-
nowość
Więcej dzieci nie pamiętam - ebook
Więcej dzieci nie pamiętam - ebook
Niektóre domy wznosi się na sekretach. I krwi.
Gdy Eliza, studentka dziennikarstwa, przekracza próg rezydencji Alencynowiczów jako pomoc domowa, nie szuka sensacji – tylko prawdy. Planuje napisać przełomowy reportaż o przemocy wobec służby. Nie spodziewa się jednak, że trafi do świata, gdzie przywileje chronią nie tylko reputację, ale i mroczne tajemnice.
Jej decyzja o zatrudnieniu się u zamożnej seniorki, Aleksandry, od początku budzi sprzeciw bliskich Elizy. Wkrótce wychodzi na jaw, że jej dziadkowie również pracowali dla Alencynowiczów. Zaintrygowana tą historią, dziewczyna zaczyna zgłębiać przeszłość, zbliżając się jednocześnie do wnuka Aleksandry, Arkadiusza. Nie wie jeszcze, że tym samym wkracza na teren usiany niebezpieczeństwami.
Zaginięcia, konflikty, sekrety – ile grzechów może mieć na sumieniu jedna rodzina?
Eliza wkrótce się o tym przekona. Ale za swoją ciekawość może zapłacić bardzo wysoką cenę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-266-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Czwartek, 19 grudnia
Zaszedł ją od tyłu, gdy nachylała się, by wyjąć spod zlewu kosz na śmieci. Zamachnął się butelką po piwie i roztrzaskał ją na głowie. Kobieta upadła pośród odłamków szkła, lecz jego to nie powstrzymało. Gdy przyjechała policja, nie było czego zbierać.
Eliza Jeziorska na moment odsunęła telefon komórkowy od ucha. Nie chciała już słuchać o tym, jak wyglądało miejsce zbrodni, gdy zabójca zakończył swoje dzieło.
– Skazali go? – zapytała po chwili.
Mimo nieprzyjemnego ucisku w gardle chciała okazać zaangażowanie należne swojej rozmówczyni. Chętnie omijała krwawe szczegóły i przechodziła od razu do kwestii wyroku, ale nie zawsze się to udawało. Jej przyjaciółka Magda Olczak była fascynatką kryminalnych historii, od niedawna prowadziła kanał na YouTubie o tej tematyce i co jakiś czas z nieustępliwą drobiazgowością relacjonowała jej, nad czym aktualnie pracuje. Ta historia małżeńska, jako jedna z wielu zresztą, nie napawała optymizmem.
– Postępowanie jeszcze w toku, dlatego wstrzymam się z materiałem, ale ma raczej marne szanse, by się wykpić. Chyba nawet nie do końca mu na tym zależy – odparła Magda. W tle dało się słyszeć buczenie ekspresu do kawy. – Wiesz, co jest najbardziej przerażające w tej historii?
– Myślałam, że już mi to powiedziałaś.
– Facet tłumaczył się na policji, że miał dosyć utyskiwania żony, że nie zgniata opakowań przed wyrzuceniem ich do śmieci. I że ich nie segreguje. Podobno żona znów zaczęła na niego fukać, gdy wyrzucał butelkę do zmieszanych, i w końcu „stracił cierpliwość”. Gdy policjanci przyjechali, siedział w fotelu i palił papierosa. A gdy go zabierali, wydawał się… zrelaksowany. Na komendzie powiedział: „Ciekawe, czy według Marzeny ta butelka była wystarczająco zgnieciona. Pewnie nie. Nic jej nigdy nie pasowało”.
– Nieźle. – Eliza przyjęła wygodniejszą pozycję i zarzuciła nogi na blat biurka. Kwestia nieporozumień w związku brzmiała interesująco. – Ile lat byli małżeństwem?
– Dobre pytanie! Zaraz to sprawdzę.
– Mogę obstawić, że co najmniej piętnaście.
Po drugiej stronie rozległ się dźwięk dynamicznego stukania na klawiaturze.
– Szukam… – zapowiedziała Magda. – A w tym czasie możesz mi powiedzieć, co u ciebie. Jak ci idzie pisanie? O! Niewiele się pomyliłaś, byli małżeństwem czternaście lat. – Przyjaciółka wróciła do poprzedniego wątku, ale zaraz ponowiła pytanie: – Skończyłaś reportaż?
Eliza podniosła spojrzenie na laptop z otwartym w Wordzie plikiem. Napisany przez nią na konkurs reportaż mógł zostać uznany za zakończony. Tematem pracy była przemoc, której współcześnie doświadcza pomoc domowa ze strony dużo lepiej sytuowanych pracodawców. Zainspirowały ją opowieści jej babci, która swego czasu sprzątała i opiekowała się dziećmi u zamożnych ludzi, w związku z czym spotykała się z różnego rodzaju przykrymi sytuacjami. Jako ofiara nadużyć Zdzisława Lisek miała naprawdę wiele do powiedzenia. Eliza uważała, że problem pozostaje aktualny i postanowiła wziąć to na warsztat. Aby ustalić, czy intuicja jej nie zawodzi, zatrudniła się w pięciu domach jako niania i sprzątaczka, jednak doświadczyła co najwyżej przemocy symbolicznej, a to i tak nieczęsto. Paradoksalnie była tym wręcz rozczarowana, gdyż przyjmując zlecenia, oczekiwała, że wydarzy się coś, co będzie mogła opisać w swoim reportażu. Nie chciała polegać tylko na babcinych opowieściach, które przecież wydarzyły się tak dawno i wcale nie musiały mieć wiele wspólnego z obecnymi czasami. Wszak mentalność ludzi się zmienia.
W ramach zbierania informacji Jeziorska skontaktowała się z innymi sprzątaczkami i sprzątaczami, lecz ci nie dostarczyli jej ciekawych materiałów do tekstu. Rzecz jasna, dało się z tego wybrnąć. Eliza mogła po prostu zmienić temat reportażu i skupić się na różnicach w podejściu bogatych pracodawców dawniej i dziś. W tej sytuacji pozostawało jej liczyć na to, że jurorzy docenią, iż gruntownie zbadała zagadnienie. Jako studentka trzeciego roku dziennikarstwa miała wiele okazji, by szlifować warsztat pisarski, jednak chciała, aby to w historii zawarta była moc jej reportażu.
– Chyba już nie mam więcej do dodania – przyznała, przypominając sobie, jak ostatni zleceniodawcy, państwo Grabowscy, wręczyli jej w podziękowaniu za rzetelną pracę bombonierkę Raffaello. Papierki po pralinkach poniewierały się jeszcze na stoliku nocnym wokół lampki, przy której wczorajszej nocy kończyła czytać polecony przez dziadka romans historyczny.
– Kiedy upływa termin nadsyłania prac? – zapytała Magda.
– Trzeciego stycznia – odparła Eliza. – Jury ogłosi wyniki trzeciego kwietnia.
– Trzymam kciuki.
– No wiem. – Z irytacją zamknęła laptop. Pulsujący kursor w Wordzie znikł jej wreszcie z oczu, minimalizując poczucie braku satysfakcji z wykonanej pracy. I tak już niczego więcej by nie napisała. Nie miała czasu.
Zszedłszy po schodach, w ciasnym przedpokoju zaczęła nakładać na siebie kolejne warstwy ubrań. Panujący na zewnątrz dziesięciostopniowy mróz, jak się przekonała podczas porannej wyprawy na zakupy, bezlitośnie kąsał w każdy nieosłonięty skrawek ciała. Toteż teraz postanowiła się na to lepiej przygotować. Zgarnęła wełnianą czapkę, rękawiczki, a także czekającą na nią w przedpokoju reklamówkę ze słoikami i pudełkami po brzegi wypełnionymi jedzeniem. Wychodząc, pomachała dziadkom siedzącym przy stole w kuchni. Pili herbatę, jedyny ciepły napój honorowany w domu państwa Lisków. Magda tymczasem nadal opowiadała jej o problemach z uczniami i ich rodzicami – była nauczycielką angielskiego w okrytej złą sławą zakropolańskiej podstawówce.
– Mówię ci. Jeszcze trochę, a będą o mnie tworzyć podcasty kryminalne, bo uduszę tego typa. Widać, że podżega synalka do bójek. Twierdzi, że to kształtuje charakter.
– Może faktycznie kształtuje i powinnaś się z nim zmierzyć na ringu.
– Mój trener muai thai jeszcze nie wprowadził mnie na ten poziom wtajemniczenia. – Zaśmiała się. – Ale może kiedyś. – W jej głosie zabrzmiała nuta rozrzewnienia. – Dobrze, że już prawie święta. Wyjeżdżamy do Kutna, więc Wigilią zarządza Edyta. Nie ma szans, że będzie nudno.
Śnieg chrzęścił pod nogami Elizy. Czekały ją trzy kilometry marszu, jeśli nie chciała zdawać się na łaskę lub niełaskę miejskiej komunikacji. Autobusy w Zakropolu kursowały bardzo rzadko i nieregularnie, a śnieg – czy to padający, czy już leżący – sprzyjał opóźnieniom. Przystanków było sześć na całą miejscowość i tylko jeden z nich według Rady Miejskiej zasługiwał na wiatę.
Eliza pożegnała się z przyjaciółką, ponieważ uniesiona dłoń z telefonem zaczęła jej drętwieć. W dodatku minionej nocy opady były zaskakująco duże, jeśli je porównać z poprzednimi zimami. Mieszkańcy Zakropola odśnieżyli swoje podjazdy, lecz biały puch nie znikł magicznie i zalegał teraz na chodnikach i brzegach ulic. Eliza musiała więc brodzić w zaspach.
Lubiła zimę mimo wielu niedogodności, jakie ją spotykały jako osobę niezmotoryzowaną. Lubiła jeździć na łyżwach ze znajomymi, lepić bałwana z dziećmi kuzynki, a raz była nawet na nartach i wiedziała, że koniecznie musi to kiedyś powtórzyć. Lubiła wracać w przemoczonym ubraniu po zmroku ze świadomością, że dziadek rozpalił w piecu, a babcia zaraz zrobi kakao. I że przy lampce czeka na nią przerwana w ciekawym momencie powieść.
Ale tym razem Eliza nie zaplanowała żadnych atrakcji. Przebierała nogami, by zdążyć na pociąg, który miał ją zabrać w podróż do innego świata.
Kiedy przechodziła obok podupadającego domu kultury, ponownie zadzwonił telefon. Odebrała z przekonaniem, że to Magda. Przyjaciółka zwykła kontaktować się z nią kilka razy dziennie, aby podzielić się postępami w researchu. Jeziorska nawet nie zerknęła na wyświetlacz.
– Jakiś kolejny trup? – zapytała, przyłożywszy komórkę do ucha.
Po drugiej stronie usłyszała świst wdychanego powietrza. Eliza w mig zorientowała się, że nie rozmawia z Magdą. Odsunęła telefon, by sprawdzić, kto dzwoni, ale nie miała zapisanego tego numeru.
– Halo?
– Czy rozmawiam z Elizą Jeziorską? – Suchy i wyniosły głos rozmówczyni zdradzał raczej starszy wiek.
– Tak.
– Mówi Aleksandra Alencynowicz. Poszukuję sprzątaczki na okres przedświąteczny i kogoś do obsługi przyjęcia bożonarodzeniowego, które odbędzie się u mnie w domu. Państwo Grabowscy polecili mi pani usługi. Kiedy możemy umówić się na rozmowę rekrutacyjną?
– Rozmowę rekrutacyjną? – powtórzyła Eliza, nieco rozbawiona. Zazwyczaj polecenie od zaprzyjaźnionej rodziny wystarczało, by zdobyć pracę.
– Tak to panią zaskakuje? Od mojej pracownicy oczekuję rzetelności, sumienności i, z uwagi na jej rolę podczas przyjęcia, także pewnej prezencji. Gdyby te cechy leżały na ulicach, nie dochodziłoby do tak licznych nieprawidłowości w tak banalnej pracy, jaką jest sprzątanie domów.
– Oczywiście, ma pani słuszność – powiedziała Eliza i uśmiechnęła się do siebie. Aleksandra Alencynowicz była doskonałym materiałem na mobbingującą pracodawczynię, główną antybohaterkę reportażu o nagannym traktowaniu osób wykonujących prace niepoważane w społeczeństwie. – Jaki termin by pani odpowiadał?
– Jutro o siedemnastej. Zakropole, ulica Leśna dziewięćdziesiąt cztery. Czy jest pani zmotoryzowana?
– Niestety nie – odpowiedziała Jeziorska, docierając na peron. Nikt poza nią nie oczekiwał na pociąg. – Ale przywykłam do pokonywania dużych odległości komunikacją publiczną. I na pewno sobie poradzę z regularnymi dojazdami.
– W drodze wyjątku, jako że to pierwsza pani wizyta u nas, wyślę mojego wnuka, by panią odebrał z przystanku autobusowego o szesnastej pięćdziesiąt. Znajduje się on dwa kilometry od naszego domu. Miewamy problemy z zasięgiem, więc to wasze Google Maps może okazać się bezużyteczne w tym przypadku.
– Dziękuję, jeśli to nie problem…
– Nie.
– Bardzo doceniam…
– Tylko proszę się nie przyzwyczajać – ucięła tamta.
– Dobrze. – Eliza znów poczuła, jak uśmiech wypływa jej na twarz. Już się bała, że wbrew pierwszemu wrażeniu pani Aleksandra okaże się zatroskaną chlebodawczynią, ale jej wspaniałomyślna propozycja wynikała raczej z potrzeby kontroli.
– Proszę zabrać ze sobą referencje, jeśli ma je pani na piśmie. Do widzenia.
Marieta Lisek od zaledwie miesiąca nie przebywała już w szpitalu psychiatrycznym. Udało jej się osiągnąć odpowiednią dla jej wzrostu i wieku wagę, lecz nadal wyglądała szczupło. Gdy Eliza zobaczyła matkę, przeszedł ją dreszcz niepokoju. Ugryzła się w język, by nie zapytać tonem, w którym rozpacz mieszała się z histerią: „Znowu schudłaś?”. Jakby to jeszcze odnosiło jakikolwiek skutek… Tak czy owak, nie chciała w ramach powitania besztać matki. Przeszła przez próg, posyłając jej niewesoły uśmiech.
– Kochanie… – Marieta rozchyliła ramiona, by ją objąć. Była w grubym swetrze, który miał tuszować jej sylwetkę. – Tak się cieszę, że cię widzę.
Eliza objęła matkę ostrożnie, jakby się obawiała, że kruche kości pękną pod naciskiem, a gdy się od siebie odsunęły, posłała Mariecie wymuszony uśmiech.
– Przywiozłam wałówkę od babci. Gołąbki, kotlety mielone, kluski leniwe, krokiety ze szpinakiem… I coś tam jeszcze.
Marieta przejęła od córki ciężką reklamówkę ze słoikami i plastikowymi pudełkami. Uśmiechała się, ale na torbę patrzyła tak, jakby to był koń trojański. Postawiła ją na szafce z butami w przedpokoju.
– Dziękuję. Co u dziadków?
– W normie. Może odgrzeję gołąbki? – zaproponowała Jeziorska, zdejmując płaszcz.
– Ja przed chwilą jadłam, ale jeśli masz ochotę, to sobie odgrzej.
Marieta odwróciła się i weszła do salonu, zostawiając córkę w korytarzu.
Eliza powiesiła płaszcz na wystających ponad boazerią drewnianych haczykach. W niewielkim przedpokoju czuła się klaustrofobicznie, nieswojo, chociaż przecież tu właśnie spędziła większość dzieciństwa. Oto po lewej stronie znajdował się jej dawny pokój, teraz przerobiony na garderobę – tudzież graciarnię Mariety. Naprzeciwko znajdowała się łazienka, po prawej stronie salon, a gdy szło się korytarzem w lewo, dochodziło się do niewielkiej kuchni.
Eliza zdążyła się odzwyczaić od tych ciasnych przestrzeni. Kiedy okazało się, że matka jest niewydolna wychowawczo, a ojciec nie dba o ich finansowy dobrostan, do akcji wkroczyli dziadek Mikołaj i babcia Zdzisia i zabrali ją do swojego domu w Zakropolu. Jeziorska mieszkała tam od dwunastego roku życia i tylko czasami tęsknota trącała ją nosem jak wygłodniały bezdomny pies. Paradoksalnie, gdy znajomi Elizy narzekali na rodziców, ona najbardziej odczuwała ich brak. Mogliby być nawet ci, którzy ją powołali do życia, gdyby tylko trochę bardziej się nią interesowali.
Z ociąganiem zdjęła buty, zastanawiając się, czy może coś zrobić, by przekonać matkę do zjedzenia czegoś w jej towarzystwie. Doszła do wniosku, że później wróci do tego tematu. O ile wcześniej o nic się nie pokłócą.
Zabrała do kuchni torbę z przysmakami od babci i rozpakowała ją. Gdy złapała za uchwyt drzwi od lodówki, uświadomiła sobie, jak mocno jej serce uderza o żebra. Czy półki znowu okażą się niemal puste? Czy w nozdrza zaraz uderzy ją przykry zapach zapomnianych warzyw gnijących w sklepowych siatkach? Zmusiła się, by otworzyć drzwi.
W środku zapaliło się światło. Jeziorska ujrzała pół papryki, ogórki kiszone, napoczęty serek śniadaniowy i kilka plastikowych opakowań gotowych zupek: pomidorową, tajską i grzybową. Chwyciła je kolejno, by sprawdzić datę ważności i obejrzeć tabelę wartości odżywczych. Kaloryczność nie napawała optymizmem, ale Eliza starała się myśleć pozytywnie. Gdy odwiedziła matkę tuż przed leczeniem w szpitalu psychiatrycznym, w lodówce znalazła tylko nadpsute szparagi, więdniejącą marchew i musztardę. Jeśli Marieta zdecydowała się na zakup kilku półproduktów, mogło to oznaczać chyba jakiś drobny postęp. Albo podstęp.
Jeziorska chwilę jeszcze kontemplowała zawartość lodówki, a potem włożyła do niej przywiezione rzeczy. Popatrzyła w stronę zmywarki, zastanawiając się, czy dawać upust swojej obsesji kontroli. Mogła sprawdzić, czy są w niej jakieś brudne naczynia, ale czy to cokolwiek by znaczyło? Pokręciła głową, odpowiadając na pytanie zadane w myślach.
Poszła do salonu.
Marieta siedziała po turecku na wysłużonej kanapie. Obie z mamą miały podobny typ urody. Były z natury szczupłe, wysokie i dość blade. Cechował je też podobny kolor włosów, brązowy, chociaż od kilku lat Marieta farbowała się na blond i teraz tylko odrosty wskazywały na to, że kiedyś była szatynką.
Eliza nie przepadała za tym podobieństwem, ponieważ za każdym razem, kiedy patrzyła w lustro, widziała wyniszczoną przez chorobę matkę. Nawet jej uśmiech przywodził na myśl momenty, kiedy Marieta próbowała robić dobrą minę do złej gry i wmawiała wszystkim dookoła, że ma się całkiem dobrze. Ustawione w równy rząd zęby były jak szereg żołnierzy wysyłanych na bezsensowną wojnę.
Marieta spojrzała na córkę, jakby spodziewała się reprymendy, a gdy ta milczała, znów wlepiła wzrok w telewizor. Stał, uderzająco nowoczesny, pośród meblościanki, którą Eliza pamiętała jeszcze z czasów podstawówki.
– Co oglądasz? – zagaiła, siadając obok Mariety. Okryła nogi butelkowozieloną plecioną narzutą, którą kiedyś dała matce w prezencie. Lubiła ten kolor, kojarzył jej się z tajemniczością i świeżością.
– _Ślub od pierwszego wejrzenia_. Zobacz, ta tutaj ciągle mu robi awantury, a biedny chłopak nie wie, gdzie się podziać – odparła Marieta i jeszcze przez paręnaście sekund obserwowała odgrywającą się na ekranie scenę kłótni między niedobranymi małżonkami. Gdy w kadrze pojawił się ekspert, by skomentować związkowe niesnaski, wzięła do ręki pilot i wyciszyła telewizor. – No, ale co u ciebie słychać? Opowiadaj. Masz kogoś na oku? – Uniosła brwi, nadając swojej twarzy konspiracyjny wyraz. Na jej czole, wysokim i jasnym, pojawiło się kilka łuków zmarszczek.
– Dlaczego zawsze o to pytasz?
– A ty dlaczego zawsze pytasz o to, czy coś jadłam?
– Z troski.
– Mam tej waszej troski powyżej uszu.
– I mścisz się na mnie, obnażając beznadzieję mojego życia uczuciowego?
– Nie kłóćmy się. – Marieta pojednawczo uniosła rękę.
Eliza powściągnęła emocje. Postanowiła potraktować pytanie matki neutralnie.
– U mnie w tej kwestii nic nowego.
– Masz kontakt z Łukaszem?
– Mamo, on mnie zdradzał.
– Tak ci Magda powiedziała.
– Po co miałaby kłamać? Przypominam ci, że to jej brat, a nie jakiś obiekt westchnień.
– Niektórzy nie lubią, jak inni są szczęśliwi.
– Proszę, nie wymyślaj. – Eliza przygryzła dolną wargę. Nie tęskniła za Łukaszem. Dzięki jego niewierności zyskała przyjaciółkę, ale sposób, w jaki jej matka widziała relacje międzyludzkie, wytrącał ją z równowagi. Wzięła kilka głębokich oddechów, by się uspokoić.
– Kochanie. – Marieta uderzyła w czuły ton i złapała Elizę za rękę. Dotyk jej dłoni, kościstej i chłodnej, budził dyskomfort. – Nie chciałam ci sprawić przykrości. Tylko nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby cię zdradzać. Jesteś śliczna, szczupła…
– Szczupła – prychnęła Eliza.
– No tak – przekonywała Marieta, zupełnie nieświadoma, z czego wynika irytacja córki. Ujęła pukiel jej włosów i pochwaliła je: – Ale są miękkie, stosujesz jakąś odżywkę?
Eliza znów musiała ugryźć się w język. Który to już raz dzisiaj? Gdyby pofolgowała swojej złości, jej matka usłyszałaby kąśliwy komentarz w stylu: „Gdybyś normalnie jadła, też byś miała takie włosy. To przez brak witamin twoje wypadają”.
– Herbal… coś tam – odparła Eliza, odtrącając dłoń matki. Wpadła na pomysł, jak porzucić temat urody. – Pamiętasz, jak ci opowiadałam o moim reportażu?
– O reportażu? – Marieta zmarszczyła brwi.
– Rozmawiałyśmy o tym, jak byłaś w szpitalu…
– Och, błagam, nie przypominaj mi o tym okropnym miejscu. – Na chwilę zamilkła, ale widać było, że grzebie w odmętach swej pamięci. – Masz na myśli to wypracowanie o sprzątaczkach?
– Reportaż – poprawiła ją Eliza. – O wyzysku i przemocowym traktowaniu pomocy domowej.
– A tak, opowiadałaś mi o tym, faktycznie. Bo to na konkurs jakiś idzie, tak?
– Tak, ogólnokrajowy.
– Ale coś ci nie szło…? Za dobrze cię w pracy traktowali? – rzuciła Marieta z przekąsem.
– To prawda. Nie zdobyłam wielu argumentów za moją tezą.
– Może dostaniesz jakieś wyróżnienie, nie poddawaj się.
– Dzięki, mamo, ale chyba zbliża się przełom w sprawie.
– Czyżby?
– Dostałam… znaczy, prawie dostałam pracę sprzątaczki u takiej kobiety, która już podczas rozmowy telefonicznej traktowała mnie z wyższością. Zdaje się, że jej rodzina jest dobrze sytuowana, bo mieszka na Leśnej, a tam są chyba same wielkie chaty.
Marieta popatrzyła na córkę z pewną konsternacją.
– Na Leśnej… – powtórzyła powoli. – Jak… jak się nazywa ta kobieta? Ta, u której będziesz się starała o pracę?
– Jakoś na „A”. – Eliza wytężyła pamięć, by przypomnieć sobie to rzadko spotykane nazwisko. – Alencynowicz.
– O matko… – Marieta poderwała się z kanapy. – O matko!
Eliza spoglądała na nią, nie kryjąc konsternacji.
– A imię? – drążyła matka.
– Aleksandra, jeśli dobrze pamiętam…
Marieta chodziła teraz po salonie, wyraźnie zaaferowana. Dłonią przeczesywała włosy. Gdyby nie to, jak bardzo Eliza była oszołomiona zachowaniem matki, na pewno zauważyłaby, że między jej palcami pozostają jasne kępki.
– Co jest? Dlaczego tak reagujesz?
Kobieta popatrzyła na córkę, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o jej istnieniu. Jeszcze chwilę stała pośrodku salonu, próbując poskładać myśli. Potem potrząsnęła głową i usiadła z powrotem na swoim miejscu, kwitując to wszystko jedną lapidarną wypowiedzią:
– Nieważne.
– Jak to nieważne? Przed chwilą aż cię nosiło po pokoju…
– I tak mi nie uwierzysz.
– Dlaczego tak mówisz? – zapytała Eliza, na którą przeszło owo rozedrganie, jeszcze chwilę temu przejawiane przez Marietę. – Mamo?
Ta jednak uparcie milczała. Chwyciła stojącą na szafce nieopodal butelkę wody i drżącą ręką zdjęła zakrętkę.
– Widzę przecież – ciągnęła Jeziorska, teraz już poirytowana – że coś cię poruszyło. Cokolwiek mi powiesz, obiecuję tego nie negować.
Przynajmniej nie na głos – dodała w myślach, a Marieta roześmiała się tak, jakby to usłyszała. Gorzko i histerycznie.
– Przecież to jasne, że ty wiesz zawsze wszystko najlepiej. Ty i babcia.
– Mamo, jeśli czułaś się kiedyś protekcjonalnie traktowana, to tylko dlatego że się o ciebie troszczyłyśmy.
Marieta tylko machnęła ręką. Zachowywała się tak, jakby nie miała siły przeprowadzać po raz kolejny tej samej rozmowy. Eliza również była na skraju wyczerpania, ale uważała, że w przeciwieństwie do matki miała prawo się tak czuć. Pochyliła głowę i pomasowała skronie. Po chwili spojrzała znów na Marietę i zaczęła pojednawczym tonem:
– Wróćmy do tej sensacyjnej wiadomości. Dlaczego aż się poderwałaś z kanapy, kiedy usłyszałaś, że być może będę pracować u Alencynowicz?
Obserwowała, jak jej matka bierze kolejny łyk wody, odsuwając tym samym moment, w którym będzie musiała coś odpowiedzieć. Na pewno czekała, aż Eliza pęknie i wyjdzie. Niejednokrotnie się tak działo, ale dziewczyna jak masochistka cały czas tu wracała.
– O której masz pociąg powrotny?
Piątek, 20 grudnia
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji