Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wiarołomca. Upadli bogowie. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 lutego 2026
59,90
5990 pkt
punktów Virtualo

Wiarołomca. Upadli bogowie. Tom 3 - ebook

Epickie zakończenie trylogii Upadli bogowie, która natychmiast trafiła na 1. miejsce listy bestsellerów Sunday Times.

Nadeszła wojna. Potężni bogowie i śmiertelni bohaterowie stają do ostatecznej walki o władzę. Bogini ognia Hseth prowadzi niszczycielską armię na południe, a jedyną nadzieją świata jest sojusz dawnych nieprzyjaciół przeciwko wspólnemu wrogowi.

Elo nawiązuje niełatwy sojusz z Arrenem – swoim przyjacielem, wrogiem i królem. Teraz każdy z nich musi zdecydować, ile gotów jest poświęcić, aby odwrócić losy wojny.

Inara dołącza do swojej matki na statku Silverswift. Wciąż zmaga się z własnymi mocami i przeznaczeniem.

Kissen — szukając rodziny — staje przed pytaniem, o co i dla kogo naprawdę warto walczyć.

Wiarołomca to zakończenie trylogii Upadli bogowie, a zarazem poprowadzona z rozmachem opowieść o wierze, lojalności i cenie, jaką płacimy za nadzieję.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368592511
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

HESTRA, BOGINI PALENISK, POCZUŁA PŁOMIEŃ NADCIĄGAJĄCEJ Hseth. Ciało poza jej ciałem, ogień poza jej ogniem. Hseth nie była już boginią wypalania wrzosowisk pod pastwiska ani też ognia w kuźniach. Ogniste bóstwo odrodziło się dla krwi, brązu i kości. Do wojny.

I z biegiem tygodni moc Hseth rosła, karmiąc się gniewem i strachem, gdy Talicjanie przekraczali góry i rzeki, aby zagarnąć Middren dla siebie.

Hestra, której władza słabła, wyczuwała paleniska w Daesmouth. Te waliły się i kruszyły, kiedy mieszkańcy próbowali powstrzymać morską inwazję. Wyczuwała, że kamienie na północy, na których niegdyś wyryto jej pradawne symbole, pękają i stygną, kiedy Middreńczycy uciekali w dół zboczy Bennitów przed niosącymi ogień najazdami Talicjan. Zostawiali za sobą domy, te nieliczne miejsca, gdzie wciąż znajdowały się figurki Hestry wykonane z gałązek i mchu i zakopane pod paleniskami w podzięce za jej błogosławieństwo.

Tak nieliczni wciąż pamiętali, że pod paleniskami w ich domach skrywały się kapliczki bogini ognia.

I to nie powstrzymywało płomieni.

Z cieni palenisk Hestra widziała kłęby dymu wznoszące się nad stojącymi w ogniu sadami pełnymi dojrzewających owoców. Widziała studnie czerniejące od krwi ludzi, którzy z nich pili. Widziała pojmanych biedaków. Ich trzodę, ich dzieci ciągnięte, żeby złożyć je w ofierze u stóp bóstwa, które nie pamiętało, jak smakuje miłość darowana z własnej woli. Niezagarnięta klingą i ogniem.

A kapłani ognia Hseth chętnie palili żyzne ziemie, jeśli dzięki temu mogli zdobyć je szybciej i bez walki. Nie dbali o to, że także ich wojownicy duszą się dymem, że mają puste brzuchy i podarte odzienie. Nie dbali o to, że bogów nie należało używać jako broni.

Hestra zastanawiała się, czy powinna pójść do Hseth, przemówić z paleniska do płomienia i przypomnieć talicjańskiej bogini o złożonych przez nią obietnicach. Przypomnieć, że kiedyś była mądra i wiedziała, kiedy nakazać, aby ogień płonął, a kiedy pozwolić mu zgasnąć.

Nie zrobiła tego. Hseth by jej nie usłyszała. Docierały do niej jedynie głosy jej kapłanów i krzyki jej ofiar.

Tylko jeden człowiek chciał, żeby Hestra mówiła, a dla niego akurat nie miała słów.

– Nie będziesz ze mną rozmawiać, bogini palenisk? – szeptał Arren w tych rzadkich chwilach, gdy był sam, po tym, jak wynegocjował swoje uwolnienie z rąk buntowników i wykorzystał swój sztandar do zwołania wojsk, żeby ich broniły. – Będziesz milczeć, aż wszyscy nasi ludzie obrócą się w popiół i proch?

Nasi ludzie?

– Ziemie Vittosków na wschodzie zostały najechane, Hestro – naciskał Arren, a ona odczuła brzmienie własnego imienia jak szarpnięcie za serce. Tego, co ona sama widziała, on dowiadywał się z listów, z próśb o pomoc, z zapewnień żołnierzy i strażników, z konwojów z zaopatrzeniem. Czuła jego głos w swoich gałązkach, w swoim ciele. Czuła ten strach, jakby był jej własnym. – Zajęli Blenraden i powiesili pielgrzymów oraz strażników na murach niczym totemy chłostane ogniem.

Hestra zagrzebała się głębiej w jego sercu, pragnąc, aby jego słowa jej nie odnalazły. Palenie wiernych, napawanie się cierpieniem – nie tego pragnęła. Chciała, żeby ludzie odwrócili się od swoich jasnych miast i bogów szczęścia. Chciała, żeby zostawiali swoje monety, jedwabie i przyprawy, żeby wrócili do paleniska, wrócili do niej. Żeby poszukiwali jej ciepła z lęku przed ciemnością.

– Zapomniała o tobie, serce.

Hestra wiedziała. Oczywiście, że wiedziała. Śmierć Hseth pociągnęła za sobą złamanie wszystkich obietnic. Teraz pozostawało jej tylko się zastanawiać, czy drugiej bogini ognia w ogóle kiedykolwiek na nich zależało.

Czy w pomaganiu jej było coś złego? Musiała zrobić tylko jedno, uratować młodego króla, który wydawał ostatnie tchnienie na kamiennej posadzce, manipulacją pochwycić go w swoje sidła, połączyć go z Hseth i jej knowaniami. Liczyła, że zdołają zakorzenić się tam, gdzie wypleniono middreńskie bóstwa.

Przez jakiś czas było dobrze. Hestra zyskała życie i siłę, a więź z Arrenem nasyciła ją kolorami. Tyle nadziei, marzeń, tyle obietnic, które jej złożył.

Teraz wszystko to mogło lec w gruzach.

Twierdza Arrena została najechana i zniszczona, jego ukochany rycerz próbował przebić go mieczem, a półbogini, dziewczynka od Craierów, omal nie zadusiła zarówno jego, jak i Hestry na śmierć. Jako król miał teraz tak niewielką władzę. Stracił dumę i przegrywał wojnę.

Nie mógł zaoferować władzy, a ona nie miała mu nic do powiedzenia. Bogowie potrafili zachować ciszę wieków i tylko pierwszy dar, który mu ofiarowała, wyryty czernią w jego ciele, trzymał ich razem.

Obietnica, że utrzyma go przy życiu.

Czy mogła odejść? Zużyła niemal całą swoją starą moc, żeby powieść sobowtóra Arrena z jego armią do Lesscji, a później całą resztę, żeby sprowadzić go z powrotem do twierdzy z jego drogim rycerzem, bożkiem niewinnych kłamstewek oraz półkrwi dziewczynką, która wśliznęła się wraz z nimi do jej paleniska. Jej modlitwy były teraz tak rozproszone, tak ciche, a jej wola tak słaba, że gdyby porzuciła króla, groziła jej utrata kształtu, swojej postaci, samej siebie. Stałaby się niczym więcej niż bezimienną siłą, złym duchem, tchnieniem wiatru.

Może powinna to zrobić. Zniknąć. Co jeszcze pozostało? Tkwienie w kraju pozbawionego wiary i większości władzy króla, nękanego płomieniami, którym nie mogła rozkazywać? Uwięzienie w piersi człowieka, który chciał całej miłości, całej czci i wszystkiego tylko dla siebie?

Nasi ludzie.

– Zostawisz mnie tu samego – zagaił Arren – jak wszyscy inni?

Mówił jakby do siebie, wyglądając przez okno na rozgwieżdżone niebo ponad miastem Sakre. Czy naprawdę kierował te słowa do niej? Czy też chodziło mu o Elogasta? Trzymała swoje myśli blisko siebie, ani nie udzielając pociechy, ani nie zadając bólu. Chciał miłości tak jak ona. I władzy. Wojna zamknęła ich oboje między dwoma światami: ogień i przyszłość, król i chaos.

Bóstwo i człowiek.ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kissen

KISSEN LEŻAŁA W IDEALNYM ZAGŁĘBIENIU między ramieniem a klatką piersiową Elo, zaspokojona i wyczerpana. Przyznaną jej kajutę dało się przemierzyć ledwie trzema krokami, a jej większość zajmowała niewielka koja.

Mimo wszystko wolała to od hamaka pod kadłubem statku tuż przy załogantach, którzy wyglądali, jakby bez mrugnięcia okiem mogli ukraść jej zęby i poderżnąć gardło. Pomimo zapewnień Inary Kissen nie ufała Lessie Craier ani jej buntownikom. Ręka wciąż ją bolała po tym, jak musiała uciekać z oków jaśnie pani przez piwnice czarnego ognia.

Miło było wiedzieć, że oddzielają ją od nich drzwi zamykane na klucz. No i oczywiście odrobina prywatności miała ogromne znaczenie.

– Skąd masz tyle energii? – jęknęła, po czym usiadła i wyciągnęła rękę, żeby ochlapać się wodą z miski. Elo podparł się łokciami i uśmiechnął się do niej, irytująco zadowolony z siebie.

– Nie słyszałem, żebyś narzekała – rzucił.

– Nie powiedziałam, że narzekam. – Odchyliła się na drugą stronę koi i przypatrywała się przyjacielowi w słabym świetle z bulaja.

Zmienił się. Był twardszy, dzikszy, niż kiedy go poznała. Rana na piersi zadana przez Hseth zagoiła się na kształt pobrużdżonej różowej dłoni, jaśniejącej na tle ciemnobrązowej skóry. Stanowiła dodatek do plątaniny blizn z dawniejszych i nowszych bitew.

– Ale – dodała – wiem, kiedy używa się mnie do odwrócenia uwagi.

Elo przechylił głowę i się uśmiechnął. Meszek zarostu podkreślał linię jego szczęki.

– Przysięgam ci, Kisseno, że byłem w pełni skupiony na tobie – oznajmił.

Drań. Nikt nie posługiwał się jej pełnym imieniem. Nawet Yatho ani Telle.

Usiadła prosto i uśmiech odpłynął z jej ust.

– Oczywiście, że potrzebuję odwrócenia uwagi – powiedział. – W tej wojnie jesteśmy po przegranej stronie.

W Sakre nie czuło się, że trwa wojna. Minęło kilka tygodni, odkąd Kissen powstrzymała próbę zamachu stanu Lessy Craier, a król ciągle przebywał w stolicy i gromadził oddziały od lokalnych szlachciców, szykując fortyfikacje, zapasy, zbrojownie. Ta wojna polegała głównie na męczącym oczekiwaniu, aż coś się wydarzy.

Kissen jednak wiedziała, że Elo nie myśli jedynie o walce z Hseth. Jego własny bunt się nie powiódł, przegrany już na początku, i teraz Elo musiał znowu pojednać się z królem, którego próbował zabić… i który próbował zabić jego.

– Powinieneś jechać z nami do Irisji – stwierdziła Kissen, na co zmarszczył brwi. – Pieprzyć króla. Pieprzyć to wszystko. Dołącz do misji Craierów i przemawiaj w imieniu Middrenu, w kraju swoich matek. – Trąciła go stopą. – Tak czy inaczej, mamy Skediego, Inarę, jej matkę i bogów, a ja nie wiem, gdzie w tym stoję. – Podźwignęła swój kikut i zamachała w jego stronę. – Albo skaczę.

Elo parsknął śmiechem i zamknął oczy, a Kissen cofnęła nogę, kciukiem pocierając miejsce, gdzie ją odcięto. Czuła się bardzo dobrze naga, swobodna w swojej pełnej blizn chwale, a luksus prywatności i ciepła, zapewniany przez kajutę na statku, był dla niej rzadkością. Skoro już przedarła się przez surowy teren talicjańskich gór, chciała korzystać z okazji najlepiej, jak mogła.

– Albo… – ciągnęła. – Jeśli chcesz, żebym została, mogłabym walczyć…

Znowu otworzył oczy.

– Nie – odparł. – Ostatnie wieści o twoich siostrach, jakie zdołałem uzyskać, to takie, że zdołały dotrzeć do Weildu. Jeśli na świecie w ogóle istnieje dobro, na pewno popłynęły pierwszym statkiem do Irisji.

Kissen wyjrzała przez bulaj w kierunku portowego muru, za którym pomiędzy wieżami rozpościerało się otwarte morze, jaśniejące niczym szkło obsypane srebrem. Świat był wielki, a jej siostry mogły być wszędzie.

– Nadzieja matką głupich – rzuciła.

– Ale to zawsze nadzieja. Oddałaś temu krajowi więcej, niż potrzeba.

– A ty nie?

Potarł czoło. Promienie wczesnoletniego słońca wpadały do kajuty i gorąco szczypało im skórę pomimo lekkiego powiewu sączącego się pod drzwiami. Powietrze pachniało irisjańską zupą, którą Elo przyniósł Kissen w miseczce z cienkiej ceramiki z jednego z portowych straganów. Jego ulubioną.

– Nie mogę stąd odejść – powiedział. – Nie zrobię tego. Moje miejsce jest tutaj. Tylko tchórz porzuca bałagan, którego narobił.

– To nie twój bałagan – upierała się Kissen. – Tylko Arrena, bogów, Lessy Craier. Ty próbowałeś wszystko naprawić.

– I poniosłem klęskę. – Elo zaśmiał się ponuro. – Żałosną. Prawie doprowadziłem naszą krainę do wojny. Prawie straciłem Inarę, ściągnąłem śmierć na twoją rodzinę. – Dotknął czubka swojej głowy. Włosy wyrosły mu w ciasnych lokach, niemal wystarczająco długie, żeby zaplatać warkocze. – Prawie ściągnąłem śmierć na ciebie, Kissen.

– No, do tego dorzuciłam trochę własnej arogancji, nie? – odparła.

Znowu się roześmiał. Przynajmniej umiała go rozśmieszyć. Jego uśmiech był ciepły, ale przelotny. Po chwili przełożył umięśnione nogi nad krawędzią wąskiej koi. Lubiła to, że czuł się przy niej swobodnie, będąc sobą. Będąc szczerym. Byli szczerzy wobec siebie nawzajem. Nie było między nimi historii miłosnej, romansu. To były zaufanie i swoboda. Pożądanie bez zaborczości. Poczuła nagłe pragnienie, żeby znów go pocałować.

– Może moje życie jest naznaczone porażką – stwierdził. – Równie dobrze mogę się z tym pogodzić i naprawić swoje błędy albo zginąć, próbując je naprawić.

– Albo mógłbyś porzucić ten kraj, który nie dał ci nic oprócz cierpienia.

Wtedy na nią spojrzał, a ona po zmarszczce przy jego ustach, po napięciu szczęki poznała, że tego nie zrobi. Nie mógł. Zbyt wiele oddał Middrenowi, Arrenowi, żeby po prostu machnąć na to ręką.

– Myślisz, że wrócisz? – spytał, zamiast odpowiedzieć.

Kissen odgarnęła włosy z oczu i oparła się o ścianę kajuty.

– Nie wiem – odrzekła szczerze. – Niewiele tu dla mnie zostało oprócz ciebie. I dobrze mieć twoją uwagę, piekarzu-rycerzu – omiotła go wzrokiem od stóp do głów – a także całą resztę. Ale… wiem, że twoje serce jest gdzie indziej.

Elo się skrzywił. Następnie wstał i wziął koszulę ze stosiku swoich ubrań. Szelma poskładał je, kiedy się rozbierali.

– Lepiej pójdę – powiedział, naciągając ją przez głowę i zasłaniając bliznę na piersi. – Zanim statek wypłynie ze mną na pokładzie.

Cholera. Nie najlepszy dobór słów. To było jego serce, jego życie, które Hseth i król próbowali mu odebrać w zamian za władzę.

Arren. Przyczyna cierpienia i złego nastroju Elo. Jego zdrajca i samo sedno jego duszy.

– Powiedział ci, że cię kocha – naciskała Kissen. – Prawda?

– Manipulował mną – odrzekł Elo, który nachylił się, żeby podnieść swoje spodnie, i przy okazji zapewnił Kissen dość smakowity widok. – Kiedy próbowałem go zabić.

– A udaje mu się to, ponieważ… – Ponieważ życie Elo było związane z życiem Arrena, splątane, zasupłane i bolesne. A ignorowanie tego faktu nie sprawiało, że mógł zniknąć.

– Nigdy się nawet nie całowaliśmy, Kissen.

– Gdyby miłość polegała tylko na pocałunkach, wszyscy mieliby mniej kłopotów.

– Nienawidzę go. Wszystkiego, co zrobił. Wszystkiego, co sobą reprezentuje.

– Miłość i cierpienie nie różnią się aż tak bardzo – stwierdziła. – Inaczej dlaczego bogowie chcieliby krwi i śmierci jako ofiary?

Elo westchnął, sznurując spodnie.

– Nie jest dobrym człowiekiem.

– Nie. – Kissen złapała własną pomiętą koszulę i ją włożyła. Te skradzione chwile nie mogły trwać długo, nie kiedy oboje stąpali wzdłuż cienkiej granicy między aresztowaniem a użytecznością w tym mieście. Lecz może trwałoby to dłużej, gdyby lepiej radziła sobie z trzymaniem języka za zębami. – Ale jeśli masz walczyć w jego wojsku, będziesz musiał jakoś rozwiązać te kwestie.

Jej rycerz ją zignorował i usiadł na łóżku, żeby wciągnąć buty na nogi.

– Moglibyście się ruchać – rzuciła radośnie. – U nas się sprawdziło.

Wbrew sobie Elo prychnął z jednym włożonym butem. Kissen uśmiechnęła się do niego i nachyliła, żeby podnieść z podłogi swoją nową protezę. Elo pomógł jej w wędrówce przez Sakre i zapłacił za nową z funduszy, które miał odłożone w jednej ze świątyń przemianowanych na banki.

– Dobrze się sprawdza? – spytał, zauważywszy, że Kissen reguluje paski, żeby ją dopasować. Była to porządna rzecz, z warstwą czerwonej skóry przylegającą do kolana i drewnianą nogą, ale nie mogła się równać skutecznością z cackiem wykonanym przez Yatho. Podstawa już zdążyła się wyszczerbić i porysować od używania, a poza tym protezy nie zrobiono specjalnie dla Kissen, więc czuła się niestabilnie, jakby noga pozostawała o jedno tchnienie za całą resztą. Mimo wszystko był to postęp wobec poskręcanego złomu, jakim stała się ta poprzednia wskutek wszystkiego, co przeszła.

– To jak stracić miecz wykuty specjalnie dla twojej ręki i w zamian dostać młot – powiedziała. Młot, który gryzł w dłoń. Bolesny ucisk na udo był gorszy niż poczucie, że noga jest obca i nie pasuje do jej ciała. – Ale się przydaje. Rzemieślnicy się poprawili przez te lata po wojnie z bogami. Gdybyś widział szajs, który nosiłam w dzieciństwie…

Elo położył jej ciepłą dłoń na ramieniu, a ona oparła się na niej na chwilę. Później zaczerpnął tchu…

– Jeśli znowu przeprosisz, przywalę ci w gębę – ostrzegła, kończąc przytraczanie protezy i zrzucając jego dłoń. – Podjęłam decyzję, żeby walczyć z boginią ognia. Pokonałam ją. I zrobiłabym to jeszcze raz.

Elo skinął głową, podał jej spodnie, a następnie podniósł swój tabard. Był jasnoniebieski, poprzecinany falami złota. Spiął go pasem z nowym mieczem. Starą broń stracił w Lesscji, a ta nowa miała prostą rękojeść, nieprzypominającą już o lwiej głowie, którą poświęcił.

– Tylko… – Naciągnęła spodnie na protezę, poprawiwszy i rozsupławszy prawą nogę, żeby łatwiej poszło. – Ona ma bryddyt w sercu. Nie wiem, czy sztuczki veigi zrobią jej tym razem krzywdę.

– Myślisz, że doniesienia są prawdziwe? – spytał Elo i nieproszony przyklęknął, żeby pomóc jej zawiązać sznurowadła. – Że przyzwali ją, żeby użyć jako broni w wojnie?

Kissen westchnęła i zdjęła swój pas z haczyka na ścianie. Zdobyła parę noży do rzucania, w tym jeden z bryddytu, oraz kordelas z bryddytową klingą. W jej opinii proporcje rudy nie były właściwe, ale musiała się tym zadowolić. Sakre było w przeważającej części wciąż wierne Arrenowi i większość tutejszych zapasów bryddytu przetopiono, by wykonać bezużyteczne talizmany mające odstraszać złe bóstwa i duchy.

– Nigdy nie widziałam takiej boskiej mocy jak u niej – powiedziała w końcu. Oczywiście bogowie objawiali się czasami w swoich świątyniach, kiedy ich o to proszono, ale nie zawsze. Jeśli mogli przyzwać Hseth wedle swojej woli, bogini była albo bardzo naiwna, albo bardzo chciwa. – Jej kapłani władają krajem, dowodzą armią. Używają strachu i bólu jako broni, więc nie wątpię, że potrafią też użyć swojego bóstwa. Widziałam świątynie, które zbudowali. Jeśli zabierają je ze swoimi wojskami, mogą ją przywołać wszędzie.

– Ich piechota musi być wyczerpana – mruknął Elo. – Talicja nie prowadziła wojny lądowej od blisko pięćdziesięciu lat. Niewielu żołnierzy jest wyszkolonych, a mówiłaś, że połowa z nich to parobki, rybacy, młodziki. Dlaczego się na to narażają?

– Strach i władza skłaniają ludzi do popełniania głupstw – stwierdziła Kissen. – Do szaleństwa. – Opowiedziała Elo, Lessie i królowi o wszystkim, co widziała w Talicji: o paleniu ludzi, w tym dzieci, o fanatyzmie i rządach strachu. – Nie wiem, jak to zatrzymać – przyznała. – Nawet jeśli Craierowie uzyskają pomoc z Irisji, nawet jeśli zdołasz odeprzeć ich na północy…

– Coś wymyślę – stwierdził Elo.

Wkurzające. Był wkurzająco spokojny.

Rozległo się kołatanie do drzwi i ich chwila spokoju dobiegła końca.

– Czego? – warknęła Kissen.

– Idzie przypływ – rozległ się znajomy głos. – A gdy postawimy żagle, Elo może nie chcieć wracać wpław do brzegu.

Kissen złapała swoją laskę i uchyliła drzwi, za którymi stała Inara, skąpana w ciepłym i jasnym blasku słońca, z wystudiowaną niewinną miną. Do twarzy było jej w przystrzyżonych włosach, które tworzyły gęstwę loków wokół szyi i uszu. Podczas wiosennego ocieplenia minęły jej trzynaste urodziny, wyraźnie też urosła, choć Kissen miała wrażenie, że od ich pierwszego spotkania minęło ledwie parę tygodni.

– Skąd wiedziałaś, że tu jestem? – spytał Elo, zbierając ceramiczne miski, które przyniósł od sprzedawcy jedzenia, i wpychając je z powrotem do swojej sakwy, wytarte do czysta chlebem i gotowe do zwrotu w zamian za miedziaka.

– Nocą widziano, jak zakradasz się na pokład – odparła Inara. – Po ciemku, jak złodziej.

Elo syknął, kiedy jednak wyszedł na światło i hałas na pokładzie, trudno było sobie wyobrazić, że mógłby coś ukraść albo choćby targować się o drobne kwoty. Jego skóra jaśniała, jakby zrodził się ze słońca. W swoim świetnym odzieniu wyglądał bardziej jak władca niż pracujący rycerz czy też nawet piekarz, jak nazwał siebie przy ich pierwszym spotkaniu.

Inara także znakomicie się prezentowała. Porzuciła zieleń Craierów i zamiast niej nosiła sztywny ochrowy podkoszulek oraz spodnie z delikatnej wełny, a na jedno i drugie nałożyła długą czerwoną tunikę, nakrapianą na ramionach łezkowatymi szklanymi paciorkami. Kissen poczuła się przez chwilę obco w swojej wymiętej koszuli i połatanych spodniach. Była sierotą z innego kraju, dzieckiem ulicy i najemniczką, nie pasowała do towarzystwa rycerzy, szlachty i królów.

No cóż, nigdy nie należała do osób znających swoje miejsce.

– Założę się, że bożek na nas doniósł – powiedziała Kissen i podniosła wzrok. Miała rację. Skediceth, bóg niewinnych kłamstewek, przycupnął na najwyższym z trzech masztów wyrastających ze statku Lessy Craier i rozpostarł skrzydła, kąpiąc się w promieniach słońca i morskim powietrzu. Niemal doszedł już do siebie po walkach w Lesscji, ale pozostawał mniejszy i cichszy, niż go pamiętała. Często siadał wysoko, kiedy nie przebywał na ramieniu Inary, bezgłośny wartownik wypatrujący potencjalnych zamachowców, którzy mogliby szukać zemsty na Craierach na ich statku, „Srebrnym Jerzyku”.

Kissen musiała przyznać, że to piękny statek. Wokół podwyższonego pokładu dziobowego ciągnęły się złocone poręcze, rzeźbione w faliste, poskręcane wzory. Kajuta Kissen znajdowała się obok tej należącej do kapitanki straży Lessy i jej towarzyszki w buncie, Tarin. Kasztel, w którym spały Lessa i Inara, wznosił się po drugiej stronie wypolerowanego do połysku pokładu głównego, na którym teraz nie było beczek ani trzody, kręciła się za to załoga, przygotowująca żagle do postawienia.

Tam, pomiędzy ścianą a drzwiami, w drewno wetknięte były trzy małe kapliczki. Przed wojną z bogami każdy middreński statek miał podobne symbole czci poświęcone bóstwom, które mogłyby ochronić żeglarzy na morzu. Teraz wydawały się reliktami innej epoki.

Jedną wyraźnie poświęcono Yusefowi, bogu bezpiecznej przystani. Ojcu Inary. Totem, który dla niego wyrzeźbiono, był posążkiem o szerokich barkach, brodatym, otoczonym sznurkiem czerwonych szklanych paciorków. Jak w większości świątynek, które Kissen widziała przed jego śmiercią, odziany był w robocze szaty wschodnich plemion, które zasiedliły Restish wiele wieków wcześniej, oraz tkany pas przywodzący na myśl żeglarską linę.

Pozostałe kapliczki nie wyglądały równie znajomo. W jednej spoczywała kolczasta koncha i korona z poplamionych złotem muszelek ślimaków morskich, w drugiej – skrzydlaty totem jakiegoś bóstwa wiatru. Kissen powstrzymała przemożną chęć splunięcia do jego kubka na ofiary. Ostatnio nie przepadała za bóstwami wiatru.

– Wszystko zasztauowane – oznajmiła Inara, odwracając jej uwagę od kapliczek. – Oprócz Nogiego.

Kissen zerknęła za burtę na swojego konia, który pogodnie pogryzał siano z worka i ogonem oganiał się od krążących nad nim much, obojętny na portowy zgiełk. Wciąż stał w prowizorycznym boksie pod dźwigiem, którego używano do przenoszenia zwierząt na pokład. Wieczorem powstrzymała załogę przed umieszczeniem wierzchowca na statku, bo nie chciała, żeby spędził noc w mrocznej ciasnocie pod pokładem.

Westchnęła. Nadchodziła bolesna chwila.

– Elo, mam dla ciebie prezent – powiedziała i za pomocą kuli weszła na trap, po czym ostrożnie się po nim zgramoliła, poruszając się bokiem. Lepiej czuć się jak krab, niż spaść i skręcić kark.

– O czym mówisz? – spytał Elo, podążając za nią. W głównym porcie w Sakre, położonym na północ od „Srebrnego Jerzyka”, mrowili się ludzie – kupcy, wozacy, gońcy, żeglarze. Statek Craierów stał jednak w uprzywilejowanym miejscu w przystani szlacheckiej, oddzielonej od reszty i otoczonej ciszą, nie licząc rozdzierających krzyków mew. Była to jedna z niewielu niezanikłych wskazówek, obok odoru ługu i krwi przy ulicy Uzdrowicieli, że o miasto toczyła się walka pomiędzy królem a buntownikami. Do czasu, gdy lady Craier w końcu zrozumiała, że zniszczenie Arrena pociągnie za sobą podział kraju na stronnictwa, które będą zwalczać się nawzajem, zamiast podążyć za nią na wojnę.

Gdy Kissen zeszła na kamienne nabrzeże, Nogi zarżał i podszedł się przywitać. Kissen wyciągnęła rękę do jego ciepłych, silnych chrap i pogładziła widniejące na nich białe pasmo. Rany, które odniósł od strzał i cierni, dobrze się zagoiły, ale pozostawiły blade zagłębienia w jego bokach.

– Mam zawołać kapitana, żeby wzięli go na pokład? – spytała Inara, której wzrok także spoczął na bliznach konia.

– Nie – odrzekła Kissen. – On nie płynie.

– Nie płynie?

Inara wdrapała się na ogrodzenie boksu, żeby też pogłaskać konia, ale zastukał kopytami i odwrócił pysk w stronę Elo, ignorując dziewczynkę. Kąciki jej ust opadły, ale powstrzymała rozczarowanie, gdy Elo poklepał Nogiego po karku.

W końcu zrozumiał.

– Nie możesz go zostawić – powiedział. – Wiele przeszedłem, żeby go tu dla ciebie przyprowadzić.

– Wiem – odparła Kissen z ciężkim westchnieniem. – Ale mówiłam ci wcześniej: jestem mu winna coś lepszego niż powolną śmierć w klatce.

– Ale on cię kocha – wtrąciła Inara, nie dodając „nawet jeśli mi nie wybaczył, że wjechałam na nim w środek rozruchów”. Kissen poklepała ją po ramieniu w geście pocieszenia.

– Czasami trzeba pozwolić miłości odejść – stwierdziła. – Ten koń dobrze zna całą krainę. Nie mogę zamknąć go w cuchnącej ładowni na kilka tygodni bez światła i powietrza. To by mu złamało serce.

Nie wyobrażała sobie Nogiego z dala od zieleni, od drzew i gór, od traktów, którymi nosił ją przez lata, od liści kasztanowców i paproci. Kupiła go, gdy miał zaledwie rok, od kobiety zbyt skorej do machania batem i zbyt skąpej w kwestii wypasania. Minęło sporo czasu, zanim się do niej przekonał, lecz odkąd do tego doszło, byli dla siebie jak rodzina.

Elo pokręcił głową, gdy Nogi szturchnął go w ramię.

– Oboje jesteśmy mu winni coś lepszego niż długą drogę na wojnę.

– Więc nie zabieraj go do bitwy. Jest lojalny i spokojny podczas wędrówki. I… – Cmoknęła, gdy jej własny cholerny koń przycisnął chrapy do dłoni Elo. – Wygląda na to, że cię skurczybyk lubi.

– Powiedziałaś mi kiedyś, że mam się od niego odwalić – przypomniał Elo, głaszcząc teraz białe pasmo na szyi wierzchowca.

– Wiesz, rycerzu-piekarzu, skoro nie mogę służyć ci zbrojnymi rękami, oto przynajmniej Nogi. – Puściła do niego oko, a Inara prychnęła. – W wojsku mają juczne konie, a on może być twój. Przyjaciel. Godny zaufania.

Elo uśmiechnął się tak szeroko, że zmarszczyła mu się skóra wokół oczu, a następnie odwrócił się i klepnął ją w ramię.

– Nie wiem, co powiedzieć.

– Powiedz, że będziesz o niego dbał – odrzekła Kissen i wyciągnęła dłoń, żeby położyć ją na jego karku w geście gdzieś pomiędzy klepnięciem wojownika a uściskiem kochanki.

– Obiecuję.

Nogi parsknął, zły, że go zostawiają, a później ostrożnie podszedł do Inary i pchnął chrapami jej ramię, obwąchując znajdujące się tam drogie kamienie. Nie poruszył się, gdy powoli podniosła rękę do jego grzywy, i pozwolił jej się przytrzymać.

Kissen westchnęła. Żałowała, że nie może trzymać Elo w ramionach, trzymać świata w całości samą siłą woli. Bała się, że jeśli go wypuści, on zniknie, popędzi na wojnę, zginie jako bohater, podczas gdy chciała, żeby trwał, żeby utrzymywał się przy życiu.

– Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, piekarzu – powiedziała, zamiast wyrazić wszystko, co czuła. Wiedział. Pewnie, że wiedział.

– Tak będzie – stwierdziła Inara i nachyliła się, żeby objąć ich oboje. – Wrócimy z Irisji z okrętami i uzbrojeniem. Może też z ich bogami.

Rozległ się trzepot skrzydeł i Skedi, jakby przywołany wzmianką o bogach, przysiadł na ogrodzeniu obok Nogiego. Posturą przypominał niedużą wiewiórkę ze skrzydłami jasnymi i nakrapianymi niczym u sowy. Na jego porożu dyndały różne przedmioty – jeden z guzików Inary z masy perłowej, ciasno zawiązany kosmyk kręconych włosów oraz bransoletka z zielonych paciorków od jednego z archiwistów, którzy pomogli Inarze i Telle wydostać się z Klosza. Na jego czole widniała zaś smuga, która mogła być brudem… albo krwią.

– Ludzie lubią dotykać się nawzajem, prawda? – zagadnął, poruszając wibrysami.

– Czego chcesz, bożku? – spytała Kissen. Cofnęła się przy tym od pozostałych, a Skedi przechylił łebek. W jej oczach stanowiło to odpowiednik uśmiechu.

– Przybywa matka Inary – oznajmił. Ciaśniej przyłożył skrzydła do grzbietu i niespokojnie poruszył łapkami. – A także król.ROZDZIAŁ TRZECI

Elogast

– TY PRZEKLĘTY GŁUPCZE – WARKNĄŁ ELOGAST, podążając za Arrenem przez bramę jego zdewastowanego dworu.

Krew pozostałą po przewrocie zmyto już z posadzek rodowego pałacu Regnów, ale inne ślady pozostały: szczerba po mieczu w kamiennej płycie, ciemny ślad w miejscu, gdzie kiedyś leżał dywan, strzaskana boazeria. Mury i ogrody na zewnątrz były w kompletnym nieładzie, a kości ze starych katakumb leżały narażone na słone powietrze.

– Nie możesz tak do mnie mówić, panie Elogaście – odparował Arren, gdy doszli do wewnętrznego kasztelu. Chociaż odesłał swoich strażników, w pałacu wciąż roiło się od ludzi. Zarządcy, budowniczy, inżynierowie, wszyscy próbowali posprzątać panujący tu bałagan. Szlachta i jej wysłannicy z całym tłumem sług, kronikarzy, prawników i strażników. Rozglądali się i szeptali o czymś w cieniu krużganków.

Elo powstrzymał się od komentarza. Z trudem. Arren wprowadził go do właściwej twierdzy i powiódł długim korytarzem, pełnym przeciągów wciąż niosących słabą woń krwi i dymu. Wrócili do sali narad wojennych z wyszczerbionymi drzwiami z brązu i poczerniałym sklepieniem.

Gdy weszli do środka, minąwszy strażników ustawionych przy drzwiach, przeszkodzili dwóm archiwistom. Ci osłupieli na widok króla w bezpośredniej bliskości. Starannie rozdzielali fragmenty szczegółowej mapy Middrenu należącej do Arrena, rozplątując nici łączące każdy kawałek welinu z pozostałymi, a następnie zwijali je i pakowali w podpisane zwoje, które miały wyruszyć z królem w podróż na północ. Elo musiał przyznać, że Arren genialnie to wymyślił. Wykorzystując znajomość pisma i rysunku, którą wpojono jego ludziom przy wsparciu batoga, gdy byli giermkami, dał im jedną z niewielu przewag nad Talicjanami: znajomość ich własnych ziem.

– Teraz mogę się do ciebie zwrócić? – spytał Elo przez zaciśnięte zęby. Po pospiesznym pożegnaniu zostawił Inarę, znowu pogrążoną w żałobie, i Kissen, aby podążyć za królem, wracającym z pełnego chaosu i krwi wybrzeża, i aby dłużej nie wstrzymywać statku. Nie mógł wykluczyć, że nigdy więcej ich nie zobaczy.

– Niosący Słońce – mruknął jeden ze strażników przy drzwiach. – Mogę go kazać wyprowadzić.

– Nie – odparł szybko Arren, zanim Elo rzucił się na wartownika. – Zostawcie nas.

Strażnik łypnął na Elo groźnie, ale zrobił, co mu kazano. Archiwiści poszli w jego ślady i drzwi się za nimi zamknęły.

– Właściwie zabiłeś tę kobietę – powiedział Elo, kiedy zostali sami. – Tracimy kontrolę nad własnymi obywatelami, chociaż jeszcze nawet nie ruszyliśmy do walki.

– Nie zrobiłem nic podobnego – odrzekł władca.

– Nie powinieneś był przybywać do portu i pokazywać masom swojej arogancji. Wiedziałeś, że zobaczą cię pierwszy raz od wielu tygodni. Wiedziałeś, że może się polać krew. Trzeba było zostać tam, gdzie byłeś.

Przez twarz Arrena przebiegł grymas gniewu, jego szczęki się zacisnęły.

– Jak śmiesz? – powiedział. – To przez nią sytuacja w mieście stanęła na ostrzu noża. I przez ciebie.

– Czego się spodziewałeś? – spytał Elo. – Że możesz palić szlacheckie rodziny i nie ponieść konsekwencji? Wydać fortunę na marsz do spokojnego miasta, żeby pokazać swoją potęgę? Jesteś dokładnie tym samym głupim chłopakiem, którym byłeś. Najpierw miecz, później głowa.

– Nie masz pojęcia, o czym mówisz – stwierdził Arren i roześmiał się ponuro. – Kiedy doszedłem do władzy, ta kraina straciła bogactwo, bogów i wiarę. Utrzymałem ją w całości, gdy bogowie chcieli rozszarpać nas na części. I nadal próbują. Wciąż walczę o naszą wolność od ich obłędu.

– A jednak pragniesz być jednym z nich – warknął Elo. – Kim zatem jesteś?

Arren prychnął i poczerwieniał z wściekłości. Elo też czuł, że kipi w nim gniew, który parzy mu ciało, gardło, skórę. Chciał udusić Arrena, chciał z nim znowu walczyć, pobić go, powalić. Chciał wiedzieć, dlaczego ze wszystkich sposobów, żeby go zranić, wybrał właśnie wyznanie mu miłości.

– Pragnę być największym królem, jakiego znał Middren – powiedział Arren cicho, kładąc sobie dłoń na piersi. – Zerwać naszą zależność od bogów i ich gierek. Jak ta dziewczynka, którą ukrywałeś.

Elo przez chwilę widział Inarę z twarzą wykrzywioną gniewem, ręką wyciągniętą w stronę Arrena, wyciskającą życie z jego serca. Widział, jak Inara robi przerażające rzeczy: wzywa do miasta bóstwa, działając jak ich świątynia, po ciemku zabija strzałą człowieka. Ale odpędził te obrazy. Nie wspomni o żadnej z tych rzeczy Arrenowi, który mógłby wykorzystać ją do własnych celów bez względu na cenę, jaką by za to zapłaciła.

– Inara nie wybrała swojego pochodzenia – powiedział. – To ty chcesz płonąć jak bóg, stawiać żądania jak bóg, poświęcać się jak bóg.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij