Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wenecja. Niezatapialna - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 czerwca 2026
59,90
5990 pkt
punktów Virtualo

Wenecja. Niezatapialna - ebook

1600 lat Wenecji w jednym tomie. Monumentalna biografia miasta, które stało się symbolem miłości, dekadencji i sztuki. Aż 60 ilustracji, zdjęć i map! Takiego wydania jeszcze nie było!

Z wysokości Kolumny św. Marka skrzydlaty lew z otwartą księgą, symbol Wenecji, patrzy na miasto, którego burzliwe dzieje tworzą jedną z najstarszych, a jednocześnie najbardziej wyrafinowanych i inspirujących opowieści przynależnych europejskiej kulturze i cywilizacji. Weneccy kupcy, niepodzielni władcy mórz i przebiegli dyplomaci, przez wieki dyktowali światu nie tylko ceny pieprzu, jedwabiu czy złota, ale i kanony piękna, styl życia, prawo oraz kierunki globalnej polityki, a to w sposób zazwyczaj mało przyjazny wobec bliższych i dalszych sąsiadów. I podczas gdy tłumy zachwyconych artystów, myślicieli, marzycieli, a także zwykłych hedonistów ciągnęły nad Canal Grande, aby chłonąć magiczną atmosferę miejsca, liczebniejsi jeszcze wrogowie i rywale oddawali się pragnieniu, by rzucić Wenecję na kolana, upokorzyć, splądrować i ukarać – za pychę, chciwość, bezwzględność.

W jaki sposób krucha metropolia na wodzie przetrwała pośród rozlicznych zagrożeń, targana własnymi namiętnościami i wewnętrznym niepokojem? Czy narażona na zmiany klimatu, zadeptywana przez turystów i wyludniająca się Wenecja także tym razem wymknie się ze śmiertelnej pułapki? Zestawiając romantyczny mit, czarną legendę oraz przełomowe wydarzenia z długiej historii Wenecji, brytyjski historyk Jonathan Keates wciąga nas w błyskotliwą narrację łączącą tajemnicę, przygodę i twarde rachunki.

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-08-09357-3
Rozmiar pliku: 16 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1. _Panorama Wenecji_, grafika Jacopa de’Barbario, l. 1498–1500.
2. _Neptun na rydwanie z muszli_, rycina Adriaena Collaerta, ok. 1600.

.

U początków miast na całym świecie jest jakiś mit. W opowieściach założycielskich na scenę wkraczają bogowie, interweniują święci, pojawiają się czytelne znaki, takie jak przelot ptaków, nadejście jakiegoś zbłąkanego zwierzęcia czy nagłe zakwitnięcie krzewu. Legendy te wiele zapożyczają ze starożytnych sag i eposów, jakby chciały tym samym stworzyć wrażenie szlachetnych i czcigodnych podwalin miast, zakorzenić je – pokazać, że zanim położono pierwsze fundamenty, miasto już opierało się na trwałych ideach.

Wenecja, z samej swojej natury twór dość nieprawdopodobny, także zaczyna się w tym wymiarze mitycznym, jednak by w pełni zrozumieć jej wyjątkowość, musimy zacząć od samego żywiołu, z którego wykwita to miasto – od morza. Adriatyk – długie i wąskie morze, będące częścią większego Morza Śródziemnego, zawdzięczające przypuszczalnie swą nazwę albo Adrii, starożytnemu etruskiemu portowi u ujścia Padu, albo słowu _adur_ oznaczającemu „wodę” w języku Ilirów, zamieszkujących dzisiejszą Słowenię i Chorwację – sam ma mityczną historię sięgającą bardzo odległych czasów. Itaka na przykład, jedna z siedmiu Wysp Jońskich, była królestwem Odyseusza, skazanego na dziesięć lat tułaczki po upadku Troi, nim dane mu było wrócić do swej wiernej i przemyślnej żony Penelopy. Na Kithirze, najdalej wysuniętej wysepce tego samego archipelagu, miała zamieszkać bogini Afrodyta, przynajmniej wedle greckich kupców, którzy sprowadzili tam jej kult z Cypru i Lewantu w II stuleciu p.n.e. Jednocześnie też uciekinierów z Troi honorowano jako legendarnych założycieli miast i miasteczek wzdłuż wschodniego i zachodniego brzegu Adriatyku, bo każde z tych miejsc chciało uchodzić za kolebkę nieustraszonych wojowników i dzielnych kobiet.

Kilka stuleci później, kiedy Rzym objął już swoją władzą całą Grecję, te porty wzbogaciły się dzięki zamorskim szlakom handlowym, ciągnącym się dalej lądem na wschód aż do Azji Mniejszej, a na północ przez góry do Europy Środkowej. Miasta takie jak Pula, Split, Durrës czy Butrint utrzymywały stabilne kontakty handlowe ze społecznościami Ankony, Brindisi czy Bari na włoskim wybrzeżu, dzięki czemu basen Morza Adriatyckiego stał się jednym z najaktywniejszych i najzamożniejszych obszarów Cesarstwa Rzymskiego. Rozwój portu w Trieście za czasów Oktawiana Augusta sprawił, że znaczenie handlu adriatyckiego jeszcze wzrosło, a świadectwa rozkwitu antycznych miast regionu są widoczne do dziś w ruinach budowli takich jak Łuk Trajana w Ankonie, amfiteatr w Puli czy olbrzymi pałac cesarski w Splicie, wzniesiony przez Dioklecjana i obejmujący całe stare miasto.

Te ośrodki, stanowiące świadectwo triumfów rzymskiej potęgi, trwającej niemal pięćset lat, wycinane z tej samej sztancy, co miasta na całym terenie imperium, od Oceanu Atlantyckiego po rzekę Eufrat, od Szkocji po brzegi Sahary, przetrwały również dzięki swemu naturalnemu otoczeniu, które miejscowej ludności w znacznej mierze zapewniało bezpieczeństwo. Kiedy Imperium Rzymskie zaczynało się rozpadać na kawałki, kiedy nowe państwa i nowe ludy zaczynały przejmować tereny objęte niegdyś władzą cesarską, tu i ówdzie przetrwały ślady dawnej wspólnoty obywatelskiej zakorzenionej w czasach rzymskich. Rzymskie prawa, system rządów i hierarchia pozostały ideałem, nawet jeśli przetrwały jedynie w zbiorowej pamięci albo w rytuałach i tradycjach. Nigdzie indziej w Europie Zachodniej przywiązanie do tych społecznych urządzeń rzymskich nie przetrwało wyraźniej – ucieleśnione w postaci nabożnego stosunku do odziedziczonych struktur administracyjnych i hierarchii politycznej – niż w mieście-państwie, które powstało po rozpadzie imperium, a z którego wyrosnąć miała Republika Wenecka.

Nazwy mają tu znaczenie. Zanim Rzym urósł w potęgę, plemiona italskie żyjące przy północno-zachodnim krańcu Adriatyku, w miejscu, gdzie Pad i inne rzeki wpływają do morza, nazywano Wenetami albo Wenedami¹ – od indoeuropejskiego korzenia oznaczającego „kochany” albo „uderzający” (w najszerszym sensie tego słowa). Ludzie ci mówili językiem spokrewnionym z łaciną, budowali twierdze, z których wyrosły miasta takie jak Padwa, Werona i Vicenza. Hodowali konie tak szybkie i silne, że greccy królowie sprowadzali je stąd na potrzeby swych armii. Gdy Republika Rzymska stawała się coraz silniejsza, Wenetowie byli jej wiernym sojusznikiem, dzięki czemu mieli uprzywilejowany status, kiedy Rzym skonsolidował już władzę nad północną częścią Italii. Ostatecznie Rzymianie i Wenecjanie mieli podobne legendarne pochodzenie. Rzymianie wedle legendy mieli wywodzić się od trojańskiego księcia Eneasza, Wenetowie zaś uważali się za potomków mądrego doradcy króla Priama, Antenora, tradycyjnie uznawanego za założyciela miasta Patavium – dzisiejszej Padwy. Oba ludy mogły więc obdarzać się sporym zaufaniem i czerpać dumę z tych wspólnych źródeł, co również przyczyniło się do zamożności i stabilności rządów w północno-wschodniej części Półwyspu Apenińskiego w stuleciach rzymskich.

Nawa główna Bazyliki Świętego Marka.
Równocześnie jednak ziemie Wenetów były podatne na najazdy barbarzyńców, stąd też duże znaczenie głównej tutejszej twierdzy – Akwilei. Miasto powstało najpierw jako rynek handlu bursztynem, sprowadzanym przez dzisiejsze Niemcy znad Bałtyku. Bogactwo i znaczenie Akwilei wzrosły niepomiernie w epoce cesarskiej, w związku z czym miasto stało się rywalem takich miast północy włoskiej, jak Werona czy Mediolan. Akwileję upodobał sobie cesarz Konstantyn, który umieścił w nim siedzibę administracji prowincji, a diecezję podniósł do rangi arcybiskupstwa. Tutejszy handel w znacznej mierze opierał się na połączeniu rzecznym z portem Grado, ważnym punktem przeładunkowym na północy Adriatyku.

Zarówno Akwileja, jak i Grado były przez kilka stuleci nękane najazdami. Iliryjscy piraci z Istrii od czasu do czasu stwarzali zagrożenie, plemiona celtyckie dawały się we znaki pierwszym rzymskim kolonistom, cesarz Oktawian August odpierał ataki słoweńskiego ludu Japodi, a Marek Aureliusz z trudem zapobiegł najazdowi konfederacji plemion germańskich na bezpośrednie otoczenie Akwilei. Pod koniec IV wieku n.e. miasto zyskało jeszcze większe znaczenie strategiczne, gdy granice cesarstwa się skurczyły, a Półwysep Apeniński stał się celem wrogiej migracji liczniejszej niż kiedykolwiek wcześniej. Poszczególne społeczności, chcąc zachować choć częściowo społeczny porządek, zwracały się do biskupów i starszego duchowieństwa, szukając kogoś, kto zastąpi dawną klasę cesarskich urzędników administracyjnych – wszystkich tych prefektów, magistratów, „korektorów” i „cenzorów”. Symbolizowane przez tych dawnych urzędników stabilność i ciągłość były zbyt cenne, aby można je było całkowicie odrzucić. Tę stabilność, czy choćby poczucie stabilności, można było próbować przywracać do życia, przynajmniej jako pewną ideę, kiedy tylko było to możliwe, nawet jeśli sama fizyczna tkanka miejska w okolicy chyliła się szybko ku upadkowi.

Około roku 400 Goci pod wodzą króla Alaryka najechali północną Italię. Ten wywodzący się z dzisiejszej Szwecji lud germański od kilku stuleci przesuwał się na wschód i na południe w poszukiwaniu dogodniejszych ziem do wypasu, jednocześnie handlował z Rzymianami, ale nigdy całkowicie nie zasymilował się z imperium. Nacisk, jaki wywierali Goci na słabo bronione granice cesarstwa, był po części efektem migracji na ich własne terytorium innego ludu – Hunów z Azji Centralnej – który niebawem miał odegrać kluczową rolę w rozpadzie rzymskiej władzy i w ostatecznym upadku cesarstwa na zachodzie. Prowadzeni przez Attylę – monarchę tak charyzmatycznego, że do dziś istnieje w równej mierze w legendzie i w historii – Hunowie runęli na Akwileję, oblegali ją i spalili, po czym ruszyli dewastować inne rzymskie miasta, położone dalej na południe. Skutkiem obu najazdów – Gotów i Hunów – była bezładna ucieczka z miast w głąb półwyspu. Uciekinierzy zmierzali albo na zachód, w stronę relatywnie bezpiecznych miejsc, takich jak Mediolan, Como czy Pawia, albo na południe, do Rimini i Rawenny. Inni zaś wybierali miejsce najbezpieczniejsze ze wszystkich – błotniste, bardzo słabo zaludnione tereny sąsiadujące z rozległą laguną przy północno-zachodnim krańcu Adriatyku.

Ten ułożony w kształt półksiężyca wodny świat od strony morza chroniła długa linia mielizn, znanych jako Lido – od łacińskiego słowa _litus_ oznaczającego „brzeg” albo „plażę” – gdzie leżało parę błotnistych wysepek nazywanych _barene_. To w tym miejscu do morza uchodziły rzeki Brenta, Piawa, Sile i kilka innych. Istniejące tu wówczas osady były albo bardzo małe, albo jedynie sezonowe i utrzymywały się z rybołówstwa lub zbierania soli z solnisk, sprzedawanej następnie w głębi półwyspu. Ta właśnie laguna z jej niezdobytymi wodami, kanałami i błotnistymi brzegami stanowiła znakomite miejsce, w którym można się było ukryć przed najazdami barbarzyńskimi chociaż na pewien czas. Uciekinierzy mogli się zebrać na większych wysepkach i przywrócić tam w jakimś zakresie porządek społeczny, wiedząc, że najeźdźcy nie potrafią jeszcze żeglować ani budować łodzi, które przewiozłyby ich na wyspy z bronią, pancerzami i końmi.

I taki obraz osady – jako zbieraniny uciekinierów w prostych, drewnianych, krytych strzechą chatach, zbudowanych ze wszystkiego, co dało się pozyskać lub ocalić z większych wysp – pojawia się w legendzie o założeniu Wenecji². W wieku XVI, w zenicie weneckiego bogactwa i znaczenia, mitowi temu przydano konkretną datę dzienną, a nawet godzinową – samo południe w piątek 25 marca 421 roku. Biorąc pod uwagę, że piątek tradycyjnie uznaje się za dzień zwiastujący nieszczęście, jest to nieco paradoksalne, choć jednocześnie jest to _dies Veneris_, kojarzony z boginią miłości, która wedle klasycznego mitu miała się zrodzić z piany morskiej. Tak czy inaczej, symbolikę tę można uznać za pasującą do miasta, które również powołano do życia dosłownie spośród fal, jakby chcąc pokazać, że niemożliwe jest możliwe. Nie trzeba chyba mówić, że nie istnieje nawet najmniejszy dowód potwierdzający prawdziwość tych szczegółów. Nie powstrzymuje to jednak dzisiejszych Wenecjan – w chwili, gdy powstaje ta książka – przed obchodzeniem tysiąc sześćsetnej rocznicy powstania miasta. Każdy powód do świętowania jest dobry.

Od samego początku najbardziej zaludnionymi obszarami laguny były Malamocco na Lido, poprzecinana błotnistymi kanałami wyspa Torcello (dziś wzorzec przygasłej świetności i romantycznej nostalgii), a także, najbliżej głównego lądu, grupka leżących blisko siebie wysepek znanych jako _rivus altus_ („wysoki brzeg”), skąd wzięła się nazwa Rialto – dzisiejszego centrum Wenecji. To ten ostatni ośrodek we wczesnym średniowieczu zaczął dominować nad pozostałymi, to tutaj rozpoczęła się znana nam dziś historia Wenecji – miasta, państwa i jego mieszkańców. Ze wspaniałego niegdyś i potężnego Malamocco niemal nic do dzisiaj nie przetrwało. Na Torcello dwa kościoły – Santa Maria i Santa Fosca – wraz z gromadą kamieni w sąsiednim małym muzeum archeologicznym są jedynymi śladami kwitnącego niegdyś średniowiecznego miasta. To na brzegach i mieliznach Rialto, a konkretnie na wyspie zwanej Luprio, utrwaliła się społeczność, która zapuściła tu korzenie w V i VI wieku.

Budujący początkowo domy z drewna, plecionki i gipsu pierwsi Wenecjanie mieli ostatecznie przejść do budowania z cegieł i kamieni, cały czas jednak rozwijali najistotniejszy w tym wypadku kunszt kładzenia fundamentów, niezbędny do postawienia jakiegokolwiek budynku na skrajnie niestabilnych i słabych błotnistych gruntach laguny. Wokół wszystkich tych osad, zarówno na głównym lądzie, jak i na brzegach Lido, rósł gęsty las iglasty. Tutejsze drzewa już wcześniej wykorzystywano do wyrobu masztów i wioseł dla statków dalekomorskich. Teraz zaś całe pnie, odarte z gałęzi, kory i korzeni, wykorzystywano jako pale wbijane głęboko w błotnisty grunt. Na nich kładziono platformę z drzewa modrzewiowego, a na niej podobną płaską strukturę z wiązu lub olchy. Taka konstrukcja wystarczająco utwardzała ziemię. Identyczną metodę stosowano przez następne tysiąc lat, gdy w Wenecji budowano z cegły i marmuru. To zdumiewające, ale takie wspaniałe budowle, jak wielkie gotyckie bazyliki Frari czy Santi Giovanni e Paolo, Pałac Dożów czy Kościół Santa Maria della Salute, są wsparte właśnie na tego rodzaju drewnianej strukturze. Kiedy w 1902 roku najwyższy budynek w Wenecji – Dzwonnica Świętego Marka – się zawalił, ukazały się jego drewniane fundamenty. Całkowicie nienaruszone. Zastosowano nowe pale i wedle tego samego systemu wbito je w grunt, gdy dziesięć lat później wznoszono istniejącą do dziś odbudowaną dzwonnicę.

Kim byli pionierzy tych niezwykłych projektów? Piętnastowieczny pamiętnikarz Marin Sanudo opisuje ich jako „prostych ludzi, którzy cenili dobroduszność i niewinność, a wiarę wynosili ponad bogactwa. Gardzili ozdobnymi strojami, nie chcieli walczyć o zaszczyty, jednak gdy zachodziła taka potrzeba, zawsze honorowo stawiali się na wezwanie”. To dość klasyczna pochwała dawnych wartości, sugerująca, że współcześni Sanuda nie dorastali do takich standardów. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana. W tej wczesnej epoce weneckich dziejów powstało społeczeństwo zaradnych, bystrych i nastawionych na handel uchodźców, lojalnie strzegących wizji stworzenia bezpiecznego azylu, podczas gdy chaos i pożoga ogarniały miasta, które za sobą zostawiali. Społeczność tę wzmacniała również świadomość możliwości handlowych, jakie ludziom przedsiębiorczym stwarzało nabrzeżne otoczenie dogodnie położonej laguny.

O tym, że ich kalkulacje były trafne, najlepiej świadczy słynny list napisany przez Kasjodora, prefekta pretorianów w Rawennie, do przywódców weneckich, tak zwanych trybunów morskich, w roku 523. Kasjodor prosi w imieniu króla gockiego Teodoryka o bezpieczne przewiezienie do Rawenny wina i oliwy z Istrii. „Posiadając liczne statki na granicach prowincji, okażcie takie samo oddanie w szybkim transporcie zapasów. (...) Tu macie dom obyczajem ptactwa wodnego. (...) Dzięki splecionym ze sobą giętkim wiklinowym witkom zebrana tam ziemia przekształca się w stały grunt . (...) Mieszkańcy mają ciągłe zapasy, gdyż mogą nasycić się samymi rybami”. Kasjodor wychwala dalej te same cnoty, o których tysiąc lat później będzie pisał Sanudo, bez wątpienia opierając się zresztą na liście Kasjodora: „Ubóstwo zatem żyje w równowadze z bogactwem. Jeden rodzaj pożywienia pokrzepia wszystkich, a podobny rodzaj mieszkania ochrania wszystkich”. Na koniec zaś, zanim zaleca naprawę statków, „które przywiązaliście jak zwierzęta do swoich ścian”, Kasjodor identyfikuje pierwsze źródło weneckiego bogactwa: „wasz trud nastawiony jest na wytwarzanie soli. Zamiast poruszania pługów i sierpów obracacie Waszymi kołami. Tu rodzą się wasze zbiory, kiedy znajdujecie to, czego nie wytworzyliście. Tutaj, by się tak wyrazić, bita jest moneta na wasze utrzymanie. (...) Może być ktoś, kto nie szuka specjalnie złota, lecz sól pragnie znaleźć każdy”³.

Ten list, cytowany przez wszystkich piszących o weneckich początkach, jest wartościowy nie tylko dlatego, że oferuje nam najwcześniejszy opis społeczności już dobrze ukształtowanej, poważanej przez sąsiadów i najwyraźniej dobrze prosperującej. Podkreśla on również trzymanie się obranego sposobu życia i wyjątkowość tych ludzi, już wówczas pod wieloma względami wyjątkowych, napędzanych własnymi ideałami, motywacjami i aspiracjami. Możemy powiedzieć, że pod pewnymi względami nic się nie zmieniło przez tysiąc pięćset lat, jakie upłynęły, odkąd Kasjodor napisał swój list. Głęboko zakorzeniony egalitaryzm nadal powszechnie występuje pośród przeciętnych Wenecjan, łodzie nadal wiąże się przed bramami domów, a ryby dalej są podstawowym elementem codziennej kuchni. Jeszcze bardziej znaczące jest jednak wyraźne poczucie, pobrzmiewające w treści listu prefekta, że tutejsi ludzie są zupełnie inni niż reszta mieszkańców Półwyspu Apenińskiego i że traktować ich należy z pewną dozą respektu. To poczucie wyjątkowości pozostało powszechne w Wenecji aż do dnia dzisiejszego. Wenecjanie są Włochami, kiedy im to pasuje, ale równocześnie przez stulecia zdołali zachować odrębność, autonomię i niezależność. Włochy – czy jako grupa niezależnych państw, czy też od roku 1870 jako kraj zjednoczony – utrzymały niepewne i ostrożne podejście do Wenecji, jakby nigdy nie były całkiem pewne, co począć z tym miejscem i jego mieszkańcami: jak wpasować ich we wspólne narodowe dziedzictwo i wspólną kulturę.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------PRZYPISY

Rozdział 1. Miejsce schronienia

1 Na temat pochodzenia Wenetów zob. Tytus Liwiusz, _Dzieje od założenia miasta Rzymu_, I, 1, przeł. Władysław Strzelecki, Wrocław 2004, s. 7–9; Herodot, _Dzieje_, V, 9, przeł. Seweryn Hammer, Wrocław 2005, s. 376; Strabon, _Geography_, XIII, 1, 53, przeł. Horace Leonard Jones, London–Cambridge 1960, s. 105–109. ↩

2 Na temat założenia Wenecji zob. Jan Diakon, _Chronicle_, t. 1–2, red. Mario de Biasi, Venezia 1988. Zob. też Elisabeth Crouzet-Pavan, _La mort lente de Torcello. Histoire d’une cité disparue_, Paris 2017, s. 39–99; Giovanni Distefano, _Come nasce Venezia?_, Venezia 2014. ↩

3 Kasjodor Sentator, _Variae_, XII, 24, przeł. Monika Ożóg, Henryk Pietras, Kraków 2017, s. 478–480. ↩
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij