-
nowość
-
promocja
Wdowy z wyboru - ebook
Wdowy z wyboru - ebook
Nic nie jest na zawsze. Zwłaszcza związek.
Co się może wydarzyć, gdy radę od terapeuty weźmiesz sobie naprawdę mocno do serca?
Olga, niegdyś idealna żona, poznała na to odpowiedź: wszystko. Łącznie z tym, że nieoczekiwanie zostaniesz wdową, a to oznacza, że pilnie potrzebne będą ręce do pomocy – i kawałek ogródka. A potem… Potem może się okazać, że takich jak ty jest więcej. I że im też przydałoby się wsparcie w pozbyciu się męża.
Tak więc Olga postanowiła tę wiedzę wykorzystać. Założona przez nią, tajemnicza, kobieca grupa stała się silną marką na rynku funeralnym. Kłopot w tym, że sława wdowy i jej czarujących koleżanek szybko zaczęła je przerastać. A tym samym przyciągać uwagę nie tylko potencjalnych członkiń, ale i stróżów prawa…
„Wdowy z wyboru” to przewrotna, zabawna i przerażająco aktualna opowieść o kobiecej sile, lojalności, wściekłości oraz tym, ile można znieść, zanim człowiek sięgnie po szpadel.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-394-8 |
| Rozmiar pliku: | 545 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ktoś gdzieś ukradł, zagarnął bezpardonowo moje życie…
Odwróciłam się tylko na chwilkę, aby zrzucić pyłek z ramienia, rozpoznać jakiś znajomy hałas za plecami. A kiedy odwróciłam głowę… Jego już nie było… To znaczy – mojego życia. Takiego, jakie znałam. Byłam pełnoletnia, chociaż w mojej głowie nadal kompletnie niedorosła. Ludzie byli tacy jacyś zmęczeni i zabiegani za niczym. Co się dzieje…
Odwróciłam wzrok tylko na chwilkę. Mały moment, który okazał się wiecznością.
Nie rozumiałam tego świata dookoła mnie, on nie rozumiał mnie. Nawet nie próbował. Byłam jakimś przybyszem z przeszłości, zapomnianej, choć wcale nie aż tak odległej.
Dlaczego ja? Bo Olga to ja.ROZDZIAŁ I
OLUŚ, CZYLI JA
Mój stary, drewniany stół uginał się pod ciężarem żarcia i wina, które lało się tego wieczoru strumieniami. Wszystkie wyglądałyśmy, jakbyśmy miały uczestniczyć w wielkiej gali, choć tak naprawdę spędzałyśmy czas w moich skromnych czterech ścianach. Bez żadnych specjalnych gości, bez fanfar – tylko my. A może właśnie dlatego wieczór nabierał wyjątkowego znaczenia. Byłyśmy tu dla siebie. Należało się nam. Zasłużyłyśmy.
– Olgu, opowiedz jeszcze raz, jak to się wszystko zaczęło – powiedziała rozradowana Jolka, stukając kieliszkiem w blat.
Siedziałyśmy wygodnie w sąsiadujących ze sobą fotelach.
Wszystkie spojrzenia były teraz skierowane na mnie. Poczułam się trochę, jakbym miała rozpocząć wieczorne czytanie „Opowieści wigilijnej” Dickensa – i przyznam, to uczucie było przyjemne.
– Naprawdę? Chcecie znów tego słuchać? – Poprawiłam się w swoim wygodnym siedzisku, zerkając na otaczające mnie osoby z udawaną powagą.
– Nie ściemniaj! – Zaśmiała się Jolka, unosząc kieliszek pełen merlota.
– Ja jeszcze nie słyszałam, a raczej słyszałam, ale nie od ciebie – wtrąciła cicho Kasia, nowa w naszym gronie. Była taka drobna, a biła od niej niespodziewana siła, którą od razu w niej zauważyłam. Polubiłam ją od pierwszej chwili.
– Oluś, no, dawaj! – ponagliła Hania. – Każda taka impreza daje nam porządnego kopniaka energii, a twoje historie zawsze brzmią jak najlepszy toast. – Hania była najpogodniejsza z nas wszystkich. I taka konkretna. Zawsze do sedna.
Spojrzałam na nie wszystkie – moje dziewczyny. Każda z nich inna, niepowtarzalna, chociaż historie, które je połączyły, były bardzo do siebie podobne. Każda z tych kobiet wnosiła coś wyjątkowego w moje życie.
– No dobrze.
Westchnęłam teatralnie, choć w duchu cieszyłam się, że proszą. Lubiłam te momenty. Opowieści przypominały mi, że nie ma odwrotu, że wszystko, co było kiedyś, zostaje za mną. Teraz czekało mnie tylko jedno – szalona jazda do przodu.
– Historia zaczęła się pewnego popołudnia… choć właściwie nie „pewnego”, a bardzo konkretnego. Dzień po wizycie w gabinecie psychologa, naszego terapeuty małżeńskiego… – zaczęłam swoją historię spokojnym, wręcz trochę usypiającym głosem, dodając sobie płynności łykiem czerwonego winka. – Stałam w kuchni i próbowałam rozstrzygnąć problem, który jakoś tak niefortunnie i nagle zaistniał w moim życiu – kontynuowałam. – Jak już mi się wydawało, że znalazłam odpowiedź, której szukam, mój rozklekotany umysł podsuwał mi nowe scenariusze i niejasności. Nie miałam odpowiedzi. Żadnej. Byłam bezradna. Tak myślałam. Tak czułam. Taka byłam…
***
Jak to powiedział wczoraj psycholog? – błądziło mi w myślach niejasne pytanie.
„Musicie najpierw pokochać samych siebie, bo bez miłości do samych siebie nie potraficie pokochać ani zaakceptować siebie nawzajem. Usuńcie wszystkie przeszkody, które staną wam na drodze do pokochania samych siebie…” Takie tam pierdoły. Już wtedy wiedziałam, że to nie zadziała. Książkowe gadanie. Zupełnie niepoparte praktyką.
Miłość do samego siebie wymaga nie lada poświęceń. Ba! – większych niż względem czegokolwiek innego.
Stojąc teraz nad zwłokami mojego męża, byłam tego najlepszym przykładem. Beznadzieja, bałagan, chaos i cisza… Głucha cisza. Nawet pies został w ogrodzie i nie miał zamiaru wracać do domu.
A może zbyt dosłownie potraktowałam słowa psychologa? – przemknęło mi przez myśl.
No, ale jednak „usunąć wszystkie przeszkody, które stoją nam na drodze do pokochania samych siebie”… – znowu analizowałam, kiwając głową i gestykulując bezwiednie.
Moja przeszkoda leżała teraz na podłodze w kuchni. Bez życia, bez potrzeby łapania powietrza w podziurawione płuca. Bez tej cholernej drwiny, która tak łatwo wyprowadzała mnie z równowagi. Trochę taki pognieciony był, ale spokojny. Miał dziwny wyraz twarzy – zastygło na niej zdziwienie i niedowierzanie. Nawet zabawnie wyglądał. Przypatrywałam mu się z zainteresowaniem. Nieśmiały uśmiech przemknął mi po twarzy…
No, ja całkiem szurnięta jestem – pomyślałam wtedy. Zadźgałam starego i się cieszę.
Nie, to musi być jakiś szok. Tak, to szok, na pewno. Przecież ja jestem bardzo dobrą osobą. Pomagam ludziom przejść przez jezdnię i takie tam.
Czemu on za życia nie mógł być taki cichy? Ciągle coś gadał bez ładu i składu. I kłamał na każdym kroku. No i w ogóle mnie nie słuchał. Słyszał, ale nigdy nie słuchał. Na jedno moje słowo miał tysiąc wytłumaczeń i argumentów. Głupich, wkurzających wyjaśnień. Doprowadzało mnie to do szału. Dostawałam szewskiej pasji podczas każdej kłótni. Wiele razy musiałam jednak przełknąć złość i stłumić wszystko w sobie. Bo nie chciało mi się już kłócić, a on nigdy by pierwszy nie odpuścił. Ciągle odkładałam na później całkowite rozliczenie się z tego związku. Wiedziałam, że muszę to zakończyć, ale byłam zbyt zajęta zabieganym życiem codziennym.
I wtedy on, to znaczy Wojtek, wpadł na tę doskonałą myśl z wizytą u terapeuty od związków. W zasadzie to nigdy nie rozumiałam, czemu chciał to wszystko ratować. Aż kiedyś ktoś z jego pracy mi wspomniał, że jego szef był przykładnym mężem i nie promował rozwodników… Cóż, Wojtek był karierowiczem, zresztą podobnie jak ja. Nie wiem, ile w tym wszystkim było prawdy. Niemniej zgodziłam się iść z nim na wizytę. Tak dla spokoju. A teraz już miałam spokój. Dozgonny.
Cholera, a może jednak opacznie zrozumiałam zalecenia terapeuty?
Nie, to zdecydowanie nie ja byłam problemem.
Dobra. I tak za późno. Czasu nie cofnę. Trzeba tu posprzątać, a później pomyślę, co dalej.
Sprawdzę, co i jak, i gdzie – analizowałam w swojej głowie.
Muszę się przygotować i rozejrzeć po domostwie, zobaczyć, czy mam coś użytecznego na taką okazję. Bynajmniej nie chodziło mi o czarne ubranie. Chyba będę potrzebowała jakichś narzędzi. Łopata? Grabie? Jakieś worki? Zawsze za pierwszym razem człowiek jest taki niezorganizowany! Nie wiadomo, od czego zacząć! Trochę jak pakowanie się na pierwszy w życiu biwak. Nigdy nie wiesz, co ci się przyda, a później i tak brakuje ci tysiąca rzeczy. A kolejny tysiąc, który wzięłaś, zawadza ci i ciąży przez cały pobyt. Tak się teraz czułam. Niezorganizowana. I trochę zagubiona. Może nawet bardzo zagubiona. Jak przysłowiowa Andzia w parku.
– Uhhh… – Westchnęłam ciężko do siebie. – Ale sobie skomplikowałam i tak mało sielskie życie!
Było dla mnie jasne, że muszę ukryć gdzieś zwłoki. Innej opcji nie ma. Przecież nie będę dzwonić po gliny.
Skierowałam się w stronę drzwi na taras, ale szybko zawróciłam.
– Zaraz, zamknę jeszcze drzwi frontowe. Jakby się tak komuś zachciało tutaj zajrzeć, to by się bigos narobił… – gadałam do siebie, jakby to miało mi pomóc w wyjaśnieniu całej sytuacji, w której się znalazłam jakoś tak nieporadnie i bez planu.
Chodziłam w kółko i bez celu.
– Dobra! Olga, ogarnij się! Do garażu i do szopy w ogrodzie trzeba iść. Szukaj, co może być ci użyteczne – doradzałam sobie na głos.
Naciągnęłam kalosze, założyłam starą bluzę Wojtka i poszłam wreszcie do ogrodu.
***
Szopa w ogrodzie była lekko podupadła, jakby kulawa, gdzieniegdzie poobdzierana. Sterczała jak jakiś strach na wróble, tylko zamiast miniaturowych ptaków na daszek srały mi gołębie sąsiada. No cóż, natura ukochana.
Otworzyłam zardzewiałą zasuwę i popchnęłam drzwi. Zaskrzypiały jakby ze zmęczenia i frustracji, że ktoś je rusza. A może nie chciały brać udziału w mojej zbrodni? A może mi po prostu zaczęło odbijać i zaczęłam nadawać drzwiom ludzkie cechy? Jak niby nie chciały brać udziału w moim krwawym planie, przecież nie miały czym myśleć, do cholery! To tylko blacha, i to płaska. Skup się, durna! – takie myśli wypełniały mi teraz pustkę w głowie. Naprawdę coś ze mną chyba jest nie tak.
Ja na pewno nie mam wszystkich w domu. Zdrowy rozsądek gdzieś mi się wysypał po drodze i zabrał ze sobą wszystkie działające jeszcze niedawno klepki.
W szopie było ciemno i ponuro. Światła elektrycznego oczywiście brak, bo „Po co?” – przedrzeźniałam w myślach mojego męża. „Nikt tu po ciemku nie zagląda!”
– No, jakoś teraz zaglądam. I nic nie widzę! I się potykam. Nawet po śmierci potrafi mnie irytować. Dziad jeden. Był w tym mistrzem. Naprawdę. Nie miał sobie równych.
W kącie przy wejściu stały jakieś belki, wisiały bezładnie stare narzędzia, nikomu niepotrzebne i zawadzające na każdym kroku. Teraz też. A może teraz właśnie w szczególności. Zaczęłam po omacku przesuwać po nich ręką, chwytając co którąś, i stukałam nimi o podłoże. Jedna, niestety, się rozpadła. Musiała być bardzo zmurszała. Została mi w ręku tylko końcówka. „Może jeszcze się przyda” – szydziłam w myślach z Wojtka.
Zbierał wszystko i zatrzymywał to na wieki. Zbieracz jeden! Gdyby nasze małżeństwo trwało dłużej, pewnie zakopałby nas w obfitości swoich skarbów.
OK, jest! Znalazłam! Stary, zardzewiały szpadel. A tak na marginesie – czy stary szpadel jest zużyty, czy skopany? Hmm…
Dobrze! Ten może być. Oparłam go o zewnętrzną ścianę szopki. Dziś spełni rolę swojego szpadlowego życia. Będzie kopał do upadłego. Albo zakopywał upadłego.
Takie historie i podobne plątały mi się po głowie. Do dziś podejrzewam, że było to wszystko wynikiem szoku, którego doznałam zaraz po tym, co się wydarzyło w kuchni. Nie potrafiłam tego jeszcze nazwać. Bo czy to było zabójstwo? Nie czułam się jak zabójca. Przypadkowa śmierć? No trochę trudno nazwać przypadkiem te wszystkie dźgnięcia. Na pewno był to napad furii z mojej strony. Ta sytuacja narastała od wielu miesięcy, może nawet kilku lat. No i pękłam w końcu.
Kurde, tutaj był taki dywan, jeszcze po starych właścicielach… Mogłabym w niego zawinąć ciało. Gdzie on może leżeć? – próbowałam się rozglądać w ciemnościach.
Oo, jesteś – pomyślałam. Leżał w rogu, jakby czekał na ten dzień, kiedy będzie przydatny. Zaczęłam go szarpać i podnosić. Ale bezskutecznie. Chyba coś go przygniatało. Gdyby nie te pieprzone ciemności, nie musiałabym zgadywać co! Wreszcie, ciężko dysząc, wytarmosiłam go z czeluści i przeciągnęłam mały kawałek w stronę domu.
– Cholera, ciężki jest! Nie ma mowy, nie uniosę. Nie mogę podnieść samego dywanu, a co dopiero ze zwłokami… Za słaba jestem, sama nie dam rady.
Niesamowite, jak mój mózg szukał rozwiązań. Podsuwał mi rożne opcje. Jakby został przesłany mi do rozwiązania jakiś test, szukanie wyjścia z labiryntu, badanie IQ. Absolutnie nie znałam siebie z tej strony.
Wyjęłam z kieszeni telefon i chwilę bezradnie patrzyłam na mały ekranik. Do kogo mogę zadzwonić? Hmm. Delikatna sprawa. Muszę być bardzo ostrożna. Nie każdy zrozumie, dlaczego to zrobiłam. Większość pewnie zaraz wezwie policję, nawet bez wysłuchania mnie do końca. Musi być ktoś, kto zna mnie i kto znał Wojtka. I nasze problemy.
Jolka, oczywiście. Jedyna i najlepsza – oświeciło mnie.
***
Tutaj poleciało kilka gwizdów uznania od zgromadzonych dziewczyn. Kilka oklasków, przerywających moją historię.
Jolka powstała zgrabnie i ukłoniła się teatralnie.
To mnie tylko zachęciło do kontynuowania mojej opowieści.
***
Jolka odebrała prawie natychmiast.
– Jolu kochana, czy miałabyś chwilkę, aby do mnie wpaść? – zapytałam szybko.
– Teraz??
– No…
– Ok, ale tak z dziećmi i z Piotrkiem?
– Nie, bez dzieci i zdecydowanie bez męża. Taka tam chwilówka, szybka kawka. Z przyjaciółką w potrzebie. Pogadamy, posiedzimy… – Coś zakopiemy, dodałam w myślach. – Wiesz, tak na luźno. – Próbowałam brzmieć jak najbardziej naturalnie.
– No dobra, będę niedługo. Ale kawka? O tej porze? Hmm…
– Aha, i nie ubieraj się zbyt elegancko. – Udałam, że nie słyszę jej dociekań. – Raczej wygodnie. I może się zdarzyć, że skończymy późno, więc uprzedź Piotrka, aby położył dzieciaki spać. Pewnie wrócisz jutro – rzuciłam do słuchawki.
Albo za tydzień, jak wszystko pójdzie dobrze; a jak nie, to jak odbędziesz wyrok za pomoc w ukryciu zwłok – dodałam już do siebie, po rozłączeniu się. Czy aby na pewno dobrze robię? Czy mogę ładować Jolkę w takie kłopoty?
NASTĘPNEGO DNIA
Ledwo utrzymywałam otwarte oczy. Trzymałam w ręku kubek z gorącą, parującą kawą. Zawsze lubiłam patrzeć, jak para miesza się z rześkim powietrzem poranka. Takie małe poranne „magic”. Otworzyłam szklane drzwi na taras. Tajfun natychmiast przemknął obok mnie na swoją poranną toaletę. Wciągnęłam głęboko powietrze i zatrzymałam je na chwilę w płucach. Moja poranna porcja jogi. Bardzo niezaawansowana, ale kiedyś czytałam, że nawet piętnastominutowe wsłuchiwanie się w odgłos kropli deszczu zalicza się do praktykowania jogi. Ja wdychałam powietrze i słuchałam śpiewu ptaków. Może być. Joga jak nic. Dla mnie odhaczone. I tego będę się trzymać.
Piękny ranek! Tak cudownie, leniwie, spokojnie. Za każdym razem o tej porze w mojej głowie brzmiał Barry White ze swoim ciepłym „Let the music play”. Niesamowity głos, niesamowita muzyka. Każdy dzień był lepszy z Barrym w tle.
Wysunęłam stopę na zimną płytę tarasu. Przyjemnie i kusząco. Dałam kilka kroków. Trawa pieści delikatnie stopy i kąpie je w kroplach rosy. Kurde, jak romantycznie.
Oczywiście nie zimą, bo wtedy o 5:30 rano jest jeszcze kompletnie ciemno i nieprzyjemnie. I w dupie mam praktykowanie jogi. Chcę wtedy spać.
Ale do rzeczy. Mamy z Tajfunem swoją rutynę. Wychodzimy razem na poranne piętnaście-dwadzieścia minut w ogrodzie. Tylko my we dwoje. I to niezależnie od pory roku. Razem marzniemy w mroźne poranki jesieni i zimy i razem słuchamy głosu wiosenno-letniego poranka. Tak już od pięciu lat, odkąd ten wspaniały szczeniak zawitał w moje progi. Według opinii innych – jest wkurzający i dokucza na każdym kroku. Ja kocham go bezgranicznie. Moje psie dziecko.
Delektuję się widokiem pięknie rosnących kwiatów i piję poranną kawę, a Tajfun sika i wyciska numer dwa. Będę musiała to później posprzątać, ale co tam. Perfekcyjny duet. Dzień jak co dzień. Wciągnęłam to idealnie pachnące wczesną porą powietrze, rozejrzałam się radośnie po ogrodzie i w tym momencie zatrzymałam wzrok na szpadlu opartym o szopę.
– Och, no tak… – zamruczałam do siebie z dziwnym, nawet jak dla mnie, tonem głosu.
W pamięci powróciły niejasne wspomnienia wczorajszego wieczoru i połowy nocy, obrazy znowu stały się rzeczywistością. Spojrzałam na swoje dłonie, na czarne pazury. Dosłownie w momencie rozbolała mnie głowa.
– No nie, kurwaaaa! Czemu nie założyłam rękawiczek?! Pazury zniszczone, jak chłop z komuny małorolny. – Moje dłonie to był obraz nędzy i rozpaczy.
Kiedy Jolka poszła? Pamiętam dokładnie, że przyszła. A może została u mnie? Cholera, nie pamiętam. Whiskowałyśmy się ostro wczoraj podczas kopania dołu. (Dołu…!!) Poszła nawet ta butelka, co była na baardzo specjalną okazję. Trzydziestoletni bourbon, który ktoś kiedyś przywiózł Wojtkowi z podróży do Stanów. Ponoć, hmmm, droga sztuka. Jeptha Creed, heavy bourbon. No, nawet dobry był… To znaczy – chyba był dobry, bo heavy na pewno, aż film mi się urwał. Całkowicie. Chociaż tutaj przyczyną może być ilość, a nie jakość alkoholu, który spożyłam wczoraj. Pokiwałam twierdząco głową. Jakbym przyznawała rację rozmówcy. Zaczęło mnie mdlić niemiłosiernie. To, co nie wyparowało, chciało się natychmiast wydostać na zewnątrz inna drogą…
Mój wzrok znów powędrował w stronę szpadla.
Cóż, oficjalnie jestem singielką. A szpadel muszę umyć, i to koniecznie – pomyślałam, nieumiejętnie powstrzymując nasilające się mdłości.
Rzygałam pół godziny bez ustanku. Dużo tego alkoholu wczoraj przerobiłyśmy i mam nadzieję, że – oczywiście wyłączając z grona podejrzanych wspomnianą wcześniej butelkę whisky – były to trunki legalne i nie będziemy świecić w ciemności. Albo – co gorsza – nie będę odpowiedzialna za ślepotę nas obu. Czytałam kiedyś, że nielegalny alkohol może prowadzić do ślepoty. Cóż, jakikolwiek by był, na chwilę obecną zaatakował mój układ pokarmowy.
– Łeb mi pęka, muszę znaleźć Jolkę i ustalić, co dalej – powiedziałam do siebie po ostatecznym, jak myślałam, spazmie żołądka w toalecie.
Myliłam się jednak bardzo, rzygałam jeszcze przez prawie dwa dni. I sięgnęłam dna odwodnienia, o jakim wcześniej nie słyszałam. Głupi amerykański bourbon, brrr. Nigdy więcej. Wody, wody, wody.
Wpadłam do łazienki na dole w ostatniej chwili. Mój ty żołądeczku! Ale cię załatwiłam. To znaczy się. Siebie.
Brudny szpadel, a w kuchni chyba nadal jest krew (no, jak zaschła, to będzie mega trudno ją zmyć), porozrzucane rzeczy po całym domu. Jakby dosłownie tornado przeszło. Sprzątania na dwa dni dla całej grupy ludzi będzie.
Wyszłam z toalety, zajrzałam do kuchni i oniemiałam – było… czysto. Musiałyśmy posprzątać wczoraj. No, dobry ten bourbon, kompletnie nie pamiętam sprzątania – trochę usprawiedliwiałam głównego sprawcę mojego złego samopoczucia dzisiaj. Nie był taki zły. Nie wiem, skąd brały się w mojej głowie te złote myśli. Myślące blaszane drzwi i bourbon namawiający mnie do picia oraz złych wyborów. Nieoficjalnie mówiąc, stwierdzam ponownie – powinnam się leczyć. Jestem nienormalna. I świadomie to potwierdzam.
A tak na poważnie: jestem totalnie w psiej dupie… Kompletnie. To znaczy, że nie mam całkowicie planu, co dalej. Kompletna pustka w skacowanej głowie. Trzeba improwizować. Jak ja to, kurde, teściowej wytłumaczę? Że gdzie jest jej synuś? Jak to wyjaśnić? Przecież nie powiem, że zasila moje kwiatki. Te i podobne myśli tłukły mi się po obolałej mózgownicy.
Tylko spokojnie, Olga, tylko spokojnie. To nie tak, że tylko ty znalazłaś się w takiej sytuacji. Jestem pewna, że tysiące, może nawet miliony kobiet marzą o tym, by zadźgać swojego męża, bydlaka jednego – potakiwałam głową do swoich myśli.
Cóż, może nie wszystkie wcielają te myśli w czyn. I tutaj się wyróżniłam zdecydowanie ostatniego wieczoru. Weszłam na czerwony dywan w poplamionej krwią sukni i tylko oklasków moich fanów brak. A może po prostu nie odbieram na odpowiedniej częstotliwości. Może mi klaskają i krzyczą: „Dobra robota! Well done! ¡Bien hecho! Ben fatto!”, i tak dalej. Tłumy rozwrzeszczanych kobiet walczących o swoje racje. No, taki obraz może być. Na chwilę się rozpogodziłam. Nie chcę być tą złą, co zabiła męża dla swojej przyjemności. Zrobiłam to w szczytnym celu osiągnięcia wolności. Całkowitej.
A teraz…
Kurwa w mordę jebana…
(W momentach ekstremalnego stresu lub wyczerpującego myślenia przeklinam jak szewc, wymyślając niesamowite kombinacje językowe. Staję się dosłownie Mickiewiczem wulgaryzmów; niestety – taka biegunka słowna nie jest jakoś specjalnie nagradzana w literackim świecie).
Ale wracając do myśli głównej: co się mogło wydarzyć? Gdzie zniknął Wojtek? Co podać za oficjalną wersję wydarzeń? Gdzie mógł się teraz oficjalnie znajdować? Tajlandia?
Mój mózg pracował bardzo szybko. Historyjkę muszę wymyślić. I to natychmiast. Dobrą jakąś. Bez zarzutów i tysiąca pytań. A raczej z tysiącem odpowiedzi. Bo pytania będą na pewno. Mnóstwo pytań. Wręcz nieprawdopodobne do wykonania. Muszę wysilić twórczą stronę mojej mózgownicy. I to ekstremalnie.
Przerażające było to, że nieważne, jak bardzo absurdalne opowieści wymyślałam, każda historyjka zawierała ziarna prawdy. Męczyłam się.
***
Kilka słów na temat Wojtka.
Otóż Wojtkowi trudno przychodziło dotrzymanie wierności, którą tak uroczyście w kościele przysięgał. To powodowało między nami wiele kłótni. On był zawsze w gotowości, kiedy tylko w okolicy pojawiała się jakaś babka. Bez względu na jakość, wiek lub stan. Wystarczyło, że była, nieważne jaka, a on już dostawał świądu narządów. Podrywał wszystkie, mógłby być taką odmianą sugar-synka.
Zatem…
Był nieszczęśliwy. Tak zacznę historyjkę. Jego mamusia to kupi. Tak. Bo to będzie przeciwko mnie, a wybieli jej synusia. Będzie pewna, że Wojtuś wyjechał gdzieś z jedną ze swoich kochanek, która powinna była nosić jego nazwisko zamiast mnie, niewdzięcznicy jednej. Mógł znacznie lepiej wybrać, ale uparł się na mnie. No właśnie. Był uparty i wybrał mnie. To muszę wykorzystać.
Prawdę powiedziawszy, też nie wiem, czemu mnie wybrał.
Kochać na zabój nie umiał, może po prostu pyknęłam większość kwadracików na jego liście? Sama nigdy nie mogłam tego pojąć. Bo to, że mnie nie kochał, zrozumiałam w pierwszym tygodniu małżeństwa. Teściowa nigdy mnie nie zaakceptowała, uważała mnie za największą pomyłkę swojego syna. Czekała na dziewczynę, która pewnie kiedyś będzie w stanie urodzić jej upragnione, piękne wnuki. By zachować linię ich nazwiska. Miałam z tego niezły ubaw, bo akurat ja byłam ostatnią osobą, która mogłaby pomóc w przedłużeniu rodu. Po prostu nie lubiłam dzieci.
Tak, miałam tę skazę niewybaczalną. Śmiałam mieć własne zdanie na tematy tabu. Rodzenie dzieci w ogóle mnie nie interesowało, panicznie boję się bólu i nigdy nie chciałam tej odpowiedzialności za kogoś. Jasno powiedziałam na samym początku, że się do tego nie nadaję.
Przez kilka tygodni po ślubie interesowało mnie, gdzie mój mąż spędza weekendy i większość wieczorów. Bo przecież nie u nas w domu. Jako żonie wydawało mi się to normalne. Ale teściowa zawsze mnie wtedy strofowała. No, wymyśliłam sobie! Co ja detektyw jakiś jestem? Albo Szekspir nowoczesny? Książkę piszę? Po co go sprawdzałam? Jakbym nie drążyła tematu, to by go nie było. Nic bym nie wiedziała.
Niemądra baba jestem, lubię się unieszczęśliwiać. Zamiast czerpać pełnymi garściami z tego, co mam (miałam!).
Mężczyzna robi, co musi. A ja nie powinnam pytać.
– Jak nie chcesz, żeby bolało, to po co szukasz tego bólu? Zostaw. – Takie wyjaśnienia kiedyś otrzymałam od teściowej. – Patrz na moje szczęśliwe małżeństwo. Bierz przykład, nie pytaj. Bądź posłuszna, uległa, piękna, zawsze gotowa i nigdy nie pytaj, gdzie spędził noc. – Moja nowo nabyta mamunia przekonywała mnie do uroków małżeństwa.
– Nie rozumiem? – zapytałam wtedy, kompletnie zbita z tropu, choć mamusia jasno określiła już moją ścieżkę życiową.
– Zrozumiesz, kiedy przyjdzie na to czas, kochana. – Otrzymałam w odpowiedzi.
Teściowa nie przemówiła już nigdy więcej na ten temat. Teraz wiem czemu. Nie było głębszej prawdy. Z czasem ja też to olałam.
A Wojtek – cóż, znikał często wieczorami, niby na spotkania z klientami (to była jego ulubiona wymówka), ale zawsze tak dziwnie się składało, że klienci pachnieli tanimi damskimi perfumami. A on, biedny, przynosił te wonności do naszego domu o czwartej nad ranem albo, jak był dobry klient, nawet po śniadaniu dnia następnego. To była nasza wieczna kość niezgody. Ja wiedziałam, a on bardzo nieumiejętnie zaprzeczał. Żadne z nas jednak nie mogło się zdobyć na ostateczny krok i zakończyć tej małżeńskiej farsy. Mnie się nie chciało, a on, jak podejrzewam, bał się zmian. I było mu wygodnie. Facet zbyt leniwy, by biegać po prawnikach. On kompletnie nie był materiałem na męża ani partnera – mojego czy innej kobiety. Po prostu nie należał do monogamistów. I tyle.
Tamtego wieczoru byłam bardzo zagubiona, zatopiona w myślach, które mknęły w mojej głowie z siłą potężnego wodospadu. I co chwilę zmieniały kierunek. To była ostra jazda bez trzymanki w mojej głowie.
W takich chwilach bardzo brakowało mi moich rodziców. Odeszli za wcześnie, lata za wcześnie. Zginęli w głupim wypadku samochodowym.
Byłam wtedy na obozie, a oni właśnie jechali, by mnie odwiedzić. Ciężarówka nie wyhamowała na zakręcie i wbiła ich samochód w barierki. Zginęli na miejscu.
Nie miałam rodzeństwa, jakoś tak wyszło, ale dla nich byłam całym światem.
Kiedy otrzymałam wiadomość, że rodzice nie żyją, wyłam jak bóbr, aż nie mogłam widzieć przez zapuchnięte oczy. Wyglądałam jak małe czerwone prosię ze wzrokiem biednego opuszczonego psiaka.
Pamiętam nasz dom, którego w ogóle nie mogłam rozpoznać w dniu pogrzebu. Wszyscy ci obcy ludzie, patrzący na mnie z politowaniem i chyba nawet z prawdziwymi łzami w oczach. Nie znałam ich. Nasz dom pachniał tak obco. Nie było nic, co mogłoby ukoić moje małe, biedne serduszko. Przytulałam miśka, którego dostałam kiedyś na Gwiazdkę. Wtedy czułam się trochę lepiej. Pachniał mamą.
Zabrali mnie do kościoła, później na cmentarz. Były dwie takie same trumny, z wypolerowanymi na wysoki połysk tabliczkami. Na nich imiona i nazwisko rodziców. Te tabliczki były ostatnim moim fizycznym połączeniem z tatą i mamą, a zarazem ostatnim etapem życia moich rodziców tu na ziemi. Więcej już nic nie będzie. Wszystko, co było związane z nimi, całe moje dotychczasowe, beztroskie, fantastyczne życie – legło w gruzach.
Było mi bardzo źle, smutno i nieswojo. Zapadałam się coraz głębiej i głębiej w otchłań rozpaczy. Budziłam się tylko po to, by płakać więcej i więcej. Chciałam, by ten ból się w końcu skończył, żeby moje serce znalazło spokój. Chciałam być z mamą i tatą. Przez mój zmęczony umysł przechodziły setki pomysłów, jak ze sobą skończyć. Myślę, że byłam o krok od bycia najmłodszym samobójcą w kraju.
Tak mijały tygodnie. Ale musiałam w końcu się ogarnąć, nikt nie był tak naprawdę zainteresowany pocieszaniem smarkuli. Życie toczyło się do przodu. Wtedy właśnie postanowiłam, że nie będę mieć dzieci, aby nikt nigdy nie musiał cierpieć tak jak ja.
Jak stać się dorosłą w parę dni? To chyba niemożliwe. A jednak musiałam dorosnąć i to prawie natychmiast. Miałam osiem lat i nikogo, komu by na mnie zależało. Sędzia nie wiedział, co ze mną zrobić. Opcją był dom dziecka albo ktoś z rodziny. W końcu oddali mnie do jakiegoś bardzo dalekiego wujka, który okazał się dla mnie najbliższą dostępną rodziną. Dom został sprzedany, kredyt spłacony, a reszta pieniędzy wpłacona na konto, które mogłam ruszyć, jak skończę dwadzieścia jeden lat.
Moja nowa rodzina… Cóż, nie mieli dla mnie za bardzo miejsca, ale przyjęli i dbali, jak umieli. Jednak miłości mi dać nie mogli, bo takiej u nich nie było. Dostawali na moje utrzymanie pieniądze od rządu, więc nie narzekali aż tak bardzo. Mieszkałam u nich do osiemnastego roku życia, skończyłam liceum krawieckie i wyprowadziłam się. Zarówno oni, jak i ja przyjęliśmy to z milczącym westchnieniem ulgi.
Wyjechałam do Łodzi, bo uwielbiałam szyć i chciałam dalej uczyć się w tym kierunku, podążać ścieżką kreatora strojów. Tak wtedy myślałam.
W ten sposób rozpoczęłam swoją „dorosłą” drogę. Poznałam ludzi cichych i głośnych. Dobrych i złych. Podróżowałam trochę, pracowałam w jednej ze słynniejszych pracowni krawieckich i uczyłam się.
W tym czasie poznałam mojego pierwszego męża. Uśpił moją czujność, wąż jeden, i obudziłam się kiedyś jako jego żona… I to nie w Vegas, tylko w małej gminie pod Łodzią.
– By to chudy byk! – Po tygodniu już wiedziałam, że to był następny tępy klik na klawiaturze mojego zabłoconego kłopotami życiowego komputera.
Rozwód nastąpił po trzech miesiącach. Czułam się, kurde, jak gwiazda filmowa – ślub na parę miesięcy. Dobrze, że tylko cywilny, a nie kościelny. Chociaż na „Bogusia Wszechmocnego” obraziłam się w dniu śmierci moich rodziców i nie gadałam z nim od tamtej chwili, to jednak wizja mnie w białej sukni – kiedyś, gdzieś tam, w dalekiej przyszłości – majaczyła mi niejasnym konturem w łepetynie. Ten ślub był kompletnym błędem. Czemu za niego wyszłam? Nie mam pojęcia. Wiem za to, czemu wniosłam o rozwód. I wygląda na to, że uratowałam mu wtedy życie. Bo to on mógł teraz przecież wylądować na podłodze w kuchni w kałuży własnej krwi.
Wojtka poznałam jakieś cztery lata później. Po roku za niego wyszłam (nic się, cholera, nie nauczyłam z poprzedniego przypadku). Miałam wtedy dwadzieścia pięć lat i zakochałam się bez pamięci. Teraz musiało wyjść. Była biała suknia, której nie powstydziłaby się najpiękniejsza księżniczka, trochę gości, głównie ze strony Wojtka. Ode mnie przyjechała moja daleka/bliska rodzina, która mnie wychowała, a z którą nie miałam tak naprawdę nic wspólnego.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.