-
nowość
-
promocja
Warren Buffett inwestuje jak dziewczyna - ebook
Warren Buffett inwestuje jak dziewczyna - ebook
Cierpliwość, konsekwencja, poszukiwanie wartości - to cechy, które charakteryzują jednego z największych inwestorów świata - Warrena Buffetta. To również cechy, które według badań są typowe dla...kobiet inwestorek.
LouAnn Lofton pokazuje, że choć inwestowanie bywa kojarzone z ryzykiem i agresywnym podejściem, to spokój, stabilność i mniejsze uzależnienie od emocji mogą prowadzić do lepszych rezultatów finansowych.
Książka opiera się na badaniach, doświadczeniach ekspertów i przykładach z życia, by pokazać, że strategia inwestycyjna, która unika impulsywnych decyzji, jest kluczem do sukcesu. To lektura nie tylko dla kobiet, ale dla wszystkich, którzy chcą spojrzeć na inwestowanie w nowy sposób.
Lofton pokazuje, jak unikalne podejście kobiet może być przewagą na rynkach finansowych.
"Warren Buffett inwestuje jak dziewczyna" to solidna baza wiedzy oparta na doświadczeniu ekspertów i twardych danych. Pełna konkretnych wskazówek i strategii, które można zastosować w codziennym inwestowaniu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Przedmowa
1. Dlaczego temperament jest dziś ważniejszy niż kiedykolwiek wcześniej
2. Dziewczyna z punktu widzenia nauki
3. Szybka prezentacja Wyroczni
4. Handluj mniej, zarabiaj więcej
5. Zapanuj nad nadmierną pewnością siebie
6. Unikajcie ryzyka
7. Dobre strony pesymizmu
8. Prowadź gruntowne badania
9. Unikaj presji otoczenia
10. Uczcie się na błędach
11. Róbcie to jak kobiety
12. Zarabiaj regularnie i systematycznie
13. Wartościowi ludzie i relacje
14. Kwestionuj mądrości mistrzów
15. Uczciwość i etyka
16. Podstawy inwestowania według Motley Fool
Dodatki
Krótki przewodnik podsumowujący inwestycyjny temperament kobiet oraz to, czego możemy nauczyć się od Buffetta
Wywiad z inwestorką i doradczynią finansową Lisą O’Dell Rapuano, założycielką Lane Five Capital Management
Wywiad z inwestorką Lauren C. Templeton, założycielką Lauren Templeton Capital Management
Wywiad z inwestorkami Candace King Weir i Amelią Weir z Paradigm Capital Management
Wywiad z inwestorem Billem Mannem z Motley Fool Independence Fund oraz Motley Fool Great America Fund
Zalecane lektury – książki dla inwestorów, początkujących i zaawansowanych, którzy chcą dowiedzieć się więcej (za pozwoleniem Motley Fool Inside Value)
Podziękowania
| Kategoria: | Bankowość i Finanse |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788366667556 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jest to przeznaczona dla inwestorów książka o inwestowaniu. Skupiam się w niej na czynnikach, od których zależy, czy zarobicie pieniądze, czy je stracicie. Na tym, czy wygracie z rynkiem.
Możecie się więc spodziewać, że dowiecie się tu, jakie akcje wybierać – na przykład, że powinniście zainwestować w GEICO, a nie w Bank of America. Że nauczycie się oceniać zyskowność spółek – tak by inwestować raczej w Apple Steve’a Jobsa niż w Trump Entertainment Resorts Donalda Trumpa. Że dowiecie się, jak analizować finansowe raporty spółek i znajdować firmy, których wartość wzrośnie 10, 20 albo 100 razy.
Ale nie, nie o to tu chodzi. W książce znajdziecie analizę czynników, które budują albo podkopują waszą inwestycyjną skuteczność, czyli waszego mózgu, emocji, osobowości. Jeśli je okiełznacie, osiągniecie zyski zapewniające finansową wolność. Jeśli jednak to one zapanują nad wami, zamknijcie oczy, bo czekać was będą same kłopoty. Będziecie sprzedawać wtedy, gdy trzeba kupować. Będziecie wierzyć w to, w co należy wątpić. Będziecie się poddawać, zamiast się uczyć. Spekulować, zamiast inwestować.
Jeśli chcecie regularnie powiększać zyski, inwestując w akcje lub fundusze powiernicze, musicie nauczyć się panowania nad własnym temperamentem. Dobrym miejscem, by zacząć, są strony tej książki, na których LouAnn Lofton opowiada, jak Warren Buffett przekształcił skromne zyski z inwestycji, które poczynił jako nastolatek, w największy portfel inwestycyjny w całej historii ludzkości.
To bardzo wartościowe studium przypadku!
Do tej pory jednak uczniowie pragnący podążać śladami tego mistrza szukali źródeł jego mistrzostwa w złych miejscach. Próbując zrozumieć jego model wyceny spółek, wikłali się w skomplikowane zmienne matematyczne. Odgadywali tajne ścieżki jego myślenia, grzebiąc czasem niedyskretnie w najbardziej osobistych aspektach jego życia. Spędzili na tym dziesiątki lat, nie zwracając uwagi na to, co było najważniejsze. Ale przynajmniej próbowali.
Traderzy i maklerzy z Wall Street – w ogromnej większości faceci – nie interesowali się Buffettem. Oni walczyli o mistrzowskie tytuły w trzech konkurencjach: (1) niszczenie portfeli klientów, (2) ciągnięcie w dół bilansów firm, dla których pracują, (3) rujnowanie światowej gospodarki. Robią to wszystko w imię premii zależnych od prowizji płaconych przez klientów. Ich gra nie polega na inwestowaniu, lecz na skubaniu tych prowizji – a całe ryzyko jest po waszej stronie.
Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak zarabiać miliony, inwestując w akcje, postępujcie dokładnie odwrotnie, niż proponują wam faceci z wysokooktanowego świata Wall Street, którzy prędzej czy później będą błagać podatników o ratowanie ich banków. Zajrzyjcie na następne strony tej książki – znajdziecie tam coś, czego nikt na świecie nie zauważył. To bardzo proste: Warren Buffett inwestuje jak kobieta.
_Tom Gardner, grudzień 2010_1
DLACZEGO TEMPERAMENT JEST DZIŚ WAŻNIEJSZY NIŻ KIEDYKOLWIEK WCZEŚNIEJ
Wrzesień 2008. Britney Spears, po porażce w konkursie MTV Video Music Awards z poprzedniego roku, szykuje się do tryumfalnego powrotu na szczyt. Kolarz Lance Armstrong ogłasza, że powraca z emerytury, by wziąć udział w kolejnym Tour de France. Po Atlantyku szaleje huragan Ike, który dotarł do Teksasu. Republikańska Konwencja Narodowa wybiera Johna McCaina, senatora z Arizony, na swojego kandydata w listopadowych wyborach prezydenckich. Aktor Mickey Rourke przypomina o sobie światu dzięki filmowi _Zapaśnik_, który zostaje nagrodzony na festiwalu w Wenecji. Roger Federer po raz piąty zwycięża w U.S. Open, a Serena Williams robi to – po sześcioletniej przerwie – po raz trzeci. Brytyjska raperka M.I.A. nagrywa przebój _Paper Planes_, a raper z Atlanty T.I. dorównuje jej hitem _Whatever You Like_. Fani serialu _Biuro_ produkcji NBC czekają z niecierpliwością na premierę piątego sezonu, by dowiedzieć się, jakie zabawne przygody przydarzą się Michaelowi Scottowi i kierowanej przez niego ekipie z firmy Dunder Mifflin. Broniący mistrzowskiego tytułu Super Bowl New York Giants pokonują w meczu otwarcia ligi NFL Washington Redskins 16 do 7.
Nie minęły jednak dwa pierwsze tygodnie września, gdy świat nagle się zmienił. Na zawsze.
Fala finansowej paniki pogrążyła rynek akcji, indywidualnych inwestorów, a także światowe rządy. Słowo „panika” jest naprawdę doskonałym określeniem tego, co działo się jesienią 2008 roku. William Graham Sumner, profesor Yale piszący w XIX wieku o panice giełdowej zdefiniował ją jako „falę emocji, strachu, trwogi. Jest ona mniej lub bardziej irracjonalna. Jej źródłem jest kryzys, realny i nieuchronny, ale jest ona przesadna, wywołuje dodatkowe obawy, odbiera odwagę i energi改.
Zapowiedzi tego szaleństwa widzieliśmy już na początku tego roku, gdy rosnąca dźwignia finansowa i spowolnienie na rynku mieszkaniowym przygniotło zadłużone firmy, takie jak bank inwestycyjny Bear Sterns, który w marcu 2008 roku pod wielką presją musiał się zgodzić, by przejął go, płacąc wyjątkowo okazyjną cenę, JP Morgan (inny bank wspierany w tym interwencyjnym zakupie przez rząd federalny)². Boom w budownictwie mieszkaniowym, napędzany kredytami niskiej jakości udzielanymi przez banki i firmy z Wall Street, które chciały na nim zarobić, zaczął się sypać. Gdy wreszcie się załamał, szybko stało się jasne, że rynki kredytowe oraz zestawienia bilansowe każdego niemal banku czy firmy finansowej pod słońcem (i księżycem) zawalone są wielkimi ilościami ryzykownych kredytów. To faktycznie był kryzys „realny i nieunikniony”.
Upadek Bear Sterns wystraszył w marcu rynki i inwestorów. Potem wszyscy patrzyli, jak kolejne banki i fundusze inwestycyjne przyznawały jeden po drugim, że one również uginają się pod brzemieniem złych kredytów. I tak dobrnęliśmy, coraz bardziej chwiejnym krokiem, aż do września, gdy słynny, lecz przygnieciony długami bank Lehman Brothers wystąpił z wnioskiem o upadłość (rząd odmówił interwencji takiej jak w przypadku Bear Sterns), co doprowadziło rynki na skraj przepaści. Branża kredytowa, finansująca zarówno firmy, jak i klientów indywidualnych, zamarła. Nikt nie wiedział już, co spółki ukrywają w swoich sprawozdaniach finansowych i w czyje bilanse można jeszcze wierzyć. Wyglądało na to, że w każdej sprawie należało spodziewać się najgorszego scenariusza. I najwyraźniej zrobili tak niemal wszyscy.
Pewien słynny mędrzec powiedział: „Dopiero gdy pojawia się odpływ, widać kto pływał nago”³. Jesienią 2008 roku Wall Street stało się prawdziwą plażą nudystów. Nie muszę chyba dodawać, że zasiedlający ją ludzie nie byli szczególnie urodziwi.
Rynek akcji runął straszliwie, zmuszając inwestorów do walki o życie. Wszyscy mówili o zmienności, a tak zwany „indeks strachu” osiągał kolejne szczyty, podczas gdy rynek notował kolejne minima. Wraz z cenami akcji topniało zarówno zaufanie konsumentów, jak i nastroje inwestorów. Z minuty na minutę przyszłość całej gospodarki stawała się coraz mniej jasna – kolejne cieszące się wielką renomą firmy finansowe docierały na skraj urwiska, nie wiedząc, co czeka je dalej.
Witaj paniko.
Do 6 października 2008 roku indeks Dow Jones Industrial Average po raz pierwszy od 2004 roku spadł poniżej 10 000 punktów. Trzy dni później był już poniżej 8600 punktów. Tego samego dnia, czyli 9 października, Standard & Poor’s 500 (indeks obejmujący 500 największych amerykańskich firm) odnotował roczny spadek sięgający 42 procent, oddając zyski gromadzone przez lata. Te katastrofalne dni dzieliły od upadku Lehman Brothers dwa bolesne tygodnie.
Okres ten był testem i ciężką próbą dla siły charakteru oraz nerwów najbardziej nawet doświadczonych inwestorów. Patrzyłam z rozszerzonymi ze strachu oczami, jak mój portfel (zawierający również akcje spółek, które trzymałam przez ponad dziesięć lat) kurczy się i staje się nikłym cieniem dawnego siebie. Jak nisko to wszystko może jeszcze zlecieć? Dobrze zarządzane firmy niemające nic wspólnego z kłopotami banków i instytucji finansowych szły na rzeź razem z nimi. Można było sobie pomyśleć, że również producenci dóbr konsumpcyjnych oraz ich sprzedawcy, zamiast zajmować się swoimi napojami gazowanymi czy legginsami, zabawiali się po amatorsku papierami wartościowymi zabezpieczonymi hipotekami.
Włączenie rano telewizora stało się aktem desperacji i osobliwą przygodą. Czułam się zmuszona do oglądania tego, by dowiedzieć się, co stało się w nocy, i jak ta nowa katastrofa będzie na nas oddziaływać w ciągu dnia. To było jak wypadek samochodowy, na który naprawdę nie chcesz patrzeć, bo wiesz, co zobaczysz, ale nie jesteś w stanie się od tego powstrzymać.
Tyle że ta sytuacja była pod jednym względem zasadniczo inna. W tym pogruchotanym samochodzie byliśmy my wszyscy – połamani, poranieni, leżący jedni na drugich.
W obliczu przerażających spadków i autentycznej paniki telewizyjni komentatorzy ledwo dawali sobie radę. Informacje napływały tak szybko, że trudno było skupić się na tej ostatniej, najbardziej aktualnej. Na Manhattanie, w Waszyngtonie, w Londynie ważni ludzie w eleganckich garniturach zajeżdżali luksusowymi autami na pilne spotkania, a światowe telewizje transmitowały te sceny, jakby chodziło o celebrytów. (Jednak Britney Spears zatryumfowała wtedy po raz drugi w Video Music Awards. Dziękujemy!).
W tym czasie pewien człowiek trzymający się z dala od wrzawy Nowego Jorku i Waszyngtonu siedział na Środkowym Zachodzie w cichym, spokojnym mieście Omaha i obserwował – jak robił to już wiele razy wcześniej – coś, co wyglądało na koniec świata. Słyszał nerwowe głosy telewizyjnych komentatorów i patrzył na napływające co dzień, co godzinę zdjęcia przerażonych, wyczerpanych albo po prostu zrezygnowanych traderów z Wall Street.
Potem zaś zrobił coś, co w obliczu tej fali strachu powinna zrobić każda racjonalna osoba. Wziął głęboki oddech, by wyciszyć emocje, i zaczął kupować akcje, inwestując 20 miliardów dolarów w firmy, takie jak Goldman Sachs i General Electric. Wymagało to odwagi, hartu ducha oraz umiejętności spojrzenia w przyszłość wykraczającego poza bieżący kryzys i sięgającego czasu odrodzenia amerykańskiej i światowej gospodarki.
Wymagało to również właściwego temperamentu. Warren Buffett, ów człowiek z Omaha (i cytowany wcześniej „słynny mędrzec”), nie uległ panice i nie sprzedawał. Zachowywał spokój i oceniał sytuację. A gdy ją ocenił, zaczął działać z pewnością, którą zawdzięczał wieloletniemu doświadczeniu. Zachęcał innych, by robili to co on, przypominając im, że równie poważne kryzysy zdarzały się już wcześniej i za każdym razem wychodziliśmy z nich, by iść dalej naprzód. Powtarzał inwestorom, że najlepszy moment na kupowanie akcji nadchodzi, gdy wszyscy uciekają z rynku, pozostawiając na nim mnóstwo wspaniałych okazji.
W tym szalonym czasie przyjęcie takiego nastawienia z pewnością nie było łatwe. Trudno zachować nadzieję, obserwując jak wartość naszego funduszu emerytalnego topnieje z dnia na dzień, z godziny na godzinę – i trwa to tygodniami – jak ulatniają się nasze oszczędności i fundusze edukacyjne naszych dzieci. Czujemy się wtedy tak, jakby ktoś raz za razem bił nas po głowie, a my nie bylibyśmy w stanie się uchylić. Ciosy powtarzają się bez końca.
Ja zdołałam wziąć się w garść. W czwartek, po ogłoszeniu bankructwa Lehman Brothers, dokupiłam trochę akcji spółek, które miałam już w portfelu. Dziś mogę bez żadnej przesady powiedzieć, że była to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie zrobiłam na giełdzie. Podjęcie decyzji, by z własnej woli wejść na rynek, który już na tym wczesnym etapie mocno mnie pokiereszował, nie było łatwe. To był czas strachu i musiałam użyć każdego grama mojej siły woli, by kliknąć przycisk „Kupuję” na stronie mojego biura maklerskiego. Całe ciało mówiło mi, by tego nie robić. Na szczęście moja głowa wiedziała lepiej i zapanowała nad paraliżującym mnie strachem.
Prawdziwy ból pojawił się jednak dopiero po tym, jak kupiłam te akcje. Nie wiedziałam, że czekają mnie tygodnie i miesiące zygzakowatego trendu bocznego, który wystawi na ciężką próbę moją cierpliwość i odporność. A jednak nie sprzedałam. Dziś, gdy patrzę na zyski osiągnięte na akcjach trzech spółek, których akcje wtedy kupiłam (Apple Computer i Chipotle Mexican Grill), jestem szczęśliwa, że tego nie zrobiłam. A co z trzecią spółką? No cóż, nie musi być tak, że wszystkie naraz dają zarobić, prawda? (Niestety, to była Chesapeake Energy).
Warren Buffett zrobił w świecie finansów godną pozazdroszczenia karierę, osiągając wyniki, o których większość inwestorów i zarządzających funduszami może tylko pomarzyć (i dla których byliby pewnie gotowi zabijać). Przez blisko pięćdziesiąt lat Buffett analizował firmy, inwestował w najlepsze z nich i budował fortunę. W tej sztuce nie ma sobie równych. Jego umiejętność wybierania spółek, które trwają i przynoszą zyski, jest absolutnie wyjątkowa. Jednak tym, co uczyniło go inwestorem, jakim jest obecnie, co odróżnia go od wszystkich innych inwestorów działających w tym czasie, jest jego specyficzny temperament.
_American Heritage Dictionary_ definiuje temperament jako „charakterystyczny dla danej osoby sposób myślenia, zachowania i reagowania”⁴. Na giełdzie temperament może sprawiać na przykład, że po kupnie akcji zaczynacie się niepokoić i sprzedajecie za wcześnie. Że za dużo ryzykujecie. Że miotacie się, kupując i sprzedając akcje spółek, nie bardzo wiedząc, czym się one zajmują. Że ruchy rynku irytują was tak bardzo, że ulegacie paraliżowi. Albo że szukacie okazji do kupna podczas spadków.
Sam Buffett mówił o znaczeniu temperamentu: „Najważniejszą jakością inwestora nie jest intelekt, lecz temperament od temperamentu zależy, czy czerpiesz przyjemność z postępowania zgodnego z tym, co robi tłum, czy z postępowania wbrew tłumowi”⁵.
Powiedział również: „Sukcesy w inwestowaniu nie są skorelowane z ilorazem inteligencji, choć powinien on wynosić co najmniej 125. Jeśli masz inteligencję na normalnym poziomie, potrzebujesz temperamentu chroniącego cię przed pokusami, które wpędzają w kłopoty innych inwestorów”⁶.
Porozmawiajmy więc o „kłopotach”. Z pewnością możemy wskazać temperament – tę jego złą odmianę – jako jedną z przyczyn finansowego kryzysu:
- Dominacja myślenia krótkoterminowego.
- Nadmierna skłonność do ryzyka.
- Nierozumny poziom zadłużenia.
- Irracjonalna wiara w to, że napędzana chciwością hossa nie zakończy się w najbliższym czasie.
- Nieumiejętność dostrzegania długoterminowych konsekwencji takich błędów w podejmowaniu decyzji.
- Cyniczne wykorzystywanie niedoświadczonych inwestorów.
Dopóki byli ludzie na tyle głupi, że można im było sprzedawać po coraz wyższych cenach domy, akcje i pakiety ryzykownych kredytów przedstawianych jako bezpieczne inwestycje, dopóty hałaśliwe party mogło trwać.
Było oczywiście wiele innych czynników prowadzących do kryzysu finansowego. Nie możemy zwalić całej winy na temperament. Jest to wyjątkowo złożona sytuacja, która narastała przez lata. Znaczącą rolę odegrały zachęty finansowe, a także ówczesne przepisy i ekspansywna polityka monetarna. Rywalizacja między firmami z Wall Street była tak zażarta, że traderzy i finansiści nie mogli nikomu odmawiać. Jeśli ich firma nie chciała obsłużyć jakiejś transakcji, obawiając się, że zakończy się ona porażką, klient zawsze mógł znaleźć na tej samej ulicy firmę, która się tego podejmie. Temperament wciąż jednak pozostawał ważnym czynnikiem.
Patrząc wstecz, szkodliwe przejawy temperamentu można odkryć na wszystkich etapach procesu, który do kryzysu doprowadził, poczynając od ludzi, którzy zapragnęli uszczknąć kawałek amerykańskiego marzenia, kupując domy. Byli wśród nich oczywiście odpowiedzialni ludzie, którzy zostali jakoś wmanewrowani w ten cały bałagan ryzykownych pożyczek lub, gorzej jeszcze, oszukani ofertami pożyczek, których nie mieli szans bezpiecznie spłacić. Było jednak wielu takich, którzy z rozmysłem zaciągali wielkie pożyczki hipoteczne, by kupić więcej domów, niż potrzebowali, lub więcej, niż to, na co było ich stać (a czasem więcej niż potrzebowali i więcej niż mogli sobie pozwolić). Wiadomo było, że raty spłat tych hipotek koniec końców dramatycznie wzrosną. Ci, którzy podejmowali to ryzyko, mieli nadzieję, że hossa na rynku mieszkaniowym będzie trwała nieprzerwanie i że ceny domów wystrzelą w stratosferę, umożliwiając im łatwe i bezpieczne wyjście z tych inwestycji, zanim pojawi się problem rat hipotecznych.
Niestety, tak się nie stało.
Ceny domów zaczęły spadać, kredyty były przeliczane w coraz szybszym tempie, a miesięczne raty zaczęły przerażać tych, którzy tak beztrosko zaciągali pożyczki. Gdy przestawali je spłacać, łączna masa złych kredytów zaczęła rosnąć. Proces ten zaczął dławić najpierw właścicieli domów, potem banki i instytucje finansowe, a w końcu giełdy i rynki obligacji zarówno w kraju, jak i zagranicą, co wstrząsnęło fundamentami globalnej gospodarki. Wszystko dlatego, że zbyt wielu ludzi uznało, że myślenie w perspektywie długoterminowej i ostrożność w podejmowaniu ryzyka nie są grzechami, lecz cnotami.
Po drugiej stronie stały banki i instytucje finansowe – giganci Wall Street – skażone wadliwym temperamentem bardziej jeszcze niż krótkowzroczni kupcy domów. One nie brały ryzykownych kredytów, ale z pewnością czerpały z nich zyski i zachęcały ludzi do związanych z nimi irracjonalnych decyzji. Stosowały też same dźwignię finansową na skalę trudną do zrozumienia, co sprawiło, że zapaść na rynku mieszkaniowym miała skutki wykraczające daleko poza tę branżę.
Wszyscy zastanawiali się, na ile solidne są zabezpieczenia przyjmowane przez banki, bo wyglądało na to, że wszystkie mają w swoich księgach owe toksyczne kredyty. W rezultacie rynek kredytowy zaczął zamierać. Banki nie chciały sobie wzajemnie pożyczać pieniędzy, ponieważ nie wiadomo było, czy zostaną one zwrócone. Podejrzewano, że w księgach banku poszukującego kredytu – tak jak w księgach wszystkich banków – kryją się mroczne sekrety. Firmy finansowe przestały niemal udzielać sobie wzajemnie pożyczek. Następnie przestały ich udzielać klientom indywidualnym.
Panika, mój przyjacielu.
Na miejscu zbrodni znów widzimy ślady temperamentu – tego złego, który ogarnął całe Wall Street. Był jak oliwa dolewana do ognia. Racjonalne miary ryzyka nie obowiązywały, dopóki na rynek napływało coraz więcej pieniędzy. Dominowało maczystowskie, agresywne nastawienie: ja-jestem-najlepszy, to-ja-wezmę-te-pieniądze. Traderzy zarabiali miliony dzięki dźwigni finansowej i różnym skomplikowanym instrumentom pochodnym, z których wiele bazowało po prostu na kłamstwie. Rynkiem rządziła moda na ryzyko i myślenie krótkoterminowe.
Większość ludzi napędzających ten bałagan widziała, że to nie będzie trwało wiecznie. To było po prostu niemożliwe. Ale zamiast wyciągnąć z tego wnioski i zacząć inwestować z myślą o dłuższej perspektywie czasowej, większość graczy uznała, że jeśli wciąż jest okazja do zarobienia pieniędzy, trzeba ją wykorzystać. Nikt nie myślał o konsekwencjach.
Za kryzys na rynku kredytowym nie można jednak winić bezosobowego temperamentu. Przyczynili się do niego zarówno zadłużający się ponad miarę ludzie kupujący domy, jak i postępujący za nimi gracze z Wall Street, którzy szukając okazji do szybkiego zysku, robili to samo. Jednak to temperament rynku spotęgował panikę, która wkrótce nadeszła. Ceny akcji runęły, inwestorzy uciekali z rynku, sprzedając je w najgorszym momencie, a potem ceny spadały dalej, inwestorzy uciekali… Cykl się powtarzał. Tymczasem Buffett siedział spokojnie, czekając na właściwy moment, by kupić akcje dobrych spółek po atrakcyjnych cenach. To jest przykład właściwego temperamentu – temperamentu inwestora, a nie spekulanta.
My również możemy przyjąć podobne usposobienie i zacząć myśleć o rynku w perspektywie długoterminowej. Możemy stać się spokojniejsi. Przełączyć się z trybu spekulacji w tryb inwestowania i zapanować nad pokusą podejmowania nadmiernego ryzyka. Jeśli nie chcemy, by powtórzyły się błędy, które doprowadziły do kryzysu finansowego i paniki z roku 2008, tak właśnie powinniśmy
zrobić.
Jeśli zapanujecie nad własnymi emocjami i przyjmiecie usposobienie Buffetta, wyniki waszych inwestycji z pewnością się poprawią. Zapewne nie uda się nam skłonić wszystkich ludzi pracujących na Wall Street do doskonalenia swojego temperamentu – co z pewnością uczyniłoby nasz system finansowy solidniejszym i stabilniejszym – ale możemy tu zacząć wspólnie od naszego własnego zachowania.
Moje sugestie powinny zainteresować szczególnie jeden segment czytelników i inwestorów. Wszyscy powinniśmy pracować nad własnym temperamentem, ale przedstawiciele jednej grupy będą musieli bardziej się do tego przyłożyć. Oni też potrzebują tego najbardziej.
Mówię o was, mężczyźni.
Trzeba wiedzieć, że większość działających na Wall Street traderów, większość członków zarządu firm finansowych i dyrektorów banków inwestycyjnych ma jedną szczególną cechę – chromosom Y. Wall Street, przynajmniej na szczycie, tam gdzie podejmuje się decyzje i wywiera wpływ na bieg zdarzeń, jest wciąż klubem chłopców⁷. Wprawdzie kupujący domy, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, ponoszą część winy za kryzys finansowy, ale to mężczyźni zarządzający na Wall Street wielkimi pieniędzmi sprawili, że rozlał się on na inne obszary gospodarki, pogarszając wykładniczo i tak trudną już sytuację.
Oczywiście, że na Wall Street była garstka kobiet z dostępem do władzy. Na przykład Erin Callan, która tego szalonego lata 2008 roku była dyrektorką finansową w Lehman Brothers (choć należy dodać, że objęła to stanowisko we wrześniu 2007 roku, czyli już po tym, jak firma zbudowała potężną dźwignię finansową)⁸. Generalnie jednak był to, i nadal jest, świat mężczyzn.
Tak zwane „kobiece” cechy, jak umiejętność budowania relacji, cierpliwość i gotowość do współpracy, były w tym świecie wyraźnie nieobecne podczas niedawnej rynkowej manii. Gdyby osób z takim usposobieniem było na Wall Street więcej, gdyby na parkietach i w zarządach firm było więcej kobiet, być może nie doszłoby do tego, co się później stało. A gdyby nie doszło, mielibyśmy dziś grubsze portfele i mniej nieprzespanych nocy.
Mężczyźni, macie nam wiele do wytłumaczenia.
Z badań wynika, że kobiety mają inne podejście do inwestowania niż mężczyźni. Myślą długoterminowo i nie dokonują tak wielu transakcji. Unikają ryzyka bardziej niż mężczyźni. Myślą też bardziej samodzielnie i nie ulegają presji otoczenia. Mają poza tym dużo mniej testosteronu, co wpływa na ich postępowanie na rynku – dzięki postępom badań w dziedzinie zwanej neuroekonomią dowiadujemy się na ten temat coraz więcej. Ich podejście do inwestowania jest zdrowsze i spokojniejsze – i właśnie w ten sposób powinni podchodzić do giełdy wszyscy, zarówno kobiety, jak i mężczyźni.
Interesujący przypadek Islandii
Podczas paniki z 2008 roku zdarzyło się wiele dziwnych rzeczy, ale najdziwniejsze było to, co stało się w maleńkiej Islandii. Kraj liczący zaledwie 300 000 obywateli przekształcił się niemal z dnia nadzień ze skromnej społeczności rybaków w centrum życia finansowego. Byli rybacy handlowali instrumentami pochodnymi, o których większość z nich kilka lat wcześniej nawet nie słyszała. Zadłużenie państwa wymknęło się spod kontroli i w pewnym momencie wynosiło 850 procent produktu krajowego brutto⁹. Nadmierne ryzyko podejmowane przez wojowniczo nastawionych bankierów – w ogromnej większości facetów – prowadziło to małe państwo prostą drogą do bankructwa, co musiałoby się skończyć krachem krajowej waluty i rozwianiem marzeń jego mieszkańców.
Kogo wezwano na ratunek? Tak, kobiety. Islandzkie polityczki, bankierki i kobiety biznesu zabrały się za naprawę chylącej się ku upadkowi gospodarki. Stanowisko premiera objęła kobieta, a inne kobiety o znaczącej pozycji w świecie finansów znalazły chętną do słuchania publiczność wśród domagających się zmian obywateli i obywatelek Islandii.
Jednymi z najbardziej znanych były Halla Tómasdóttir i Kristin Petursdóttir, które w 2007 roku, zanim jeszcze gospodarka zaczęła się sypać, założyły Audur Capital, firmę bazującą na „kobiecych wartościach”, która przetrwała bez większych szkód islandzki kryzys finansowy.
W artykule z lutego 2009 roku¹⁰ Tómasdóttir tak opisywała swój sposób myślenia i wartości przyświecające ich firmie: „Kierowałyśmy się pięcioma typowo kobiecymi wartościami. Po pierwsze, chciałyśmy mieć świadomość ryzyka – nie inwestujemy w coś, czego nie rozumiemy. Po drugie, zarabiamy zgodnie z zasadami – nie bierzemy pod uwagę wyłącznie zysku, lecz także społeczne i środowiskowe oddziaływanie firmy. Po trzecie, uwzględniamy jej kapitał emocjonalny – badamy firmę, przyglądamy się tworzącym ją ludziom i oceniamy, czy jej kultura korporacyjna jest pozycją znajdującą się po stronie zysków, czy strat. Po czwarte, cenimy sobie mówienie wprost – uważamy, że język świata finansów powinien być jasny i zrozumiały. Po piąte, stawiamy na niezależność – chciałybyśmy widzieć wokół siebie coraz więcej kobiet cieszących się finansową niezależnością, ponieważ daje ona wolność bycia kimś, kim chce się być, a także zdolność do obiektywnej oceny sytuacji”.
Historia islandzkich problemów na tym się nie kończy, ponieważ nawiedzały ona kraj jeszcze przez dwa lata. Wydobył się on z nich ostatecznie w trzecim kwartale roku 2010, ale ich echa czasem powracają¹¹.
Na szczęście dla nas wszystkich mamy wspaniały model, którym możemy kierować się w poszukiwaniach właściwego temperamentu inwestora – Warrena Buffetta. Gdy spojrzymy na niego przez pryzmat badań dotyczących męskiego i kobiecego stylu inwestowania, okaże się, że styl Buffetta przypomina bardzo strategie stosowane przez kobiety. Jego temperament, czyli to, co określa go i czyni mistrzem inwestowania, jest, że tak powiem, bardziej kobiecy niż męski.
Jeśli ktoś ma wątpliwości co do wartości jego stylu i usposobienia w porównaniu z podejściem bardziej „macho”, zachęcam do porównania osiąganych przez niego stóp zwrotu z wynikami firm inwestycyjnych z Wall Street zarówno w roku 2008, jak i wcześniej. Buffett jest Buffettem od dziesiątek lat, podczas których budował swoją fortunę, podczas gdy chłopcy z Wall Street w ciągu kilku zaledwie miesięcy stracili znaczną część własnego – i naszego – kapitału. On przez czterdzieści lat regularnie osiągał roczne zyski dwukrotnie wyższe od stopy zwrotu z indeksu S&P 500, oni natomiast niszczyli nasze fundusze emerytalne i naszą gospodarkę.
Nie może być wątpliwości co do tego, które podejście jest bardziej perspektywiczne i mądrzejsze, jeśli chodzi o długoterminowe budowanie bogactwa, i który styl inwestowania w przyszłość jest lepszy dla nas – dla nas _wszystkich_. Nadszedł czas na zmianę. Czas na aktywację naszego kobiecego pierwiastka.
Mówiąc najprościej, czas zacząć inwestować jak dziewczyny, tak jak to robi największy inwestor wszech czasów Warren Buffett.
Oto jak się do tego zabierzemy. Zaczniemy od przejrzenia wyników badań dotyczących inwestujących kobiet. Chyba nie myśleliście, że was to ominie? Potem spędzimy trochę czasu, przyglądając się historii Warrena Buffetta będącego uosobieniem idealnego, bo kobiecego temperamentu inwestycyjnego. Następnie przedstawię wam kilka giełdowych reguł, by pomóc wam w przygotowaniach do inwestowania albo – jeśli już samodzielnie inwestujecie – w poprawieniu dotychczasowych wyników. Na końcu książki znajdziecie dodatki, które zdecydowanie warto przeczytać: wywiady z kilkoma inwestorkami i jednym inwestorem, którzy reprezentują modelowe usposobienie, podsumowanie tego, czego się nauczyliście oraz – dla tych, którzy zechcą uczyć się dalej – listę zalecanych lektur.
Odprężcie się więc, usiądźcie wygodnie, weźcie coś do picia i zaczynajcie. Gdy przeczytacie już książkę, będziecie gotowi do wyrobienia sobie temperamentu, który pomoże wam w giełdowym sukcesie. Będziecie przy tym mieli dużo radości. Buffett każdego ranka przed zabraniem się do pracy stepował. Gdy osiągniecie właściwe usposobienie, też będziecie stepować.
_Dalsza część w wersji pełnej_