Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Wiedźmy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 kwietnia 2017
22,99 zł
2299 pkt
punktów Virtualo

Wiedźmy - ebook

Wiedźmy z bajek noszą zawsze głupawe czarne kapelusze, czarne peleryny i latają na miotłach. Ta historia nie jest jednak bajeczką. Opowie wam o PRAWDZIWYCH WIEDŹMACH. Ubierają się całkiem normalnie i wyglądem przypominają zwykłe kobiety. Mieszkają w zwyczajnych domach i jak wszyscy CHODZĄ DO PRACY.

Dlatego tak trudno je przyłapać. Strzeżcie się! Wiedźmy są bardzo niebezpieczne – chcą wszystkie dzieci zamienić w myszy. Przekona się o tym bohater książki, który będzie musiał się zmierzyć z Arcy-Wiedźmą. Najgorszą czarownicą na świecie!

***

Dzieci kochają książki Roalda Dahla, a jego "Charlie i fabryka czekolady" oraz "Matylda" należą do ulubionych lektur szkolnych. Można je też zobaczyć w wersjach filmowych. Steven Spielberg wyreżyserował film zatytułowany "BFG", którego pierwowzorem jest opowieść o Bardzo Fajnym Gigancie. Natomiast reżyser Benicio Del Toro pracuje nad adaptacją "Wiedźm".

Kategoria: Dla dzieci
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-4003-2
Rozmiar pliku: 4,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1
KILKA UWAG O WIEDŹMACH

Wiedźmy z bajek noszą zawsze głupawe czarne kapelusze, czarne peleryny i latają na miotłach.

Ta historia nie jest jednak bajeczką. Opowie wam o PRAWDZIWYCH WIEDŹMACH.

Oto, co koniecznie powinniście o nich wiedzieć. Słuchajcie bardzo uważnie. Miejcie się zawsze na baczności, by nie zapomnieć, do czego one są zdolne.

PRAWDZIWE WIEDŹMY _ubierają się całkiem normalnie i wyglądem przypominają zwykłe kobiety. Mieszkają w zwyczajnych domach i jak wszyscy_ CHODZĄ DO PRACY.

Dlatego tak trudno je przyłapać.

Prawdziwa wiedźma nienawidzi dzieci zajadłą nienawiścią, zajadlejszą od najzajadlejszej nienawiści, jaką można by sobie wyobrazić.

PRAWDZIWA WIEDŹMA nic, tylko knuje, jak pozbyć się dzieciaków w swojej okolicy. Wprost marzy o tym, by wykończyć je jedno po drugim. Myśli o tym przez cały dzień. Nawet gdy siedzi w kasie supermarketu, przepisuje listy dla szefa w biurze albo krąży po mieście szałową bryką (wszystko to jest możliwe w ich przypadku), w jej głowie bez ustanku kotłują się i kipią, buzują, kitłaszą się i kłębią mordercze plany.

– Które dziecko mam wybrać? – zastanawia się wiedźma przez cały dzień. – Które by tu teraz rozkwasić?

PRAWDZIWA WIEDŹMA czerpie taką samą przyjemność z rozkwaszania dzieciaka, jaką _ty_ czujesz nad talerzem truskawek z gęstą śmietaną.

Przeciętnie załatwia jedno na tydzień. Niższy wynik wprawia ją w podły humor.

_Jeden smarkacz na tydzień to pięćdziesięciu dwóch rocznie._
_Zgnieść je na miazgę, rozkwasić i zlikwidować._

Takie motto przyświeca wiedźmom.

Ofiara zostaje wybrana bardzo starannie. Następnie wiedźma tropi nieszczęsne dziecko jak myśliwy polujący w lesie na ptaszka. Stąpa ostrożnie. Porusza się cichutko. Podchodzi coraz bliżej. I wreszcie, gdy wszystko jest już gotowe... _ziuuuu!._.. rzuca się na ofiarę. Sypią się iskry. Buchają płomienie. Olej skwierczy. Szczury wyją. Skóra cierpnie, a dziecko znika.

Trzeba ci wiedzieć, że wiedźma nie bije dzieci po głowach, nie dźga ich nożem ani nie strzela do nich z pistoletu. Ludzie, którzy tak postępują, trafiają w ręce policji.

Wiedźma nigdy nie zostaje złapana. Pamiętaj, że zna ona różne magiczne sztuczki i że ma diabelską naturę. Może kazać kamieniom skakać jak żaby i umie sprawić, by języczki płomieni lizały lustro wody. Jej magiczne zdolności budzą grozę.

Na szczęście w dzisiejszych czasach nie ma już aż tak wielu PRAWDZIWYCH WIEDŹM. Jest ich jednak na tyle dużo, że nadal trzeba być czujnym. Prawdopodobnie w samej Anglii żyje ich w sumie około setki. W niektórych krajach może ich mieszkać więcej, a w innych troszkę mniej. Żaden jednak nie jest całkowicie wolny od WIEDŹM.

Wiedźma jest zawsze kobietą.

Nie chciałbym mówić źle o paniach. Większość jest przeurocza. Nic jednak nie zmieni faktu, że wszystkie wiedźmy _są_ rodzaju żeńskiego. Nie ma czegoś takiego jak męska wiedźma.

Wampir natomiast jest nieodmiennie mężczyzną. Wiedźmin też. Obaj są niebezpieczni. Jednak żaden ani w połowie tak, jak PRAWDZIWA WIEDŹMA.

Jeśli chodzi o dzieci, PRAWDZIWA WIEDŹMA jest dla nich najgroźniejszym spośród wszystkich żyjących na ziemi stworzeń. Fakt, że wcale nie _wygląda_ na taką, której należałoby się obawiać, podwaja niebezpieczeństwo. Nawet jeśli poznacie jej wszystkie sekrety (o których będzie tu mowa za minutkę), nadal nie będziecie mieć całkowitej pewności, czy osoba, na którą akurat patrzycie, jest wiedźmą, czy po prostu zwyczajną, miłą kobietą. Gdyby tygrys potrafił upodobnić się do dużego, merdającego ogonem psa, pewnie podeszlibyście do niego bez wahania i pogłaskali go po łbie. Podobnie ma się sprawa z wiedźmami. Wszystkie wydają się miłe.

Przyjrzyjcie się, proszę, uważnie rysunkowi poniżej. Która z pań na nim jest wiedźmą? Stawiam wam trudne pytanie, ale każde dziecko musi spróbować na nie odpowiedzieć.

Bo może nie zdajesz sobie sprawy, że twoją najbliższą sąsiadką jest właśnie wiedźma.

A może jest nią ta dama o pięknych, błyszczących oczach, która dziś rano siedziała naprzeciw ciebie w autobusie?

Kto wie, czy nie jest nią pani, która z ujmującym uśmiechem tuż przed obiadem poczęstowała cię na ulicy cukierkiem z białej papierowej torebki.

Albo – tylko nie podskocz z wrażenia – wiedźmą może okazać się nawet twoja kochana pani w szkole – ta, która w tym momencie czyta ci właśnie te słowa. Przyjrzyj się uważnie nauczycielce. Przypuszczalnie śmieje się, że tak niedorzeczny pomysł mógł w ogóle przyjść komuś na myśl. Nie daj się jednak zwieść. To może być przemyślane zagranie.

Naturalnie, ani przez minutę nie próbuję ci wmówić, że twoja nauczycielka jest rzeczywiście wiedźmą. Mówię tylko, że nie jest to _wykluczone_. Wprawdzie mało prawdopodobne, ale – mimo wszystko – _możliwe._

Och, gdybyż istniał sposób pozwalający bez wątpienia rozpoznać, która pani jest wiedźmą, a która nie, wówczas można by było wyłapać je wszystkie i przepuścić przez maszynkę do mięsa.

Niestety, nie ma takiej metody. _Są_ jednak pewne cechy, pewne drobne dziwactwa właściwe wszystkim wiedźmom, i jeśli o nich wiecie, jeżeli zawsze będziecie ich wypatrywać, to może uda wam się uniknąć rozkwaszenia, nim zdążycie dorosnąć.2
MOJA BABCIA

Sam dwukrotnie zetknąłem się z wiedźmami, kiedy miałem niespełna osiem lat.

Za pierwszym razem wyszedłem z tego bez szwanku, za drugim było gorzej. Gdy przeczytacie, co mi się przytrafiło, będziecie mieli ochotę wrzeszczeć ze strachu. Nic na to nie poradzę. Muszę powiedzieć całą prawdę. Fakt, że wciąż tutaj jestem i mogę z wami gadać (bez względu na to, jak dziwnie teraz wyglądam), zawdzięczam wyłącznie mojej wspaniałej babci.

Babcia była Norweżką. Norwegowie wiedzą wszystko o wiedźmach, bo ten kraj – pełen ciemnych lasów i oblodzonych gór – jest ojczyzną wszelkich czarownic. Moi rodzice też pochodzili z Norwegii, ale ponieważ tata miał firmę w Anglii, ja się już tam urodziłem i poszedłem do brytyjskiej szkoły. Dwa razy w roku, na święta Bożego Narodzenia i w czasie wakacji, jeździliśmy do babci do Norwegii. O ile dobrze pamiętam, ta starsza pani była naszą jedyną żyjącą krewną. Była matką mojej mamy, a ja absolutnie ją uwielbiałem. Gdy przebywałem z babcią, rozmawialiśmy po norwesku lub po angielsku. Wszystko nam było jedno, którym językiem mówimy. Oba znaliśmy równie dobrze, a muszę się wam przyznać, że babcia była mi nawet bliższa niż mama.

Wkrótce po moich siódmych urodzinach rodzice, jak zwykle, zabrali mnie na Boże Narodzenie do babci do Norwegii. I właśnie tam, gdzieś na północ od Oslo, gdy jechaliśmy samochodem po oblodzonej drodze, auto ześlizgnęło się z szosy i stoczyło w skalisty wąwóz. Rodzice zginęli w tym wypadku. Ja tylko rozciąłem sobie czoło, bo byłem mocno przypięty pasami do tylnego siedzenia.

Nie chcę wspominać koszmaru owego dramatycznego popołudnia. Myśl o nim dalej przyprawia mnie o dreszcz. Ostatecznie wylądowałem naturalnie u babci i w jej ciasnym uścisku przepłakałem wraz z nią całą noc.

– Co my teraz zrobimy? – zapytałem babcię przez łzy.

– Zostaniesz tutaj ze mną, a ja będę się tobą opiekowała – odparła.

– To znaczy, że nie wrócę do Anglii?

– Nie – odrzekła. – To niemożliwe. Moja dusza ma miejsce w niebie, ale kości muszą spocząć w Norwegii.

Nazajutrz babcia zaczęła opowiadać mi różne historie po to, byśmy oboje zapomnieli trochę o smutku. Robiła to wspaniale, a ja byłem oczarowany jej bajkami. Najsilniejsze emocje nadeszły jednak z chwilą, gdy poruszyła temat wiedźm. Była wyraźnie ekspertem w tej dziedzinie i nie kryła przede mną faktu, że w przeciwieństwie do poprzednich historii te o wiedźmach nie były wymyślone. Przytrafiły się całkiem naprawdę. Na _mur-beton._ Były faktami. Babcia chciała, bym uwierzył, że wszystko, co mi opowiada o wiedźmach, rzeczywiście się wydarzyło. Co gorsza – a to o wiele bardziej mnie zmartwiło – dowiedziałem się, że te wiedźmy wciąż żyją pośród nas. I w dodatku można je spotkać wszędzie, o czym też mnie przekonywała.

– Ty _naprawdę_ nie zmyślasz, babciu? _Naprawdę wcale_ nie bujasz?

– Kochanie – odpowiedziała – nie pożyjesz długo na świecie, jeśli nie będziesz umiał rozpoznać wiedźmy.

– Ale przecież mi powiedziałaś, że one wyglądają jak wszystkie inne panie. Jak mam je w takim razie od nich odróżnić?

– Słuchaj uważnie, co ci mówię. Musisz wszystko dokładnie zapamiętać. A potem pozostaje ci tylko przeżegnać się, westchnąć do nieba i mieć nadzieję, że nie spotka cię nic strasznego.

Siedzieliśmy w salonie jej domu w Oslo, a ja właśnie miałem iść spać. Babcia nigdy nie zaciągała zasłon i przez okna widziałem, jak wielkie płatki śniegu powoli opadają na czarny jak smoła świat. Babcia była straszliwie stara i pomarszczona, a jej zwaliste ciało spowijały szare koronki. Wyglądała doprawdy majestatycznie w fotelu, który szczelnie wypełniała swoją osobą. Nawet mysz nie przecisnęłaby się obok niej. Ja – siedmioletni szkrab w piżamie, szlafroku i pantoflach – siedziałem skulony u jej stóp.

– Przysięgasz, że nie robisz mnie w konia? – powtarzałem. – Dajesz słowo, że to nie bujdy?

– Posłuchaj – odpowiedziała. – Znałam przynajmniej pięcioro dzieci, które po prostu zniknęły z powierzchni ziemi i już nigdy się nie znalazły. Zostały porwane przez wiedźmy.

– A ja myślę, że chcesz mnie jednak nastraszyć.

– Chcę mieć pewność, że unikniesz losu tych dzieci – wyjaśniła. – Kocham cię i chcę, abyś ze mną pozostał.

– To opowiedz mi o dzieciakach, które zniknęły.

Żadna z innych znanych mi babć nie lubiła mocnego tytoniu. Moja, nim rozpoczęła historię, zapaliła długie czarne cygaro, cuchnące tlącą się gumą.

– Pierwsze porwane dziecko – powiedziała – nazywało się Ranghild Hansen. Ranghild miała wówczas około ośmiu lat i bawiła się z młodszą siostrzyczką na trawniku. Ich mamusia, zajęta pieczeniem chleba w kuchni, wyszła na chwilę na dwór, by odetchnąć świeżym powietrzem.

„A gdzie Ranghild?” – spytała.

„Poszła gdzieś z taką wysoką panią” – wyjaśniła jej młodsza córeczka.

„Z jaką wysoką panią?” – zdziwiła się mama.

„Taką wysoką, w białych rękawiczkach” – powtórzyła dziewczynka. „Wzięła Ranghild za rączkę i gdzieś ją zabrała”.

Nikt więcej – opowiadała babcia – nie zobaczył już nigdy Ranghild.

– Nie szukali jej? – zapytałem.

– Szukali w promieniu wielu mil. Całe miasto ruszyło do pomocy, ale nigdy jej nie znaleźli.

– A co stało się z pozostałą czwórką?

– Przepadli, podobnie jak ta dziewczynka.

– Jak, babciu? Jak przepadli?

– W każdym przypadku, tuż zanim to nastąpiło, przed domem widziano obcą kobietę.

– Ale w jaki sposób zniknęli?

– Drugi przypadek był dziwny – ciągnęła babcia. – Na Holmenkollen mieszkała pewna rodzina nazwiskiem Christiansen. W ich salonie wisiał stary olejny obraz, który bardzo sobie cenili. Malowidło przedstawiało kilka kaczek na podwórku obejścia. Nie było tam żadnych ludzi, tylko to stadko ptaków na trawniku, na tle domostwa. To był ogromny obraz, dosyć ładny. Pewnego dnia córka gospodarzy, Solveg, wróciła ze szkoły, gryząc jabłko. Jak powiedziała – jakaś miła, spotkana na ulicy pani dała jej owoc. A rankiem następnego dnia łóżko dziewczynki było puste. Rodzice szukali jej wszędzie, ale nie mogli znaleźć. I nagle ojciec krzyknął: „Tam jest! To przecież nasza Solveg karmi kaczki!”. Wskazywał przy tym olejne malowidło, na którym rzeczywiście widniała Solveg. Stała na podwórku i z koszyka rzucała kaczkom chleb. Ojciec podbiegł do obrazu i dotknął dziewczynki. Nic to jednak nie dało. Była bowiem częścią namalowanej sceny, malunkiem na płótnie.

– Czy _ty,_ babciu, widziałaś kiedykolwiek ten obraz, z tą dziewczynką?

– Wiele razy – przyznała. – A co dziwniejsze, Solveg zmieniała na nim pozycje. Czasem znajdowała się wewnątrz domu, a wtedy jej twarz widoczna była w oknie, przez które wyglądała. Innym razem stała w oddali, po lewej stronie, z kaczką w ramionach.

– A widziałaś, babciu, jak ona się porusza na tym obrazie?

– Tego nikt nigdy nie zauważył. Gdziekolwiek była – czy na zewnątrz, zajęta karmieniem kaczek, czy w środku, za szybą okna – zawsze tkwiła tam nieruchomo, namalowana olejną farbą. To było bardzo dziwne. Rzeczywiście niesamowite – stwierdziła babcia. – Co najdziwniejsze, w miarę upływu lat dziewczynka na obrazie się starzała. Po dziesięciu latach zmieniła się z dziecka w młodą kobietę. Po trzydziestu osiągnęła wiek średni, a gdy minęły następne pięćdziesiąt cztery lata, nagle całkiem stamtąd zniknęła.

– To znaczy, że umarła?

– Kto wie? – odparła babcia. – W świecie wiedźm zdarzają się bardzo niezwykłe rzeczy.

– Opowiedziałaś mi już historie dwojga dzieci. A co się stało z trzecim?

– Numer trzy to malutka Birgit Svenson – ciągnęła babcia. – Mieszkała naprzeciwko naszego domu. Pewnego dnia zaczęła porastać piórkami na całym ciele. W ciągu miesiąca zmieniła się w wielkiego białego kurczaka. Jej rodzice przez całe lata trzymali ją w kurniku. Nawet znosiła jajka.

– A jakiego one były koloru?

– Były brązowe – przypomniała sobie babcia. – I największe, jakie w życiu widziałam. Jej mama robiła z nich przepyszne omlety.

Przyglądałem się babci, która siedziała jak antyczna królowa na swoim tronie. Jej szaromgliste oczy wpatrywały się w niewidoczny horyzont, oddalony od nas o całe mile. Tylko cygaro wciąż wydawało się rzeczywiste, a jego dym unosił się w postaci błękitnych chmur wokół jej głowy.

– No, ale ta dziewczynka zamieniona w kurczaka nie zniknęła? – spytałem.

– Birgit? Nie. Żyła przez wiele lat, znosząc brązowe jaja.

– A powiedziałaś przedtem, że wszyscy gdzieś przepadli.

– Pomyliłam się – przyznała babcia. – Starzeję się i pamięć mnie zawodzi.

– A co z tym czwartym dzieckiem?

– Czwarty dzieciak był chłopcem imieniem Harald – powiedziała. – Pewnego ranka jego skóra stała się szarożółta. A potem popękała jak skorupka orzecha. Do wieczora chłopiec zmienił się w kamień.

– W kamień? W prawdziwy kamień? – wykrzyknąłem.

– W granit – sprecyzowała. – Kiedyś, jeżeli zechcesz, pójdziemy go zobaczyć, bo rodzina dalej trzyma go w domu. Jest kamienną figurką w holu, a goście opierają o niego parasole.

Mimo młodego wieku nie chciało mi się wierzyć we wszystko, co mi opowiadała babcia.

A z drugiej strony mówiła z tak wielkim przekonaniem, tak śmiertelnie poważnie i bez cienia uśmiechu lub zająknienia, że zaczynałem się wahać.

– Mów dalej – poprosiłem. – Twierdziłaś, że tych dzieci było pięcioro. Jaki los spotkał piąte?

– Chciałbyś się może zaciągnąć moim cygarem? – zapytała.

– Mam tylko siedem lat – przypomniałem.

– Wiek nie gra roli. – Babcia machnęła ręką. – Ci, którzy palą cygara, nigdy nie łapią katarów.

– A co było z tym piątym?

– Numer pięć – powiedziała, żując przy tym koniec cygara, jakby to był soczysty szparag – numer pięć to ciekawy przypadek. Dziewięcioletni chłopiec imieniem Leif spędzał wakacje z rodziną. Zrobili sobie piknik nad fiordem, gdzie pływali, skakali do wody ze skał na jednej z tych wysepek. Mały Leif zanurkował, a jego tata, który to obserwował i zauważył, że chłopiec wyjątkowo długo pozostaje pod wodą. Kiedy wreszcie wynurzył się na powierzchnię, nie był już chłopcem.

– A czym? – spytałem.

– Morświnem.

– Morświnem? To niemożliwe!

– Tak, zmienił się w pięknego, młodziutkiego morświna – powtórzyła. – Był niezwykle przyjazny.

– Babciu... – wtrąciłem.

– Tak, kochanie?

– Czy on naprawdę zamienił się w morświna?

– Słowo daję – odparła. – Bardzo dobrze znałam jego mamusię. I to od niej słyszałam tę historię. Opowiedziała mi, jak Leif morświn dotrzymywał im towarzystwa przez całe popołudnie, wożąc braciszków i siostrzyczki na swoim grzbiecie. Bawili się cudownie. Później pomachał im płetwą, odpłynął i już nigdy więcej go nie zobaczyli.

– Chwileczkę, babciu. Skąd mogli wiedzieć, że ten morświn rzeczywiście był Leifem?

– On do nich mówił – wyjaśniła. – W czasie przejażdżek śmiał się i żartował z nimi przez cały czas.

– A oni nie narobili straszliwego rabanu, gdy to się stało?

– Nie bardzo – powiedziała. – Pamiętaj, że tu, w Norwegii, tego rodzaju przypadki nie są rzadkością. Wiedźmy kręcą się wszędzie. Któraś z nich może nawet mieszkać przy naszej ulicy. No, ale pora już spać.

– Myślisz, że wiedźma mogłaby zakraść się do mnie przez okno? – spytałem, lekko dygocząc.

– Nie – zaprzeczyła. – Wiedźma nigdy się nie zdobędzie na wspinaczkę po rynnach, włamywanie do cudzych domów czy podobne głupoty. Jesteś całkiem bezpieczny w swoim łóżku. Chodź, otulę cię kołderką.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij