Wędrowcy Nocy - ebook
Zastanawiałeś się kiedyś, jak zmieniłoby się twoje życie, gdybyś mógł cofnąć czas? Czy zmiana jednego wyboru mogłaby odmienić twoje przeznaczenie? Czy decyzje, które podejmujesz, to wyraz wolnej woli, czy może wszystko jest już zapisane? Julia, instruktorka jogi, prowadzi spokojne życie aż do momentu, gdy jej realistyczne koszmary okazują się wspomnieniami z poprzedniego wcielenia. Odkrywa, że posiada niezwykły dar, który może odmienić bieg wydarzeń. W poszukiwaniu klucza do ocalenia ludzkości Julia przekracza granice czasu, odkrywając nieznaną stronę rzeczywistości. Wkrótce natrafia na rodzinne sekrety oraz staje twarzą w twarz z własnymi, głęboko skrywanymi lękami. Mierzy się z tajną pozarządową organizacją, by odnaleźć zapomnianą Księgę Umarłych – jedyną szansę na ocalenie planety przed zagładą. Czy Julia zdoła przerwać łańcuch przeznaczenia, ratując swoich bliskich, nie zatracając przy tym samej siebie?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788396051004 |
| Rozmiar pliku: | 3,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
PodziękowaniaPROLOG
Patrzę na zatłoczoną, brudną ulicę i głośny tłum. Nie mogę zrozumieć ani jednego słowa, jakby ludzie mówili w obcym języku. Sądząc po ich ubraniach i otoczeniu, znalazłam się w dalekiej przeszłości. Znowu.
Dobrze znam to miejsce i choć nie było mi dane zobaczyć go w rzeczywistości, to często odwiedzam je w swoich koszmarach. Mój wzrok przykuwa grupka podejrzanie wyglądających mężczyzn. Jeden z nich lustruje mnie i uśmiecha się obleśnie, obnażając krzywe zęby. Ostrożnie robię pierwszy krok, by przejść na drugą stronę ulicy, następnie skręcam w wąskie przejście między zapomnianymi budynkami. Staram się być szybka, aby uniknąć wzroku bandytów, którzy wciąż śledzą moje ruchy.
Patrzę prosto przed siebie, w głąb ponurej uliczki. Ceglane ściany wydają się zimne, patrzą na mnie z wyższością, jakby skrywały w sobie jakąś mroczną tajemnicę. Powietrze zrobiło się ciężkie, wilgotne, nasiąknięte stęchlizną i gnijącymi odpadami. Wmawiam sobie, że to dlatego mój oddech stał się płytki, a gardło ściśnięte. Z każdym kolejnym krokiem gwar ludzkich rozmów cichnie. Mogłoby się wydawać, że jestem sama, gdyby nie dziwne przeczucie, że coś czeka w ciemności. Im dalej sięga mój wzrok, tym mrok robi się gęstszy. Na próżno próbuję odnaleźć spojrzeniem deszczowe chmury, które jeszcze przed chwilą wisiały mi nad głową. Gęsty grafit nieba zlewa się ze ścianami budynków, tworząc mglisty korytarz. Obskurne drzwi po prawej stronie znajdują się w tym samym miejscu. Wyciągam rękę do klamki i naciskam pewnie, ale drzwi, jak zawsze, są zamknięte. Moje serce przyspiesza i czuję, że muszę się ukryć. Nie mam odwagi spojrzeć za siebie. Duszące uczucie strachu paraliżuje moje ruchy, a długa suknia do ziemi nie ułatwia sprawy.
Mijam kolejne drzwi, siłą woli próbuję sięgnąć do każdej kolejnej klamki, ale moje ciało uparcie zmierza dalej, ku mrocznej ciemności. Przyspieszam, aż nagle uliczka zamienia się w wąski, czarny korytarz. Czuję, że jest coraz bliżej. Podświadomie wiem, co mnie czeka na końcu i że na nic nie mam wpływu. Strach zawładnął mną bez reszty, biegnę na oślep, a boki spódnicy szurają i zahaczają o ściany.
Coraz wyraźniej czuję czyjąś obecność, ale słyszę tylko swój nierówny oddech. Wraz z grzmotem uderza mnie ten sam ból – nieoczekiwany, ostry, rozdzierający ciemność. Nie muszę patrzeć w dół, by wiedzieć, że z brzucha wystaje kawałek zakrwawionego ostrza, które właśnie przeszyło mnie na wylot. Łzy spływają mi po policzkach, brakuje mi tchu, a ciało zaczyna drżeć i opada na ziemię.
Nie udało mi się uciec.
Znowu.ROZDZIAŁ 1
Siedziałam na wygodnej kanapie i wpatrywałam się w szumiące za oknem wierzby. Promienie popołudniowego słońca ogrzewały moje stopy, a rześki, momentami silny wiatr poruszał białymi firanami i dawał przyjemne orzeźwienie. Nic nie zapowiadało, że zbliża się jesień. Wręcz przeciwnie – można by pomyśleć, że to początek szkolnych wakacji. Mogłam się jeszcze cieszyć letnimi sukienkami i sandałami. Pomyślałam, że muszę umówić się z Kingą i wyskoczyć gdzieś na weekend, zanim nasz wspaniałomyślny rząd nie pozamyka jeszcze wszystkich hoteli i całej gastronomi w kraju.
– Widziała pani twarz tego mężczyzny?
Wyrwana z przyjemnych myśli o babskim wypadzie zamrugałam zaskoczona i skierowałam wzrok na terapeutkę. Na długich, jasnych, spiętych w wysoki kucyk włosach odznaczał się ciemny odrost, ale nie wyglądało to niechlujnie czy tandetnie. Gęste, pofalowane pasma wyglądały raczej, jakby dopiero co wyszły spod ręki fryzjera. Ciemna oprawa oczu i brązowy kolor tęczówek z jasnym blondem tworzyły intrygujące połączenie. Usta, pomalowane na czerwono, perfekcyjnie dopełniały delikatny makijaż reszty twarzy, a szczupłej, lecz kobiecej figury, mogłaby jej pozazdrościć niejedna trenerka fitness. Aż trudno uwierzyć, że kobieta wybrała zawód psychoterapeutki, a nie karierę modelki Victoria’s Secret.
– Słucham?
– Skąd pani wie, że mordercą w śnie był mężczyzna? – Laura Owczarek z uwagą zadała kolejne pytanie.
– Właściwie to nie widziałam twarzy mordercy. – Zastanowiłam się przez chwilę. – To jeden z tych snów, kiedy nie widzę za wiele, ale mam pewność, że tak właśnie jest.
– Czyli można powiedzieć, że tak podpowiada pani intuicja? – Uśmiechnęła się do mnie dzisiaj po raz pierwszy.
– Tak można powiedzieć. – Kiwnęłam głową i czekałam na dalsze pytania.
Kobieta spojrzała w ekran swojego iPada, w którym najwyraźniej zapisywała wszystkie najważniejsze informacje dotyczące naszych rozmów. Była to kolejna rzecz, która mnie zaskoczyła już na pierwszym spotkaniu. Choć uważałam się za entuzjastkę technologicznych nowinek, to zawsze wyobrażałam sobie, że psychoterapeuta czy psycholog wszystkie swoje notatki zapisuje w tradycyjny sposób – w notatniku lub na kartce. Wyglądało na to, że trafiła mi się bardzo nowoczesna terapeutka.
– Koszmar zaczął się pojawiać, jak skończyła pani osiemnaście lat, o ile dobrze pamiętam? – Przesuwała powoli palcem po ekranie, nie odrywając od niego wzroku.
– Tak. A od kilku miesięcy zaczął się nasilać – odpowiedziałam. – Właściwie to nie mam już innych snów. Tylko ten koszmar, powtarzający się co kilka dni.
Poszłam na terapię hipnozy głównie dlatego, że od dwóch lat staraliśmy się z Maksem o dziecko. Proponowana przez ginekologa terapia lekami w ogóle do mnie nie przemawiała. Już od dawna straciłam wiarę w pozytywny wpływ farmakologii, a jako trenerka jogi i pasjonatka holistycznego podejścia do zdrowia postanowiłam poszukać przyczyny problemu, a nie tylko leczyć jego skutki. W czasie moich poszukiwań trafiłam do „Mindwell Therapy & Hypnosis Center” – kliniki hipnozy i psychoterapii uznanej za najlepszą w Polsce.
Terapeutce opowiedziałam również o moim drugim problemie – regularnie powracającym koszmarze, w którym ze szczegółami przeżywałam własną śmierć. Już pierwsze spotkanie przyniosło ulgę – wystarczyło samo wygadanie się. Choć moje życie układało się idealnie, koszmary o śmierci stawały się coraz bardziej brutalne i realistyczne, wpływając na moje samopoczucie i relacje z bliskimi. Martwiłam się też, że wewnętrzny niepokój przeniesie się na klientki, dlatego zdecydowałam się zwrócić o pomoc.
Kobieta przyglądała mi się chwilę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wiedziałam, na co się piszę, ale teraz miałam obawy, że znajdziemy w moim umyśle coś, co ukrywałam nawet przed samą sobą.
– Czy podejrzewa pani, że istnieje konkretna przyczyna niepłodności?
– Nie jestem pewna… Myślałam, że przepracowałam wszelkie trudne momenty z przeszłości. Może jednak kryje się tam coś, co wpływa na moje obecne życie.
Mój ton był niezdecydowany, jakbym się wahała, czy w ogóle chcę zbadać tę sprawę. W głębi serca wiedziałam jednak, że to konieczne.
– To możliwe. Traumatyczne przeżycia mogą pozostawiać ślady w naszym umyśle i ciele, a podświadome wzorce i emocje wpływają na nasze zdrowie fizyczne. Proszę opowiedzieć mi teraz o swoich rodzicach.
– O rodzicach?
– Jak wyglądało pani dzieciństwo, jakie były relacje między pani rodzicami, jakie emocje dominowały w waszym domu? – Uśmiechnęła się delikatnie.
To pytanie trafiło w największą ranę. Co prawda posklejaną, a przynajmniej tak mi się wydawało. Przełknęłam ślinę.
– Moja mama… – zaczęłam. Opisałam, jak blisko ze sobą byłyśmy, jak wiele razem przeżyłyśmy i jaki udział w moim wychowywaniu miała babcia Renata. Mogłabym ciągnąć tę opowieść dalej, ale czułam, że terapeutka wyczekuje szczegółów o nim. – Jeśli chodzi o mojego ojca… – wydukałam w końcu. – Porzucił moją mamę, gdy była ze mną w ciąży.
Zapanowała długa cisza. Laura patrzyła na mnie ze zrozumieniem, lecz nadal milczała. Chyba liczyła, że będę kontynuować, ale co, do cholery, miałam więcej powiedzieć?
Widząc, że się waham, zapytała:
– Rozumiem. Ale zna pani jego tożsamość? – Łagodny ton miał najprawdopodobniej skłonić mnie do otwarcia się.
– Nie.
– Czy kiedykolwiek kontaktował się z panią lub pani matką?
– Nie.
Była bardzo cierpliwa, patrzyła na mnie z empatią. Jej kąciki ust lekko się unosiły. Dała mi chwilę, zanim zadała kolejne pytanie.
– Jakie uczucia budzi w pani ojciec?
– Żadnych – odparłam, chcąc w końcu uciąć temat. – Myślę, że ta sprawa jest zamknięta. Znam kilka technik uwalniających emocje i już dawno sama to przepracowałam.
Laura przytaknęła, ale nie wyglądała na przekonaną. W jej spojrzeniu widziałam ciekawość i wątpliwość, jakby czuła, że istnieje coś więcej, coś, co ukrywam przed światem. Znowu spojrzała w ekran i wystukała coś na klawiaturze. Wykorzystałam ten moment i kilkakrotnie zamrugałam powiekami, odganiając napływające łzy. Rozdrażniło mnie, że pojawiły się tak niespodziewanie.
– W pierwszej kolejności zajmiemy się pani snami. – Laura odłożyła iPada na stolik i nachyliła się w moją stronę. – To nie jest przypadek, że przez ostatnie kilka lat regularnie śni pani o tym samym i to w tak realistyczny sposób. Najpierw odkryjemy, co chce nam powiedzieć podświadomość, aby później poszukać przyczyn niepłodności.
– Rozumiem. – Moje ramiona lekko się rozluźniły i opadły, jakby ktoś ściągnął z nich wielki ciężar. Odkąd pamiętałam, potrafiłam świadomie śnić i aktywnie uczestniczyć w snach. Później zaczęłam się zastanawiać, czy nie są one moimi wspomnieniami; nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to wszystko kiedyś już się wydarzyło. W śnie byłam więźniem zamkniętym w ciele ofiary i odczuwałam każdą jej emocję i ból. Krótko po przebudzeniu kłuło mnie w miejscu, gdzie w trakcie koszmaru morderca wbijał ostrze i czasami nie umiałam odróżnić, czy to wydarzyło się naprawdę, czy był to tylko zły sen. – Na czym dokładnie będzie polegać nasza sesja?
– Umysł podświadomy bardzo często próbuje komunikować się z nami za pomocą snów. Może to być powtarzająca się scena z dzieciństwa, symbol lub osoba. Interpretacja wizji sennych pomaga odkryć ukryte wzorce myślowe lub emocjonalne. – Rozsiadła się wygodniej w swoim fotelu. – Znalezienie ukrytych wspomnień i emocji prowadzi do zrozumienia, a następnie do uwolnienia problemów teraźniejszości. Metoda MindSync, z którą będziemy pracować, oparta jest na nowoczesnej technice hipnozy, która pozwala swobodnie sięgnąć nawet do samego początku życia płodowego, a nawet wcześniej.
Czy miała na myśli poprzednie wcielenie? Nie podejrzewałam, aby współczesna psychologia wierzyła w reinkarnację.
– Dzięki naszej nowoczesnej aparaturze łatwo będzie mi wprowadzić mózg na odpowiednie częstotliwości. Przez pewien czas utrzymam mózg w nie tak dawno odkrytych przez naukowców falach etha. W ten sposób szybko dostaniemy się do ukrytych miejsc oraz wspomnień. Już podczas jednej sesji doprowadzimy do ekspresji genów.
Miałam wrażenie, że już gdzieś o tym słyszałam. Może, gdy oglądałam transmisję z ceremonii wręczania Nagrody Kavli?
– Właśnie dlatego sesje w naszej klinice są tak skuteczne – kontynuowała. – I choć może to brzmieć nieprawdopodobnie, zazwyczaj wystarczy jedno spotkanie, by rozwiązać nawet najbardziej złożone problemy.
– Wspomniała pani coś o aparaturze… – Ciekawiła mnie ta technologia, bo nigdzie w pomieszczeniu nie widziałam żadnego urządzenia.
– Za pomocą bezprzewodowego chipu podłączę panią pod specjalny program do rejestrowania fal mózgowych, który wyświetli na ekranie częstotliwości mózgu. Będzie mi łatwiej kontrolować przebieg sesji, a otrzymane dane, przesłane bezpośrednio do wirtualnej karty klienta, posłużą do końcowych wniosków. – Terapeutka wskazała palcem swój iPad. – Chip przyklejamy na czole, a dokładniej między brwiami, gdzie fale mózgowe etha są najbardziej aktywne.
Oczami wyobraźni zobaczyłam siebie z czerwoną kropką na czole niczym bohaterkę kiepskiego tasiemca Bollywood i prawie parsknęłam śmiechem. Następnie skojarzyłam, że miejsce między brwiami może mieć związek z szyszynką.
– Zapewniam panią, że da się rozwiązać ten problem. – Laura dyskretnie spojrzała na zegarek. – Czy pasuje pani przyszły tydzień?
Zamknęłam za sobą solidne, drewniane drzwi i wyszłam na długi, przestronny korytarz, który był jednocześnie poczekalnią. W połowie drogi zatrzymałam się na chwilę i rozejrzałam dookoła. Zawsze podobał mi się styl przedwojennych kamienic. Wysokie sufity dodawały pomieszczeniom przestrzeni, a wnętrza emanowały nostalgią i klasą, skrywając tajemnice minionych lat. Pod ścianą stał rząd starych, lecz zadbanych krzeseł z ciemnego mahoniu i z beżowymi obiciami. Za każdym razem przychodziłam punktualnie i nie miałam okazji, aby na nich usiąść. Nie mogłam się powstrzymać, musiałam sprawdzić, czy są tak wygodne, jak przypuszczałam. Właśnie zamierzałam rozsiąść się na jednym z nich, gdy ku mojemu zdziwieniu główne drzwi zaskrzypiały, a do środka wszedł wysoki mężczyzna. Jego charakterystyczny styl przykuł moją uwagę. Był cały ubrany na czarno, na ręku miał czarną skórzaną bransoletką z ćwiekami. Do tego dłuższy zarost i ciemne, piwne oczy, a także czarne, proste włosy założone za uszy. Mógł być w moim wieku lub nieco starszy. Rozpięta koszula z podwiniętymi rękawami opinała umięśnione ramiona. Było w tym dużo nonszalancji, która na pewno podobała się kobietom. Przypominał trochę wokalistę metalowego zespołu, Dana Vasca, którego od jakiegoś czasu namiętnie słuchała moja przyjaciółka, Kinga. Nie zważając na mnie, mężczyzna rozsiadł się swobodnie na krześle, które sobie wcześniej upatrzyłam, jedną nogę opierając na kolanie, a ręce zakładając na piersi. Zorientowałam się, że spogląda na mnie z rozbawieniem.
– Sorry, jeśli przeze mnie zapomniałaś, co chcesz zrobić. – Posłał mi zaczepny uśmiech.
Zrobiło się niezręcznie. Stojąc tyłem do krzeseł, zamarłam i gapiłam się na niego. Zreflektowałam się na tyle szybko, ile umiałam: zamknęłam usta i bez słowa wyszłam na klatkę schodową, trzaskając za sobą drzwiami. Dopiero gdy zbiegłam po starych drewnianych schodach na parter, odetchnęłam z ulgą.
Rozejrzałam się po zabytkowej, zadbanej ulicy Gajowej. Mieszkania w tej części miasta były drogie i w większości stanowiły prywatne gabinety lekarskie lub kancelarie adwokackie. Pomyślałam, że mogłabym się przyzwyczaić do wysokiego czynszu i zamieszkać tu kiedyś z Maksem. Nagle tuż przy mojej twarzy znalazł się okrągły balon z wizerunkiem małego Simby. Z rozbawieniem pociągnęłam go za sznurek w dół i podałam jego małej właścicielce.
– Uważaj na panią. – Młoda kobieta lekko pociągnęła dziewczynkę, zapewne córkę, w swoją stronę, odwzajemniając mój pełen zrozumienia uśmiech.
Humor mnie opuścił, gdy idąc wzdłuż żelaznego ogrodzenia, minęłam trzy transparenty. Pierwszy z nich lubiłam najmniej. Wyłapałam z niego jedynie dwa chwytliwe hasła: „Życie czy zysk?” oraz „Ochrona planety przed wojną o ropę!”. Z drugim było już lepiej: „Przeludnienie nie usprawiedliwia tajemnic rządu!”. Ostatni spodobał mi się najbardziej: „Apokalipsa” – krótko, zwięźle i na temat. Ściekające z każdej koślawej litery czerwone krople farby zostawiły nieestetyczne ślady na chodniku, których deszcz nie mógł zmyć. Zresztą, nikt się tym nie przejmował; mijane po drodze liczne śmieci zdradzały, co władze miasta uważały obecnie za priorytet. Jedynie żółta litera „o” była równa i mocna, bez żadnego śladu ludzkiej ręki, niczym niewzruszone resztą planet Słońce. Wielka płachta przypominała mi plakat pewnego wojennego filmu znanego francuskiego reżysera, którego fanem był Maks. Historia z ekranu działa się właśnie w rzeczywistym świecie.
Wsiadłam do szarej toyoty zaparkowanej przed cmentarzem tuż przy parku Skowronim. Co prawda pod gabinetem były miejsca parkingowe dla klientów, ale bardzo lubiłam spacerować po tej części Wrocławia. To właśnie tutaj, niedaleko, wynajmowaliśmy z Maksem swoje pierwsze mieszkanie, gdy w trakcie studiów dostał się na staż do międzynarodowej firmy IT. Gdyby nie to, że otrzymał mieszkanie po dziadkach, a studio, gdzie nauczam jogi, znajdowało się w Kłodzku, pewnie zostalibyśmy we Wrocławiu na stałe. Spojrzałam na siedzenie obok i z uśmiechem pogładziłam czarne, duże pudełko. Tego dnia minęły dwa miesiące od ślubu i nareszcie mogłam odebrać od fotografa album ze zdjęciami. Wystarczyłyby nam cyfrowe, ale babcia była wielką tradycjonalistką i uwielbiała fotografie. Mimo jej trudnego charakteru bardzo ją kochałam i właśnie dla niej zdecydowałam się na tę pamiątkę. Maks niestety wyjechał w delegację i nie mogliśmy obejrzeć ich razem. Sięgnęłam po telefon i wybrałam numer.
– Hej.
– Cześć, Kingo! – Uśmiechnęłam się, słysząc jej radosny ton głosu. – Odebrałam dzisiaj zdjęcia ze ślubu. Wpadniesz wieczorem i będziesz mnie wspierać przy krytycznych uwagach babci? – zapytałam, zaciskając bez namysłu w dłoni breloczek z kotem, który zdaniem przyjaciółki miał przynosić mi szczęście.
– Pytasz, czy będę dzisiaj twoim ochroniarzem? A już myślałam, że jestem dla ciebie tak ważna, że chcesz, abym jako pierwsza zobaczyła wspomnienia z najważniejszego dnia w twoim życiu – zaszczebiotała Kinga z udawaną pretensją. – Poza tym uważam, że twoja babcia jest aniołem i nie należy się jej bać. – Nie byłam pewna, czy żartowała, ale ja miałam inne zdanie na ten temat.
Kinga dobrze znała moją babcię. A ta miała w zwyczaju narzekać na wszystko i szukać dziury w całym. Jeśli coś jej nie pasowało, zawsze mówiła prosto z mostu i wśród mieszkańców z naszej wsi była znana ze swojej nieustępliwości. Niestety cechy te stawały się niekiedy źródłem sprzeczek z sąsiadami, jej koleżankami, a nawet władzami wsi, na czele z samym proboszczem. Mój ślub zdawał się dla niej idealną okazją do narzekań. Kiedyś potraktowałabym to jako niewinne uwagi, ale po tylu latach było to już dla mnie nie do zniesienia.
– Kinga, błagam! – wypaliłam. – W ramach rekompensaty zapraszam cię na weekend do spa w górach.
– No dobra, prawie mnie przekonałaś, ale jest jeden, mały problem – przeciągała. – Niestety rząd wydał dzisiaj oświadczenie, że wprowadza nowe obostrzenia, zamykają całą gastronomię razem z hotelami. Nic nie słyszałaś?
– Wiesz, że nie oglądam wiadomości. – Uśmiech momentalnie zniknął z mojej twarzy.
– Pogadamy wieczorem, okej?
– Okej. Widzimy się o dziewiętnastej w domu mamy i babci.
– Na razie!
– Do zobaczenia – mruknęłam, nim Kinga zdążyła się rozłączyć.
Westchnęłam i przekręciłam kluczyk w stacyjce. Zamknięcie gastronomii w ogóle mnie nie martwiło. Bardziej przejmowałam się swoją pracą i tym, że zamkną studio, w którym byłam instruktorką, a nas znowu uziemią w domach. Dobiegł mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Jak na zawołanie otrzymałam esemesa od szefowej:
„Hej, Julia. Niestety od jutra zamykamy studio. Wszystkie zajęcia są odwołane do następnego miesiąca, a dalej zobaczymy. Agata”.
Najwyraźniej czekał nas kolejny w tym roku lockdown.ROZDZIAŁ 2
Już kilka tygodni temu obiecałam mamie i babci, że jak tylko dostanę album, to odwiedzę je i razem obejrzymy zdjęcia ze ślubu. Uśmiechnęłam się na myśl, że najbliższe dni spędzę z rodziną. Nienawidziłam spać sama w naszym pustym mieszkaniu, tym bardziej teraz, kiedy moje koszmary się nasiliły. Dlatego na czas wyjazdu męża i jeśli praca mi na to pozwalała, zawsze wyjeżdżałam z Kłodzka.
Droga z miasta do mojej rodzinnej wsi trwała niecałe dwie godziny. Jazda mi się nie dłużyła, bo traktowałam ją jako idealny trening uważności.
Trasa ciągnęła się między polami i leśnymi alejami. Uwielbiałam łagodne pagórki z rozległym, niekończącym się lasem, od którego wzięła się nazwa naszej małej wsi.
Minęłam tabliczkę z napisem „Czarny Las”. Z mojej lewej strony znajdował się Park Krajobrazowy Gór Sowich, a z drugiej wieś okalał las graniczący z Czechami. Przede mną roztaczał się wiejski krajobraz okolicznych kwiecistych łąk i gospodarstw. Głośny grzmot pojawił się znikąd, a jego źródło wydawało się bić tuż nad moją głową. Spojrzałam na granatowo--szare chmury, które zlewały się z zarysem niskich górskich pasm. Wszystko zwiastowało, że za chwilę lunie deszcz.
Podjechałam do największego marketu w okolicy. Skoro o weekendowym wypadzie z Kingą mogłam tylko pomarzyć, to dzisiejszy wieczór będzie idealny, aby powspominać dawne, dobre czasy z butelką naszego ulubionego wina. Wiedziałam, że alkohol nikomu nie służy i dawno wyeliminowałam go ze swojej diety, ale ostatnie wydarzenia sprawiły, że nie czułam żadnych wyrzutów sumienia, aby złamać własne zasady. Parking świecił pustkami, ucieszyłam się więc, że nie będę musiała stać w kolejce. Poza mną w sklepie kręciło się jeszcze kilka osób, kasjerki i… dwie największe plotkary we wsi. Było je słychać już przy samym wejściu, ale na szczęście piskliwe głosy dobiegały ze środkowej części sklepu, a ja nie zmierzałam w tamtym kierunku. Od razu podeszłam do półek z alkoholem, które mimo panującego kryzysu żywnościowego były najlepiej zaopatrzonym działem w całym sklepie. Sięgnęłam po butelkę jednego z moich ulubionych vin santo, gdy nagle dostałam esemesa od mamy: „Kup karmę dla kota”. Przewróciłam oczami i niechętnie skierowałam się do alejki z jedzeniem dla zwierząt. Zbliżałam się do półek, gdzie nadal plotkowały Aniela Nowakowska i Ludwika Karen.
– To niemożliwe! – Gdyby nie muzyka z głośników, głos otyłej kobiety poniósłby się echem po całym sklepie. – Jak tak można robić niewinnym zwierzątkom?
– Mówię pani, co widziałam, pani Ludwiko. – Nowakowska mocno wymachiwała rękami. – Stary Mietek też mówi o czarnym wilku, ale sam kręci się bardzo często koło lasu. W sąsiednich wsiach gadają, że nasz las został przeklęty. – Próbowała szeptać, ale na tyle głośno, by wszyscy dookoła słyszeli.
Kumoszki zdawały się mnie nie widzieć i dalej obgadywały Bogu ducha winnego Mietka. Postanowiłam dać im małą nauczkę i na palcach zaczęłam się skradać w ich stronę.
– Dzień dobry! – odezwałam się znacznie głośniej, niż to było konieczne, tuż za plecami Nowakowskiej.
– Olaboga!
Starsze panie podskoczyły z piskiem, jakby same miały coś na sumieniu, co dało mi niemałą satysfakcję.
– Ach, to tylko ty, Julko. – Na mój widok Nowakowska wypuściła ze świstem powietrze. Ciekawe, kogo się spodziewała. – Dzień dobry. Jak tam babcia się czuje?
– Babcia ma się coraz lepiej i powoli wraca do zdrowia – odparłam już znacznie grzeczniej, widząc, jak pani Ludwika opiera się o skrzypiącą pod jej ciężarem półkę z puszkami, a dłoń trzyma na klatce piersiowej, oddychając ciężko. Zaczęłam żałować swojego dziecinnego zachowania.
– Pozdrów ją od nas i powiedz, że jak tylko poczuje się lepiej, oczekujemy jej w środę na cotygodniowym spotkaniu Koła Gospodyń Wiejskich – dodała pani Grażyna. Mogłabym się założyć, że tak naprawdę miała na myśli plotki i grę w karty, gdy nikt nie patrzy.
– Dziękuję. Przekażę babci wiadomość. – Uśmiechnęłam się do staruszek, modląc się w duchu, aby nie zadawały żadnych pytań. Rzuciłam zdawkowe „do widzenia”, trzymając w jednej ręce butelkę z alkoholem, a w drugiej suchą karmę, i ruszyłam do kasy.
Za sobą usłyszałam głośne żalenie się Nowakowskiej:
– Też coś, tak szybko odejść! Nie zdążyłam zapytać, jak jej się wiedzie w małżeństwie…
Zaparkowałam na podjeździe i obładowana bagażami weszłam do domu. W holu już czekała czarna kochana kocica, której wcale nie przeszkadzało, że mam zajęte ręce – zaczęła się łasić, domagając pełni uwagi.
– Hej, mała. – Chwyciłam Cleo w objęcia, wtulając nos w ciepłą sierść, na co kotka odpowiedziała głośnym mruczeniem.
Cleo pojawiła się w naszej rodzinie dwa miesiące temu, gdy czytałam książkę w salonie. Drzwi tarasowe były otwarte, a kotka tak po prostu wskoczyła mi na kolana. Zdziwiło mnie, że jest tak oswojona, ale nikt się po nią nie zgłosił.
W życiu miałam cztery koty, niestety wszystkie ginęły w tajemniczych okolicznościach i, jak to mówiła moja babcia, „nie miałam szczęścia do zwierząt”. Od małego marzyłam o małym, uroczym kotku. Mimo że mama była mi przychylna, to niestety babcia nigdy nie chciała się zgodzić. Gdy zdążyłam już zapomnieć o całej sprawie, wydarzył się cud i dostałam od mamy małego kociaka. Do dzisiaj nie wiem, jak udało jej się przekonać babcię, ale byłam jej bardzo wdzięczna. Kot miał na imię Erwin, wyglądał jak zwykły dachowiec, ale miał bardzo przyjazne usposobienie. Niestety, po kilku miesiącach znalazłyśmy go z Kingą martwego w lesie. Prawdopodobnie zaatakowało go dzikie zwierzę. Gdy otrząsnęłam się po tym wydarzeniu, poprzysięgłam sobie, że już nigdy nie zostanę właścicielką nawet małej rybki. Oczywiście myślałam tak do czasu, kiedy kilka lat później przygarnęłam kotkę. Kulka uwielbiała jeść i, jak przystało na wiejskiego kota, często przynosiła pod drzwi różne fanty – czy to nornicę, czy kreta. Niestety prawdopodobnie została otruta, co stwierdził miejscowy weterynarz, gdy leczył innego kota z podobnymi objawami podrażnienia jamy ustnej i gardła. W tamtym okresie stary Mietek, który często chodził na spacery do lasu w towarzystwie butelki bimbru, znalazł jeszcze trzy martwe koty.
Po jakimś czasie zagadka została rozwiązana. Okazało się, że to nowo zamieszkali sąsiedzi z premedytacją pryskali swoje rośliny niebezpiecznymi dla czworonogów chemikaliami. Według nich miejscowe koty rozkopywały im nowo posadzone hiacynty i załatwiały się na idealnie wykoszonych trawnikach.
W te wakacje sytuacja się powtórzyła – już parę kotów zdechło z objawami zatrucia lub ugryzień niezidentyfikowanego zwierzęcia. Weterynarz zażartował, że na naszą wieś ktoś rzucił zły urok, co bardzo chętnie podchwyciło Koło Gospodyń Wiejskich, które niemal przemianowało się na „Wiejskie Kółko Detektywistyczne”. Nowakowska się zarzekała, że wieczór wcześniej na skraju lasku widziała włóczącego się wielkiego, czarnego wilka z żółtymi ślepiami. Zawsze fascynowała mnie wyobraźnia tej kobiety. Nawet jeśli byłby to wilk, i do tego czarny, to co, do cholery, robiłby tu, na Dolnym Śląsku, w zabitej dechami wsi? Pani Nowakowska wypominała Mietkowi pijaństwo, a pewnie sama dolała sobie tego wieczoru za dużo nalewki bursztynowej do herbaty i poniosła ją wyobraźnia.
Była godzina osiemnasta, a do spotkania z Kingą zostało jeszcze trochę czasu. Już miałam wbiec do salonu, by przywitać się z mamą i babcią, gdy z głębi domu usłyszałam głos dziennikarza z wieczornego reportażu, którego oglądanie było codziennym rytuałem babci Renaty. Wycofałam się, po cichu zamknęłam za sobą drzwi i ruszyłam w znajome strony. O dziwo nie spadła ani jedna kropla deszczu, a niebo na powrót stało się bezchmurne. Minęłam znaną polanę tuż za rodzinnym domem. Pokrywały ją białe płatki kwitnących wiśni z sadu sąsiadów. Cleo, jak zawsze podczas wędrówek, dotrzymywała mi towarzystwa. Co jakiś czas odbiegając w bok, siadała na dwóch łapach i wyciągała się w górę, jakby wypatrywała jakiegoś zagrożenia. Wyglądała jak duża, czarna surykatka. To był jeden z niewielu kotów, który zamiast wygrzewać się na podjeździe, wolał chodzić na spacery. Wspinając się na niewielkie wzniesienie, skupiałam się na głębokim oddechu. Pranayama, obok praktyki samych asan, była moją ulubioną techniką jogi, która znacząco zmieniła moje rozumienie życia i postrzeganie samej siebie. Powolny oddech, kierowany do serca, wprowadzał mnie w stan spokoju i wdzięczności, gdy z podziwem obejmowałam wzrokiem wiejską panoramę. Czas płynął tu wolniej, a życie toczyło się spokojniej. Mimo że uwielbiałam życie w mieście, to szczerze tęskniłam za naturą. Było ze mnie coś z fanatyka uważającego Ziemię za jeden, świadomy organizm, któremu nie tylko zawdzięczamy życie, ale i jesteśmy z nim nierozerwalnie związani.
Od dziecka sądziłam, że jestem częścią natury i każdą wolną chwilę spędzałam na odkrywaniu okolicy. Pamiętam, jak bawiłyśmy się z Kingą w poszukiwaczki nietoperzy i – jak nam się wtedy wydawało – znałyśmy cały las jak własną kieszeń. Dopiero gdy dorosłyśmy, zdałyśmy sobie sprawę, że bawiłyśmy się w niewielkiej jego części.
Westchnęłam z nostalgią na wspomnienia z dzieciństwa i z żalem na myśl o zmianach, jakie przyniosło w ostatnich latach życie. Zwróciłam spojrzenie w stronę lasu. Przeklętego lasu, w którym umierają wszystkie koty – przynajmniej według pani Ludwiki i Anieli. Niegdyś ze szczytu wzniesienia do lasu prowadziła szeroka wydeptana ścieżka, ale po tych wydarzeniach nikt z mieszkańców nie odważył się zapuścić głębiej w leśną puszczę. Jedynie w stronę górskich szczytów zmierzali tędy nieświadomi makabrycznych wydarzeń turyści oraz nieustraszony Mietek, który wszystkie pogłoski uważał za bzdury i korzystał na strachu mieszkańców najbardziej. Co roku zbierał kosze pełne grzybów, które później sprzedawał po sąsiadach lub na jarmarku, aby zarobić na ulubione trunki. Ludzie naprawdę wierzyli, że diabeł zamieszkał w naszym lesie i nawet proboszcz nie potrafił wybić im tego z głowy. Teraz czułam niepohamowaną potrzebę pójścia właśnie w tamtym kierunku. Żałowałam, że nie zmieniłam odkrytych sandałów na tenisówki, bo ostre, wysuszone źdźbła i zielsko drapały moje stopy i łydki.
Cleo wyprzedzała mnie co jakiś czas i węszyła niczym pies myśliwski, co bardzo mnie rozbawiło. Zbliżyłam się do miejsca, gdzie rosło kilka wysokich starych brzóz i dębów, które tworzyły przedsionek przed wejściem do gęstego, tajemniczego królestwa prastarych drzew. Las był tak gęsty i dziki, że momentami nawet leśnicy nie mogli się dostać do ukrytych w głębi paśników i ambon. Przed samym wejściem do lasu teren był mocno nasłoneczniony, jasny i mylnie sugerował, że dalej jest tak samo przystępny. Podeszłam do jednego z drzew i położyłam na nim dłoń; mimo padających ciepłych promieni słońca kora była chłodna. Spojrzałam w górę na rozłożystą, zieloną koronę i poczułam respekt na myśl o tym, ile lat rosło to drzewo i jakich wydarzeń było niemym świadkiem.
– Szkoda, że nie możesz mi powiedzieć, co się stało z wszystkimi kotami – zażartowałam, obejmując szeroki pień.
Gałęzie zaszumiały jakby w odpowiedzi na moją prośbę. Choć od kory bił chłód, poczułam fale ciepła przechodzącą przez moje ciało, począwszy od opuszków przylegających do drzewa. Może drzewo-terapia to wcale nie taki głupi pomysł? Muszę wygrzebać notatki z ostatniego kursu o metodach pseudoterapeutycznych i je porządnie przestudiować.
Cleo zamiauczała i zaczęła ocierać się nerwowo o wystającą gałązkę, gdy nieoczekiwanie z głębi lasu dobiegł dźwięk łamanego poszycia. Kotka gwałtownie przyjęła pozę do ataku i czujnie wpatrywała się w ciemny teren, jakby w oczekiwaniu, że za chwilę coś się z niego wyłoni. Nie pomyślałam, że może źle się czuć w miejscu, które prawdopodobnie służyło za cmentarzysko przedstawicieli jej gatunku. Rozległ się następny trzask, tym razem głośniejszy, jakby bliżej nas. Kiedyś można tu było spotkać muflony, ale teraz, gdy wyginęły, spotkanie jakiegokolwiek dzikiego zwierzęcia było tu niemożliwe. Nagły, zimniejszy niż do tej pory poryw wiatru boleśnie przypomniał mi, że mam na sobie tylko letnią sukienkę na ramiączkach. Nie było śladu po przyjemnej fali ciepła, która przed chwilą ogarniała moje ciało. Po ramionach przebiegł znajomy dreszcz. Wołałam myśleć, że to z zimna, ale w głowie czaiło się nieodparte wrażenie, że gdzieś tam, w nietkniętej ludzką ręką puszczy, czai się ponura tajemnica, która tylko czeka, aż czyjaś stopa przekroczy granicę lasu.
– Chodź, wracamy do domu – zwróciłam się do Cleo, po czym bez wahania pobiegłam wydeptanym przez siebie niewyraźnym pasem. Przystanęłam na szczycie wzniesienia, aby odpocząć. Odruchowo odwróciłam się w stronę lasu, by wypatrzeć lisa lub innego zwierzęcia. Bez skutku. Mogłabym jednak przysiąc, że świdrowały mnie ślepia samej śmierci. Uniosłam dłoń i położyłam ją na dekolcie, jakby to miało uspokoić wyrywające się z klatki piersiowej serce.ROZDZIAŁ 3
Czajnik gwizdał bezlitośnie na cały dom; w tym samym czasie rozległ się dźwięk dzwonka od drzwi. Kinga jak zwykle spóźniła się dziesięć minut.
– Otworzę – krzyknęłam, zbiegając po schodach.
Nie widziałyśmy się od mojego ślubu i bardzo stęskniłam się za przyjaciółką.
– Cześć. Dzięki, że przyszłaś. – Rzuciłyśmy się sobie na szyję.
– Oglądanie zdjęć najpiękniejszej panny młodej na świecie i jej równie pięknej świadkowej oraz narzekanie babci Renaty na tort… – Zrobiła dramatyczną pauzę. – Nie mogłabym tego przegapić.
Wiedziałam, że babcia mnie nie oszczędzi i tym razem nie obędzie się bez kąśliwych uwag, i to nie tylko na temat weselnego wegetariańskiego menu.
Babcia siedziała w salonie na kanapie; po długiej chorobie zdecydowała się wstać z łóżka i opuścić swój pokój. Sporo schudła, a jej skóra na twarzy stała się blada i cienka jak pergamin. Jak na swoje osiemdziesiąt osiem lat trzymała się całkiem nieźle. Niestety, mimo lepszego samopoczucia, nie miała już tyle energii, co jeszcze kilka tygodni temu. Mama niechętnie się zgodziła na oglądanie zdjęć poza jej pokojem, ale upór babci był nie do złamania. Jak to bywa u ludzi w podeszłym wieku, jej najgorsze cechy przybrały na sile.
– Dzień dobry – wykrzyknęła Kinga.
– Kingo, nareszcie nas odwiedziłaś. – Mama weszła do pokoju z talerzem mojego ulubionego domowego ciasta i szeroko się uśmiechając, objęła gościa. Kinga była dla mnie jak siostra, znałyśmy się od dziecka i należała do naszej rodziny tak samo, jak ja czułam się członkiem rodziny Kingi.
– Siadaj i opowiadaj, co słychać we wsi. – Babcia ożywiła się i poklepała miejsce obok siebie na kanapie.
– A raczej nic ciekawego, babciu Renatko. Poza tym, że znowu ktoś truje koty. – Kinga wzruszyła ramionami i od razu sięgnęła po kawałek drożdżowego ciasta z malinami.
Krytycznie spojrzałam na zawartość talerza, a następnie na zegarek. Nigdy nie jadłam o tak późnej porze, tym bardziej ciężkich potraw, ale skoro dla ulubionego wina robiłam tego dnia wyjątek, to chyba nic się nie stanie, jeśli zjem jeden kawałek?
Poszłam w ślady Kingi – porcję ciasta bez owoców zostawiłam; mama przygotowała ją specjalnie dla babci, wiedząc, że staruszce będzie przeszkadzać nawet najmniejsze ziarenko pod protezą.
– Dzisiaj w sklepie słyszałam rozmowę Nowakowskiej i pani Ludwiki. – Mrugnęłam dyskretnie do Kingi, aby tylko ona zrozumiała, że naśmiewam się z koleżanek babci. – Sugerowały, że to Mietek wysypuje trutkę gdzieś przy lesie.
– Bzdura! – oburzyła się babcia. – Mietek w życiu by czegoś takiego nie zrobił. On kocha zwierzęta, przecież tyle ich miał w gospodarstwie. Po prostu znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. – Babcia popatrzała za siebie, jakby upewniając się, że nikt jej nie usłyszy. – A Nowakowska to największa plotkara w okolicy i brakuje jej chłopa. O!
Wraz z Kingą jednocześnie parsknęłyśmy śmiechem, a kawałki ciasta prawie wypadły mi z ust na podłogę.
– Mamo! – Mama upomniała babcię, ale widziałam, że ona również powstrzymuje się od śmiechu.
Babcia Renata należała do Koła Gospodyń Wiejskich, a Aniela Nowakowska była jej najlepszą koleżanką z lat szkolnych. Z tego, co słyszałam od mamy, babcia Renata, Nowakowska i Mietek przez długie lata zawsze trzymali się razem. Nie wiadomo jednak, dlaczego kobiet i Mietka nie łączyły już przyjacielskie relacje. Oficjalna wersja była taka, że miejscowy pijak nie zasługiwał na przyjaźń dwóch przykładnych gospodyń i katoliczek. Sama lubiłam starego Mietka. Dawno temu, gdy mężczyzna cieszył się szacunkiem i statusem trzeźwego gospodarza, jako dziewczynka uwielbiałam z babcią odwiedzać go i obserwować jego zwierzęta hodowlane. Każdemu z nich nadawałam imię i dla każdego z nich przynosiłam coś do jedzenia. Niestety, mężczyzna sukcesywnie zaczął zaniedbywać gospodarstwo i z najpiękniejszej zagrody w okolicy ziemia starego Mietka stała się ruiną ze zniszczonym traktorem na środku podwórza.
– Ta sama historia co kilkanaście lat temu. Lepiej uważaj na Cleo, nigdy nie miałaś szczęścia do zwierząt. Kto wie, może twój pech przeniósł się na inne koty – zawyrokowała babcia.
Nastała grobowa cisza. Nabrałam powietrze w płuca i zatrzymałam je na chwilę, zanim wypuściłam. Darzyłam babcię dużym szacunkiem, ale czułam, jak te wszystkie przytyki w moją stronę gromadzą się pod skórą, a po tych wszystkich latach wmawiania mi, że to ja jestem odpowiedzialna za tragiczny los kotów, miałam ochotę rzucić ciastem o ścianę.
– Dobra, dobra. Julka, lepiej pokaż nam te zdjęcia. – Poczułam szturchnięcie łokciem w żebra i nagle wszystkim wrócił humor.
Na pierwszym zdjęciu mama zapinała mi złoty naszyjnik, a w tle widać było roześmianą Kingę i babcię.
Wzruszyłam się, jednocześnie w napięciu czekając na uwagi babci.
Następna fotografia: pan młody wchodził do pokoju i widzieliśmy się tego dnia po raz pierwszy.
Za każdym razem, gdy obracałam stronę albumu, babcia o dziwo zachwycała się każdym detalem ze zdjęcia. Kinga i mama z fascynacją w głosie przytakiwały jej co jakiś czas. Byłam ciekawa, czy je również zaniepokoiło to, że babcia nie zaczęła jeszcze marudzić.
Nadszedł czas na zdjęcia z ceremonii. W przeciwieństwie do babci mama nigdy nie była zbyt wierząca i nie przykładała wagi do tego, aby wychowywać mnie w wierze katolickiej. Chociaż babcia marzyła o tym, żeby zobaczyć mnie w białej sukni przy ołtarzu i gorliwie namawiała nas na ślub kościelny, to nie mogłam się na to zgodzić.
Przeszłyśmy do zdjęć gości w maseczkach.
– Czyli koniec ładnych zdjęć – skwitowała Kinga.
– Te maseczki na ślubach to żart, przecież na przyjęciu weselnym i tak wszyscy je ściągają.
Na kolejnym zdjęciu mama prowadziła babcię, która była tak osłabiona chorobą, że resztę tamtego dnia musiała spędzić na wynajętym wózku inwalidzkim.
– Piękne – westchnęła mama przy następnym zdjęciu, gdzie fotograf uchwycił całą salę wraz ze wszystkimi gośćmi, parą młodą i urzędnikiem.
– Ładnie! Wszystko było takie ładne. Tylko ten typ przy drzwiach mi nie pasuje – powiedziała babcia i wskazała drżącym palcem na zdjęcie. Wszystkie jednocześnie, poza babcią, ze zdziwieniem pochyliłyśmy się nad albumem, aby dokładniej przyjrzeć się fotografii. – Nie dość, że na czarno ubrany, to jeszcze bez maseczki przyszedł. Pewno to on mnie zaraził – oznajmiła oskarżycielskim tonem i demonstracyjnie zakaszlała.
Faktycznie, za wszystkimi gośćmi siedzącymi na krzesłach, na samym końcu przy wyjściu, stała nieznajoma postać. Niestety dalszy plan był lekko rozmyty i nie dało się dopatrzyć, kim jest tajemniczy gość.
– Hm… Nie przypominam sobie nikogo ubranego na czarno.
– Właśnie. Wszyscy faceci mieli białe lub niebieskie koszule – potwierdziła moja przyjaciółka. – Zresztą, można to sprawdzić na zdjęciu grupowym.
Przewertowałam zdjęcia ze wszystkimi gośćmi, szukałam tego zrobionego w restauracji podczas przyjęcia weselnego. Nie ujęło ono jednak tego tajemniczego mężczyzny.
– Pewnie to któryś z ciekawskich sąsiadów przyszedł popatrzeć. – Wzruszyłam ramionami, gotowa zapomnieć o nieznajomym.
– A może to syn wójta, w którym się podkochiwałaś w szkole? – wtrąciła mama. – Słyszałam, że nadal jest kawalerem i za kilka lat przejmie stanowisko swojego ojca.
Mama musiała wspomnieć o Józku, do którego kiedyś wzdychała każda dziewczyna w podstawówce. Gdy miałam dziesięć lat, mama znalazła w moim pokoju ręcznie zrobioną przeze mnie walentynkę dla niego; rzecz jasna wstydziłam się i kartka nigdy nie trafiła w jego ręce. Babcia Renata, dowiedziawszy się o tym, nie mogła przeżyć, że zmarnowałam swoją szansę na wielką miłość i jeszcze kilka lat po tym zdarzeniu wypominała mi, że mogłam się w życiu ustawić i wkręcić do wpływowej rodziny. Zawsze stawiała wójta prawie na równi prezydentem.
– No właśnie! I ubrał się na czarno, bo wie, co stracił, i teraz ma żałobę po niespełnionej miłości. – Kinga przy swojej odkrywczej wypowiedzi aż klasnęła w dłonie.
Mama i babcia zachwyciły się tym wyjaśnieniem i z aprobatą pokiwały głowami.
– Naoglądałyście się za dużo telenoweli. – Z rozbawieniem odwróciłam stronę ze zdjęciem, aby zakończyć już ten temat.
Dalsze oglądanie albumu minęło w miłej atmosferze. Oczywiście nie obyło się bez narzekania babci na jedzenie. Według niej większość gości, czyli ciotek Maksa w jej wieku, także skarżyła się na niedający im spokoju głód. Wiedziałam, że gdybym wybrała dania mięsne, oszczędziłoby mi to narzekań starszych kobiet. Później poleciało parę łez wzruszenia na widok starszego pokolenia i kuzynek z ciążowymi brzuszkami, potem z kolei śmiałyśmy się z dzikich tańców nie bardzo już trzeźwych gości weselnych.
Po obejrzeniu zdjęć razem z mamą zaprowadziłyśmy babcię do jej pokoju na parterze. Kobieta usiadła na swoim łóżku i uścisnęła moją dłoń.
– Szkoda, że twój ojciec nie mógł tego zobaczyć. – Uśmiechnęła się do mnie, ale w jej oczach dostrzegłam niewypowiedziany smutek. – Niech żałuje, że was zostawił.
Mama momentalnie odwróciła głowę w drugą stronę. Choć już dawno pogodziłam się z myślą, że mój ojciec opuścił mamę, nie miałam ochoty o tym rozmawiać. W domu rzadko się o nim mówiło i bardzo mi to odpowiadało, mamie zresztą również. Nie pamiętam, żebym jako dziecko pytała o niego, ale gdy byłam nastolatką, pewnego wieczoru poprosiłam mamę, aby opowiedziała mi o ojcu. Mama zdawkowo wspomniała o mężczyźnie, w którym w młodości się zakochała i który po prostu pewnego dnia odszedł. Nie utrzymywała z nim kontaktu, a po tamtej rozmowie nigdy już nie wracałyśmy do tego tematu. Skoro jemu na mnie nie zależało, ja też nie zamierzałam się przejmować i szybko zaakceptowałam fakt, że wychował mnie jeden rodzic. Pewnie na dobre zapomniałabym o nim, gdyby nie zielone tęczówki z brązowymi plamkami, które mogłam odziedziczyć tylko po nim.
– Dobranoc. – Uśmiechnęłam się łagodnie do babci i ucałowałam ją w czoło jak co wieczór, a następnie poszłyśmy z Kingą na górę do mojego starej sypialni.