Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wdowy z wyboru - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
2639 pkt
punktów Virtualo

Wdowy z wyboru - ebook

Nic nie jest na zawsze. Zwłaszcza związek.

Co się może wydarzyć, gdy radę od terapeuty weźmiesz sobie naprawdę mocno do serca?

Olga, niegdyś idealna żona, poznała na to odpowiedź: wszystko. Łącznie z tym, że nieoczekiwanie zostaniesz wdową, a to oznacza, że pilnie potrzebne będą ręce do pomocy – i kawałek ogródka. A potem… Potem może się okazać, że takich jak ty jest więcej. I że im też przydałoby się wsparcie w pozbyciu się męża.

Tak więc Olga postanowiła tę wiedzę wykorzystać. Założona przez nią, tajemnicza, kobieca grupa stała się silną marką na rynku funeralnym. Kłopot w tym, że sława wdowy i jej czarujących koleżanek szybko zaczęła je przerastać. A tym samym przyciągać uwagę nie tylko potencjalnych członkiń, ale i stróżów prawa…

„Wdowy z wyboru” to przewrotna, zabawna i przerażająco aktualna opowieść o kobiecej sile, lojalności, wściekłości oraz tym, ile można znieść, zanim człowiek sięgnie po szpadel.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-394-8
Rozmiar pliku: 545 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Ktoś gdzieś ukradł, za­gar­nął bez­par­do­no­wo moje ży­cie…

Od­wró­ci­łam się tyl­ko na chwil­kę, aby zrzu­cić py­łek z ra­mie­nia, roz­po­znać ja­kiś zna­jo­my ha­łas za ple­ca­mi. A kie­dy od­wró­ci­łam gło­wę… Jego już nie było… To zna­czy – mo­je­go ży­cia. Ta­kie­go, ja­kie zna­łam. By­łam peł­no­let­nia, cho­ciaż w mo­jej gło­wie na­dal kom­plet­nie nie­do­ro­sła. Lu­dzie byli tacy ja­cyś zmę­cze­ni i za­bie­ga­ni za ni­czym. Co się dzie­je…

Od­wró­ci­łam wzrok tyl­ko na chwil­kę. Mały mo­ment, któ­ry oka­zał się wiecz­no­ścią.

Nie ro­zu­mia­łam tego świa­ta do­oko­ła mnie, on nie ro­zu­miał mnie. Na­wet nie pró­bo­wał. By­łam ja­kimś przy­by­szem z prze­szło­ści, za­po­mnia­nej, choć wca­le nie aż tak od­le­głej.

Dla­cze­go ja? Bo Olga to ja.ROZDZIAŁ I

OLUŚ, CZYLI JA

Mój sta­ry, drew­nia­ny stół ugi­nał się pod cię­ża­rem żar­cia i wina, któ­re lało się tego wie­czo­ru stru­mie­nia­mi. Wszyst­kie wy­glą­da­ły­śmy, jak­by­śmy mia­ły uczest­ni­czyć w wiel­kiej gali, choć tak na­praw­dę spę­dza­ły­śmy czas w mo­ich skrom­nych czte­rech ścia­nach. Bez żad­nych spe­cjal­nych go­ści, bez fan­far – tyl­ko my. A może wła­śnie dla­te­go wie­czór na­bie­rał wy­jąt­ko­we­go zna­cze­nia. By­ły­śmy tu dla sie­bie. Na­le­ża­ło się nam. Za­słu­ży­ły­śmy.

– Olgu, opo­wiedz jesz­cze raz, jak to się wszyst­ko za­czę­ło – po­wie­dzia­ła roz­ra­do­wa­na Jol­ka, stu­ka­jąc kie­lisz­kiem w blat.

Sie­dzia­ły­śmy wy­god­nie w są­sia­du­ją­cych ze sobą fo­te­lach.

Wszyst­kie spoj­rze­nia były te­raz skie­ro­wa­ne na mnie. Po­czu­łam się tro­chę, jak­bym mia­ła roz­po­cząć wie­czor­ne czy­ta­nie „Opo­wie­ści wi­gi­lij­nej” Dic­ken­sa – i przy­znam, to uczu­cie było przy­jem­ne.

– Na­praw­dę? Chce­cie znów tego słu­chać? – Po­pra­wi­łam się w swo­im wy­god­nym sie­dzi­sku, zer­ka­jąc na ota­cza­ją­ce mnie oso­by z uda­wa­ną po­wa­gą.

– Nie ściem­niaj! – Za­śmia­ła się Jol­ka, uno­sząc kie­li­szek pe­łen mer­lo­ta.

– Ja jesz­cze nie sły­sza­łam, a ra­czej sły­sza­łam, ale nie od cie­bie – wtrą­ci­ła ci­cho Ka­sia, nowa w na­szym gro­nie. Była taka drob­na, a biła od niej nie­spo­dzie­wa­na siła, któ­rą od razu w niej za­uwa­ży­łam. Po­lu­bi­łam ją od pierw­szej chwi­li.

– Oluś, no, da­waj! – po­na­gli­ła Ha­nia. – Każ­da taka im­pre­za daje nam po­rząd­ne­go kop­nia­ka ener­gii, a two­je hi­sto­rie za­wsze brzmią jak naj­lep­szy to­ast. – Ha­nia była naj­po­god­niej­sza z nas wszyst­kich. I taka kon­kret­na. Za­wsze do sed­na.

Spoj­rza­łam na nie wszyst­kie – moje dziew­czy­ny. Każ­da z nich inna, nie­po­wta­rzal­na, cho­ciaż hi­sto­rie, któ­re je po­łą­czy­ły, były bar­dzo do sie­bie po­dob­ne. Każ­da z tych ko­biet wno­si­ła coś wy­jąt­ko­we­go w moje ży­cie.

– No do­brze.

Wes­tchnę­łam te­atral­nie, choć w du­chu cie­szy­łam się, że pro­szą. Lu­bi­łam te mo­men­ty. Opo­wie­ści przy­po­mi­na­ły mi, że nie ma od­wro­tu, że wszyst­ko, co było kie­dyś, zo­sta­je za mną. Te­raz cze­ka­ło mnie tyl­ko jed­no – sza­lo­na jaz­da do przo­du.

– Hi­sto­ria za­czę­ła się pew­ne­go po­po­łu­dnia… choć wła­ści­wie nie „pew­ne­go”, a bar­dzo kon­kret­ne­go. Dzień po wi­zy­cie w ga­bi­ne­cie psy­cho­lo­ga, na­sze­go te­ra­peu­ty mał­żeń­skie­go… – za­czę­łam swo­ją hi­sto­rię spo­koj­nym, wręcz tro­chę usy­pia­ją­cym gło­sem, do­da­jąc so­bie płyn­no­ści ły­kiem czer­wo­ne­go win­ka. – Sta­łam w kuch­ni i pró­bo­wa­łam roz­strzy­gnąć pro­blem, któ­ry ja­koś tak nie­for­tun­nie i na­gle za­ist­niał w moim ży­ciu – kon­ty­nu­owa­łam. – Jak już mi się wy­da­wa­ło, że zna­la­złam od­po­wiedź, któ­rej szu­kam, mój roz­kle­ko­ta­ny umysł pod­su­wał mi nowe sce­na­riu­sze i nie­ja­sno­ści. Nie mia­łam od­po­wie­dzi. Żad­nej. By­łam bez­rad­na. Tak my­śla­łam. Tak czu­łam. Taka by­łam…

***

Jak to po­wie­dział wczo­raj psy­cho­log? – błą­dzi­ło mi w my­ślach nie­ja­sne py­ta­nie.

„Mu­si­cie naj­pierw po­ko­chać sa­mych sie­bie, bo bez mi­ło­ści do sa­mych sie­bie nie po­tra­fi­cie po­ko­chać ani za­ak­cep­to­wać sie­bie na­wza­jem. Usuń­cie wszyst­kie prze­szko­dy, któ­re sta­ną wam na dro­dze do po­ko­cha­nia sa­mych sie­bie…” Ta­kie tam pier­do­ły. Już wte­dy wie­dzia­łam, że to nie za­dzia­ła. Książ­ko­we ga­da­nie. Zu­peł­nie nie­po­par­te prak­ty­ką.

Mi­łość do sa­me­go sie­bie wy­ma­ga nie lada po­świę­ceń. Ba! – więk­szych niż wzglę­dem cze­go­kol­wiek in­ne­go.

Sto­jąc te­raz nad zwło­ka­mi mo­je­go męża, by­łam tego naj­lep­szym przy­kła­dem. Bez­na­dzie­ja, ba­ła­gan, cha­os i ci­sza… Głu­cha ci­sza. Na­wet pies zo­stał w ogro­dzie i nie miał za­mia­ru wra­cać do domu.

A może zbyt do­słow­nie po­trak­to­wa­łam sło­wa psy­cho­lo­ga? – prze­mknę­ło mi przez myśl.

No, ale jed­nak „usu­nąć wszyst­kie prze­szko­dy, któ­re sto­ją nam na dro­dze do po­ko­cha­nia sa­mych sie­bie”… – zno­wu ana­li­zo­wa­łam, ki­wa­jąc gło­wą i ge­sty­ku­lu­jąc bez­wied­nie.

Moja prze­szko­da le­ża­ła te­raz na pod­ło­dze w kuch­ni. Bez ży­cia, bez po­trze­by ła­pa­nia po­wie­trza w po­dziu­ra­wio­ne płu­ca. Bez tej cho­ler­nej drwi­ny, któ­ra tak ła­two wy­pro­wa­dza­ła mnie z rów­no­wa­gi. Tro­chę taki po­gnie­cio­ny był, ale spo­koj­ny. Miał dziw­ny wy­raz twa­rzy – za­sty­gło na niej zdzi­wie­nie i nie­do­wie­rza­nie. Na­wet za­baw­nie wy­glą­dał. Przy­pa­try­wa­łam mu się z za­in­te­re­so­wa­niem. Nie­śmia­ły uśmiech prze­mknął mi po twa­rzy…

No, ja cał­kiem szur­nię­ta je­stem – po­my­śla­łam wte­dy. Za­dźga­łam sta­re­go i się cie­szę.

Nie, to musi być ja­kiś szok. Tak, to szok, na pew­no. Prze­cież ja je­stem bar­dzo do­brą oso­bą. Po­ma­gam lu­dziom przejść przez jezd­nię i ta­kie tam.

Cze­mu on za ży­cia nie mógł być taki ci­chy? Cią­gle coś ga­dał bez ładu i skła­du. I kła­mał na każ­dym kro­ku. No i w ogó­le mnie nie słu­chał. Sły­szał, ale ni­g­dy nie słu­chał. Na jed­no moje sło­wo miał ty­siąc wy­tłu­ma­czeń i ar­gu­men­tów. Głu­pich, wku­rza­ją­cych wy­ja­śnień. Do­pro­wa­dza­ło mnie to do sza­łu. Do­sta­wa­łam szew­skiej pa­sji pod­czas każ­dej kłót­ni. Wie­le razy mu­sia­łam jed­nak prze­łknąć złość i stłu­mić wszyst­ko w so­bie. Bo nie chcia­ło mi się już kłó­cić, a on ni­g­dy by pierw­szy nie od­pu­ścił. Cią­gle od­kła­da­łam na póź­niej cał­ko­wi­te roz­li­cze­nie się z tego związ­ku. Wie­dzia­łam, że mu­szę to za­koń­czyć, ale by­łam zbyt za­ję­ta za­bie­ga­nym ży­ciem co­dzien­nym.

I wte­dy on, to zna­czy Woj­tek, wpadł na tę do­sko­na­łą myśl z wi­zy­tą u te­ra­peu­ty od związ­ków. W za­sa­dzie to ni­g­dy nie ro­zu­mia­łam, cze­mu chciał to wszyst­ko ra­to­wać. Aż kie­dyś ktoś z jego pra­cy mi wspo­mniał, że jego szef był przy­kład­nym mę­żem i nie pro­mo­wał roz­wod­ni­ków… Cóż, Woj­tek był ka­rie­ro­wi­czem, zresz­tą po­dob­nie jak ja. Nie wiem, ile w tym wszyst­kim było praw­dy. Nie­mniej zgo­dzi­łam się iść z nim na wi­zy­tę. Tak dla spo­ko­ju. A te­raz już mia­łam spo­kój. Do­zgon­ny.

Cho­le­ra, a może jed­nak opacz­nie zro­zu­mia­łam za­le­ce­nia te­ra­peu­ty?

Nie, to zde­cy­do­wa­nie nie ja by­łam pro­ble­mem.

Do­bra. I tak za póź­no. Cza­su nie cof­nę. Trze­ba tu po­sprzą­tać, a póź­niej po­my­ślę, co da­lej.

Spraw­dzę, co i jak, i gdzie – ana­li­zo­wa­łam w swo­jej gło­wie.

Mu­szę się przy­go­to­wać i ro­zej­rzeć po do­mo­stwie, zo­ba­czyć, czy mam coś uży­tecz­ne­go na taką oka­zję. By­naj­mniej nie cho­dzi­ło mi o czar­ne ubra­nie. Chy­ba będę po­trze­bo­wa­ła ja­kichś na­rzę­dzi. Ło­pa­ta? Gra­bie? Ja­kieś wor­ki? Za­wsze za pierw­szym ra­zem czło­wiek jest taki nie­zor­ga­ni­zo­wa­ny! Nie wia­do­mo, od cze­go za­cząć! Tro­chę jak pa­ko­wa­nie się na pierw­szy w ży­ciu bi­wak. Ni­g­dy nie wiesz, co ci się przy­da, a póź­niej i tak bra­ku­je ci ty­sią­ca rze­czy. A ko­lej­ny ty­siąc, któ­ry wzię­łaś, za­wa­dza ci i cią­ży przez cały po­byt. Tak się te­raz czu­łam. Nie­zor­ga­ni­zo­wa­na. I tro­chę za­gu­bio­na. Może na­wet bar­dzo za­gu­bio­na. Jak przy­sło­wio­wa An­dzia w par­ku.

– Uhhh… – Wes­tchnę­łam cięż­ko do sie­bie. – Ale so­bie skom­pli­ko­wa­łam i tak mało siel­skie ży­cie!

Było dla mnie ja­sne, że mu­szę ukryć gdzieś zwło­ki. In­nej opcji nie ma. Prze­cież nie będę dzwo­nić po gli­ny.

Skie­ro­wa­łam się w stro­nę drzwi na ta­ras, ale szyb­ko za­wró­ci­łam.

– Za­raz, za­mknę jesz­cze drzwi fron­to­we. Jak­by się tak ko­muś za­chcia­ło tu­taj zaj­rzeć, to by się bi­gos na­ro­bił… – ga­da­łam do sie­bie, jak­by to mia­ło mi po­móc w wy­ja­śnie­niu ca­łej sy­tu­acji, w któ­rej się zna­la­złam ja­koś tak nie­po­rad­nie i bez pla­nu.

Cho­dzi­łam w kół­ko i bez celu.

– Do­bra! Olga, ogar­nij się! Do ga­ra­żu i do szo­py w ogro­dzie trze­ba iść. Szu­kaj, co może być ci uży­tecz­ne – do­ra­dza­łam so­bie na głos.

Na­cią­gnę­łam ka­lo­sze, za­ło­ży­łam sta­rą blu­zę Wojt­ka i po­szłam wresz­cie do ogro­du.

***

Szo­pa w ogro­dzie była lek­ko pod­upa­dła, jak­by ku­la­wa, gdzie­nie­gdzie po­ob­dzie­ra­na. Ster­cza­ła jak ja­kiś strach na wró­ble, tyl­ko za­miast mi­nia­tu­ro­wych pta­ków na da­szek sra­ły mi go­łę­bie są­sia­da. No cóż, na­tu­ra uko­cha­na.

Otwo­rzy­łam za­rdze­wia­łą za­su­wę i po­pchnę­łam drzwi. Za­skrzy­pia­ły jak­by ze zmę­cze­nia i fru­stra­cji, że ktoś je ru­sza. A może nie chcia­ły brać udzia­łu w mo­jej zbrod­ni? A może mi po pro­stu za­czę­ło od­bi­jać i za­czę­łam nada­wać drzwiom ludz­kie ce­chy? Jak niby nie chcia­ły brać udzia­łu w moim krwa­wym pla­nie, prze­cież nie mia­ły czym my­śleć, do cho­le­ry! To tyl­ko bla­cha, i to pła­ska. Skup się, dur­na! – ta­kie my­śli wy­peł­nia­ły mi te­raz pust­kę w gło­wie. Na­praw­dę coś ze mną chy­ba jest nie tak.

Ja na pew­no nie mam wszyst­kich w domu. Zdro­wy roz­są­dek gdzieś mi się wy­sy­pał po dro­dze i za­brał ze sobą wszyst­kie dzia­ła­ją­ce jesz­cze nie­daw­no klep­ki.

W szo­pie było ciem­no i po­nu­ro. Świa­tła elek­trycz­ne­go oczy­wi­ście brak, bo „Po co?” – prze­drzeź­nia­łam w my­ślach mo­je­go męża. „Nikt tu po ciem­ku nie za­glą­da!”

– No, ja­koś te­raz za­glą­dam. I nic nie wi­dzę! I się po­ty­kam. Na­wet po śmier­ci po­tra­fi mnie iry­to­wać. Dziad je­den. Był w tym mi­strzem. Na­praw­dę. Nie miał so­bie rów­nych.

W ką­cie przy wej­ściu sta­ły ja­kieś bel­ki, wi­sia­ły bez­ład­nie sta­re na­rzę­dzia, ni­ko­mu nie­po­trzeb­ne i za­wa­dza­ją­ce na każ­dym kro­ku. Te­raz też. A może te­raz wła­śnie w szcze­gól­no­ści. Za­czę­łam po omac­ku prze­su­wać po nich ręką, chwy­ta­jąc co któ­rąś, i stu­ka­łam nimi o pod­ło­że. Jed­na, nie­ste­ty, się roz­pa­dła. Mu­sia­ła być bar­dzo zmur­sza­ła. Zo­sta­ła mi w ręku tyl­ko koń­ców­ka. „Może jesz­cze się przy­da” – szy­dzi­łam w my­ślach z Wojt­ka.

Zbie­rał wszyst­ko i za­trzy­my­wał to na wie­ki. Zbie­racz je­den! Gdy­by na­sze mał­żeń­stwo trwa­ło dłu­żej, pew­nie za­ko­pał­by nas w ob­fi­to­ści swo­ich skar­bów.

OK, jest! Zna­la­złam! Sta­ry, za­rdze­wia­ły szpa­del. A tak na mar­gi­ne­sie – czy sta­ry szpa­del jest zu­ży­ty, czy sko­pa­ny? Hmm…

Do­brze! Ten może być. Opar­łam go o ze­wnętrz­ną ścia­nę szop­ki. Dziś speł­ni rolę swo­je­go szpa­dlo­we­go ży­cia. Bę­dzie ko­pał do upa­dłe­go. Albo za­ko­py­wał upa­dłe­go.

Ta­kie hi­sto­rie i po­dob­ne plą­ta­ły mi się po gło­wie. Do dziś po­dej­rze­wam, że było to wszyst­ko wy­ni­kiem szo­ku, któ­re­go do­zna­łam za­raz po tym, co się wy­da­rzy­ło w kuch­ni. Nie po­tra­fi­łam tego jesz­cze na­zwać. Bo czy to było za­bój­stwo? Nie czu­łam się jak za­bój­ca. Przy­pad­ko­wa śmierć? No tro­chę trud­no na­zwać przy­pad­kiem te wszyst­kie dźgnię­cia. Na pew­no był to na­pad fu­rii z mo­jej stro­ny. Ta sy­tu­acja na­ra­sta­ła od wie­lu mie­się­cy, może na­wet kil­ku lat. No i pę­kłam w koń­cu.

Kur­de, tu­taj był taki dy­wan, jesz­cze po sta­rych wła­ści­cie­lach… Mo­gła­bym w nie­go za­wi­nąć cia­ło. Gdzie on może le­żeć? – pró­bo­wa­łam się roz­glą­dać w ciem­no­ściach.

Oo, je­steś – po­my­śla­łam. Le­żał w rogu, jak­by cze­kał na ten dzień, kie­dy bę­dzie przy­dat­ny. Za­czę­łam go szar­pać i pod­no­sić. Ale bez­sku­tecz­nie. Chy­ba coś go przy­gnia­ta­ło. Gdy­by nie te pie­przo­ne ciem­no­ści, nie mu­sia­ła­bym zga­dy­wać co! Wresz­cie, cięż­ko dy­sząc, wy­tar­mo­si­łam go z cze­lu­ści i prze­cią­gnę­łam mały ka­wa­łek w stro­nę domu.

– Cho­le­ra, cięż­ki jest! Nie ma mowy, nie unio­sę. Nie mogę pod­nieść sa­me­go dy­wa­nu, a co do­pie­ro ze zwło­ka­mi… Za sła­ba je­stem, sama nie dam rady.

Nie­sa­mo­wi­te, jak mój mózg szu­kał roz­wią­zań. Pod­su­wał mi roż­ne opcje. Jak­by zo­stał prze­sła­ny mi do roz­wią­za­nia ja­kiś test, szu­ka­nie wyj­ścia z la­bi­ryn­tu, ba­da­nie IQ. Ab­so­lut­nie nie zna­łam sie­bie z tej stro­ny.

Wy­ję­łam z kie­sze­ni te­le­fon i chwi­lę bez­rad­nie pa­trzy­łam na mały ekra­nik. Do kogo mogę za­dzwo­nić? Hmm. De­li­kat­na spra­wa. Mu­szę być bar­dzo ostroż­na. Nie każ­dy zro­zu­mie, dla­cze­go to zro­bi­łam. Więk­szość pew­nie za­raz we­zwie po­li­cję, na­wet bez wy­słu­cha­nia mnie do koń­ca. Musi być ktoś, kto zna mnie i kto znał Wojt­ka. I na­sze pro­ble­my.

Jol­ka, oczy­wi­ście. Je­dy­na i naj­lep­sza – oświe­ci­ło mnie.

***

Tu­taj po­le­cia­ło kil­ka gwiz­dów uzna­nia od zgro­ma­dzo­nych dziew­czyn. Kil­ka okla­sków, prze­ry­wa­ją­cych moją hi­sto­rię.

Jol­ka po­wsta­ła zgrab­nie i ukło­ni­ła się te­atral­nie.

To mnie tyl­ko za­chę­ci­ło do kon­ty­nu­owa­nia mo­jej opo­wie­ści.

***

Jol­ka ode­bra­ła pra­wie na­tych­miast.

– Jolu ko­cha­na, czy mia­ła­byś chwil­kę, aby do mnie wpaść? – za­py­ta­łam szyb­ko.

– Te­raz??

– No…

– Ok, ale tak z dzieć­mi i z Piotr­kiem?

– Nie, bez dzie­ci i zde­cy­do­wa­nie bez męża. Taka tam chwi­lów­ka, szyb­ka kaw­ka. Z przy­ja­ciół­ką w po­trze­bie. Po­ga­da­my, po­sie­dzi­my… – Coś za­ko­pie­my, do­da­łam w my­ślach. – Wiesz, tak na luź­no. – Pró­bo­wa­łam brzmieć jak naj­bar­dziej na­tu­ral­nie.

– No do­bra, będę nie­dłu­go. Ale kaw­ka? O tej po­rze? Hmm…

– Aha, i nie ubie­raj się zbyt ele­ganc­ko. – Uda­łam, że nie sły­szę jej do­cie­kań. – Ra­czej wy­god­nie. I może się zda­rzyć, że skoń­czy­my póź­no, więc uprzedź Piotr­ka, aby po­ło­żył dzie­cia­ki spać. Pew­nie wró­cisz ju­tro – rzu­ci­łam do słu­chaw­ki.

Albo za ty­dzień, jak wszyst­ko pój­dzie do­brze; a jak nie, to jak od­bę­dziesz wy­rok za po­moc w ukry­ciu zwłok – do­da­łam już do sie­bie, po roz­łą­cze­niu się. Czy aby na pew­no do­brze ro­bię? Czy mogę ła­do­wać Jol­kę w ta­kie kło­po­ty?

NASTĘPNEGO DNIA

Le­d­wo utrzy­my­wa­łam otwar­te oczy. Trzy­ma­łam w ręku ku­bek z go­rą­cą, pa­ru­ją­cą kawą. Za­wsze lu­bi­łam pa­trzeć, jak para mie­sza się z rześ­kim po­wie­trzem po­ran­ka. Ta­kie małe po­ran­ne „ma­gic”. Otwo­rzy­łam szkla­ne drzwi na ta­ras. Taj­fun na­tych­miast prze­mknął obok mnie na swo­ją po­ran­ną to­a­le­tę. Wcią­gnę­łam głę­bo­ko po­wie­trze i za­trzy­ma­łam je na chwi­lę w płu­cach. Moja po­ran­na por­cja jogi. Bar­dzo nie­za­awan­so­wa­na, ale kie­dyś czy­ta­łam, że na­wet pięt­na­sto­mi­nu­to­we wsłu­chi­wa­nie się w od­głos kro­pli desz­czu za­li­cza się do prak­ty­ko­wa­nia jogi. Ja wdy­cha­łam po­wie­trze i słu­cha­łam śpie­wu pta­ków. Może być. Joga jak nic. Dla mnie od­ha­czo­ne. I tego będę się trzy­mać.

Pięk­ny ra­nek! Tak cu­dow­nie, le­ni­wie, spo­koj­nie. Za każ­dym ra­zem o tej po­rze w mo­jej gło­wie brzmiał Bar­ry Whi­te ze swo­im cie­płym „Let the mu­sic play”. Nie­sa­mo­wi­ty głos, nie­sa­mo­wi­ta mu­zy­ka. Każ­dy dzień był lep­szy z Bar­rym w tle.

Wy­su­nę­łam sto­pę na zim­ną pły­tę ta­ra­su. Przy­jem­nie i ku­szą­co. Da­łam kil­ka kro­ków. Tra­wa pie­ści de­li­kat­nie sto­py i ką­pie je w kro­plach rosy. Kur­de, jak ro­man­tycz­nie.

Oczy­wi­ście nie zimą, bo wte­dy o 5:30 rano jest jesz­cze kom­plet­nie ciem­no i nie­przy­jem­nie. I w du­pie mam prak­ty­ko­wa­nie jogi. Chcę wte­dy spać.

Ale do rze­czy. Mamy z Taj­fu­nem swo­ją ru­ty­nę. Wy­cho­dzi­my ra­zem na po­ran­ne pięt­na­ście-dwa­dzie­ścia mi­nut w ogro­dzie. Tyl­ko my we dwo­je. I to nie­za­leż­nie od pory roku. Ra­zem mar­z­nie­my w mroź­ne po­ran­ki je­sie­ni i zimy i ra­zem słu­cha­my gło­su wio­sen­no-let­nie­go po­ran­ka. Tak już od pię­ciu lat, od­kąd ten wspa­nia­ły szcze­niak za­wi­tał w moje pro­gi. We­dług opi­nii in­nych – jest wku­rza­ją­cy i do­ku­cza na każ­dym kro­ku. Ja ko­cham go bez­gra­nicz­nie. Moje psie dziec­ko.

De­lek­tu­ję się wi­do­kiem pięk­nie ro­sną­cych kwia­tów i piję po­ran­ną kawę, a Taj­fun sika i wy­ci­ska nu­mer dwa. Będę mu­sia­ła to póź­niej po­sprzą­tać, ale co tam. Per­fek­cyj­ny duet. Dzień jak co dzień. Wcią­gnę­łam to ide­al­nie pach­ną­ce wcze­sną porą po­wie­trze, ro­zej­rza­łam się ra­do­śnie po ogro­dzie i w tym mo­men­cie za­trzy­ma­łam wzrok na szpa­dlu opar­tym o szo­pę.

– Och, no tak… – za­mru­cza­łam do sie­bie z dziw­nym, na­wet jak dla mnie, to­nem gło­su.

W pa­mię­ci po­wró­ci­ły nie­ja­sne wspo­mnie­nia wczo­raj­sze­go wie­czo­ru i po­ło­wy nocy, ob­ra­zy zno­wu sta­ły się rze­czy­wi­sto­ścią. Spoj­rza­łam na swo­je dło­nie, na czar­ne pa­zu­ry. Do­słow­nie w mo­men­cie roz­bo­la­ła mnie gło­wa.

– No nie, kur­wa­aaa! Cze­mu nie za­ło­ży­łam rę­ka­wi­czek?! Pa­zu­ry znisz­czo­ne, jak chłop z ko­mu­ny ma­ło­rol­ny. – Moje dło­nie to był ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy.

Kie­dy Jol­ka po­szła? Pa­mię­tam do­kład­nie, że przy­szła. A może zo­sta­ła u mnie? Cho­le­ra, nie pa­mię­tam. Whi­sko­wa­ły­śmy się ostro wczo­raj pod­czas ko­pa­nia dołu. (Dołu…!!) Po­szła na­wet ta bu­tel­ka, co była na ba­ar­dzo spe­cjal­ną oka­zję. Trzy­dzie­sto­let­ni bo­ur­bon, któ­ry ktoś kie­dyś przy­wiózł Wojt­ko­wi z po­dró­ży do Sta­nów. Po­noć, hmmm, dro­ga sztu­ka. Jep­tha Cre­ed, he­avy bo­ur­bon. No, na­wet do­bry był… To zna­czy – chy­ba był do­bry, bo he­avy na pew­no, aż film mi się urwał. Cał­ko­wi­cie. Cho­ciaż tu­taj przy­czy­ną może być ilość, a nie ja­kość al­ko­ho­lu, któ­ry spo­ży­łam wczo­raj. Po­ki­wa­łam twier­dzą­co gło­wą. Jak­bym przy­zna­wa­ła ra­cję roz­mów­cy. Za­czę­ło mnie mdlić nie­mi­ło­sier­nie. To, co nie wy­pa­ro­wa­ło, chcia­ło się na­tych­miast wy­do­stać na ze­wnątrz inna dro­gą…

Mój wzrok znów po­wę­dro­wał w stro­nę szpa­dla.

Cóż, ofi­cjal­nie je­stem sin­giel­ką. A szpa­del mu­szę umyć, i to ko­niecz­nie – po­my­śla­łam, nie­umie­jęt­nie po­wstrzy­mu­jąc na­si­la­ją­ce się mdło­ści.

Rzy­ga­łam pół go­dzi­ny bez ustan­ku. Dużo tego al­ko­ho­lu wczo­raj prze­ro­bi­ły­śmy i mam na­dzie­ję, że – oczy­wi­ście wy­łą­cza­jąc z gro­na po­dej­rza­nych wspo­mnia­ną wcze­śniej bu­tel­kę whi­sky – były to trun­ki le­gal­ne i nie bę­dzie­my świe­cić w ciem­no­ści. Albo – co gor­sza – nie będę od­po­wie­dzial­na za śle­po­tę nas obu. Czy­ta­łam kie­dyś, że nie­le­gal­ny al­ko­hol może pro­wa­dzić do śle­po­ty. Cóż, ja­ki­kol­wiek by był, na chwi­lę obec­ną za­ata­ko­wał mój układ po­kar­mo­wy.

– Łeb mi pęka, mu­szę zna­leźć Jol­kę i usta­lić, co da­lej – po­wie­dzia­łam do sie­bie po osta­tecz­nym, jak my­śla­łam, spa­zmie żo­łąd­ka w to­a­le­cie.

My­li­łam się jed­nak bar­dzo, rzy­ga­łam jesz­cze przez pra­wie dwa dni. I się­gnę­łam dna od­wod­nie­nia, o ja­kim wcze­śniej nie sły­sza­łam. Głu­pi ame­ry­kań­ski bo­ur­bon, brrr. Ni­g­dy wię­cej. Wody, wody, wody.

Wpa­dłam do ła­zien­ki na dole w ostat­niej chwi­li. Mój ty żo­łą­decz­ku! Ale cię za­ła­twi­łam. To zna­czy się. Sie­bie.

Brud­ny szpa­del, a w kuch­ni chy­ba na­dal jest krew (no, jak za­schła, to bę­dzie mega trud­no ją zmyć), po­roz­rzu­ca­ne rze­czy po ca­łym domu. Jak­by do­słow­nie tor­na­do prze­szło. Sprzą­ta­nia na dwa dni dla ca­łej gru­py lu­dzi bę­dzie.

Wy­szłam z to­a­le­ty, zaj­rza­łam do kuch­ni i onie­mia­łam – było… czy­sto. Mu­sia­ły­śmy po­sprzą­tać wczo­raj. No, do­bry ten bo­ur­bon, kom­plet­nie nie pa­mię­tam sprzą­ta­nia – tro­chę uspra­wie­dli­wia­łam głów­ne­go spraw­cę mo­je­go złe­go sa­mo­po­czu­cia dzi­siaj. Nie był taki zły. Nie wiem, skąd bra­ły się w mo­jej gło­wie te zło­te my­śli. My­ślą­ce bla­sza­ne drzwi i bo­ur­bon na­ma­wia­ją­cy mnie do pi­cia oraz złych wy­bo­rów. Nie­ofi­cjal­nie mó­wiąc, stwier­dzam po­now­nie – po­win­nam się le­czyć. Je­stem nie­nor­mal­na. I świa­do­mie to po­twier­dzam.

A tak na po­waż­nie: je­stem to­tal­nie w psiej du­pie… Kom­plet­nie. To zna­czy, że nie mam cał­ko­wi­cie pla­nu, co da­lej. Kom­plet­na pust­ka w ska­co­wa­nej gło­wie. Trze­ba im­pro­wi­zo­wać. Jak ja to, kur­de, te­ścio­wej wy­tłu­ma­czę? Że gdzie jest jej sy­nuś? Jak to wy­ja­śnić? Prze­cież nie po­wiem, że za­si­la moje kwiat­ki. Te i po­dob­ne my­śli tłu­kły mi się po obo­la­łej mó­zgow­ni­cy.

Tyl­ko spo­koj­nie, Olga, tyl­ko spo­koj­nie. To nie tak, że tyl­ko ty zna­la­złaś się w ta­kiej sy­tu­acji. Je­stem pew­na, że ty­sią­ce, może na­wet mi­lio­ny ko­biet ma­rzą o tym, by za­dźgać swo­je­go męża, by­dla­ka jed­ne­go – po­ta­ki­wa­łam gło­wą do swo­ich my­śli.

Cóż, może nie wszyst­kie wcie­la­ją te my­śli w czyn. I tu­taj się wy­róż­ni­łam zde­cy­do­wa­nie ostat­nie­go wie­czo­ru. We­szłam na czer­wo­ny dy­wan w po­pla­mio­nej krwią suk­ni i tyl­ko okla­sków mo­ich fa­nów brak. A może po pro­stu nie od­bie­ram na od­po­wied­niej czę­sto­tli­wo­ści. Może mi kla­ska­ją i krzy­czą: „Do­bra ro­bo­ta! Well done! ¡Bien he­cho! Ben fat­to!”, i tak da­lej. Tłu­my roz­wrzesz­cza­nych ko­biet wal­czą­cych o swo­je ra­cje. No, taki ob­raz może być. Na chwi­lę się roz­po­go­dzi­łam. Nie chcę być tą złą, co za­bi­ła męża dla swo­jej przy­jem­no­ści. Zro­bi­łam to w szczyt­nym celu osią­gnię­cia wol­no­ści. Cał­ko­wi­tej.

A te­raz…

Kur­wa w mor­dę je­ba­na…

(W mo­men­tach eks­tre­mal­ne­go stre­su lub wy­czer­pu­ją­ce­go my­śle­nia prze­kli­nam jak szewc, wy­my­śla­jąc nie­sa­mo­wi­te kom­bi­na­cje ję­zy­ko­we. Sta­ję się do­słow­nie Mic­kie­wi­czem wul­ga­ry­zmów; nie­ste­ty – taka bie­gun­ka słow­na nie jest ja­koś spe­cjal­nie na­gra­dza­na w li­te­rac­kim świe­cie).

Ale wra­ca­jąc do my­śli głów­nej: co się mo­gło wy­da­rzyć? Gdzie znik­nął Woj­tek? Co po­dać za ofi­cjal­ną wer­sję wy­da­rzeń? Gdzie mógł się te­raz ofi­cjal­nie znaj­do­wać? Taj­lan­dia?

Mój mózg pra­co­wał bar­dzo szyb­ko. Hi­sto­ryj­kę mu­szę wy­my­ślić. I to na­tych­miast. Do­brą ja­kąś. Bez za­rzu­tów i ty­sią­ca py­tań. A ra­czej z ty­sią­cem od­po­wie­dzi. Bo py­ta­nia będą na pew­no. Mnó­stwo py­tań. Wręcz nie­praw­do­po­dob­ne do wy­ko­na­nia. Mu­szę wy­si­lić twór­czą stro­nę mo­jej mó­zgow­ni­cy. I to eks­tre­mal­nie.

Prze­ra­ża­ją­ce było to, że nie­waż­ne, jak bar­dzo ab­sur­dal­ne opo­wie­ści wy­my­śla­łam, każ­da hi­sto­ryj­ka za­wie­ra­ła ziar­na praw­dy. Mę­czy­łam się.

***

Kil­ka słów na te­mat Wojt­ka.

Otóż Wojt­ko­wi trud­no przy­cho­dzi­ło do­trzy­ma­nie wier­no­ści, któ­rą tak uro­czy­ście w ko­ście­le przy­się­gał. To po­wo­do­wa­ło mię­dzy nami wie­le kłót­ni. On był za­wsze w go­to­wo­ści, kie­dy tyl­ko w oko­li­cy po­ja­wia­ła się ja­kaś bab­ka. Bez wzglę­du na ja­kość, wiek lub stan. Wy­star­czy­ło, że była, nie­waż­ne jaka, a on już do­sta­wał świą­du na­rzą­dów. Pod­ry­wał wszyst­kie, mógł­by być taką od­mia­ną su­gar-syn­ka.

Za­tem…

Był nie­szczę­śli­wy. Tak za­cznę hi­sto­ryj­kę. Jego ma­mu­sia to kupi. Tak. Bo to bę­dzie prze­ciw­ko mnie, a wy­bie­li jej sy­nu­sia. Bę­dzie pew­na, że Woj­tuś wy­je­chał gdzieś z jed­ną ze swo­ich ko­cha­nek, któ­ra po­win­na była no­sić jego na­zwi­sko za­miast mnie, nie­wdzięcz­ni­cy jed­nej. Mógł znacz­nie le­piej wy­brać, ale uparł się na mnie. No wła­śnie. Był upar­ty i wy­brał mnie. To mu­szę wy­ko­rzy­stać.

Praw­dę po­wie­dziaw­szy, też nie wiem, cze­mu mnie wy­brał.

Ko­chać na za­bój nie umiał, może po pro­stu pyk­nę­łam więk­szość kwa­dra­ci­ków na jego li­ście? Sama ni­g­dy nie mo­głam tego po­jąć. Bo to, że mnie nie ko­chał, zro­zu­mia­łam w pierw­szym ty­go­dniu mał­żeń­stwa. Te­ścio­wa ni­g­dy mnie nie za­ak­cep­to­wa­ła, uwa­ża­ła mnie za naj­więk­szą po­mył­kę swo­je­go syna. Cze­ka­ła na dziew­czy­nę, któ­ra pew­nie kie­dyś bę­dzie w sta­nie uro­dzić jej upra­gnio­ne, pięk­ne wnu­ki. By za­cho­wać li­nię ich na­zwi­ska. Mia­łam z tego nie­zły ubaw, bo aku­rat ja by­łam ostat­nią oso­bą, któ­ra mo­gła­by po­móc w prze­dłu­że­niu rodu. Po pro­stu nie lu­bi­łam dzie­ci.

Tak, mia­łam tę ska­zę nie­wy­ba­czal­ną. Śmia­łam mieć wła­sne zda­nie na te­ma­ty tabu. Ro­dze­nie dzie­ci w ogó­le mnie nie in­te­re­so­wa­ło, pa­nicz­nie boję się bólu i ni­g­dy nie chcia­łam tej od­po­wie­dzial­no­ści za ko­goś. Ja­sno po­wie­dzia­łam na sa­mym po­cząt­ku, że się do tego nie na­da­ję.

Przez kil­ka ty­go­dni po ślu­bie in­te­re­so­wa­ło mnie, gdzie mój mąż spę­dza week­en­dy i więk­szość wie­czo­rów. Bo prze­cież nie u nas w domu. Jako żo­nie wy­da­wa­ło mi się to nor­mal­ne. Ale te­ścio­wa za­wsze mnie wte­dy stro­fo­wa­ła. No, wy­my­śli­łam so­bie! Co ja de­tek­tyw ja­kiś je­stem? Albo Szek­spir no­wo­cze­sny? Książ­kę pi­szę? Po co go spraw­dza­łam? Jak­bym nie drą­ży­ła te­ma­tu, to by go nie było. Nic bym nie wie­dzia­ła.

Nie­mą­dra baba je­stem, lu­bię się uniesz­czę­śli­wiać. Za­miast czer­pać peł­ny­mi gar­ścia­mi z tego, co mam (mia­łam!).

Męż­czy­zna robi, co musi. A ja nie po­win­nam py­tać.

– Jak nie chcesz, żeby bo­la­ło, to po co szu­kasz tego bólu? Zo­staw. – Ta­kie wy­ja­śnie­nia kie­dyś otrzy­ma­łam od te­ścio­wej. – Patrz na moje szczę­śli­we mał­żeń­stwo. Bierz przy­kład, nie py­taj. Bądź po­słusz­na, ule­gła, pięk­na, za­wsze go­to­wa i ni­g­dy nie py­taj, gdzie spę­dził noc. – Moja nowo na­by­ta ma­mu­nia prze­ko­ny­wa­ła mnie do uro­ków mał­żeń­stwa.

– Nie ro­zu­miem? – za­py­ta­łam wte­dy, kom­plet­nie zbi­ta z tro­pu, choć ma­mu­sia ja­sno okre­śli­ła już moją ścież­kę ży­cio­wą.

– Zro­zu­miesz, kie­dy przyj­dzie na to czas, ko­cha­na. – Otrzy­ma­łam w od­po­wie­dzi.

Te­ścio­wa nie prze­mó­wi­ła już ni­g­dy wię­cej na ten te­mat. Te­raz wiem cze­mu. Nie było głęb­szej praw­dy. Z cza­sem ja też to ola­łam.

A Woj­tek – cóż, zni­kał czę­sto wie­czo­ra­mi, niby na spo­tka­nia z klien­ta­mi (to była jego ulu­bio­na wy­mów­ka), ale za­wsze tak dziw­nie się skła­da­ło, że klien­ci pach­nie­li ta­ni­mi dam­ski­mi per­fu­ma­mi. A on, bied­ny, przy­no­sił te won­no­ści do na­sze­go domu o czwar­tej nad ra­nem albo, jak był do­bry klient, na­wet po śnia­da­niu dnia na­stęp­ne­go. To była na­sza wiecz­na kość nie­zgo­dy. Ja wie­dzia­łam, a on bar­dzo nie­umie­jęt­nie za­prze­czał. Żad­ne z nas jed­nak nie mo­gło się zdo­być na osta­tecz­ny krok i za­koń­czyć tej mał­żeń­skiej far­sy. Mnie się nie chcia­ło, a on, jak po­dej­rze­wam, bał się zmian. I było mu wy­god­nie. Fa­cet zbyt le­ni­wy, by bie­gać po praw­ni­kach. On kom­plet­nie nie był ma­te­ria­łem na męża ani part­ne­ra – mo­je­go czy in­nej ko­bie­ty. Po pro­stu nie na­le­żał do mo­no­ga­mi­stów. I tyle.

Tam­te­go wie­czo­ru by­łam bar­dzo za­gu­bio­na, za­to­pio­na w my­ślach, któ­re mknę­ły w mo­jej gło­wie z siłą po­tęż­ne­go wo­do­spa­du. I co chwi­lę zmie­nia­ły kie­ru­nek. To była ostra jaz­da bez trzy­man­ki w mo­jej gło­wie.

W ta­kich chwi­lach bar­dzo bra­ko­wa­ło mi mo­ich ro­dzi­ców. Ode­szli za wcze­śnie, lata za wcze­śnie. Zgi­nę­li w głu­pim wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym.

By­łam wte­dy na obo­zie, a oni wła­śnie je­cha­li, by mnie od­wie­dzić. Cię­ża­rów­ka nie wy­ha­mo­wa­ła na za­krę­cie i wbi­ła ich sa­mo­chód w ba­rier­ki. Zgi­nę­li na miej­scu.

Nie mia­łam ro­dzeń­stwa, ja­koś tak wy­szło, ale dla nich by­łam ca­łym świa­tem.

Kie­dy otrzy­ma­łam wia­do­mość, że ro­dzi­ce nie żyją, wy­łam jak bóbr, aż nie mo­głam wi­dzieć przez za­puch­nię­te oczy. Wy­glą­da­łam jak małe czer­wo­ne pro­się ze wzro­kiem bied­ne­go opusz­czo­ne­go psia­ka.

Pa­mię­tam nasz dom, któ­re­go w ogó­le nie mo­głam roz­po­znać w dniu po­grze­bu. Wszy­scy ci obcy lu­dzie, pa­trzą­cy na mnie z po­li­to­wa­niem i chy­ba na­wet z praw­dzi­wy­mi łza­mi w oczach. Nie zna­łam ich. Nasz dom pach­niał tak obco. Nie było nic, co mo­gło­by uko­ić moje małe, bied­ne ser­dusz­ko. Przy­tu­la­łam miś­ka, któ­re­go do­sta­łam kie­dyś na Gwiazd­kę. Wte­dy czu­łam się tro­chę le­piej. Pach­niał mamą.

Za­bra­li mnie do ko­ścio­ła, póź­niej na cmen­tarz. Były dwie ta­kie same trum­ny, z wy­po­le­ro­wa­ny­mi na wy­so­ki po­łysk ta­blicz­ka­mi. Na nich imio­na i na­zwi­sko ro­dzi­ców. Te ta­blicz­ki były ostat­nim moim fi­zycz­nym po­łą­cze­niem z tatą i mamą, a za­ra­zem ostat­nim eta­pem ży­cia mo­ich ro­dzi­ców tu na zie­mi. Wię­cej już nic nie bę­dzie. Wszyst­ko, co było zwią­za­ne z nimi, całe moje do­tych­cza­so­we, bez­tro­skie, fan­ta­stycz­ne ży­cie – le­gło w gru­zach.

Było mi bar­dzo źle, smut­no i nie­swo­jo. Za­pa­da­łam się co­raz głę­biej i głę­biej w ot­chłań roz­pa­czy. Bu­dzi­łam się tyl­ko po to, by pła­kać wię­cej i wię­cej. Chcia­łam, by ten ból się w koń­cu skoń­czył, żeby moje ser­ce zna­la­zło spo­kój. Chcia­łam być z mamą i tatą. Przez mój zmę­czo­ny umysł prze­cho­dzi­ły set­ki po­my­słów, jak ze sobą skoń­czyć. My­ślę, że by­łam o krok od by­cia naj­młod­szym sa­mo­bój­cą w kra­ju.

Tak mi­ja­ły ty­go­dnie. Ale mu­sia­łam w koń­cu się ogar­nąć, nikt nie był tak na­praw­dę za­in­te­re­so­wa­ny po­cie­sza­niem smar­ku­li. Ży­cie to­czy­ło się do przo­du. Wte­dy wła­śnie po­sta­no­wi­łam, że nie będę mieć dzie­ci, aby nikt ni­g­dy nie mu­siał cier­pieć tak jak ja.

Jak stać się do­ro­słą w parę dni? To chy­ba nie­moż­li­we. A jed­nak mu­sia­łam do­ro­snąć i to pra­wie na­tych­miast. Mia­łam osiem lat i ni­ko­go, komu by na mnie za­le­ża­ło. Sę­dzia nie wie­dział, co ze mną zro­bić. Opcją był dom dziec­ka albo ktoś z ro­dzi­ny. W koń­cu od­da­li mnie do ja­kie­goś bar­dzo da­le­kie­go wuj­ka, któ­ry oka­zał się dla mnie naj­bliż­szą do­stęp­ną ro­dzi­ną. Dom zo­stał sprze­da­ny, kre­dyt spła­co­ny, a resz­ta pie­nię­dzy wpła­co­na na kon­to, któ­re mo­głam ru­szyć, jak skoń­czę dwa­dzie­ścia je­den lat.

Moja nowa ro­dzi­na… Cóż, nie mie­li dla mnie za bar­dzo miej­sca, ale przy­ję­li i dba­li, jak umie­li. Jed­nak mi­ło­ści mi dać nie mo­gli, bo ta­kiej u nich nie było. Do­sta­wa­li na moje utrzy­ma­nie pie­nią­dze od rzą­du, więc nie na­rze­ka­li aż tak bar­dzo. Miesz­ka­łam u nich do osiem­na­ste­go roku ży­cia, skoń­czy­łam li­ceum kra­wiec­kie i wy­pro­wa­dzi­łam się. Za­rów­no oni, jak i ja przy­ję­li­śmy to z mil­czą­cym wes­tchnie­niem ulgi.

Wy­je­cha­łam do Ło­dzi, bo uwiel­bia­łam szyć i chcia­łam da­lej uczyć się w tym kie­run­ku, po­dą­żać ścież­ką kre­ato­ra stro­jów. Tak wte­dy my­śla­łam.

W ten spo­sób roz­po­czę­łam swo­ją „do­ro­słą” dro­gę. Po­zna­łam lu­dzi ci­chych i gło­śnych. Do­brych i złych. Po­dró­żo­wa­łam tro­chę, pra­co­wa­łam w jed­nej ze słyn­niej­szych pra­cow­ni kra­wiec­kich i uczy­łam się.

W tym cza­sie po­zna­łam mo­je­go pierw­sze­go męża. Uśpił moją czuj­ność, wąż je­den, i obu­dzi­łam się kie­dyś jako jego żona… I to nie w Ve­gas, tyl­ko w ma­łej gmi­nie pod Ło­dzią.

– By to chu­dy byk! – Po ty­go­dniu już wie­dzia­łam, że to był na­stęp­ny tępy klik na kla­wia­tu­rze mo­je­go za­bło­co­ne­go kło­po­ta­mi ży­cio­we­go kom­pu­te­ra.

Roz­wód na­stą­pił po trzech mie­sią­cach. Czu­łam się, kur­de, jak gwiaz­da fil­mo­wa – ślub na parę mie­się­cy. Do­brze, że tyl­ko cy­wil­ny, a nie ko­ściel­ny. Cho­ciaż na „Bo­gu­sia Wszech­moc­ne­go” ob­ra­zi­łam się w dniu śmier­ci mo­ich ro­dzi­ców i nie ga­da­łam z nim od tam­tej chwi­li, to jed­nak wi­zja mnie w bia­łej suk­ni – kie­dyś, gdzieś tam, w da­le­kiej przy­szło­ści – ma­ja­czy­ła mi nie­ja­snym kon­tu­rem w łe­pe­ty­nie. Ten ślub był kom­plet­nym błę­dem. Cze­mu za nie­go wy­szłam? Nie mam po­ję­cia. Wiem za to, cze­mu wnio­słam o roz­wód. I wy­glą­da na to, że ura­to­wa­łam mu wte­dy ży­cie. Bo to on mógł te­raz prze­cież wy­lą­do­wać na pod­ło­dze w kuch­ni w ka­łu­ży wła­snej krwi.

Wojt­ka po­zna­łam ja­kieś czte­ry lata póź­niej. Po roku za nie­go wy­szłam (nic się, cho­le­ra, nie na­uczy­łam z po­przed­nie­go przy­pad­ku). Mia­łam wte­dy dwa­dzie­ścia pięć lat i za­ko­cha­łam się bez pa­mię­ci. Te­raz mu­sia­ło wyjść. Była bia­ła suk­nia, któ­rej nie po­wsty­dzi­ła­by się naj­pięk­niej­sza księż­nicz­ka, tro­chę go­ści, głów­nie ze stro­ny Wojt­ka. Ode mnie przy­je­cha­ła moja da­le­ka/bli­ska ro­dzi­na, któ­ra mnie wy­cho­wa­ła, a z któ­rą nie mia­łam tak na­praw­dę nic wspól­ne­go.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij