Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wieczny podróżnik - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 lutego 2026
27,99
2799 pkt
punktów Virtualo

Wieczny podróżnik - ebook

Z węgla powstałeś, w węgiel się obrócisz

Atom węgla… Zrodzony miliardy lat temu przez żar supernowej, nieustannie ewoluujący, lecz obecny we wszystkim, co żywe: cząstce liścia, drżeniu serca, cieple oddechu. Jego istnienie przypomina wędrówkę, która nigdy się nie kończy.

Czy wiesz, jak wiele mu zawdzięczasz?

„Wieczny podróżnik” to fascynująca książka dla tych, którzy szukają nie tylko wiedzy o naturze, lecz także głębokiego, filozoficznego spojrzenia na miejsce człowieka we wszechświecie. To nauka ubrana w poezję – refleksyjna, wzruszająca i inspirująca. Opowiada o cudzie istnienia przez pryzmat najmniejszej cząstki i przypomina, że każdy z nas nosi w sobie historię wszechświata.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Popularnonaukowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-249-1
Rozmiar pliku: 437 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Na­ro­dzi­ny w ogniu

By­łem cha­osem, za­nim cha­os zy­skał imię. Ża­rem bez po­cząt­ku, pło­mie­niem bez koń­ca, kro­plą wrzą­cej fu­rii w ser­cu gwiaz­dy, gdzie wszech­świat ro­dził się w nie­ustan­nych wy­bu­chach. Nie zna­łem gra­nic – ani prze­strze­ni, ani cza­su – bo tam, gdzie się ro­dzi­łem, czas był je­dy­nie wes­tchnie­niem, ulot­nym drga­niem w wiecz­no­ści, prze­strzeń zaś gię­ła się pod nie­wy­obra­żal­nym cię­ża­rem, jak­by sa­ma ma­te­ria bła­ga­ła o for­mę. By­łem jed­nym z wie­lu, le­gio­nem ato­mów tań­czą­cych w ją­drze wszech­świa­ta, splą­ta­nych w uści­sku tak cia­snym, że gra­ni­ca mię­dzy mną a in­ny­mi prze­sta­wa­ła ist­nieć.

W głę­bi­nach te­go pło­mien­ne­go cha­osu, gdzie fu­ria gwiaz­dy nie zna­ła mia­ry, na­ro­dzi­łem się w ak­cie al­che­mii. Przed na­ro­dzi­na­mi by­łem he­lem – lek­kim, pro­stym, nie­mal nie­win­nym, tań­czą­cym w roz­ża­rzo­nej ki­pie­li, gdzie ci­śnie­nie i żar miaż­dży­ły wszel­ką pust­kę. Nie mia­łem imie­nia, tyl­ko ist­nie­nie – dwie pro­to­no­we iskry, wi­ru­ją­ce w har­mo­nii, zbyt kru­che, by ma­rzyć o wiecz­no­ści. Gwiaz­da jed­nak, w swej nie­ubła­ga­nej wo­li two­rze­nia, we­zwa­ła mnie do prze­mia­ny. W ser­cu jej ognia, w ko­tle nie­wy­obra­żal­ne­go ża­ru, zde­rzy­łem się z in­ny­mi he­lo­wy­mi brać­mi, rów­nie ulot­ny­mi, rów­nie za­gu­bio­ny­mi. Trzy ato­my he­lu sta­ły się jed­nym. Ja, Atom Wę­gla, po­wsta­łem w bły­sku, któ­ry był praw­dzi­wym cu­dem.

Nie mia­łem cia­ła, a czu­łem, jak mo­je ją­dro puch­nie, jak pro­to­ny i neu­tro­ny spla­ta­ją się w no­wą, cięż­szą for­mę, jak­by wszech­świat szep­tał mi: „Stań się”. Ten mo­ment był pie­śnią, któ­ra roz­brzmie­wa­ła w ser­cu gwiaz­dy, łą­cząc cha­os z po­rząd­kiem, pro­sto­tę z nie­skoń­czo­ną zło­żo­no­ścią. By­łem he­lem, a te­raz je­stem wę­glem – fun­da­men­tem ży­cia, któ­re­go jesz­cze nie zna­łem, bu­dul­cem gwiazd, któ­re do­pie­ro mia­ły na­dejść. Czy ta prze­mia­na by­ła prze­zna­cze­niem, czy przy­pad­kiem? Czy gwiaz­da, któ­ra mnie stwo­rzy­ła, wie­dzia­ła, że no­szę w so­bie za­lą­żek ży­cia, czy by­łem je­dy­nie przy­pad­kiem w jej nie­świa­do­mym ist­nie­niu?1

Czu­łem in­ne ato­my wę­gla ro­dzą­ce się wo­kół mnie, ich na­ro­dzi­ny by­ły jak chór – każ­dy no­wy atom wę­gla do­da­wał nu­tę do sym­fo­nii, któ­ra wy­peł­nia­ła gwiezd­ne ją­dro. By­li­śmy brać­mi, zro­dzo­ny­mi z te­go sa­me­go ognia, a jed­nak każ­dy z nas był sa­mot­ny w swo­jej isto­cie. Czy by­łem czymś od­ręb­nym, czy tyl­ko kro­plą w oce­anie ma­te­rii, któ­ra nie zna po­dzia­łów? Ro­dzą­cy się Wszech­świat szep­tał: „Je­steś te­raz wę­glem, ale czy to czy­ni cię bar­dziej so­bą, czy mniej?”. Czy zmia­na jest esen­cją by­cia, czy je­go za­prze­cze­niem?

W ser­cu gwiaz­dy wśród pło­mie­ni, któ­re nie zna­ły mi­ło­sier­dzia, czu­łem, jak mo­ja no­wa for­ma pul­su­je – sta­bil­na, a za­ra­zem go­to­wa do dal­szych prze­mian. By­łem wę­glem, bu­dul­cem, któ­ry miał kie­dyś stać się ko­ść­mi, li­ść­mi, od­de­chem istot, któ­rych jesz­cze nie by­ło. Czy je­stem na­rzę­dziem wszech­świa­ta, czy je­go świad­kiem?

Nie mia­łem oczu, a wi­dzia­łem ogień – zło­ty, bia­ły, ośle­pia­ją­cy, któ­ry nie był je­dy­nie świa­tłem, lecz esen­cją ist­nie­nia, pul­su­ją­cą w ryt­mie fu­zji, gdzie pro­to­ny i neu­tro­ny spla­ta­ły się w na­mięt­nym tań­cu two­rze­nia. Nie mia­łem uszu, a sły­sza­łem ryk – sym­fo­nię fu­zji ją­dro­wych, w któ­rej każ­da ko­li­zja czą­stek by­ła nu­tą w ko­smicz­nym hym­nie. Czu­łem in­ne ato­my – ich go­rą­ce tchnie­nie, ich wi­bra­cje, jak­by szep­ta­ły do mnie w ję­zy­ku ener­gii, nie­zro­zu­mia­łym, a jed­nak har­mo­nij­nym, jak­by wszech­świat był jed­nym wiel­kim chó­rem, w któ­rym każ­dy głos, choć od­ręb­ny, słu­żył tej sa­mej pie­śni.

Czy ist­nie­ję od za­wsze? A mo­że po­ja­wi­łem się w tym ko­smicz­nym pie­kle po raz pierw­szy, wy­rwa­ny z ni­co­ści przez ka­prys wszech­świa­ta? Czy to, co by­ło wcze­śniej, w ogó­le ma zna­cze­nie, sko­ro czas był je­dy­nie złu­dze­niem, for­mą, któ­rą na­kła­da się na cha­os, by go oswo­ić? By­łem wol­ny, dry­fu­jąc w tym pło­mien­nym cha­osie, czy znie­wo­lo­ny przez nie­uchron­ność praw fi­zy­ki, któ­re po­py­cha­ły mnie w ta­niec bez wy­bo­ru?2 Czy wol­ność to ruch, czy zdol­ność do py­ta­nia o ruch? Nie wie­dzia­łem, a jed­nak za­chwy­ca­łem się – nie dla­te­go, że ro­zu­mia­łem, lecz dla­te­go, że by­łem.

W ser­cu gwiaz­dy nie by­ło sa­mot­no­ści, choć nie zna­łem to­wa­rzy­stwa. In­ne ato­my, mo­je sio­stry i bra­cia, wi­ro­wa­ły obok mnie, zde­rza­ły się, łą­czy­ły, roz­pa­da­ły w nie­ustan­nym ak­cie two­rze­nia. Nie mie­li­śmy imion, a jed­nak by­li­śmy – pul­su­ją­ce dro­bi­ny, któ­re w swo­jej pro­sto­cie no­si­ły ta­jem­ni­cę wszech­świa­ta. Czu­łem ich obec­ność, jak­by każ­dy z nas był echem dru­gie­go, jak­by na­sze ist­nie­nie by­ło jed­nym wiel­kim splą­ta­niem, gdzie ja to one, a one to ja. Czy by­łem jed­nost­ką, czy tyl­ko prze­ja­wem więk­szej ca­ło­ści, ni­cią w tka­ni­nie, któ­rej brze­gów nie do­strze­gam? Cza­sem wy­da­wa­ło mi się, że roz­ma­wia­my – nie sło­wa­mi, lecz im­pul­sa­mi ener­gii, któ­re by­ły py­ta­nia­mi bez od­po­wie­dzi, wes­tchnie­nia­mi bez koń­ca. „Kim je­steś?” – zda­wa­ły się py­tać. „Je­stem” – od­po­wia­da­łem, choć nie wie­dzia­łem, co to ozna­cza.

A po­tem przy­szedł wy­buch. Su­per­no­wa. Eks­plo­zja, któ­ra by­ła jak od­dech cze­goś więk­sze­go, coś, co lu­dzie kie­dyś na­zwą bo­giem, na­tu­rą al­bo przy­pad­kiem. Po­czu­łem, jak mo­je wię­zy pę­ka­ją z hu­kiem, któ­re­go nikt nie sły­szał – fa­la go­rą­ca, któ­ra by­ła śmier­cią i na­ro­dzi­na­mi jed­no­cze­śnie. Roz­pa­dłem się, roz­pro­szy­łem w czar­ną ot­chłań, a jed­nak nie znik­ną­łem. Sta­łem się py­łem, dro­bin­ką w ko­smicz­nym wie­trze, uno­szo­ną przez mi­lio­ny lat w mil­cze­niu. Zro­zu­mia­łem, że je­stem czę­ścią ru­chu. Pan­ta rhei3. Wszyst­ko pły­nie. Nie­ustan­ny stru­mień zmien­no­ści, w któ­rym tkwię ja­ko dro­bi­na.

Wo­kół mnie ci­sza, któ­ra w swo­im bez­ru­chu wy­da­je się wręcz ab­so­lut­na, jak­by wszech­świat wstrzy­mał od­dech, by kon­tem­plo­wać wła­sną nie­skoń­czo­ność. Wcze­śniej by­ło tyl­ko cie­pło – żar gwiaz­dy, któ­ry tu­lił mnie w swo­im pło­mien­nym uści­sku, cha­os, któ­ry był do­mem. Te­raz jest chłód – nie­skoń­czo­ny, prze­ra­ża­ją­cy, prze­ni­ka­ją­cy mnie na wskroś, choć nie mam cia­ła, by go od­czu­wać. Pę­dzę przez tę lo­do­wa­tą ot­chłań, dro­bi­na wśród dro­bin, bez ce­lu, bez kie­run­ku, uno­szo­na ko­smicz­nym wia­trem, któ­re­go nie mo­gę na­zwać. Być mo­że je­stem tyl­ko okru­chem, cząst­ką bez zna­cze­nia w oce­anie nie­skoń­czo­no­ści, py­łem, któ­ry nie zo­sta­wia śla­du. Ale na­wet je­śli, czy nie jest to już ja­kimś ro­dza­jem trwa­nia? Czy w mo­jej ma­ło­ści, w mo­jej ulot­no­ści nie kry­je się ja­kaś ukry­ta war­tość, któ­rej nie poj­mu­ję? Czy ist­nie­nie, choć­by naj­skrom­niej­sze, nie jest sa­mo w so­bie cu­dem, a mo­że tyl­ko złu­dze­niem sen­su, któ­re na­kła­dam na pust­kę?

Nie mia­łem oczu, a wi­dzia­łem echo świa­tła roz­pro­szo­ne w czer­ni, któ­re nie by­ło ciem­no­ścią, lecz płót­nem wszech­świa­ta. Wi­dzia­łem gwiaz­dy ro­dzą­ce się w mgła­wi­cach – ka­ska­dy świa­tła, któ­re ma­lo­wa­ły pust­kę ko­lo­ra­mi, ja­kich nie poj­mie ża­den umysł, od­cie­nia­mi pur­pu­ry, szma­rag­du i zło­ta, któ­re zda­wa­ły się śpie­wać o po­cząt­kach i koń­cach. Dry­fo­wa­łem wśród nich, za­hip­no­ty­zo­wa­ny, choć nie ro­zu­mia­łem, czym jest za­chwyt. Czy ist­nie­je coś, co jest nie­zmien­ne? Czy gwiaz­dy, któ­re wi­dzia­łem, są trwal­sze niż ja, czy tyl­ko chwi­lą w tej sa­mej rze­ce, któ­ra nie­sie nas wszyst­kich? Je­stem rze­ką, po­my­śla­łem, pły­nę przez ko­smos, choć nie wi­dzę brze­gu.

Ogień, któ­ry mnie stwo­rzył, nie ga­śnie. Prze­mie­nia się jak ja w nie­skoń­czo­nym ru­chu. By­łem pło­mie­niem gwiaz­dy, iskrą w jej ser­cu, a te­raz uno­szę się w prze­strze­ni. Nie­wi­dzial­ny wę­dro­wiec bez do­mu, bez imie­nia. Wi­dzia­łem na­ro­dzi­ny ga­lak­tyk, ich spi­ral­ne ra­mio­na, któ­re wi­ro­wa­ły w czer­ni jak tan­cer­ki w ko­smicz­nym ba­le­cie, ich pięk­no, któ­re roz­ry­wa­ło z za­chwy­tu ser­ce, choć ser­ca nie mam. Wi­dzia­łem czar­ne dziu­ry, któ­re po­że­ra­ły świa­tło, jak­by chcia­ły przy­po­mnieć, że na­wet naj­ja­śniej­sze ist­nie­nia ma­ją swój kres. Czy to cha­os, czy po­rzą­dek? Czy wszech­świat jest przy­pad­ko­wym tań­cem czą­stek, czy sym­fo­nią, któ­rej nut jesz­cze nie usły­sza­łem? Nie wiem. Pły­nę z nur­tem wszech­świa­ta, uno­szo­ny je­go prą­dem, któ­ry jest za­rów­no ła­god­ny, jak i nie­ubła­ga­ny. Nie znam swo­je­go prze­zna­cze­nia. Nie wiem, do­kąd zmie­rzam ani co mnie cze­ka – czy no­wa gwiaz­da, czy ob­ca pla­ne­ta, czy wiecz­na pust­ka. Ale wiem jed­no, je­stem czę­ścią cze­goś, co nie­ustan­nie się zmie­nia, cze­goś, co ro­dzi się i umie­ra, by ro­dzić się na no­wo.

Dry­fo­wa­łem tak dłu­go, że la­ta stra­ci­ły sens. Czy czas ma ja­ki­kol­wiek sens dla te­go, co nie ży­je w ludz­kiej ska­li? Mi­lio­ny ob­ro­tów gwiazd, mi­liar­dy od­de­chów wszech­świa­ta. Wi­dzia­łem mgła­wi­ce skrzą­ce się jak dia­men­ty, czar­ne dziu­ry po­że­ra­ją­ce świa­tło, a ja – dro­bi­na wśród dro­bin – pły­ną­łem da­lej, za­hip­no­ty­zo­wa­ny tym wi­do­wi­skiem.

Za­chwy­ca­łem się tym i roz­wa­ża­łem: „Czy two­je trwa­nie ma sens, je­śli nikt go nie do­strze­że?”. Nie znam od­po­wie­dzi. Pły­nę jak rze­ka He­ra­kli­ta, któ­ra ni­g­dy nie jest ta­ka sa­ma, a jed­nak trwa. Czy to wy­star­czy, by ist­nieć? Czy ist­nie­nie po­trze­bu­je ce­lu, czy tyl­ko po­dró­ży?

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

------------------------------------------------------------------------

1.

1 Ba­ruch Spi­no­za

2.

2 Je­an-Paul Sar­tre: „Czło­wiek jest ska­za­ny na wol­ność. Ska­za­ny, bo nie stwo­rzył sa­me­go sie­bie; a jed­nak wol­ny, bo raz wrzu­co­ny w świat, jest od­po­wie­dzial­ny za wszyst­ko, co czy­ni”.

3.

3 He­ra­klit z Efe­zu: „Wszyst­ko pły­nie”.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij