Warszawski trójkąt - ebook
Kiedy granice między przyjaźnią, pożądaniem a zdradą zacierają się bezpowrotnie, Warszawa staje się areną emocjonalnego trzęsienia ziemi. Marta i Kasia, wieloletnie przyjaciółki z Mazur, zaczynają wspólne życie w warszawskiej kawalerce. Dla Kasi to początek studiów i szansa na ucieczkę od przeszłości. Dla Marty – konfrontacja z własnymi demonami, skrywanym sekretem z wakacji i rodzącym się, zakazanym uczuciem do własnej przyjaciółki. Ich relacja, z początku przypominająca siostrzaną więź, szybko wymyka się spod kontroli, przeradzając się w intensywny, magnetyczny układ. Jednak w sercu stolicy, w cieniu betonowych osiedli i neonów, pojawia się intruz – Adam. Ten, który wciąga obie dziewczyny w niebezpieczną grę opartą na dominacji, manipulacji i fizycznym zatraceniu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Październikowy poranek w Warszawie witał studentów z prowincji chłodem, który przeszywał na wskroś, ale Kasia nie zamierzała czekać na łaskę miejskich sieci ciepłowniczych. Jeszcze przed wyjazdem z Mazur trzymałyśmy stały kontakt – pisałyśmy do siebie niemal codziennie, a jej podekscytowanie połączone z lękiem przed wielkim miastem rosło z każdą godziną. Kiedy więc jej akademik na Woli okazał się lodówką z niedziałającymi kaloryferami, Kasia nie czekała ani chwili. Jeszcze w pierwszy weekend po rozpoczęciu zajęć chwyciła za telefon, bombardując mnie wiadomościami: „Marta, zamarznę tu żywcem! Grzejniki w pokoju to jakaś fikcja, lodowato jak w piwnicy!”. Odpisałam natychmiast, kategorycznie nakazując jej pakowanie walizek i przeprowadzkę na moją kanapę, dopóki administracja nie ogarnie bałaganu w akademiku. I tak oto Kasia, z dwiema wypchanymi torbami i całą masą domowych słoików, wylądowała w progu mych drzwi na Woli, gdzie mieściła się moja mikroskopijna kawalerka. Kiedy stanęła w progu – w mojej małej warszawskiej klitce – z dwiema wypchanymi walizkami i torbą pełną słoików, poczułam w żołądku dziwne, gęste ukłucie. To była ta sama Kasia, moja wieloletnia przyjaciółka, a zarazem żywy pomnik przeszłości. Ostatnie tygodnie lata w Siedlisku wypaliły we mnie ślad, którego noszenie w jej obecności stawało się z dnia na dzień trudniejsze. Każdy jej uśmiech, każde niewinne spojrzenie przypominało mi o tym, jak bezwstydnie zdradzałam ją w mazurskich ostępach z jej tatą. Ale teraz, w miejskiej dżungli, miałyśmy zacząć nowy rozdział.
– Boże, Marta, ale tu ciasno! – zaśmiała się Kasia, rzucając torby na podłogę i rozglądając się po moim małym pokoju połączonym z aneksem kuchennym. – Ale przynajmniej czuję ciepło. W tym akademiku to autentycznie myślałam, że dostanę zapalenia płuc, grzejniki to tam na razie tylko ozdoba, pisałam ci przecież!
Pomogłam jej wnieść i rozpakować resztę rzeczy. Pachniała mazurskim powietrzem, łąkami i czymś swojskim, co na chwilę przywróciło mi wspomnienia sprzed ery Marka.
– Wiem, wiem, dobrze, że przyjechałaś – odparłam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie, choć serce biło mi jak szalone. – Rozgość się. Cieszę się, że tu jesteś. Warszawa cię pochłonie, ale to fajne miasto. Wiem, że na początku będzie ciężko z tymi studiami i psychologią, ale dasz radę.
Kasia rzuciła się na moją kanapę, wzdychając głęboko z ulgą.
– Martwię się trochę. Ta psychologia to nie przelewki, a to miasto mnie przytłacza… Wiesz, czuję się trochę jak słońce w szklanej klatce. Ale dobrze, że mam ciebie.
Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu. W powietrzu wisiało niewypowiedziane napięcie: ona – pełna nadziei i naiwności studentka z prowincji, a ja – kobieta, która przekroczyła wszystkie możliwe granice i teraz dusiła się pod ciężarem własnego sekretu. Próbując odgonić myśli o lodowato niebieskich oczach Marka, odezwałam się w końcu:
– Słuchaj, musisz się rozpakować i zadomowić. Może wieczorem wyskoczymy gdzieś na miasto? Pokażę ci, jak się bawią warszawskie studentki?
Kasia ożywiła się natychmiast.
– Jasne! Ale najpierw… mam dla ciebie coś specjalnego.
Podeszła do jednej z walizek i wyjęła z niej paczkę owiniętą w szary papier. Otworzyłam ją ostrożnie. W środku był gruby, ręcznie robiony sweter z wełny i kilka słoików z dżemem jagodowym, który tak uwielbiałam.
Zamarłam. Patrzyłam na ten sweter, na te słoiki, a w głowie stanął mi obraz starej stodoły, kłującego siana i zapachu dymu z kominka. To wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. W oczach stanęły mi łzy, ale tym razem nie z rozkoszy, tylko z bólu i tęsknoty, której nie powinnam czuć.
– Dziękuję… – wyszeptałam, przytulając Kasię mocno. Pachniała teraz nie tylko Mazurami, ale też moją winą.
Wieczór spędziłyśmy w gwarnym barze w centrum. Kasia była zachwycona, ja – przytłoczona alkoholem i głośną muzyką. Opowiadała o swoich planach na studia, o współlokatorach i tęsknocie za domem. Ja udawałam, że słucham, kiwałam głową, sącząc drinka za drinkiem, byle tylko zagłuszyć wewnętrzny głos, który szeptał mi prosto do ucha: „To teraz ty jesteś jej przewodniczką po dorosłości, Marta… Ale czy masz do tego prawo?”.
Wracając nad ranem taksówką do domu, Kasia zasnęła mi na ramieniu. Patrzyłam na nią przez okno, odbijając się w neonowych światłach Warszawy. Czułam się stara, zmęczona i brudna. Ta Kasia, którą znałam z Mazur, odeszła gdzieś w siną dal, a ta nowa, warszawska Kasia była niewinną ofiarą, która nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak blisko była ognia.
Kiedy Kasia zasnęła na kanapie, a w mieszkaniu zapanowała głęboka, nocna cisza przerywana jedynie miarowym szumem miejskiego ruchu za oknem, nie potrafiłam zmrużyć oczu. Wstałam po cichu, narzuciłam na ramiona cienki szlafrok i z kubkiem gorącej herbaty w dłoni usiadłam na parapecie, wpatrując się w rozświetlone neonami ulice Woli. Moje własne życie w Warszawie miało zupełnie inny rytm niż to, z czym mierzyła się Kasia. Jako studentka warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego (AWF) żyłam w świecie nieustającego ruchu, potu, zakwasów, anatomii i fizycznej walki z własnymi słabościami. Mój dzień zaczynał się świtem od treningów na sali gimnastycznej, basenu albo biegu po parku, a kończył wieczornym wycieńczeniem, w którym mięśnie paliły głębokim, dającym satysfakcję bólem. Te studia uczyły mnie odporności, dyscypliny i polegania wyłącznie na sile własnych ramion.
A jednak ta fizyczna siła, którą tak pieczołowicie budowałam na AWF-ie, wydawała się nagle bezużyteczna wobec chaosu, jaki zapanował w mojej głowie.
Patrzyłam na śpiącą w pokoju Kasię i czułam narastającą falę przytłaczającej odpowiedzialności. Wiedziałam, jak bardzo będę chciała jej pomóc – z każdym dniem, z każdą jej łzą nad podręcznikami do psychologii, z każdym momentem, w którym wielkie miasto przytłoczy ją swoim bezwzględnym tempem. Chciałam być dla niej oparciem, tarczą przed brutalnością stolicy, bezpieczną przystanią, w której mogłaby schować się przed całym tym zgiełkiem. Ale ta chęć pomocy była zatruta od środka. Każdy mój gest opiekuńczości, każdy ciepły uśmiech i słowo otuchy dusiły mnie, przypominając o podwójnym życiu, które prowadziłam. Jak mogłam uczyć ją dorosłego życia i chronić przed światem, skoro sama nosiłam w sobie pamięć o tamtej stodole, o nagrzanej furgonetce i o potężnym, bezwzględnym ciele Marka, które rozorało moją moralność doszczętnie?
Z jednej strony pragnęłam ją chronić jak starsza siostra, otoczyć troską i sprawić, by jej warszawski start był prostszy i bezpieczniejszy niż mój własny. Z drugiej strony czułam się jak oszustka, potwór w ludzkiej skórze, który wpuścił wilka do własnego domu. Słysząc, jak Kasia przez sen cicho wzdycha, wtulona w poduszkę, zacisnęłam palce na kubku tak mocno, aż pobielały mi kostki. Pomogę jej – przysięgłam sobie w duchu, wpatrując się w czarne niebo nad Warszawą. Przeprowadzę ją przez te studia, dam dach nad głową, uchronię przed każdym rozczarowaniem, choćby miało mnie to kosztować całą energię. Zrobię to nie tylko z miłości do przyjaciółki, ale też jako cichą, desperacką pokutę za wszystko to, co stało się latem na Mazurach.CHAPTER 2
Poranne światło w warszawskiej kawalerce sączyło się powoli przez gęste, ciężkie zasłony, rozpraszając resztki nocnej szarości i rysując na podłodze blady, złoty pas. Zegar na mikrofalówce pokazywał wczesną porę, kiedy miarowy szum miejskiego ruchu za oknem zaczął mieszać się z odgłosami poranka wewnątrz mieszkania. W pewnym momencie ciszę przerwał cichy, metaliczny trzask zamka, a drzwi od łazienki uchyliły się z głuchym skrzypieniem. W progu stanęła Kasia. Zaspana, z roztrzepanymi po nocnym odpoczynku, ciemnymi lokami opadającymi luźno na ramiona i policzkami zaróżowionymi od ciepłej pary wodnej, nie przejmowała się absolutnie niczym. Dla niej – po latach wspólnych wyjazdów, przyzwyczajeń i nierozerwalnej przyjaźni – nie było w tym widoku nic krępującego. Traktowała mnie jak najbliższą kumpelę, drugą połówkę tego samego świata, przed którą nie trzeba było zasłaniać się ubraniem ani odruchowym gestem wstydliwości.
Dla mnie jednak ten jeden, z pozoru prozaiczny moment stał się trzęsieniem ziemi, które w ułamku sekundy wywróciło do góry nogami cały mój poranek, zmysły i dotychczasowy porządek myśli.
W przeciwieństwie do mojego ciała – uformowanego przez lata ciężkich, wyczerpujących treningów na Akademii Wychowania Fizycznego, o twardych, nabitych mięśniach, mocnych plecach i szerokich barkach, które nosiły ślady sportowej dyscypliny i walki z własną słabością – sylwetka Kasi była uderzająco drobna, wręcz filigranowa, a zarazem niewypowiedzianie zmysłowa. Stała tam całkowicie obnażona, wystawiona na dzienne światło, a jej skóra miała delikatny, porcelanowy odcień, niemal przejrzysty w chłodnym porannym powietrzu. Jej ramiona były wąskie, obojczyki subtelnie zarysowane jak rzeźbione w kości słoniowej, a talia układała się w miękką, bezwstydną linię, która płynnie przechodziła w krągłość bioder.
Wbiłam wzrok w jej pierś, nie potrafiąc, a przede wszystkim nie mogąc oderwać oczu. Jej piersi były średniej wielkości, idealnie proporcjonalne do drobnej budowy ciała, o miękkich, krągłych łukach i sterczących, ciemnoróżowych sutkach, które pod wpływem chłodu panującego w pokoju reagowały delikatnym drżeniem. Każdy jej oddech sprawiał, że klatka piersiowa unosiła się i opadała w hipnotyzującym rytmie. Nogi miała szczupłe, gładkie, o liniach pozbawionych jakiejkolwiek skazy. Cała jej postawa emanowała naturalną, całkowicie nieświadomą swojej siły kobiecością. Nie było w tym ani grama tej drapieżnej, brutalnej dominacji, jakiej zaznałam ze strony Marka w mazurskich ostępach – to było coś zupełnie innego. Czysta, bezbronna miękkość, która wnikała pod skórę i paraliżowała od środka.
W mojej głowie zakotłowało się od gwałtownych, chaotycznych myśli. Serce uderzyło mi w klatce piersiowej z ogłuszającą siłą, a w ustach natychmiast wyschło. Pamięć błyskawicznie podsunęła mi tamten zapomniany epizod z pierwszego roku studiów, kiedy miałam krótki, eksperymentalny romans z dziewczyną. Wtedy wydawało mi się to przelotnym kaprysem, młodzieńczym szaleństwem, ciekawostką bez większego znaczenia. Teraz, patrząc na stojącą przede mną nagą przyjaciółkę, zrozumiałam z całą brutalną wyrazistością, że relacja z kobietą to coś zupełnie innego niż wszystko, co znałam z kontaktów z facetami. Z mężczyznami – nawet z takimi jak Marek – wszystko opierało się na tarciu, bólu, fizycznej przewadze i zwierzęcym akcie podporządkowania. Tutaj, w tej delikatnej, drobnej materii, kryła się inna galaktyka doznań. Dotyk kobiety musiał być aksamitny, ciepły, oparty na subtelnym badaniu każdej linii ciała, na szeptach i drżeniach, które nie miały nic wspólnego z brutalnym rżnięciem na kłującym sianie czy pod lodowatym strumieniem prysznica.
– Ale w tej twojej łazience rano to autentycznie lodówka, Marta… Chyba muszę w końcu rozkręcić te kaloryfery na maksa, bo zamarznę na kość – rzuciła luźno Kasia, przeciągając się leniwie, a jej ręce powędrowały wysoko w górę, napinając mięśnie brzucha i eksponując jeszcze wyraźniej linię jej drobnego ciała.
Nie zauważyła mojego milczenia, nie dostrzegła tego, że stoję w bezruchu jak sparaliżowana, z kubkiem w dłoni, wpatrzona w nią jak w obrazek. Dla niej bycie nagą przed własną przyjaciółką było najprostszą, najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
A we mnie wrzało. Przez moje ciało przetoczyła się fala gorąca, która w niczym nie ustępowała tamtym mazurskim uniesieniom, a jednak miała zupełnie nową, mroczniejszą i bardziej intymną barwę. Poczułam, jak moje palce drżą na ceramice kubka, a w podbrzuszu rodzi się pulsujące, palące pragnienie. Nie chciałam już tylko chronić Kasi jako starsza siostra czy pomagać jej w warszawskich zmaganiach z psychologią. Nagle, w tym porannym świetle, zapragnęłam czegoś niewyobrażalnego. Zapragnęłam podejść do niej, położyć dłoń na tej wąskiej talii, dotknąć jej porcelanowej skóry, poczuć pod palcami drżenie jej mięśni i sprawić, by te usta, które przed chwilą swobodnie żartowały, wyszeptały moje imię w zupełnie innym kontekście.
Świadomość tego, co właśnie poczułam do własnej przyjaciółki – do dziewczyny, którą powinnam chronić przed złem tego świata, a której sama stawałam się zagrożeniem – uderzyła mnie z siłą obuchem w głowę. Moje własne myśli przerażały mnie, a zarazem uzależniały z każdą sekundą silniej. Mazurski ogień nie ugasł wraz z moim powrotem do stolicy; on po prostu zmienił obiekt swoich płomieni, przenosząc się z brutalnych ramion Marka wprost na tę delikatną, nagą skórę, która stała ode mnie o zaledwie kilka kroków.
Kasia powoli opuściła ręce, w końcu zauważając, że stoję wpatrzona w nią jak w tęczę. Przez chwilę patrzyła na mnie z lekkim, zaskoczonym uśmiechem, po czym podeszła bliżej, zupełnie niekrępująca się swoją nagością.
– Słuchaj, Marta… muszę ci się do czegoś przyznać, ale obiecaj, że nie będziesz się śmiać – powiedziała, opierając się luźno biodrem o blat aneksu kuchennego, tuż obok mnie. – Rozstałam się z Wojtkiem. Koniec, kropka. Spakowałam jego rzeczy jeszcze wczoraj wieczorem, zanim do ciebie przyjechałam.
Podniosłam wzrok znad kubka z herbatą, starając się ze wszystkich sił ukryć nagie bicie serca i dziwne, piekące ukłucie w klatce piersiowej, które wywołały jej słowa. Bliskość jej nagiego ciała działała na moje zmysły jak narkotyk.
– Serdecznie współczuję, Kasiu, chociaż… szczerze mówiąc, to chyba wisiało w powietrzu od dłuższego czasu – odparłam, starając się, by mój głos brzmiał jako tako naturalnie, choć w głowie huczało mi od myśli o każdym calu jej skóry. – Jak się trzymasz w ogóle? Nie żałujesz?
Kasia machnęła lekceważąco ręką, a jej pierś poruszyła się przy tym geście w sposób, od którego zakręciło mi się w głowie.
– W sumie to czuję dziwną ulgę, Marta. Najgorsze jest to, że mam teraz absolutnie dość facetów. Na samą myśl o jakimkolwiek zazdrosnym, roszczeniowym draniu robi mi się niedobrze. Chyba na jakiś czas zamknę ten rozdział raz na zawsze. Wiesz co? – Zaśmiała się krótko, przewracając oczami i krzyżując ręce pod biustem, co jeszcze mocniej wypchnęło do przodu jej kształtne piersi. – Chyba z tej rozpaczy przerzucę się na dziewczyny, co myślisz? Podobno są o wiele bardziej wyrozumiałe i przynajmniej wiedzą, czego kobiecie potrzeba!
Na te słowa po moim kręgosłupie przeszła gwałtowna, parząca fala dreszczy. Pociągnęłam nerwowo głęboki łyk gorącej herbaty, czując, jak w ustach zasycha mi doszczętnie, a żart Kasi trafia we mnie z siłą realnej propozycji.
– Kto wie… może wcale nie byłby to taki zły pomysł, Kasiu – wykrztusiłam z chwiejnym, napiętym uśmiechem, który miał wyglądać na czysty dystans, choć każde włókno mojego ciała drżało z ukrytego pożądania. – Czasem kobiece towarzystwo potrafi być o wiele bardziej skomplikowane, ale przynajmniej szczerze. Choć wątpię, żebyś mówiła poważnie.
Kasia posłała mi ciepłe, figlarne spojrzenie, w którym nie było krztyny skrępowania.
– Kto wie, kto wie… człowiek na studiach musi eksperymentować, nie? – mrugnęła do mnie żartobliwie, po czym wzdrygnęła się lekko od chłodu. – Ale na razie musimy chyba zająć się czymś bardziej przyziemnym niż moje podboje miłosne. Powiedz mi, bo zamęczę się tą nauką: co robimy w tę sobotę? Masz jakieś plany, czy zamierzasz zakopać się ze mną pod kołdrą, pić wino i płakać nad moim przegranym życiem uczuciowym?
Odłożyłam kubek na blat z taką siłą, aż ceramika zadźwięczała. Musiałam przenieść wzrok na jej twarz, żeby nie utonąć spojrzeniem niżej.
– O nie, żadnego zakopywania się pod kołdrą na smutki! Skoro już mieszkam z tobą i wprowadziłaś się do mojej warszawskiej klitki, to musimy to porządnie uczcić – powiedziała, odzyskując wigor. – Myślałam, żeby odsypiać ten cały stres do południa, a potem skoczyć na jakieś porządne zakupy do galerii w centrum, bo mówiłaś, że nie masz w co się ubrać na zajęcia z psychologii.
– Zakupy brzmią nieźle, chociaż pewnie znów utkniemy w sklepie i będę musiała patrzeć, jak przymierzasz połowę sklepu – pokiwałam głową, w duchu analizując, jak to by było dotykać jej ramion w przymierzalni. – A wieczorem? Planujesz jakąś dziką imprezę w akademiku u znajomych, żeby ostatecznie dobić Wojtka, czy wolisz spokojniejszy, babski wieczór u mnie z butelką dobrego wina i filmem?
– O, zdecydowanie wolę tę drugą opcję z winem i świętym spokojem u ciebie! – Kasia uśmiechnęła się szeroko, robiąc krok w moją stronę i dotykając lekko mojego ramienia swoim nagim, ciepłym ramieniem. Od tego kontaktu przeszedł mnie gorący prąd. – Kupimy jakieś czerwone, półwytrawne, zamówimy wielką pizzę z podwójnym serem i będziemy plotkować o wszystkim. Tylko Ty i ja, bez żadnych facetów, dram i durnych sms-ów w tle. Pasuje ci taki plan na sobotę?
Spojrzałam jej prosto w oczy, czując, jak mazurski ogień, który dotąd tlił się gdzieś w bezpiecznym oddaleniu, wybucha na nowo, obejmując całą moją duszę i ciało.
– Pasuje idealnie, Kasiu… – odpowiedziałam cicho, niemal szeptem, patrząc na jej rozchylone w uśmiechu usta. – Plan na sobotę jest absolutnie idealny.
Sobotnie popołudnie przywitało nas tłumem i zgiełkiem warszawskiej galerii handlowej. Po porannych przygotowaniach i szybkim śniadaniu weszłyśmy w wir klimatyzowanych korytarzy, oświetlonych jaskrawym blaskiem neonów i witryn sklepowych. Kasia, po wczorajszych rozmowach o rozstaniu z Wojtkiem, wyglądała niesamowicie – na jej twarzy gościł lekki, wyzwoleńczy uśmiech, a luźny, czarny t-shirt i dżinsy podkreślały jej drobną, zmysłową sylwetkę. Dla niej to wyjście miało być nowym startem, symbolicznym oczyszczeniem po zamknięciu starego rozdziału. Dla mnie każda sekunda spędzona tuż obok niej, w zapachu perfum i szumie ludzkich głosów, była nieustającą próbą nerwów.
– Marta, zobacz na tę wystawę! Przecież ta sukienka to jakiś obłęd! Muszę ją przymierzyć, chodź natychmiast! – rzuciła podekscytowana Kasia, łapiąc mnie nagle za rękę i ciągnąc w stronę luksusowego butiku z odzieżą damską.
Zanim zdążyłam zaprotestować, zostałyśmy pochłonięte przez labirynt wieszaków uginających się pod ciężarem jedwabi, koronek i zwiewnych materiałów. Obsługa sklepu niemal natychmiast wskazała nam wolną kabinę z wielkim, podświetlanym lustrem otoczonym żarówkami w stylu glamour.