Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wampir z Krakowa. Historia seryjnego mordercy, Karola Kota - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
3974 pkt
punktów Virtualo

Wampir z Krakowa. Historia seryjnego mordercy, Karola Kota - ebook

Karol Kot nie okradał ani nie gwałcił. Mordował jedynie dla przyjemności i poczucia władzy. Od dziecka przejawiał dziwne skłonności, lecz nikt nie spodziewał się, że w sympatycznym, kulturalnym chłopcu tkwi najmroczniejszy instynkt. Instynkt bestii.

W Krakowie szybko niesie się wieść o wampirze polującym na kobiety. Miasto paraliżuje strach. Śledczy robią wszystko, by ująć sprawcę ataków, ale ten ciągle jest szybszy. Obiera kolejne cele, delektuje się krwią i bólem.

Dlaczego chłopiec wychowywany w normalnej, inteligenckiej rodzinie stał się potworem? Czy niektórzy rodzą się bezgranicznie źli?

Prawda jest bardziej przerażająca od najbardziej makabrycznej fikcji.

Max Czornyj – autor m.in. bestsellerowej „Śmierciologii” czy serii o komisarzu Eryku Deryle – po raz kolejny wnika w umysł seryjnego mordercy, by zrozumieć motywy jego postępowania i uzyskać odpowiedź na pytanie o naturę zła.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-484-2
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Kto dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny…

Kto? Nie wiem… Ktoś odszedł i jestem samotny…

Ktoś umarł… Kto? Próżno w pamięci swej grzebię…

Ktoś drogi… wszak byłem na jakimś pogrzebie…

Tak… Szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.

Ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,

Gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno…

Zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną…

Gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą…

Spaliły się dzieci… Jak ludzie w krąg płaczą…

Leopold Staff, _Deszcz jesienny_ (fragment)1.

Nóż prowadzi się gładko. Bez żadnego oporu rozcina skórę oraz tkankę. Długo pracowałem nad tym, by był ostry jak skalpel. Narzędzia pracy wymagają zachowania odpowiedniej dyscypliny. I dozy cierpliwości.

Rozcięte powłoki brzuszne rozchodzą się, ale zdaję sobie sprawę, że cięcie muszę poprowadzić znacznie głębiej. Dzięki temu zyskam dostęp do wnętrzności. Do tego, co dla mnie najcenniejsze.

Odkładam nóż i podwijam rękawy koszuli. Są już na nich krople krwi, ale to nic. To nawet dobrze. Będą mi przypominały o tym, co robię, za każdym razem, gdy włożę to ubranie. Niech nazywają mnie bestią albo rzeźnikiem, wampirem lub rozpruwaczem, podoba mi się to. Podoba mi się, że całe miasto o mnie mówi. I że się mnie boi. O tak, szczególnie podoba mi się ich strach. Tak długo nikt mi nie dowierzał, a teraz… Zdziwią się. Tak bardzo się zdziwią!

Wkładam dłonie do rozprutej jamy brzusznej kobiety. Spoglądam na jej bladą, wykrzywioną grymasem twarz. Już nie ma rysów. Jest anonimowa i nijaka. Nikt nie nazwałby jej piękną albo brzydką. Po prostu jest martwa. Tak jak martwe są świnie wiszące na hakach w rzeźni. I tak, jak te świnie, ta kobieta mogłaby się do czegoś przydać. Dlaczego tak bezsensownie marnujemy ludzkie mięso? Czy nie warto byłoby je obrabiać i sprzedawać? Mógłbym prowadzić taki sklep rzeźnicki. Z przytulną, sympatyczną ubojnią na zapleczu.

Trzewia jeszcze są ciepłe. Z przyjemnością zanurzam dłonie w żółtawej tkance tłuszczowej, której bryłki przesuwają mi się między palcami. Dotykam sprężystej, elastycznej otrzewnej i delektuję się jej miękkością. Wciągam mdły zapach krwi. Rozkoszuję się nim. Upajam się, jak ci cholerni alkoholicy zasypiający nad stolikami barów i upajający się wódką lub tanim piwem. Marni, zdegenerowani ludzie, powinni wziąć się do roboty.

Z lubieżną przyjemnością jeszcze mocniej zanurzam się we wnętrznościach trupa. W ciągnących się w nieskończoność, przypominających miękką kiełbasę jelitach wyczuwam treść pokarmową. Mógłbym ją wycisnąć niczym pastę z tubki. Wystarczyłoby, żebym mocniej zacisnął palce…

Wyrwałbym ich kawałek i zawiesił sobie na szyi. Jako ozdobę, a zarazem zdobycz. Czy robili tak wojownicy jakiejkolwiek kultury i jakichkolwiek czasów? Jestem wojownikiem, a świat mi podlega. Tworzę go takim, jakim chcę. Nie jestem jednym z tych bezmyślnych szczurów, które tkwią w zwartej masie i podążają tak, jak im każe najgłupszy instynkt – instynkt przetrwania. To żałosne.

Mrugam i oblizuję usta. Wizja powoli się rozwiewa. W dłoni trzymam atlas anatomiczny, w którym pozaznaczałem mnóstwo ciekawych informacji. Zaciskam na nim palce, tak jak przed chwilą robiłem to na jelitach. Przede mną stoi mój szkolny kolega. Jeden z tych szczurów, o których myślałem. Kończę swoją opowieść i się uśmiecham.

– Często o tym myślę… – stwierdzam, nie kryjąc podekscytowania. – Moglibyśmy wszyscy założyć spółdzielnię z takimi wyrobami. Co ty na to?

– Jasne, oczywiście – odpowiada chłopak. – Zostaniesz kierownikiem i uratujesz świat od głodu. Jesteś geniuszem.

Wzdycha i spogląda na mnie z niedowierzaniem. Wszyscy mi nie dowierzają. Myślą, że to tylko fantazje… Dobra moja. Tym bardziej kiedyś uda mi się ich zaskoczyć.

Ale wizja sklepu mięsnego z kawałkami ciał tych nędznych ludzi potwornie mnie kusi. Potwornie… To dobre słowo. „Karol Kot, masarnia. Najlepsze ludzkie podroby w mieście”. Uśmiecham się jeszcze szerzej.

To nie wizja. To plan. Przyznaj, że pobudził twój apetyt.2.

– Jesteś psychiatrą? Jakże miło cię widzieć. Jasne, opowiem ci wszystko ze szczegółami. Zostało mi niewiele czasu, ale ta historia zostanie z tobą na pewno na całe życie. Postaram się być precyzyjny i zanadto nie odbiegać od tematu. Wiem, co cię interesuje. Mój umysł… Dobrze byłoby przebadać po śmierci mój mózg. To najważniejszy ze wszystkich podrobów. Nie śmiejesz się? Przepraszam, postaram się być także całkowicie poważny. Po prostu lubię żarty i mam dobre poczucie humoru. Wybacz… Zatem siadaj, zrelaksuj się i pozwól mi mówić. Przygotuj sobie przekąski, bo możesz zgłodnieć.

Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać. Ale zacznijmy od początku… Dyscyplina i porządek to podstawa.

Przy Beera Meiselsa 2 w Krakowie mieści się niezbyt okazała kamienica ulokowana dokładnie na rogu z ulicą Augustiańską. Z jej okien widać mury klasztorne oo. augustianów eremitów przy Kościele Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej. Swego czasu w części klasztornej znajdowała się bursa studencka, a w trakcie drugiej wojny światowej hitlerowcy większość duchownych wywieźli do obozów koncentracyjnych. Pod koniec lat czterdziestych, a może już na początku pięćdziesiątych, zakon augustianów eremitów został zlikwidowany. Stało się to nie ze względu na działalność komunistów, lecz decyzją kardynała Adama Sapiehy. Ponoć duchowni byli nadto posłuszni nowej władzy… Nic dziwnego, skoro przystali do ruchu „księży patriotów”, a ci ślubowali wierność partii. Mniejsza o to. Co kogo interesują problemy klechów?

Kiedy jest się dzieckiem, dociera do nas mało podobnych bolączek. Świat znajduje się jakby za zasłoną, trudno o jakiekolwiek bodźce i interakcje. Pozostaje się odciętym niemal od wszystkiego.

Pamiętam tamten czas bardzo dobrze. Pierwsze wspomnienia sięgają okresu, gdy mam dwa, może trzy lata. Ojciec wiele pracuje, ale za to mama wtedy zawsze jest w domu. To łagodna, delikatna kobieta o ciemnoblond lokach i bystrym spojrzeniu. Ma dla mnie mnóstwo czasu. Jestem jej jedynym dzieckiem, oczkiem w głowie i radością życia. Często tak o mnie mówi.

A ojciec… Ojciec, Leopold, to człowiek wyrwany z poprzedniej epoki. Wiecie, czasy monarchii austro-węgierskiej, cesarza Franciszka Józefa, czaru Galicji… Choć nie może pamiętać tamtego świata, wiele o nim mówi. I jest przekonany, że wtedy było lepiej. Lepiej niż wczoraj, za Hitlera, i lepiej niż dziś – za komunistów. A Polska międzywojenna? Z nią jest jak z klechami, teraz nikogo nie interesuje. Była i przepadła. Przynajmniej u nas, w Krakowie.

Obserwuję, jak mama kroi mięso na drewnianej desce. Robi to przy pomocy wielkiego noża, niemal tasaka. Jej ręce są bardzo sprawne. Poruszają się niezwykle szybko, tak że co chwilę obawiam się, iż zrobi sobie krzywdę. Że jej krew zmiesza się z krwią odkrawanych plastrów. Przebiega mnie dreszcz. A jednak przecież nic się nie dzieje.

Może nigdy nic nie może się stać? Może to tylko czcze ostrzeżenia?

„Nigdy nie dotykaj noża”. „Nie otwieraj tej szuflady”. „Ostre przedmioty mogą cię bardzo mocno skaleczyć”. Słowa powtarzane setki razy, które tak naprawdę nie mają żadnej treści. Jako dziecko nie myślałem o tym w ten sposób, lecz wiem. Po prostu wiem, że umysły faszeruje się pustą papką, która nie ma sensu. A na pewno nie taki, jaki nadają mu dorośli.

Sięgam po kawałek odkrawanego mięsa. Dokładnie w momencie, gdy mama prowadzi ostrze po białych ścięgnach.

– Lolek! – Wypuszcza nóż i zamiera w bezruchu. – Boże! Nie zraniłam cię?

Mało brakowało, a odcięłaby mi palec, ale nie, nie zrobiła mi nic złego. A jednak jest blada i ciężko oddycha.

– Nigdy tak nie rób! – karci mnie. – Nigdy nie wkładaj rączek na blat, gdy kroję mięso.

Chciałem tylko poczuć jego konsystencję. Chciałem tylko… Zobaczyć jej strach.

– Dobrze, mamo – odpowiadam. – Przepraszam.

Czuję jednak ogromną satysfakcję i z trudem powstrzymuję uśmiech. Ale ją nastraszyłem!Kwiecień 1955 r.

3.

Krzyk. Dziki wrzask. Niezrozumiałe słowa, dźwięki i chaos dobiegający zza drzwi. Rozgrywające się tam wydarzenia, których nie rozumiem. Ludzie przychodzący i wychodzący z domu. Obcy.

Panie doktorze, to, panie doktorze, tamto. Tata biega jak szalony, jakaś kobieta nosi miski i gazy. W pewnym momencie ojciec zatrzymuje się i spogląda mi prosto w oczy.

– Życie człowieka kręci się w dwóch miejscach – szepcze z dziwnym błyskiem w oku. – Przy stole, gdzie spotykamy się, jemy i rozmawiamy, oraz w łóżku, gdzie kochamy się, rodzimy i umieramy. Nie potrzeba nic więcej. Nic więcej!

A ja w tym momencie chcę zaprotestować. Czy nie potrzeba nam szafek, blatów kuchennych ani biurek bibliotek szczelnie powypychanych książkami? Czy nie potrzeba karciaka ani wieszaka na płaszcze? Można się pozbyć wszystkiego, ale po co? Dlaczego żyć tak nędznie? Zresztą o co tak naprawdę chodzi ojcu?

Tak, wiem. Nie jestem idiotą. Mama rodzi. Od wielu miesięcy mówiono mi, że dołączy do mnie brat lub siostra. Że już nigdy nie będę sam. A przecież wcale nie byłem sam. Miałem rodziców. A oni mieli mnie. Dlaczego mielibyśmy cokolwiek zmieniać?

I nagle zatroskana mina doktora w jakiś sposób mnie cieszy. Sprawia mi przyjemność myśl, że może jednak jeszcze nie wszystko stracone. Że dopóki dziecko nie przyszło na świat, chyba nic nie wiadomo.

– Walka trwa… Tak, to walka.

Nie wiem, kto wypowiada te słowa, ale mocno zapadają mi w pamięć. Wrzynają się w mózg i dopominają o uwagę. Mają jakieś niezwykłe znaczenie. Życie to walka. Śmierć również jest walką – tak samo jak narodziny. Wszystko zamyka się w jednym kręgu wiecznych wydarzeń.

– Walka – powtarzam sam do siebie.

Teraz wszyscy są na tyle zajęci, że mogę niezauważony pójść do kuchni. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Z sypialni rodziców dobiega przerażający krzyk. Z łazienki wybiega kobieta w białym fartuchu z metalową miską w dłoni. Woda rozchlapuje się na podłogę. Odwracam się do szafki i wyciągam z niej szufladę. Sztućce przyjemnie brzękają.

Widelce, łyżki, noże… Nie. Nie interesują mnie noże obiadowe. Wyciągam dłoń, by sięgnąć po wielki, ostry nóż, którym mama kroi mięso. Jest piękny. Ciepło drewnianego trzonka, jego chropawość kontrastują z zimną gładkością stali. Muskam ją opuszką palca i mimowolnie się uśmiecham.

Z tyłu ponownie dobiega krzyk. Teraz dołączają do niego inne głosy. W korytarzu oraz przedpokoju panuje zamieszanie. To dobrze, nadal mogę się delektować tym, co robię. Przeciągam nożem po wnętrzu dłoni, uważając, by się nie skaleczyć. Wiem, jak to zrobić, nikt nie musi mi niczego powtarzać. Chciałbym pokroić jakiś kawałek mięsa. Poprowadzić ostrze tak sprawnie, jak mama.

Mama… Znów słyszę jej krzyk. Niech krzyczy jak najgłośniej, odciągając ode mnie uwagę. A ja będę tu robił, co tylko zapragnę. Teraz nie przeszkadza mi myśl, że na świat może przyjść dziecko. Może, ale nie musi. Każde życie to śmierć.Lato 1957 r.
Pcim pod Myślenicami

4.

Nie doszło do żadnej tragedii. Czasem zastanawiam się, czy jej nie chciałem. Czy wolałbym, aby mama umarła, byle Basia nie przyszła na świat? Nie, raczej nie. Nie jestem tak bezwzględny. Kocham matkę, choć śmierć innych często wiele ułatwia. Ludzie zawsze się zabijali. Bracia mordowali braci, ojcowie pozbywali się nowo narodzonych córek, byle mieć dziedziców synów, dzieci pozbywały się rodziców, by szybciej dostać spadek. Tak to się kręci. Nie ma w tym niczego niezwykłego ani bulwersującego.

Basia jest z rodzicami w naszym wiejskim domu. Niech się sobą cieszą, niech korzystają ze wspólnych chwil. Przynajmniej ja mam więcej swobody i nikt nie zwraca na mnie tyle uwagi, co wcześniej. A przecież mam już prawie jedenaście lat. Świadectwo miałem na tyle dobre, że ojciec kupił mi scyzoryk. Zawsze o nim marzyłem. Teraz czuję jego ciężar w kieszeni i jestem szczęśliwy.

Mógłbym wyciąć otwór w drzewie lub rozpruć brzuch jednej z tych diabelnych kur. Mógłbym je patroszyć. Zapewne nie udałoby mi się zabić tym scyzorykiem krowy. Zdaje się, że mają dość grubą skórę, a do tego nie mam chyba dość siły. A może? Może lepiej spróbować ze świnią? Odkąd dowiedziałem się, że przyjedziemy tu na wakacje, snułem przeróżne fantazje. Tfu. To złe słowo. To wizje. Bo przecież nie chcę ich sobie jedynie wyobrażać, lecz sprawić, że staną się rzeczywistością.

Wiem, że na skraju wsi znajduje się rzeźnia. Nieduży lokalny zakład, w którym obrabia się tusze przywożone z okolicy. Kiedyś wytłumaczył mi to ojciec. To nic skomplikowanego, przecież mięso skądś musi pochodzić. Ktoś musi się nim zajmować, zanim trafi na deskę przed matką.

A gdyby tak… Nagła myśl przechodzi mi przez głowę. Nie wiem, czy powinienem się jej uchwycić. Nie chcę podpaść rodzicom, choć przecież, czy gdybym tam poszedł, zrobiłbym coś złego? Nie. Nie sądzę.

Mam prawie jedenaście lat. To dobry wiek, by zaczęto mnie traktować jak dorosłego. I myślę, że dając mi scyzoryk, tata pokazał, że właśnie za takiego mnie ma. Że nie jestem już dla niego głupim dzieckiem, które może sobie zrobić krzywdę. O nie. Potrafię sam o siebie zadbać.

– Co tu robisz, mały?

Wysoki, postawny mężczyzna spogląda na mnie spode łba. Nawet nie wiem, kiedy wszedłem do tego jasnego, dużego pomieszczenia, w którym czuć dziwny, mdły zapach. Zapach skondensowanej krwi. Hektolitrów krwi. Na podłodze widać czerwone ślady, a fartuch mężczyzny cały upstrzony jest krwią. Wyciera w niego ręce i marszczy czoło.

– Chciałem zobaczyć… – odzywam się łamiącym się głosem. Nie mogę tak się zachowywać. Muszę mieć jaja i zrobić to pewnie. Zbieram siły, po czym wyrzucam jednym tchem: – Chciałem zobaczyć, jak panowie rozbieracie tusze. Pomyślałem, że mogłoby mi się to przydać.

– Przydać? A do czego?

– Do pracy w szkole. Wakacyjny temat…

Kłamstwo bez problemu przechodzi mi przez gardło. Wydaje się jednak, że mężczyzna nie jest przekonany.

– Proszę… – szepczę. – Mogę też w czymś panom pomóc.

– Słyszycie?! – Rzeźnik rechocze i odwraca się do drugiego pomieszczenia, do którego drzwi są jedynie uchylone. Nie widzę, co jest w środku, choć wiem, że to właśnie tam pragnę dotrzeć. Tam dzieje się… TO. – Jest tu jakiś knypek, który chce nam pomóc.

Mężczyzna zanosi się ze śmiechu, a ja wiem, że jego humor to moja karta przetargowa. Wykorzystam go.5.

Robię z siebie pajaca. Szalonego i niespełna rozumu. Pracujący w rzeźni mężczyźni zanoszą się śmiechem. Zdaję sobie sprawę, że muszę się im przypodobać, aby móc tutaj wrócić. Nie ma niczego równie wspaniałego. Tylko o tym marzyłem. To moje miejsce i dreszcz radości wstrząsa całym moim ciałem, gdy rozglądam się wokół.

Świńskie i krowie tusze leżące na długich, stalowych ladach. Zawieszone na hakach truchła, niektóre oskórowane, inne jeszcze nie. Wiadra z wnętrznościami posegregowanymi według jakiegoś nieznanego mi klucza. Jelita, które wypływają z największego z nich. Jakieś otłuszczone organy rzucone do długiej miski obok. Balia pełna krwi, którą zlewa się z mis podstawionych pod stoły. To prawdziwa przetwórnia. Maszyna służąca ludzkości.

– A to, a to? – dopytuję, podskakując jak ułomny i wskazując palcem na sprzęt przypominający kubeł z kilkoma młotkami.

– Nazywa się młockarnią – odpowiada jeden z mężczyzn. – Przynajmniej tak tutaj na to mówimy. Pomaga w oddzieleniu mięsa od kości. Można tu wrzucić na przykład żebra.

– Będę mógł to zobaczyć?

– Ależ mały…

Rzeźnicy wymieniają ukradkowe spojrzenia. Widzę je, ale udaję, że niczego nie rozumiem. Nadal się do nich przymilam. Uśmiecham się, robię miny i przeskakuję od sprzętu do sprzętu. Drzwi do kolejnego pomieszczenia są zamknięte, a i tak doskonale słychać przerażone parskania oraz chrumkania. Zapewne znajduje się tam obora, w której przetrzymuje się zwierzęta przywiezione przez okolicznych rolników. Zanim zostaną zabite, czekają na swoją kolej. Potulne i zrezygnowane. Jednak całkowicie świadome tego, co je niebawem czeka. Kiedyś, gdy szliśmy nieopodal, rozmawiałem o tym z ojcem. Tata twierdził, że nie widział nic smutniejszego niż stare konie przywożone pod budynek rzeźni, gdy słyszały rżenie dobiegające ze środka. Ponoć natychmiast ich oczy zachodziły mgłą, chrapy zapadały się, a na skórze pojawiały się krople potu.

„Wiedziały. One od razu wiedziały, co je czeka”.

Kiedy po powrocie rozmawialiśmy o tym z matką, nieco się obruszyła. Oznajmiła, że tylko ojciec, ktoś z miasta i niemający żadnych problemów, mógł tak bardzo martwić się o te konie. Przecież ludzie musieli coś jeść. A potem mama zniżyła głos, aż wreszcie zmieniła temat. Bo nie było to przecież coś, o czym powinna słuchać Basia. A ja z tego wyniosłem jedynie taką nauczkę, że jestem starszy, mądrzejszy i mogę z rodzicami rozmawiać na takie tematy, na jakie tylko zapragnę. I że z koni nie robi się jedzenia dla ludzi, tylko dla kotów.

„Tak, Basia, nie powinna tego słuchać” – powiedziałem, a potem zatkałem jej uszy. Rodzice wymienili spojrzenia tak, jak zrobili to teraz rzeźnicy.

– Jeszcze ciepła? – pytam, wskazując na wiadro z ciemnoczerwoną, niemal czarną krwią.

– Spróbuj – parska najstarszy, rosły mężczyzna. Jest mniej więcej w wieku mojego taty, ma szeroką twarz, ciemne oczy i krótką, nierówno ostrzyżoną brodę.

– Nie, no co ty, Janek! – rzuca drugi, znacznie młodszy rzeźnik. Ten, którego spotkałem jako pierwszego. – Przecież on…

Nie pozwalam mu dokończyć. Sięgam po metalowy kubek stojący na brzegu jednego ze stołów i podchodzę do wiadra. Bez wahania nabieram całe naczynie krwi tak, że jej krople spływają mi między palcami i skapują na ziemię. Trudno. Nie zwracam uwagi na to, że brudzą mi mankiety. Upijam spory łyk, po czym głośno go przełykam. Wiem, że zęby mam oklejone drobnymi skrzepami. Mdły smak wypełnia mi usta, ale sprawia, że nagle dostaję jakiejś dodatkowej energii. To… Prawdziwa uczta. O tak!

Uśmiecham się, po czym odwracam do mężczyzn.

– Letnia… – oznajmiam. – Mogłaby być cieplejsza.

Starszy rzeźnik z niedowierzaniem kręci głową, po czym się krzywi.

– Jesteś szalony, mały.

– Jestem – odpowiadam hardo. – Ale czy w zamian za to będę mógł tutaj przychodzić?

– A przychodź, przychodź. Będziesz nam robił swój mały cyrk.

Sprawa załatwiona. Tak się dobija interesów.6.

Od czasu wizyty w rzeźni mam jedno marzenie. Osobiście zabić jakieś zwierzę. Ogłuszyć je, a potem wypatroszyć. Tylko to i aż to. Tymczasem rzeźnicy nie chcą mi pozwolić dotknąć ani tasaka, ani specjalnego obucha. Nie mam prawa wejść do obory, choć czasem pozwalają mi patrzeć, jak zabijają świnie. W tym nie ma nic złego. Złe jest pozwolić chłopcu takiemu jak ja zabić.

Jesteś zbyt młody.

Jesteś z miasta.

Twoi rodzice nie byliby zadowoleni.

To tylko wymówki. A ja przecież wiem, że czasem miejscowi chłopcy zachodzą do rzeźni i przed nimi nic nie jest ukrywane. Jakbym był kimś innym. Gorszym. Jakbym ich zdaniem powinien być izolowany. „Biedny, delikatny Krakusek”. Szkoda, że nie mówią w ten sposób. Nie mogę znieść ich kpiących spojrzeń.

– To nic takiego – powiedziałem. – Jestem po prostu bardzo ciekawy.

– Wiesz, dokąd prowadzi ciekawość?

– Do piekła? Piekło nie istnieje.

– Ej, mały, takie gadanie mi się nie podoba.

I nagle okazuje się, że podważenie istnienia piekła to coś znacznie gorszego od picia krwi. Bo przecież nieraz mam ochotę krzyczeć do nich: „Panowie, ja piję tę cholerną krew, a wy nie chcecie pozwolić mi jej upuścić!”. Nie zrozumieliby. Mają całkiem inne pojęcie o rzeczywistości i może coś faktycznie jest w tym, że oni są stąd, a ja jestem z miasta. Tyle że śmierć wszędzie jest taka sama. Niech ich szlag.

Irytacja we mnie nieustannie narasta. Jest niczym tajemnicza energia buzująca tuż pod powierzchnią skóry i przyprawiająca serce o szybsze bicie. Jest niczym drżenie mięśni, ścięgien i organów, które są bliskie eksplozji.

O zachodzie wymknąłem się z domu. Kroczę ciemną szosą na tyłach wsi, zgodnie z opracowanym starannie planem. Rozpisałem go na kilku kartkach, które potem spaliłem. Patrzenie na to, jak ogień zamienia je w popiół, dodatkowo mnie nakręciło. I upewniło, że podjąłem właściwą decyzję.

Muszę zabić. Pierwszy raz z determinacją i całkowitym rozmysłem. Bez wątpliwości.

Obracam w dłoni scyzoryk podarowany przez ojca. Wyciągnąłem już ostrze, aby nie szukać po ciemku nacięcia. Jestem gotów. Nadszedł najwyższy czas.

Zerkam na cyferblat wojskowego zegarka. Fluorescencyjne wskazówki oraz cyfry pozwalają mi odczytać godzinę. Dochodzi dwudziesta pierwsza. Cała wieś śpi. A ja znam doskonałe miejsce, by zacząć swą zabawę. By spełnić drobne marzenie, które wszyscy mi odbierają…

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij