-
nowość
-
promocja
Wiedźmy z Vardø - ebook
Wiedźmy z Vardø - ebook
Wywalczą sprawiedliwość. Pokażą swoją moc. Nie spłoną.
Norwegia, rok 1662. Dla kobiet to niebezpieczne czasy – nawet taniec może ściągnąć oskarżenia o czary.
Niedawno owdowiała Zigri wdaje się w nieszczęśliwy romans z synem miejscowego kupca. Gdy ich związek wychodzi na jaw, kobieta zostaje wysłana do twierdzy w Vardø, gdzie ma stanąć przed sądem i zostać skazana jako czarownica.
Jej córka Ingeborg wyrusza przez dzikie ostępy, by sprowadzić matkę do domu. Towarzyszy jej Maren – także córka czarownicy. Jej nieokiełznana natura i niezłomny duch dodają Ingeborg odwagi.
W twierdzy więziona jest również Anna Rhodius, niegdyś kochanka króla Danii, zesłana w niełasce na wyspę Vardø. Do czego się posunie, by odzyskać swoje pełne przywilejów życie na królewskim dworze?
Wiedźmy z Vardø są potężniejsze nawet od króla. W epoce, która sprzysięgła się przeciwko nim, nie zgodzą się na rolę ofiar. Wywalczą sprawiedliwość. Pokażą swoją moc. Nie spłoną.
***
W „Wiedźmach z Vardø” Anya Bergman z zapierającą dech w piersiach szczegółowością i niezwykłą bezpośredniością przywołuje historyczny proces o czary – Hannah Kent
Wspaniała i barwna powieść – misterna, ponadczasowa – o uprzedzeniach, wolności i sile, którą możemy odnaleźć w sobie. Porwała mnie – Christy Lefteri, autorka „Pszczelarza z Aleppo”
Znakomita. Poruszająca. Hipnotyzująca i pięknie napisana. Złożona i wciągająca. Przywołuje i opowiada na nowo historie kobiet oskarżonych o czary w Norwegii. Niezwykle plastyczna i klimatyczna – Liz Hyder, autorka „Darów”
Bardzo sugestywna opowieść, studium władzy we wszystkich jej przejawach – Claire Askew
Mroczna, nastrojowa, żywa i chwytająca za serce. „Wiedźmy z Vardø” to porywająca, pełna magii historia zapomnianych kobiet z przeszłości. Jej przesłanie wybrzmiewa z wielką siłą również w naszym świecie – L.R. Lam
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68639-64-3 |
| Rozmiar pliku: | 5,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Trzeci dzień kwietnia roku Pańskiego 1662
Trafiłam w niewolę barbarzyńskiej północy. Uwięziona w śnieżnej zawierusze i oślepiona olśniewająco białym światłem bez choćby skrawka cienia, stałam na pokładzie statku, a przede mną rozciągała się nicość.
Nie widziałam, dokąd zmierzamy.
Nie miałam gdzie się schronić, więc pelerynę przysypał mi śnieg. Choć marzłam, nie drżałam z zimna. Niewzruszona niczym alabaster trwałam w bezruchu z posiniałymi kostkami i pustką w sercu. Godziny ciągnęły się bez końca, nie spieszyło mi się jednak, by dotrzeć na brzeg.
Gdy opady zelżały, cała byłam już oprószona białym puchem. Strząsnęłam go z ramion, a wtedy stoczył mi się z peleryny, dołączając do ostatnich wirujących w powietrzu płatków. Zapadł niebieskawy zmierzch.
Wreszcie dojrzałam cel naszej podróży.
Przystań, która ledwo zasługiwała na tę nazwę, z otaczającą ją niewielką enklawą prymitywnych siedzib. Rozkazano mi wysiąść, więc chwiejnym krokiem ruszyłam po trapie. Po wielu tygodniach na morzu słaniałam się na nogach. Przenikliwy wiatr popchnął mnie na ponure północne ziemie niczym męska dłoń na moich plecach.
Tu pożegnał się ze mną kapitan Gunderson. Przykro mi było się z nim rozstawać. Płynąc wzdłuż zdradliwego norweskiego wybrzeża, odbyliśmy kilka przyjemnych dyskusji teologicznych. Dbał o moje bezpieczeństwo i narzucił załodze pewną dozę szacunku wobec mnie. Obawiałam się, że kapitan Gunderson to ostatni cywilizowany człowiek, jakiego zobaczę w tej brutalnej krainie.
Moje podejrzenia potwierdził nieokrzesany drab, który do mnie podszedł. Miał splątaną, oblodzoną rudą brodę, a na jego skórze nawarstwił się brud. Mężczyzna przystanął, żeby splunąć na śnieg, brukając czystą biel żółcią flegmy. Cofnęłam się o krok z obrzydzeniem, ale chwycił mnie za ramiona.
– Dlaczego nie jest pani zakuta w kajdany? – zapytał i potrząsnął mną mocno. Paskudnie cuchnęło mu z ust, a w jego głosie dosłyszałam szkocki akcent.
– Uznano, że to niepotrzebne – wyjaśniłam odrażającemu typowi z wyniosłością, której nie potrafiłam ukryć.
W odpowiedzi prychnął, obracając w palcach duży przytroczony do pasa klucz.
– Lepiej niech pani nie zapomina, czym pani jest, Fru Rhodius: więźniarką króla. – Splunął ponownie dla podkreślenia swojej władzy.
Powstrzymując odruch wymiotny, uniosłam wysoko głowę, a on mówił dalej:
– Jestem rządca Lockhert i odtąd aż do odwołania będę sprawował nad panią pieczę.
„Aż do odwołania”. Te słowa paliły niczym piętno odciśnięte na mojej skórze.
Jakże byłeś okrutny, nie wyznaczając daty swego przebaczenia. Trzymam się resztek nadziei, że zmienisz zdanie w trakcie mej podróży na to odludzie. Dlaczego zesłałeś mnie aż tak daleko?
– Jeśli będzie pani sprawiać jakiekolwiek problemy, znajdzie się pani w łańcuchach – ostrzegł Lockhert ponuro.
Cóż za zniewaga! Jakżebym śmiała zachować się w sposób sprzeczny z twoim nakazem! Posłałam nowemu nadzorcy miażdżące spojrzenie, ale nie zrobiło na nim wrażenia, bo popchnął mnie w stronę sań zaprzężonych w trzy renifery.
Siedział tam woźnica w futrzanej czapie, okutany w skóry reniferów. Lejce zwisały mu luźno w dłoniach. Mimo majestatycznych poroży od zwierząt biła aura potulności. Stojący najbliżej renifer odwrócił łeb i zerknął mi w oczy z niemal ludzkim współczuciem. Poczułam w sercu zaskakujące ukłucie i bardzo chciałam pogłaskać zwierzę, lecz nieokrzesany Lockhert szturchnięciem posłał mnie na tył sań.
Mrok gęstniał i była to po prawdzie najzimniejsza noc mojego życia. Byłam wdzięczna za stos futer i skór w saniach.
Minęło wiele czasu, odkąd czułam w kościach tak przenikliwy ziąb, gdyż przez kilka ostatnich lat w moim brzuchu nieustannie gorzał ogień rozgrzewający mi kończyny. Niekiedy nocą budziłam się w swoim alkierzu w Bergen, trawiona tak nieznośnym wewnętrznym żarem, jakbym stała w płomieniach. Ku utrapieniu Ambrosiusa zrzucałam pościel na podłogę i bez względu na porę roku posuwałam się nawet do otwarcia okna, by haustami nabierać do płuc chłodne powietrze. Mąż najpierw narzekał, a potem przestał dzielić ze mną komnatę sypialną. Przed moim wyjazdem do Kopenhagi już od kilku tygodni spaliśmy osobno.
Pomyślałam o mężu, bezpiecznym w naszym bergeńskim domu. Wyobraziłam sobie, jak zrywa moje zioła i inne rośliny podczas codziennej przechadzki po ogrodzie, i aż skręciło mnie z frustracji. Bez wątpienia jak zwykle pomyli się przy sporządzaniu medykamentów. Spodziewałam się, że pozbawiony mojej pomocy Ambrosius otruje jakiegoś chorego biedaczynę.
Ale w Bergen był już wieczór, a doktor Ambrosius Rhodius prawdopodobnie siedział właśnie przy kominku w obitym zielonym aksamitem fotelu, z okularami na czubku nosa, zaczytany w jednej z moich książek. I pewnie myślał: „Wreszcie spokój”.
Piękny dom, wysoko postawiony mąż, najbujniejszy ogród w całym Bergen i największy księgozbiór w Norwegii – wszystko, co kiedyś należało do mnie, teraz przepadło. I to na dobre.
Zdeterminowana nie uronić ani jednej łzy przygryzłam wargę i poczułam smak krwi.
Zalewało mnie srebrzyste światło księżyca w pełni. Wioska za przystanią spowita była ciemnością i ciszą. Wszyscy mieszkańcy schronili się w swoich maleńkich chałupach. Słyszałam plusk morza obmywającego burty rybackich łodzi. Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch, więc z trudem uniosłam się lekko na saniach. Wydawało mi się, że między zabudowaniami widzę przyczajonego wysokiego mężczyznę w pelerynie i kapeluszu.
Ach, dałam się zwieść księżycowej poświacie, bowiem niewyraźna postać zniknęła. Zastąpiło ją wspomnienie ciebie z czasów naszej młodości. Długie, ciemne, kręcone pukle opadały ci na ramiona, gdy wyciągnąłeś do mnie ręce i z uśmiechem w oczach powiedziałeś: „Zatańczmy, Anno”.
Byłam teraz tak zziębnięta, że wstrząsały mną niekontrolowane drgawki. Zacisnęłam obleczone rękawiczkami dłonie w pięści i wcisnęłam je głębiej w mufkę.
Sanie ruszyły, a renifery biegły tak dziarsko, że arktyczny chłód żądlił mi policzki. Ściągnęłam futrzaną czapkę na czoło najniżej jak mogłam i podciągnęłam selskiny tak, by odsłonięte zostawić sobie tylko oczy. Futra wciąż miały woń zimnego morza i nieprzyjemnie tłustą powłokę. Tu, na pogańskiej północy, oceany były pełne obmierzłych potworności.
Kapitan Gunderson wyjaśnił, że zostanę przewieziona saniami przez półwysep Varanger. Ze wsi Svartnes inną łodzią przekroczę wąską cieśninę Varanger do miejsca zesłania, twierdzy Vardøhus na wysepce Vardø.
Na tę myśl wysunęłam z mufki jedną dłoń i przycisnęłam ją do piersi, wymacując przez ubranie nikły kształt krzyżyka. Był najcenniejszym, co posiadałam – ale tobie nie muszę tego przecież wyjaśniać.
Sanie podskakiwały na zaśnieżonej tundrze, gdy jechaliśmy przez odludzie pod osłoną bezkresnego wieczornego nieba, wypełniającego się gwiazdami. Wpatrywałam się w świetlistą pełnię, ostatnią przed sezonem pasterskim. Ambrosius nazywał ją pełnią męczeństwa. Pomyślałam o Chrystusie, który złożył siebie w ofierze dla ludzkości.
Czy ty złożyłeś w ofierze mnie? Przyznaję, że ulgą byłoby znaleźć się u boku Łaskawego Boga, zamiast żyć i drżeć z przerażenia, gdy każde szarpnięcie sań zbliżało mnie do tego krańca twego królestwa, gdzie znajdują się wrota Piekieł.
Zabroniłeś mi dalszej korespondencji, tak byłeś znużony moimi nieustannymi petycjami. Zapominasz jednak, że tak jak ja mam powinności wobec ciebie jako twoja poddana, tak i ty, jako mój król, pełnisz boską posługę wobec mnie. Sądziłeś, że nie będę mogła do ciebie pisać, jeśli odbierzesz mi cały atrament, ale to nie wystarczy.
Otrzymasz moje pisma z północy, mówię to z pełną determinacją.
Przez wiele godzin telepaliśmy się przez śnieg pod posrebrzonym północnym niebem. Kości miałam obite, stawy – obolałe. Ukołysana wizją, która stanęła mi nagle przed oczami, przymknęłam opadające powieki. Ubrana w najlepszą suknię z błękitnego jedwabiu klęczałam przed moim królem, a ozdobione klejnotami palce spoczywały na mojej głowie. Czułam się ukoronowana emanującą z twej dłoni wdzięcznością.
Z zadumy wyrwał mnie okrzyk woźnicy. Zobaczyłam podskakujące zady reniferów – zwierzęta rozbiegły się na zdradliwym śniegu. Rządca Lockhert ryknął na woźnicę, żeby trzymał kurs, ale ten nie zdołał zapanować nad saniami. Ślizgając się po lodzie, wjechały na tak wysoką zaspę, że musiałam wczepić się palcami w drewnianą obudowę, żeby nie runąć na głowę. Spodziewałam się, że zrobimy obrót w powietrzu, i ogarnęło mnie przerażenie, że połamię sobie kości. Zamiast tego opadliśmy jednak z powrotem na utwardzony śnieg i po chwili stanęliśmy w miejscu.
Czapka zsunęła mi się na nos, więc kiedy Lockhert zeskoczył z sań, usłyszałam tylko głuche tąpnięcie. Odsłoniłam oczy i zobaczyłam, jak jego przysadzista sylwetka oddala się wielkimi krokami. Woźnica uspokajał spłoszone renifery. Żaden z mężczyzn nie zainteresował się moim stanem. Wyczołgałam się z wywróconych sań i zaczęłam rozglądać, za swoją cenną apteczką. Zauważyłam ją nieopodal – cała zawartość leżała rozrzucona na śniegu, oświetlona blaskiem księżyca. Gdy ruszyłam tam chybotliwie, moim oczom ukazał się zdumiewający widok. Za apteczką stała ciemnoskóra dziewczyna, już niemal kobieta, z rozpuszczonymi czarnymi włosami, ubrana w pelerynę z piór. A co najbardziej oszałamiające, u jej boku znajdował się duży dziki kot. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego stworzenia. Jego gładka sierść była lekko nakrapiana, a podbrzusze – mlecznobiałe. Uszy miało duże, szpiczaste, z długimi kępkami sterczących włosków. Nieruchome oczy w kolorze bursztynu wpatrywały się we mnie bacznie, nieustraszenie.
Miałam wrażenie, że powietrze między dziewczyną, kotem i mną stało się kruche jak ze szkła. Oddychałam ciężko, wypuszczając z ust obłoczki pary, ale nieznajoma mimo zimna nawet nie zadrżała.
Położyła dłoń na łbie ogromnego kota, który dalej nie spuszczał ze mnie wzroku, ale to ona obnażyła zęby, a nie on.
Serce ścisnęło mi się ze strachu, gdyż nigdy nie widziałam, żeby twarz jakiegokolwiek człowieka, a co dopiero młodej kobiety, przybrała taki wyraz.
Obca dziewczyna pokręciła głową, a jej grymas przerodził się w perlisty śmiech. Wydawała się zachwycona tym, że mnie przeraziła.
– Kim jesteś?! – zawołałam.
Ona rozłożyła jednak ramiona, zamieniając pierzastą pelerynę w dwa duże skrzydła, a potem zniknęła w zagajniku srebrzystych brzóz wraz z towarzyszącym jej kociskiem.
Pospiesznie zebrałam zawartość apteczki ze śniegu w obawie, że dziewczyna i jej bestia powrócą, ale kiedy przyciskając mocno torbę do siebie, podniosłam znów wzrok, zobaczyłam wybiegającego z lasu Lockherta. Przez ramię przewieszony miał łuk i strzały.
– Trafił go pan? – zapytał woźnica, poprawiając uprząż roztrzęsionym reniferom.
– Nie, był za szybki – odpowiedział Lockhert. – Co robi ryś w tych stronach?
Drugi mężczyzna wzruszył ramionami. Oczywiście, że to był ryś. Słyszałam o tych ogromnych kotach z północy. Jakże wspaniały byłby płaszcz z jego miękkiego, lśniącego futra!
– A dziewczyna? – odezwałam się, strzepując śnieg z czapki. – Co z dziewczyną?
Lockhert odwrócił się i zmarszczył brwi.
– Co to za brednie?
– Obok rysia stała młoda kobieta – nie ustępowałam. – Nie widział jej pan? Miała długie czarne włosy i pelerynę z piór… – urwałam, zdając sobie sprawę, jak nieprawdopodobnie to brzmi.
– Jesteśmy o dwie godziny jazdy od najbliższej wsi, więc kto pani zdaniem miałby szwendać się po lesie z rysiem? – Lockhert podważył moje słowa szyderczym głosem.
– Była tam! – upierałam się. – I groziła mi…
– Dość! Ostrzegano mnie przed pani gadulstwem, ale to już histeryczne majaki starej baby.
Poczułam, jak ciało sztywnieje mi w odpowiedzi na te zniewagi. Nikt dotąd nie nazwał mnie starą, a teraz, kiedy mój nadzorca stał blisko, po głębokich, wypełnionych brudem bruzdach na jego twarzy poznałam, że jestem o kilka lat młodsza.
– Jak pan śmie… – Zanim jednak zdołałam dokończyć zdanie, nakrył mi usta plugawymi palcami.
– Milczeć – parsknął, a kropelki jego śliny wylądowały na moim czole. – Pani transport sprawił nam wystarczająco dużo problemów. – Po tych słowach wyciągnął zza pasa łańcuch i zaczął okręcać mi go wokół nadgarstków.
Przez wszystkie tygodnie niewoli nikt nie potraktował mnie tak niegodnie, nawet podczas procesu. Próbowałam z nim walczyć, ale wbił dłoń w moją klatkę piersiową z taką siłą, jakby chciał zmiażdżyć mi serce.
A przecież ono było już złamane, mój królu.
Sanie stały z powrotem na płozach, a renifery zdążyły się uspokoić, więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Lockhert skuł mnie tak mocno, że nie mogłam się ruszać, więc musiałam leżeć na plecach. Wpatrywałam się w srebrzystą pełnię męczeństwa, czując, jak całe ciało pulsuje mi furią.
Chłonąc księżycową poświatę, złożyłam sobie obietnicę. Nie zostanę męczennicą, która przyjmuje swój los w milczącej pokorze. To byłoby wbrew mojej naturze.
Przypomniałam sobie wykrzywioną grymasem twarz dziewczyny. Przez jedną osobliwą chwilę wydawała mi się znajoma. Nie miałam wątpliwości, że naprawdę ją widziałam, ale nie potrafiłam tego zrozumieć.Rozdział 2 Ingeborg
Zmiana w matce Ingeborg zaszła na długo przed pierwszą wizytą kupca Heinricha.
Dwa i pół roku wcześniej, zimą 1659 roku, ich rodzina nie różniła się od pozostałych rodzin rybackich na półwyspie Varanger: z trudem wiązali koniec z końcem, gdy rzedniejące ławice dorszy odpływały coraz dalej na południe; zaciągali wyniszczające długi za zakup zboża u bergeńskich kupców, usiłując przetrwać długie miesiące ciemności; i rzucali się do pracy krótkiego lata, żeby zebrać jak najwięcej ze spękanej arktycznej ziemi. Trudno się żyło w Ekkerøy, wiosce wciśniętej między dwa półksiężyce białego piasku i białych klifów. Kochali się jednak, a wzajemna więź dodawała im otuchy. Ich dom tchnął jasnością i rozbrzmiewał śmiechem. Rodzinę tworzyli matka, ojciec, syn i dwie córki.
Teraz jednak zostały tylko we trzy.
Zdaniem matki Ingeborg liczyła szesnaście wiosen. Była starsza o cztery lata od swojej siostry Kirsten, chociaż ta dorównywała jej wzrostem. Niska Ingeborg odznaczała się jednak siłą i zwinnością. Dopiero jej twarz zdradzała, że przyszła na świat najwcześniej z rodzeństwa: z brązowych oczu biła powaga, a zaciśnięte wargi pokazywały, że sporo już słyszała i widziała.
Miała wrażenie, że niewiele czasu upłynęło, odkąd razem z młodszym bratem Axellem plądrowali wybrzeże, wykradając morzu jego sekrety: muszelki maleńkich ślimaków, zwoje lśniących wodorostów, żłobkowane drewno wyrzucone na plażę, kolczaste jeżowce, wypolerowane niczym kamienie szlachetne otoczaki i mechate kacze pióra.
Trwało właśnie jedno z krótkich na dalekiej północy lat. Deszcz nie opuszczał puszystych chmur, a ich wieś nawiedziło północne słońce. Axell i Ingeborg włóczyli się po mokradłach porośniętych gęstą zieloną, żółtą i brązową trawą, kępkami białej wełnianki wąskolistnej i fioletowymi wrzosami. Po prawej stronie rozciągało się gładkie bladoszare morze, okolone odległymi różowawymi górami kraju, w którym nigdy nie byli. Jasna noc przyniosła ze sobą chmary komarów, a stada mew ścigały się w drodze na klify, dręcząc ich swoim nieprzerwanym, przeraźliwym skrzeczeniem.
Brat poprowadził ją wokół wdzierającego się w morze cypla Skagodden do skalnej ściany, na której aż roiło się od ptaków. Uczył ją wspinaczki.
– Wyobraź sobie, że jesteś kotem – poinstruował siostrę.
Oczyma duszy zobaczyła siebie jako pręgowane kocię, a jej niepokój się rozwiał. Wetknęła rąbek spódnicy za stanik, żeby móc wspinać się z równą łatwością jak chłopak, po czym bez trudu wdrapała się po kamieniach na górę.
– Jesteśmy drapieżnikami, Ingeborg – oświadczył Axell ze szczytu klifu, wychylając się, żeby podać jej rękę. – Nie spuszczamy wzroku z ofiary. Nigdy nie patrz w dół.
Odkąd Axella zabrakło, Ingeborg wiele razy chodziła jego śladami. Kamienie nigdy nie wydawały się zbyt ostre dla jej nagich stóp, nie bała się też, że ześlizgnie się z mokrej skały i spadnie. Axell uważał, że jego siostra może dokonać wszystkiego, czego zechce, chociaż jest tylko dziewczyną i chociaż cierpi biedę.
Ostatnim razem, kiedy wdrapała się z bratem na klif, ukradli mewie jaja.
– Widzisz to gniazdo? – wskazał Axell. – To nasz cel.
– Jest bardzo wysoko – wymamrotała niepewnie Ingeborg.
– Ale tobie się uda, siostro. Wspinasz się lepiej niż ja. – Axell splunął na dłonie i potarł je o siebie. – Musimy być bardzo cicho, bo jeśli mewa nas zauważy, natychmiast zaatakuje. – Mrugnął do niej. – Chyba nie chcesz, żeby wydziobała ci oko, co?
Ostrożnie przesuwali się w górę po ścianie klifu, nie zważając na to, że gdyby spadli z tak wysoka, roztrzaskaliby się o skały.
Axell pozwolił jej ukraść dwa pierwsze jajka. Były duże, w najbledszym odcieniu błękitu, nakrapiane brązowymi plamkami przypominającymi piegi na jego nosie. Ingeborg wsunęła je do zawieszonego na szyi woreczka, gdzie zgromadziła już zapas wodorostów, polipów i muszli.
To Axell zwrócił na nich uwagę mewy, gdy sięgnął po trzecie jajko. Musiał nagle złapać się skalnego występu, przez co obsypał ich deszcz kamyczków i patyków.
Chwycił szybko ostatnie, czwarte jajko i wcisnął je do kieszeni. Po chwili ześlizgiwali się już w dół klifu, atakowani zajadle przez matkę mewę. Ingeborg spuściła głowę, czując na policzku uderzenia skrzydeł; w uszach rozbrzmiewał jej przeszywający, obłąkańczy ptasi wrzask. Wiedziała, że niegodziwie jest zabierać jajka z gniazda, ale ekscytowała ją ta kradzież.
Zeskoczyli na mulistą plażę, ale mewa wciąż pikowała, żeby ich dosięgnąć. Pobiegli ramię w ramię przez warstwy kamieni upstrzonych bielą ptasich odchodów i ukryli się w niewielkiej jaskini.
Przykucnęli na mokrej skale i uśmiechnęli się do siebie szeroko. Mewa zdołała dziobnąć Axella w czubek głowy; przez płową czuprynę ciekła mu na bladą twarz strużka krwi.
Ingeborg wyciągnęła z sakiewki jedno z mewich jaj i trzymając je w otwartej dłoni, zachwycała się jego delikatnością.
– Czy w środku wciąż jest pisklątko? – zapytała brata.
– Może tak, może nie – odpowiedział, po czym wyrwał je Ingeborg i podrzucił do góry.
– Ostrożnie!
Axell zaśmiał się z satysfakcją, odrzucając głowę w tył.
Zdradził już kiedyś siostrze, że nie zamierza iść w ślady ich ojca. Zamiast rybakiem chciał pewnego dnia zostać kupcem, jak czarujący młody Heinrich Brasche.
Teraz, w jaskini, odwrócił się do niej i stwierdził:
– Pożegluję na wschód i wrócę z ładunkiem przypraw, klejnotów i jedwabiu. Będę miał wspaniały dom w Bergen. Stanie w nim gablota z muszlami, czaszkami, orzechami i kośćmi z czterech krańców Nowego Świata. – Ujął dłoń Ingeborg. – Opuścimy Ekkerøy, siostro, i już nigdy tu nie wrócimy.
Tego letniego wieczoru po kradzieży jaj Ingeborg i Axell pobiegli do domu, żeby zaprezentować swój łup matce.
– Ależ z ciebie mądry chłopiec – powiedziała, mierzwiąc synowi włosy, jakby wszystko zdobył sam.
– Ingeborg wspięła się wyżej niż ja! – wyjaśnił Axell.
Matka wydawała się jednak go nie słyszeć, zapatrzona w smakołyki, które umieścił w jej dłoniach.
– Urządzimy sobie ucztę – oznajmiła.
Później już nic nie dorównało smakowi tych mewich jaj. Matka Ingeborg wbiła je na blachę, dodała kawałek masła i szczyptę soli i usmażyła je nad ogniem. Wyglądały jak stopione złoto. Jedno dostali na spółkę Ingeborg i Axell, drugie ich matka, trzecie ojciec, a czwarte Kirsten.
Po kolacji Axell podarował skorupki ich siostrzyczce, Kirsten, która ułożyła otwarte połówki wokół kamiennych krawędzi kuchennego paleniska.
Ale matka kazała córce je zmiażdżyć i wyrzucić do śmieci.
– Chcę zatrzymać te skorupki – zaoponowała Kirsten.
– Nie, Kirsten, roztłucz je. W skorupkach po jajkach żeglują po morzu czarownice – tłumaczyła matka. – Wywołają sztormy i zatopią łodzie.
Kirsten spojrzała błagalnym wzrokiem na ojca, który zawsze interweniował, kiedy matka była zbyt surowa.
– Słuchaj matki, Kirsten – rzucił jednak szorstko ojciec.
Kirsten z gniewną miną zebrała swoje skarby w drobne dłonie i głośno tupiąc, wyszła z chaty. Czerwone loki powiewały jej niesfornie wokół twarzy.
Siódmego dnia października 1659 roku Axell pierwszy raz wybrał się z ojcem na połów.
Matka Ingeborg stanowczo protestowała.
– Jest za młody – przekonywała męża. – Jeszcze nie.
Ale wszyscy wiedzieli, że synowie rybaków ruszają w morze w wieku dwunastu lat. Chociaż musieli tam spędzić wiele tygodni.
Poza tym Axell chciał popłynąć.
– Dam sobie radę, mamo – zapewniał. – Nie chcę zostać w domu z samymi kobietami.
Axell od zawsze był ulubieńcem matki. Pod nieobecność mężczyzn miała jeszcze mniej cierpliwości do Kirsten niż wcześniej. Ingeborg udawało się unikać razów, bo wypełniała obowiązki domowe bez zarzutu, ale jej siostra zawsze działała matce na nerwy. Nie ubijała masła jak trzeba, nie zamiatała dokładnie, i po jakie licho zabawiała owieczkę niemądrymi przyśpiewkami?
Zima się przedłużała, a matka w coraz bardziej ponurym nastroju wystawała na klifach, wypatrując łodzi. Od wschodu nadciągnęły śnieżyce niczym zwiastuny nieszczęścia.
Ingeborg nigdy nie zapomniała dnia, w którym rybacy wrócili. Ojciec stanął w otwartych drzwiach chaty i z rozłożonymi bezradnie rękami powiedział żonie, że ich syn utonął.
– Miał dopiero dwanaście lat! – zawyła matka. – Iver, mówiłam ci, że jest jeszcze za młody! Błagałam cię, żebyś go nie zabierał!
Potwornie było patrzeć, jak wali męża pięściami po torsie. Ojciec Ingeborg całkiem podupadł na duchu. Odtąd stał się cieniem samego siebie. Tak przygniatało go poczucie winy, że nie był w stanie opowiedzieć własnej żonie i córkom, co się stało z Axellem. Nawet Kirsten nie potrafiła już przywołać uśmiechu na jego wymizerowaną twarz, chociaż siadała ojcu na kolanach i wtulała mu pod brodę kręconą rudą czuprynę. Z niebieskich oczu Kirsten wyzierały niewypowiedziane pytania. Gdzie się podział jego śmiech?
„Odszedł razem z Axellem”, pomyślała Ingeborg. Na samo dno oceanu.
Kiedy jej ojciec nie wrócił z wiosennych połowów w 1661 roku, Ingeborg w głębi duszy wiedziała, że żałoba mogła stać się dla niego ciężarem nie do zniesienia, przez co sam przyzwał do siebie ocean. Otworzył szeroko usta, by wypełnić się słonym odkupieniem. Miałby znów zjawić się w domu bez syna? Ojcu łatwiej było pozwolić, by morze zmyło jego winę, niż zmierzyć się z rozpaczą żony. Nie chciał być dłużej jej świadkiem.
Gdy Ingeborg wyobraziła sobie, jak samotny pośród wzburzonych północnych mórz ojciec podejmuje decyzję, by na zawsze zostać wśród fal, w jej serce wdarł się głęboko smutek. Równocześnie poczuła jednak na niego złość. Wiedział, że Ingeborg sobie poradzi. Opuścił ją i zrzucił na nią opiekę nad matką i siostrą.
To było niesprawiedliwe.
Minął miesiąc, odkąd ojciec nie wrócił z resztą rybaków. Matka i Ingeborg spędziły ten wietrzny majowy dzień, przetrząsając dziką plażę w poszukiwaniu czegoś, czym dałoby się wypełnić puste żołądki. Po wielu godzinach wróciły do domu z obolałymi plecami, taszcząc sterty wodorostów do ugotowania dla siebie i dla jagniąt.
Kiedy otworzyły drzwi do chaty, Kirsten klęczała przy palenisku, polerując skorupki mewich jaj. Na jej twarzy gościł lekki uśmiech. Nie była tak szczęśliwa, odkąd straciła tatę.
Ingeborg czuła, jak w nieruchomym ciele matki wzbiera złość.
– Skąd to wzięłaś? – zapytała matka, wypuszczając wodorosty z rąk.
Kirsten podniosła wzrok i pobladła.
– Zachowałam je – wyszeptała. – Są takie śliczne, mamusiu.
Ich matka podeszła do paleniska i zdeptała skorupki swoimi starymi butami ze skóry reniferów. Kirsten wzdrygnęła się. Potem matka szarpnięciem za kołnierzyk podciągnęła ją na nogi i mocno spoliczkowała.
– Mamo! – zawołała przerażona Ingeborg.
Cała tłumiona żałoba ich matki przybrała postać furii wymierzonej w najmłodsze dziecko.
– Zabiłaś własnego brata! – wrzasnęła. – Przecież kazałam ci rozgnieść te skorupki! Zobacz, co narobiłaś! Czarownice wywołały sztorm i Axell utonął! Zabiłaś go i swojego ojca też!
Po twarzy Kirsten płynęły łzy; ciekło jej z nosa.
– Mamusiu, przepraszam, proszę cię…
– Ty podła dziewucho! – krzyknęła matka.
Ingeborg szarpała ją za ręce, żeby puściła Kirsten.
– Ona nie chciała nic złego! Proszę cię, mamo! – wołała.
– Oczywiście, że chciała! To mała wiedźma! – ryknęła matka, odwracając się do Ingeborg. Oczy pałały jej goryczą.
– Nie, to twoja córka! Przestań, mamo! – przywoływała ją do rozsądku starsza z dziewcząt.
Matka spojrzała na nią tak, jakby zobaczyła ją po raz pierwszy. Puściła Kirsten, a potem zasłoniła twarz dłońmi i wybiegła z chaty.
Ingeborg przytuliła młodszą siostrę, ale nie udało jej się ukoić Kirsten.
– Czy mama ma rację? Czy jestem podła? – zapytała młodsza dziewczynka szeptem.
– Oczywiście, że nie – zapewniła ją Ingeborg, ocierając jej twarz rękawem. – Ona po prostu bardzo tęskni za Axellem i ojcem.
– Ja też – wyznała Kirsten cicho.
– Wiem – odpowiedziała Ingeborg, głaszcząc ją po włosach.
Kirsten schyliła się, by znaleźć ocalałe fragmenty skorupek, ale większość została starta na pył.
– Dał mi je Axell. Powiedział, że mam je zatrzymać. – Dziewczynka pociągnęła nosem.
Ingeborg sięgnęła po miotłę.
– Musimy to sprzątnąć, zanim mama wróci.
Ale Kirsten dalej zbierała delikatne błękitne okruchy, licząc je na palcach:
– Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć…
Dokąd doszedłby w tej wyliczance Axell, zanim utonął? Ile trwało, zanim woda wypełniła mu brzuch i ściągnęła go niżej, by już na zawsze zasnął w mętnym morskim łożu?
A do ilu doliczyłby ojciec?
Zamiotły podłogę i ugotowały wodorosty dla siebie i dla zwierząt. Matka nie wracała jednak wiele godzin.
Kiedy znów pojawiła się w domu, była trochę inna.
Odtąd Ingeborg już nie widziała, żeby matka płakała po synu albo mężu. Nigdy więcej nie dotknęła też swojej córeczki Kirsten ani nie odezwała się do niej życzliwie. Z Ingeborg rozmawiała zaś jak ze swoją siostrą, a nie córką.
Ingeborg dręczyła oziębłość matki. Ale żadna kobieta nie kochała swojego syna tak mocno, jak ona uwielbiała Axella. Kiedy straciła ukochane dziecko, jakaś część niej utonęła razem z nim.
Na tym polegała jej przemiana. Matka zawsze była piękna, ale teraz oczy koloru letniego błękitu ściął lód. Mówiła też w inny sposób niż dawniej. Jakby przestała dbać o to, co się z nimi stanie. Czy mają dość jedzenia. Teraz wszystko spadło na Ingeborg.
Dokąd poszła ich matka tej nocy, gdy rozdeptała skorupki jaj? Ingeborg przez wiele godzin nie zmrużyła oka, czekając na jej powrót. Długi majowy wieczór zdawał się ciągnąć bez końca. Na zewnątrz słychać było nawoływania ptaków i szept wiatru: „Uwaga, niebezpieczeństwo”. Ingeborg miała mętlik w głowie.
Na kogo mogła się natknąć młoda wdowa, biegnąc zupełnie sama przez mokradło?Rozdział 3 Anna
Jakże nisko upadłam za twoją sprawą, mój królu. Niczym ładunek drewna na opał leżałam na twardych saniach, wieziona przez rozległą, zaśnieżoną tundrę, a całe ciało płonęło mi z bólu od zaznanych niewygód. Następnie zostałam wepchnięta na niewielką łódź, która nocą czarniejszą niż atrament niosła mnie na wyspę Vardø przez cieśninę Varanger. Za każdym razem, gdy wiosła wynurzały się z wody, lodowate kropelki parzyły mi policzki.
Nie widziałam niczego wokół, gdyż księżyc w pełni skryły gęste chmury, pozostałe zmysły miałam jednak wyostrzone. Świadomość, że jesteśmy w pobliżu królestwa Szatana, wprawiała mnie w większe drżenie niż przeszywający ziąb. Przed laty w swojej bibliotece pokazałeś mi w dzienniku podróży pewnego francuskiego wędrowca rysunek góry zwanej Domen. Któż by pomyślał, że znajdę się tak blisko niej? Nigdy nie zapomniałam obrazu Domenu z jego niewysokim garbem i ziejącą czeluścią jaskiń, prowadzących podziemnymi tunelami aż do Piekła.
Jestem w najdalszym zakątku twoich włości. Sam nigdy nie śmiałeś zapuścić się w te rejony, w które zostałam zesłana twym wyrokiem.
Brutalny rządca Lockhert skuł mnie łańcuchami jak pospolitą złodziejkę. Wiesz przecież, że mojemu przewinieniu daleko do kradzieży. W istocie, przez wszystkie czterdzieści siedem lat, jakie chodzę po świecie, nigdy nie zetknęłam się z tak odstręczającym człowiekiem. Smród wydobywający się z jego selskinów przypominał opary stojącej w rowie słonej morskiej wody, a oddech cuchnął mu zjełczałą rybą, więc za każdym razem, kiedy się do mnie odzywał, robiło mi się niedobrze. Musiałam przytykać do twarzy chusteczkę i wdychać ledwie wyczuwalny zapach olejku lawendowego, którym spryskałam ją przed wieloma tygodniami.
Wciąż mam świeżo w pamięci tę scenę z ostatniego dnia, który spędziłam we własnym domu. Pakowałam właśnie apteczkę, słysząc za plecami, jak mój mąż, Ambrosius, cmoka z niezadowoleniem.
– Anno, czy nie możesz zostawić tej sprawy? – zapytał. – Dlaczego się upierasz, że musisz pojechać aż do Kopenhagi i osobiście pomówić z królem?
Sięgnęłam po stosik świeżo wyprasowanych białych chusteczek obrębionych koronką i znalazłszy olejek lawendowy, spryskałam nim materiał niczym wodą święconą, jakbym chciała pobłogosławić swoje przedsięwzięcie. Czułam się tak przekonana o własnej słuszności, że aż płonęłam z zapamiętania.
– Skąd myśl, że tym razem król cię posłucha, Anno? – zapytał mnie Ambrosius. – Sam kazał ci przestać.
– Jakże mogłabym się z tym do niego nie zwrócić, Ambrosiusie? – Odwróciłam się, sfrustrowana brakiem zaangażowania u męża. – To miasto jest przeżarte zepsuciem, a my mamy obowiązek strzec naszego króla przed podstępnymi knowaniami namiestnika Trollego i jego ludzi.
– Anno, proszę, pozwól innym podnieść tę kwestię – błagał mnie Ambrosius. – Znaleźliśmy się w niepewnym położeniu.
Mój mąż się bał, a ja nie umiałam tego zdzierżyć. Widziałam list, w którym namiestnik Trolle instruuje go, żeby uciszył żonę, bo w przeciwnym razie doświadczymy przykrych konsekwencji.
Nie brak mi rozumu, wierzyłam jednak, że ciebie i mnie łączy coś szczególnego.
– Król pójdzie za moją radą dla dobra narodu – rzekłam.
W odróżnieniu od Ambrosiusa nie utrzymuję, że potrafię przewidzieć przyszłość. Możliwe jednak, że mój mąż rzeczywiście ujrzał, co mnie czeka, bowiem na jego obliczu malowała się powaga, a cerę miał bladą, jakby krew odpłynęła z niej wraz z całym męstwem.
– Nie powinnaś się podejmować tej misji. Nie przystoi ci to jako mojej żonie. – Ambrosius wciąż próbował mnie przekonać.
– W takim razie sam się tam wybierz, mężu. – Rzuciłam mu wyzwanie, ale on spuścił wzrok na czarno-białe kafelki w naszym alkierzu.
– Nie mogę – wymamrotał. – Mam obowiązki w Bergen.
Jak wiesz, mój mąż, doktor Ambrosius Rhodius, cieszy się wielkim poważaniem. Jest uczonym i teologiem, lekarzem i dyrektorem w bergeńskiej Szkole Łacińskiej. Czy wiedziałeś jednak, że wszystkie te tytuły zdobyłam dla niego ja dzięki własnej pracowitości, wiedzy i umiejętnościom?
Bez wątpienia musiałeś się tego domyślać, mój królu. Tymczasem wszyscy, którzy znali doktora Ambrosiusa Rhodiusa, uważali mnie za bezużyteczną, gdyż nie wydałam mu na świat potomstwa. A wówczas było już na to za późno, ponieważ moje krwawienia miesięczne straciły regularność i cykl księżycowy tylko ze mnie szydził.
Nie chciałam skulić się w sobie i stać się niewidoczna, skazując się na los własnej matki i innych kobiet w moim wieku. Nie zamierzałam zostać żoną zbędną jak drobina kurzu na ramieniu męża, który wolałby ją z siebie strzepnąć. W miarę jak jego pozycja rośnie – wraz z wiekiem, znaczeniem i kolejnymi zaszczytami – ona kurczy się, by żyć życiem swoich dzieci i wnuków. Staje się duchem we własnym domu, milczącą świadkinią źle skrywanych romansów męża i konsekwencji schadzek zaspokajających jego próżność.
Poprzednim razem, kiedy mnie to spotkało, ból był niemal nie do zniesienia. Ambrosius nie zadał sobie nawet trudu, żeby wyjaśnić, gdzie podziały się brakujące pieniądze na prowadzenie domu, które wysyłał jakiejś ladacznicy.
Zatem nie godziłam się na to, żeby zniknąć bez śladu z tego świata; o nie, musiałam zabrać głos. To pragnienie było niczym wewnętrzny przymus przekraczający granice rozsądku. Sądziłam jednak, że ty jeden mnie rozumiesz.
Mąż zszedł za mną po schodach do biblioteki, gdzie sięgnęłam po swoją ukochaną Biblię oraz Nowy Testament w przekładzie Christierna Pedersena – na chwile, gdy zmęczy mnie łacina.
Nie odwiedziłeś nigdy mojego bergeńskiego domu, ale gdybyś w nim zawitał, wzbudziłby w tobie podziw. Miał wyłożone polerowanym drewnem korytarze, szklane okna okratowane ozdobnymi żelaznymi okuciami, dywany z Orientu i srebrne lichtarze, a w każdym z pokoi w kominku trzaskał ogień – na wypadek, gdyby zjawili się niezapowiedziani goście. Moją spiżarnię przepełniała najlepsza strawa: kremowe sery i słoje z gęstymi dżemami, ciasta i placki, plastry miodu ociekające lepkim płynem, torby słodzonych migdałów i kosze brązowych jaj. Na środkowej półce leżały rzędy żółtych cytryn. Codziennie rozkoszowałam się ich smakiem, przełamanym okruchami głowy cukru przywiezionej przez holenderskich kupców z odległej wyspy Barbados. Najczęściej odłamywałam kawałek słodkiej bryłki, mieliłam go i posypywałam uzyskanym białym pyłem rozkrojony soczysty owoc. Jakąż słodko-gorzką przyjemnością było ssać osłodzoną cytrynę! Cóż to za prosta rozkosz!
Uwierz mi, mój królu, zostałbyś podjęty w moim domu z przepychem, bowiem kazałabym przyrządzić dla ciebie najwystawniejszą ucztę, jaką kiedykolwiek widziało Bergen.
Mieliśmy największą bibliotekę w całej Norwegii. Zgromadziliśmy w niej czterysta pięćdziesiąt tomów! Poprzedniej zimy policzyłam je wszystkie i własnoręcznie odnotowałam każdy tytuł w ogromnej księdze na biurku mojego męża.
Zawsze czułam się bezpiecznie w bibliotekach, jakby książki stały tam dla mojej ochrony niczym forteca wzniesiona ze słów, myśli i wiedzy.
Czy pamiętasz, jak mnie znalazłeś, ukrytą wśród stosu tomów w bibliotece zamkowej? Ja, córka lekarza, zakradłam się tam podczas jednej z wizyt papy u twojego niedomagającego ojca. Szukałam wszelkich traktatów medycznych, spragniona wiedzy jako praktykantka u mojego rodziciela.
Lektura tak mnie pochłonęła, że nie usłyszałam kroków, dopóki nie stanąłeś nade mną. Zatrwożona wypuściłam książkę z rąk, a na twojej twarzy również odmalowało się zdumienie. Byłeś wstrząśnięty, że zastałeś w bibliotece dziewczynę! Ile mogliśmy mieć wtedy lat? Wydaje mi się, że byłeś dziewiętnastoletnim młodzieńcem, a ja niezgrabną trzynastolatką. Czy przypominasz sobie, jakie słowa padły wtedy między nami?
– A kogóż my tu mamy? – rzuciłeś wyzywająco.
Ja wiedziałam, kim jesteś: księciem Fryderykiem, drugim synem naszego króla. W owym czasie nie spodziewano się, że obejmiesz po nim tron, dlatego mogłeś błąkać się po zamku bez hordy dworzan i służby. Pamiętam, że miałeś na sobie kaftan w kolorze nieba o północy, wykończony srebrną lamówką, a twoją twarz okalały gęste pukle. Dostrzegłam czarne rzęsy, długie jak na mężczyznę, ale jakże idealne u księcia, i złote kółko w uchu. Doprawdy, wyglądałeś dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie potomka króla.
– Zapytałem, kim jesteś – dodałeś stanowczym tonem, przyglądając mi się uważnie. – Wydajesz się zbyt dobrze ubrana na służącą. Poza tym, służące nie czytają po łacinie. – Wskazałeś podbródkiem tom, który podniosłam z podłogi.
– Anna Thorsteinsdatter – szepnęłam onieśmielona. – Jestem córką medyka.
– Aha – rzekłeś, pocierając brodę. – I potrafisz czytać?
Przytaknęłam.
– Ojciec mnie nauczył.
Pochyliłeś się i szybkim ruchem zabrałeś mi książkę. Owiał mnie twój zapach: drzewna woń, godna nie księcia, lecz raczej ogrodnika. Serce zatrzepotało mi w piersi.
Sprawdziłeś tytuł na okładce: Anatomicae Institutiones Corporis Humani.
– A więc interesują cię teksty anatomiczne lekarza i teologa Caspara Bartholina starszego, czy tak, Anno, córko naszego medyka?
Znów przytaknęłam, zaniemówiwszy z wrażenia.
Może rozbawi cię wspomnienie, że tak trudno było mi się do ciebie odezwać w młodości. Jestem pewna, że nie umknęła ci bijąca z tego faktu ironia losu. Wiemy przecież, jak brzmiały ostatnie słowa, które do mnie wyrzekłeś, prawda?
„Ti stille. Cicho. Hold Kæft. Milcz. Zamknij się. Zamknij się”.
– Twój ojciec istotnie jest specjalistą w puszczaniu krwi, jednak to, co doskwiera mojemu ojcu, królowi, ma przyczyny głębsze niż tylko zaburzenia równowagi między humorami – stwierdziłeś z przekonaniem.
I wtedy, wiele lat temu, w zamkowej bibliotece przedstawiłeś mi swoją teorię. Promienie słońca przeświecały między stosami książek, a drobinki kurzu wirowały wokół nas niczym płatki złota. Zdawało mi się, że to sen.
Twoje przypuszczenia na temat źródeł niedomagań króla nie wydawały mi się słuszne, gdyż papa często mi powtarzał, że choroby ciała wynikają z destabilizacji występujących w organizmie człowieka płynów: krwi, śluzu, jasnej żółci i czarnej żółci. Sposób leczenia zależał od rodzaju zaburzeń humoralnych, a dostępnymi metodami były: puszczanie krwi, prowokowanie wymiotów lub lewatywa. Ojciec wprowadził mnie również w swoje zainteresowania botaniczne i zapoznał z korzyściami ze stosowania roślin w terapii mniej poważnych dolegliwości.
Dopisało mi szczęście, gdyż mój ojciec, królewski medyk Thorstein Johansson, nie miał syna, któremu mógłby przekazać swoją wiedzę.
Chociaż gdybym miała brata, może byłabym teraz inną kobietą. Z pewnością nie tkwiłabym zakuta w kajdany jako więźniarka północy i bez wątpienia nie zostałabym skazana na wygnanie przez jedynego mężczyznę, któremu ufałam nawet bardziej niż własnemu mężowi.
Wróćmy jednak do naszego pierwszego spotkania. Kuliłam się wśród książek, a palce miałam pokryte kurzem od przetrząsania bibliotecznych półek. Spod białego czepka wymykały mi się kosmyki włosów równie czarnych jak twoje, co może zauważyłeś. Wpatrywałam się w ciebie niebieskimi oczami w odcieniu kaczego jaja, według mojej rozczarowanej matki zbyt bladymi dla dziewczynki.
Choć byłam wstydliwa i onieśmielona obecnością księcia Danii, zwyciężyła we mnie ciekawość.
– Co dolega królowi? – ośmieliłam się zapytać.
– Został przeklęty.
Nie musiałeś mi tego tłumaczyć, bowiem słyszałam od matki wiele opowieści o wiedźmach z królestw północnych.
– Skąd książę to wie? – wyszeptałam, złakniona szczegółów.
– Ojciec mi powiedział – wyjaśniłeś, jakbyś miał do czynienia z prostaczką. – Potężna wiedźma z Vardø rzuciła na niego klątwę. Przyszedłem tu po wszelkie teksty na temat niegodziwych postępków czarownic. Szukam książki pod tytułem Demonologia, napisanej przez Jakuba, króla Szkocji. Widziałaś ją? Musimy przełamać tę klątwę.
– A jak się przełamuje klątwę? – zapytałam.
– Poprzez modlitwę, oddanie naszemu Panu – odrzekłeś wyprostowany z dłońmi splecionymi za plecami. Srebrzyste frędzle u twojego kaftana połyskiwały w popołudniowym świetle. – Najświętsi z ludzi zawsze potrafią zwyciężyć z Diabłem.
Gdy spojrzałam ci w oczy, dostrzegłam w nich niezachwianą pewność – i coś więcej. Jak dotąd żaden chłopak nie patrzył wprost na mnie jak ty, choć podejrzewam, że jako książę miałeś do tego prawo. Nie spuściłam wzroku, gdyż sądziłam, że muszę poświęcać ci pełnię uwagi, nawet jeśli gorset zaczął uciskać mi klatkę piersiową, a na moich policzkach wykwitł rumieniec.
– Czy dobra z ciebie dziewczyna, Anno? – zapytałeś. Na ustach błąkał ci się lekki uśmiech.
Nie potrafiłam znaleźć słów, więc tylko skinęłam głową, gdy oddawałeś mi książkę.
– Dbaj o to, Anno – dodałeś, wciąż się uśmiechając. – Pilnuj, żeby Szatan trzymał się od ciebie z daleka.
Tego wieczora, siedząc z rodzicami przy kolacji złożonej ze śledzi i chleba, wypytywałam tatę o niedomagania króla.
Nie odpowiedział mi od razu – wyraźnie czekał, aż służąca wyjdzie z komnaty.
– Symptomy króla codziennie się zmieniają – westchnął, gdy zostaliśmy w gronie rodziny. – Jednego dnia może mu doskwierać żołądek, drugiego kiszki; jeszcze innego odczuwa silny ból w piersiach albo głowa boli go tak, że ledwo widzi.
– Sądzisz, że wróci do zdrowia?
Matka spojrzała na mnie z marsową miną, gdyż nie pochwalała mojego żywego zainteresowania medycyną. Nie kazała mi jednak umilknąć, ponieważ dobrze wiedziała, że łączy nas z papą taka więź jak ojca z synem. Byłam jego uczennicą. To znaczy, dopóki nie pojawił się Ambrosius.
– Cóż, córko, są pewne choroby, których my, jako medycy, nie zdołamy wyleczyć jedynie naszymi zabiegami.
Jakże kochałam ojca za to, że nazwał nas oboje medykami, jakbym była mu równa. Czułam, jak rumienię się pod wpływem uwagi i szacunku, jakie mi okazał, choć matka znów zmarszczyła brwi, kręcąc głową.
Nocą podsłuchałam, jak szeptem upomina męża.
– Poddajesz Annie niebezpieczne pomysły, Thorsteinie. Musisz z tym skończyć.
– Przecież nie wyrządzam jej tym krzywdy – odpowiedział. – Jestem dumny z intelektu mojej córki.
– Mylisz się, mężu. Wyrządzasz jej tym wielką krzywdę – przestrzegła go moja matka.
Moja bojaźliwa matka, która od dawna leży pogrzebana pod ciężką duńską ziemią, miała dużo racji.
Wolę jednak wrócić myślami do tej przyjemnej kolacji z rodzicami, gdy miałam trzynaście lat. Rozniecam w sobie to wspomnienie niczym maleńką świeczkę, iskrę światła, zapewniającą mi nieco ciepła, gdy rządca i jego woźnica targają mnie saniami pod górę z przystani Vardø do twierdzy płonącej upiorną bielą w tę najciemniejszą noc mojego życia.
– A jakie to mogą być choroby, ojcze? – zapytałam.
– Urojenia umysłu. Przypadłość, która mąci ludziom rozum w głowach.
Moja matka wydała z siebie stłumiony okrzyk.
– To zdrada mówić tak o naszym królu, Thorsteinie. Bądź ostrożny, służba może cię usłyszeć.
Śmiało sobie poczynałam we własnym domu w towarzystwie kochających rodziców – bo tacy właśnie byli: przez całe moje dzieciństwo żadne z nich nie podniosło na mnie ręki.
– Chodzą słuchy o klątwie rzuconej przez wiedźmę – wyszeptałam, nie chcąc się zdradzać ze swoim spotkaniem z tobą, księciem. – Czy to się zdarza naprawdę, ojcze?
Papa popatrzył na mnie; wciąż pamiętam to pełne namysłu spojrzenie oczu o barwie najjaśniejszej szarości, w odcieniu króliczego futra.
– No cóż – odparł, szarpiąc się za schludnie przyciętą brodę. – Jeśli ktoś wierzy, że został przeklęty, to tak, jakby był przeklęty.
Zdezorientowała mnie jego odpowiedź.
– Ale czy to możliwe, żeby potężna wiedźma z Vardø przeklęła naszego króla Chrystiana?
– Tak sądzi nasz król – stwierdził mój ojciec, wciąż odmawiając zajęcia jasnego stanowiska.
Wszyscy słyszeli o Liren Sand, potężnej czarownicy z Vardø we władanej przez naszego króla Norwegii, wiedźmie zawdzięczającej swoje imię ludowemu określeniu nawałnika, morskiego ptaka z regionów północnych, która szerzyła czarną magię w całym królestwie Danii. Na samą wzmiankę o niej dorośli mężczyźni, od północy aż po południe, drżeli z trwogi, jakby mogła sięgnąć ich serc, wyszarpnąć im je z piersi i żywić się skradzionymi myślami i pragnieniami.
Co pomyśleliby teraz moi rodzice, widząc mnie na tej samej wyspie, którą władała niegdyś Liren Sand? Jestem wdzięczna, że przynajmniej żadnemu z nich nie było dane dowiedzieć się o tym, gdyż oboje wyzionęli ducha podczas wielkiej zarazy przed ponad dziesięciu laty.
Czy to z zemsty za zgon ojca zakończyłeś żywot Liren Sand, mój książę? Wiele lat później, kiedy mieszkałam już w Bergen, z gazet targanych wiatrem po brukowanych ulicach dowiedziałam się, że została pojmana przez lojalnego ci gubernatora Finnmarku i postawiona przed sądem w Vardø. Dzięki tym słowom – i towarzyszącym im obrazom dla niepiśmiennych – poznałam drastyczne szczegóły jej licznych przewin oraz konszachtów z Szatanem. Okazało się, że Liren Sand czarami wpłynęła na pogodę i zatopiła bergeńskich kupców, gdy mozolnie przeprawiali się przez zatokę Varanger. To ona ściągnęła na wszystkich w królestwie Danii zarazę, zamordowała więc wiele niewinnych istot. Zasłużyła na to, żeby wtrącić ją do otchłani piekieł, dlatego kazałeś spalić ją na stosie.
W szufladzie biurka w mojej bibliotece w Bergen wciąż leży gazeta z rysunkiem wiedźmy Liren Sand przywiązanej do drabiny i opuszczanej w płomienie. Postępowanie w taki sposób z siłami zła wymagało odwagi – śmiem twierdzić, że okazałeś się mężniejszy niż twój ojciec, gdyż na ciebie Liren Sand nigdy nie zdołała rzucić klątwy w postaci choroby.
Kiedyś, wiele lat po naszym pierwszym spotkaniu, zapytałam cię, dlaczego Liren Sand, potężna wiedźma z Vardø, prześladowała twojego ojca.
– Za jego boskość! – oświadczyłeś. – Liren Sand pragnie rządów strachu i chaosu. Chce zniszczyć monarchię.
Zaraza bez wątpienia wywołała w kraju strach i chaos.
– Zgładzę ją – obiecałeś i owszem, mój książę, kilka lat później to uczyniłeś.
Powiedziałeś mi, że czarownic będzie więcej; że matki oddają swoje córki w służbę Diabłu. Nie mogłam zapomnieć tych słów, gdyż ta myśl wydała mi się ze wszech miar wstrząsająca: że matka mogłaby poświęcić własne dziecko Władcy Ciemności.
O, mój królu, jakże głęboko rani mnie twoja zdrada. Zostałam bowiem zesłana w miejsce, którego oboje baliśmy się najbardziej. Wygnałeś mnie do regionu, gdzie aż roi się od barbarzyńskich pogan i czarnoksięstwa.
Gdy zardzewiałe wrota twierdzy Vardøhus stanęły przede mną otworem, poczułam przypływ paniki. Serce tłukło mi się w piersi jak szalone i myślałam, że zemdleję. Zaczęłam wyrywać się eskortującym mnie mężczyznom, z trudem łapiąc oddech.
– Nie, to niezasłużona kara, jestem niewinna! – wołałam błagalnie do rządcy Lockherta.
Ten jednak warknął tylko:
– Skończ z tymi lamentami albo będę ci musiał założyć uzdę sekutnicy, którą zresztą jesteś!
Upadłam na kolana przed opuszczonym zamczyskiem, a czarne wrony krążyły mi nad głową, kracząc szyderczo. Pragnęłam już nigdy się nie podnieść.