Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wiedzieć, Czuć, Być: Krótkie formy o sprawach długich - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 maja 2026
48,00
4800 pkt
punktów Virtualo

Wiedzieć, Czuć, Być: Krótkie formy o sprawach długich - ebook

Czasem wiemy za dużo, a rozumiemy za mało. Czasem czujemy intensywnie, ale nie potrafimy tego nazwać. A czasem najtrudniej jest po prostu być. Ta książka jest zbiorem krótkich tekstów o sprawach, które wcale krótkie nie są. O moralności, która w teorii jest prosta, a w praktyce zaskakująco elastyczna. O szczęściu, które miało być celem, a bywa kolejnym obowiązkiem. O cierpieniu, które jedni romantyzują, inni wypierają. Nie znajdziesz tu gotowych odpowiedzi ani instrukcji życia w dziesięciu punktach. Jest za to próba spokojnego namysłu nad tym, jak myślimy, jak czujemy i jak często jedno rozmija się z drugim. To książka dla tych, którzy nie mają potrzeby udawać, że wszystko jest oczywiste. Dla tych, którzy wolą zadać niewygodne pytanie, niż powtórzyć wygodną formułę. Krótkie teksty - bo forma ma służyć myśli, nie ją przykrywać. Długie tematy - bo człowieczeństwa nie da się streścić w kilku hasłach.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Esej
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788397985711
Rozmiar pliku: 691 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

Drogi Czytelniku,

jeśli trzymasz tę książkę w dłoniach, to znaczy, że jesteś gotów wyruszyć w podróż – niekoniecznie prostą, ale mam nadzieję, że inspirującą. To nie jest poradnik ani zbiór niepodważalnych reguł. To raczej labirynt myśli, który zaprasza Cię do poszukiwania – nie tyle odpowiedzi, co nowych pytań.

Znajdziesz tu refleksje o moralności, emocjach i paradoksach codzienności. Niektóre rozdziały mogą Cię rozbawić, inne zasmucić, a jeszcze inne po prostu zirytować – i to dobrze. Bo czy nie po to właśnie czytamy, by ruszyć coś, co od dawna siedziało w nas w ciszy?

Nie musisz zgadzać się z tym, co znajdziesz na tych stronach. Właściwie wolałbym, żebyś się nie zgadzał – bo to w różnicy spojrzeń kryje się cała przyjemność rozmowy. Przygotuj się na ironię, refleksję i, być może, nieoczekiwane odkrycia.

Może ta książka stanie się dla Ciebie czymś więcej niż tylko lekturą – może będzie pretekstem do rozmowy z samym sobą lub z kimś, kto myśli inaczej. A jeśli czasem poczujesz, że te pytania nie prowadzą Cię wprost do odpowiedzi, pamiętaj, że to właśnie w niepewności rodzi się coś nowego.

Chciałbym tu podziękować wszystkim, z którymi prowadziłem spontaniczne rozmowy – to one były inspiracją do stawiania pytań i prób wczucia się w wizję innej osoby na dany temat. To dzięki Wam każde z tych zagadnień zyskało nowy wymiar.CO TO ZNACZY BYĆ CZŁOWIEKIEM?

Od zamierzchłych czasów zastanawiały się nad tym najtęższe umysły. Pomocne okazywały się tu tradycyjne pytania: skąd pochodzimy, dokąd zmierzamy. Lecz kim jesteśmy? O tym, jak wiele problemów sprawia to pytanie, możemy się przekonać, studiując historię ustanowienia nazwy gatunkowej współczesnego człowieka. Wachlarz propozycji był szeroki; proponowano m.in. „człowieka religijnego” czy „człowieka sztuki”. Finalnie pozostano przy „człowieku rozumnym”. Ale czy aby na pewno współczesny człowiek jest taki rozumny? Pod po­jęciem rozumu kryje się nie tylko najważniejszy narząd kierujący całym organizmem. Chodzi tu przede wszystkim o tę część człowieczeństwa, która, jak przekonują niektórzy, pozwala odróżnić nas od zwierząt. Są jednak tacy, którzy wierzą, że to zwierzęta potrafią być bardziej ludzkie od ludzi. W moim odczuciu zależy to raczej – jak to się mówi – od „punktu siedzenia”. Pod pewnymi względami idealnym określeniem mógłby być „superdrapieżnik” lub nawet „superpasożyt”. Przemawia za tym cała gama przyziemnych, prymitywnych i zimnokrwistych zachowań, taktyk i instynktów.

Zacznijmy od rządzącego światem pieniądza i związanej z nim ludzkiej obłudy. Nie chodzi tu o dawną amerykańską gorączkę złota, lecz o zakłamaną postawę, kiedy udajemy, że wciąż najważniejsze są relacje, honor czy więzi. Pół biedy, gdy ktoś o swoim podejściu do pieniędzy mówi otwarcie, gdyż wówczas od razu wiemy, jakich zachowań po takiej osobie się można spodziewać. Wtedy ciekawsza jest postawa tych, którzy tę osobę otaczają. A zwykle reakcją ogółu na osobę otwarcie oddaną „walucie” jest oczywiście oburzenie.

Dalej: oskarżanie o bycie płytkim, pozbawionym jakichkolwiek wyższych wartości. Krytycy, formułując takie oskarżenia, nie wiedzą, że w ten sposób obnażają siebie samych – dobrze wiedzą, że kapitał jest współcześnie na pierwszym miejscu, lecz wciąż próbują temu zaprzeczać.

W tym miejscu warto się zastanowić, ilu ludzi potraktowaliśmy dotąd „po macoszemu” – zlekceważyliśmy ich poglądy i zdanie tylko dlatego, że nie zajmują żadnego znaczącego stanowiska. Nie ujmując nic żadnej z tych „grup”, trzeba przyznać, że wiele z tych osób, którym nie poświęcilibyśmy nawet chwili uwagi, kieruje swoje spostrzeżenia w stronę tej cennej, choć często lekceważonej, „mądrości życiowej”.

Kolejnym, tak jakby, filarem człowieczeństwa jest właśnie owa mądrość życiowa. Pomyślmy tylko, jak ogromna jest skala sytuacji, wyborów i zdarzeń, których moglibyśmy uniknąć, zmienić je lub ulepszyć – gdyby tylko tę misternie zbieraną przez lata mądrość posiadać wcześniej, a nie po fakcie. Fakcie, który – jak się później okaże – może stanowić meritum naszej ziemskiej podróży.

Stąd pytanie: czy nie powinniśmy jednak wystąpić wbrew przysłowiu „człowiek uczy się na własnych błędach”? O ironio – może właśnie dzięki wsłuchaniu się w doświadczenia innych moglibyśmy uniknąć tych największych błędów. Tych, które naprawdę widać dopiero wtedy, gdy jest już po wszystkim.

CEGIEŁKI CZŁOWIECZEŃSTWA: EMOCJE, UCZUCIA I INNE MATERIAŁY ŁATWOPALNE

Nie ma na tym świecie osoby, która przynajmniej nie przeczuwa z tyłu głowy, że charakter – filar człowieczeństwa – jest zagadnieniem wyjątkowo złożonym. Nie ma się co dziwić – wszak tworzą go emocje, uczucia.

OD KUPIDYNA DO BRUTUSA. MIĘDZY NAJDROŻSZYM DAREM A NAJGŁUPSZYM GRZECHEM

Każdy z nas przychodzi na ten świat z różnym „zestawem” tak losowo dobranych elementów jak płatki śniegu. Ile ludzi, tyle historii, a nic tak nie kształtuje ludzkich historii jak decyzje podejmowane w pośpiechu, podyktowane nie „chłodnym” rozumem, lecz „gorącymi” emocjami. Nie jest to jednak czarno-białe. Nie sposób bowiem tak wymieniać składowych osobowości, aby odbiorca nie nabrał wrażenia, że któraś z nich ma wyższą rangę i zasługuje na miano rządzącej światem. Choć wydaje się, jakoby ludzkość już o tym zadecydowała. Wystarczy wspomnieć pewną epokę literacką, której istnienie opierało się na konkretnej emocji – choć odpowiedniejsze jest tu słowo „uczucie”, gdyż właśnie silne uczucie do drugiej osoby, zwierzęcia, w skrajnych przypadkach przedmiotu – lub coraz częściej w obecnych czasach do samego siebie – nazywamy miłością. Jako chyba jedyne z uczuć kojarzy się przede wszystkim wyłącznie z dobrem.

Cóż za obłuda! Wszystko ma drugą stronę medalu. Miłość potrafi oczywiście tworzyć wspaniałe rzeczy, zarówno w skali jednostki, jak i globalnie. Lecz wielka potęga, która za tym idzie, potrafi się odbić szerszym echem. Nie ma wszak lepszego motywu do wszelkiego występku jak głęboka miłość. Gdy bowiem zostaje zdradzona, odtrącona, niezauważona lub wyśmiana, błyskawicznie zmienia się z siły budującej w niszczycielską. Od miłowania do nienawidzenia; od chęci ofiarowania wszystkiego, co najcenniejsze, do zazdrości chcącej odebrać nawet godność; od wewnętrznej potrzeby i pragnienia zapewnienia bezpieczeństwa do życzenia najgorszego końca. Takie skrajne postawy mogą nasunąć pytanie, czy człowiek w pełni zasługuje na miano rozumnego. Jednak czy bylibyśmy w pełni ludźmi, gdybyśmy stali się kierującymi się niewzruszonym rozumem maszynami? Nie chcąc konkurować z wieloma wybitnymi postaciami, opiewającymi w swych dziełach stan po trafieniu strzałą Kupidyna, nie przeznaczę tu na nią więcej miejsca. Skupię się raczej na jednym z grzechów głównych – tym, jak powiedziała pewna osoba, najgłupszym. A najgłupszym dlatego, że za jego sprawą nic nie zyskujemy.

Zazdrość, bo o niej tu mowa, może być dwojaka. Pierwsza – dobra, można powiedzieć zdrowa, która albo będzie stanowić zaczątek ambitnej pracy, by dorównać obiektowi owej zazdrości, albo będzie wspierać ambicję już istniejącą. Niestety ten ­rodzaj zazdrości pojawia się rzadko. Częściej wybieramy drugą, wyniszczającą drogę. Aż w końcu orientujemy się (jak to nierzadko bywa w sąsiedzkich sporach), że im bardziej staraliśmy się danemu człowiekowi zaszkodzić, tym bardziej szkodziliśmy samym sobie. Ile nerwów przysporzyły nam intrygi, aby otrzymać – jak się nam wydawało – zadośćuczynienie… Jak bardzo ucierpiały nasze relacje z innymi ludźmi – bliskimi, przyjaciółmi… Zaufanie, którym nas darzyli, musiało ustąpić strachowi przed toczącą nas „chorobą”.

A jak z kolei możemy rozumieć zaufanie, doświadczać go i nim obdarzać, skoro zawsze wolimy mieć pewność niż komuś zawierzyć. Ujawniający się tu paradoks dobrze pokazuje, jaka odpowiedzialność spoczywa na każdym z nas.

Najlepiej widać to na przykładzie naszych czasów. Niewielu ludzi ma dziś na tyle silną psychikę, by samodzielnie poradzić sobie z codziennymi przeżyciami – zarówno radościami i sukcesami, jak i porażkami czy smutkiem. Większość z nas potrzebuje w swoim otoczeniu kogoś, komu moglibyśmy się zwierzyć. Kogoś, kto pomoże to wszystko w głowie poukładać. Fantastycznie, jeśli taką osobą okaże się ktoś, z kim wiążemy przyszłość. Ale rzeczywistość wygląda inaczej – i właśnie dlatego coraz trudniej znaleźć dobrego specjalistę. Być może wkrótce stanie się to czymś zupełnie naturalnym – że każdemu potrzebny będzie taki „powiernik”.

Od zarania dziejów człowiek musiał być czujnym i mieć „oczy dookoła głowy”, aby przetrwać, a także zapewnić bezpieczeństwo sobie i swoim bliskim. Przez wieki powody tej czujności się zmieniły. Da przykładu plagą naszych czasów są wszelakiego rodzaju oszuści i oszustwa. To z kolei podwyższa poziom wiarygodności, jaki należy osiągnąć, aby człowiek zaufał człowiekowi, otworzył się przed nim. I tu wpadamy w pętlę. Z jednej strony chcemy się uzewnętrznić, a z drugiej – nie zapominamy o nożu, który Brutus wbił Cezarowi w plecy.

Może w takim razie, aby uzdrowić międzyludzkie zaufanie, powinniśmy przyjąć system zero-jedynkowy?

Może otwarcie powinniśmy uznać: albo mamy, albo nie mamy do kogoś zaufania. Może wyrzuciwszy wszystko „pomiędzy”, społeczeństwo nareszcie zbliżyłoby się do pewnego wykluczenia – a przynajmniej ograniczenia, gdyż pełne wykluczenie jest niemożliwe – zakłamania, dwulicowości.

Bo jak podsumowała Pamela Britton: „Lepszy jawny wróg niż fałszywy przyjaciel”.KONFORMIŚCI VS. NONKONFORMIŚCI

Żyjemy w społeczeństwie, które od zawsze wymagało (wydaje się to immanentną cechą każdej społeczności), wymaga i będzie wymagać dostosowania się do pewnych ogólnie przy­jętych konwenansów, czy to przez wzgląd na krąg kulturowy, czy aktualnie panującą modę, czy też coś pomiędzy. To, jak się do nich ustosunkujemy, w jakim stopniu przyjmiemy je do swojego życia, jak przekształcimy, jak wiernie będziemy się ich trzymać, na jak długo z nami zostaną – decyduje o tym, jak postrzegają nas pozostali współplemieńcy.

Zacznijmy od tego, że pojęcie „normalności” jest płynne i zależy od kontekstu, w którym funkcjonujemy. To, co dla jednej społeczności jest normą, dla innej może być przejawem dziwactwa bądź wręcz herezji. Przykładem niech będzie różnica w postrzeganiu zachowania przy stole. Warto też zauważyć, że normy, które nas otaczają, często są wynikiem kompromisu – nie zawsze są idealne, ale mają na celu utrzymanie porządku społecznego. Jednakże w tym porządku kryje się pułapka: jeśli staramy się zbyt mocno wpasować w ramy narzucone przez innych, ryzykujemy utratę własnej tożsamości. Choć warto się tu zatrzymać: czy „własna” znaczy „autonomiczna”? A może po prostu oswojona przez nas część kulturowej układanki? Jak pisał Geert Hofstede, to właśnie kultura – nie biologia – determinuje, czy będziemy skłonni myśleć w kategoriach „ja”, czy „my”. W kulturach indywidualistycznych (jak USA czy Europa Północna) tożsamość opiera się na autonomii, a wyróżnianie się na tle innych jest wartością. Tymczasem w społeczeństwach kolektywistycznych (np. Japonia, Chiny) jednostka to fragment większej całości – i od niej zależy jej sens. Edward T. Hall dodaje do tego subtelności komunikacyjne: w kulturach niskiego kontekstu (np. Niemcy) tożsamość buduje się wprost, przez deklaracje i działania. W kulturach wysokiego kontekstu (np. kraje arabskie, Chiny) tożsamość jest „czytana między wierszami” – z relacji, miejsca w strukturze, oczekiwań nieformalnych. Może więc tożsamość to nie wyspa, ale archipelag – zbudowany z norm, przekonań i wpływów, które współtworzą nas bardziej, niż chcielibyśmy przyznać?

Z drugiej strony nadmierne odrzucanie norm może prowadzić do społecznego wykluczenia. Można więc zadać pytanie: czy „normalność” jest celem samym w sobie, czy jedynie narzędziem, które pozwala nam funkcjonować w grupie? Być może to balans między akceptacją norm a ich świadomym kwestio­nowaniem czyni nas autentycznymi. I tutaj zaczyna się przestrzeń na refleksję nad naszą indywidualnością: czy jesteśmy w stanie żyć w zgodzie z samym sobą, jednocześnie nie burząc delikatnej tkanki społecznych zależności? W tym miejscu warto zastanowić się również nad wpływem współczesnych technologii i globalizacji. Żyjemy w czasach, w których
„normalność” jest niemal natychmiast weryfikowana przez tysiące, jeśli nie miliony ludzi na platformach społecznościowych. Czy „normalność” nie stała się przypadkiem czymś, co kreujemy pod presją lajków, algorytmów i trendów, a nie autentycznym wyrazem naszej istoty? Ta presja wirtualnego świata zdaje się jeszcze bardziej zacierać granice między tym, co „normalne”, a tym, co jedynie chwilowo akceptowalne. Zauważmy, że w dobie mediów społecznościowych „normalność” staje się wręcz produktem – czymś, co można sprzedać, wypromować i odrzucić, gdy przestanie być „na czasie”. W obliczu tego zjawiska rodzi się pytanie: czy wciąż jesteśmy w stanie odróżnić to, co jest naszą wewnętrzną potrzebą, od tego, co zostało nam zasugerowane? Czy dążenie do akceptacji w oczach innych – zarówno tych bliskich, jak i anonimowych obserwatorów – nie zagraża naszej autentyczności? Można powiedzieć, że żyjemy w swoistym paradoksie: z jednej strony pragniemy być wyjątkowi i wyróżniać się na tle innych, z drugiej zaś – lęk przed odrzuceniem każe nam dostosowywać się do narzucanych wzorców. Może więc nie chodzi o to, by wpisywać się w normy – ale o to, by nie tracić siebie. Nie zachowuj się jak wszyscy. Zachowuj się tak, jak czujesz, że powinieneś – nawet jeśli to oznacza samotność. A może właśnie wtedy oznacza prawdę. Bo może właśnie to jest najtrudniejsze: pozostać sobą, kiedy wszyscy oczekują, że będziesz kimś innym. W efekcie często rezygnujemy z tego, co nas wyróżnia, by uniknąć etykiety „innego” czy „dziwnego”. Ale czy warto? Czy właśnie ta „inność” nie jest tym, co czyni nas prawdziwie ludźmi? Być może „normalność” to po prostu wyraz naszej potrzeby przynależności, a równocześnie wyzwanie, by nie zatracić się w tym społecznym tyglu. Uważam, że dotyczy to zarówno ­jednej, jak i drugiej strony społeczno­-pokoleniowej sceny – tych, którzy chcą za wszelką cenę utrzymać status quo, jak i tych, którzy chcą je za wszelką cenę zburzyć. Bo choć ich cele się różnią, mechanizmy działania bywają zaska­kująco podobne.

FANATYZM ZERO-JEDYNKOWY

Ale z czasem zacząłem dostrzegać inną stronę medalu. Refleksję, która już wykracza poza sam konformizm, a zahacza o coś znacznie groźniejszego – fanatyzm. Zdążyłem już zaznaczyć, że system zero-jedynkowy jest lepszy od „złotego środka”, wskazując, iż ten pierwszy porządkuje relacje międzyludzkie i sprawia, że są bardziej klarowne (np. zaufanie). Koncepcja ta stoi jednak w sprzeczności z tzw. skrajnym fanatyzmem (swoją drogą czy fanatyk może stać się skrajnym, skoro ze swej definicji ślepo podąża za daną ideą?). Fanatycy bowiem ten wyżej wspomniany system przyjęli za życiową mantrę i uczynili z niego narzędzie absolutnej segregacji, eliminując wszelkie odcienie szarości, które są naturalną częścią ludzkich relacji. I to można się zastanawiać, czy problem leży w samej metodzie, czy raczej w jej interpretacji i wykorzystaniu przez jednostki, które postrzegają świat wyłącznie przez pryzmat fanatyzmów. Fanatyzm w ich przypadku polega na tym, że każde odchylenie od ustalonej „normy” jest zdradą, a każdy, kto nie mieści się w ramach zero-jedynkowego świata, zostaje napiętnowany. Tym samym system, który miał sprzyjać klarowności i porządkowi, staje się źródłem chaosu i podziałów. System zero-jedynkowy w swojej istocie może być skuteczny jako narzędzie porządkowania myśli i decyzji, ale gdy traktuje się go jako absolut – niepodlegający refleksji ani kontekstowi – zaczyna prowadzić do wykluczenia, uprzedzeń i konfliktów. Problem z fanatyzmem nie wynika zatem jedynie z jego skrajności, lecz z braku zdolności do autorefleksji i krytycznego myślenia, z zamknięcia się na dialog, które są fundamentem zdrowych relacji międzyludzkich. Ostatecznie być może system zero-jedynkowy nie jest problemem sam w sobie, lecz jest nim sposób jego interpretacji i stosowania, który – w rękach fanatyka – przybiera karykaturalną formę. Warto jednak zaznaczyć, że zdrowa wspólnota może – a nawet powinna – prezentować na zewnątrz jednolitą narrację. Ale to możliwe tylko wtedy, gdy jej członkowie są świadomi istnienia wewnętrznych słabości, gotowi je zauważyć i podjąć próbę ich naprawy. W przeciwnym razie jedność przeradza się w fasadę, a spójność – w represję.

KTO KOGO PSUJE: POLITYKA CZŁOWIEKA CZY CZŁOWIEK POLITYKĘ?

Całkiem niemałe już grono osób uważa politykę za sferę życia, która – no właśnie – albo sama psuje człowieka (co najmniej moralnie), albo po prostu przyciąga osoby o już wątpliwej reputacji i etyce. W pierwszej chwili skłaniałbym się ku tej drugiej opcji, jednak z czasem coraz bardziej przemawia do mnie ­teoria mieszana – że jedno i drugie się przenika. Polityka nie jest czymś z gruntu złym. To możliwości, pokusy i zyski, jakie oferuje, skłaniają ku niej ludzi z pewną „brudną zadrą”. I często wywiera ona destrukcyjny wpływ na jednostki, które się nią parają. Być może to nie polityka sama w sobie jest zepsuta, lecz ludzkie ambicje, słabości i pragnienie władzy sprawiają, że staje się ona areną konfliktów moralnych. Możliwe, że właśnie te pokusy – władza, wpływy, pieniądze – przyciągają osoby, które już mają w sobie predyspozycje do kompromisów moralnych. W praktyce polityka wydaje się przestrzenią, gdzie walka o władzę przesłania pierwotne ideały. Wielu idealistów, chcących zmieniać świat na lepsze, kiedy wchodzi do tej sfery, szybko napotyka opór systemu – systemu, który zdaje się faworyzować tych, którzy potrafią grać nieczysto, manipulować faktami i przedkładać interesy własne nad dobro wspólne. Jedynym rozwiązaniem jest wtedy ugięcie się pod normy „elit” i granie w taki sposób, aby zbudować swoją silną pozycję. Tylko wówczas można się łudzić nadzieją, że uda się przemycić do tego świata swoje wysokie wartości. Największym kunsztem jest to, by po osiągnięciu pierwszego etapu – zdobyciu pozycji i wpływów – nie zapomnieć, że istniał też etap drugi: przemycenie własnych wartości, dla których w ogóle się to wszystko zaczęło. Polityka może być lustrem społeczeństwa – odbiciem jego wartości, priorytetów i etyki. Jeśli dominuje w niej cynizm, egoizm i krótkowzroczność, to dlatego, że te same cechy przeważają w społeczeństwie, które ją kształtuje. W ten sposób polityka wydaje się nie tyle przyczyną zepsucia, co miejscem, gdzie ludzkie słabości wychodzą na jaw i nierzadko dominują nad szlachetnymi intencjami. A jednak krótkowzroczne jest to myślenie, które skupia się wyłącznie na wadach systemu, zapominając o jego potencjale do budowania sprawiedliwości i rozwiązywania problemów wspólnoty. Aby polityka mogła naprawdę służyć dobru wspólnemu, musi dojść do zmiany na wielu poziomach – od edukacji obywatelskiej, przez większą transparentność władzy, aż po kultywowanie kultury współpracy i dialogu. Dlatego pojawia się pytanie: czy to polityka deprawuje ludzi, czy ludzie o skłonnościach do deprawacji lgną do polityki?

OSTATNI DZIEŃ W ŻYCIU
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij