Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Wernher von Braun - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
8 kwietnia 2026
4675 pkt
punktów Virtualo

Wernher von Braun - ebook

Krytyczna biografia Wernhera von Brauna – twórcy rakiety V-2, „cudownej broni” Trzeciej Rzeszy, która zapoczątkowała rozwój nowoczesnych rakiet i lotów kosmicznych. Po wojnie von Braun stał się jednym z głównych architektów amerykańskiego programu kosmicznego, zwieńczonego lądowaniem na Księżycu. Autor, korzystając z utajnionych dokumentów i świadectw więźniów obozów koncentracyjnych, pokazuje cenę, jaką zapłacono za ten technologiczny postęp, oraz moralne kompromisy jego twórcy.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18869-3
Rozmiar pliku: 2,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SŁOWO WSTĘPNE

Rolę gwiazdy w świe­cie nauki Wer­n­her von Braun odgry­wał lepiej niż kto­kol­wiek inny w jego epoce, nie wyłą­cza­jąc Alberta Ein­ste­ina. Histo­rię swoją wie­lo­krot­nie opo­wia­dał oso­bi­ście, opo­wia­dali ją także jego przy­ja­ciele, kole­dzy i wiel­bi­ciele. Życie von Brauna wyglą­dało w tych opo­wie­ściach tak, jak przed­sta­wił je sam boha­ter, a więc tajem­nicą pozo­stało wiele infor­ma­cji o jego wcze­śniej­szej karie­rze w hitle­row­skich Niem­czech. A były tam sprawy, jakie mogły prze­ra­zić wielu jego wiel­bi­cieli i ludzi, na któ­rych mu zale­żało.

Wer­n­her von Braun żył sześć­dzie­siąt pięć lat i w swym dąże­niu ku prze­strzeni kosmicz­nej zetknął się z wie­loma tech­nicz­nymi, poli­tycz­nymi i moral­nymi pro­ble­mami XX wieku. Ame­ry­ka­nie wie­dzą, że dla hitle­row­skich Nie­miec von Braun zapro­jek­to­wał pocisk rakie­towy _V-2._ Więk­szość spo­łe­czeń­stwa przy­jęła do wia­do­mo­ści jego tłu­ma­cze­nie, że był wtedy czło­wie­kiem mło­dym, naiw­nym i że pra­co­wał dla nazi­stów, by reali­zo­wać swój wła­sny cel, chciał budo­wać rakiety do bada­nia prze­strzeni kosmicz­nej, nie iden­ty­fi­ku­jąc się z nazi­stow­skimi ide­ami. Po klę­sce Trze­ciej Rze­szy von Braun przy­był do Ame­ryki, gdzie naj­pierw kon­stru­ował dla wojsk lądo­wych poci­ski rakie­towe będące pod­stawą uzbro­je­nia w cza­sach zim­nej wojny, a potem two­rzył dla NASA ogromne rakiety, które miały wynieść Ame­rykę w prze­strzeń kosmiczną i zawieźć na Księ­życ astro­nau­tów z _Apolla._

Wielu ludzi do dziś pamięta stwo­rzony przez Wer­n­hera von Brauna wła­sny wize­ru­nek: ary­sto­kra­tyczny wygląd, lekki nie­miecki akcent, świa­do­mość wła­snej pozy­cji, abso­lutna wiara w naukę i tech­nikę oraz pew­ność, że podróże kosmiczne są nie tylko moż­liwe, ale wręcz nie­unik­nione. Swoje prze­sła­nie pre­zen­to­wał w tele­wi­zji, przed Kon­gre­sem i pod­czas uni­wer­sy­tec­kich wykła­dów. Był auto­rem nie­skoń­czo­nej ilo­ści arty­ku­łów i ksią­żek, kon­se­kwent­nie poświę­co­nych dąże­niu ku kosmo­sowi. Pra­co­wał dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych jako inży­nier i ener­giczny mene­dżer, ale naj­więk­szy wysi­łek wło­żył w reali­zo­wa­nie wła­snych celów. Był pro­ro­kiem epoki kosmicz­nej i czło­wie­kiem, który sprze­dał Księ­życ.

Autor książki _Wer­n­her von Braun. Rakiety, ter­ror i chwała_ opo­wiada o pracy von Brauna dla wojsk lądo­wych i dla NASA, a także o 30 latach nie­zmor­do­wa­nego lan­so­wa­nia przez niego podróży kosmicz­nych. Ana­li­zuje jed­nak też jego nazi­stow­ską prze­szłość, którą bar­dzo sta­rał się ukryć. Przy­po­mina lata, kiedy von Braun kon­stru­ował w Niem­czech poci­ski _V-2,_ był człon­kiem nazi­stow­skiej par­tii i SS, pono­sząc współ­od­po­wie­dzial­ność za zbrod­nie nazi­zmu; mówi o ukry­wa­niu prze­szło­ści po imi­gra­cji do Sta­nów Zjed­no­czo­nych i o tym, jak nie­uchron­nie musiał roz­wiać się mit, który Wer­n­her von Braun tak sta­ran­nie wokół sie­bie budo­wał.PODZIĘKOWANIA

W odtwo­rze­niu histo­rii Wer­n­hera von Brauna pomo­gło mi wiele zna­ko­mi­tych insty­tu­cji. Chcę tu podzię­ko­wać Orange County Public Library, Los Ange­les County Public Library, Cen­trum Szy­mona Wie­sen­thala w Los Ange­les, biblio­tece Cali­for­nia State Uni­ver­sity w Ful­ler­ton, biblio­tece Uni­ver­sity of Cali­for­nia w Irvine oraz Biblio­tece Kon­gresu. Dzię­kuję też pra­cow­ni­kom Natio­nal Archi­ves w Waszyng­to­nie, kie­row­nic­twu NASA w Waszyng­to­nie, Red­stone Arse­nal, Cen­trum Lotów Kosmicz­nych im. Mar­shalla oraz Fre­edom of Infor­ma­tion Offi­ces Sił Lądo­wych Sta­nów Zjed­no­czo­nych i FBI.

Za pomoc w odna­le­zie­niu i udo­stęp­nie­nie archi­wal­nych foto­gra­fii dzię­kuję Cen­trum Lotów Kosmicz­nych im. Mar­shalla, Red­stone Arse­nal, kie­row­nic­twu NASA w Waszyng­to­nie, Natio­nal Archi­ves oraz Natio­nal Air and Space Museum Smi­th­so­nian Insti­tu­tion.

Pracę tę mogłem zre­ali­zo­wać dzięki pomocy wielu osób; dzię­kuję zwłasz­cza Aaro­nowi Bre­it­bar­towi z Cen­trum Szy­mona Wie­sen­thala w Los Ange­les za udo­stęp­nie­nie mi akt doty­czą­cych Wer­n­hera von Brauna i jego zespołu rakie­to­wego. Mam dług wdzięcz­no­ści wobec rodziny Kay­lo­rów – Marvina, Wilmy i oczy­wi­ście P. J. za ich pomoc w postaci rad, uwag kry­tycz­nych i korekty. Dzię­kuję także Eri­kowi Knabe, który prze­czy­tał ręko­pis i przed­sta­wił mi swój punkt widze­nia na opi­saną przeze mnie histo­rię.PRELUDIUM: RAKIETA

Roz­po­czął się długo przy­go­to­wy­wany atak na Anglię poci­skami bez­za­ło­go­wymi. Jego celem był obszar Wiel­kiego Lon­dynu.

Rakieta to budzące podziw osią­gnię­cie tech­niczne. Mak­sy­malna pręd­kość wyno­siła około 4000 mil na godzinę, a cały lot trwał nie wię­cej niż 3–4 minuty.

Win­ston S. Chur­chill1

Kolumna pojaz­dów pierw­szej bate­rii 485 rucho­mego pod­od­działu arty­le­rii Wehr­machtu posu­wała się w kie­runku skrzy­żo­wa­nia dróg na pery­fe­riach Hagi. Jej ładu­nek był efek­tem marzeń i twór­czej pracy, ale ozna­czał znisz­cze­nie, ter­ror i śmierć2,3. Pochód otwie­rały trzy pojazdy gąsie­ni­cowe holu­jące spe­cjalne przy­czepy; na każ­dym z pojaz­dów jechał oddział obsługi, a na każ­dej przy­cze­pie pocisk o dłu­go­ści pra­wie czter­na­stu metrów i śred­nicy ponad pół­tora metra. Za nimi podą­żały trzy cysterny; jedna z pali­wem alko­ho­lo­wym, druga z cie­kłym tle­nem, trze­cia z zapa­sem paliwa i wypo­sa­że­niem, a po nich cię­ża­rówka wio­ząca gene­ra­tor elek­tryczny i druga – zała­do­wana urzą­dze­niami napro­wa­dza­ją­cymi. Pochód zamy­kały samo­chody dowo­dze­nia, w któ­rych jechali ofi­ce­ro­wie3. Druga bate­ria 485 rucho­mego pod­od­działu rów­nież prze­miesz­czała się na pozy­cję na pobli­skim skrzy­żo­wa­niu. Każda z bate­rii mogła wystrze­lić trzy poci­ski, tego dnia miały jed­nak odpa­lić tylko po jed­nym.

Żoł­nie­rze usta­wili płytę star­tową na dro­dze i nadali poci­skowi taką pozy­cję, by po star­cie skie­ro­wał się na zachód. Pod­je­chały cysterny, które miały zaopa­trzyć go w paliwo. Parę godzin póź­niej cię­ża­rówki i obsługa odsu­nęły się na bez­pieczną odle­głość – na wypa­dek, gdyby zda­rzyło się coś nie­ocze­ki­wa­nego. Jedy­nym łącz­ni­kiem mię­dzy poci­skiem i obsłu­gu­ją­cymi go ludźmi były kable bie­gnące od niego do cię­ża­ró­wek z gene­ra­to­rem i urzą­dze­niami ste­ru­ją­cymi. Dolną część poci­sku, na wyso­ko­ści zbior­nika z cie­kłym tle­nem, oto­czył sze­roki pas bia­łego szronu, powsta­łego z zawar­tej w powie­trzu wil­goci. W pobliżu tyl­nej czę­ści tlen ucho­dzący przez otwór wylo­towy ozię­bił wil­gotne powie­trze, two­rząc małą, kłę­biącą się chmurkę, która znik­nęła po zamknię­ciu zaworu.

Snop iskier strze­lił przez chmurę u dołu poci­sku, odbi­ja­jąc się od stoż­ko­wego deflek­tora, i roz­sy­pał się na powierzchni drogi. Opa­dły dwa prze­wody star­towe, łączące pocisk z zie­mią. Iskry z sil­nika zmie­niły się w poma­rań­czowy pło­mień nada­jący strasz­liwą moc dwu­dzie­stu pię­ciu ton ciągu. 8 wrze­śnia 1944 roku, o godzi­nie 18.38, _V-2_ uniósł się z płyty star­to­wej, bły­ska­wicz­nie nabrał pręd­ko­ści i wtar­gnął w histo­rię. Pocisk i towa­rzy­szący mu grzmot zni­kły w oddali, w kie­runku zacho­dzą­cego słońca, pozo­sta­wia­jąc za sobą smugę skon­den­so­wa­nych, gęstych spa­lin4. Kilka sekund póź­niej drugi pocisk wzniósł się z pobli­skiego skrzy­żo­wa­nia na przed­mie­ściach Hagi.

Tego samego dnia, dwie­ście mil na zachód, w znę­ka­nym Lon­dy­nie pano­wało poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, a nawet spo­koju. Cztery mie­siące wcze­śniej siły alianc­kie doko­nały uwień­czo­nej suk­ce­sem inwa­zji na kon­ty­nent, pod­czas któ­rej znisz­czono lub zdo­byto pochyl­nie wyrzutni, uży­wa­nych przez Luft­waffe do wystrze­li­wa­nia samo­lo­tów-poci­sków (lata­ją­cych bomb) _V-1_ w kie­runku Lon­dynu5. Mia­stu nie zagra­żała już bez­za­ło­gowa broń nio­sąca śmierć i znisz­cze­nie. Wie­czo­rem 8 wrze­śnia 1944 roku miesz­kańcy Lon­dynu spo­koj­nie wra­cali z pracy do domów albo szy­ko­wali wie­czorny posi­łek.

Pięć­dzie­siąt osiem sekund po star­cie, zgod­nie z pla­nem, obsługa nadała sygnał radiowy odci­na­jący dopływ paliwa do sil­nika poci­sku i prze­ry­wa­jący spa­la­nie. _V-2_ leciał teraz lotem bez­wład­nym z pręd­ko­ścią ponad pię­ciu i pół tysiąca kilo­me­trów na godzinę i na­dal wzno­sił się wzdłuż krzy­wej bali­stycz­nej kie­ru­jąc się na zachód. Jego drogę wyzna­czały prawa fizyki – bez­wład­ność i gra­wi­ta­cja.

Bez żad­nego ostrze­że­nia o godzi­nie 18.43 w Chi­swick, nie­spełna dzie­sięć kilo­me­trów na zachód od cen­trum Lon­dynu, eks­plo­do­wała tona mate­riału wybu­cho­wego. W środku beto­no­wej nawierzchni drogi powstał lej ponad­dzie­się­cio­me­tro­wej śred­nicy; wybuch znisz­czył sześć sąsied­nich domów i poważ­nie uszko­dził co naj­mniej dwa razy tyle. Jesz­cze nie opadł gruz wyrzu­cony wybu­chem, a Lon­dyn usły­szał potężny, dwu­krotny grzmot, zda­niem wielu ludzi przy­po­mi­na­jący ude­rze­nie pio­runa. Była to podwójna fala ude­rze­niowa powstała w chwili, gdy pocisk _V-2_ na koń­co­wym odcinku swego lotu wcho­dząc z powro­tem do atmos­fery prze­kra­czał barierę dźwięku, i docie­ra­jąca dopiero po wybu­chu śmier­cio­no­śnego ładunku.

Kiedy do Chi­swick przy­były ekipy ratun­kowe, oka­zało się, że wybuch zabił trzy przy­pad­kowe osoby, a dzie­sięć ciężko zra­nił. Nowo­cze­sny, bali­styczny pocisk rakie­towy pochło­nął swoje pierw­sze ofiary.

Szes­na­ście sekund po eks­plo­zji w Chi­swick drugi _V-2_ ude­rzył w Epping, poło­żony około dwa­dzie­ścia cztery kilo­me­try na pół­nocny wschód od cen­trum Lon­dynu. Znisz­czył kilka drew­nia­nych bara­ków, ale nie spo­wo­do­wał żad­nych poważ­niej­szych strat ani ofiar2,3. Oba poci­ski wyce­lo­wane w Anglię poprze­dził wcze­śniej­szy, który tego samego ranka o godzi­nie 8.34 tra­fił w Paryż, ale, jak infor­mo­wano, obyło się tam bez więk­szych znisz­czeń6.

Podej­mu­jąc ostat­nią, despe­racką próbę odwró­ce­nia strasz­li­wymi bom­bar­do­wa­niami biegu wojny, przez następne sie­dem mie­sięcy nazi­stow­skie Niemcy wystrze­liły w kie­runku Anglii ponad 1300 poci­sków _V-2._ Kiedy uprząt­nięto gruzy i poli­czono zabi­tych, Anglicy doli­czyli się 518 _V-2,_ które spa­dły na Lon­dyn, i 537, jakie eks­plo­do­wały w innych miej­scach kraju7. Zabiły one 2724 osoby, a poważ­nie raniły dal­szych 64678. 1265 poci­sków _V-2_ Niemcy wystrze­lili na Antwer­pię, a setki kolej­nych na Paryż i inne cele. Usta­le­nie dokład­nej liczby ofiar na kon­ty­nen­cie nie jest moż­liwe.

W zesta­wie­niu z ogól­nymi roz­mia­rami zagłady, spo­wo­do­wa­nej przez II wojnę świa­tową, liczba ofiar poci­sków _V-2_ była sto­sun­kowo nie­znaczna, co oczy­wi­ście nie umniej­sza wymiaru spo­wo­do­wa­nych przez nie ludz­kich tra­ge­dii. Ci, któ­rzy ginęli od poci­sków, byli po pro­stu ofia­rami ano­ni­mo­wych żoł­nie­rzy, zsy­ła­ją­cych z nieba bez­oso­bową śmierć. Minie wiele lat, zanim świat pozna nazwi­sko i twarz czło­wieka, który stwo­rzył _V-2,_ a z cza­sem zmie­nił cha­rak­ter wojny. Miną dzie­siątki lat, nim ten sam czło­wiek odmieni nasze spoj­rze­nie na wszech­świat.ROZDZIAŁ DRUGI. AUTORYZOWANA BIOGRAFIA

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Auto­ry­zo­wana bio­gra­fia

Byłem mło­dym chło­pa­kiem, mia­łem dwa­dzie­ścia parę lat i po pro­stu nie zda­wa­łem sobie sprawy z tego, co ozna­czają zmiany we wła­dzach poli­tycz­nych. Mój ojciec oka­zał się mądrzej­szy. Był przed­tem odpo­wied­ni­kiem sekre­ta­rza do spraw rol­nic­twa przy pre­zy­den­cie Hin­den­burgu, ale gdy do wła­dzy doszedł Hitler, zre­zy­gno­wał ze wszel­kich publicz­nych sta­no­wisk. Ostrze­gał mnie, że wszystko to skoń­czy się tra­gicz­nie dla Nie­miec i nie tylko dla nich. Byłem jed­nak zbyt pochło­nięty rakie­tami, by zwa­żać na jego ostrze­że­nia.

Wer­n­her von Braun1

Jak wiele zna­nych oso­bi­sto­ści, Wer­n­her von Braun bacz­nie kon­tro­lo­wał prze­do­sta­jące się do wia­do­mo­ści publicz­nej infor­ma­cje na temat jego prze­szło­ści. Histo­rię von Brauna opo­wia­dano wiele razy. On sam gor­li­wie współ­pra­co­wał ze swymi licz­nymi bio­gra­fami i prze­glą­dał ich ręko­pisy, by unik­nąć nie­do­kład­no­ści. Kil­ka­krot­nie też oso­bi­ście opo­wia­dał o swoim życiu1, 2, 3, 4, 5. W razie potrzeby nagi­nał fakty, od czasu do czasu wtrą­cał wygodne kłam­stwa, ale cze­muż miał tego nie robić, skoro zawsze tak postę­po­wali poli­tycy, gwiazdy fil­mowe, a także imi­granci?

Pra­wie wszystko, co wie­dziano na temat przy­by­łego do Ame­ryki Wer­n­hera von Brauna, jego przod­ków oraz dzia­łal­no­ści na rzecz nazi­stow­skich Nie­miec, pocho­dziło od niego samego, jego przy­ja­ciół i współ­pra­cow­ni­ków, a także z oca­la­łych pozo­sta­ło­ści archi­wów pań­stwo­wych. Wiele spraw pozo­stało nie­zna­nych, ponie­waż część archi­wów znisz­czyła wojna; inne zapewne świa­do­mie nisz­czono póź­niej. Jeśli nawet prze­trwały jakieś doku­menty, dla Sił Lądo­wych Sta­nów Zjed­no­czo­nych były one nie­osią­galne, jako że powstały i znaj­do­wały się w sowiec­kiej stre­fie oku­pa­cyj­nej. W Ame­ryce von Braun zaczął swoje życie na nowo; w jego opo­wie­ściach o prze­szło­ści naj­bar­dziej intry­gu­jące jest nie to, co opo­wia­dał albo wysnuł z wła­snej wyobraźni, lecz to, co pomi­nął.

Ame­ry­kań­ski imi­grant był naj­czę­ściej czło­wie­kiem z ludu, chło­pem, Murzy­nem, któ­rego sprze­dano w nie­wolę. Rzadko zda­rzało się, by szczę­ścia na nowej ziemi szu­kał ary­sto­krata, który popadł w kło­poty. Wer­n­hera von Brauna spo­tkało wła­śnie coś takiego.

Nazwi­sko rodowe von Brau­nów wywo­dzono od ryce­rza Heni­ma­nusa de Bruno, który w 1285 roku miesz­kał w bawar­skim mie­ście Bra­nau. W następ­nych wie­kach nazwi­sko przy­bie­rało formę Bruno, Bru­nowe, Bro­nav, de Bronne, Braw­naw oraz Braun. Potom­ko­wie de Bruna przez setki lat byli wła­ści­cie­lami mająt­ków ziem­skich na Ślą­sku i w Pru­sach Wschod­nich. Ojciec Wer­n­hera von Brauna, Magnus Ale­xan­der Mak­sy­mi­lian baron von Braun (1878–1972) zgod­nie z rodzinną tra­dy­cją posia­dał majątki w obu pro­win­cjach.

Matką Wer­n­hera von Brauna była Emma von Quistorp (1886–1959). Jej przod­ków nie można wpraw­dzie wywieść z prze­szło­ści rów­nie odle­głej, jak w wypadku von Brau­nów, była to jed­nak rodzina w Niem­czech bar­dzo znana. Von Quistor­po­wie pocho­dzili ze Szwe­cji, ale od kil­ku­set lat żyli na Pomo­rzu i w Meklem­bur­gii; wśród człon­ków rodu byli pasto­rzy lute­rań­scy, pro­fe­so­ro­wie uni­wer­sy­te­tów, ban­kie­rzy i wła­ści­ciele ziem­scy.

Magnus baron von Braun poślu­bił Emmę von Quistorp w roku 1910. W następ­nym roku Emma uro­dziła pier­wo­rod­nego syna Sigi­smunda. 23 marca 1912 roku w Wyrzy­sku k. Nakla w pro­win­cji poznań­skiej przy­szedł na świat Wer­n­her Magnus Mak­sy­mi­lian baron von Braun. W 1919 roku von Brau­nom uro­dził się trzeci syn, Magnus6.

Wer­n­her uro­dził się dwa lata przed wybu­chem I wojny świa­to­wej. Baron von Braun zaj­mo­wał się w tym cza­sie swymi dobrami ziem­skimi oraz peł­nił urząd poznań­skiego lan­drata. Dla Nie­miec i dla von Brau­nów wojna zakoń­czyła się kata­strofą. Nale­żącą do Nie­miec pro­win­cję poznań­ską w koń­co­wym posta­no­wie­niu przy­znano Pol­sce, to samo oczy­wi­ście spo­tkało poło­żone w niej majątki barona von Brauna3. Główną sie­dzibą rodu stała się wtedy posia­dłość barona koło Lwówka Ślą­skiego. Z dala od sto­łecz­nego Ber­lina von Brau­no­wie wie­dli tam życie spo­kojne, chro­nieni przed poli­tycz­nymi i eko­no­micz­nymi zamiesz­kami, które w latach dwu­dzie­stych prze­ta­czały się przez mia­sta. W ciągu dzie­się­ciu lat po zakoń­cze­niu I wojny świa­to­wej baron von Braun zdo­by­wał wpływy poli­tyczne; wresz­cie otrzy­mał tekę mini­stra rol­nic­twa Repu­bliki Weimar­skiej. Spa­ko­wał wtedy rodzinę i prze­niósł się do Ber­lina6.

Zain­te­re­so­wa­nie nauką i inży­nie­rią Wer­n­her von Braun wią­zał z dniem swej kon­fir­ma­cji w kościele lute­rań­skim. W pre­zen­cie od matki dostał wtedy, na pamiątkę tego dnia, tele­skop. Jak póź­niej pisał, ciąg dal­szy był nie­unik­niony: „Sta­łem się więc astro­no­mem ama­to­rem, potem zain­te­re­so­wa­łem się wszech­świa­tem, a w ślad za tym – stat­kiem, który pew­nego dnia zawie­zie czło­wieka na Księ­życ”3. Stat­kiem tym była oczy­wi­ście rakieta.

Z rakietą zazna­jo­mili Wer­n­hera von Brauna dwaj Niemcy, któ­rym zale­żało na rekla­mie, Max Valier i Fritz von Opel. Valier pisał o podróży kosmicz­nej i napę­dzie rakie­to­wym. Opel był kon­struk­to­rem samo­cho­dów, ale miał przy tym wyczu­cie dra­ma­tur­gii i doce­niał dobre chwyty rekla­mowe. Valier pozy­skał Opla jako spon­sora swych eks­pe­ry­men­tów rakie­to­wych. Rakiet na paliwo stałe lub pro­cho­wych uży­wano w poło­wie lat dwu­dzie­stych do wystrze­li­wa­nia sygna­łów świetl­nych lub prze­rzu­ca­nia lin w akcjach ratow­ni­czych na morzu. Valier i Opel kupili gotowe rakiety pro­chowe i mon­to­wali je w samo­cho­dach wyści­go­wych, szy­bow­cach i boje­rach, dzięki czemu usta­na­wiali rekordy pręd­ko­ści, robiąc jed­no­cze­śnie reklamę samo­cho­dom Opla i pojaz­dowi kosmicz­nemu Valiera7.

Kiedy młody Wer­n­her usły­szał o wyczy­nach Valiera i Opla, kupił w Ber­li­nie u pobli­skiego sprze­dawcy ogni sztucz­nych pół tuzina rakiet. Przy­mo­co­wał je do wózka i takim pojaz­dem wybrał się na Tier­gar­ten Allee, czyli na główną arte­rię komu­ni­ka­cyjną Ber­lina. Tam pod­pa­lił rakiety i natych­miast stra­cił kon­trolę nad pojaz­dem, który pędził ulicą cią­gnąc za sobą ogon pło­mieni. Prze­chod­nie roz­pierz­chli się w panice, a począt­ku­ją­cego eks­perta rakie­to­wego aresz­to­wała poli­cja. Na szczę­ście obyło się bez ofiar, a młody von Braun został oddany pod opiekę swego ojca, mini­stra rol­nic­twa.

Mają­tek i pozy­cja ojca oraz pobyt w sto­licy otwarły przed mło­dym Wer­n­he­rem dostęp do naj­lep­szego wykształ­ce­nia, jakie mogły zaofe­ro­wać Niemcy. Rodzice wysłali go do miesz­czą­cego się w Ber­li­nie gim­na­zjum z języ­kiem wykła­do­wym fran­cu­skim. Fran­cu­skiego nauczył się szybko, twier­dząc, że zdol­no­ści języ­kowe odzie­dzi­czył po matce. Oblał jed­nak mate­ma­tykę i fizykę. Baron von Braun nie ukry­wał nie­za­do­wo­le­nia i zawie­dziony przez syna, który nie speł­nił jego nadziei, wysłał go do szkoły Her­manna Leitza. Szkoła leżała w pobliżu Weimaru, miała inter­nat i znana była z wpro­wa­dza­nia nowych metod naucza­nia, bli­skich kon­tak­tów mię­dzy uczniami i nauczy­cie­lami oraz wyso­kich wyma­gań.

W tej wła­śnie szkole, w cza­so­pi­śmie poświę­co­nym astro­no­mii, Wer­n­her zoba­czył kie­dyś reklamę książki, którą zapa­mię­tał jako _Drogę ku pla­ne­tom_ (była to przy­pusz­czal­nie _Wege zur Raum­schif­fahrt_ opu­bli­ko­wana w 1929 roku) autor­stwa Her­manna Obe­r­tha. Reklamę wypeł­niały obrazy ogrom­nej rakiety i odle­głego Księ­życa. Wer­n­her zamó­wił sobie egzem­plarz, pewien, że dowie się w ten spo­sób, jak odbyć podróż w prze­strzeń mię­dzy­pla­ne­tarną. Kiedy zaj­rzał do otrzy­ma­nej książki, osłu­piał. Wypeł­niały ją rów­na­nia mate­ma­tyczne i tabele danych. Ni­gdy nie dowie się, jak dotrzeć w kosmos, chyba że nauczy się mate­ma­tyki i fizyki. Bodziec był silny, a zasto­so­wa­nie obu nauk oczy­wi­ste, Wer­n­her zagłę­bił się więc w stu­diach i pomyśl­nie ukoń­czył szkolną edu­ka­cję3.

Wio­sną 1930 roku Wer­n­her von Braun wró­cił do Ber­lina i zapi­sał się na stu­dia inży­nie­ryjne na ber­liń­skiej poli­tech­nice (Tech­ni­sche Hoch­schule) w dziel­nicy Char­lot­ten­burg8. Pod koniec lat dwu­dzie­stych w Niem­czech, a zwłasz­cza w Ber­li­nie, wię­cej było mło­dych ludzi marzą­cych o podró­żach w kosmos i pla­nu­ją­cych budowę rakiet, które by ich tam zanio­sły. W zre­ali­zo­wa­niu tych marzeń pomóc im miało zało­żone przez nich Sto­wa­rzy­sze­nie Podróży Kosmicz­nych (Verein kür Raum­schif­fahrt) czyli VfR. Po przy­jeź­dzie do Ber­lina Wer­n­her aktyw­nie włą­czył się w dzia­łal­ność VfR. Tam też poznał mło­dego lite­rata nazwi­skiem Willy Ley. W póź­niej­szych latach Ley, pierw­szy histo­ryk nie­miec­kich badań rakie­to­wych, tak zwięźle opi­sy­wał Wer­n­hera von Brauna z cza­sów stu­denc­kich: „Fizycz­nie był wręcz dosko­na­łym przy­kła­dem typu okre­śla­nego nie­wiele lat póź­niej przez nazi­stów jako «aryj­sko-nor­dycki». Miał jasno­nie­bie­skie oczy i jasno­blond włosy, a jedna z moich krew­nych porów­ny­wała go do słyn­nej foto­gra­fii lorda Alfreda Douglasa, oto­czo­nego roz­gło­sem w stylu Oscara Wilde’a. Jego maniery, ukształ­to­wane przez surowe wycho­wa­nie, były dosko­nałe”9.

Willy Ley znał w Niem­czech każ­dego, kto poważ­nie inte­re­so­wał się rakie­tami; przed­sta­wił też Wer­n­hera patriar­sze nie­miec­kich badań rakie­to­wych, Her­man­nowi Obe­r­thowi, któ­rego książka roz­pa­liła wyobraź­nię von Brauna w ostat­nim roku jego pobytu w szkole śred­niej. Obe­rth był aku­rat w Ber­li­nie, ponie­waż testo­wał zapro­jek­to­wany przez sie­bie sil­nik rakie­towy. Pierw­sza roz­mowa odbyła się przy­pusz­czal­nie przez tele­fon i von Braun natych­miast wyko­rzy­stał oka­zję.

– Jestem jesz­cze stu­den­tem poli­tech­niki – powie­dział Obe­r­thowi – i mogę ofia­ro­wać jedy­nie wolny czas i entu­zjazm, ale może przy­dał­bym się na coś?

Obe­rth, który finan­so­wał swoje bada­nia nie z wła­snej kie­szeni, lecz dzięki dota­cjom, też sko­rzy­stał z oka­zji. – Oczy­wi­ście. – Pro­szę przyjść – powie­dział i w taki spo­sób Wer­n­her von Braun zyskał w oso­bie Her­manna Obe­rtha swego pierw­szego nauczy­ciela tech­niki rakie­to­wej3.

Her­mann Obe­rth uro­dził się w 1894 roku w Sied­mio­gro­dzie, w odle­głym zakątku cesar­stwa austro-węgier­skiego. Podob­nie jak jego ojciec, zde­cy­do­wał się na stu­dia medyczne i wstą­pił na uni­wer­sy­tet w Mona­chium. Pierw­sza wojna świa­towa prze­rwała jego edu­ka­cję, a kiedy zakoń­czył służbę w jed­no­stce ambu­lan­sów polo­wych, roz­stał się z medy­cyną. Ponadto po zakoń­cze­niu wojny Sied­mio­gród stał się czę­ścią Rumu­nii, czyli strony nie­przy­ja­ciel­skiej wobec Nie­miec; dla Nie­miec, choć nie dla kul­tury nie­miec­kiej, Obe­rth stał się więc cudzo­ziem­cem. Wró­cił jed­nak do Nie­miec, by kon­ty­nu­ować stu­dia mate­ma­tyczno-fizyczne. Pisząc swą roz­prawę dok­tor­ską prze­pro­wa­dził samo­dzielne, teo­re­tyczne stu­dia nad rakie­tami jako stat­kami kosmicz­nymi. Był to temat, który fascy­no­wał go od dzie­ciń­stwa. Na uni­wer­sy­te­cie w Heidel­bergu jego pracę odrzu­cono, na czym zawa­żyły zapewne nie­do­statki samej teo­rii Obe­rtha; można jed­nak sądzić, że i tam­tej­szemu śro­do­wi­sku nauko­wemu zabra­kło wyobraźni, by ją zaak­cep­to­wać.

Obe­rth ni­gdy nie zapo­mniał, że nie­miec­kie auto­ry­tety naukowe nie chciały go bez­stron­nie wysłu­chać; nie pozwo­lił jed­nak, by jego kon­cep­cja podróży kosmicz­nych poszła w zapo­mnie­nie. Wła­snym sump­tem wydał swoją pracę pod tytu­łem _Die Rakete zu den Pla­ne­ten­rau­men_ (Rakietą w prze­strze­nie mię­dzy­pla­ne­tarne). Cienka ksią­żeczka zdo­była zdu­mie­wa­jącą popu­lar­ność, a Obe­r­tha oto­czyła grupa mło­dych człon­ków VfR, któ­rzy marzyli o budo­wa­niu rakiet. Zain­te­re­so­wa­nie ze strony śro­do­wisk spoza głów­nego nurtu nauki było dla Obe­r­tha bar­dzo ważne; w 1929 r. opu­bli­ko­wał znacz­nie roz­sze­rzoną wer­sję swej książki, zaty­tu­ło­waną _Wege zur Raum­schif­fahrt_ (Drogi do podróży w kosmos), która zwró­ciła uwagę mło­dego Wer­n­hera von Brauna10.

W tym samym 1929 roku Obe­rth, który dotych­czas był nauczy­cie­lem w szkole śred­niej w Rumu­nii, wziął urlop i wyje­chał do Ber­lina, gdzie wszedł w dość oso­bliwą spółkę z wiel­kim nie­miec­kim reży­se­rem Frit­zem Lan­giem. Lang krę­cił film _Frau im Mond_ (Kobieta na Księ­życu) o podróży zało­gową rakietą na Księ­życ. W celu doda­nia fil­mowi posmaku auten­tycz­no­ści Lang zatrud­nił Obe­r­tha i Willy’ego Leya jako dorad­ców tech­nicz­nych i namó­wił Obe­r­tha, by zbu­do­wał rakietę i odpa­lił ją 15 paź­dzier­nika 1929 roku, w dniu pre­mie­ro­wego pokazu filmu. Film _Frau im Mond_ odniósł wielki suk­ces, jed­nak rakieta ni­gdy nie została ukoń­czona. Obe­rth był wspa­nia­łym teo­re­ty­kiem, ale do skon­stru­owa­nia rakiety zabra­kło mu prak­tycz­nych umie­jęt­no­ści11.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij