Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Weavingshaw - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 lipca 2026
5699 pkt
punktów Virtualo

Weavingshaw - ebook

Leena nie wierzyła w potwory, dopóki po raz pierwszy nie ujrzała Weavingshaw.

Święty Ciszy handluje tajemnicami: spełnia niemożliwe życzenia w zamian za wyjawienie sekretów. Im mroczniejszy sekret, tym wyższa cena.

Leena skrywa swoją tajemnicę, która prześladuje ją od siedemnastego roku życia – widzi zmarłych.Kiedy jej brat zaczyna ciężko chorować, dziewczyna wie, że jedyną szansą na zdobycie lekarstwa jest zwrócenie się do Świętego.

Cena okazuje się jednak wyższa, niż mogła przypuszczać. Aby ocalić brata,Leena musi pomóc Świętemu Ciszy odnaleźć ducha Percivala Avona, ostatniego władcy Weavingshaw – mrocznej posiadłości na wrzosowiskach. To właśnie tam przyjdzie jej zmierzyć się ze śmiertelnymi niebezpieczeństwami, mrocznymi sekretami zmarłych i narastającą fascynacją swoim zagadkowym towarzyszem.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8335-930-4
Rozmiar pliku: 763 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

CZĘŚĆ PIERWSZA. ROZLICZENIE

1. Święty Ciszy

— Powiedz mi, jak znaleźć Świętego.

Stara kobieta przez długą chwilę patrzyła na dziewczynę, mrużąc oczy i zaciskając pomarszczone usta. Nie spuszczając z niej wzroku, powoli zaciągnęła się dymem z fajki.

— Masz coś do wyznania, Leeno?

Leena aż się cofnęła, choć wychudzona staruszka nie stanowiła dla niej żadnego zagrożenia.

— Margery… — zaczęła i nagle straciła pewność siebie. — Chcę tylko go znaleźć.

Stara kobieta z zaskakującą szybkością wbiła pożółkłe paznokcie w miękkie ciało jej przedramienia.

— Nikt, ale to nikt nie idzie do Świętego bez powodu — warknęła. — Chodzi ci o trochę grosza, dziewuszko? Ładne błyskotki? — Jej uścisk pozostawił siniaki. — Nie szukaj go.

Leena nie odpowiedziała, bo nie po raz pierwszy coś innego przyciągnęło jej uwagę. Pomknęła wzrokiem ku jakiemuś punktowi ponad ramieniem Margery i wpatrywała się w niego o sekundę za długo. Kiedy staruszka się odwróciła, zobaczyła jedynie łuszczącą się tapetę.

— Na co się gapisz, dziewuszko? — zapytała.

Zaskoczona Leena drgnęła i pokręciła głową.

Rozejrzała się po domu sąsiadującym bezpośrednio z jej własnym. Jeden był dokładną repliką drugiego: niski, szeregowy, z nielicznymi oknami, ledwo działającym kominkiem i zewnętrzną pompą jako jedynym źródłem wody.

Stara kobieta mieszkała tutaj, odkąd Leena sięgała pamięcią, i jedynie ona w tym skupisku ciasnych domostw nie była uchodźczynią z Algaraanu. W przeciwieństwie do Leeny, której rodzice uciekli przed algaraańską wojną domową i dwadzieścia lat temu osiedlili się w Morlandzie, Margery była solą tej ziemi i Morlandką w każdym calu.

Leena nie sądziła, aby staruszka kiedykolwiek wyjechała poza Golborne, stolicę Morlandu, a od dawna nawet poza granice własnego domu, bo na opuchniętych nogach ledwo była w stanie przekroczyć jego próg.

Nigdy jednak nie odważyła się zapytać, skąd Margery, mimo trudności w poruszaniu się, bierze zapas smoły.

Kiedy pukała do drzwi sąsiadki, zawsze widziała ten sam obraz: Margery zgarbiona nad fajką wodną, z oczami zaczerwienionymi od gryzącego dymu, z niebieskimi żyłami na rękach drżących w oczekiwaniu na kolejny uzależniający haust.

— Rami źle się czuje. Zamierza… — Leena umilkła. — Muszę zobaczyć się ze Świętym.

— Twój brat?

Leena musiała zebrać wszystkie siły, żeby jej głos pozostał spokojny, choć strach przeszył jej ciało na samą wzmiankę o chorobie.

— Ma kaszel zamiatacza.

Margery cofnęła rękę, pozostawiając półksiężycowe ślady na skórze Leeny.

— Ja raz to miałam i ledwo przeżyłam.

Leena o tym wiedziała. Inaczej nigdy nie odważyłaby się wejść do domu Margery, żeby zaprosić chorobę do swojego. Na kaszel zamiatacza można było zachorować tylko raz i nigdy więcej… o ile się przeżyło. Baba kiedyś powiedział, że Leena złapała go jako mała dziewczynka w obozie dla uchodźców i było z nią tak źle, że nadzorca poradził jej matce, by zaczęła szyć biały całun pogrzebowy.

— Widzisz więc, że moje obawy są uzasadnione. — Leena wyciągnęła luźną nitkę z rąbka spódnicy. — Muszę iść do Świętego Ciszy.

— Nie, nawet to nie wystarczy. — Margery głośno przełknęła ślinę. — Jakie sekrety może mieć taka niedojrzała dziewczyna jak ty? Świętego Ciszy nie obchodzą szkolne skandale.

Wzrok Leeny po raz kolejny skierował się na pustkę ponad ramieniem gospodyni.

— Nie słyszałaś opowieści krążących wokół Świętego? — zapytała ponownie Margery, a Leena zesztywniała.

Oczywiście, że słyszała plotki; wszyscy je słyszeli. On jako pierwszy zaczął płacić za tajemnice; im bardziej haniebne było wyznanie, tym wyższa cena. Ale nawet za najbardziej trywialne i pozornie bezużyteczne dostawało się monetę. Dlatego na początku mieszkańcy miasta — w tym Leena — sądzili, że to akt miłosierdzia. Kolejny tak zwany filantrop dorobił się fortuny w fabrykach lub za granicą na wojnach i postanowił się odwdzięczyć. Dobroczyńca, który przed ośmiu laty pojawił się nagle w pokrytym sadzą mieście i równie nagle zniknął.

Chociaż nazywał się St. Silas, ochrzczono go Świętym Ciszy, nawiązując do najstarszego świętego, którego zniszczone posągi nadal zaśmiecały dziedzińce katedr i cmentarze, a który udzielał błogosławieństw w zamian za grzechy w czasach, kiedy Golborne było zwykłą osadą, a nie kwitnącą metropolią zbudowaną z dymu i chciwości.

Nikt już nie modlił się do świętych.

Ludzie chcieli chleba, a nie sakramentów. Ale skoro ten nowy święty, podobnie jak jego imiennik, był gotów rozdawać pieniądze za kilka marnych sekretów — głupiec — po co go powstrzymywać?

Wkrótce stało się jasne, że nie chodzi o dobroczynność.

I że St. Silas nie jest głupcem.

Pojawiły się plotki. Ci, którzy mu się zwierzyli, wracali odmienieni, jakby w ich głowie zagościła rozpacz i przerażenie. Inni — którzy według St. Silasa skłamali w swoich wyznaniach — mieli wycięte języki. Połamane żebra. Czerwień warg naznaczoną krwawym X, piętnem Świętego.

Niektórzy nigdy nie wrócili.

Leena wiedziała o tym wszystkim, lecz serce miała tak przepełnione śmiercią i stratą, że nie zniosłaby pogrzebu brata. Wiedziała i mimo to postanowiła poszukać Świętego Ciszy.

Margery dostrzegła zmianę na jej twarzy: lekkie uniesienie brody, ściągnięcie ciemnych brwi oznaczające determinację. Zapytała ściszonym głosem:

— Pamiętasz, co zrobił panu Jamilowi?

Leena wzdrygnęła się w duchu na wspomnienie mężczyzny, który kiedyś mieszkał kilka domów dalej. On również uciekł z Algaraanu w tym samym czasie co jej rodzice.

Pamiętała nieufność Baby wobec tego człowieka; w ich małej dzielnicy wszyscy wiedzieli, że pan Jamil był w ojczyźnie informatorem policji Malika. Krążyła plotka, że wydał własnego siostrzeńca za ukrywanie nielegalnych broszur Partii Wyzwolenia.

Młodzieńca aresztowano, a kilka tygodni później znaleziono go bliskiego obłędu z powodu tortur.

Leena słyszała, że w nagrodę za lojalność Malik posłał panu Jamilowi zarżniętą owcę, rzadkość w czasach, gdy w całym kraju panował głód.

Kiedy w Algaraanie wybuchła wojna i powstała Partia Wyzwolenia, pan Jamil uciekł do Morlandu w obawie przed schwytaniem przez rebeliantów i karą za straszne czyny popełnione w służbie Malika.

Baba, zawsze rewolucjonista, ostrzegł Leenę i Ramiego, by trzymali się z dala od pana Jamila, bo według niego ci, którzy na własnej ziemi zwrócili się przeciwko rodakom, nie zawahają się zrobić tego samego w obcym kraju.

Baba się nie mylił.

Leena nigdy nie zapomniała, jak prawie cztery lata temu pan Jamil wyglądał po wizycie u Świętego Ciszy. Znaleźli go rano leżącego bezwładnie na schodach. Linie krzyżujące się na jego ustach lśniły krwią, połamanym ciałem wstrząsały drgawki. Nie kłamałem, szlochał, gdy Baba i kilku innych mężczyzn wnosiło go do domu. Przysięgam, że nie okłamałem Świętego.

Niedługo potem zaczął pić. Na umór. Kiedyś w pijackim widzie zwierzył się Babie. Otóż sądził, że nie stanie się nic złego, jeśli powie Świętemu Ciszy parę drobnych kłamstw o sąsiadach, żeby zaspokoić dręczący go głód.

W tamtym czasie od alkoholu brzuch pana Jamila zrobił się wielki, a białka oczu intensywnie żółte.

Zmarł wiosną.

— Tak — powiedziała Leena stanowczo, choć czuła pulsowanie w głowie. — Czy kiedykolwiek szukałaś Świętego Ciszy?

Margery przez chwilę bawiła się fajką, obracając ją w palcach. W końcu skinęła głową.

— Tyle że mnie nie chodziło o ulgę, tylko o rozliczenie. Czułam się, jakbym umierała… — Umilkła, a jej kaprawe oczy przybrały nieokreślony wyraz. — Koszmary, które pojawiły się później… on nawet mnie nie tknął… ale samo wyznanie… jakby mnie wypatroszyli i zostawili, żebym zgniła…

Stara kobieta głęboko, łapczywie zaciągnęła się dymem z fajki, aż jej powieki zadrżały pod wpływem narkotyku.

— Niektórzy mówią, że jego matka była demonem.

— Demonem? — Leena uniosła brwi. Duchowość zanikła w Mor­landzie wraz z pojawieniem się pierwszych fabryk, ławki w wyniosłych, upiornych katedrach opustoszały, ale niektórzy nadal mocno trzymali się wiary w świętych, demony i klątwy.

Algaraanie bali się zła pod inną nazwą. Leena dorastała wśród opowieści o dżinach, a jej sypialnię nawet teraz wypełniały stare amulety w kształcie oczu, które miały je odstraszać.

W jej życiu nie było zbyt wiele czasu na rozważania o istnieniu dżinów, demonów czy nawet świętych, wiedziała tylko, że żadna z tych istot nie pomogła jej przetrwać.

W oczach Leeny pojawił się błysk rozbawienia.

— A on jest świętym czy demonem? Nie może być jednym i drugim.

Margery zacisnęła usta.

— Nie wyśmiewaj się z rzeczy, których nie rozumiesz. — Drżącymi rękami wyciągnęła spod gorsetu naszyjnik z idolem, szepcząc modlitwę, by odpędzić zło.

Leena zerknęła na mały drewniany posążek kobiety trzymającej gałązkę oliwną. Nie pamiętała, co to za święta, ale sądząc po sposobie, w jaki Margery ją ściskała, figurka przynosiła jej pociechę.

Nie wiedziała, że jej sąsiadka jest religijna; obecnie coraz mniej osób wierzyło w stare relikwie. Mimo to w geście skruchy pochyliła głowę.

— Nie szukaj go — powtórzyła Margery ochrypłym głosem, zbywając jej przeprosiny.

— Nie mam wyboru…

— Zawsze jest wybór. Uważaj tylko, żeby nie wybrać źle.

Tym razem to Leena chwyciła ją za ramię. Papierowa skóra starej kobiety była delikatna pod jej dotykiem.

— Znajdę go, z twoją pomocą lub bez niej, więc udziel mi wskazówek i oszczędź czasu. Nie mogę zmarnować go więcej.

Margery długo wpatrywała się w Leenę: brązowa algaraańska cera, mocne brwi, zapadnięte policzki, ciemne oczy, które nie potrafiły ukryć ani jednej emocji.

— Twoja twarz zdradza zbyt wiele — szepnęła bardziej do siebie. — Kłamstwo ci nie pasuje. Nawet go nie próbuj.

— Nie będę.

Stara kobieta przyłożyła drżącą dłoń do czoła.

— On jest w Dzielnicy Północnej… — W jej chudej klatce piersiowej rzęziło, gdy podawała dokładne wskazówki. Wypuściła kolejny kłąb dymu, a na jej pomarszczonych policzkach wykwitły rumieńce, gdy kontynuowała zduszonym głosem: — Czego Jaś się nie nauczy…

— …tego Jan nie będzie umiał. Dziękuję. — Leena wstała, żeby odejść, ale zatrzymało ją ostrzeżenie.

— Nie okłamuj go, Leeno.

Leena po raz kolejny skupiła wzrok w rogu pokoju. Margery po raz kolejny się odwróciła, żeby tam spojrzeć. Nic.

— Pani Khalid z sąsiedztwa mówiła mi, że jesteś szalona, dziewuszko — powiedziała Margery, przyglądając się jej uważnie. — Straciłaś już jedną obiecującą pracę z powodu swoich… dziwactw. Jak nisko jeszcze upadniesz?

Leena służyła jako dama do towarzystwa, kiedy jeszcze czekała ją jakaś przyszłość. Gdy sytuacja się zmieniła, a ona zdała sobie sprawę, że już nie potrafi dłużej ukrywać swoich osobliwych reakcji, uciekła od tamtego życia. Gdyby arystokraci zauważyli jej dziwne zachowanie, mogliby ją zamknąć w domu dla obłąkanych. Teraz, zamiast cieszyć się szacunkiem jako dama do towarzystwa, stała się przedmiotem plotek starych jędz, hańbą swojej ulicy, ostrzeżeniem dla wszystkich rodziców imigrantów przed niebezpieczeństwami związanymi z nadmierną edukacją dziewcząt.

Oczy Leeny zapłonęły.

— Aż nie będzie już gdzie spadać.

Leena znała miasto jak własną kieszeń, nawet po zmierzchu.

Gdy zabrali Babę, przemierzała te ulice, szukając pracy albo Ramiego. Często natykała się na brata w ciemnych zaułkach, nierzadko odwiedzanych przez Czarne Płaszcze. Teraz minęła trzech z nich przy wejściu do znanego burdelu, kręcących się wokół kobiety o zmęczonych oczach i pomalowanych ustach. Wszyscy palili papierosy sprowadzone z Algaraanu.

Na jej widok umilkli i zaczęli ją obserwować, kiedy starała się przemknąć obok nich tak szybko, jak to możliwe. Rami powiedział jej kiedyś, że każdy chowa nóż w rękawie, więc trzymała głowę nisko, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

Jeden z nich i tak ją rozpoznał, prawdopodobnie z czasów, kiedy wlokła Ramiego z powrotem do domu, zwykle za kołnierz, i oboje na siebie wrzeszczeli.

— Twój brat ma się dobrze?! — krzyknął Czarny Płaszcz stojący najdalej po lewej stronie, wysoki, piegowaty chłopak z czapką naciąg­niętą na uszy. — Nie widziałem go od jakiegoś czasu!

Leena nie odpowiedziała, tylko przyspieszyła kroku, choć dostała od tego kolki w boku.

Chłopak mówił dalej, a w jego głosie pojawił się szyderczy ton.

— Opuścił jedną walkę. Pan Orley nie będzie zadowolony, jeśli opuści kolejną. — Czuła na sobie jego palące spojrzenie. — Może szef weźmie ciebie jako zapłatę. Szczęściarz.

Leena przełknęła ślinę i niemal zaczęła biec, zostawiając za sobą drwiący śmiech Czarnych Płaszczy. Nie zatrzymała się, póki nie dotarła do małego opuszczonego kościoła na skraju dzielnicy Nowy Algaraan. Łapała powietrze pod roztrzaskanym witrażowym oknem, otoczona posągami pięciu świętych, których kamienne ciała były oszpecone napisami wykonanymi farbą: „Święci nas nie widzą”.

Groźba Czarnych Płaszczy ciążyła jej na sercu. Błagała Ramiego, żeby nie walczył dla gangu, bo wiedziała, że żadne pieniądze, które w ten sposób zarobi, nie zagwarantują im bezpieczeństwa, ale brat jak zwykle jej nie posłuchał.

Choć bolały ją stawy, zmusiła się do dalszego marszu, bardziej niż kiedykolwiek zdesperowana, by zdobyć dla niego lekarstwo.

Kluczyła przez klaustrofobiczną dzielnicę brukowanych uliczek i pochyłych dachów krytych dachówką. Musiała zatrzymać się jeszcze dwa razy, żeby odpocząć, zła na swoje słabe ciało. Cieszyła się z nocnej ciemności, która ukrywała brzydotę więzienia Newtorn — złowrogiego budynku, który wpatrywał się w nią bez względu na to, w którym kierunku szła. Nie miała pieniędzy na dorożkę i nie po raz pierwszy żałowała, że jej dom stoi tam, gdzie stoi. Nowy Algaraan, leżący najbliżej doków i Starego Rynku, oznaczał nie tylko stałą kakofonię hałasów i pijackich śpiewów, ale był też najbardziej oddalony od zamożnej Dzielnicy Północnej, gdzie mieścił się sklep pana St. Silasa.

Dotarcie do celu zajęło jej kilka godzin.

W Dzielnicy Północnej kamienice były dużo bardziej reprezentacyjne, otoczone pomalowanymi na czarno płotami, bramami i gęstymi krzewami róż. Każdy z trzypiętrowych domów zachował ślady dawnej świetności. Leena wiedziała, że chociaż szlachta nie mieszka tutaj, tylko w o wiele bardziej ekskluzywnej Maybury, wielu przedstawicieli klasy średniej zbudowało tutaj swoje domy na wzór rezydencji arystokratów. Czuła się zdezorientowana, widząc dawny styl powielony w nowoczesnej formie.

Dzielnica mogła być urocza za dnia, ale w nocy światło lamp kładło się długimi smugami na czystych ulicach, zniekształcało kontury, rysowało cienie i twarze tam, gdzie ich nie było. Leena nieraz zatrzymywała się nagle, a na jej czoło występował zimny pot, nim się zorientowała, że patrzy na drzewo albo na skrzynkę pocztową.

Kiedy dotarła do sklepu Świętego, jej serce biło jak oszalałe.

Budynek okazał się zaskakująco dyskretny, zbyt nieskazitelny jak na tak nikczemny biznes. Po obu stronach stały puste domy z tabliczkami „do wynajęcia”, które ze skrzypieniem kołysały się na wietrze. Sklep nie miał żadnych wulgarnych reklam, schody były czyste, drzwi świeżo pomalowane. Wisiał na nich jedynie schludny szyld z napisem: „Pan St. Silas, inkwizytor”.

Leena przełknęła ślinę; gardło wyschło jej na wiór.

Inkwizytor.

Potrafi wyczuć kłamstwa.

Zapukała do drzwi.

Żadnej reakcji.

Spróbowała ponownie, aż rozbolały ją kostki. Potem nacisnęła klamkę.

Sklep był zamknięty.

Oczywiście, że tak. O tej porze. Jak mogła być taka głupia? Przyszła za późno. Powstrzymał ją strach. I teraz strach podpisze akt zgonu jej brata.

Nie. Skierowała wzrok na pustą ulicę. I krzyknęła:

— Zabrałeś mi wszystko! Oddaj cokolwiek! Zaprowadź mnie do Świętego Ciszy!

Nic się nie poruszyło.

— Proszę — szepnęła Leena. I przechyliła głowę na bok, jakby zauważyła jakiś ruch, chociaż każdy, kto w tym momencie wyjrzałby przez okno, zobaczyłby tylko samotną dziewczynę.

Ruszyła na tyły sklepu. Przyklejony do niego dom miał podwórze stajenne i mały kamienny dziedziniec otoczony elegancko przyciętymi drzewami. Leena zapukała do tylnych drzwi i aż się wzdrygnęła z powodu bólu w kostkach.

Po kolejnej minucie napiętego oczekiwania drzwi się otworzyły.

W progu stała kobieta w prostej czarnej sukni i nieskazitelnie wyprasowanym fartuchu. Świeca w jej dłoni migotała, oświetlając twarz o surowych rysach. Leena się cofnęła — te oczy. Mogłaby przysiąc, że przez chwilę czarne tęczówki całkowicie pochłonęły białka.

Leena zdusiła panikę, powtarzając sobie, że nie oszalała. Oczy kobiety były teraz zupełnie normalne, tamto było tylko złudzeniem wywołanym przez grę światła i cienia.

— Przyszłam zobaczyć się ze Świętym — powiedziała Leena z większą pewnością siebie, niż rzeczywiście czuła.

Głos kobiety był pozbawiony emocji.

— Jaką masz do niego sprawę?

— Chcę podzielić się z nim tajemnicą — wyjaśniła Leena jeszcze głośniej.

— Pan jest niedostępny. — Kobieta zaczęła zamykać drzwi. — Wróć w godzinach pracy.

Leena wcisnęła ramię w wąską szczelinę.

— Nie wybaczy ci, jeśli pozwolisz mi odejść.

Wiedziała, że to dziwne stwierdzenie, zwłaszcza z ust takiej dziewczyny jak ona. Jej szal był zbyt podarty jak na chłodną jesień, na bawełnianej spódnicy widniała dziura po przypaleniu, które powstało, gdy tego ranka Leena stanęła za blisko ognia. Mimo to kobieta chyba rozważyła jej prośbę — podczas gdy ona patrzyła na nią pełna nadziei — i po chwili namysłu na nią skinęła.

Leena starała się uciszyć świszczący oddech, idąc za kobietą długim korytarzem o lśniącej drewnianej podłodze. Wszystkie kinkiety się jarzyły, jakby szykowano przyjęcie. St. Silas musiał mieć mnóstwo pieniędzy.

Kobieta zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiami.

— Jak się nazywasz?

— Leena Al-Sayer.

Kobieta wślizgnęła się do środka, żeby ją zapowiedzieć. Leena usłyszała tylko stłumione słowa, a po nich ostrą reprymendę. I zrozumiała, że zaraz wyrzucą ją z powrotem na ulicę.

Gardło się jej ścisnęło od narastającej desperacji. Nie zastanawiając się wiele, pchnęła drzwi, przecisnęła się obok kobiety i wpadła do środka. Silna ręka szarpnęła ją do tyłu, a kiedy Leena się odwróciła, służąca chwyciła ją za ramiona. Walczyły przez chwilę, aż Leena bez wahania naparła na groźną przeciwniczkę całym ciężarem ciała, powaliła ją i w końcu się uwolniła.

Z jej ust popłynęły słowa.

— Pożałujesz, że mnie nie przyjąłeś, panie. Moja tajemnica jest… jest… ręce precz!… taka, że nigdy więcej podobnej nie usłyszysz…

Krótki rozkaz wdarł się w jej chaotyczną przemowę i służąca ją puściła.

Leena rzuciła się w głąb pokoju, między fotel a jeden z wielu regałów ciągnących się wzdłuż ścian, ale okazało się, że nie musi uciekać. Kobieta już wyszła.

A ona została sama ze Świętym Ciszy.

Czarne fale przesłaniające wzrok odpłynęły, ale opanowanie się zajęło jej chwilę. Zęby jej szczękały. Dlaczego w tym pokoju było tak zimno? W kominku trzaskał ogień, ale nie rozpraszał chłodu.

Leena w końcu zebrała się na odwagę i odwróciła twarzą do gospodarza. Pana St. Silasa.

Zaskoczyło ją, że jest młody, może zaledwie trzy albo cztery lata starszy od niej. Po tym, jak przez ostatnich osiem lat słuchała krążących o nim plotek, spodziewała się bestii o ostrych zębiskach. Potwora w nienagannym garniturze. W dodatku zauważyła, że jest przystojny — kolejna niespodzianka. Lecz jego atrakcyjność nie dodawała otuchy. Wszystko w nim przyprawiało o niepokój. Ten człowiek już na pierwszy rzut oka budził strach. Nawet oczy o ciężkich powiekach, jednocześnie wyniosłe i bezduszne, skrywały czujność.

Siedział leniwie za dębowym biurkiem, imponująca postać o ciemnych włosach, zaciętych ustach, trzymająca książkę w dłoniach okrytych rękawiczkami. Jedyne odstępstwo od ubrania stanowił poluzowany krawat.

— Kto i dlaczego niepokoi mnie w środku nocy? — Jego ton był lekki, niemal konwersacyjny… i wywołał pożądany efekt, mrożąc krew w żyłach Leeny.

Nie wstał na jej widok zgodnie ze zwyczajami panującymi wśród Morlandczyków ani nie zaproponował jej, żeby usiadła. Zamiast tego patrzył na nią w zamyśleniu, kciukiem wystukując rytm na zegarku wiszącym na szyi. Cisza się przedłużała, ale gospodarz najwyraźniej się tym nie przejmował.

— Mam sekret — powtórzyła Leena, nie mogąc dłużej znieść milczenia.

— Jak my wszyscy.

— Ja mam go na sprzedaż — powiedziała sfrustrowana.

— Aha — mruknął St. Silas, lekko unosząc brwi.

Gdy nie dodał nic więcej, ogarnęło ją przerażenie.

— Nazywa się pan St. Silas i handluje tajemnicami? — zapytała.

— Tak, jestem ten St. Silas, ale nie rozumiem, dlaczego pani uważa, że pani tajemnica mogłaby mnie zainteresować, zwłaszcza o tej porze. — Mówił łagodnym głosem z wyrafinowanym akcentem.

Leena zastanawiała się przez chwilę, czy zatrudnił nauczycieli dykcji, bo jak inaczej zwykły handlarz tajemnicami mógłby nabrać takiej ogłady? Wszyscy kupcy, z którymi miała do czynienia, mówili tak samo jak ona, bo często dorastali na podobnych ulicach, zanim dorobili się majątku.

— Nie mogłam czekać do rana. Mój brat jest chory. Ma kaszel zamiatacza, a słyszałam, że spełnia pan niemożliwe życzenia w zamian za sekrety. Nie stać mnie na lek…

— Są tańsze alternatywy.

— Próbowałam ich, ale on nadal jest umierający — odparła Lee­na beznamiętnie, nie odrywając od niego wzroku. — Kilka lat temu ojciec zabronił mi się z panem spotkać…

— Mądry człowiek.

— Ale nigdy nie sprzedałabym mojej tajemnicy za mniej — oświadczyła z udawaną stanowczością. — Ona ma moc.

Po raz kolejny przed jej oczami zawirowały ciemne plamy, a ona pospiesznie zacisnęła powieki, by odpędzić nagłe zawroty głowy. Kiedy je otworzyła, zobaczyła, że St. Silas uważnie ją obserwuje, już nie stukając rytmicznie.

— Jedno życie to wysoka cena — stwierdził po dłuższej przerwie. Następnie sięgnął po czysty pergamin i zaczął pisać. Gdy skończył, przesunął go w jej stronę, a Leena podeszła do niego pewnym krokiem, choć nadal mocno kręciło się jej w głowie.

Pan Bram St. Silas zapewni jeden cykl leczenia pannie Leenie Al-Sayer, jeśli po zbadaniu prawdziwości jej tajemnicy pan St. Silas uzna ją za wartościową. Panna Al-Sayer podzieli się nią z własnej woli, mając na uwadze wszelkie emocjonalne cierpienia, które mogą wyniknąć z jej zwierzenia. Dowolny fałsz podany przez nią w wyznaniu będzie skutkował karą.

Leena pomyślała o języku wyrwanym z ust, o trwałym śladzie wyciętym na ustach i oznajmiającym światu, że jest kłamczuchą. O zamarzniętej ziemi, w której pochowali pana Jamila.

Nie. Nie zamierzała pozwolić, żeby strach ją rozproszył.

— Poproszę o bardziej szczegółowe zobowiązanie — zażądała. — Pan St. Silas zapewni pannie Al-Sayer jeden cykl leczenia trymeksycyliną…

St. Silas rzucił jej taksujące spojrzenie, po czym zmienił zapis.

— Trymeksycylina jest kosztowna — zauważył i odwrócił kartkę w jej stronę.

Następnie wezwał służącą — tę samą, która wcześniej próbowała wyciągnąć ją z pokoju — żeby była świadkiem podpisania umowy. Przedstawił ją jako gospodynię, a Leena po raz kolejny odniosła nieprzyjemne wrażenie, że z tą kobietą jest coś nie tak.

Wszyscy troje podpisali się w odpowiednich miejscach, po czym gospodyni opuściła pokój. Odgłos jej kroków jeszcze przez chwilę niósł się po labiryncie korytarzy.

Leena wpatrywała się w swoje nazwisko na umowie i czuła w koś­ciach dziwny niepokój. St. Silas czekał, a jego milczenie było niczym wielki ciężar.

W końcu nadeszła pora. Na wyjawienie tajemnicy. I rozliczenie.

Tajemnica paliła ją w gardle. Leena od tak dawna nosiła ją w sercu, że z każdym dniem wstyd z jej powodu narastał, aż wydawało się jej, że kiedy ją ujawni, sama przenicuje się na drugą stronę.

Co Święty Ciszy zrobi z jej wyznaniem?

Czy jej uwierzy? Ten sekret był wszystkim, co Leena miała na tym świecie, jej jedyną walutą. Gdyby ją straciła, zostałaby z pustymi rękami.

Jeśli zachowa spokój, może Święty nie zauważy jej strachu. Ale on na nią patrzył. Obserwował tak uważnie.

— Panie St. Silas, ja… mogę… — Znowu w polu jej widzenia pojawiły się ciemne kropki. Odchrząknęła. Jej umysł pracował na pełnych obrotach.

Może on pomyśli, że oszalała. Wszyscy tak uważali. Popatrzyła na niego z niemym cierpieniem. Jego wzrok był zimny i obojętny.

Nie pozostało jej nic innego, jak otworzyć komnatę i ujawnić to, co niewyobrażalne. Wyprostowała się i wyzywająco spojrzała mu w oczy.

— Niektórzy umarli, zazwyczaj ci niespokojni lub gniewni, pozostają w naszym świecie jako duchy, niewidzialne istoty, które po śmierci nadal chodzą po ziemi. Ja je widzę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij