Facebook - konwersja
Pobierz fragment
Czytaj fragment

Wiara - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Seria:
Data wydania:
14 czerwca 2017
Pobierz fragment
Czytaj fragment
Produkt niedostępny

Wiara - ebook

Lato 1986 roku jest wyjątkowo upalne. Leniwy spokój sennej miejscowości letniskowej zakłóca tylko grupka hippisów protestujących przeciw budowie elektrowni jądrowej. Wszystko się zmienia, kiedy pewnego poranka na torach kolejowych odkryte zostają zwłoki młodej dziewczyny. Nikt nie wie, kim jest i skąd się wzięła.

Młody proboszcz, który znalazł ciało, nie może przestać myśleć o zbrodni. Jego poprzednicy znikali z miasteczka w niejasnych okolicznościach, ale kiedy próbuje się czegoś o nich dowiedzieć, trafia na ścianę milczenia. Czyżby pogłoski o przeklętej parafii miały w sobie ziarno prawdy? Kto postawił przed laty krzyż przy torach i dlaczego zostawia przy nim świeże kwiaty?

Śledztwo, które prowadzi wezwany do Rokitnicy kapitan Witczak, idzie dość opornie. Miejscowi niechętnie dzielą się tajemnicami, nie chcą wywoływać duchów przeszłości.

Wierzą, że zło nadejdzie ze wschodu. Ale to nieprawda – ono już tu jest…

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8049-544-9
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Już w księgarniach:

Thomas Enger Letarg

Lars Kepler Kontrakt Paganiniego

Johan Theorin Smuga krwi

Kjell Ola Dahl Czwarty napastnik

Thomas Enger Bóle fantomowe

Lotte i Søren Hammer Wszystko ma swoją cenę

Matti Rönkä Przyjaciele z daleka

Kjell Ola Dahl Wierny przyjaciel

Bernhard Jaumann Godzina szakala

Johan Theorin Święty Psychol

Friedrich Ani Ludzie za ścianą

Lars Kepler Świadek

Thomas Enger Żądza krwi

Kjell Ola Dahl Lodowa kąpiel

Bernhard Jaumann Kamienista ziemia

Jean Luc Bannalec Śmierć w Pont-Aven

Lars Kepler Piaskun

Johan Theorin Duch na wyspie

Johan Theorin Zmierzch (wyd. 2)

Martín Solares Czarne minuty

Jean-Luc Bannalec Sztorm na Glenanach

Johan Theorin Nocna zamieć (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Wampir

Anna Kańtoch Łaska

Lars Kepler Stalker

Wojciech Chmielarz Podpalacz (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Osiedle marzeń

Wojciech Chmielarz Farma lalek (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Przejęcie (wyd. 2)

Wojciech Chmielarz Zombie

Więcej informacji: czarne.com.plProlog

niedziela, 6 lipca 1986 roku

Ksiądz Jerzy Marczewski mocniej ścisnął kierownicę, gdy rower podskoczył na wiejskich wertepach. Po obu stronach wąskiej ścieżki rosły wybujałe chwasty, szeleszczące cicho w podmuchach tak lekkich, że nie dawały wytchnienia od gorąca. Była dziewiąta rano, ale upał już narastał – w południe osiągnie trzydzieści stopni i nie zelżeje aż do wieczora, kiedy to pewnie przyjdzie burza. Ksiądz Jerzy sięgnął do czoła, by wytrzeć je z potu, i zaraz z powrotem złapał kierownicę. Rower wjechał w kałużę pozostałą po wczorajszym deszczu, błotnista woda trysnęła na boki. Ksiądz z sapnięciem nacisnął pedały. Nie przepadał za wysiłkiem fizycznym nawet jako dziecko, a co dopiero teraz, kiedy zbliżał się do czterdziestki. Myślał o kupnie samochodu, ale to niewiele by mu dało. W parafii istniało mnóstwo miejsc, do których dotrzeć mógł jedynie pieszo albo właśnie na rowerze. Jednym z nich było leżące na stoku Kamionki gospodarstwo Jadwigi Ciołek, od której wracał. Ciołkowa chwaliła się, że ma dziewięćdziesiąt sześć lat. Umierała od trzech, przerzucana między szpitalami niczym poczerniała ze starości piłeczka pingpongowa. Wreszcie powiedziała „dość” i oznajmiła, że zostaje w domu, aby tam czekać na śmierć. Ta jednak z jakiegoś powodu ociągała się i Jadwiga już trzeci raz w tym roku wzywała księdza. Marczewski nie miał do niej pretensji. Podejrzewał, że staruszka czuje się zwyczajnie samotna – wnuczka przy gospodarstwie miała pełne ręce roboty, inne wnuki pouciekały do miasta, prawnuki ledwo babcię znały. Nie został nikt z pokolenia, z którym dorastała, nikt, kto pamiętałby czasy jej dzieciństwa. Była niczym rozbitek z przeszłości, wyrzucony na brzeg świata, którego nie rozumie i który nie rozumie jego. Jej spowiedzi najczęściej przekształcały się w zawiłe i pozbawione pointy opowieści o dawno minionych czasach: o potoku, w którym kąpała się jako nastolatka – zawsze w długiej koszuli, żeby było „przyzwoicie”; o rosnącej przy domu gruszy; o grzesznych dziewczynkach, które godzinami musiały modlić się w kościele; czy o jeżdżącym kolaską przystojnym dziedzicu.

Ksiądz Jerzy słuchał, cierpliwie podążając za błądzącym umysłem staruszki. Lubił ją w jakiś czuły, melancholijny sposób i cieszył się za każdym razem, kiedy wezwanie do umierającej okazywało się fałszywym alarmem. Nawet jeśli oznaczało to dla niego jazdę w upale, a potem jeszcze męczące pchanie roweru pod górkę. Nawet jeśli pośladki bolały go później od wytrząsania na wiejskich wybojach, a przesiąknięta potem sutanna nadawała się tylko do prania.

Przed sobą widział już nasyp kolejowy, po lewej stronie na tle jaskrawobłękitnego nieba rysowały się zbocza, pocięte szachownicą zielonych i złotych pól. Po prawej gór nie było widać – zasłaniał je ciągnący się za zaroślami kompleks betonowych budynków. Ich cień sięgał aż do ścieżki, kładąc się chłodnym mrokiem na wybujałej zieleni chwastów. Ksiądz drgnął lekko, kiedy weń wjechał, i przeżegnał się odruchowo, po czym natychmiast zacisnął usta, zirytowany na samego siebie. Zachowywał się jak przesądna wiejska baba, która pluje pod wiatr, żeby odczynić urok.

Gdy wyjechał z cienia, zwolnił, a potem całkiem się zatrzymał i zeskoczył z roweru. W wiszącej na kierownicy skórzanej torbie zagrzechotały butelki ze świętymi olejami. Odpoczywał, łapiąc oddech i ocierając pot. Czekało go teraz wepchnięcie roweru na nasyp, sprowadzenie go z drugiej strony, a później dziesięć minut jazdy na plebanię. Uwinie się akurat, żeby odmówić spóźniony poranny brewiarz i dopracować dzisiejsze kazanie.

Stałby tak jeszcze chwilę, ale odległy gwizd nadjeżdżającego pociągu zmobilizował go do wysiłku. Sapiąc niczym parowóz, zaczął pchać rower pod górkę. Ścieżka była w tym miejscu mocno zarośnięta, gałęzie jeżyn czepiały się sutanny, a roje bzyczących owadów krążyły nad mokrą od potu twarzą księdza. Odganiał je niecierpliwymi gestami, nasłuchując jednocześnie kolejnych gwizdów. Przyszło mu do głowy, żeby stanąć i poczekać, ale składy osobowe na tej trasie były długie, a on nie chciał tracić czasu. Zresztą powinien bez problemu zdążyć, pociąg był jeszcze daleko – ksiądz Jerzy widział dopiero kłęby czarnego dymu bijące w niebo nad kompleksem betonowych budynków.

Od szczytu nasypu dzieliły go trzy, może cztery kroki, kiedy zobaczył rękę.

Z początku myślał, że to kawałek papieru, jakiś śmieć wyrzucony z wagonu. Ale nie – to była ręka, drobna kobieca dłoń. Marczewski miał ją na wysokości oczu i był pewien, że jeśli wespnie się wyżej, zobaczy leżące na torach całe ciało. Czas zatrzymał się, powietrze wokół zgęstniało, więżąc księdza w pułapce jakiegoś absurdalnego koszmaru. Ostrożnie położył rower na kolczastych gałęziach jeżyn i zrobił jeszcze trzy kroki w przód.

Była tam, tak jak się spodziewał. Duża, pulchna dziewczyna, ubrana w spódniczkę do kolan i bluzkę z wypchanymi ramionami. Materiał kiedyś był różowy, ale teraz pierwotna barwa została jedynie na bufiastych rękawkach i przy kołnierzyku, cała reszta miała czerwono­brązowy kolor zaschniętej krwi. W rajstopach na lewej łydce poszło oczko, jeden but tkwił grzecznie na stopie, drugi zsunął się lekko, ukazując bladą piętę. Dziewczyna miała szeroko otwarte ciemne oczy i ksiądz Jerzy nie musiał nawet pochylać się nad nią, żeby stwierdzić, że nie żyje. Za plecami słyszał cykanie świerszczy, z oddali dobiegał dźwięk pracującej piły tarczowej, a także porykiwanie krowy. Te zwykłe odgłosy wiejskiego letniego dnia kontrastowały z widokiem, jaki miał przed sobą. Jakby znalazł się na granicy dwóch światów: jednego, który dobrze znał, i drugiego, który był dla niego zupełnie nowy i obcy. Wciąż miał wrażenie, że to tylko dziwaczne złudzenie, że wystarczy mrugnąć albo odwrócić się plecami, żeby zwłoki znikły. Jestem w szoku, pomyślał z zaskakującą trzeźwością umysłu, ale niewiele to pomogło. ­Cenne sekundy rozciągały się w nieskończoność w złocistym lipcowym upale, a każdy ruch wymagał nieproporcjonalnie dużego wysiłku, jakby duchowny był muchą próbującą przepłynąć słoik miodu. Oprzytomniał, słysząc kolejny gwizd: tory wibrowały już od ciężaru nadjeżdżającego pociągu. Dopiero wtedy uniósł ręce i zaczął rozpaczliwie machać. Sto dwadzieścia ton metalu pędziło na niego w jaskrawych rozbłyskach słońca odbijającego się w szybie lokomotywy. Powietrze przeszył przeraźliwy zgrzyt, gdy maszynista zauważył go i zaczął hamować. Potwór zwalniał – zbyt późno, za wolno. Księdzu przemknęło przez myśl, czy nie spróbować ściągnąć ciała z torów, ale dziewczyna była chyba zbyt ciężka, żeby ją podnieść. Zresztą i tak nie zdążyłby tego zrobić. Powinien uskoczyć na bok, ale coś, może wpojone w seminarium przekonanie, że należy zachowywać powagę w obliczu majestatu śmierci, zatrzymało go w miejscu. Stał więc z zamkniętymi oczami, aż czoło parowozu niemal dotknęło jego piersi. Chwilę potem, gdy z okien zaczęli wyglądać zaciekawieni podróżni, poczuł, że natychmiast musi usiąść, bo inaczej zemdleje.Część III: Miła dziewczyna

Porucznik Szczepan Dudek, który przyjął zgłoszenie o zaginięciu Marty Jaczyk, sam zaproponował, żeby spotkać się przed północą w knajpie obok komendy. Jak oznajmił zaraz na początku, nim jeszcze rozsiadł się przy stoliku, odkąd rzuciła go żona, przesiadywał w pracy do późna, a potem szedł pić. Powiedział to niby rozbawionym tonem, jakby to był świetny żart, ale Hanka widziała, że wcale nie jest mu do śmiechu. Porucznika otaczała niemal namacalna aura tragedii: widać ją było w brudnym kołnierzyku niegdyś chyba eleganckiej, a teraz wymiętej koszuli, popękanych naczynkach na nosie, drgającej ­lekko powiece lewego oka i trzęsących się dłoniach. Nieźle go musiało trafić, pomyślała Hanka i z wyżyn pewności swoich dwudziestu czterech lat pozwoliła sobie nawet na litość. Jej małżeństwo nigdy się nie rozpadnie, ona nie pozwoli, żeby praca była ważniejsza niż rodzina.

Dudek i Synowiec zamówili piwo, Witczak nie pił niczego, a Hanka zdecydowała się na wodę mineralną. Oczy zamykały jej się ze zmęczenia – przejechali samochodem prawie sześćset kilometrów i przez cały czas to ona siedziała za kółkiem. Owszem, sama chciała, bo lubiła prowadzić, a Synowcowi, który też miał prawo jazdy, niespecjalnie ufała, ale teraz płaciła za to cenę. Rozejrzała się dyskretnie. Bar typowy dla robotniczej dzielnicy, tak przynajmniej zgadywała, ponieważ nigdy wcześniej w podobnym lokalu nie była. Żadnych ozdób na ścianach – właściciel naj­wyraźniej uważał je za niepotrzebną ekstrawagancję – czy obrusów na stołach. Tylko to, co najważniejsze, czyli lane z kija piwo, wódka, nieszczególnie świeża galaretka z nóżek za szklaną ladą i morze papierosowego dymu, w którym siedzące przy stolikach sylwetki wyglądały jak zagubione we mgle szare duchy. Hanka z nieprzyjemnym ukłuciem w żołądku uświadomiła sobie nagle, że jest tu jedyną kobietą. I patrzyli na nią, to też sobie uświadomiła. Przez cuchnącą zasłonę dymu czuła na sobie lepkie, zdziwione spojrzenia. Zerknęła na Jaśka Synowca – chciałaby, żeby chłopak teraz coś powiedział, nawet gdyby miał to być jeden z jego głupich żartów. Nie przyjaźnili się, po prostu Hanka uważała, że skoro oboje są nowi i młodzi, powinni się wspierać. Kapral jednak milczał, zgarbiony nad swoim kuflem, próbując wtopić się w tło. Zachowywał się tak od wyjazdu z Rokitnicy, odkąd jakimś cudem zdołał ubłagać Witczaka, żeby go zabrał. Zupełnie jakby bał się, że kapitan nagle zmieni zdanie i porzuci go gdzieś w polu na bezdrożach Warmii.

Zrezygnowana starsza szeregowa sięgnęła po swoją szklankę. Nigdy nie sądziła, że zwyczajna woda może mieć paskudny smak, ale ta miała.

– To ja przyjąłem zawiadomienie o zniknięciu tej dziewczyny. – Dudek zapalił, dodając elitarny smród carmenów do smrodu plebejskich sportów i mazurów. – W zeszły czwartek to było. Przylazł do nas ten facet, zaraz, jak on się nazywał…? – Sięgnął po teczkę, na której zostały tłuste odciski palców. – Gawryluk, tak. Dyrektor apteki na Podgrodziu. Tak się przedstawił, chociaż tam tylko dwie osoby pracują: on i dziewczyna, to co z niego za dyrektor? Mały facet taki, męczący, jak lepiące się do podeszwy psie gówno. Powiedziałem mu, że mamy od cholery roboty i żeby sobie poszedł, ale on się uparł. I cięgiem to samo nadawał: że Marta to porządna dziewczyna, że z własnej woli nigdy nie opuściłaby dnia w pracy i tak dalej. W końcu dla świętego spokoju przyjąłem to zgłoszenie.

– I nic pan nie zrobił? – Hanka była pod wrażeniem, bo Witczakowi udało się to powiedzieć bez śladu potępienia w głosie.

Porucznik wzruszył ramionami.

– Nie. Dziewczyna dorosła była, a facetowi wymknęło się, że niedawno kogoś poznała. No i lato jest przecież, młodych ciągnie do zabawy, a nie do tego, żeby tyłek sobie wycierać w nudnej pracy. Uznaliśmy, że z gachem gdzieś wybyła, i tyle. Jak wytrzeźwieje i z łóżka mu wylezie, to się odezwie, tak sobie kombinowaliśmy. A ją naprawdę zabili, Jezu. – Dudek po raz pierwszy wyglądał na przejętego losem ofiary, szybko się jednak otrząsnął. – Wyślę kogoś z naszych, żeby wam pomógł, miasta nie znacie…

– Nie trzeba, poradzimy sobie. Adresy nam tylko pan da – powiedział Witczak. – Dziewczyny, tego Gawryluka i apteki, gdzie pracowała. I zdjęcie, jeśli jakieś macie.

Dudek pogrzebał w teczce, wyjął czarno-białą fotografię, po czym położył ją na stole, zakrywając ręką.

– Ten facet to, kurwa, trochę świr jest. Nie zdziwiłbym się, gdyby on ją zabił. Zobaczcie zresztą sami, aż ciarki po plecach chodzą, nie? – Dopiero teraz przysunął zdjęcie w stronę Witczaka. Hanka przechyliła się, by też spojrzeć. Tak, musiała przyznać, że porucznik ma rację. Aż ciarki po plecach przechodziły.

wtorek, 15 lipca

Dochodziła druga w nocy. Hanka, umyta już i przebrana w piżamę, powinna spać, ale zamiast tego siedziała na łóżku w swoim pojedynczym pokoju w hotelu – najtańszym, jaki udało im się znaleźć – i gapiła się na zdjęcie Marty Jaczyk. Dziwnie było spoglądać w twarz dziewczyny, którą zapamiętała jako leżące w kostnicy martwe ciało. Żywa Marta okazała się jeśli nie ładna, to przynajmniej dość atrakcyjna. Sfotografowano ją w aptece, kiedy kucając, układała na dolnej półce opakowania leków, skupiona na swoim zajęciu. Włosy, dłuższe i bez trwałej, opadały jej na policzki, spod białego fartucha wysunęło się krągłe kolano, a w rozchyleniu dekoltu widać było zarys piersi. Skupiona i jednocześnie nieświadoma, że ktoś właśnie schwytał ją w obiektyw. Było w tej fotografii coś lekko perwersyjnego, jakby Hanka spoglądała przez dziurkę podglądacza. Porucznik miał rację – ktokolwiek nacisnął spust aparatu, prawdopodobnie był trochę świrem. Albo nawet więcej niż trochę.

Odłożyła zdjęcie i wyszła na balkon. Powietrze tutaj było zupełnie inne niż na wsi, ciężkie i duszne nawet w nocy. Hanka ostrożnie odetchnęła zapachem spalin i rozgrzanego asfaltu. Niebo nad Olsztynem było ciemne, bez śladu gwiazd, jak narzucona na miasto kołdra. Niżej dziewczyna widziała połyskujące w mroku światła: latarnie, może nocne sklepy. Przez moment opanował ją strach. Chciała wracać: do mamy, która powiedziałaby, że cały ten pomysł z milicją od początku był głupi, choć w gruncie rzeczy czułaby się rozczarowana, i do ojca, który swoim zwyczajem wymruczałby „Szkoda”, choć pewnie by się ucieszył. Do koleżanek, które miały normalne prace w sklepach, szkołach czy urzędach i popychały już po uliczkach Żywca wózki z pierwszymi pociechami. Do kolegów, z którymi chodziła do technikum, a którym, kiedy spotykała ich po latach, nawet się nie przyznawała, że była w szkole milicyjnej, bo to zawsze kończyło się tak samo: zaczynali sobie z niej żartować i chcieli sprawdzać, czy naprawdę jest taka twarda. A ona twarda nie była.

Jeszcze nie.

Opanowała lęk, jak robiła to wiele razy wcześniej, i rozejrzała się. Dopiero teraz zauważyła, że na sąsiednim balkonie ktoś stoi – zarysowana w mroku sylwetka, ognik papierosa wędrujący przez noc w drodze do ust. Kapitan Witczak. Hanka już miała coś powiedzieć – w końcu głupio było tak stać w ciemności obok siebie – ale wtedy mężczyzna strzepnął popiół i odwrócił się. Jego gesty były niezborne, zbyt zamaszyste, poruszał się, jakby był chory. Albo pijany – Hanka dopiero po chwili zrozumiała, na co właściwie patrzy. Gdy Witczak otworzył drzwi do pokoju, światło padło na jego twarz, a dziewczyna cofnęła się odruchowo. Miała wrażenie, że widzi właśnie coś, czego nie powinna widzieć, coś zbyt intymnego i osobistego. Kapitan wyglądał na zmęczonego, ale Hanka zobaczyła więcej: jakiś cień w jego twarzy, który na krótką jak uderzenie serca chwilę uczynił go bliźniaczo podobnym do opuszczonego przez żonę porucznika Dudka.

Jak najciszej wróciła do swojego pokoju, zgasiła światło i schowała się pod kołdrą. Myślała, że tej nocy nie zmruży oka, ale zasnęła, ledwo przyłożyła głowę do poduszki.

* * *

ZŁO NADESZŁO OD WSCHODU

JUŻ TU JEST

POKUTUJCIE ŻEBY NIE STAŁO SIĘ WIĘKSZE

ŻAŁUJCIE ZA GRZECHY A ZOSTANIECIE OCALENI

Niżej ktoś dopisał, też kredą, ale innym charakterem pisma: MOŻE.

Ksiądz Jerzy przyglądał się przez chwilę równym białym literom znaczącym drzwi kościoła, potem poszedł do zakrystii, przyniósł miskę z wodą oraz szmatkę i starannie wszystko wytarł. Kreda miała niewątpliwie tę zaletę, że schodziła łatwo – Marczewski szczerze się cieszył, że nikt z miejscowych nie wpadł jeszcze na to, żeby użyć farby – ale i tak te powtarzające się napisy zaczynały go coraz bardziej irytować.

Zaniósł miskę z powrotem do zakrystii, otworzył kościół i usiadł w konfesjonale, czekając na wiernych, którzy przyjdą wyspowiadać się przed mszą. Minęła dopiero siódma, miał więc trochę czasu. Pięć minut później drzwi skrzypnęły cicho i w nawie rozległ się zwielokrotniony echem odgłos niepewnych kroków. Po chwili ktoś ukląkł w konfesjonale i powiedział cicho:

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

– Na wieki wieków. Amen – odparł ksiądz.

Mężczyzna milczał przez dobre pół minuty, a kiedy wreszcie się odezwał, mówił powoli, jakby zastanawiał się nad każdym słowem:

– Czy wierzy ksiądz, że istnieją grzechy, które można zmyć tylko krwią?

– Nie rozumiem – powiedział proboszcz ostrożnie, czując, jak mocniej bije mu serce. – Bóg jest miłosierny i nigdy nie żąda od nas takich ofiar.

Mężczyzna znowu ucichł na kilkanaście sekund. Ksiądz Jerzy czekał cierpliwie, z pocącymi się dłońmi i pulsem łomoczącym w skroniach. Jak powiedział ten milicjant? Gdyby to był film, morderca przyszedłby do kapłana wyznać swoje winy. Ale to nie był film, a proboszcz nie usłyszał wyznania. Jeszcze nie.

– Wierzy ksiądz, że to, co jedni uważają za grzech, dla innych może być… świętością?

– Nie sądzę, nie… – Czuł, że sam zaczyna się plątać. – Musiałbym znać więcej szczegółów. Jeśli…

Nie dokończył, bo mężczyzna zerwał się nagle i w kościele ponownie rozległ się odgłos kroków – tym razem znacznie szybszych, zdecydowanie zmierzających w stronę wyjścia. Ksiądz Jerzy wychylił się z konfesjonału w samą porę, by dostrzec sylwetkę znikającą w jasnym świetle poranka. Nie rozpoznał jej, tak samo jak nie rozpoznał głosu – choć ten wydawał mu się znajomy. Przysiągłby, że gdzieś już tego człowieka słyszał, ale ostatecznie to samo mógłby powiedzieć o wszystkich mieszkańcach Rokitnicy.

Usiadł z powrotem, wycierając czoło chustką. Nie był pewien, co tu przed chwilą zaszło. Naprawdę rozmawiał z mordercą? Nonsens, uznał. Ktokolwiek przyszedł się wyspowiadać, był prawdopodobnie kolejną zagubioną duszą. Tylko tyle.

Drzwi kościoła skrzypnęły znowu i po chwili proboszcz słuchał już skomplikowanej opowieści o ciągnącej się latami kłótni z teściową. „To nie moja wina, że ona taka jest, ale sam ksiądz rozumie, człowiek czasem nie wytrzymuje…”

Marczewski potakiwał odruchowo, myślami będąc zupełnie gdzie indziej.

* * *

– Czy robiłem Marcie ukradkiem zdjęcia? Co za bzdury! – Gawryluk zamachał gwałtownie przypominającymi poduszeczki dłońmi, kreśląc w powietrzu niemal idealnie okrągłe łuki. Sam też był niemal idealnie okrągły, z łysą głową przypominającą kulę do kręgli i pokaźnym brzuszkiem. – Kupiłem wtedy nowy aparat, bo z żoną na wczasy jechaliśmy, i żeby go wypróbować, cyknąłem parę fotek w aptece.

– I na jednej przypadkiem znalazła się Marta Jaczyk? – zapytał Witczak, a Hanka po raz kolejny tego dnia zerknęła na niego spod oka. Po nocnym pijaństwie nie został ślad, kapitan był opanowany i spokojny jak zawsze. Starsza szeregowa zaczynała wierzyć, że wczorajsza scena na balkonie tylko jej się przywidziała.

– I na jednej przypadkiem znalazła się Marta, tak.

Hanka zostawiła w spokoju Witczaka i skupiła się na pytaniu, czy wierzy Gawrylukowi. Wyjaśnienie brzmiało sensownie, a poza tym na korzyść aptekarza świadczyło to, że z całą niewinnością dał zdjęcie milicji. Jednak nie do końca ufała temu krągłemu mężczyźnie. Wydawał się… zbyt gładki, niemal zbyt przekonujący, co w pewien sposób sugerowało, że potrafiłby równie wiarygodnie kłamać, gdyby tylko zechciał.

W aptece zapadła cisza. Witczak i Hanka czekali, Gawryluk ocierał pot z czoła wielką kraciastą chustką. Byli tu już od kwadransa, zdążyli dostać klucze od mieszkania Marty Jaczyk – dziewczyna dała zapasowy komplet szefowi, żeby mógł w czasie jej urlopu podlewać kwiatki – i wysłać z nimi Synowca. Potem Witczak zapytał o zdjęcie, a Gawryluk odpowiedział.

Przez cały ten czas aptekarz nie zadał najważniejszego pytania.

On wie, pomyślała nagle Hanka. Już wie.

Gawryluk schował chustkę i nagle jakby skląsł, zapadł się w sobie.

– Marta nie żyje, prawda?

– Tak, Marta nie żyje.

Usta aptekarza zadrgały, policzki zatrzęsły się. Cholera, zaraz się rozryczy, pomyślała zdumiona Hanka. Nie dziwił jej przy tym sam płacz, ale fakt, że mężczyzna nawet nie próbował się opanować ani w żaden sposób zasłonić. Rozszlochał się jak dziecko, zupełnie otwarcie. Z oczu lały mu się łzy wielkości grochu, a on tylko ocierał je chustką.

Witczak spojrzał znacząco na Hankę, najwyraźniej oczekując, że dziewczyna zajmie się aptekarzem. Tego właśnie spodziewano się po kobietach w milicji: pocieszania i uspokajania. Hanka świetnie o tym wiedziała, ale nie ruszyła się z miejsca. Nie miała pojęcia, co teraz zrobić – pomysł, żeby podejść do Gawryluka i go objąć, wydawał się absurdalny.

Witczak chrząknął.

– Starsza szeregowa, proszę przynieść świadkowi szklankę wody.

Zawstydzona dziewczyna z ulgą umknęła na zaplecze. Znajdowały się tam miniaturowa łazienka i kącik kuchenny, składający się z szafki i przypiętego do butli gazowej palnika. Na palniku stał poobijany czajnik, na szafce Hanka znalazła szklankę z resztkami fusów po kawie. Wypłukała ją i przez chwilę rozważała, czy nie napełnić jej w łazience, zrezygnowała jednak – rodzice od dzieciństwa wbijali jej do głowy, że nie pije się prosto z kranu. Na szczęście w czajniku było jeszcze trochę wystudzonej wody. Pływały w niej jakieś śmieci, pewnie kamień z dna naczynia, ale to nie powinno Gawrylukowi przeszkadzać.

Nie przeszkadzało. Aptekarz wypił wodę jednym haustem i trochę się uspokoił. Wysmarkał nos, po raz ostatni przetarł oczy.

– Czy teraz może pan z nami porozmawiać? – zapytał Witczak.

– Tak. Mój Boże, biedna Marta… Takie nieszczęście. Powie mi pan, co się stało? To nie był wypadek, prawda?

– Nie. Marta Jaczyk została zamordowana. Więcej nie musi pan wiedzieć.

– Och… – Gawryluk zgiął się wpół. Hanka wystraszyła się, że zaraz znowu wybuchnie płaczem, ale tym razem mężczyzna odetchnął głęboko i jakimś cudem zdołał się opanować. – Niech pan pyta – powiedział. – Trzeba dorwać tego drania.

* * *

– Marta… Marta była miła, rozumie pan? – Gawryluk w roztargnieniu upił łyk kawy. Hanka zrobiła ją tym razem z własnej inicjatywy, po czym usiadła na ladzie obok kasy – innego miejsca nie było, bo Gawryluk i Witczak zajęli jedyne dwa krzesła. Od czasu do czasu ktoś z ulicy podchodził do drzwi apteki, patrzył na kartkę z napisem REMANENT, ZAMKNIĘTE i odchodził z kwitkiem. – Wiem, że o wszystkich ofiarach zbrodni tak się mówi – ciągnął tymczasem aptekarz. – Ale Marta naprawdę była miła. Spokojna taka, uważna, w wydawaniu leków nigdy się nie pomyliła… Wcale nie przypominała innych ­dziewczyn…

– W jakim sensie?

– No wie pan kapitan, teraz to młodzi mają fiu-bździu w głowie, na dyskoteki chodzą, nic, tylko by się bawić chcieli. Albo narzekają, że to źle, tamto niedobrze. Ciągle czegoś chcą, ciągle im mało.

– A Marta?

– Marta cieszyła się zwyczajnym życiem. Nie chciała gwiazdki z nieba, nie wydawało jej się, że jest Bóg wie kim i cały świat powinien z tego powodu paść jej do stóp. Była, no wie pan…

– Miła – podpowiedział Witczak.

– Miła, tak. – Gawryluk pociągnął nosem i napił się kawy. – Robiła, co do niej należało, po pracy czasem z koleżanką do kina wyszła. Nic więcej. Jezu, komu ta dziewczyna mogła przeszkadzać, żeby ją… Nie powie mi pan, jak zginęła, prawda?

– Miała chłopaka? – Kapitan udał, że nie słyszy pytania.

– Nie, chociaż…

– Tak?

– Jakoś w maju wydawało mi się, że chyba kogoś poznała. – Aptekarzowi prawie udało się spojrzeć na Witczaka wyzywająco. Prawie, bo załzawione oczy jednak psuły efekt. – To był mój błąd, prawda? Że powiedziałem o tym na milicji, jak zgłaszałem zaginięcie. Dlatego nic w tej sprawie nie zrobili.

– Niech pan opowie, jak to z tym chłopakiem było.

Gawryluk pokręcił głową.

– Nie wiem, czy w ogóle istniał jakiś chłopak. Ale w maju Marta poprosiła o wolny dzień w któryś piątek. Wydawała się… Sam nie wiem, jakby podekscytowana, wie pan, trochę zdenerwowana, ale przy tym radosna. Zgodziłem się i w czwartek przyszła do pracy z nową fryzurą, pochwaliła się też, że kupiła sobie na jutro sukienkę. Żartowałem z niej i pytałem, czy szykuje się na randkę, a ona…

– Tak? – tym razem odezwała się Hanka.

– Powiedziała, że jedzie spotkać się z kimś szczególnym. Uśmiechała się i wyglądała… wyglądała, jakby miała zaraz unieść się nad podłogą. Jak w tych wszystkich filmach, gdzie ludzie zakochują się, a potem tańczą i śpiewają w deszczu. Dlatego właśnie pomyślałem o chłopaku.

– Co było potem?

– Pod koniec maja wzięła dwa tygodnie urlopu. Założyłem, że chciała je spędzić z tym mężczyzną, ale wróciła jakaś inna, już nie radosna, tylko cała spięta, jakby wydarzyło się coś złego. Pomyślałem sobie, że może się pokłócili albo on ją rzucił. Pytałem nawet, delikatnie, wie pan, z młodymi dziewczynami trzeba ostrożnie, ale Marta nie chciała mówić…

Hanka uniosła głowę znad pośpiesznie bazgranych notatek. Albo jej się wydawało, albo w głosie Gawryluka zabrzmiała lekka uraza.

„Zazdrość?” – zanotowała. Pracodawca, który dostrzega takie szczegóły jak nowa fryzura u pracownicy i wypytuje o życie uczuciowe, wydawał jej się dość nietypowy. Choć może Gawryluk faktycznie nie miał niczego złego na myśli, może po prostu Martę lubił i tyle.

„Akurat” – zapisała.

– Co było dalej? – dopytywał Witczak.

– Przez trzy tygodnie był spokój. Marta jak zawsze przychodziła do pracy, a potem… Potem…

– Zniknęła – podpowiedziała Hanka.

– Zniknęła, tak. – Aptekarz wyglądał na śmiertelnie znużonego, jakby płacz i wspominanie zmarłej były niezwykle męczącymi zajęciami. – Nie przyszła w poniedziałek, a ja… Możecie się ze mnie śmiać, ale od razu wiedziałem, że stało się coś złego. Po prostu wiedziałem. Marta nigdy nie opuściłaby dnia pracy bez zawiadomienia mnie. Nawet jak była chora, zawsze dzwoniła, nie od siebie, bo sama telefonu nie miała, ale od sąsiadki. Zawsze.

Witczak spojrzał na Hankę zachęcająco. Teraz ty, mówił jego wzrok. Pytaj.

– Czy nazwa Rokitnica z czymś się panu kojarzy?

– Rokitnica? Nie. To tam Marta została zabita?

– Nigdy nie wspominała o takiej miejscowości? – Hanka, podobnie jak wcześniej kapitan, postanowiła zignorować pytanie.

– Nie przypominam sobie.

– A na ten urlop gdzie pojechała?

– Gdzieś w góry. Nie w żadne konkretne miejsce, tylko tak, żeby sobie pochodzić po szlakach.

– I nie miała żadnej rodziny? – Wiedzieli o tym już z notatki, którą dał im Dudek, ale wydawało się to na tyle dziwne, że wolała się upewnić.

– Nie. Wychowała się w domu dziecka gdzieś na Śląsku. W Będzinie chyba. Nie lubiła wspominać o tamtych czasach.

– Znajomych też nie miała?

– Nie. Nie była nieśmiała, po prostu lubiła trzymać się z boku. Typ samotnicy, rozumiecie.

– Wspominał pan coś o jakiejś przyjaciółce, z którą chodziła do kina.

– Koleżance. – Gawryluk podkreślił to słowo. – Nie były ze sobą bardzo blisko. I Staszka też nic nie wie, pytałem ją, kiedy Marta zniknęła.

– Mimo to chcielibyśmy z nią porozmawiać.

– Oczywiście, rozumiem. Nie znam jej adresu, ale wiem, gdzie mieszka. To takie małe osiedle nad Jeziorem Kortowskim. Parę razy tam Martę samochodem odwoziłem i z państwem też mogę pojechać. Tylko po pracy, dobrze? O szesnastej. I tak już długo zamknięte mam. Albo mogę wam narysować, gdzie Staszka mieszka, tylko nie wiem, czy ona teraz w domu będzie…

Hanka spojrzała na Witczaka, który ledwo dostrzegalnie skinął głową.

– W porządku, przyjdziemy po szesnastej.

– To wszystko? – Gawryluk wyjął z kieszeni niesamowicie wymiętą już wilgotną chustkę, spojrzał na nią i schował z powrotem. Wyglądał, jakby ledwo trzymał się na nogach, i Hanka zastanawiała się, jakim cudem aptekarz zamierza dziś jeszcze pracować.

– Nie wiem, niech pan nam powie – odezwał się Witczak. – Było coś jeszcze, co powinniśmy wiedzieć? Coś nietypowego w zachowaniu Marty? Coś, co powiedziała albo zrobiła?

– Nie. Chociaż… – Aptekarz zawahał się. – Mamy taki obowiązek, że w rejonie co najmniej jedna apteka nocą musi być otwarta. U nas są trzy, dlatego te nocne dyżury wypadają mniej więcej dwa razy w tygodniu. Marta wcześniej nigdy ich nie lubiła, zawsze mówiła, że bardzo ją męczą. Ale…

– Tak?

– Odkąd wróciła z urlopu, sama je chciała brać, nawet nie musiałem jej namawiać. Nie wiem czemu.

– Nie powiedziała panu? – W głosie Witczaka zabrzmiała lekka złośliwość.

– Nie, tylko się wykręcała, że ktoś musi, a ona w domu i tak sama siedzi, więc równie dobrze może posiedzieć tutaj. Tyle że wcześniej jakoś to nie miało znaczenia. Próbowałem pytać, ale – wzruszył ramionami i przez krótką chwilę wyglądał jak mały smutny chłopiec – ona nigdy mi nic nie mówiła. Zamknięta w sobie, taka już była.

* * *

– Co o tym sądzisz? – zapytał Witczak, kiedy jechali w stronę osiedla, na którym mieszkała Marta i gdzie urzędował już Synowiec. A przynajmniej powinien urzędować, bo kapitan nie był pewien, czy kapral poradził sobie z olsztyńską komunikacją miejską. – Stary próbował włazić z butami w życie dziewczyny, a ona się broniła?

– Coś między nimi było – powiedziała Hanka ostrożnie.

– Lubił ją i próbował udawać dobrego tatusia? Czy raczej marzył, żeby wskoczyć jej do łóżka? A ona trzymała język za zębami, bo nie lubiła się zwierzać, czy po prostu dlatego, że uważała Gawryluka za paskudnego, wścibskiego dziada?

– Nie wiem. Może…

– Może co?

– Może ani jedno, ani drugie, tylko coś pośrodku. No wie pan, ludzie są skomplikowani.

– Tak czy owak, miałby motyw, żeby zabić, zwłaszcza jeśli się dowiedział, że jego ulubiona sierotka zadaje się z niewłaściwym chłopakiem. Albo jakimkolwiek chłopakiem.

– Miałby. – Hanka w ostatniej chwili skręciła w lewo. Gawryluk dobrze opisał im drogę, a ona miała niezłą pamięć, ale mimo to jazda po mieście trochę ją stresowała. – Ale w takim razie czemu miałby ją zabijać na torach w Rokitnicy?

– To jest pytanie, co?

– A te dyżury? Dlaczego dziewczyna, która wcześniej nie przepadała za siedzeniem po nocach w pracy, nagle to polubiła?

– Może nabawiła się bezsenności? – W głosie Witczaka zabrzmiała lekka kpina.

– Albo z kimś się wtedy spotykała – zaryzykowała Hanka. – Na przykład z tym tajemniczym chłopakiem.

– Szybki numerek na ladzie w aptece? Po co, skoro miała przytulne mieszkanko?

– Nie mam pojęcia – przyznała uczciwie starsza szeregowa. – Może miała też wścibskich sąsiadów?

– W porządku, sprawdzimy to. – Witczak nie wyglądał na przekonanego, ale przynajmniej nie uznał teorii za kompletnie bezsensowną. – Sąsiadów i tak trzeba będzie przepytać. Jeszcze jakieś pomysły?

– Mogła handlować lekami na boku. Chociaż – Hanka od razu się zreflektowała – to chyba mogłaby robić zwyczajnie, w dzień, kiedy zostawała sama. Ta apteka nie wygląda na taką, gdzie od klientów nie można się opędzić.

– To też jest jakiś pomysł. Trzeba zapytać Gawryluka, czy coś mu ostatnio nie zginęło. Tutaj?

– Tak mi się wydaje. – Zaparkowała przed czteropiętrowym blokiem.

Osiedle było pełne życia: matki siedziały na ławkach, kołysząc wózkami, młodsze dzieciaki bawiły się w piaskownicy, a starsze jeździły na rowerach albo grały w gumę. Ich jasne, pełne radości głosy ścigały Hankę, kiedy wchodziła do klatki schodowej. A potem, z każdym kolejnym piętrem, wszystko to milkło, wysokość i kamienne mury wytłumiały śmiech i szczęście. Na czwartym panowała już głęboka cisza, jakby wszystkie mieszkania były tu puste, nie tylko to należące do Marty. W pogodny letni dzień taka cisza nie budziła zdziwienia, ale Hanka i tak wzdrygnęła się lekko.

Witczak zadzwonił pod numer dwadzieścia cztery. Otworzył mu Synowiec, wyraźnie zakłopotany i jeszcze wyraźniej nieszczęśliwy.

– P…przeszukałem wszystko – oznajmił. – I n…nic nie znalazłem.

* * *

Mieszkanie Marty Jaczyk składało się z niewielkiej kuchni, świeżo wyremontowanej łazienki i dwóch średniej wielkości pokoi. Witczak, który spodziewał się najwyżej zapyziałej kawalerki – choć i na zdobycie takiej dziewczyna miałaby marne szanse – spojrzał zdziwiony na kaprala.

– T…to nie jej t…tak naprawdę. – Synowiec pośpieszył z odpowiedzią. – Tylko jakiejś k…koleżanki z uczelni. Ona t…teraz jest na k…kontrakcie w P…paryżu, a M…marta miała opiekować się m…mieszkaniem. Z…znalazłem cały stos listów.

– Trzeba będzie tę właścicielkę powiadomić. Coś jeszcze?

– N…nic ciekawego, m…mówiłem.

– W porządku, rozejrzyjmy się tu jeszcze na spokojnie i pomyślmy.

Hanka posłusznie ruszyła na obchód mieszkania. W kuch­ni zajrzała do szafek, ale nie znalazła tam nic poza tym, czego można było się spodziewać. W jednej garnki i zastawa stołowa – w różyczki, chyba jeszcze przedwojenna – w drugiej mąka, ryż, kasza i woreczek z solą. W lodówce parę jajek, masło, napoczęta butelka ze skiśniętym mlekiem. Książka kucharska na blacie – kiedy Hanka wzięła ją do ręki, otworzyła się na stronie z przepisami na pierogi.

W łazience leżało trochę kosmetyków: krem Nivea, bezbarwny lakier do paznokci, szminka w bezpiecznym kolorze zgaszonej czerwieni, tusz do rzęs i puder. I perfumy Konwalia, które można było kupić w każdym kiosku. Nic droższego czy bardziej wyrafinowanego. Chciała dobrze wyglądać, ale nie miała dużo pieniędzy, Hanka przypomniała sobie własne słowa.

W pokoju, który starsza szeregowa nazwała „dziennym”, większość rzeczy prawdopodobnie należała do właścicielki mieszkania: porcelanowe bibeloty, staroświeckie zegary, obrazki z widokami zagranicznych miast na ścianach. W jednej z szuflad Hanka znalazła aparat fotograficzny i lornetkę, na stoliku pod oknem leżał notes w czarnej skóropodobnej okładce. Na pierwszej stronie widniał numer telefonu do apteki i trzy adresy: jeden Stanisławy Gwarek, olsztynianki, drugi mieszkającej w Paryżu Anny Szmidt i trzeci, należący do Elizy Sterczewskiej z Będzina. Koleżanka, z którą Marta Jaczyk chodziła do kina, kobieta, której mieszkaniem się opiekowała, i jeszcze ktoś, być może znajoma z dawnych czasów. Reszta stron była pusta.

W sypialni na półce przy łóżku stało kilka kryminałów z serii Z jamnikiem i wypożyczony z biblioteki romans angielskiej autorki, której nazwisko nic Hance nie mówiło. Obok album ze zdjęciami z wakacji, w przeciwieństwie do notesu zapełniony aż do ostatniej strony.

Przejrzała jeszcze szybko szafę: na półkach starannie złożone bluzeczki i sweterki, na wieszakach sukienki, jeden żakiet, jeden jesienny płaszcz, który był chyba jednocześnie płaszczem zimowym. Kurtka przeciwdeszczowa i zwinięte rajstopy wydzielające lekki zapach kulek na mole, trochę ubrań bardziej sportowych – krótkie spodenki, para sztruksów podobnych do tych, jakie znaleźli w siatce na dworcu. Kostium kąpielowy i grube wełniane skarpety. Na najwyższej półce Hanka znalazła starą walizkę, a także plecak turystyczny i śpiwór – te z kolei wyglądały na nowe, choć już używane. Na najniższej buty: jedna para eleganc­kich, pewnie do pracy, tenisówki, letnie sandałki w sam raz na plażę, zimowe kalosze i starannie wyczyszczone ciężkie buciory z gatunku tych, jakie wkłada się na długie piesze wycieczki. Też stosunkowo nowe, kupione chyba nie dalej jak na wiosnę. Dziewczyna przyglądała się im przez dłuższą chwilę. Tknęło ją przeczucie, na razie zbyt niejasne, by sformułować je w słowa. Zmarszczyła brwi.

– Znalazłaś coś? – zapytał Witczak, który w czasie, gdy Hanka przeszukiwała mieszkanie, spokojnie popijał w kuchni herbatę.

– Nie wiem… – Zawahała się. To wydawało się zbyt głupie, by o tym wspominać. Synowiec patrzył na nią ponuro – jeśli okaże się, że starsza szeregowa odniosła sukces tam, gdzie on zawalił, ich wzajemne stosunki, i tak już nieszczególnie przyjacielskie, jeszcze się ochłodzą. Hance zależało na tym, żeby mieć w Jaśku kolegę, ale nie mogła przecież z tego powodu udawać, że niczego nie zauważyła.

Przeszła do pokoju dziennego i z półki pełnej delikatnych bibelotów zdjęła mewę z bursztynu, statek w butelce i lakierowaną muszelkę – tanie drobiazgi, które można było kupić w każdym sklepie dla turystów nad morzem. Drobiazgi, które nie pasowały ani do przedwojennej porcelany, ani do staroświeckich zegarów.

– Marta lubiła morze – powiedziała Hanka. – Niech pan zajrzy do albumu przy łóżku, to pan zobaczy, że wszystkie urlopy spędzała na wybrzeżu. Wszystkie z wyjątkiem ostatniego, bo na końcu są już zdjęcia z gór. Może to nic nie znaczy, może zwyczajnie morze jej się znudziło, ale mimo wszystko…

– To trochę dziwne, tak? Masz rację, wszystko, co wygląda nietypowo, powinno nas interesować.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl

malgorzata.wietecha@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: