie­co wię­cej to­wa­ru. Traf chciał, że mia­ła dy­żur.

– Co mam z tobą zro­bić? Spo­rzą­dzę pro­to­kół i skon­fi­sku­ję to­war. – Zro­bi­ła su­ro­wą minę, ale za bar­dzo jej nie wy­szła. Wy­kro­cze­nie było bła­he i nie kwa­li­fi­ko­wa­ło się na po­waż­niej­szą karę.

Cze­kał, od­da­jąc jej ini­cja­ty­wę. Niech się dziew­czy­na wy­ka­że. Kon­fi­ska­tą się nie prze­jął.

– Kim ty je­steś? Pra­cu­jesz? Uczysz się? – Jak wie­lu ener­dow­skich cel­ni­ków, nie­źle mó­wi­ła po pol­sku. Jed­nak do Po­la­ków zwra­ca­ła się po nie­miec­ku, uda­jąc, że nie zna ję­zy­ka. Mie­li spe­cjal­ne kur­sy i in­struk­cje, jak się za­cho­wy­wać.

– Stu­diu­ję w Szko­le Mor­skiej. Nie mam sty­pen­dium, więc han­dlem za­ra­biam na utrzy­ma­nie. Żyje mi się do­brze. – Nie za­mie­rzał jej prze­ko­ny­wać, chcąc wzbu­dzić li­tość, że kle­pie bie­dę.

– Skąd masz taki sa­mo­chód? – Po­kle­pa­ła po ma­sce, przy­pa­tru­jąc się z za­in­te­re­so­wa­niem trój­zę­bo­wi.

– Wa­ka­cje spę­dzi­łem w An­glii. Zbie­ra­łem tru­skaw­ki. Za­ro­bi­łem tyle, że wy­star­czy­ło na sa­mo­chód. Zna­ko­mi­ty, nie­miec­ka ja­kość.

– No tak, wy mo­że­cie wy­jeż­dżać na Za­chód – stwier­dzi­ła z ża­lem.

– Do­pie­ro od nie­daw­na. I tyl­ko na za­pro­sze­nie. Trud­niej do­stać wizę an­giel­ską niż pasz­port. Uzna­ją po­twier­dze­nie z Con­cor­dii. To taka or­ga­ni­za­cja, któ­ra or­ga­ni­zu­je wy­jaz­dy do pra­cy se­zo­no­wej.

– Mu­si­my koń­czyć, ta roz­mo­wa trwa za dłu­go. Pro­szę je­chać.

– Dzię­ku­ję. Jak masz na imię?

– Co ci do tego? Je­stem cel­nicz­ką.

– W to nie wąt­pię, dla­te­go two­je imię jest ta­jem­ni­cą pań­stwo­wą.

– Sy­lvie – od­po­wie­dzia­ła po chwi­li wa­ha­nia i uśmiech­nę­ła się. – Zjeż­dżaj, ale już!

– Hmm, Sy­lvie?

– Co jesz­cze? Po­wie­dzia­łam, że­byś je­chał. Bo spi­szę pro­to­kół!

– I już mnie wię­cej nie zo­ba­czysz.

Sy­lvie zro­bi­ła wte­dy coś bar­dzo głu­pie­go. Dys­kret­nie na­pi­sa­ła na kart­ce wy­dar­tej z no­te­su nu­mer te­le­fo­nu. Na szko­le­niach, któ­re prze­cho­dzi­li cel­ni­cy, ostrze­ga­no przed Po­la­ka­mi. Nie wprost, po­nie­waż obo­wią­zy­wa­ła ofi­cjal­na li­nia o in­ter­na­cjo­na­li­stycz­nej przy­jaź­ni. Jed­nak wy­star­cza­ją­co wy­raź­nie, żeby do każ­de­go do­tar­ło: Po­la­cy to po­śród brat­nich kra­jów naj­mniej pew­ny ele­ment. No po pro­stu za­ka­ła na­sze­go obo­zu. Wie­lu jest prze­ciw­ni­ka­mi ustro­ju so­cja­li­stycz­ne­go, to uro­dze­ni anar­chi­ści i bun­tow­ni­cy, za­wsze były z nimi kło­po­ty. Dla­te­go na­le­ży się wy­strze­gać kon­tak­tów pry­wat­nych. Je­że­li zbłą­dzisz i za­wrzesz bli­ską zna­jo­mość z oso­bą płci prze­ciw­nej o re­ak­cyj­nych po­glą­dach, par­tia i służ­ba bez­pie­czeń­stwa są od tego, żeby życz­li­wie ostrzec. Co do Po­la­ków nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści i dla­te­go oby­wa­te­le NRD, a cel­ni­cy w szcze­gól­no­ści, po­win­ni się wy­strze­gać przy­pad­ko­wych zna­jo­mo­ści. Co in­ne­go ofi­cjal­ne im­pre­zy, na któ­rych spo­ty­ka się spraw­dzo­ny ide­owo ak­tyw.

– Mam wol­ne w pią­tek. Za­dzwoń… je­śli masz ocho­tę – po­wie­dzia­ła, nie pa­trząc na nie­go, jak­by się wsty­dzi­ła chwi­li sła­bo­ści.

– Za­dzwo­nię. Na pew­no… Sy­lvie?

– Cze­go jesz­cze chcesz?

– Nie będę nad­uży­wał na­szej zna­jo­mo­ści, o nic nie po­pro­szę. Ro­zu­miesz, praw­da?

– O nic mnie ni­g­dy nie po­pro­sisz? Je­steś tego pew­ny? – Mach­nię­ciem ręki na­ka­za­ła mu od­je­chać.

– O co cho­dzi­ło? – za­py­ta­ła za­cie­ka­wio­na ko­le­żan­ka.

– Miał za dużo to­wa­ru. Nie­wie­le. Nie war­to było spi­sy­wać pro­to­ko­łu.

– My­śla­łam, że za­wsze prze­strze­ga prze­pi­sów.

– Też tak my­śla­łam, dla­te­go mu od­pu­ści­łam. Na pew­no się już nie wy­chy­li – tłu­ma­czy­ła się. Do­my­śli­ła się, że ta nad­wyż­ka to­wa­ru na jej zmia­nie nie była przy­pad­ko­wa.

– Od kie­dy zro­bi­łaś się taka wy­ro­zu­mia­ła? – Ko­le­żan­ka mru­gnę­ła do niej po­ro­zu­mie­waw­czo.

– My­ślisz, że on to zro­bił ce­lo­wo? – szu­ka­ła po­twier­dze­nia swo­ich po­dej­rzeń.

– Nie­któ­rych fa­ce­tów raj­cu­ją do­mi­nu­ją­ce ko­bie­ty. No wiesz, cel­nicz­ki, mi­li­cjant­ki. Taki przy­stoj­ny chło­pak. Na rand­kę ko­niecz­nie weź kaj­dan­ki i przy­kuj go do łóż­ka.

– O tak! Po­pro­szę Jo­he­na ze Stra­ży Gra­nicz­nej, na pew­no mi po­ży­czy.

Uśmie­cha­ły się dys­kret­nie, żeby szef zmia­ny ich nie przy­ła­pał na oka­zy­wa­niu ludz­kich uczuć. Był gor­li­wym człon­kiem par­tii i wy­jąt­ko­wym ku­ta­fo­nem.

W każ­dy piąt­ko­wy wie­czór wy­jeż­dżał do NRD. Sy­lvie miesz­ka­ła w ho­te­lu ro­bot­ni­czym w nie­wiel­kim mia­stecz­ku Löck­nitz, tuż za gra­ni­cą. Za­bie­rał ją spod ho­te­lu, żeby się z ich związ­kiem nie ukry­wać, co by­ło­by głu­po­tą. Sta­si27 i tak o wszyst­kim wie­dzia­ła. Zna­leź­li uro­czy ho­te­lik w Świ­no­uj­ściu, w któ­rym spę­dza­li czas. Głów­nie się ko­cha­li. W prze­rwach cho­dzi­li na spa­ce­ry, do re­stau­ra­cji, na dys­ko­te­kę, a je­że­li po­go­da za­chę­ca­ła – na pla­żę. Sy­lvie oka­za­ła się ko­bie­tą na­mięt­ną, da­wa­ła mu tyle, ile za­pra­gnął, a na­wet wię­cej. Lu­bi­ła się też wy­sza­leć na par­kie­cie. Była dziew­czy­ną nie­skom­pli­ko­wa­ną, nie mia­ła wiel­kich ocze­ki­wań, wszyst­ko, co od nie­go do­sta­wa­ła, pre­zen­ty czy piesz­czo­ty, któ­rych jej nie szczę­dził, spra­wia­ło jej ra­dość. Od­wo­ził ją w po­nie­dzia­łek wcze­snym ran­kiem, po­tem je­chał na za­ję­cia, a cza­sa­mi od­sy­piał week­en­do­we sza­leń­stwa.

Sy­lvie zna­la­zła sta­łe­go od­bior­cę na pol­skie to­wa­ry – ko­bie­tę w śred­nim wie­ku z ta­jem­ni­czym ży­cio­ry­sem. Wo­ził wy­łącz­nie to, co było do­zwo­lo­ne. Świe­że owo­ce, pły­ty po­pu­lar­nych ze­spo­łów, bi­żu­te­rię z bursz­ty­nu, je­den ter­mo­wen­ty­la­tor, dwa kar­to­ny Marl­bo­ro i ny­lo­no­we bluz­ki, ko­niecz­nie z wzor­ka­mi na pier­si. Za za­ro­bio­ne mar­ki ku­po­wał pieprz, sło­dy­cze, pió­ra na na­bo­je, a je­że­li się tra­fi­ło, zło­to od Ro­sja­nek, żon ofi­ce­rów Ar­mii Czer­wo­nej sta­cjo­nu­ją­cych w NRD. Te sym­pa­tycz­ne, szcze­re ko­bie­ty pa­nicz­nie się bały, że o tych trans­ak­cjach do­wie­dzą się mę­żo­wie, któ­rzy je za ta­kie biz­ne­sy pra­li po pu­pach woj­sko­wy­mi pa­ska­mi.

Sy­lvie, jak każ­da ko­bie­ta, lu­bi­ła do­sta­wać pre­zen­ty, któ­re były dla niej po­twier­dze­niem atrak­cyj­no­ści. Z oczy­wi­stych wzglę­dów nie mo­gła przyj­mo­wać rzu­ca­ją­cych się w oczy. Ma­rek ku­po­wał w księ­gar­ni „Pod Ar­ka­da­mi” wy­da­wa­ne w wer­sji an­giel­skiej pięk­ne al­bu­my o sztu­ce, któ­ra była jej pa­sją, a w Pe­wek­sie ko­sme­ty­ki i luk­su­so­wą bie­li­znę. Te ostat­nie pre­zen­ty naj­bar­dziej lu­bi­li, po­nie­waż od razu je przy­mie­rza­ła. Szcze­gól­nie za­pa­mię­tał dzień, w któ­rym za­brał ją do Pe­wek­su i ob­ku­pił w mod­ne ciu­chy. Była szczę­śli­wa jak dziew­czyn­ka, któ­ra do­sta­ła wy­śnio­ną za­baw­kę.

– Mam w du­pie, co o mnie będą ga­da­li, jak za­ło­żę mod­ne dżin­sy – po­wie­dzia­ła, prze­cią­ga­jąc się uro­czo. Dżin­sy le­ża­ły na sto­le, ob­ci­sła, su­per­mod­na skó­rza­na kurt­ka wi­sia­ła na opar­ciu krze­sła.

Szczę­ście nie trwa wiecz­nie. Od­wie­dził ją agent Sta­si. Choć się bar­dzo sta­rał, nie zna­lazł nic, co mógł­by uznać za ła­pów­kę. Przej­rzał kil­ka al­bu­mów, ale na szczę­ście nie spraw­dził sto­pek re­dak­cyj­nych.

– Wi­dzę, że in­te­re­su­je się pani sztu­ką. Mamy wspól­ne za­in­te­re­so­wa­nia.

Dał jej wy­bór. Kon­ty­nu­ować zna­jo­mość, zo­stać TW i do­no­sić albo z nim ze­rwać. Mu­sie­li się roz­stać, a Sy­lvie prze­pła­ka­ła całą noc. Nad ra­nem po­sta­no­wi­ła, że przy pierw­szej oka­zji pry­śnie do Nie­miec Za­chod­nich. Na wia­do­mość, że Sta­si się nim za­in­te­re­so­wa­ła, Ma­rek prze­stał jeź­dzić do NRD.

Jako je­den z nie­licz­nych po­sia­da­czy au­to­mo­bi­lu cie­szył się wzglę­da­mi płci pięk­nej. Dla wie­lu stu­den­tek sama moż­li­wość prze­je­cha­nia się au­tem sta­no­wi­ła nie lada atrak­cję. Kil­ku­dnio­wa prze­jażdż­ka po­łą­czo­na ze zwie­dza­niem Pra­gi albo Bu­da­pesz­tu była już nie­od­par­tą po­ku­są. Mo­gły na ta­kim wy­jeź­dzie za­ro­bić, bo za nic nie pła­ci­ły, a on po­ma­gał w han­dlu. Po­sta­no­wił, że zda się na przy­pa­dek. Jak jest chęt­na, znaj­dzie spo­sób, żeby to za­su­ge­ro­wać. A na­tar­czy­wość z mo­jej stro­ny może do­pro­wa­dzić do kre­pu­ją­cych sy­tu­acji. Raz i dru­gi wy­co­fał się, kie­dy wy­czuł, że dziew­czy­na się przy­mu­sza. Cze­go się spo­dzie­wa­ła, że ją wy­sa­dzę na środ­ku dro­gi? Za jej po­kój, kie­dy bra­ła osob­ny, nie pła­cił. Po­zo­sta­łe wy­dat­ki po­kry­wał, bo tak się uma­wia­li.

Cia­ło ko­bie­ce i ko­bie­cość jako zja­wi­sko go fa­scy­no­wa­ły. Oprócz da­wa­nia i bra­nia roz­ko­szy sta­rał się wy­ko­rzy­stać te oka­zje, żeby zgłę­bić na­tu­rę nie­wie­ścią. Uroz­ma­ico­ne ży­cie sek­su­al­ne spra­wi­ło, że opa­no­wał ars aman­di na wy­so­kim po­zio­mie.

Zda­rza­ło się, że to­wa­rzysz­ki han­dlo­wych eska­pad pró­bo­wa­ły go na­kło­nić do kon­ty­nu­owa­nia zna­jo­mo­ści. Jed­ne py­ta­ły wprost, czy się z nimi spo­tka, inne da­wa­ły do zro­zu­mie­nia, że są nim za­in­te­re­so­wa­ne. Były to prze­cięt­ne dziew­czy­ny. Prze­cięt­nie ład­ne, prze­cięt­nie in­te­li­gent­ne, prze­cięt­nie atrak­cyj­ne. I prze­cięt­nie cno­tli­we. Nie znaj­do­wał w nich ni­cze­go, co by go szcze­gól­nie eks­cy­to­wa­ło. Do­szedł do wnio­sku, że atrak­cyj­nych Po­lek jest nie­wie­le. A je­że­li się taka tra­fi, znaj­du­je naj­lep­sze­go fa­ce­ta, któ­re­go się trzy­ma, pla­nu­je mał­żeń­stwo, a po­tem cią­żę. Choć był w uprzy­wi­le­jo­wa­nej sy­tu­acji, od roz­sta­nia z Ka­sią nie spo­tkał na swo­jej dro­dze ko­bie­ty, w któ­rej by się za­ko­chał.

------------------------------------------------------------------------

1.

27 Sta­ats­si­cher­he­its­dienst – Pań­stwo­wa Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa NRD.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij