-
nowość
Wakacje z szefem - ebook
Wakacje z szefem - ebook
Miłość potrafi być uzależniająca. Ale to, co łączy Rosy i Cartera, jest znacznie bardziej niebezpieczne. Po tym, co wydarzyło się między nimi, nic już nie jest takie samo. Rosy nie ma wyjścia i składa wypowiedzenie, aby ustabilizować to, co tak nieoczekiwanie wymknęło się spod kontroli. Chce odzyskać siebie, spokój i życie, w którym emocje nie rządzą każdym jej krokiem. Problem w tym, że nie da się tak po prostu wymazać kogoś, kto stał się wszystkim. Carter Bellamy przyjmuje jej decyzje i po prostu milczy, ale… nie zapomina. Wycofuje się, bo musi. W jego świecie właśnie zaczyna się walka o coś więcej niż pieniądze – o kontrolę nad jego życiem, niezależność i przyszłość, którą inni próbują mu narzucić. Rodzina, stare układy i niewygodne decyzje, zmuszają go do gry, w której nie ma miejsca na słabości.
A jednak jest coś, czego nie potrafi zostawić za sobą.
Gdy drogi Cartera i Rosy ponownie zaczynają się przecinać, napięcie wraca ze zdwojoną siłą. Uczucia, które miały zniknąć i pozostać niezauważone przez innych, okazują się silniejsze niż kiedykolwiek.
Bo są historie, których nie da się zakończyć jedną decyzją. I pragnienia, które nie wygasają nawet wtedy, gdy wszystko inne się rozpada. „Wakacje z szefem. Carter.” Tom 2 to intensywna i emocjonująca kontynuacja historii, z ”Wakacje z szefem. Rosy. Tom 1 – Top 5 Empiku z swojej kategorii. Każdy ma prawo do miłości, własnych wyborów… i własnego życia.
Książka wydana przez Wydawnictwo Krople Czasu, Hm... zajmuje się dystrybucją.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68883-02-2 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Rosy
_Środa_
Wczoraj po rozmowie z Carterem wszystko ostatecznie się zawaliło.
Tak, wiem, że tak naprawdę spieprzyło się to kilka dni wcześniej, gdy miał po mnie przyjechać i zabrać na galę fundacji. Wtedy jeszcze łudziłam się, że to jakieś nieporozumienie. Że za chwilę wyjaśni, dlaczego tak postąpił. Że spojrzy na mnie tak jak wcześniej i powie, że to tylko zbieg okoliczności, że wszystko wróci na swoje miejsce. Tak się nie stało, a ja wpakowałam się w coś znacznie gorszego, niż mogłam się spodziewać.
Wczoraj zrozumiałam, że to naprawdę koniec. Zostałam sama, z niczym poza tysiącami pytań, bez odpowiedzi. I z poczuciem, że coś, co było dla mnie ważne… dla niego przestało mieć już znaczenie.
Świat nadal poruszał się wokół mnie, chociaż nie zwracałam na to uwagi. Ludzie coś do mnie mówili, telefony dzwoniły, windy zatrzymywały się na właściwych piętrach, a maile wpadały do firmowej skrzynki. Wszystko docierało do mnie jak przez grubą warstwę mgły – przytłumione, pozbawione znaczenia. Zdawałam sobie sprawę, co się teraz stanie, jak będą na mnie patrzeć współpracownicy. Jak szybko pojawią się plotki, domysły, półsłówka. Może nie wszyscy wiedzieli, co mnie łączyło z CEO tej firmy, ale jeśli się domyślali, to prędzej czy później zaczną głośniej zadawać pytania. W korporacjach plotki krążyły szybciej niż oficjalne informacje, więc każda opcja była wielce prawdopodobna. Bo w jednym Carter miał rację. Widywano nas razem i na pewno nie uszło to uwadze ludzi z naszego otoczenia, a teraz już się skończyło.
Dzisiaj rano wstałam, umyłam zęby, zapięłam płaszcz i poszłam do pracy, nadal udając przed mamą, że nic się nie zmieniło. Ale od wczoraj zmieniło się wszystko. Pracowałam, uzupełniałam te cholerne tabelki, z trudem oddychałam i łapałam się na tym, że moje myśli wciąż uciekały w jego stronę, do tej przeklętej chwili, gdy to wszystko się stało.
Ale nie rozpaczałam.
Nie pokazywałam, jak bardzo jestem zdruzgotana.
Po prostu… jakoś funkcjonowałam… Z trudem… bo nie miałam wyjścia.
Dokładnie wiedziałam, co powinnam zrobić, co obiecałam sobie i jemu, ale wczoraj nie potrafiłam skoncentrować się na tyle, aby napisać to przeklęte wypowiedzenie umowy o pracę.
Mijałam ludzi na korytarzach, kiwałam głową, odpowiadałam na zadawane pytania. Frank patrzył na mnie dziwnie, nawet próbował ze mną rozmawiać, jednak szybko odpuszczał, zapewniając mnie spojrzeniem o swoim wsparciu. Celine od rana zajrzała do mnie już dwa razy. Ona najlepiej wiedziała, co wczoraj przeżyłam i jak krucho ze mną było. Co gorsza, dzisiaj też nie było najlepiej.
W porze lunchu przyniosła mi kawę i postawiła ją na biurku, nie mówiąc ani słowa.
– Rozpłaczę się, jeśli zaczniemy o tym rozmawiać – wyjaśniłam jej w końcu cicho, spuszczając szybko wzrok. Oczy mimo to zwilgotniały. – Nie chcę, żeby ktokolwiek widział, jak się rozsypuję.
Najtrudniejsze było jednak powiedzieć siostrze i mamie, że nie wyjeżdżam z Carterem na weekend, że nie przyjdzie do nas na obiad, bo zerwaliśmy. Bo… jak stwierdził, nie zeszłam do niego i znowu wybrałam rodzinę.
*
Późnym popołudniem, gdy wróciłam z pracy, mama już wiedziała, że coś się stało. Jakby przeczuwała, a może domyśliła się szybciej, niż sądziłam. Czekała na mnie w kuchni z dzbankiem aromatycznej herbaty i gdy tylko na nią spojrzałam, od razu się rozpłakałam. Wtedy wszystko jej wyznałam, a ona po prostu mnie przytuliła. Pogłaskała po włosach i powiedziała:
– Zrób, co musisz zrobić, skarbie. Ze wszystkim innym damy sobie radę.
Tego popołudnia długo rozmawiałyśmy. Obu nam było ciężko, ale w życiu są takie chwile, że siedzisz, rozmyślasz, analizujesz i rozkładasz wszystko na czynniki pierwsze, a czas nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że ktoś, kto cię kocha i wspiera, jest z tobą.
Wieczorem po kolacji wyciągnęłam z biurka teczkę z dokumentami i zaczęłam czytać swoją umowę menedżerską. Klauzule, odpowiedzialność, okres wypowiedzenia. Dużo tego było. Potem otworzyłam w komputerze pusty dokument. Musiałam w końcu się skupić i napisać to przeklęte wypowiedzenie.
Długo patrzyłam na ekran. Nie dlatego, że nie wiedziałam, co napisać, bo wiedziałam aż za dobrze, ale dlatego, że każde zdanie było jak krok w stronę decyzji, której nie da się później cofnąć.
W końcu wzięłam głęboki wdech i zaczęłam. Napisałam krótkie, rzeczowe wypowiedzenie pozbawione emocji. Moje dane, trzy akapity formalnego tekstu, data i miejsce na podpis.
Przeczytałam całość dwa razy, poprawiłam jedno zdanie, aby nie brzmiało zbyt rozwlekle i… nic.
Niczego nie poczułam. Ani ulgi, ani strachu. Tylko zmęczenie. Jakby ta decyzja dojrzała we mnie i teraz po prostu została przelana na papier.
Zapisałam plik, wydrukowałam go i wsunęłam do teczki. Wiedziałam, że to dopiero początek. Umowa menedżerska to odpowiedzialność, która się z tym wszystkim wiązała. To nie była praca, z której po prostu się odchodzi. To raczej stanowisko, które się oddaje z hukiem i wstrząsa całą firmą, nawet jeśli robi się to po cichu.
Tej nocy prawie nie spałam. Leżałam w ciemności i wpatrywałam się niewidzącymi oczami w mrok, a obrazy tego, co się wydarzyło, przychodziły i przewijały się w mojej pamięci. Gabinet, jego zimne spojrzenie, zegarek i te słowa wypowiedziane stanowczym, bezdusznym głosem: „Masz trzy minuty”. Za każdym razem moje ciało reagowało napięciem, które nie miało gdzie się rozładować.
*
Następnego dnia poszłam do gabinetu Franka, ociągając się, jak tylko było to możliwe.
Podświadomie próbowałam oddalić od siebie rozmowę, która i tak wydawała się nie do uniknięcia.
Wiedziałam, że to, co się za chwilę stanie, zaboli i mnie, i jego. Zawiodę wszelkie nadzieje, które przez lata we mnie pokładał. Weszłam do jego sekretariatu, a asystentki spojrzały na mnie, ale nie zatrzymały, nigdy tego nie robiły. Zawsze miałam tam swobodny dostęp. Zapukałam w szklane drzwi, które były otwarte.
– Wejdź. – Usłyszałam.
Frank siedział za biurkiem, z okularami zsuniętymi na czubek nosa, pochylony nad dokumentami. Gdy mnie zobaczył, uśmiechnął się odruchowo, ale po sekundzie coś w wyrazie mojej twarzy musiało go zaniepokoić, bo odłożył papiery.
– Rosy? Coś się stało?
Usiadłam naprzeciwko niego i położyłam teczkę tuż przed nim. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy. To był ten rodzaj ciszy, który zapada tylko między ludźmi, którzy doskonale się znają, wiele o sobie wiedzą i dużo razem przeszli.
– Składam wypowiedzenie – wyrzuciłam w końcu z siebie te okropne słowa, spokojniej, niż się spodziewałam.
Frank zmrużył oczy, jakby nie był pewien, czy dobrze mnie zrozumiał.
– Słucham? – zapytał z niedowierzaniem.
Otworzyłam teczkę i podałam mu dokument. Wziął go, przeczytał pierwszy akapit, potem drugi. Nie spieszył się. Znałam ten sposób jego zachowania, gdy czytał wolno, analizował, zapoznawał się z faktami, a nie reagował emocjonalnie.
– To umowa menedżerska – odezwał się w końcu. – Trzymiesięczny okres wypowiedzenia. Klauzule lojalnościowe. Projekty strategiczne, za które odpowiadasz osobiście. Wiesz, że nie mogę tego po prostu przyjąć i kiwnąć głową, że się zgadzam.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ale i tak przyszłam najpierw do ciebie. Ty jesteś moim bezpośrednim przełożonym i chociaż… I chociaż wspomniałam już o tym Carterowi, to i tak zaczynam ten cały proces od ciebie. Nie mogłabym inaczej.
Oparł się na krześle i zdjął okulary.
– Czy to ma związek z… – zawahał się na ułamek sekundy – …ostatnimi wydarzeniami? Z tym, że się spotykacie?
– Już się nie spotykamy – wyjaśniłam i spuściłam wzrok.
– Cholera, Rosy – westchnął.
– Nie martw się, Frank.
– Jak mam się nie martwić? – oburzył się i wstał ze swojego fotela. Podszedł do okna i przez chwilę wpatrywał się w panoramę miasta, jakby liczył piętra sąsiedniego budynku. – Jesteś jednym z filarów tej firmy. Doskonałym analitykiem. Zarząd cię szanuje. Zespół na tobie stoi. Jasna cholera – zaklął i spojrzał na mnie. – Jak mam się nie martwić, skoro to… to moja wina – podkreślił dobitnie. – To ja nieświadomie wcisnąłem cię w jego łapska!
– Przestań, to była moja decyzja, nie twoja – zaprotestowałam.
Pokręcił głową, jakby to wszystko, o czym mówiłam, do niego nie docierało. Widziałam to na jego zatroskanej twarzy.
– Rozmawiałem z nim – powiedział nagle.
– Co to znaczy, że z nim rozmawiałeś?
– Próbowałem odciągnąć go od ciebie – wyznał i zacisnął usta.
– Nie powinieneś – wyszeptałam, przestraszona tym odkryciem.
Nie powinien się mieszać i tak narażać. Poczułam się przytłoczona tą informacją i nie wiedziałam, co zrobić. Jakbym była dzieckiem i właśnie skarcił mnie mój własny ojciec.
Tymczasem Frank mówił dalej:
– Powiedziałem mu wtedy wprost, żeby zostawił cię w spokoju. Że jesteś dobrym pracownikiem i nie możemy sobie pozwolić na stratę ciebie dla jego… zachcianek. Że nie może mieszać życia prywatnego z zawodowym.
Zamilkł na moment, jakby ważył kolejne słowa.
– A on? – zapytałam cicho.
Frank zaśmiał się bez cienia wesołości.
– Rozgościł się w moim gabinecie, usiadł dokładnie tam, gdzie teraz ty siedzisz, i powiedział, że należysz do niego. Że jeżeli będzie musiał, to będzie o ciebie walczył ze mną… i z całym światem. – Pokręcił głową. – Patrzył na mnie tak, jakby faktycznie był gotów na taką walkę.
Serce zabiło mi szybciej.
– Uwierzyłem mu, Rosy – wyszeptał.
Spuściłam wzrok i przez chwilę zaciskałam splecione palce.
– Ja też wierzyłam, że jeśli coś się posypie, to on mnie wesprze. A zobacz, co się stało…
Frank na moment zamknął oczy.
– Myślałem, że mówi poważnie. Że pierwszy raz widzę go tak zdecydowanego i pewnego swoich uczuć. Nie w biznesie, ale w tym, co czuł do ciebie. – Westchnął ciężko. – A teraz? Za chwilę podpisze twoje wypowiedzenie, jakby chodziło o zmianę dostawcy usług.
Coś ścisnęło mnie w gardle.
– Porozmawiam z nim i wytłumaczę… – zaczął znowu.
– To nic nie da, Frank. Podjęłam już decyzję.
– Po prostu… Cholera, jak mogłem pozwolić mu na to szaleństwo? Nie zatrzymałem go – powiedział ciszej, po czym spojrzał na mnie już nie jak dyrektor finansowy, ale jak człowiek, który zna mnie od lat. – Widziałem, jak na ciebie patrzył. Słyszałem, jak zmieniał ton, kiedy wchodziłaś do sali. Myślałem, że to jest coś, co przetrwa.
Zrobiło mi się słabo od tej szczerości i na myśl, że my się z tym kryliśmy, a on i tak zauważył to, co się między nami działo.
– To moja wina, Rosy. Przepraszam.
– To nie jest rozmowa o Carterze i o tobie – odparłam łagodnie, ale stanowczo. Musiałam skończyć z tym rozgrzebywaniem ran, bo dla mnie i dla niego było to zbyt bolesne. Wstałam i podeszłam do Franka. – To jest rozmowa o mnie. O tym, że nie jestem w stanie dalej funkcjonować w tej korporacji na takim poziomie, jak dotychczas.
– Właśnie… To wszystko przez niego!
– Frank, to nasza wina. Moja i Cartera, a nie twoja. Jeżeli chcesz kogoś obwiniać, to mnie – za lekkomyślność, za to, że uwierzyłam w coś, co miało być silniejsze niż wszystko inne na świecie. Ale nie siebie.
Frank patrzył na mnie długo, jakby chciał zapamiętać ten moment.
A ja pierwszy raz od dawna poczułam, że kończy się coś więcej niż tylko praca.
– Wiesz, że formalnie mogę próbować cię zatrzymać – powiedział po chwil. – Zaproponować inne warunki. Urlop regeneracyjny. Przeniesienie projektów. Nawet zmianę struktury raportowania.
– Wiem też, że żadna z tych rzeczy nie zmieni tego, co już się wydarzyło – odpowiedziałam cicho. – I że im dłużej tu zostanę, tym trudniej będzie odejść z twarzą.
Znowu spojrzał w okno.
– A co z zespołem? Z projektami?
– Przekażę wszystko. Przygotuję dokumentację. Jak tylko znajdzie się ktoś na moje stanowisko, wprowadzę go w okresie przejściowym. Nie zostawię was z tym wszystkim.
Uśmiechnął się krzywo.
– W to akurat nie wątpię, ale nie wyobrażam sobie tej firmy bez ciebie. I właśnie dlatego tak cholernie trudno mi zaakceptować twoją decyzję.
– Ona wcale nie była prosta.
Podszedł do biurka i zebrał moje dokumenty.
– Wysłałaś już to wypowiedzenie gdzie trzeba?
– Chciałam porozmawiać najpierw z tobą. Za chwilę wyślę.
– Dobrze – odparł. – Oficjalnie muszę skonsultować to z działem prawnym i HR. Nieoficjalnie… – spojrzał na mnie uważnie – …szanuję twoją decyzję. Nawet jeśli mi się nie podoba.
Poczułam, jak coś we mnie lekko puszcza. To była pierwsza odrobina ulgi, którą poczułam.
– Dziękuję, Frank.
– Masz moje wsparcie. I dam ci referencje. Gdziekolwiek pójdziesz.
Skinęłam głową i wyszłam z jego gabinetu z teczką lżejszą o jeden dokument, ale cięższą o świadomość, że naprawdę przekroczyłam punkt, po którym nie było już powrotu. Teraz musiałam wysłać swoje wypowiedzenie oficjalną drogą służbową i… zrobiłam to z ciężkim sercem.
Dziesięć minut później dostałam wezwanie do działu kadr. Tego właśnie się spodziewałam, mrocznej i długiej drogi pełnej procedur i pytań.
W dziale HR było cicho. Doskonale znałam kobietę, która mnie wezwała. Razem współpracowałyśmy, a co najlepsze, to właśnie Paula przed laty przyjmowała mnie do pracy. Teraz spojrzała na mnie z zaskoczeniem.
– Naprawdę? Jesteś pewna? – zapytała.
Skinęłam tylko głową.
Rozejrzała się dookoła, jakby sprawdzała, czy nikt nie usłyszy i powiedziała:
– Carter Bellamy wspomniał mi niedawno, że coś takiego może się zdarzyć, ale mu nie uwierzyłam. Rosy, co się dzieje?
– Mówił ci o tym? – zapytałam, zupełnie ignorując jej troskę.
Coś we mnie pękło. A więc czekał na to, jakby chciał się mnie pozbyć.
– Tak, poinstruował mnie, że jeśli to zrobisz, mam go natychmiast o tym poinformować. Już to zrobiłam.
– I? – dopytałam, chociaż nie spodziewałam się żadnej pozytywnej wiadomości.
– Powiedział, że masz się z tym do niego zgłosić – wyjaśniła uprzejmie. – Musi osobiście zatwierdzić wypowiedzenie.
Skinęłam głową, jakby to było oczywiste. Podziękowałam jej i wyszłam, słysząc jeszcze, jak woła za mną i życzy mi powodzenia. Uśmiechnęłam się do niej z korytarza, sprawiając wrażenie, że wiem, co robię, aby się o mnie nie martwiła. Tak naprawdę to ja się martwiłam, bo w rzeczywistości jeszcze chwilę temu miałam nadzieję, że nie będę musiała już oglądać Cartera. A teraz okazało się, że muszę. Przecież dwa dni temu uzgodniliśmy, że wypowiedzenie będzie dobrym posunięciem i że je złożę. Nie planowałam żadnych dodatkowych rozmów.
Szłam w stronę jego gabinetu wolniej niż powinnam. W teczce ściskałam pojedynczą kartkę, która nadal ciążyła mi bardziej niż wszystkie umowy, raporty i analizy, jakie kiedykolwiek przygotowałam. To nie był dokument. To była decyzja. Ostateczna. I przerażająca, bo nadal nie miałam pewności, czy robię dobrze. Ale nie miałam wyjścia. Sama wyrwałam się z tą propozycją i sama teraz musiałam ponieść jej konsekwencje. Czy to tchórzostwo, czy jedynie próba ocalenia siebie?
Przez chwilę chciałam zawrócić, schować pismo do torebki i udawać, że nic się nie stało. Że wciąż jestem tą samą Rosy: cichą, kompetentną, opanowaną, robiącą, co do niej należy. Ale wiedziałam, że to niemożliwe. Po tym wszystkim już nic nie było takie samo.
Gdy znalazłam się w sekretariacie Cartera, Celine spojrzała na mnie uważnie. Od razu wiedziała, że to nie jest zwykła wizyta. Profesjonalny uśmiech zastygł na jej ustach, ale oczy miały w sobie coś przyjaznego, niemal współczującego.
– Carter już czeka – powiedziała cicho i otworzyła drzwi gabinetu.
Weszłam.
Stał przy oknie, odwrócony plecami do drzwi wejściowych, w idealnie skrojonym garniturze. To był on, facet, który mnie zdobył, jeszcze tak niedawno kochał się ze mną i tulił w swoich ramionach. Gdy się odwrócił, uderzyło mnie to samo, co zawsze – spokój, siła i ta niebezpieczna pewność siebie, która sprawiała, że ludzie czuli przed nim respekt, a ja… ja zapominałam, po co tu przyszłam.
Wyglądał elegancko i nienagannie. Jakby kontrolował całą przestrzeń. Jego spojrzenie było chłodne, czujne, a jednocześnie skupione wyłącznie na mnie. Przez ułamek sekundy poczułam to znajome ukłucie w żołądku. Zamieszanie, które potęgowało we mnie żal do losu o to, że tak się mną zabawił. I cholernie mnie to bolało, bo kochałam Cartera. Ale właśnie dlatego musiałam odejść. Nie potrafiłabym z nim żyć po tym, jak zobaczyłam jego prawdziwe oblicze, niestałość, bezduszność i to, że nie liczył się z uczuciami drugiej osoby. Myślał, że jestem na sprzedaż i że będzie mnie miał, kiedy tylko chce, za plik banknotów, za jałmużnę…? Nie, nie należałam do tego typu kobiet.
Zamknęłam drzwi i zrobiłam dwa kroki w przód. Niewiele to dało, bo gabinet Cartera był bardzo przestronny. Jak zwykle panował tu porządek, a minimalizm stylu powodował, że poczułam chłód tego pomieszczenia.
Carter oparł się o biurko i patrzył na mnie z obojętnością na twarzy. Tak samo jak wtedy, gdy za nim nie przepadałam i się z nim nie spoufalałam.
– Słucham – rzucił chłodno.
– Dział HR przekierował mnie tutaj w sprawie wypowiedzenia – wyjaśniłam i chciałam podać mu dokument, ale się powstrzymałam. Miał go już przecież w formie elektronicznej.
On jednak ruszył w moją stronę, podszedł, wpatrując się we mnie zielonymi oczami, i wyciągnął do mnie rękę. Podałam mu teczkę z wypowiedzeniem, a on wziął ją, otworzył i zaczął czytać uważniej, niż się spodziewałam. Przez moment wyglądał tak, jakby czytał coś, co znał na pamięć, ale i tak musiał to zobaczyć czarno na białym.
Odłożył wypowiedzenie na biurko.
– Zgodnie z twoją umową obowiązuje cię dziewięćdziesięciodniowy okres wypowiedzenia – powiedział rzeczowo. Bez emocji. – Albo ekwiwalent, jeśli firma zdecyduje się zwolnić cię z obowiązku świadczenia pracy.
Dopiero teraz na mnie spojrzał, jakby był ciekaw mojej odpowiedzi.
– Wiem, znam swoją umowę i ewentualne konsekwencje wypowiedzenia.
– Nie chciałem wyrazić na to zgody – dodał po chwili. – Ale masz rację. W tej sytuacji to dobre rozwiązanie.
Milczałam, bo przecież właśnie tak uzgodniliśmy.
– Trzy miesiące – powtórzył. – Do końca obowiązuje cię pełna ciągłość operacyjna. Przekażesz projekty, zamkniesz wszystkie sprawy i rozliczysz się przed Frankiem.
Brzmiał jak prezes. Nie jak mężczyzna, z którym jeszcze niedawno dzieliłam łóżko.
Skinęłam głową, bo dokładnie tego się spodziewałam. Tego tonu. Tych słów. Tego
dystansu.
– Czy… – zaczęłam, ale urwałam. Nie było sensu pytać, czy mogę odejść wcześniej.
Odpowiedź i tak była zapisana w umowie.
– HR przygotuje harmonogram przekazania – dodał. – Dostaniesz go do końca tygodnia.
– Czyli jeszcze dzisiaj – zagadnęłam.
Carter przez kilka sekund patrzył mi uważnie w oczy, jakby nie wiedział o czym mówię.
– Dzisiaj jest piątek – wyjaśniłam szybko.
Skinął głową.
– Fakt, napiszę do Pauli, aby przełożyła to na poniedziałek – powiedział i ruszył w stronę biurka.
Tyle miał mi do powiedzenia? Na nic więcej nie było go stać? A może to i dobrze, bo gdybyśmy znów zaczęli rozmawiać o naszych sprawach, na pewno bym się rozkleiła. Jego oziębłość bardzo mi odpowiadała.
– To wszystko? – zapytałam cicho.
Spojrzał na mnie i miałam wrażenie, że przez ułamek sekundy coś przemknęło mu przez twarz. Zmęczenie? Niedowierzanie? A może irytacja? Albo coś, czego nie chciałam nazwać?
Zniknęło jednak tak szybko, jak się pojawiło.
– Tak – odparł krótko. – Zwalniam cię również z obowiązku uczestniczenia w poniedziałkowych zebraniach, począwszy od najbliższego. Na ten moment to wszystko. Czasami trzeba odpuścić, zrezygnować z inwestycji dla większego dobra.
Przez chwilę patrzyłam na niego osłupiała. Co to, do cholery, miało znaczyć?! Nie znosiłam tych zebrań, a jednak to wykluczenie stało się dla mnie ciosem. Przestawałam należeć do zespołu i traciłam swoje przywileje. Były pierwszym elementem układanki, co boleśnie uświadomiło mi, że system korporacyjny poradzi sobie beze mnie.
To było dla mnie jak policzek – przypomnienie, gdzie jest moje miejsce i podkreślenie, że dla firmy nie jestem już dobrą inwestycją.
– W takim razie… do widzenia – bąknęłam cicho i opuściłam gabinet Cartera.
Dopiero na korytarzu dotarło do mnie, że w tym, co powiedział, nie wyczułam ani złośliwości, ani kary. Tylko skrupulatne egzekwowanie zapisów kontraktu. Punkt po punkcie, paragraf po paragrafie. Dziewięćdziesiąt dni i wykluczenie z bieżących projektów. Przekazanie spraw na ręce przełożonego i żegnaj, Rosy.
Dał mi trzy miesiące, które nie były jego widzimisię.
Trzy miesiące, które miały być końcem czegoś, co i tak już się skończyło. Agonią, oczekiwaniem na nieuniknione i przedłużaniem tego cierpienia.
To wszystko zapisano w umowie menedżerskiej, którą sama kiedyś podpisałam.
Stałam tak przez chwilę, zanim zmusiłam się, żeby ruszyć dalej. W windzie patrzyłam na swoje odbicie w lustrzanych drzwiach i widziałam kobietę, która wyglądała normalnie. Zbyt normalnie jak na kogoś, komu właśnie rozsypało się życie. Gdy zostałam w niej sama, pozwoliłam sobie na jeden krótki, urywany oddech.
Tylko jeden.
Bo wiedziałam, że teraz nie mogę sobie pozwolić na więcej.
Wróciłam do swojego biura, potem do Franka, aby zdać mu relację z tego, co się wydarzyło, i dopiero teraz uzmysłowiłam sobie, jaki ogrom roboty mnie czeka, zanim stąd odejdę. Na szczęście zaraz po pracy miałam jechać na lotnisko. Leciałam do Nowego Jorku, do Dorothy i Aidena.
*
Po tym ciężkim dniu wzięłam taksówkę, aby trochę szybciej być w domu. Podróż była dla mnie wytchnieniem. Tłumy za oknem, dźwięki miasta i klaksonów czy paplanina kierowcy powodowały, że zaszyłam się w swoim świecie i wyłączyłam umysł, a przynajmniej próbowałam to zrobić.
Zastanawiałam się, jak to jest, że zaczynasz komuś ufać, wierzysz mu i wchodzisz w jego świat, pozwalasz mu się wciągnąć w jego własny i oddajesz się namiętności. Przez chwilę jesteś szczęśliwa, potem zakochana, aż nagle wszystko się wali. Okazuje się, że to była ułuda, a ty zostajesz zdradzona, porzucona i sama, z przysłowiową ręką w nocniku i perspektywą utraty pracy w niedługim czasie. I to wszystko jest tak przygnębiające, bo wydaje ci się bez sensu i nie wiesz, po co w ogóle żyjesz. Żałujesz, że go poznałaś i że tak bardzo zmienił twoją rzeczywistość, że teraz nie wiesz, jak funkcjonowałaś kiedyś bez niego.
Dotarłam do domu i zdziwiłam się, widząc Avę siedzącą z mamą w pokoju dziennym.
Przyszła bez zapowiedzi i od razu zrozumiałam, że już wie.
– Powiedz, że to nieprawda – rzuciła bez przywitania.
Stałam oparta o futrynę, z torbą zawieszoną na ramieniu i drugą z laptopem w dłoni i patrzyłam na nią. Nie musiałam nic mówić. Wystarczyło jedno skinienie głowy.
– O Boże… – jęknęła Ava. – Ty naprawdę złożyłaś wypowiedzenie?
– Tak.
– Przez niego – doprecyzowała, a w jej głosie nie było pytania, tylko oskarżenie.
– Nie tylko – odpowiedziałam cicho.
Parsknęła krótkim, ostrym śmiechem, który zawsze oznaczał wściekłość.
– Nie tylko, jasne. Rosy, on rozwalił ci życie prywatne, a teraz niszczy zawodowe. Wiesz, jak to wygląda z boku? Jakbyś pozwoliła temu cholernemu miliarderowi, by rozpieprzył całą twoją przyszłość. Co on sobie wyobrażał?!
To zabolało, bo była blisko prawdy.
Odłożyłam torby, usiadłam naprzeciwko niej przy stole i pochyliłam się w jej stronę.
Zrobiło się poważnie.
– Dobra. Czekam na konkrety, co się stało – ponagliła mnie Ava.
Jak ja miałam jej o tym opowiedzieć? O tych dziwnych zdarzeniach, zmianach decyzji i niezrozumiałych dla mnie zagraniach Cartera? Sama nie w pełni to wszystko rozumiałam, a miałam jej to wytłumaczyć? Nie byłam w stanie.
– Nie wiem, co się stało – zaczęłam. – Odmieniło mu się z dnia na dzień i nagle nie chciał się ze mną kontaktować i rozmawiać. Unikał mnie, a potem w gazetach pokazały się jego zdjęcia z… z tą Heidi. Spotkaliśmy się. Rozmawialiśmy, ale niewiele mi wytłumaczył, prawie nic, a ja chyba po tym wszystkim już go nie chciałam.
– Nie chciałaś? – zdziwiła się. – Rosy, co ty mówisz? To jakaś bzdura, niedomówienie! – oburzyła się.
Pokręciłam głową.
To nie było tak.
– Cholera, i zostałaś bez pracy? Zwolnił cię.
– Nie, to mój pomysł, bo… Ava, ja… nie byłabym w stanie z nim pracować. Patrzeć na niego i rozmawiać, jakby nigdy nic nas nie łączyło.
– I zostałaś na lodzie – stwierdziła smutno.
– Jak wrócę z Nowego Jorku, to poszukam pracy. Mam na to trzy miesiące.
– Z Nowego Jorku? – Zmarszczyła brwi.
– Muszę tam lecieć i porozmawiać z tymi ludźmi. Oszaleję, jeśli tu zostanę. Chicago jest za małe, aby o nim nie myśleć.
– I sądzisz, że jadąc tam, rozwiążesz swoje problemy?
– Nie liczę na to. Po prostu muszę… Muszę stąd uciec, choćby na chwilę, aby wyrzucić go z głowy – wyjaśniałam, jednak doskonale wiedziałam, że z Dorothy i Aidenem będę rozmawiała właśnie o Carterze.
– A jak twoje płatności? Ile jeszcze zostało?
Przełknęłam ślinę.
– Hipoteka? Dwadzieścia dwa lata. Do tego pożyczka na leczenie mamy. I karta.
– Kurwa – syknęła. – I ty w tym momencie rzucasz pracę?
– To była jedyna decyzja, jaką mogłam podjąć.
– Rosy, może za bardzo uniosłaś się honorem, może powinnaś to jeszcze odkręcić – zaproponowała z pasją, jakby chciała mnie naładować energią i nastawić pozytywnie do tego pomysłu.
– Nie… – szepnęłam.
– Rachunki same się nie zapłacą. Bank nie będzie czekał. Oni nie interesują się twoimi uczuciami do Cartera.
Zacisnęłam dłonie.
– Myślisz, że ja tego nie wiem?
Zapadła cisza. Ciężka i nieprzyjemna.
– Znajdę inną pracę. Mam czas.
– A jeśli ci się nie uda?
– Uda się – odparłam z przekonaniem. – Podobno jestem specjalistą w tym, co robię, i jestem w tym niezła. Tak przynajmniej uważają w mojej firmie.
– Ale pozwalają ci odejść – skwitowała.
Spuściłam wzrok.
– Carter na to pozwala – sprecyzowałam. – Tu okoliczności są inne.
Ava westchnęła, a jej ton nagle się zmienił. Już nie był ostry. Był… łagodniejszy.
– Rosy… ja się boję – powiedziała ciszej. – O ciebie. O mamę. O to, że zawsze bierzesz wszystko na siebie, a potem zostajesz sama z konsekwencjami.
– Nie jestem sama.
– Jesteś. – Spojrzała mi prosto w oczy. – Zawsze byłaś. I właśnie dlatego mnie to wkurza. Bo on miał wszystko: pieniądze, pozycję, zaplecze. A ty co? Ty masz kredyty i odpowiedzialność. I on to wiedział. Znał twoją sytuację i wiedział o tym, co przeżyłaś, a jednak pozwolił, abyś została z tym sama.
Poczułam, jak coś we mnie pęka.
– Myślałam… że skoro mnie kocha, to już na zawsze – wyszeptałam.
Ava przysunęła się do mnie i mocno mnie objęła. Tak, jak robiła to tylko ona. Bez delikatności, bez pytania, czy chcę. Po prostu mnie przytuliła.
– To egoistyczny dupek – powiedziała twardo. – Jak każdy facet, który nigdy nie musiał martwić się o jutro. Ale my sobie poradzimy – dodała po chwili. – Nawet jeśli będzie ciężko. Nawet jeśli trzeba będzie kombinować. Ale jedno ci obiecuję, Rosy… – Odsunęła się i spojrzała mi w oczy. – Nie pozwolę, żeby ten facet zniszczył ci życie i jeszcze wyszedł z tego bez szwanku.
Uśmiechnęłam się. Ava była najbardziej słowną osobą, jaką znałam. Carter na pewno miałby przerąbane, gdyby stanął jej na drodze. Dobrze, że tak się nie stanie, bo nasze światy już się rozdzieliły. On stał wśród bogatych elit Chicago, a ja wróciłam na stare śmieci.
To wszystko było dziwne i tak potwornie beznadziejne, że poruszyła się gdzieś we mnie ta czuła, cały czas skrywana nuta żalu i uczucia eksplodowały we mnie z wielką siłą. Zostawiłam Avę, aby nie widziała moich łez, i pobiegłam do mojego pokoju. Wyłam, a po mojej twarzy płynęły słone strużki, gdy pakowałam do walizki przygotowane wcześniej rzeczy. Wiedziałam, że muszę to wypłakać i wyrzucić z siebie ten żal, aby nie oszaleć.