Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Warsaw Z. Warszawska Apokalipsa - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 stycznia 2026
20,00
2000 pkt
punktów Virtualo

Warsaw Z. Warszawska Apokalipsa - ebook

Impreza się skończyła. Warszawa umiera. Marek, zwykły facet z korpo, zalicza nudną imprezę w kamienicy na Poznańskiej. Jego największym marzeniem jest powrót pierwszym metrem na daleki Służewiec, gdzie zostawił samochód. Poniedziałkowy poranek nie przynosi kaca, lecz koniec świata. Ulica zmienia się w arenę krwawej rzezi, a telewizja w stek kłamstw. Gdy w mieszkaniu kończy się jedzenie, mężczyzna wie, że dalsze czekanie to wyrok. Uzbrojony w prowizoryczną włócznię, wkracza w piekło. To nie jest ucieczka – to brutalna, ulica po ulicy, walka o przetrwanie. Od ostrzału wojska na rondzie, przez spotkanie ze znanym celebrytą, po makabryczną pułapkę w biurowcu. Na swojej drodze na południe miasta napotka niebezpieczeństwa, które wywrócą jego świat do góry nogami.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 242 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

TA OSTATNIA NIEDZIELA

Powietrze w mieszkaniu na czwartym piętrze w kamienicy przy Poznańskiej w Warszawie nasycone było mieszaniną ostrych zapachów i nachalnych dźwięków. Wąskie smugi dymu snuły się gdzieniegdzie. Ktoś z obecnych wciąż palił oryginalne tytoniowe papierosy. Ktoś inny, spośród kilkunastu osób obecnych na imprezie, najwyraźniej wolał te elektroniczne, bo i ów zapach dało się wyraźnie odróżnić od pozostałych. Jednak dominującą była woń starego, dużego mieszkania w star ym domu . Nie był go w stanie przebić nawet przybierający na sile odór taniego wina z popularnego dyskontu, rozlanego przypadkiem na dywanie przykrywającym podłogę w salonie. Brunatna kałuża utworzyła już sporą plamę, która skojarzyła się Markowi z mapą Australii. Wokół niej, na podłodze siedziało kilka osób, śmiejąc się i przekrzykując. Grali w jakąś grę towarzyską, której zasad Marek nie miał ochoty nawet poznać. Mężczyzna patrzył z niepokojem na rzędy pustych, półpełnych i pełnych butelek z piwem, winem i wódką, a także licznych kufli i szklanek zalegających niebezpiecznie blisko krawędzi stołu, parapetu i komody. Zawsze miał ten sam lęk, fobię , że któraś z nich wreszcie spadnie, potłucze się, zaś płyn rozleje i zrobi kolejną plamę – tak jak ta na dywanie. W kuchni również słychać było podekscytowane głosy. Była niedziela, minęła północ. Impreza, zorganizowana z okazji urodzin Piotra, znajomego z pracy, powoli wchodziła w beztroski i hałaśliwy etap.

Marek, chcąc oderwać się od gwaru, przecisnął się między siedzącymi na podłodze gośćmi i stanął przy dużym oknie wychodzącym na ulicę. Oparł czoło o chłodną szybę wpatrując się w noc. Na zewnątrz panowała cisza miasta, które dopiero będzie szykowało się na kolejny roboczy tydzień. Za trzy, cztery godziny ruszą pierwsze tramwaje i autobusy, potem śmieciarki, a na końcu samochody ludzi spieszących do pracy.

Wzrok mężczyzny błądził bezwiednie wzdłuż linii latarni, ale jego myśli krążyły gdzie indziej. Oczami wyobraźni był już na Domaniewskiej, na jednym z parking ów przy którymś z licznych biurowców . Tam stał jego stary, wysłużony Golf III, którym zwykle dojeżdżał do pracy. Półtora roku w Warszawie, a on wciąż czuł się jak intruz. Wrodzona oszczędność, wyniesiona z rodzinnego domu sprawiała, że za wszelką cenę unikał stref płatnego parkowania, nawet j eśli w weekendy i w nocy nie obowiązywały . Pozostawianie auta na dalekim Mokotowie i planowana podróż na miejsce pierwszym metrem po czwartej nad ranem, wydawały się logicznym, choć uciążliwym posunięciem. Westchnął, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Niemal trzydziestoletni kawaler z prowincji, w t-shircie i flanelowej koszuli. Widział u siebie pierwsze oznaki męczącego życia wagabundy. Częste dojazdy do biura także odciskały swoje piętno, rzeźbiąc worki pod oczami i formując drugi podbródek – efekt niezdrowego, szybkiego jedzenia. Tęsknota za przestrzenią prowincji mieszała się z lekkim kacem, który czuł już w skroniach. Czy zdąży wytrzeźwieć na tyle, aby bezpiecznie dojechać do domu? A może prześpi się w aucie do dziewiątej i jutro będzie pracował w biurze? Ten wybór dawała mu praca hybrydowa, którą obecnie wykonywał.

Nagły wybuch śmiechu odwrócił jego uwagę. Za jego plecami, na rozkładanej sofie, siedział solenizant, Piotrek, z samodzielnie skręconym papierosem między palcami. Zaciągnął się głęboko, a twarz rozjaśnił mu szeroki, szczery uśmiech.

– A to znacie? Przychodzi facet do burdelu i mówi, że chciał panienkę. Kilka się pojawiło. …ale ja biję, mówi on. Mocno? Pytają laski… – budował napięcie.

Marek uśmiechnął się mimowolnie. Piotrek miał dar do opowiadania dowcipów. I zawsze znajdował odpowiedni do sytuacji. Tymczasem przez otwarte drzwi do kuchni, przy stole zapełnionym pustymi pudełkami po pizzy, widać było Kaśkę, stojącą razem ze swoim bratem, Jarkiem. Przytuleni do siebie, przeglądali wspólnie zdjęcia na ekranie smartfona, chichocząc cicho. Kasia, rudowłosa partnerka Piotra , pokazywała coś, a Jarek, wysoki facet w okularach, kręcił głową z udawanym zniesmaczeniem. Scenka była taka zwyczajna, tak bezpieczna. Marek odwrócił wzrok z powrotem na ulicę, czując nieokreślony niepokój, który nie miał wyraźnego źródła. Może to tylko zmęczenie, a może pomieszane wino z piwem. Mężczyzna postanowił zdrzemnąć się gdzieś do świtu. Ruszył w głąb korytarza. Zauważył, że oszklone drzwi do jednego z pokoi, kuszą ciemnością. Zbliżył się do nich z nadzieją znalezienia przytulnego zakątka. Nacisnął klamkę, ale drzwi nie ustąpiły. Były zamknięte. Dopiero wtedy jego ucho wyłapało dochodzące ze środka ciche jęki i towarzyszące im sapanie. No tak, jakaś parka okupowała lokal i zapewne prędko go nie zwolni.

Z kolejnego pokoju, który na tę noc stał się magazynem kurtek i dodatkowym barem, dobiegał przytłumiony głos. Marek wszedł do środka i pozdrowił skinieniem kolejną grupkę gawędzących, obcych mu osób. Na dużym, plazmowym telewizorze widoczny był program którejś z licznych, nadających na okrągło, stacji informacyjnych. Ekran prezentował krótkie migawki: rozmyty tłum na jakimś placu, rozbita witryna sklepu odzieżowego, policyjne auta z migającymi kogutami. Kamera przeskoczyła do studia, gdzie zmęczony prezenter w nieświeżej koszuli czytał z telepromptera: „...ponawiamy apel do mieszkańców o unikanie centrum miasta w związku z trwającymi incydentami. Służby pracują nad opanowaniem sytuacji. Prosimy o spokój...”. Głos brzmiał mechanicznie, a pod oczami prezentera widać było cienie. Na ekranie pojawiło się też zdjęcie jakiegoś budynku, może szpitala, ale jakość była bardzo zła. Przekaz wydawał się nierealny, jakby z kosmosu.

„ Ciekawe, w którym kraju mają taki kocioł? Zawsze gdzieś coś się dzieje. Dobrze, że tu mamy względny spokój” – pomyślał Marek. Z zamyślenia wyrwał go jakiś zniecie rpliwiony głos.

– Ale nuda! Daj coś wesołego! – ktoś zawołał. Osoba leżąca na podłodze sięgnęła po pilota i zmieniła kanał. Na ekranie rozbłysły jasne kolory i dźwięk żywiołowej muzyki. Po chwili zastąpiła ją komedia romantyczna, w której nieznana nikomu, amerykańska aktorka śmiała się histerycznie z kiepskiego żartu. Dźwięk całkowicie zagłuszył resztki powagi, którą można było wyczuć w poprzedniej wiadomości. Nikt nie protestował. Ktoś nawet zaczął oglądać film, komentując głupotę dialogów. Marek przestał słuchać. Jego niepokój, chwilowo podsycony przez sceny z TV, rozproszyły smak drinka oraz atmosfera trwającej imprezy.

W rócił do salonu. Nalał sobie kolejnego, tym razem już bezalkoholowego drinka z mieszaniny soku i coli. Zagryzł chipsem o smaku papryki, który rozpuścił się w ustach na tłustą masę. Postanowił, że najpóźniej o czwartej, kiedy impreza na pewno już się skończy lub wejdzie w stan wegetatywny, wymknie się cicho. Nie będzie się żegnał, żeby nie robić zamieszania. Zejdzie na dół, przejdzie kilkaset metrów do stacji metra w Centrum, wsiądzie w prawie pusty o tej porze skład. Wysiądzie na stacji Służew, a stamtąd zostanie mu już tylko krótki spacer do auta. Być może prześpi się chwilę na tylnej kanapie, zanim o siódmej trzeba będzie stawić się w biurze przy Wilczej, w korporacyjnym open-space’ie. A może podejmie decyzję, że jednak zdalnie? Plan miał w sobie coś z dziecięcej przygody, ale też upokarzającej, prowincjonalnej pazerności. Mężczyzna wzdrygnął się na tę myśl. To jego wrodzona oszczędność kazała szukać darmowego parkingu, kombinować. W domu, na prowincji, zawsze liczyła się każda złotówka. Tu, w Warszawie, ta zasada wydawała się często głupia i nie na miejscu. Koledzy, pracujący w biurowcach z betonu i szkła, śmiali się, gdy mówił, że nie parkuje pod biurem.

– Co ty, ze wsi jesteś? – pytał jeden czy drugi. A on czuł, że w głębi duszy wciąż był prowincjuszem. I właśnie teraz, gdy tak stał pośród rozbawionych ludzi na imprezie w centrum miasta z drinkiem w ręce, uznał nagle, że pomysł zaparkowania na drugim końcu miasta, był karykaturalny i żałosny. Z drugiej jednak strony, był przecież niepodważalnie praktyczny. Natury nie da się oszukać. Po co płacić, skoro można za darmo? Uśmiechnął się gorzko do siebie. Był dziwakiem. Ale przynajmniej oszczędnym dziwakiem.

Nie miał pojęcia, że właśnie żyje ostatnimi godzinami starego, znanego świata. Że za kilkanaście godzin to mieszkanie stanie się pułapką, a ulice miasta korytarzem z koszmaru. Jego prowincjonalna oszczędność, ta głupia decyzja o parkingu na Służewcu, która teraz wydawała się małym, wstydliwym kompromisem, za chwilę stanie się jedynym celem, jedynym punktem odniesienia w rozpadającej się rzeczywistości. Decyzją, która zdefiniuje jego szanse na przeżycie. Na razie jednak wiedział tylko, że jest zmęczony, ma lekki ból głowy i że za dwie godziny powinien już zbierać się do wyjścia. Zdecydował, że przycupnie gdzieś w kącie i przeczeka wolno płynące minuty. Nawet nie zauważył, kiedy zapadł w sen.

------------------------------------------------------------------------PIEKŁO PORANKA

Ze snu wyrwał go jakiś dźwięk, daleki lecz dziwnie znajomy. Odległe, przytłumione „bum”, którego echo rozpłynęło się wśród kamienic. Chwilę później drugi, bliższy, nieco wyraźniejszy – suchy, ostry trzask, który nie miał w sobie nic z sylwestrowych petard. Marek, nie otwierając oczu, wcisnął twarz w szorstki materiał dywanu, próbując zignorować hałas. Potem przyszła seria… tra-ta-ta-ta-ta – szybka, rytmiczna, metaliczna. Nie, zdecydowanie nie były to jednak fajerwerki. Nie o tej porze roku!

Marek miał za sobą, zorganizowane przed laty przez rząd, szkolenie na strzelnicy. Potrafił więc odróżnić karabin maszynowy od zwykłych rac. Dźwięk był zbyt charakterystyczny. Jego mózg, dopiero co spowity senną mgłą, zaczął pośpiesznie wracać do rzeczywistości. Budzik? Koszmar? Jakiś film w telewizji? Przetarł twarz rękawem. W nozdrza wwiercał się swąd taniego wina i mokrego kurzu. Mężczyzna otworzył oczy. Leżał na podłodze w salonie, zwinięty w kłębek, z plecami opartymi o sofę. Głowa pulsowała mu jednostajnym, na szczęście lekkim bólem zarwanej nocy, zaś język przywarł do podniebienia niczym zeschnięty plaster sera. Kolejna, urywana seria strzałów, dobiegająca z bardzo daleka, z zewnątrz, nieodwołalnie potwierdziła, że to nie sen i nie telewizja.

Marek rozejrzał się jeszcze raz, tym razem nieco przytomniej. Światło dzienne, szare i nieprzyjemne, wdzierało się przez sporą szczelinę między zasłonami. W pokoju panował wciąż lekki półmrok. Na sofie chrapał ktoś przykryty kurtką. W powietrzu unosił się zapach petów, potu i kwaśnego piwa. Marek postanowił się podnieść, gdy do jego uszu dotarł nowy dźwięk – przeciągły, modulowany ryk syreny. Dźwięk narastał i opadał , znów narastał i znów opadał , wypełniając całą przestrzeń za oknem. To był dźwięk, który znał z filmów wojennych lub katastroficznych oraz nielicznych ćwiczeń obrony cywilnej. Zamarł w oczekiwaniu. Wtedy usłyszał także ciche: „Ożesz, kurwa…”.

Szept był tak pełen nagłej, surowej grozy, że Marek natychmiast wytrzeźwiał i zerwał się na nogi. Przy oknie, stał Jarek. Jego sylwetka była sztywna, a jego twarz była oświetlona światłem poranka. Patrzył w dół na ulicę. I był blady. Stał tak, z otwartymi ustami, niczym grecki posąg z marmuru.

Marek ruszył w jego kierunku, potykając się o pustą butelkę. Szarpnął zasłony, odsłaniając okno. Kolega nie odwrócił się, nie zareagował. Marek wyjrzał na zewnątrz. Była godzina 8:47. Ulica Poznańska, zwykle o tej porze pełna już ludzi spieszących do pracy, wyglądała zgoła inaczej. Kilka samochodów stało krzywo, blokując przejazd. Jeden wbił się w słup ogłoszeniowy. Ale nie to przykuwało uwagę. Na środku jezdni, między bezładnie stojącymi autami, działo się coś niewyobrażalnego. Jakiś mężczyzna w ciemnym, porządnym garniturze, może pięćdziesięcioletni, trzymał w uścisku młodą kobietę w jasnym płaszczu. Zdawało się, że całuje ją namiętnie, intymnie. Głowę wtulał w jej szyję, a jego ramiona kurczowo obejmowały jej tors. Kobieta szarpała się konwulsyjnie, bijąc bezsilnie rękami po jego plecach. Marek zobaczył, jak mężczyzna odrzuca głowę w tył, a jego podbródek i ubranie gwałtownie pokrywają się szkarłatem. Wtedy ona wydała z siebie krótki, urywany pisk, dźwięk tak czysty i pełen przerażenia, że przeniknął przez szybę, niczym pocisk. Pisk urwał się jednak nagle, zamieniając w charczący bulgot. Jej ciało osunęło się zemdlone, ale mężczyzna nie puścił. Przytrzymywał je, kiedy kończyny ofiary zaczęły drgać w szybkich, nieskoordynowanych spazmach, jak u porażonego prądem królika.

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij