White Shirt - ebook
Trzeci tom bestsellerowej serii „Scars on Ice”.
Święta Bożego Narodzenia w domu hokeistów mijają pod znakiem nieporozumień. Blake dowiaduje się o ciąży Kenzie i stara się być dla przyjaciółki oparciem. Hayden podejrzewa, że to jego dziewczyna spodziewa się dziecka. W obawie przed rozmową z nią próbuje odkryć prawdę na własną rękę.
Z czasem Blake uświadamia sobie, że wkrótce osoby bliskie jej sercu wkroczą w nowy etap życia i opuszczą Uniwersytet Indiana. Nie dość, że musi zmierzyć się z rosnącym zainteresowaniem, które wzbudza na uczelni, to z każdym dniem coraz bardziej przytłacza ją niepewność dotycząca przyszłości jej i Haydena.
Chłopak stoi przed trudnym wyborem: może podjąć pracę w firmie ojca albo zawalczyć o szansę na grę dla Toronto Maple Leafs. Spełnienie marzenia o zawodowym hokeju oznaczałoby jednak wyjazd do Kanady i rozłąkę z najbliższymi.
Między Blake a Haydenem pojawia się coraz więcej niedopowiedzeń. Oboje ukrywają przed sobą prawdziwe emocje i boją się mówić wprost o swoich lękach. Czy mimo trudności ich miłość zdoła przetrwać?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-539-1 |
| Rozmiar pliku: | 2,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Może zawierać spoilery
Historia skierowana jest do osób powyżej szesnastego roku życia. W książce pojawiają się wątki dotyczące zaburzeń odżywiania, samoakceptacji, hejtu internetowego, samookaleczania, przemocy psychicznej, trudności związanych z akceptacją własnej orientacji seksualnej oraz odrzuceniem z jej powodu przez rodzica. Znajdują się w niej również opisy ataków paniki i stanów lękowych. W tym tomie pojawiają się sceny zbliżeń między bohaterami. Zostały one przedstawione z naciskiem na emocjonalny wymiar relacji, a nie na detale fizyczne aktu.
Jeśli jesteś wrażliwym czytelnikiem i obawiasz się, że któryś z tych tematów może wpłynąć na Ciebie w negatywny sposób, rozważ odłożenie lektury na później lub całkowicie z niej zrezygnuj.INFORMACJA OD AUTORKI
White Shirt to kontynuacja Red Shirt i Blue Shirt. Historia osadzona jest w uniwersum Uniwersytetu Indiana. W książce znajdują się nawiązania do dylogii „Science”. „Scars On Ice” można jednak czytać bez znajomości The Science of Temptation i The Science of Affection. Jeżeli postanowisz sięgnąć po te dwie ostatnie książki, pamiętaj, że są one skierowane wyłącznie do pełnoletnich czytelników.
Przedstawiona w historii konstrukcja sezonu hokejowego jest inspirowana realiami uniwersyteckiej ligi ACHA. Niektóre elementy zostały zmodyfikowane na potrzeby fabuły i nie odzwierciedlają dokładnego przebiegu ani struktury rzeczywistego sezonu. Charakterystyczne style gry dla poszczególnych drużyn zostały wykreowane przez autorkę.ROZDZIAŁ PIERWSZY
Blake
Kenzie jest w ciąży.
Dwa różowe plusiki, które pojawiły się na ciążowych testach leżących na umywalce, sprawiły, że powietrze samo uciekło z moich płuc. Nie musiałyśmy odczekiwać nawet minut wskazanych przez producenta w umieszczonej na opakowaniu instrukcji, ponieważ potwierdzenie pojawiło się po zaledwie kilkudziesięciu sekundach. Mrugam kilka razy, żeby upewnić się, czy nie mam przypadkiem jakichś zwidów, ale jaskrawe plusy przy napisach W CIĄŻY nie znikają.
Cholera.
Kenzie nie zna jeszcze wyniku. Odkąd przekroczyłyśmy razem próg łazienki, nie odezwała się do mnie ani słowem. Po wykonaniu testów skuliła się na podłodze tuż obok toalety i aż do teraz trwa w bezruchu z twarzą ukrytą między kolanami. Gdyby nie docierające zza zamkniętych drzwi wrzaski pijanych chłopaków, pewnie usłyszałabym w tym momencie uderzenia jej szybko bijącego serca oraz nerwowo przyspieszony oddech.
I co ja mam niby w tej sytuacji zrobić?
Biorę jedną z plastikowych płytek i uważnie się jej przyglądam. Dłonie trzęsą mi się tak bardzo, jakbym co najmniej to ja właśnie się dowiedziała, że będę miała dziecko. Nagle zaczynam żałować, że zasugerowałam Kenzie wykonanie testu jeszcze przed świętami. Chociaż w sumie, co by to zmieniło, gdyby zrobiła go dopiero po powrocie do Bloomington? Wynik pozostałby taki sam, a Kenz przez cały ten czas stresowałaby się niewiadomą.
Kiedy napisałam do niej przedwczoraj z nieśmiałym zapytaniem o samopoczucie, dziewczyna przyznała, że powoli zaczyna świrować. Gdzieś w internecie przeczytała, że aktywność fizyczna i gorące kąpiele mogą przyspieszyć miesiączkę, więc każdego dnia spędzała około dwóch godzin na rowerku stacjonarnym, a później tyle samo czasu w wannie z parującą wodą. Swoje zachowanie uznała za głupie dopiero, gdy Devon zaczął się o nią martwić i wysnuwać podejrzenia na temat tego, czy przypadkiem coś jej nie opętało.
Żaden z przetestowanych przez Kenzie sposobów nie pomógł. Nie miał prawa pomóc. Dziewczyna nie dostanie okresu przez najbliższe dziewięć miesięcy, a nawet dłużej.
Czy naprawdę to akurat ja mam poinformować ją o tym, że wkrótce zostaną z Devonem rodzicami?
Wzdycham. Następnie się uśmiecham, ponieważ z jakiegoś powodu na samą myśl o nich w tej wyjątkowej roli nie potrafię się powstrzymać.
– Blake? – Nagle zza pleców dociera do mnie stłumiony głos Kenzie.
– Yyy… – Odwracam się gwałtownie w jej stronę. – Tak?
Dziewczyna zerka na mnie niepewnie ze swojego miejsca na podłodze. Ręce trzyma ciasno owinięte wokół podkurczonych nóg, a brodę opiera o kolana. Wokół jej głowy odstaje mnóstwo rudych kosmyków, które w ciągu całego wieczoru wydostały się z luźno zaplecionych warkoczy. Wygląda na zmęczoną, przestraszoną i zniecierpliwioną jednocześnie.
– Czy… – zaczyna nieco zachrypniętym tonem. – Czy… No wiesz. – Wzrusza ramionami i opuszcza wzrok na swoje bose stopy. – Czy na testach pokazał się już wynik?
Odruchowo zaciskam palce na plastikowej płytce.
– M-mhm… – potwierdzam cichym mruknięciem.
Kenzie unosi wzrok, a nasze spojrzenia się krzyżują. Jestem pewna, że wystarczy jedno zerknięcie na moją twarz, by zorientowała się, czego za moment się dowie.
– I?
– I… – Biorę głęboki wdech, po czym odwracam test w jej stronę. – Sama zobacz.
Widok różowego plusa powoduje, że odruchowo zasłania usta dłonią, a źrenice jej bursztynowych oczu znacznie się rozszerzają.
– Ten drugi… – Sięgam po kolejny test. – Ten drugi też uważa, że jesteś w ciąży.
Specjalnie kupiłam dwa. Podobno zawsze warto dla pewności wykonać więcej niż jeden. Samo wspomnienie tego, jak w tajemnicy przed Haydenem wróciłam się po testy do marketu, wprawia mnie w ogromne zażenowanie.
Zaproponowałam Kenzie ich kupno, bo czułam, że dziewczyna ze strachu odwlekałaby to w nieskończoność. Pomyślałam, że skoro i tak wybieramy się do Walmarta, to przecież mogę je dla niej zdobyć. Dopiero później uświadomiłam sobie, że to wcale nie będzie takie łatwe, jak z początku mi się wydawało. Przecież gdyby Hayden zobaczył, że kupuję testy ciążowe, to pewnie dostałby zawału. Musiałabym mu wszystko wyjaśnić, a nie mogłam.
Wymyśliłam więc, że po zrobieniu właściwych zakupów cofnę się do sklepu pod jakimś pretekstem. W sumie to specjalnie zapomniałam o tej gałce muszkatołowej, żebym później nie musiała kłamać, bo bardzo się tego obawiałam. Takie misje nie są dla mnie. Byłam zestresowana od chwili, w której napisałam Kenzie, że kupię dla niej te testy, aż do momentu, gdy schowałam je głęboko w szufladzie komody znajdującej się w moim pokoju.
A w międzyczasie doszło oczywiście do kilku różnych katastrof.
Najpierw zamiast testów ciążowych zgarnęłam z regału testy owulacyjne. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że ich opakowania wyglądały prawie identycznie! Zorientowałam się dopiero w drodze do kasy, więc musiałam szybko się wrócić i je wymienić.
Później, gdy wreszcie udało mi się dotrzeć do ciągnącej się w nieskończoność kolejki, przypomniałam sobie, że przez zdenerwowanie zapomniałam zabrać gałkę muszkatołową – jedyny powód, dla którego tam poszłam w wersji dla Haydena. Wybiegłam więc z kolejki i udałam się na dział przypraw, gdzie spędziłam dobrych kilka minut na zaciekłych poszukiwaniach.
Po powrocie do kas okazało się, że kolejki są jeszcze dłuższe niż wcześniej. Sfrustrowana zdecydowałam się więc skorzystać z kasy samoobsługowej, czego – zero zaskoczeń – bardzo szybko pożałowałam.
Szczerze mówiąc, nie rozumiem, po co w ogóle wprowadzono do sklepów możliwość samoobsługi, skoro przez niedopracowany system kas i tak prawie za każdym razem, gdy się z nich korzysta, potrzebne jest wsparcie kasjerki. Tym razem oczywiście również tak było. Według wyświetlonej na ekranie informacji waga zeskanowanych przeze mnie produktów nie odpowiadała ich wadze rzeczywistej, co było absurdalne. W moim koszyku znajdowały się aż trzy rzeczy: dwa testy ciążowe i przyprawa. Co niby mogłam źle zważyć?
Nigdy nie zapomnę rozbawionego spojrzenia, posłanego mi przez oddelegowaną do pomocy kasjerkę. Ciągle zastanawiam się, co sobie wtedy o mnie pomyślała. Że w przerwie między przygotowaniami świątecznych dań zerknęłam do kalendarzyka menstruacyjnego i uświadomiłam sobie, że w tym miesiącu nie dostałam okresu? Albo że zamierzam wręczyć swojemu chłopakowi testy z pozytywnym wynikiem w ramach bożonarodzeniowego prezentu?
Potrząsam głową, wracając do chwili obecnej. Kenzie ciągle wpatruje się we mnie bez słowa, a ja kompletnie nie wiem, co mam jej powiedzieć. Pewnie wypadałoby ją jakoś pocieszyć, ale cóż, niestety się do tego nie nadaję. Zazwyczaj to mnie trzeba pocieszać, a nie na odwrót.
Nieśmiało wyciągam w jej stronę oba testy ciążowe, ale ona ich nie odbiera. Po kilku sekundach niezręcznego milczenia wycofuję dłoń, a następnie siadam naprzeciwko dziewczyny na podłodze ze skrzyżowanymi nogami oraz opartymi o szafkę plecami. Testy kładę obok siebie, na kafelkach między nami, bo nie mam pojęcia, co innego miałabym z nimi zrobić. Kiedy tak na nie patrzę, rozmyślam o tym, jakie to zadziwiające, ile trwogi w człowieku może wywołać kawałek plastiku. Albo szczęścia, bo przecież są kobiety cieszące się na widok różowego plusa przy napisie W CIĄŻY. I takie, które każdego miesiąca go wyczekują.
– Czy to będzie głupie, jeżeli zapytam cię, co teraz czujesz?
Kenzie przenosi spojrzenie z biało-różowych płytek na moją twarz. Rękami ciągle oplata swoje nogi. Zastanawia się przez dłuższą chwilę nad odpowiedzią, a ja próbuję w tym czasie rozszyfrować widoczne na jej twarzy emocje. Okazuje się to dla mnie zbyt trudne.
– Układałaś kiedyś klocki Jenga? – pyta niespodziewanie.
W odpowiedzi jedynie kiwam głową.
– Lubimy to robić z Devonem – wyznaje cicho. – Odkąd dostałam swój pierwszy zestaw jako dziecko, tworzenie wież stało się moim sposobem na odstresowanie. Dev na początku tego nie rozumiał. Rzucał klockami za każdym razem, gdy nasza wieża rozpadła się po jego ruchu. Z czasem jednak szło mu coraz lepiej, a teraz oboje jesteśmy w tym mistrzami. Wiem, że to trochę dziwne, ale zdarza się nam spędzać całe wieczory na układaniu. Devon zawsze stawia na swoją wygraną, choć w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków to ja okazuję się lepsza od niego. Mimo to ani trochę mu to nie przeszkadza. Z premedytacją wymyśla dla siebie kary, z których później oboje czerpiemy korzyści.
Na jej ustach pojawia się niewyraźny uśmiech. W milczeniu obserwuję, jak Kenzie sięga po jeden z leżących między nami testów i zaczyna uważnie mu się przyglądać.
– Kiedyś Dev powiedział mi, że „dzięki mnie oraz tym moim klockom” poprawiła się jego precyzja oraz uważność na lodzie – kontynuuje. – Stał się też podobno o wiele bardziej spostrzegawczy i cierpliwy. Nie wiem, czy to rzeczywiście za sprawą Jengi, ale poczułam się wtedy trochę tak, jakbym w jakiś sposób przyczyniła się do jego sukcesów. – Kładzie jeden test na drugim. Zupełnie, jakby chciała zbudować z nich kolejną wieżę. – Teraz czuję się, jakbym przez swoją głupotę i nieuważność zburzyła wszystko, co wspólnie tworzyliśmy przez poprzednie lata – oznajmia z przejmującym smutkiem w głosie.
Sekundę później z jej gardła wyrywa się niekontrolowany szloch. Jego dźwięk oraz rozpacz widoczna na twarzy dziewczyny powodują, że przechodzą mnie ciarki.
Bez zastanowienia przesuwam się na podłodze w jej kierunku. Siadam obok, obejmuję ją ramieniem i nieśmiało do siebie przyciągam. Trochę się boję, że Kenz się odsunie. Ona jednak wtula się we mnie tak mocno, jak gdyby dokładnie tego potrzebowała. Na szyi czuję wilgoć łez, z czego wnioskuję, że przestała się powstrzymywać i pozwoliła im płynąć.
Kenzie jest przerażona możliwą reakcją Devona. Już w ubiegły weekend, jeszcze zanim dowiedziała się, że rzeczywiście jest w ciąży, rozmyślała na temat tego, jak bardzo jej chłopak wścieknie się na nią za to, że przez roztargnienie zapomniała o regularnym przyjmowaniu pigułek antykoncepcyjnych. Wspomniała, że w najbliższych latach oboje planowali skoncentrować się na własnej karierze. Dev podpisał kontrakt z drugoligowym klubem z Indianapolis, ona natomiast walczyła o otrzymanie szansy na realizację praktyk w wymarzonej firmie projektowej. Ich plan na najbliższą przyszłość nie uwzględniał dziecka, co rzeczywiście może stanowić problem, ale mimo to nie wydaje mi się, by Dev zareagował negatywnie.
To jeden z najmilszych chłopaków, jakich znam. Poza tym darzy swoją dziewczynę tak ogromnym uczuciem, że da się je dostrzec w jego oczach za każdym razem, gdy na nią patrzy. Odkąd wprowadziłam się do domu hokeistów, obserwowałam relację pary z podziwem, może też z odrobiną zazdrości. Zastanawiałam się, czy ja również odnajdę kiedyś kogoś, kto będzie wpatrywał się we mnie z tak ogromnym oddaniem i żarliwością. A potem, niespodziewanie okazało się, że to właśnie z tą osobą – przeznaczoną mnie – dzielę codzienność pod jednym dachem.
Podczas gdy ja pogrążam się w myślach, Kenzie łka z twarzą ukrytą w zagłębieniu mojej szyi. Zaczynam głaskać ją delikatnie po włosach z nadzieją, że dodam jej w ten sposób odrobinę otuchy.
– Mogłabym udawać, że wiem, co w tej sytuacji powiedzieć, ale to nieprawda – oznajmiam szczerze. – Nie mam pojęcia, jak powinnam się zachować, więc z góry przepraszam, jeśli nieświadomie palnę jakąś głupotę. – Biorę głęboki wdech, a później kontynuuję: – Mówiłam to już podczas naszej ostatniej rozmowy, ale wydaje mi się, że warto powtórzyć: Devon cię kocha, Kenzie. Bardzo. I jestem niemal na sto procent pewna, że jego reakcja na wieść o ciąży nie będzie ani trochę przypominać tej, którą sobie wyobrażasz. Jesteś zdenerwowana, dlatego to normalne, że się nakręcasz, ale… proszę, postaraj się tego nie robić.
Powiedziałam to ja – dziewczyna, która na drugie imię zamiast „Baby” powinna mieć „Wentylator”, bo nakręca się jak on przez każde najmniejsze niepowodzenie życiowe. Żałosne.
– W sensie… – próbuję jakoś wybrnąć z tej sytuacji. – Chodziło mi o to, że, no wiesz… Nie jesteś już aż taka młoda. Nie zaliczyliście z Devonem nastoletniej wpadki ani nic takiego.
O Boże, czy te słowa naprawdę właśnie wyszły z moich ust?
Kenzie odsuwa się nieco, by spojrzeć mi prosto w oczy. Kilka kosmyków przykleiło się do jej mokrej od łez twarzy. Zażenowana czekam na to, co zamierza mi powiedzieć. Ona jedynie głośno parska. W tym samym momencie smarki wystrzeliwują jej z nosa, przez co zaczyna się jeszcze głośniej śmiać. A może płakać? Nie jestem pewna, bo mimo iż się uśmiecha, to z kącików jej oczu wciąż wypływają łzy.
– Przepraszam – wybąkuję, podczas gdy Kenzie wyciera nos rękawem swetra. – Nie miałam na myśli tego, że jesteś stara. Po prostu… Rzecz w tym, że…
– Blake. – Na szczęście przerywa mój żałosny wywód. Inaczej pewnie upokorzyłabym się przed nią jeszcze bardziej. – Powinnaś dostać odznakę najlepszego pocieszyciela – stwierdza, po czym wyswobadza się z moich objęć, sięga po jeden z testów ciążowych i mi go podaje. – Proszę. To twoja odznaka.
Chichoczę, a całe skrępowanie gdzieś ze mnie wyparowuje.
– Dzięki. – Odbieram od niej przedmiot. – Czuję się niesamowicie wyróżniona.
– Powinnaś.
– A tak na serio… – Odkładam plastikową płytkę z powrotem na kafelki, a potem nieświadomie przygryzam opuszkę kciuka.
– Blake, do cholery! – Kenzie wydziera się i trzepie mnie mocno w palce, przez co przestraszona aż podskakuję w miejscu. – Przed chwilą trzymałaś w dłoni test, na który kilka minut temu nasikałam! – uświadamia mi.
Krzywię się, zdegustowana swoim zachowaniem.
– Fuj!
– No, fuj – powtarza po mnie z uśmiechem.
Cóż, przynajmniej ją rozbawiłam.
– Widzisz? – Trącam ją ramieniem w bok. – Nawet teraz zachowujesz się jak zatroskana matka. – Ups, chyba nie powinnam była tego mówić. – Jeju, przepraszam… Nie chciałam, żebyś… Zresztą nieważne. Lepiej będzie, jeśli się zamknę.
Kenzie kręci głową, wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę.
– Wcale nie będzie lepiej. – Opiera policzek o moje ramię. – I przestań przepraszać. To nie ty zapomniałaś o wzięciu tabletki antykoncepcyjnej. Ani mnie nie zapłodniłaś.
Jak na zawołanie z salonu docierają odgłosy tego, który to zrobił.
– Ja pierdolę! – krzyczy Devon. – Jeżeli zaraz tego nie wyłączycie, to stracę przytomność. Za dużo wypiłem!
Chłopacy urządzili sobie w salonie seans filmowy. Oglądają jakieś tandetne romansidło z motywem świąt i piją tequilę, gdy tylko poczują się zażenowani. Sądząc po stanie, w jakim obecnie się znajdują, grająca bliźniaczki Vanessa Hudgens niezbyt się tym razem popisała. Trzeźwy pozostaje jedynie Hayden, który rano musi odebrać z Cincinnati swoją dwunastoletnią siostrę. Maisie ma spędzić z nami Boże Narodzenie.
– Mam dość – marudzi Kieran. – Wyłącz to, Cal. Natychmiast!
– Nie – zaprzecza stanowczo mój brat. – No chyba, że mnie ładnie poprosisz… – zmienia ton na uwodzicielski. – W międzyczasie trzymając w ustach mojego kutasa.
– Jeszcze słowo – odgraża się Hayden. – Jeszcze słowo i przysięgam, że obu wam wyjebię. Przekraczacie wszelkie wyznaczone granice!
– Pierdol się – odpyskowuje mój brat. – Ryby i spotykające się z moją młodszą siostrą skurwiele głosu nie mają!
Nigdy wcześniej nie słyszałam, by wszyscy – poza Haydenem oczywiście – aż tak głośno się śmiali. Ich wymiana zdań powoduje, że krzyżujemy z Kenzie znaczące spojrzenia.
– Słyszałaś to? – pyta słabo. – Jestem załamana.
– Dlaczego?
– Naprawdę wyobrażasz sobie tego tam – kiwa głową na drzwi – w roli ojca? I pozostałych chłopaków jako… Nie, kurwa. Nie wypowiem tego.
A ja tak.
– Jako wujków?
Wykrzywia usta w grymasie.
– Przecież oni są niepoważni. Myślą wyłącznie o głupotach!
– Nieprawda.
– Gdy akurat nie znajdują się na lodzie, grają na PlayStation, jakby mieli po dwanaście lat, albo chleją. Devon nie jest gotowy, żeby… Ja zresztą sama nie… Cholera! – Brzmi, jakby znowu miała się rozpłakać. Bierze głęboki wdech i ponownie opiera czoło na zgiętych kolanach, by ukryć przede mną twarz. – Wszystko spierdoliłam.
– Nic nie spierdoliłaś – zapewniam, dotykając pocieszająco jej ramienia.
– Spierdoliłam – upiera się. – Gdybym była uważniej… – przerywa w połowie zdania i odwraca gwałtownie głowę w moją stronę. – Blake!? – wypowiada moje imię przejętym tonem, aż marszczę brwi zdezorientowana.
– Tak?
– Ty… Przeklęłaś!
Och, faktycznie. Pierwszy raz od… W sumie to nie pamiętam od kiedy. Widoczne w oczach Kenzie zszokowanie bawi mnie tak bardzo, że muszę zacisnąć usta, by nie wybuchnąć śmiechem. Odchrząkuję, po czym stwierdzam:
– Cóż, sytuacja tego wymagała.
– Chyba muszę zapisać ten dzień w kalendarzu – chichocze.
– Sądzę, że powinnaś to zrobić – mówię. – Aczkolwiek nie ze względu na wypowiedziane przeze mnie przekleństwo.
Te słowa powodują, że znów poważnieje. A może raczej smutnieje. Zerka niepewnie na znajdujące się przed nami testy ciążowe i mocno przygryza dolną wargę.
– Co z karierą Devona? – Odlicza coś na palcach. – Narodziny dziecka w podobnym czasie, co rozpoczęcie pierwszego sezonu w profesjonalnej lidze hokejowej, nie brzmi jak dobry pomysł. Zwłaszcza jeśli masz ambicje, by w przyszłości awansować do NHL.
– Ale to ty masz urodzić dziecko, nie on – wtrącam swoją kolejną błyskotliwą uwagę.
Kenzie zerka na mnie zaskoczona. Mam ochotę zapaść się pod ziemię.
– W sensie… – zaczynam się natychmiast tłumaczyć. – Chodziło mi o to, że moim zdaniem dziecko wcale nie oznacza końca kariery hokejowej dla Devona. Pewnie nie będzie łatwo, ale… I tak zamierzaliście zamieszkać razem w Indianapolis. – Chowam za ucho wyimaginowany kosmyk włosów, bo czuję, że muszę coś zrobić ze swoimi rękami. – Wiem, że gra w drużynie wiąże się z ciągłymi wyjazdami i mnóstwem czasu spędzonego na lodowisku. A także że pierwszy sezon będzie wymagał od Devona mnóstwo zaangażowania, ale to nie tak, że zostaniesz z wszystkimi problemami sama. Poza nim masz też przecież swoją i jego rodzinę, na pewno uzyskacie od nich wsparcie. No i… – Wzruszam ramionami. – Masz też nas. Twoja przyjaciółka mieszka w Indianapolis, więc miałybyście do siebie blisko. Cal i Kieran również planują przeprowadzić się tam po studiach. Ja… mogłabym czasami wpadać, żeby tobie… żeby wam pomóc, gdybyś chciała. A Hayden…
Są dwie opcje: Hayden albo obejmie stanowisko w firmie swojego ojca tyrana w Cincinnati, albo wyjedzie do innego kraju, żeby spełnić swoje największe marzenie i stanąć w bramce drużyny Toronto Maple Leafs. I choć z oczywistych względów pragnę dla niego tej drugiej opcji, to jednak podpisanie kontraktu z Klonowymi Liśćmi będzie równoznaczne z jego przeniesieniem się do Kanady. Kraj ten na szczęście nie leży na drugim końcu świata, lecz by się tam dostać z Indiany, trzeba spędzić w samolocie co najmniej kilka godzin.
Wcześniej w ogóle o tym nie myślałam, bo moment ukończenia studiów przez chłopaków i Kenzie wydawał mi się odległy. Teraz z przerażeniem odkrywam, że ich historia z Uniwersytetem Indiana zakończy się za około pięć miesięcy, a gdy wyjadą… zostanę tu sama. Dosłownie. Nie to jednak jest najgorsze, a fakt, że nie wiem, w jaki sposób potoczy się życie Haydena oraz czy zyskam możliwość, by wciąż być jego częścią.
– Blake? – Głos Kenzie przywraca mnie do rzeczywistości.
– Och… – Potrząsam głową, roztargniona. – O czym to ja…
– Mówiłaś o Haydenie i nagle przerwałaś.
– Jestem pewna, że Hayden również będzie chętny do pomocy – przekonuję z wymuszonym uśmiechem na ustach.
– Hayden i opieka nad dzieckiem? – Kenzie nie brzmi na przekonaną.
– Ma świetny kontakt ze swoją młodszą siostrą.
Mój uśmiech z wymuszonego w ułamku sekundy zamienia się w prawdziwy. Wystarcza, że przypominam sobie, jak mocno wzburzyła Haydena wieść o tym, że Maisie spędzi Boże Narodzenie z opiekunką, a nie ze swoją mamą. Podczas tamtej ich rozmowy uświadomiłam sobie, że Hay jest gotów zrobić wszystko, by dzieciństwo jego siostry w niczym nie przypominało tego, którego doświadczył on, i bardzo mi to zaimponowało.
Mój chłopak rzadko mówi o swoich uczuciach. Boi się, że w ten sposób da innym możliwość dostrzeżenia w nim pierwiastka słabości, której na co dzień chorobliwie się wstydzi. Również dlatego stara się ich nie okazywać. Kiedy jednak dowiedział się, że mama Maisie postanowiła porzucić ją na święta, przestał panować nad własnymi emocjami.
Jasne, Hayden był wściekły, ale przede wszystkim też smutny i rozgoryczony. Poza oczywistą złością oraz przejmującym żalem w jego głosie dało się usłyszeć bezsilność, co najmocniej we mnie uderzyło. Gdyby z jakiegoś powodu nie zgodził się na moją propozycję i zamiast przywieźć Maisie do nas, zdecydowałby się spędzić święta wyłącznie z nią w Cincinnati, nie miałabym nic przeciwko temu. Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe, ale za to, że Hay stawia relację ze swoją siostrą na pierwszym miejscu, pokochałam go jeszcze bardziej.
– Dziękuję, Blake. – Kenzie zerka na mnie kątem oka, po czym niepewnie łapie za moją dłoń i ją ściska. – Gdybym miała sama przez to przechodzić, chyba bym oszalała.
– A jeżeli chodzi o twoją karierę… – Czuję się zobowiązana, by wrócić do tematu, bo z jakiegoś powodu odnoszę wrażenie, że Kenzie o wiele bardziej przejmuje się przyszłością Devona niż swoją. A przecież to nie tak, że ona jest w ich związku mniej ważna od niego. – Do czasu porodu… – W reakcji na moje słowa dziewczyna blednie. – Do czasu porodu – powtarzam – na spokojnie zdążysz ukończyć studia. Jeśli wkroczysz na ścieżkę zawodową nieco później od innych, to nic się nie stanie. Jesteś ambitna i pracowita. Kochasz projektować i genialnie ci to wychodzi. Branża kreatywna potrzebuje takich ludzi.
Kenzie daje sobie trochę czasu na przetrawienie tego, co powiedziałam. W międzyczasie naciąga rękawy swojego beżowego swetra tak mocno, że pewnie nigdy nie wrócą one do swojej pierwotnej długości. Kiedy wreszcie znowu na mnie spogląda, na jej twarzy maluje się zmartwienie.
– Nie wyobrażam sobie siebie w roli matki – wyznaje cicho. – Jeszcze niedawno przynajmniej raz w miesiącu musiałam zaliczyć zgon na imprezie, bo inaczej uważałam czas za stracony. Poza tym… nie mam ani jednej cechy dobrej mamy! Jestem strasznie zdezorganizowana i często gubię różne rzeczy. Codziennie muszę sprawdzać, o której kolejnego dnia rozpoczynam zajęcia, bo pomimo stałego planu nie potrafię tego zapamiętać. Lubię długo spać, a z dzieckiem… Przecież niemowlaki ciągle płaczą! Potrzebują nieustannej opieki i stuprocentowej uwagi. Co, jeśli zapomnę go nakarmić? Albo wysiądę z samochodu i zostawię dziecko latem w foteliku na tylnym siedzeniu? Albo… Nie wiem, kurwa. Pojadę do marketu i zgubię wózek w którejś z alejek. Mamy potrafią zajebiście gotować, a ja… Sama widziałaś! Pomyliłam dziś korzeń pietruszki z selerem. Nie nadaję się do tego. Nie chcę przypadkowo otruć własnego dziecka. No i… jestem potwornie leniwa. Czasami przez kilka tygodni z rzędu zamawiamy z Devonem jedzenie na wynos, bo nie chce nam się niczego przygotowywać. Większość wieczorów spędzamy na leżeniu na kanapie przed telewizorem lub na układaniu Jengi. Będziemy… Jezu, będziemy beznadziejnymi rodzicami.
Z jakiegoś niezrozumiałego powodu cały ten jej wywód niesamowicie mnie rozczula.
– Nie będziecie – zapewniam z łagodnym uśmiechem na ustach.
Kenzie marszczy brwi, zdezorientowana.
– Skąd ta pewność?
– Skupiasz się na samych negatywach. – I kto to mówi? – Ja znam ciebie i Devona jako parę niesamowicie ciepłych i empatycznych osób. Zawsze na pierwszym miejscu stawiacie dobro i komfort innych. Troszczycie się nie tylko o siebie nawzajem, ale i o chłopaków, a odkąd pojawiłam się w waszej grupie, również o mnie. – Uśmiecham się szerzej, po czym szybko dodaję: – Przypomnij sobie, jakie nicki Cal ustawił wam na naszym czacie grupowym.
Z jej ust wydobywa się ciche parsknięcie.
– „Mamusia” i „Tatuś”.
– Nie bez powodu tak was nazywają.
Dziewczyna znów daje sobie chwilę na zastanowienie. W tym czasie przygryza żarliwie opuszkę kciuka. Najwyraźniej zapomniała, że sama dotykała testów, na które wcześniej nasikała, ale kim ja jestem, żeby jej to wypominać?
– Chyba musimy stąd wyjść – oznajmia po minucie albo dwóch nieprzerwanego milczenia. – Callum pewnie niedługo zacznie rzygać.
To rzeczywiście może się wydarzyć. Poza jego głosem z salonu nie dociera już żaden inny. Mój brat prowadzi żarliwy monolog na temat oglądanego filmu, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo plącze mu się język, przez co trudno zrozumieć wydobywające się z jego ust słowa.
– Możliwe, ale Hayden i tak za żadne skarby go tutaj nie wpuści.
Kenz śmieje się cicho.
– Masz rację. Zapomniałam, że to w głównej mierze przez jego rzygi nikt poza Haydenem nie może korzystać z tej łazienki.
– Ja mogę – wypalam, zanim zdążę się ugryźć w język.
– Serio? – Robi zaskoczoną minę.
– Mhm – potwierdzam cicho.
– Kurde… – Jej brwi wędrują w górę. – W przypadku Haydena propozycja korzystania z jego łazienki to prawie jak oświadczyny.
Chichoczę trochę zawstydzona, a trochę rozbawiona tym stwierdzeniem. Później wstaję i wyciągam dłoń w stronę Kenzie. Ona łapie za nią i również się podnosi.
– Po prostu chciał załatwić sobie darmową pomoc przy sprzątaniu – żartuję.
Hayden tak naprawdę ma gdzieś to, czy w łazience na parterze panuje bałagan.
Przed swoimi przenosinami ogarnęłam tutejszy burdel, a potem przeniosłam z góry kosmetyki i różne dekoracje. Myślałam, że mój chłopak będzie kazał mi się ich pozbyć od razu, gdy je zobaczy, ale on do dzisiaj ich nie zauważył. Serio. Hayden nie zwrócił uwagi na różowy dywanik w kształcie truskawki przy wannie. Nie dostrzegł też mini kuli dyskotekowej powieszonej w kabinie prysznicowej ani zestawu pachnących tropikalnymi owocami świeczek, które rozstawiłam na półce przy wannie. Czasami odnoszę wrażenie, że nie miałby nic przeciwko, gdyby w jego domu znajdowały się tylko dwie rzeczy: łóżko i mikrofala. To pierwsze do spania i świntuszenia, a drugie do odgrzewania w nim swojej paszy (miałam przestać nazywać tak jego posiłki, ale jakoś nie potrafię; będzie musiał mi to wybaczyć).
– Nie chcę wracać do kuchni – oznajmia Kenzie, poprawiając sweter. – Do salonu też nie. Wiem, że chłopacy są pijani, ale… nie potrafiłabym teraz spojrzeć Devonowi w oczy i udawać, że wszystko jest w porządku. Zwłaszcza że w ostatnim tygodniu zaczął się o mnie martwić. Potrzebuję trochę czasu, żeby ochłonąć i uporządkować syf w głowie.
– Nie ma sprawy – mówię od razu. – Możemy pójść do mojego pokoju i kontynuować naszą rozmowę. Albo włączyć jakiś film na laptopie. Albo leżeć na łóżku i wpatrywać się bez celu w sufit – wymieniam jedną propozycję za drugą, w tym samym czasie zbierając leżące na umywalce części opakowań po zużytych testach ciążowych. – Jutro powiemy, że wolałaś zostać na noc w moim pokoju, bo obawiałaś się, że pijany Devon zrzuci cię z łóżka lub coś takiego. Hayden będzie niezadowolony, że musiał spać sam, ale trudno, jakoś to przeżyje.
Ponownie doprowadzam Kenzie do parsknięcia. Kurczę, zważając na to, że obecnie przechodzi przez załamanie nerwowe, to dla mnie dość duże osiągnięcie.
– Nie mów, że będzie o mnie zazdrosny.
– On jest zazdrosny o wszystkich.
– Super. Będę miała go czym wkurzać.
Uśmiecham się, równocześnie wpychając małe, różowe kartoniki na dno zapełnionego kosza. Następnie zerkam na testy zostawione na kafelkach. Kenzie nawet nie patrzy w ich stronę. Zupełnie jakby wolała udawać, że nie istnieją. Albo w ogóle wymazać z pamięci wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minutach jej życia. A może raczej w ciągu kilku tygodni wcześniej. Nie możemy ich jednak przecież tak tutaj zostawić.
Pochylam się i zgarniam testy z podłogi.
– Co mam z nimi zrobić?
Dziewczyna zerka na plastikowe płytki, ale szybko odwraca wzrok.
– Pozbyć się ich – stanowczo odpiera.
Dlatego je także umieszczam na samym dnie kosza.
– Jesteś pewna, że to dobry pomysł, żeby wyrzucić je właśnie tutaj? – zamartwia się.
– Jak dotąd Hayden opróżniał pojemnik dopiero, gdy śmieci zaczynały się z niego wysypywać. Poza tym odkąd zaczęłam korzystać z jego łazienki, to ja jestem osobą w pełni odpowiedzialną za tę czynność. Hay dostał ode mnie zakaz zbliżania się do kosza.
– Co? – Kenzie unosi brwi, zaskoczona. – Dlaczego?
– Ponieważ… – Próbuję wymyślić jakąś wymówkę, ale nic rozsądnego nie przychodzi mi do głowy. Jestem zmuszona więc wyznać prawdę. – Chciałam oszczędzić mu widoku zużytych tamponów i podpasek.
Powiedzieć, że jestem w tym momencie zażenowana, to jak nic nie powiedzieć. Kenzie ewidentnie powstrzymuje się od śmiechu.
– Ach, te początki związków… – wzdycha. – Już prawie zapomniałam, jak to było. Z dwojga złego lepiej znaleźć w koszu na śmieci zużyte przybory higieniczne niż test ciążowy z pozytywnym wynikiem, co nie?
To akurat prawda.
Wydawało mi się, że wypowiedziałam to zdanie w myślach, ale chichot Kenzie uświadamia mi, że wcale tak nie było.
– Przepra…
– Cicho. – Przystawia mi palec wskazujący do ust. – Przysięgam, że jeżeli jeszcze raz przeprosisz mnie za jakąś głupotę, to zrobię ci krzywdę.
Mój instynkt samozachowawczy każe mi przestać igrać z kobietą podminowaną przez ciążowe hormony, a ja natychmiast się mu podporządkowuję.
– To co? – Myję dłonie pod strumieniem ciepłej wody. – Idziemy?
– Najchętniej bym się najebała. Albo upaliła.
Okej, biorąc pod uwagę obecną sytuację, to z jej strony dość mocne oświadczenie.
– Hm, no cóż… – Sięgam po ręcznik. – Szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby to był do…
– Oczywiście, że to zły pomysł – wchodzi mi w słowo.
Odruchowo opuszczam spojrzenie na jej brzuch, bo Kenzie położyła na nim rękę. Kiedy po jakiejś sekundzie albo dwóch orientuje się, co zrobiła, od razu ją cofa.
– Będę o nie dbała – mówi niespodziewanie. Widoczne na jej twarzy urocze zagubienie sprawia, że mam ochotę do niej podejść i mocno ją przytulić.
Ciągle jednak stoję nieruchomo, trzymając w dłoniach ręcznik.
– I wiesz co – dodaje po chwili – chyba jednak zatrzymam jeden test. – Kuca przy pojemniku i zaczyna w nim grzebać. – Wydaje mi się, że Devon… Pewnie chciałby go zobaczyć. A jeśli nie będzie chciał, to… nie wiem. – Wzrusza bezradnie ramionami. – Kupię bilet na Hawaje i ucieknę, zanim zdąży powiedzieć: „Jesteś najbardziej nieodpowiedzialną kobietą na tym świecie, Mackenzie Dolly Hendrix”. Może znajdę jakiegoś seksownego surfera, który będzie chętny na wspólne wychowywanie dziecka.
Śmieję się.
– Nie potrzebujesz żadnego surfera. Masz hokeistę.
Dziewczyna wreszcie odnajduje to, czego szukała.
– Tak – oznajmia pewnym tonem, jakby sama próbowała się do tego przekonać. – Mam.
Wstaje i wsuwa test za pas swoich legginsów, by w ten sposób bezpiecznie przenieść go do mojego pokoju, a następnie rusza w kierunku wyjścia.
– Twoje drugie imię to Dolly? – pytam zaciekawiona.
W reakcji na to pytanie odwraca się gwałtownie w moją stronę.
– Jeżeli komukolwiek o tym powiesz…
– Nie powiem. – Unoszę ręce w geście obronnym, bo kiedy tak na mnie patrzy, to trochę się jej boję. W sumie to chyba nawet nie trochę.
– Moja mama kocha Dolly Parton – wzdycha z politowaniem. – Gdyby chłopcy zaczęli do mnie mówić „laleczko”, to chyba bym się zabiła.
– W takim razie witam w klubie beznadziejnych drugich imion. – Pokazuję jej bransoletkę z koralików, którą wciąż noszę na prawym nadgarstku. – Moja mama kocha Dirty Dancing – tłumaczę. – A raczej Patricka Swayze’ego.
– Masz na drugie imię Baby?
W odpowiedzi kiwam głową.
– Widziałam ją wcześniej, ale myślałam, że chodzi o tytuł piosenki Justina.
Chichoczę na wspomnienie rozmowy, którą odbyliśmy z Haydenem, gdy po raz pierwszy pojawił się w moim pokoju i postanowił, że prześpi się na podłodze.
– Hayden też.
– Skąd Hayden zna piosenki Justina?
– Zapytałam go o to samo.
– I co powiedział?
– Że Justin jest Kanadyjczykiem. Oraz że kibicują tej samej drużynie.
– To żadne wytłumaczenie.
– Wiem.
Znów wymieniamy się uśmiechami. Następnie wychodzimy z łazienki tak cicho, jak to możliwe. Nie mamy pojęcia, że za kilka minut pijany Cal wtargnie do środka i wywali śmietnik, a biedny Hayden nie dość, że odnajdzie test z pozytywnym wynikiem na podłodze, to jeszcze przez nagromadzenie różnych dziwnych zdarzeń pomyśli, że to ja go wykonałam.
Ups. Lekki przypał.