Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wampir z Woźnickich Dołów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
3893 pkt
punktów Virtualo

Wampir z Woźnickich Dołów - ebook

W miejscu utkanym z kłamstw samo zbliżenie się do prawdy może okazać się zbrodnią.

„Wampir z Woźnickich Dołów”, nowy kryminał Konrada Chęcińskiego, autora Zła w Cmentarnej Górze i Uzdrowiska– to wciągająca detektywistyczna łamigłówka, która łączy klimat klasycznego kryminału z mrokiem polskiej prowincji. Jej akcja rozgrywa się w Woźnickich Dołach – miejscowości, gdzie każdy zna każdego, lecz nikt nie mówi całej prawdy.

W Woźnickich Dołach pozory ważą więcej niż fakty. W Zaduszki, w cichej bibliotece, zostaje odnalezione ciało miejscowej bibliotekarki. Ślady? Jedynie chaos, który bardziej przypomina gorączkowe przeszukiwanie niż włamanie. Pośród porozrzucanych książek policjanci natrafiają na stare zdjęcie trójki dzieci z 1939 roku — wskazówkę prowadzącą wprost do historii, o której nikt w miasteczku nie chce mówić głośno.

Inspektor Nikifor Poradecki, jak zawsze spokojny i metodyczny, podąża tropem zakurzonych archiwów, zapomnianych rodzinnych powiązań i sekretów starego dworu, niegdyś zamienionego w sierociniec. Listopadowy czas po Wszystkich Świętych, motyw „zbrodni wśród książek” i atmosfera rodem z klasycznego kryminału tworzą opowieść gęstą od niedopowiedzeń i napięcia.

A prawda o Woźnickich Dołach okazuje się znacznie bardziej niebezpieczna niż ktokolwiek przypuszcza. Kolejne tropy splatają teraźniejszość z cieniem minionych lat — historią, która nie zamierza już pozostać w ukryciu.

„Wampir z Woźnickich Dołów” to kryminał, który odsłania mrok prowincji warstwa po warstwie, prowadząc przez labirynt kłamstw i milczenia — pokazując, że najmniejsze społeczności potrafią skrywać najgłębsze tajemnice.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-605-4
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Okna biblioteki wychodziły na cmentarz.

Mieszkańcy Woźnickich Dołów wiedzieli o tym doskonale, lecz gdy w oczekiwaniu, aż Halinka przyniesie zamówioną książkę, spoglądali ku splątanej kępie starych drzew za szybą, wielu nie pamiętało, co się w ich ponurym cieniu kryje.

Dzieci przychodzące tu z początkiem roku szkolnego bardziej niż widokiem zza okna zaaferowane były nowym miejscem, unoszącym się wokół zapachem wieloletniego kurzu, mnogością książek zebranych w dwóch niewielkich pokoikach i nerwowym napominaniem wychowawczyni, aby nie rozmawiać i niczego nie dotykać. Dorośli natomiast w gęstwinie drzew i krzewów widzieli co najwyżej zaniedbany teren, który należało wyrównać, uporządkować i wykorzystać tak, aby służył wszystkim. Czyli zrobić tam boisko albo chociaż plac zabaw.

I dopiero gdy wraz z nadejściem października opadające liście poczynały odsłaniać znajome kształty niszczejących mogił, ścieląc pod konarami sękatych wiązów brunatny dywan, ludzie przypominali sobie, że tam rzeczywiście jest cmentarz.

Tych grobów nie było wiele. Zaledwie kilka pochylonych krzyży i jeden kaleki anioł z utrąconym skrzydłem, patrzący w niebo poprzez gęstwę obrośniętych bluszczem gałęzi. I jeszcze schowana w głębi bryła dawnej kaplicy – ponury budynek z brunatnej cegły, bez okien, kryty popękaną, omszałą dachówką.

Przez większą część roku nikt tu nie przychodził. Po zimie i wiosennych roztopach w niecce przed wejściem zbierała się woda i tworzyła coś na kształt płytkiego bajorka, a latem ścieżka za murem biblioteki zarastała chwastami, odcinając cmentarz od drogi. W pierwszych dniach września pojawiały się tu dzieci z podstawówki, by uprzątnąć teren pod czujnym okiem pani dyrektor Nowackiej. Robiły przy tym zawsze sporo zamieszania, dzięki czemu był to jedyny dzień w roku, kiedy na chwilę wracało tu życie.

Tyle że Halinka tego właśnie dnia nienawidziła najbardziej. Zamykała okna w bibliotece i wchodziła między regały, aby odgrodzić świadomość od dzikich wrzasków dochodzących zza ściany. Dzieci zawsze działały jej na nerwy – ta ich ruchliwość nie do ogarnięcia, te dzikie wrzaski i piski przywodziły na myśl stadko wypuszczonych na wolność zwierzątek, nad którymi nikt nie jest w stanie zapanować.

Dlatego też nigdy nie uległa namowom pani dyrektor, aby bibliotekę przenieść do budynku szkoły. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić sytuacji, w której dzień w dzień przez dziesięć miesięcy w roku musiałaby znosić ten dziecięcy harmider zza drzwi. A poza tym za nic w świecie nie chciałaby opuszczać swej ciasnej samotni, gdzie mało kto zaglądał i gdzie jej jedynymi towarzyszami były książki, zakurzone roczniki gazet sprzed kilku dekad i im podobne – a więc to wszystko, co zdołała tu zgromadzić w ciągu niemal trzydziestu lat pracy. Nie przyjmowała do wiadomości, że kiedyś będzie musiała się stąd wyprowadzić.

Już chyba wolałaby umrzeć.

I jeszcze ten widok zza okna! Cmentarz, z którego w ciszy wieczoru dochodziło basowe pohukiwanie sowy, a ponad korony drzew wzbijało się co jakiś czas stado wron wypełniających powietrze złowieszczym krakaniem i szumem tysiąca skrzydeł. To tu, zgodnie z miejscową legendą, spoczywały szczątki powstańca styczniowego, potomka rodziny Tarnowskich, założycieli i wieloletnich właścicieli Woźnickich Dołów.

Najbardziej lubiła cmentarz późną jesienią, gdy nagie gałęzie drzew nie zasłaniały grobów. Miała taki jeden szczególny dzień, kiedy czekała, aż zapadnie wieczór, gasiła światło w bibliotece i przez kilka długich minut spoglądała ku ukrytym w mroku mogiłom, pogrążona w melancholijnej zadumie, z głową wspartą na dłoni i czołem na chłodnej szybie. Potem wkładała swój stary wełniany płaszcz, owijała się długim szalem i tak otulona opuszczała budynek, starannie zamykając za sobą drzwi. Bacząc, czy nikt nie patrzy, wychodziła na ścieżkę i drobnymi kroczkami szła ku cmentarnej bramie z długą, czerwoną kościelną świecą w dłoni, odebraną wcześniej na plebanii od księdza Sebastiana. Nigdy mu nie powiedziała, po co jej ta świeca. Nie musiał wiedzieć, nigdy zresztą nie pytał. I dobrze, bo gdyby tak zrobił, nie miałaby wyjścia. Musiałaby skłamać.

Chodziła tam więc każdego roku, niezmiennie, nawet nie próbowała liczyć, od jak dawna. Ile to już czasu minęło od tamtej okropnej nocy! Ile kolejnych zim i jesiennych wieczorów. Nie myślała o tym. Stawała pochylona przed bramą, trzykrotnie powtarzała: „Wieczny odpoczynek…” i nie patrząc przed siebie, ostrożnie otwierała furtkę. Zazwyczaj padało lub wiał przenikliwie zimny wiatr, często musiała odpalać świecę kilkukrotnie, nim zapłonęła na dobre. Osłaniała ją wtedy dłonią, przytulona do chłodnej ściany starej cmentarnej kaplicy.

Zmarli pojawiali się rzadko. Raz czy dwa razy mignął jej zaledwie niewyraźny cień, jakby zarys postaci w wojskowym mundurze i z bandażem na skroniach – przy krzyżu, o którym mówiono, że jest mogiłą powstańca. Kiedy indziej usłyszała coś, co przypominało ciche kwilenie dziecka, dochodzące zza zamkniętych wrót kaplicy. A raz, jeden jedyny, zobaczyła, jak pod aniołem przysiadła jej matka, ubrana w jasną letnią sukienkę niczym młoda dziewczyna, którą Halinka pamiętała z czarno-białych zdjęć trzymanych w starym albumie w komodzie na strychu. Matka siedziała nieruchomo i patrzyła na nią smutnymi, krwistoczerwonymi oczami.

Nadejście zmarłych przeraziło Halinę tylko za pierwszym razem. Zmroził ją wtedy lodowaty dreszcz, który przeszedł po całym ciele. Ale później przywykła. Jak do snów. I zawsze kiedy szła w stronę cmentarnego parkanu, zastanawiała się, czy przyjdą kiedyś jeszcze. Być może właśnie dlatego wracała tam każdego roku. Czekała, aż płomyk nabierze mocy, stawiała świecę zawsze w tym samym miejscu i przez jakiś czas czuwała przy niej, pilnując, by nagły podmuch wiatru nie ugasił płomienia. Potem odwracała się, przemykała między mogiłami, zamykała furtkę cmentarną i spokojnie, krok za krokiem wracała do swojej bibliotecznej samotni.

Tak miało być i tym razem.

Księżyc, do tej pory jasno oświetlający okoliczne pola, wpłynął nagle za zasłonę chmur. Spojrzała na niego dokładnie w chwili, gdy otoczony barwną aureolą, zdawał się sunąć majestatycznie po wieczornym niebie. Było zimno, kałuże po obu stronach ścieżki ściął przedwieczorny mróz i choć wiatr ustał, czuła, jak chłodne powietrze przenika przez kolejne warstwy ubrania aż do gołej skóry. Zawiązała mocniej długi, wełniany szal i przycisnęła do piersi świecę. Otworzyła ostrożnie furtkę, po czym weszła w obręb cienia rzucanego przez stuletnie wiązy. Nad głową zahuczała sowa, coś zaszurało w ciemności, a jej ciałem wstrząsnął nagły dreszcz. Nie była pewna, co go wywołało: chłód wieczoru czy niepokój duszy. Otrząsnęła się szybko i rozpoczęła nerwowe: „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie…”, idąc w kierunku mogił.

Na chwilę przystanęła u stóp spoglądającego ku górze kalekiego anioła. Opowiadano, że grób ten krył ciała trojga dzieci, które zginęły w pożarze dworu tuż po wojnie, ale o tym Halinka nie lubiła rozmawiać, a kiedy ją pytano, szybko zmieniała temat. Napisy, starte przez wiatr i jesienne słoty, nic już nie mówiły, bezskrzydła rzeźba też milczała bezużyteczna – tylko patrzeć, jak runie któregoś wieczoru w miękką poduchę liści, dając pretekst tym, którzy od dawna chcieli to miejsce zrównać z ziemią. „Wszystko umiera”, przemknęło jej przez myśl, nawet te kamienie kiedyś ktoś pozbawi życia. I zostanie jedynie to, co pod spodem. Niewidoczne dla oka. „Niech odpoczywają w pokoju wiecznym”...

Nie dokończyła. Ostatnie słowo zawisło na wargach, niewypowiedziane, gdy spojrzała w stronę cmentarnej kaplicy. Lodowaty dreszcz po raz drugi przebiegł po całym jej ciele. Rozejrzała się wokół, nie rozumiejąc. I naraz jakby wszystko zastygło w bezruchu. Nie dobiegał jej żaden dźwięk, nie drgała żadna gałązka, zamilkła sowa, nawet okoliczne psy przestały szczekać, a ona wpatrywała się bezmyślnie w to, co widziała przed sobą. I nie mogła w to uwierzyć.

Drzwi do kaplicy były uchylone.

Kurczowo zaciskając zmarzniętą dłoń na przyciskanej do piersi świecy, zrobiła trzy kroki naprzód. Z ciemnego otworu powiało grozą. Wyczuła obecność, niemal fizyczne zaburzenie przestrzeni płynące z wnętrza kaplicy, a jej ciało zaczęło dygotać. Zdawała sobie sprawę, że powinna teraz zostawić wszystko, rzucić świecę, pobiec do biblioteki, zaryglować drzwi i nie wychodzić stamtąd do rana. Ale coś nie pozwalało jej tego zrobić. Patrzyła jak zahipnotyzowana w ciemną szparę drzwi w poczuciu, że już wie, co za chwilę zobaczy. Już to kiedyś widziała, w jednym ze swoich snów. Ten sam obraz skąpany w bladej poświacie księżyca, ażur gałęzi nad głową, ciszę wieczoru i przyzywający ją ciemny otwór. Niczym wejście do głębokiego tunelu.

Zrobiła kolejny krok i przepełniona trwogą weszła na omszałe betonowe schody.1

Poniedziałek przywitał inspektora Poradeckiego kolejnym tej jesieni atakiem porannego chłodu. Rześkość powietrza, kiedy opuszczał przedwojenny budynek komisariatu, zmrożone szyby samochodu, a nade wszystko brak czegokolwiek, co pozwoliłoby mu usunąć z nich szron, przywołały myśl, która tylko ugruntowała jego i tak już dość podły nastrój. Pomimo solennej obietnicy złożonej samemu sobie poprzedniej zimy, gdy pewnego dnia omal nie skończył na drzewie, cudem zatrzymawszy rozpędzony samochód tuż przed ścianą lasu, również i w tym roku zwlekał z czymś tak oczywistym jak wymiana opon.

Odpalił silnik i ustawił ogrzewanie na ful. Ciaśniej owinął się szalem i czekając, aż szyby odmarzną na tyle, by dało się je oczyścić starą kartą do bankomatu, przeklinał w myślach fakt, że nie wyciszył wieczorem telefonu, przez co zerwał się dziś na pierwszy dźwięk policyjnej syreny, którą w przypływie dobrego humoru ustawił kiedyś na dzwonek. Automatycznie sięgnął po leżącą na podłodze komórkę i niewiele myśląc, rzucił do głośnika zwyczajowe „Czego?!”, zanim zdał sobie sprawę, że osoba po drugiej stronie niekoniecznie musi rozumieć i akceptować jego starokawalerskie poczucie humoru. Na szczęście tą osobą okazał się podkomisarz Sobotka, już na nogach i w pełnej gotowości.

– Obudziłem? – spytał, wyraźnie zadowolony ze swojego dowcipu, po czym rzucił szybko: – Dobra, żartowałem.

– Co jest? – warknął Poradecki, nerwowo próbując złapać kontakt z rzeczywistością. Miał wrażenie, że jeszcze przed chwilą znajdował się w zupełnie innej przestrzeni, zawieszony gdzieś między bytami. W starej chałupie, z rodzicami i młodszym rodzeństwem, jako kilkunastoletni chłopak. Nienawidził snów, które bez jego woli przenosiły go do krainy dzieciństwa. Niestety ostatnio przychodziły coraz częściej.

– Dzwonili z terenu – ciągnął tymczasem Sobotka. – Miejscowość nazywa się… Czekaj, gdzieś tu zapisałem… Cholera jasna… mam. Woźnickie Doły. Jezu, kto wymyśla te nazwy?

– Co się stało? – Inspektor natychmiast przełączył Sobotkę w tryb oficjalny.

– Trup w bibliotece szkolnej – oznajmił tamten beznamiętnie. – Kobieta, pięćdziesiąt dwa lata. Chłopaki twierdzą, że nie wygląda to dobrze.

– Morderstwo?

– Tak mówią.

Poradecki zaklął i natychmiast otrząsnął się z resztek snu. Morderstwo w szkole, no pięknie. Nawet jeśli placówka w Woźnickich Dołach to podstawówka dla dwudziestu tamtejszych dzieciaków i czterech nauczycieli, to za chwilę będą mieli na głowie całą wieś, wójta, miejscowych radnych, lokalne media i Bóg wie kogo jeszcze. Spojrzał na wyświetlacz komórki. Siódma piętnaście.

– Kto zgłosił? – zapytał, gramoląc się z łóżka.

– Niejaka Nowacka. Janina. Zdaje się, że dyrektorka. Strasznie spanikowana.

– Wyobrażam sobie… – westchnął Poradecki, otwierając drzwi do łazienki.

Teraz stał przy odpalonym samochodzie i czekając, aż szron na przedniej szybie zacznie topnieć, zastanawiał się, co zastanie na miejscu. Sobotka już tam pewnie dojechał, a wraz z nim policjanci z gminnego komisariatu, ale przecież i część dzieci na pewno przyszła do szkoły, te młodsze przyprowadzone przez rodziców lub dziadków. Nie było sposobu, aby przed nimi ukryć, że wydarzyło się coś niedobrego. Za chwilę cała wieś będzie huczeć od plotek.

Nie wyglądało to dobrze.

A jednak gdy odnalazł wreszcie budynek podstawówki w Woźnickich Dołach, ukryty pośród drzew starego parku, przy jednej z bocznych dróg, ze zdumieniem stwierdził, że szkoła pracuje, jakby nic się nie wydarzyło. W bramie przepuścił dzieciaka ciągniętego za rękę przez zaaferowaną kobietę w grubym płaszczu i futrzanej czapce, być może babcię chłopaka, dla którego przyjście tu dzisiaj było zapewne ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, co Poradecki wnosił ze spuszczonej głowy i ślamazarnego tempa, w jakim zmierzał ku wysokim schodom u wejścia. Kobieta niemal wlokła go za sobą, tłumacząc coś, czego zamknięty w samochodzie inspektor nie był w stanie usłyszeć, a co z łatwością potrafił sobie wyobrazić.

Budynek szkoły najwyraźniej miał swoje lata – tynk odpadał od ścian dużymi płatami, farba łuszczyła się na drewnianych framugach okien i drzwi, ale nawet to nie burzyło pierwszego wrażenia, które musiał odczuć każdy, kto widział to miejsce po raz pierwszy. Dwie masywne kolumny u wejścia sprawiały, że obiekt przypominał bardziej dziewiętnastowieczny dworek niż gmach mieszczący instytucję publiczną. Tym bardziej że otaczały go z trzech stron wysokie drzewa dawnego parku, tworzące wzdłuż drogi dojazdowej długą lipową aleję. Wiosną było tu na pewno prześlicznie, szczególnie w świetle wschodzącego lub zachodzącego słońca, ale o tej porze roku natłok nagich, bezlistnych drzew i wszechobecny półmrok nadawały okolicy raczej ponury charakter. „Idealne otoczenie na miejsce zbrodni”, pomyślał.

Poza wchodzącymi na schody babcią z wnuczkiem na parkingu przed szkołą nie było nikogo. Ani gromadki gapiów, której się spodziewał, ani policyjnego samochodu, ani nawet ogromnej terenówki podkomisarza Sobotki. Zaniepokojony, że pomylił nazwę miejscowości, podjechał pod same schody akurat w chwili, gdy przez frontowe drzwi wyszła niebrzydka kobieta w średnim wieku, okryta narzuconą na ramiona pikowaną kamizelką, w dopasowanych dżinsach i długich kozakach na obcasie. Nie podeszła do samochodu. Czekała, aż Poradecki opuści pojazd i wejdzie na schody, tam odpowiedziała na powitanie nieznacznym ruchem głowy i nie mówiąc ani słowa, zmierzyła go pytającym spojrzeniem. Inspektor wyjął z kieszeni policyjną legitymację i podsunął kobiecie pod nos.

– Nikifor Poradecki, komenda powiatowa – przedstawił się, co sprawiło, że lekko pobladła i drżącym głosem spytała:

– Mój Boże, stało się coś?

Poradecki, już na sto procent przekonany, że popełnił jakiś głupi błąd, schował szybko dokument i tonem wyjaśnienia burknął:

– Wezwano nas do szkoły w Woźnickich Dołach, ale widzę, że coś pomyliłem. Nie było tu kolegów z gminnego komisariatu?

– A co by tu mieli robić? – zdziwiła się.

Poradecki zignorował pytanie.

– Czy mógłbym porozmawiać z panią dyrektor… Nowacką, tak? Chyba dobrze zapamiętałem nazwisko?

Kobieta znów przytaknęła zdawkowo. Najwyraźniej była jednak coraz bardziej zaniepokojona.

– Pani dyrektor nie ma jeszcze w pracy – odpowiedziała i natychmiast zastanowiła się, co to mogło oznaczać. – Boże, czy to o nią chodzi? – Bezwiednie zbliżyła dłoń do ust, jak gdyby chciała to pytanie wepchnąć sobie z powrotem do gardła.

Poradecki i tym razem nie odpowiedział.

– Czy jest w szkole biblioteka? – spytał zamiast tego.

– Słucham?

– Czy macie tu szkolną bibliotekę? – powtórzył, przesadnie oddzielając od siebie wszystkie wyrazy.

– Słyszę, co pan mówi – odparła lekko poirytowanym tonem. – Nie rozumiem tylko, dlaczego…

– Czy może pani po prostu odpowiedzieć na pytanie? – warknął, a twarz kobiety oblała się czerwienią.

– Kulturą to pan nie grzeszy – rzuciła, spoglądając gdzieś obok niego.

– A pani intelektem – odpalił, zanim zdążył ugryźć się w język.

Zaniemówiła. A on natychmiast pojął, że przeholował.

– Przepraszam – bąknął niechętnie. – Wygląda na to, że trafiłem nie tam, gdzie powinienem. Tracę czas.

– Nie mamy biblioteki w szkole – odpowiedziała z pozoru spokojnie, choć głos jej lekko drżał. – To znaczy formalnie mamy, ale mieści się ona w innym budynku. Nie, nie tutaj – dorzuciła, widząc, że Poradecki ogląda się za siebie. – To raczej niespotykane, wiem, ale nasza bibliotekarka jest trochę… – zawahała się – …no, inna trochę jest i dlatego… – Nie bardzo wiedziała, jak skończyć, zarzuciła więc pierwotną myśl i wskazała w kierunku, z którego Poradecki przyjechał. – Dojedzie pan do głównej drogi, przetnie ją i przy kapliczce skręci w prawo. Potem jeszcze trzysta, czterysta metrów po kocich łbach i będzie biblioteka. Taki stary parterowy budynek, najbrzydszy ze wszystkich. Na pewno pan pozna po czerwonej tabliczce. A co się… – Nie dokończyła, widząc, że Poradecki już schodzi po schodach. – Nie ma za co – burknęła za nim i stała tak jeszcze jakiś czas, patrząc za odjeżdżającym samochodem.

Rzeczywiście wystarczyło skręcić w prawo za kapliczką, by wszystko stało się jasne. Nawet gdyby kobieta nie opisała budynku, w którym mieściła się szkolna biblioteka, inspektor nie mógłby go z niczym pomylić, bo już z daleka widział, że dzieje się tam coś niezwykłego. Cztery samochody, w tym karetka, wóz policyjny i tak dobrze mu znany terenowy potwór podkomisarza Sobotki, stały wzdłuż wąskiej, brukowanej drogi i niemal całkowicie ją blokowały, co nie miało większego znaczenia, bo wokół samochodów i tak zebrała się już spora grupa gapiów, stłoczonych bezładnie za policyjną taśmą. Tuż za nią Poradecki dostrzegł kilka osób w mundurach oraz stojącą z boku bardzo szczupłą kobietę w kożuszku, która – jak się domyślał – musiała być Janiną Nowacką, dyrektorką szkoły podstawowej w Woźnickich Dołach.

Podjechał i zaparkował powoli za jedynym samochodem, którego nie rozpoznał – zapewne własnością pani dyrektor. Zanim wysiadł, zerknął jeszcze szybko w lusterko i z dezaprobatą pokręcił głową. Do czego się doprowadził przez tych kilka lat… Wprawdzie ostatnie miesiące rozmaitych diet i abstynencji pomogły mu wyjść z najgorszego, ale trudny czas po śmierci Morawca i rozstaniu z Martą, naznaczony nieokreślonym uczuciem do Doroty, skomplikowanej kobiety po przejściach, wyrył na jego wychudłej twarzy całą historię pełną szalonych wzlotów i dramatycznych upadków, mających kulminację w ostatecznym ultimatum usłyszanym pół roku temu od szefa wszystkich szefów. Brzmiało ono bardzo prostolinijnie i jednoznacznie: „Albo się za siebie weźmiesz, albo wypierdalasz”. Chcąc nie chcąc, zmuszony był wybrać to pierwsze.

Wysiadł z samochodu w rześki, słoneczny poranek. Ciemne chmury ustąpiły miejsca głębokiemu błękitowi nieba, wiatr ustał i tylko resztki śniegu na masce samochodu oraz zamarznięte oczka kałuż między kamieniami kocich łbów przypominały o porannym przymrozku. Poradecki skinął głową opartemu o radiowóz aspirantowi, który na jego widok wyprężył się nienaturalnie, a następnie podszedł do kobiety w kożuszku. Spojrzała na niego półprzymkniętymi oczami. Ślady łez i rozmazanego tuszu do rzęs wyraźnie znaczyły się na policzkach, ale wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że tę osobę trudno wyprowadzić z równowagi. Choć smutna, minę miała zaciętą i z całą pewnością zdążyła już przeanalizować najróżniejsze komplikacje, jakie ją czekają w związku z zaistniałą sytuacją.

Inspektor machnął jej przed oczami policyjną odznaką i wyciągnął rękę, którą po chwili wahania delikatnie uścisnęła.

– Domyślam się, że to pani dzwoniła do nas dziś rano – zaczął, a kiedy potwierdziła ledwie widocznym skinieniem, dodał: – Chciałbym zamienić dwa słowa po tym, jak… – Wskazał głową wejście do budynku biblioteki. – Zaczeka pani jeszcze kilka minut?

Dyrektor Nowacka nieznacznie wzruszyła ramionami.

– Nie widział pan tego – stwierdziła. Głos miała stanowczy, nawykły do wydawania poleceń. Nawet gdyby miał zgadywać, czym ta kobieta się zajmuje, dyrektorka szkoły byłaby jedną z jego pierwszych odpowiedzi. – Na to nie wystarczy kilka minut. I za godzinę pan stamtąd nie wyjdzie. A ja muszę jechać do pracy. Wolałabym sama powiedzieć dziewczynom, co tu zaszło. Jeżeli pan chce, możemy porozmawiać w szkole, kiedy już skończycie z tym tutaj.

Poradecki zauważył, że oboje starannie unikają słów takich jak „morderstwo”, „miejsce zbrodni” czy „ofiara”.

– Zresztą ja nie mam pojęcia, co tu się stało. Znalazłam ją, nic więcej.

– Co panią skłoniło, żeby przyjść do biblioteki akurat dziś rano? – Nikifor postarał się, aby jego pytanie zabrzmiało jak najłagodniej.

– Nie zadzwoniła – odparła krótko Nowacka.

– Słucham?

– Co w tym niezrozumiałego? Halinka była moją podwładną, pracowała wprawdzie tutaj, ale formalnie pełniła funkcję szkolnej bibliotekarki. Codziennie dzwoniła, żeby oznajmić, że już jest w pracy, ewentualnie że do pracy nie przyjdzie, chociaż to ostatnie praktycznie jej się nie zdarzało. Nie chorowała, nie brała urlopów, w zasadzie siedziała tu przez cały czas. Dlatego przyszłam, kiedy nie zadzwoniła po siódmej jak zwykle.

– Drzwi do budynku były otwarte?

Przytaknęła. Ale po chwili sprecyzowała:

– Właściwie nie tyle otwarte, ile niedomknięte. Ten zamek już dawno powinien zostać wymieniony, ale na razie mamy problem z naszym konserwatorem i nie bardzo jest komu to zrobić.

– Jakiego rodzaju problem? – zainteresował się Poradecki.

– A jak pan myśli? – Gorzki uśmiech mignął przez krótką chwilę na twarzy Nowackiej. – Eufemistycznie nazwałabym to okresowymi zaburzeniami świadomości. I może na tym poprzestańmy.

– Czy dotykała pani klamki, wchodząc do środka?

Pytanie wyraźnie ją zaskoczyło. I skonsternowało. Zapewne nie lubiła pytań, co do których nie była pewna odpowiedzi.

– Nie pamiętam – przyznała. – Być może je tylko pchnęłam. Chyba i tak się dowiecie, prawda? Odciski palców i w ogóle…

– Wolałbym wiedzieć już teraz.

Przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, po czym starannie dobierając słowa, stwierdziła:

– Na osiemdziesiąt procent jestem przekonana, że nie dotykałam klamki. Ale też nie myślałam o tym wtedy. W każdym razie na pewno nie dotykałam jej, kiedy wychodziłam. I niczego w środku. – Mówiąc to, zawahała się lekko i jakby pobladła, choć Poradecki mógł oczywiście ulec złudzeniu. – Spojrzałam tylko i… i wybiegłam na zewnątrz.

– Nie podeszła pani do ofiary, nie sprawdziła, czy żyje? – spytał Poradecki, nieco zdziwiony.

Popatrzyła na niego lodowatym wzrokiem i warknęła przez zaciśnięte zęby:

– Nie widział pan tego.

Poradecki drgnął, instynktownie spojrzał ku drzwiom i dostrzegł w nich zwalistą postać podkomisarza Sobotki, który widząc go, natychmiast ruszył ku niemu.

– Wrócimy do rozmowy – rzucił szybko inspektor. – Proszę zaczekać na mnie w szkole.

Sobotka, który zazwyczaj zgrywał rubasznego wujka o przyciężkim dowcipie, tym razem nie wyglądał na kogoś skłonnego do żartów. W milczeniu podał Poradeckiemu rękę.

– Źle jest? – Inspektor machinalnie sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i zaklął cicho. Ciągle zapominał, że już od pół roku nie pali.

– Gorzej – odpowiedział poważnie Sobotka.

Przeszli pod policyjną taśmą, minęli kolejnych dwóch aspirantów pilnujących drzwi frontowych i weszli do ciemnej, wilgotnej sieni z niedużym oknem na przeciwległej ścianie. Na lewo niskie schodki prowadziły do dwuskrzydłowych drewnianych drzwi, otwartych teraz na oścież, z czerwoną tabliczką głoszącą, że mieści się tu „Biblioteka Szkolna w Woźnickich Dołach”. Po prawej widniało zamknięte wejście do czytelni, o czym świadczył podobny napis przymocowany do identycznych drzwi. Z otwartego pomieszczenia dobiegł ich szmer przyciszonych głosów i po chwili na schody wyszło dwóch pielęgniarzy oraz starsza pani w fartuchu zarzuconym na krótką puchową kurtkę.

– Dzień dobry, pani doktor – przywitał ją Poradecki, odsuwając się, aby mogła przejść i zmieścić się w drzwiach frontowych. – Co za fatalne okoliczności na spotkanie po latach.

Spojrzała na niego i przymknęła delikatnie oczy, próbując rozpoznać go w półmroku. Inspektor pamiętał ją ze szpitala, gdzie spędził kilka tygodni po postrzale na jednej z akcji. To ona postawiła go wtedy na nogi, zmuszając do niekończących się rozmów w czasie swoich nocnych dyżurów. Niestety teraz za cholerę nie potrafił sobie przypomnieć, jak ma na imię.

– Pan Poradecki – stwierdziła. – Dzień dobry. – Podsunęła mu rękę w lateksowej rękawiczce, którą lekko ujął. – No cóż – westchnęła – w naszej pracy to raczej normalne okoliczności, nie sądzi pan? Ale szczerze mówiąc, nie zazdroszczę. Przede wszystkim technikom, bo patolog chyba nie będzie miał większego kłopotu z określeniem przyczyny zgonu.

– To znaczy?

– Przecięcie… – zawahała się – …właściwie należałoby powiedzieć: przerwanie tętnicy szyjnej. Tak to przynajmniej na pierwszy rzut oka wygląda. Wykrwawiła się. Na szczęście nie cierpiała długo.

– Kiedy to się stało?

Posłała mu ledwie zauważalny uśmiech.

– Przecenia mnie pan, inspektorze. To nie moja dziedzina. Gdybym jednak miała zgadywać, to bezpiecznie byłoby powiedzieć, że od kilku do kilkunastu godzin temu. Ale proszę nie brać moich przypuszczeń nazbyt poważnie. Nieszczególnie się na tym znam, niech pan pamięta.

– To chyba nadmierna skromność, pani… – Nikifor zawahał się przerażony, ale nagle zmuszony do pracy umysł podpowiedział mu brakujące imię zupełnie nie wiadomo skąd: – …Sylwio.

Natychmiast zrozumiał, że przestrzelił. Uśmiech zniknął z jej twarzy, a po chwili nachyliła się i szepnęła mu do ucha:

– Na imię mam Aniela. Sylwia to ta druga, młodsza – odparła, po czym szczelniej owinięta fartuchem wyszła z zatęchłej sieni w rześkie powietrze poranka.

Poradecki patrzył za nią skonsternowany, dopóki Sobotka nie pociągnął go za rękaw.

– Chodź. Zaraz przyjadą chłopaki od Lasoty i pani prokurator. Rzućmy okiem, póki jeszcze możemy.

Inspektor, zawstydzony koszmarnym faux pas sprzed chwili, wszedł po schodkach, przygotowany na najgorsze. I omal nie potknął się o drobne ciało ciemnowłosej kobiety na podłodze, tuż przy drzwiach. Światło poranka wpadające do pomieszczenia przez uchylone okno oświetlało leżącą postać niczym na scenie w teatrze. Spoczywała w dziwnej, skurczonej pozie, z głową w rozległej, zaschniętej już kałuży krwi. Wyglądała jak ogromny, zasuszony embrion w szarej, włóczkowej kamizelce, filcowej spódnicy i starodawnych kozakach zasuwanych na ekspres. Jej podkurczone nogi sięgały niemal progu, a głowa zwrócona była w stronę masywnego biurka, gdzie przewieszony przez oparcie krzesła wisiał rzucony niedbale płaszcz oraz długi szal, którego koniec dotykał upiornej czerwonej plamy na podłodze. Samo pomieszczenie, niezbyt duże jak na biblioteczną salę, przedstawiało żałosny widok. Szuflady biurka, odwrócone do góry dnem, leżały na podłodze, a ich zawartość częściowo spoczywała w krwawej kałuży. To samo z porozrzucanymi wszędzie książkami oraz bibelotami, których ofiara wydawała się tu trzymać niezliczenie wiele.

– Szukał czegoś po jej śmierci – powiedział cicho Poradecki.

– Co mówisz?

Inspektor wskazał porozrzucane rzeczy.

– Nie zostały zachlapane krwią – wyjaśnił. – Morderca najpierw ją zabił, poczekał, aż się wykrwawi, a później przetrząsnął wszystko dookoła, zrzucając część rzeczy na podłogę.

– Niebezpieczne – stwierdził Sobotka.

– Bardzo. Mógł zostawić mnóstwo śladów, wdepnąć w krew, zachlapać nią ubranie, cokolwiek. Nie wygląda to na profesjonalną robotę.

– Zaskoczyła go? – Sobotka stał tuż za nim, ale był nieco wyższy, widział więc dobrze całe wnętrze.

– Raczej nie. – Poradecki wskazał przewieszony przez oparcie krzesła płaszcz. – Albo ubierała się do wyjścia, albo właśnie weszła do środka.

– Stawiałbym na to drugie – odparł Sobotka. – Gdyby zamierzała wyjść, płaszcz wisiałby na kołku.

– Weszła, zdjęła płaszcz, położyła go na oparcie, potem rzuciła na to szal – wyliczał cicho Poradecki. – Nie zdjęła rękawiczek. – Wskazał. – Może nie zdążyła. Może to nie ona mordercę, ale morderca ją zaskoczył przy tej czynności? Dlaczego nie odwiesiła ubrania na wieszak? Miała go pod ręką, tuż przy drzwiach. Widziała napastnika? Czy gdyby coś zauważyła, ułożenie ubrań wyglądałoby podobnie?

– Tylko jeśli by go rozpoznała. – Sobotka wyraził myśl, która i Poradeckiemu przyszła w tej chwili do głowy. – A może ją. Przy nieznajomym nie rozbierałaby się w ten sposób. Albo rozmawiałaby z nim, nie zdejmując płaszcza, albo odwiesiłaby go na wieszak.

– I ja tak myślę. Najwyraźniej czuła się na tyle swobodnie, by rzucić ubranie gdzie popadnie. Z drugiej strony należy pamiętać, że jesteśmy w bibliotece. Nieznajomi przychodzą tu od czasu do czasu, to nic nadzwyczajnego. Być może spotkała tego kogoś już na zewnątrz i wróciła tu pod jakimkolwiek pozorem. Zwrotu książek na przykład?

– W niedzielę? – zdziwił się komisarz. – Szkolne biblioteki chyba nie pracują w weekendy.

Poradecki aż jęknął.

– Rzeczywiście – westchnął. – Niedziela. Nie pracowała wczoraj. Więc po co tu przyszła?

– To i tak nie ma znaczenia. – Sobotka pokręcił głową. – Przy nieznajomym nie rzucałaby ubrania na krzesło. Poza tym morderca nie zaatakował od razu. Poczekał, aż ona zdejmie płaszcz. Może rozmawiali? Byli tu umówieni?

– Dlaczego nie zdjęła rękawiczek? – Poradecki w skupieniu rozglądał się po niewielkim pomieszczeniu. Było wychłodzone. – Kto otworzył okno? – zapytał.

– Nikt z naszych – odparł Sobotka. – Było już otwarte, kiedy przyjechaliśmy.

– Czyli morderca. Prawdopodobnie. Może chodziło o zapach. Co tam jest między drzewami? – Zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć. – Groby?

– Zdaje się, że jakiś stary cmentarz – odparł Sobotka. – Ciekawy widok, nie?

– _Memento mori_. – Nikifor uśmiechnął się gorzko. – Codzienne napomnienie z innego świata. Co wiemy o ofierze?

Sobotka wyjął z kieszeni kartkę złożoną na cztery.

– Nazywała się Halina Madej – odczytał. – Pięćdziesiąt dwa lata. Niezamężna. Pracowała tu jako bibliotekarka właściwie od początku kariery zawodowej, czyli od dwudziestu… – przeliczył szybko – …ośmiu lat. Studia polonistyczne na Uniwersytecie Łódzkim, następnie podyplomówka z bibliotekoznawstwa zaocznie. Tego dowiedziałem się od pani dyrektor Nowackiej – wyjaśnił. – Oraz tego, że była bardzo, wręcz maniakalnie oddana pracy. Mieszkała w niedużym domu pod lasem, ale większość czasu spędzała tutaj, nierzadko podczas świąt czy urlopu. Charakterologicznie introwertyczka. Zamknięta w sobie, ale z tego, co mówi pani dyrektor, nieprzeciętnie inteligentna.

– Nie miała pewnie wielu okazji, żeby się tą inteligencją wykazać – stwierdził Poradecki, po raz nie wiadomo który lustrując wzrokiem zagracone wnętrze biblioteki. – Jak myślisz, z iloma osobami można w Woźnickich Dołach podyskutować o literaturze, co?

Sobotka wzruszył ramionami.

– Tym bardziej należy szanować takich, z którymi jest to możliwe.

– Miała przyjaciół?

– Nic o tym nie wiem. Choć pani dyrektor wspomniała kogoś o imieniu Marcel. Zrobiła to machinalnie, co może wiele oznaczać, a może nie oznaczać zupełnie nic. Powiedziała coś jakby: „Dobrze, że Marcel tego nie widzi”. Ale nie było czasu dopytać. Zostawiłem to na później.

– I dobrze. – Poradecki po raz kolejny lustrował niewielkie pomieszczenie, chcąc zapisać w pamięci jak najwięcej szczegółów. – Gdzie komputer? – spytał. – I katalog szufladkowy?

– Może w tym drugim pomieszczeniu? – Sobotka wskazał drzwi na wprost. – Albo w czytelni?

Poradecki zawahał się, po czym zrobił duży krok i przeszedł nad leżącym w drzwiach ciałem. Następnie uważnie wytyczoną wzrokiem trasą – w trzech krokach, ostrożnie balansując na czubkach palców i omijając porozrzucane po podłodze przedmioty, dotarł do drzwi, częściowo ukrytych za jednym z regałów.

Starannie nałożył lateksowe rękawiczki, które wcześniej wyjął z kieszeni, dotknął klamki i delikatnie nacisnął. Drzwi, najwyraźniej źle osadzone na zawiasach, z przeciągłym zgrzytem same odemknęły się na oścież, otwierając przejście do kolejnego pomieszczenia. Spojrzał. W przeciwieństwie do rozświetlonego słonecznym blaskiem pokoju, w którym leżała ofiara, tutaj panował półmrok. Kilka sięgających sufitu rzędów bibliotecznych regałów skutecznie blokowało dopływ światła z okna ukrytego gdzieś na bocznej ścianie. W powietrzu wyczuwało się wyraźny zapach kurzu i starego papieru. Inspektor sięgnął po komórkę, aby włączyć latarkę, ale w jej bladym świetle dostrzegł niewiele więcej ponad to, co było oczywiste na pierwszy rzut oka. Panował tu niezmącony niczym porządek. Jakiż kontrast w porównaniu do piekła, które miał za plecami! Ani jeden przedmiot nie leżał na podłodze, grzbiety książek idealnie przylegały do krawędzi regałów, na półkach nie zauważył nic, co mógłby określić jako zbędne. Perfekcyjne biblioteczne wnętrze. Niezakłócona symetria. Jak na starych rycinach.

Włącznik światła miał po prawej stronie, na wysokości ramion, ale nie chciał niczego dotykać, aż pokój obejrzy ekipa techniczna. Ile książek znajdowało się w bibliotece? Trzy, pięć tysięcy woluminów? Chyba nie więcej. Po niemal trzydziestu latach znała je wszystkie na pamięć, co więc robiła siedząc tu dzień w dzień, wieczór w wieczór, samotnie przy tym ogromnym biurku, pod którym teraz leżała w kałuży krwi?

Poradecki odwrócił głowę i zobaczył, że Sobotka patrzy na niego z zaciekawieniem z drugiego końca pokoju – znad drobnego ciała leżącego pomiędzy nimi, pośród chaosu porozrzucanych przedmiotów.

– Chyba znalazł – powiedział cicho Nikifor.

– Co mówisz?

– Morderca. Myślę, że znalazł to, czego szukał – powtórzył, nie podnosząc głosu. – Może nawet nie otworzył tych drzwi. A sądząc po determinacji, z jaką tu wszystko przekopał, nie podejrzewam, żeby tak po prostu sobie poszedł i nie zabrał rzeczy, dla której ją zabił.

Zamilkli.

– Jest komputer? – spytał po chwili Sobotka.

Poradecki pokręcił głową.

– Katalogu też nie ma – dodał cicho. – Pewnie jest w czytelni.

Przez jakiś czas nie docierał do nich żaden dźwięk, jak gdyby życie wokół zatrzymało się na chwilę dla nabrania oddechu. Poradecki bezwiednie spojrzał w uchylone okno i w ostrych promieniach porannego słońca, między drzewami porastającymi cmentarz dostrzegł coś, co zatrzymało jego wzrok na dłużej. Po raz kolejny zmrużył oczy, aby nadać znajomy kształt burej kamiennej figurze stojącej na obtłuczonym cokole w bezpośrednim sąsiedztwie jednego z pochylonych krzyży. Stwierdził, że patrzy na odzianego w powłóczystą szatę anioła z utrąconym skrzydłem i twarzą skierowaną ku niebu. Czy to bezgłośna modlitwa, czy niemy krzyk rozpaczy, by wyrazić bezsens tego, co zaszło w tym pokoju kilka, a może kilkanaście godzin temu? Patrzyła na tego anioła dzień w dzień. Kim była dla niej ta kaleka kamienna postać? Aniołem stróżem? A może właśnie złowieszczym demonem śmierci? Bo było coś złowieszczego w przeznaczeniu, które dopadło tę drobną kobietę tam, gdzie spędziła większą część życia. Gdzie przesiadywała długimi jesiennymi wieczorami, wpatrzona zapewne każdego dnia w ten mały fragment podłogi, na którym przyszło jej spędzić ostatnie sekundy życia – w niewygodnej pozycji, w kałuży krwi.

– Ma dwie rany na szyi – powiedział nagle Sobotka, nachylając się nad ciałem. – Głębokie. Jakby ją wampir ukąsił.

– Co mówisz?

Nikifor raz jeszcze ostrożnie przeszedł nad ciałem i nachylił się nad nim, próbując wypatrzeć to, o czym przed chwilą powiedział podkomisarz. Rzeczywiście tam były. Dwa wyraźne ślady nie pozostawiały najmniejszej wątpliwości, że właśnie tą drogą wypłynęło życie z wątłego ciała Haliny Madej, szkolnej bibliotekarki w Woźnickich Dołach.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij