Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wiejskie życie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 grudnia 2025
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Wiejskie życie - ebook

Książka opowiada o życiu na wsi lubelskiej w latach 30 i 40 XX wieku. Napisana gwarą lubelską. O trudach człowieka, który wyznaję trzy podstawowe wartości: Miłość, praca i Bóg.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-174-3
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

“Wiejskie życie”

Liliana Katarzyna Maria Dejnek

_Dedykacja:_

_Lubelszczyźnie_

Tyś złoto drogocenne… W przenośni i dosłownie… Boś pozłacana zbożem. W kolorze włosów królowej Radziwiłłównej… Węzy lessowe… Głębokie, ale jak piękną

ścieżką prowadzą… W głąb twej natury… A jeziora… Spokojne jak głos matki, czyste jak dusza Świętego… Tak by cię można opisać jezioro Białe…

Zamość kolorowy…

Kozłówka pełna Arkadii…

Janów pełen lasów ogromnych zielonych…

A Lublin twą stolicą pełną historii cudnej…

A wsie najpiękniejsze posiadasz w swojej ziemi… Takich, których nigdzie indziej nie ma… Tylko w tobie Lubelszczyzno… Ziemio przodków moich…Rozdział 1

05.04.1932 r. — Aleksandrówka

Początki

_“Miłość jest czymś najmocniejszym na świecie, a jednak nie można wyobrazić sobie nic bardziej skromnego”. — Mahatma Gandhi_

Dzień był słoneczny, upalny. Prace na polach trwały bez przerwy, chyba, że na złapanie oddechu, ale przy polach nie ma lenistwa w lubelskim od zawsze wjazna była rolna praca w końcu z tego najbardziej słynęło. A na polu zboże siała dziewczyna ubrana w strój roboczy czerwoną sukienkę na boso stopy miała i to całe w ziemi czarnej, a włosy upięte miała, który rozwiewał wiatr unosząc parę ciemnych kosmyków spod niego, a imię jej było… Jadwiga.

— Jadzia! Jadzia! — krzyknęła Danka z progu pola jej młodsza siostra.

— Co? — Krzyknęła pytając Jadzia.

— Chodź jeno matula na południe woła, zawoła też tatula, Andrzeja i Julka.

Jadzia posłuchała siostry i pobiegła na drugi koniec pola.

— Tatulu, Andrzej, Julku!

— Co tamuj ci się Jadziu? Cyżby znów jako kuropatwa jakaś się przywlókła i ziarno wydziobała? — zapytał Czesław ojciec dzieci i gospodarz.

— Nie, a skądże matula na południe woła.

— A to jak matula na południe woła to trza iść — odrzekł Andrzej i gestem ręk — i zawołał młodszego brata Julka.

Wrócili do domu, który znajdowywał się niedaleko ich pola pięciomorgowego. Dom był niewielki skromny zbudowany z beli pomalowanych na biało, okna i drzwi były zrobionego z ciężkiego drewna dębowego, dach pokryty strzechą ciemną. Pod oknem, który był umieszczony od strony kuchennej znajdowała się drewniana ława, na której siedziała Helena — matka, żona i gospodynia tego rodzinnego ogniska czekała na domowników z balią pełną wody.

— No chylo móż czekoć na was? Najpierw giry umyjta, a potem wejdźta do chałupy na obiad — powiedziała Helena — najpierw łojciec potem Jadzia, a na końcu wy chłopoki.

Myli długo nogi wodą samą, a następnie przetarli je suchą ścierą. Po polu zawsze był problem domyć nogi będące brudne od czarnej ziemi, która potrafiła być ciężka do zmycia, a mydło było luksusem na wsiach było, więc to rzadko bywało w domach wiejskich. Higiena od zawsze na wsi ciężka była nie było łazienek, kąpiele brano głównie w ciepłych porach roku w Baliach dużych naczyniach wodę nabierano ze studni (o ile była) i wlewano do naczynia, a następnie się kąpano się w jeziorach lub w rzekach, natomiast wszelkie sprawy fizjologiczne załatwiano się w wychodkach, jeśli ich nie było to za stodołą.

— Jadwisiu myj no szybciej te nogi! — pogoniła córkę Helena. — Juleczek jeszcze musi nogi umyć, a żadnego błota w chałupie nie chcę!

— Juze kończę matulu ino i tak Juleczek dłużej nogi myję — odpowiedziała śmiejąc się Jadzia przecierając lewą nogę ścierką.

— On większe giry ma to i roboty więcej — odpowiedziała idąc do kuchni — ale jak, któryś wlezie z brudnymi nogami to, jak boga kocham batówką dostaniecie. Chodźcie na zjedzenie południa

Podała obiad, nim były pierogi z kaszą gryczaną i serem białym z okrasą z cebuli smjazonej, a do picia maślankę. Pomodlili się i zabrali się za jedzenie.

— No powiem ci Helenko moja kochana — powiedział Czesław — pierogi to ci wyszły lepsze, niż tydzień temu.

— Aj ta takie same jak zawsze nie pochlebiaj mi Czesiu.

— Oj Helu, Helu tyś zawsze tako skromna.

— Lepiej powiedz mnie jak w polu dzisioj?

— Tak samo, ale Jadźkę, Andrzejka i Julka trza pochwalić spisali się lepiej, niż ostatnio.

— Danka i Bronia też pomogły mi. Danka przy upieczeniu chleba, a Bronia przy opiece nad Jasiem i Stasiem. Me zdolne dziewczochy jak tak dalej będziecie to szybko jakiś absztyfikant się wami jaki zainteresuję.

— No właśnie… absztyfikant… — powiedział Czesław, zwróciwszy się do Jadwigi.

— O co chodzi tatulu? — zapytała Jadwiga.

Westchnął ciężko, spojrzał jeszcze raz na nią delikatnie się uśmiechając.

— Jadzia córuchno ty moja tyś juze jest w takim wieku, żeś juze narzeczonego powinna mieć.

Jadzia otworzyła szeroko oczy z niedowierzaniem, odchrząknęła następnie odkładając widelec.

— Tatulu… jo żem wim…, ale nie wim, gdzie szukoć mom nie możeta mie wy znaleźć nie jakiego absztyfikanta tak większość ludzi w naszej wsi robi.

— Nie ma mowy z matką, żeśmy postanowili, że ty sama se znajdzie męża. Żebyśmy nie popełnił błędu twoich dziadków i żeby nie skończyła jak mojej świętej pamięci moja brejdaczka Krysia — powiedział Czesław.

— Krysia… Krysia… biedna dziewczocha… — odpowiedziała Helena.

— Co z nią było matulu i tatulu? — wtrącił Julek — nigdy żeście o niej nie wspominali.

— Włacha — odpowiedział Andrzej z ustami pełnymi pierogów.

— Danusiu, Broniu weście najmłodszych i idźcie na podwórko to nie jest rozmowa na wasze uszy — powiedział stanowczo Czesław.

Dzieci usłuchały ojca i poszły z najmłodszymi dziećmi na podwórze ojciec popatrzył na najstarszą córkę i zaczął.

— Za nim się z twoją matką ożeniłem moja brejdaczka Krystyna starsza o trzy wiosny ode mnie… w wieku szesnastu lat została wydana za Bogusława bogatego chłopa syna starego Henryka, ponoć oni szlachta zubożała była dlatego we wsi najbogatsi byli, ale nie w sercu… Dziewchocha szczęścia nie miała… Boguś zły

człowiek był chlał na umór, lał Krysię tak mocno, że do stanu comy ją niekiedy doprowadził. O mało jej nie zabił, gdy ta… wydała na świat małą Terenię… zamiast chłopca, noi potem płodził te dziecioki jak wariat, byle by był syn, jaz w końcu pożegnała się ze światem nie ukończywszy dwudziestu pięciu lat. Cztery córki osierociła — Terenię, Stasię, Irenkę i Gienię… najmłodsza nawet dwóch lat nie miała…, a tamten… miesiąc później nową juze miał, która mu dała upragnionych synów…, ale skończyła tak samo.

— O matuchno przenajświętsza… — szepnęła zszokowana Jadwiga.

— A, więc widzisz przed czym cię bronimy… — powiedziała Helena tuląc córkę — miłość musi być wyborem, nie przymusem… dlatego chcemy byś miała wybór i lepsze życie, niż moje i ojca pokolenie… — Pójdź no na jakąś biesiadę… — powiedział Andrzej…

Usłyszano pukanie ciche do drzwi.

— Otwarte! — powiedział głośno Czesław.

Otworzyły się drzwi to była Hanna krewna rodziny Pawlaków od strony Czesława, córka jego siostry. Poprawiła złoty warkocz.

— Pochwalony kochani.

— Pochwalony Haniu co sprowadza do nas? Może pierogów ci nałożę? — zapytała Helena.

— Dziękuję ciociu, ale myśmy juze obiad jedli. Jo do Jadzi. Pamiętasz Irenę? Córkę starego Kazika i Karoliny? Imieniny ma dzisioj i rodzice jej zgodzili się zrobić potańcówkę u nich w stodole. I zaprosiła nas i ciebie też z Danką i chciałam zapytać czy pójdzieta z nami?

— Mogę tatulu?

— A któś jeszcze z wami pójdzie?

— No jeszcze moje brejdaczki Józka, Basia i Marianka i Jurek z nami pójdzie. Mama poprosiła go, by poszedł nas pilnować.

— Dobrze zgadzam się, akurat się składa dobrze… Jadzia może kogoś pozna… juze osiemnaście wiosen mo… Hela w jej wieku juze dwójkę dzieci mioła… Telko proszę, Jadźka i Danka mają być przed dwudziestą drugą w domu i żadnych nalewek… ino sprawdzać będę…

— Będziemy się pilnować tatulu — powiedziała Danka całując go w podzięce w policzek. — ale my nic dla Irci nie mamy… zapomnieliśmy, że dziś piąty…

— To nic jo z brejdaczkami obrus dla niej mamy powiemy, że to od nas wszystkich.

— Od Jurka też? — powiedział Andrzej śmiejąc się.

— Ta od Jurka… on do nici i igły dwie ręce ma. Chocijaz on zamiast nas pilnować wódkę będzie z braćmi Irci — Karolem i Mańkiem pić. — powiedziała machając ręką Hanka. — telko dlatego się zgodził.

Wieczorem pojechały furmanką do Ireny kjazda z nich była odświętnie, ale nie przesadnie ubrana na potańcówkę w gospodarstwie Kaczmarków. Jadwiga ubrana była w białą wykrochmaloną niedawno bluzkę i długą rozkloszowaną spódnicę w kolorze granatu i trzewiki, a włosy miała spięte w warkocz przywiązane czerwoną wstążką. Hanka w brązową sukienkę z wysokim kołnierzykiem w białe kropki była ubrana. Józka w pasiastą spódnicę i żółtą bluzkę. Danka w szaro-zieloną bluzkę i czerwoną spódnicę do kolan, a na szyi nosiła naszyjnik z niebieskich koralików. Natomiast Marianna ubrała szarą bawełnianą sukienkę z bufiastymi rękawkami. Zapukały do drzwi, gdzie następnie otworzył im ojciec Ireny zapraszając je i Jurka do środka.

— Irenko wszystkiego dobrego z okazji imienin — powiedziała Jadzia cmokając w policzek przyjaciółkę.

— Dużo zdrówka, szczęścia, a przede wszystkim miłości, bo ona jest najwjazniejsza. — powiedziała Basia.

— Dziękuję kochaniutkie — odpowiedziała Irena tuląc Hankę. — Tu proszę skromny upominek od nas!

Podały jej obrus wyszyty, piękny w tradycyjne wzory dla regionu jakim była Lubelszczyzna — krzyże, swastyki i rozety.

— Matuchno przenajświętsza jakie to piękne! Dziękuję dziewchochy! — odpowiedziała Irena tuląc i całując w policzki przyjaciółki — teraz chodźmy tańcować.

Zagrała muzyka, grana przez skrzypka Mietka, Bębnistę Franka. Była głośna i radosna. Grano tradycyjne utwory jakim były oberek lub polka.

Pary tańczyły zawzięcie bez tchu, a ci co nie byli zajęci tańcem jedli chleb ze smalcem i ogórkiem, ciasta wszelkiego rodzaju i sałatki lub pili wódkę.

— Dziewczochy pamiętajcie, o czym mówił wujek Czesiek i nasz tata. — powiedział Jurek stanowczo.

— Jurek, my wimy nic się nie bójta — rzekła śmiejąc się Marianka — poza tym ty nasz pilnujesz… a raczej przyszedłeś na…

Przerwała uderzając kilka razy ręką w szyję i dziewczyny zaczęły się śmiać.

— Ha, ha… bardzo śmieszne… lepiej idźcie tańcować zanim miną godziny do ciszy nocnej — odpowiedział ironicznie Jurek i odszedł do stolika pójść się czegoś napić (wiadomo, że wódki).

— Chodźta, chodźta wszyscy do tańca! — krzyknęła jedna z dziewcząt.

Muza grała, a Jadwiga z siostrą i kuzynkami tańczyły w kółku zaparte. Śmiejąc się głośno z żartów, które Józka zaczęła opowiadać.

— O Boziu Święty Józia, skąś ty bierzesz te żarty? — zapytała płacząc ze śmiechu Danka.

— No jak skąd, czasem mi ten Tadek obok naszej chałupy mi je opowiada.

— Pewnie cię bałamuci — powiedziała mrugając oczami Marianka.

— Co ty wisz o bałamuceniu Maryśka? — zapytała ironicznie

— A żebyś wiedzioła, że wim ostatnio mnie zaczął taki Włodek co mieszka na końcu wsi się do mnie zalecać!

— Do wszystkich się was ktoś zaleca… A Jadzia męża szukać ma dzisiaj.

— Oj Danka daj żesz spokój cholero jedna! Musisz wszystko wypaplać.

— Nie wypaplam telko mówię co łojciec. Jesteś w takim wieku żeś powinna stanąć juze dawno na ślubnym kobiercu. Chcesz zostać starą panną z kotami?

— No nie chcę wyobraź sobie…, ale dzisioj chcę skupić się na zabawie z wami, a nie na absztyfikantach…

Wtem podszedł do dziewcząt młody mężczyzna. O ciemnych włosach, lekkim zaroście, oczach niebieskich jak niebo i lekko opalonej cerze, co świadczyło o długich godzinach spędzonych w polu. Ubrany był w białą koszulę lnianą i granatową kamizelkę.

— Jeśli móż przerwać. Może by panna jeden taniec mi powierzyła? — zapytał mężczyzna zwracając się do Jadzi i wyciągnął rękę ku niej.

Jadwiga zdziwiona była dość mocno przez pierwszą chwilę się zawahała odwróciła się w kierunku kuzynek i siostry, które gestami rąk dawały jej znać by szła z nim.

— No cóż… Skoro pan tak pięknie prosi — odpowiedziała śmiejąc się Jadzia i przyjęła zaproszenie.

— Jaki pan? Jo nie z miasta, żeby mnie panem nazywać. Ino pochodzę z Cieślanek. Pewnie słyszała panna o tej wsi. Kuzynem Ireny, żem jestem.

— Jak nie jak tak. Ino rodzinę od strony łojca po części mom. A jak się zwie? — zapytała Jadzia.

— Lucjan mnie nazywają, a panienkę? — zapytał całując dłoń na powitanie.

— Jadzia.

— Jadzia… Jadwiga… Piękniejszego chyba imienia, żem nie słyszał…

— Zwyczajne imię jak kjazde inne…

— Zwyczajne by było jakbyś się nazywała Maryśka, Anka lub Wieśka… Tyle panien ma tak na imię… Tyle znam osób o takim imieniu, a jesteś pierwszą co poznałem o imieniu Jadzia… — Schlebiasz mi…

— Niech Lucjan nie zwraca uwagi na jej słowa — wtrąciła się Józka — łona to zawsze tako skromna po swojej matce.

— Zauwjazyłem… Ale to sobie cenię… To co pójdziesz ze mną w oberka?

Jadwiga nie odezwała się tylko chwyciła jego rękę i poszli w parkiet.

— Kikowcie telko! A mówiła „ale dzisioj chcę skupić się na zabawie z wami, a nie na absztyfikantach” — powiedziała przedrzeźniając Jadzię Danuta.

— Kobieta zmienną jest jak to mówi nasz tatulo — powiedziała Maryśka.

Muzyka zagrała ponownie. Mietek smyczkiem zaczął grać głośno, tak samo bębnista Franek. Lucjan poprowadził Jadzię w oberka. Taniec był wyrazisty szybkich pełen wdzięku i obrotów. Lucjan wirował z nią w miejscu cały czas nie wypuszczając jej z ramion. Nadszedł następny taniec pełen skłonów i obrotów. Wydawało się, że Lucjan może być zawodowym tancerzem nie bez powodu. Obracał Jadwigę wokół siebie raz w prawo, raz w lewo. Zginął kolana przyciągając się do ziemi, jakby się miał zamiar oświadczyć a znali się dopiero jakąś godzinę dobrą. Wkrótce uniósł ją do góry i zaczął obracać ją w powietrzu wszyscy ludzie wokół patrzyli zdumieni tą parą, która wykonywała tak piękną choreografię tańców ludowych.

— Lutek… Gdzieś się nauczył tak tańcować? Ledwo żem za tobą nadążam! — zapytała Jadzia śmiejąc się.

— Wisz w mojej familii taniec od zawsze było tradycją i od małego się juze uczyłem jak oberka lub kujawiaka tańczyć. — odpowiedział jej Lucjan obracając ją. — Czy u ciebie też taka tradycja w chałupie jest?

— Nie… U mnie raczej się śpiewa od zawsze. Przyśpiewki, a w okresie świąt, jeno pastorałki z matulą i brejdaczkami śpiewamy. — Toć musisz pięknie śpiewać.

— Po czym sugerujesz?

— No cóż… taka piękna żeś ty, więc i śpiewać musisz pięknie…

— Oj Lucjan, Lucjan… — powiedziała zaczerwieniając się, a ten widząc to zaśmiał się lekko.

— Nie kłamały twoje kuzynki… faktycznie skromna jesteś, ale to mi się podoba. Taka kobiecina powinna być…

— Słodki bywasz…

Rozmowa i taniec zostały nagle przerwane… Przyszła Basia.

— Jadziu, chodź ino Jurek nasz kuzyn woła, że mamy wrocać do chałupy…

— Juze idziesz? — zapytał Lucjan.

— Muszę… obiecałam tatulowi mojemu… Spotkamy się jeszcze?

Rozmowy z tobą są bardzo przyjemne…

— Miło to słyszeć Jadziu… Jestem pewny, że się spotkamy jeszcze… nasze wsi leżo blisko siebie… jest szansa…

— Jadźka! — krzyknął Jurek.

— Juze idę! Do zobaczenia Lucjan…

— Do zobaczenia Jadziu… — odpowiedział i pocałował dłoń na jej pożegnanie.

Jadzia znikła z pola widzenia długo pamiętając o tych imieninach i poznaniu Lucjana, który sprawił, że zaczęła rozwjazać słowa ojca swojegoRozdział 2

08.04.1932 — Aleksandrówka, Studzianki Nauki u Eugenii

_“Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą” — 1 Kor 13,4_

Słońce wstało nad Aleksandrówką. Jadwiga się obudziła w izbie, którą dzieliła z rodzeństwem. Izba była niewielka w chałupie rodzinnej. W niej mieściły się trzy łóżka — jedno jej, Bronki i Danki, drugie należało do Andrzeja i Julka, trzecie do Jasia. W tamtych czasach, często spotykane było, że rodzeństwo musiało spać w tych samych łóżkach, z powodu małego miejsca w domach wiejskich. Im mniejszy dom był, tym wielodzietna bardziej była rodzina. W izbie znajdowała się również szafa z ubraniami, do której przymocowany był lustro, skrzynia z pościelami i z zabawkami drobnymi Jasiowymi. Na ścianach zaś znajdowały się trzy obrazy święte — Matki Bożej Częstochowskiej z dzieciątkiem, Świętego Józefa i Świętej Agnieszki patronki dzieci i rolników. Ubrała się i wyszła na śniadanie. Podano zupę mleczną, a do picia kawę zbożową.

— Jedz szybciej… zaraz musisz iść do ciotki Gieni na nauki krawiectwa… wisz jaka ciotka jest… — powiedziała Helena nalewając kawy Julkowi.

— Nie martw się matulu zdążę do ciotki pójść.

— Przecie to prawie godzina drogi do Studzianek… a masz być na dziesiątą, a dziewiąta juze jist.

— Przecie, zdążę co najwyżej biegać będę, a jak się spóźnię to przeżyję larmo, jakie od ciotki dostanę.

— Jo bym się bał na twoim miejscu… — powiedział Jaś młodszy w rodzinie chłopiec pięcioletni — ino ciotka jak się zezłości wygląda jak wściekła osa. Jarmolicha z niej.

— Jasiu… nie mówże tak o ciotuni — skarcił go ojciec — ino ona ma taki telko charakterek to normalne. Ino fakt trochę zmierzła dla nie swoich dzieci jest…

Jadzia później z chałupy wyszła narzucając na siebie czerwoną chustę z niebieskimi kwiatami wyszytymi, gdyż dzień był lekko zimny. Zaczęła iść w kierunku Studzianek wsi, w której mieszkały jej kuzynki Hanna, Józefa, Marianna i Barbara oraz kuzyni — Jerzy i Zbigniew z rodzicami — Eugenią, która praktyki dawała córkom i Jadzi z krawiectwa i wujem Zygmuntem. Często na wsiach, młode osoby uczyły się przydatnych umiejętności poprzez rodzinę, zazwyczaj chodziły na nauki do kogoś z krewnych albo rodzice uczyli. Ojcowie synów uczyli przede wszystkim pracy nad gospodarstwem, a matki córki zajmowania się domem. Gdy nie było takiej możliwości to właśnie krewny uczył. Wujek, ciotka, ewentualnie bliski znajomy rodziców, który organizował młodszemu praktyki u siebie. W szkołach co prawda był taki przedmiot jak robótki ręczne, jednak zazwyczaj bywało na wsiach w czasach dwudziestego wieku tak, że mało kto do szkoły chodził, a jak juze poszedł to kończył cztery klasy lub tylko trzy, dwie z powodu biedy jaka panowała.

Zazwyczaj juze po drugim roku edukacji dzieci opuszczały szkołę, by zwolnić miejsce dla młodszego rodzeństwa. Tak było chocijazby w przypadku świętej Faustyny Kowalskiej, która sama ukończyła trzy klasy ponad podstawówki, aby potem jej rodzeństwo, którego miała dziewięcioro, mogło się również uczyć jak i ona sama. O szkole średniej mowa nie była, młodzież po szkole ponadpodstawowej miało pomagać rodzicom przy gospodarstwie. A jak chciała się nauczyć umiejętności, które przydadzą się im do przyszłego zawodu to właśnie szli one na kursy lub praktyki. Czasem na wsiach bywały szkoły, w których były nie cztery, a siedem klas. Takie szczęście miał mój pradziadek pochodzący ze wsi Struża-Kolonia. Henryk, który sam do takiej szkoły uczęszczał w latach trzydziestych. A na tamte czasy, jeśli chodzi o wieś, gdy ukończyło się tyle klas było się juze bardzo wykształconym.

— Jadzia! — krzyknęła Helena biegnąc do niej z lekką zadyszką — kosza żeś zapomniała!

— O matulu dziękuję!

— Nie dziękuj ino biegnij, żeby ciotka cię nie zbeształa jak ostatnio. Pamiętasz?

— Ino pamiętam… Czemu ty nie możesz mnie uczyć matulu?

— Jadziu… jo bym bardzo chciała, ale jak? Przy Stasiu i Jasiu to mało możliwe…

— Jo wim…

— Idź juze. — Idę.

Mijała pola pszenicy, które rozciągały się wokół Aleksandrówki. Pola były duże, a na nich ludzie pracowali, mężczyźni, kobiety, a nawet dzieci, które były juze w takim wieku, że mogły pomagać w roli. Usłyszała Jadwiga stukot kopyt koni za sobą. Odwróciła się i ujrzała… Lucjana!

— Lutek?

— A kogoż to jo widzę? Jadzia jak cię miło widzieć! Gdzież ty to się wybierasz?

— A wisz Lutek do ciotki na praktyki idem do Studzianek. Krawiectwa się u niej uczę, wisz takie umięjętności się przydają.

— Wim, wim… chodź no tu… podwiozę cię…

— Lutek… nie trzeba — powiedziała uśmiechając się.

— Nie Lutekj mi tu Jadziu… dla mnie to ni problem, aby cię podwieźć. Jo jakuratnie zmierzam do Dębiny do kuzyna pomóc przy budowie studni, a to koło studzianek przecie jest. Powiedz telko mi, który to dom, w którym twoja ciotka mieszka.

— Zwykły jak kjazdy dom…, ale jednym się charakteryzuję płotu ni ma tamuj od jakiegoś czasu, bo zniscoty został w trakcie burzy.

Zsiadł z wozu i pomógł jej wsiąść biorąc ją za talię i podnosząc w powietrze i posadził ją na wozie. On sam potem wsiadł sam. Delikatnie uderzył uprzężom konia, a ten zaś zaczął iść wydając stukot swoimi kopytami.

— Pięknego konia masz… taki ładny brązowy… z białą plameczką na pyszczku, a grzywa gęsta czarna… jak się wabi?

— Kasztan, klasycznie.

— Pięknie.

— Chciałem go nazwać Maniek, ale by mój brejdak Emil się obraził, by.

— A czemuż, by się obraził? Przecie to nie zdrobnienie od imienia Emil.

— Ale na pierwsze ma Marian, na drugie ma Emil i na niego mówimy po drugiemu.

— Czemuż to?

— Kiedyś w Aleksandrówce… Był taki ksiondz, który podobno łasy był mocno na kasę, z tego powodu mój łojciec popadł w swarę z nim mocną. Ni wim o co dokładnie chodziło, bo matula zabroniła o tym gadać, a jak łona coś powi to jest rzecz świnta. Przez te swary gdy przyszedł czas ochrzczenia brejdaka nie zgodził się na imię Emil, a postanowił na imię… Marian. Matula przez to była wściekła na łojca, ale juze nic nie dało się zrobić. Postanowili zrobić tak jak ksiondz kazał. W domu w szkole bo poprosili nauczycieli wołano na brejdaka Emil, a w urzędach w Janowie to juze tak jak było

zapisane w papierze, czyli Marian. Dla mojej familii jednak zawsze

będzie Emilem, nawet jak na pierwsze ma zapisane, że jest jakimś Marianem.

— Szalona, ale ciekawa historia — powiedziała lekko uśmiechając się Jadzia. — widzę, że też masz rodzeństwo.

— A no mam oprócz Emila jest jeszcze starszy Maciek, co zakonnikiem został i dwójka młodszych Leon i Anka. A ty? Masz kogoś jeszcze w rodzinie oprócz Danki?

— Jest jeszcze piątka młodszych od mnie, bom jo najstarsza Julek, Andrzej, Bronka, Jaś i Staś co niedawno się pojawił na świecie.

Taki słodki z niego chłopiec jak z obrazka wzinty.

— Jak do kjazdy urodzony dzieciok. A potem zamieniają się w takiego czorta i biega jak opętany.

Obaj roześmiali się z tego co Lucjan powiedział. Jadzia nie tylko się śmiała, ale również zarumieniła się delikatnie. Zbliżali się powoli do Studzianek, gdzie z kjazdym metrem ona smutniała

— Co ci? — zapytał Lucjan patrząc na nią.

— Nic… to juze Studzianki…

— Nie lubisz tej swojej ciotki?

— A kto by ją lubił? Jeśli nie jesteś jej dzieckiem to nie licz na żadne zmiłowanie od niej… cięta na wszystkich jest…, a na chłopów… cud, że za mąż wyszła, ale ona mówi, że to telko z rozsądku, aby ludzie nie godoli, że z niej “stara panna”.

— Mhm… jak to kjazda polska ciotka heh… — A jak nie jak tak.

Dotarli pod dom Eugenii ciotki Jadwigi. Ta wyszła z chałupy na powitanie.

— O Jadźka, coś wcześniej dziś jesteś, ale w sumie dobrze od razu zaczniemy robotki przy haftowaniu. A któż to? — wskazała na Lucjana.

— Toć Lutek mój kolega ostatnio poznany na imieninach koleżanki podwiózł mnie do cioci.

— Mhm… kolega powiadasz… no dobrze… nie traćmy czasu pożegnaj się i chodź. Hanka juze hafty i nici przygotowała. A, gdzie Danka?

— W domu musiała zostać. Stasio ma coś z brzuszkiem dzisioj i matce pomóc musi.

— Rozumim… pożegnaj się z panem.

— Do widzenia Lutek… i dziękuję za podwózkę — powiedziała Jadwiga i ukłoniła się delikatnie.

— Drobiazg to dla mnie Jadziu… do zobaczenia wkrótce… — odpowiedział i delikatnie ucałował dłoń Jadwigi.

— A kawaler sobie za bardzo nie pozwala? Pocałunki to chyba po ślubie dopiero? Nie? — zapytała Eugenia.

— Ciociu…

— Pani kochana, toć to zwykły buziak w rączkę z grzeczności był…

— Z grzeczności… ta… Jadźka do chałupy! — wskazała na dom Eugenia, biorąc pod ramię Jadwigę.

Lucjan patrzył jeszcze na nią jak odchodzi, czując dziwne uczucie w brzuchu swoim i to nie był ból, ani głód tylko jakby coś w nim latało.

W chałupie Zygmunta i Eugenii panował spokój. Jadzia, Hanka, Basia, Józka i Marysia haftowały na serwetkach tradycyjne wzory, które ciotka zadała im do uszycia, a później do sprawdzenia. Hanka z Jadzią wyszywały krzyże, Baśka swastyki (oczywiście nie takie, o których my myślimy). Józka z Maryjką rozety kwieciste i te z krzyżami. Dziewczyny raz po raz wyszywały ciągnąc igłę raz w górę, raz w dół, raz w bok ciągnąc kolorowe nici. Przy czym śpiewając.

— _U prząśniczki siedzą, jak anioł dzieweczki. Przędą sobie, przędą jedwabne niteczki._ — zaśpiewała Hanka.

_Kręć się, kręć, wrzeciono. Wić się tobie wić. Ta pamięta lepiej. Czyja dłuższa nić._ — zaśpiewała Baśka.

— _Poszedł do Królewca młodzieniec z wiciną. Łzami się zalewał, żegnając z dziewczyną_. — zaśpiewała głośno Józka.

— _Kręć się, kręć, wrzeciono. Wić się tobie wić. Ta pamięta lepiej. Czyja dłuższa nić._

— _Gładko idzie przędza, wesoło dziewczynie. Pamiętała trzy dni o wiernym chłopczynie._ — zaśpiewała Jadzia.

— _Kręć się, kręć, wrzeciono. Wić się tobie wić. Ta pamięta lepiej. Czyja dłuższa nić._

— _Inny się młodzieniec podsuwa z ubocza. I innemu rada dziewczyna ochocza. — zaśpiewała cicho tym razem Maryśka._

— _Kręć się, kręć, wrzeciono… Prysła wątła nić… Wstydem dziewczę płonie…_

— _Wstyd się dziewczę wstydź!_ — zaśpiewała ciotka Eugenia wchodząc do izby z założonymi rękami na biodrach. — cóż to za śpiewki? Robotą się miałyście zająć.

— Matulu. — zaczęła Józka — ino my śpiewamy i robimy nic się nie bójta.

— A no chyba, że tak. — odpowiedziała — Pokjaz ta. Co żeście wyszyły mi tu. A właśnie Jadźka przekjaz Dance, że w domu ma zrobić haft jakiegoś wzoru i mi przynieść na następny raz. Józka pokjaz coś ty wyszyła. No ładny ten wzór, no ładny ino telko tu poprawić ten kwiatuszek poprawić musisz, bo to róży nie przypomina. Jadźka teraz ty…, a cóż to jest? Miałaś wyszyć przecie coś związanego z Lubelszczyzną, a nie… twarz jakiegoś absztyfikanta!

Rzeczywiście zamiast wyszyć wzór… Jadzia wyszyła… twarz Lucjana… tak Lucjana… idealnie wyszyła kształt jego głowy i niebieskie oczy… Dziewczyna bujała najwyraźniej w obłokach.

— Zaraz… toć to ten sam co go poznałaś wczoraj! — pisnęła Maryjka — Jadzia… ty coś czujesz do niego?

— Maryjka coś ty durna?

— A tyś jeszcze durniejsza Jadźka, żeś wyszywała twarz kogoś kogo ledwo znosz…

— Dzisioj mnie podwiózł do cioci…

— I tyś się zgodziła? A jakby cię, gdzie wywiózł? I zrobił nie wiadomo co? Mądraś ty? To, że raz zatańczyłaś to nie oznacza, żeś znosz go życie całe… Wisz chocijaz jak ma na nazwisko…

Kim jest jego familia? Łojciec, matula? Rodzeństwo czy ma? — zapytała zdenerwowana ciotka.

Jadwiga nie odpowiedziała, upuściła wzrok i schyliła głowę. Lekko zaczerwieniła się ze wstydu i z nerwów. Czuła ból.

Jadźka… rozpruj to… — powiedziała Eugenia rzucając jej haft. — ino zacznij od nowa… matka się twoja dowie o twoim nieposłuszeństwu… i zapamiętaj… kiedy pierwsze emocję opadną, zapomnisz o tym mężczyźnie. Bo miłość przychodzi i odchodzi… zacznij żesz od nowa…

09.08.1932 r. — Aleksandrówka Rozmowa

— Jadzia… ino powiedz… cóż to ciotka mówi, żeś nie słuchała na jej lekcjach? Żeś wyszywała twarz jakiegoś absztyfikanta… — powiedział ojciec przy śniadaniu następnego dnia.

— Oj tatulu… ino się zamyśliłam… dlatego to wszystko…

— Ale wisz, że tak nie powinnaś…

— Jadźka miłością żyję! — powiedział podsłuchując rozbawiony rozmowę Andrzej.

— Andrzej! — powiedział ostro ojciec.

— Zamyśliłam się ino o Lutku…

— Któż to za Lutek Jadźka?

— Ino ten co poznałam go dwa dni temu… u Irki… wczoraj go zaś spotkałam w drodze do ciotki. Do Dębiny wyruszał. Do kuzyna chyba jechał nie wiem… nie pamiętam no.

— A jak wygląda? Ładny chłopok?

— Włosy ciemne jak nasze drzwi, oczy jak niebo. Ubrany był w koszulę białą i kaszkiet…

— Kaszkiet? Taki ciemno-niebieski? A chłop tai wysoki był?

— No wysoki… mówił też, że ma brejdaka zakonnika, brejdaka co imię ma Emil, a w kościele go ochrzcili na Marian, bo jakieś swary z księdzem jego tatulo miał…

— Chwila… Toć to z Barysiem jechałaś? Z Lucjanem Barysiem? Dziewucho toć to najlepszy kawaler w całej wsi Cieślanek! Znam łojca jego stary Ludwik ha! Za młodu żeśmy obaj na tym samy polu robili, dopóty nie zmienił miejsca, bo się później ożenił, a jego żona Walcia to ło! Co ona powi to rzecz świnta lepiej z tą kobieciną nie zadzierać! Łoni to dopiero mają pola dużo, gospodarstwo i nawet parobka! Toć oni kmiecie są!

— Lucjan nic mi nie mówił ino telko o rodzinie.

— Toć pewnie skromny chłopok, ale to dobrze się składa. Takiego ci właśnie trzeba byś nie skończyła jak ciotka Kryśka… ino powiedz telko… podoba ci się?

— Jeszcze nie wim tatulu… — odpowiedziała Jadzia nieśmiało, ale w głębi duszy czuć było, że jej coś leży na sercu.Rozdział 3

17.04.1932 r. — Aleksandrówka, Batorz Msza święta

_“Prawdziwie kochasz wtedy, kiedy nie wiesz, dlaczego.” — Lew Tołstoj_

— Tyś serio Jadźka? Znów wczoraj musiałaś? Źle znów wyszyć swastykę? Boś ty znów z głową w tym Lutek swoim byłaś znów… Telko dlatego, że co? Bo wzioł ciebie na przejjazdżkę furmanką? Telko dlatego, żeś się zbłaźniła przed ciotką Gienką? Może ty tego Lutka kochasz? — zapytała w niedzielę Danka w ich izbie uierając spódnicę do kościoła.

— Danka! Daj, że spokój! Telko ino dogadywać umisz! A ty nie lepszo! Sama, żeś błędy popełniała przy haftach i szyciach? Juze ni pamiętosz jak ciotka ci cało część od swetra rozpruć kozoła? — odpowiedziała ostro Jadzia.

— Cudzej winy nie wypominaj!

— A co zazdrosna, że Lutek mnie lubi może?

— Tyś przecie wcześniej z Januszem się zadawała! Ni bądź ino rozpustą!

— Ale ino, poleciał za Władką od Józka i Sabiny, a mnie jak psa zostawił! Co miałam zrobić? Błagać ino o wybaczenie? Upokarzać się? Jo nie żadna rozpusta ino telko dziewucha z cnotą!

Weszła matka do izby z surowym wyrazem na twarzy. Widać było, że kłótnie ich usłyszała. Weszła stąpając dużymi krokami z małym Stasiem na rękach.

— Ino co tu za larmo wy robicie? W Niedzielę? Czy wy wstydu nie posiadacie?

— Matulu ino Danka zaczęła! Wspominała zaś o tej wpadce wczorajszej u ciotki, ino przez przypadek wczoraj źle swastykę wyszyłam! Bo mnie Hanka zamarkała!

— Ino nie cygań!

— Spokój mnie tamuj! Nie ma larma w niedzielę! Wstydu obie dziewczochy nie macie! Ino do spowiedzi pójdzieta!

— Przepraszamy matulu… — wydukały cicho dziewczyny.

Mały Stasio zaczął wymachiwać rączkami i nóżkami gaworząc. Helena poprawiła ułożenie go na swoich rękach i połaskotała go po nosku.

— Śpieszta się, łojciec czeko na was z furmanką.

Dziewczyny zebrały się do końca ubrane w piękne tradycyjne stroje dla regionu lubelskiego. Koszule białe, wykrochmalone, lniane. Gorsety czarne obszyte haftami po bokach kolorowymi, przewiązane czerwoną wstążką. Spódnicę były długie czerwone lub zielone obszyte wstęgami kolorowymi, a na to zapaska licznie zdobiona, mocno marszczona u dołu zakończona koronką. Na nogach założone miały czarne trzewiki, a na głowach wianki zrobione z kolorowych kwiatów. Do nich przyczepione były kolorowe pasy zdobione noszone do damskich nakryć głowy. Na szyjach widniały tradycyjne czerwone korale. Helena, jako że, była zamężna nie miała wianka, a chustę. Zasada była prosta — wianki są dla panienek, a chustki dla mężatek. Takim sposobem na dworze łatwo było rozpoznać wtedy na wsiach, czy kobieta była zamężna czy nie. Julian, Andrzej i

Czesław również byli ubrani w stroje ludowe. Lniane koszule, duże czarne

kaftany zdobione okienkami z licznymi haftami. Pod okienka podkładano wstążki. Szeroki ozdobny pas z wszytymi aplikacjami, który obwiązywano wokół koszuli. Czarne spodnie, buty wysokie noszone z cholewami. Czerwone wstążki wiązano ku szyi na kokardy. Na głowach zaś mieli słomiane kapelusze ozdobione czarnymi wstążkami i pawimi piórkami. Takie typu stroje ubierano od święta, najczęściej w niedziele, gdy wybierano się do kościoła. Dziewczyny dotarły do furmanki i wsiadły na nią z rodzeństwem. Koń wyruszył w podróż do wsi Batorz, gdzie znajdował się tamtejszy kościół rzymskokatolicki, do którego rodzina Pawlaków wyruszała co niedzielę na mszę świętą razem z swoimi sąsiadami z Aleksandrówki. Inni z okolicznych wsi również do niego docierali mieszkańcy Studzianek i innych podobnych wsi. Rodzin dotarła pod kościół zeszli z furmanki, a Czesław konia przywiązał do drzewa, aby nie uciekł.

— Stój hawtu Karmel i pilnuj wóz — powiedział do konia ojciec głaszcząc go po pysku w kolorze karmelu, stąd wzięte imię było jego.

— Czesiek, a ty co? Z koniem gadasz? — zapytał… Ludwik Baryś przyjaciel jego i ojciec… Lucjana, śmiejąc się.

— O Ludek! Chylo my się to nie widzieli! A no wisz z koniem trza czasem pogadać ha! — odpowiedział śmiejąc się — jak życie? Rodzina zdrowa?

— A zdrowa, zdrowa. A ostatnio to i Maciek przyjechał z Zamościa, ale na krótko, bo roboty w tym klasztorze mają, że ho! — machnął ręką mówiąc — ale rozumim go doskonale, na polu to tak samo jist… ino powiem, że Maciek to duma rodziny ni powiem, ale się przechwalać ni będę, ni ma po co i tak wszyscy wiedzą. To po co powtarzać po raz enty?

— Świnta racja Ludeczku. Ino szkoda, że nie kjazdy o tym wie… Choćby ten stary Maliszewski, co się od dwóch wiosen przechwala chylo to dodatkowych morgów ziemi kupi, albo jak mu się kolejny chłopok przyszedł na świot. Bo łon to samych synów ma ponad pięciu! I ani jednej dziewczynki.

— Ino kjazdy facet, by tak chcioł.

— No napewno, pewnie by Teoś Walaszek, by na pewno chcioł bo on tak sześć dziewczoch i ani jednego syna i ni ma komu gospodarki zapisoć.

— A wydane one?

— A gdzie tamuj! Przecie najstarsza dopiero dziesięć wiosen ma!

— A no fakt to jeszcze co najmniej chylo… sześć lat poczekać?

— Raczej tak, choć nie wiem… moja to juze Jadźka osiemnaście wiosen liczy i widzisz, obrączki na palcu ni ma…

— A toś ty jej jeszcze nie wydał za jakiego kawalera?

— O nie Ludeczku łona sama sobie wybierze absztyfikanta… ino, by nie skończyła jak moja brejdaczka Kryśka! Podejrzewam mój drogi, że łona coś do twojego Lutka czuji.

— A wisz Czesiu…, że mój też coś do niej… telko ni mówią nic w ogóle… Lutek coś wspominał kiedyś po imieninach córki mojej brejdaczki, że tańczył z nią oberka cały wieczór, że inne panny stawały się zazdrosne jaz, a która z nich to Jadźka? — wskazał palcem na Jadzię i Dankę. — ta z warkoczem jednym czy z dwoma?

— Ta z jednym.

— Pinkna panienka, jak ten bochen chleba z pieca wyjęty.

— Wim, w końcu moja córa i Helki. Twój syn też dorodny widać jest i barczysty.

— A podziękował, ale gdybyś wiedzioł jaki pracowity to ho! ho!

— Jo, żem ni chcę przeszkodzić tatulu — wtrąciła się Ania córka Ludwika — ale mama kazała wam przekazać, że msza się zaczęła i żebyście szli. — Juze idziemy córuchno, juze idziemy — odpowiedział Ludwik.

Weszli do kościoła, gdzie zaczęła się msza święta, a dokładnie obrzędy wstępne, gdzie zaczęli wierni przepraszali za swoje grzechy.

— Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina… — modlili się wierni — Przeto błagam Najświętszą Maryję zawsze Dziewicę, wszystkich aniołów i Świętych, i was bracia i siostry, o modlitwę za mnie do Pana Boga naszego”.

Następnie było Kyrie i hymn odśpiewano. Śpiewał chórek kościelny zebrany z starszych kobiet, wśród nich była Eugenia śpiewała najgłośniej białym śpiewem. Nadeszła kolekta. Zaczęto czytać ewangelię Świętego Jana apostoła.

— Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Jo was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną

mieć będziecie. — kończył ksiądz Feliks czytać ją, a następnie

przeszedł do długiego kazania na temat miłości do Boga jak i do bliźniego swego.

— Jadzia… — szepnęła do niej Danka.

— Co?

— Odwróć się zobacz kto na ciebie patrzy…

Odwróciła się Jadwiga w tył, tamuj był… Lucjan uśmiechnął się do niej patrząc na nią oddalony o rząd dalej. Ona odwzajemniła to uśmiechając się szeroko samymi swoimi różowymi ustami.

— Jadzia… odwróć się ino i słuchaj co ksiondz mówi… — szepnął do niej ojciec.

— Przepraszam tatulu…

Nadszedł czas liturgii eucharystycznej. Ministranci podali księdzu hostię, wodę i wino do złożenia ofiary Bogu.

— Módlcie się_,_ aby moją i waszą ofiarę przyjął Bóg Ojciec wszechmogący. — powiedział z uniesionymi rękami w górę ksiądz.

— Niech Pan przyjmie ofiarę z rąk twoich na cześć i chwałę swojego imienia, a także na pożytek nasz i całego Kościoła świętego. — powiedzieli chórem wierni kościoła.

Wikary pomodlił się nad darami. Potem zaś zaczęła się komunia święta wierni zebrali się w kolejce do jej przyjęcia. Pierwsza kolejka ustawiła się na środku do drogi głównego cmentarza, a druga od strony świętego obrazu Matki Bożej.

— Ciało Chrystusa — powiedział ksiądz Feliks.

— Amen… — odpowiedziała Jadzia na klęczkach pzyjmując komunię.

— Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen. — odmówili na koniec mszy wierni modlitwę. A po ogłoszeniu ogłoszeń duszpasterskich, w których ogłoszono,

kiedy odbędą się mszę w danej intencji, jakie święta się za

niedługo odbędą i ile dano na tacę w tym tygodniu. go w dnie wyszli z kościoła, a dzieci pobiegły do księdza, by uzyskać od niego błogosławieństwo. Zostali jeszcze rodzice dzieci, które za miesiąc miały przystąpić do komunii świętej.

— Powiem wam, że dzisiejsze kazanie coś szybko poszło — powiedziała Helena.

— Matulu cóż gadasz strasznie długie ino było — odpowiedział Julek. — i jak ksiondz przynudzał.

— Ciebie to zawsze kościół nudzi czorcie jeden — powiedział Czesław rozczochrając jego czuprynę.

— A jak młody Baryś się patrzył na Jadwigę naszo… — powiedziała Helena patrząc na nią.

— Widziałaś to matulu?

— Ni telko mi brejdaczka waszego łojca mówiła bo widziała z boku jak śpiewoła.

— A, który to Baryś na Jadzię się kikował? Leon, Emil czy Lutek? — zapytał Julek.

— Jak to, który? Lucjan wiadomo — odpowiedziała Danka.

— Ni wirzy, Lutek się do ciebie zaleca? — zapytał Andrzej. — szczęściaro.

— A ty go znosz Andrzejku? — zapytała Jadzia.

— A jak. Ino pamiętam, że kiedyś dwóch hultaji mnie misiąc temu zaczepiło. To łon mnie obronił przed nimi. Lutek ino złoty chłopok jist. A przedwczoraj to ci podobno wziął na przejjazdżkę swoją furmanką. A słyszałaś ino, że chałupę zaczął wstawiać? Ino ziemię od sołtysa kupił.

— Nic mi o tym nie mówił.

— Ino łon skromny chłopok jist, Barysiowie tacy są.

— Skąd wisz, że chałupę wstawia? — zapytał Julek.

— Od Bolka Wójcika łon przecie jest kuzynem Lutka.

— Łon coś dużą rodzinę mo. — powiedziała śmiejąc się Jadwiga.

— A żebyś ino wiedzioła, ale wikszą to łon ma od strony matki swojej. Walcia ma ponoć szóstkę rodzeństwa, ino ona czwarta w tej całej zgrai. A Bolek ino to syn jej brejdaka Wiktora, matka zaś Jadźka jist.

Dotarli do chałupy, Czesław zaparkował furmankę, a konia zaprowadził do stodoły, tamuj…

— Helka, Jadźka, Danka, Andrzej, Julek, Staszek, Jasiu! Chodź ta tu! Zobaczcie! Andzia się ocieliła!

Ich krowa Andzia pod ich nieobecność urodziła małe, zdrowe cielątko, które juze na nogach stało i piło mleko z wymion.

— Jaki słodziutki — powiedział Staś — mogę go pogłaskać?

— Telko delikatnie synciu — odpowiedział Czesław i go poprowadził za rękę do cielątka. Delikatnie pogłaskał zwierzątko po sierści, gdy przestało jeść.

— Jak go nazwiemy? — zapytała Danka — Stasiu masz jakieś pomysły?

— Walduś!

— Niech będzie Walduś — odpowiedział Julek śmiejąc się.

— A teraz chodźcie, zmieńcie ubrania i ho na obiad rosół juze prawie chyba gotowy. Ino najpierw nogi w balii umyjta w deszczówce. — powiedziała Helena.

Oni posłuchali, buty zdjęli i nogi wymyli, a następnie weszli do chałupy. Dzieci weszły do izby swojej… na łóżku Danki i Jadzi, które było pod oknem… znajdował się bukiet kwiatów pełen stokrotek, mleczy i drobnych małych niebieskich kwiatków, które były obwiązane czerwoną wstążeczką.

— Cóż to? — zapytała Jadzia — kwiaty?

— Ino kwiaty, ktoś przez okno przerzucił, do któreś z was. — powiedział Julek śmiejąc się — tu jest karteczka przyczepiona do wstążeczki.

— Co tu jest napisane?

— Dla Jadzi — najpiękniejszej panienki w Lubelszczyźnie.

— Dla mnie? A wiadomo od kogo to?

— Nic nie ma takiego tu.

— Proszę Jadziu widzę, że masz cichego oblubieńca. — powiedział Czesław wchodząc do izby. Ciekawe kim on jest?

19.04.1933 r. — Aleksandrówka

Obiad z niespodzianką

Podczas obiadu wtorkowego, gdzie jedli na obiad placki ziemniaczane podane z gęstą śmietaną usłyszano pukanie do drzwi.

— Kogóż to niesie? — zapytał Czesław. — Jadzia bądź taka dobra i łotwórz te drzwi.

Posłuchała ojca i otworzyła drzwi. Nikogo tamuj nie było, a pod drzwiami znajdował się kosz z kawałkiem ciasta drożdżowym z jabłkami.

— Nikogo ni ma, ale zostawił coś. Ciasto z jabłkami! Tu jest napisane “Dla panienki, która jest tak samo słodka jak to ciasto”.

25.04.1932 r. — Aleksandrówka

Grzebień

— Znów ktoś puka… — Jadźka idź otwórz drzwi.

Pod drzwiami zaś nikogo nie było. Tylko pod drzwiami kolejny mały koszyczek, a w nim grzebień wyrzeźbiony się znajdowywał i pomalowany w wzory kwieciste czerwoną i zieloną farbą.

26.04.1932 r. — Aleksandrówka Jajka

Tym razem znalazła większy kosz pełny kurzych jajek. Jadzia zdziwiona była, nie wiedziała od kogo to kim jest ten „tajemniczy adorator”.

27.04.1932 r. — Aleksandrówka Adorator ujawniony

Jadzia wracała z pola po robocie była miała suknię lekko okurzoną od pyłu.

Odwróciła głowę w kierunku chałupy i… ujrzała tego, który od kilku dni przynosił jej podarki. Nim był Lucjan Baryś!

— Lutek?

— O Boże Jadzia! Ino mnie przestraszyłaś! — powiedział podając jej tym razem kosz jabłek. Jadzia była zszokowana, właśnie odkryła kim był jej tajemniczy adorator. Lucjan chłopak, którego niedawno poznała na imieninach… zalecał się do niej…

— To ty od kilku dni mi te prezenty robisz?

— Tak…

— Czemuż to?

— Bo cię lubię Jadziu… Miła i słodka jesteś… i chcę, żeby ci miło było… — powiedział z bawiąc się rąbkiem koszuli, a Jadzia słysząc to lekko się zarumieniła. Nie spodziewała się tego wszystkiego, że spodoba się jemu.

— Miło mi i dziękuję za to wszystko… grzebienia używam…

— A jak ciasto i jajka?

— Pyszne było, a z jajek żeśmy dziś jajecznicę z familią zjedli. Jak ci się odwdzięczyć mogę?

— Przyjdź ino w piątek do mego domu rodzinnego na południe… poznasz lepiej mnie i moją familię.

— Dobrze Lutek, spełnię twoją prośbę… Też cię polubiłam… tyś taki grzeczny i ułożony…

— Mieszkam w chałupie przy stawie… Łatwo poznać bo to duża chałupa. Ino dwie stodoły ma i drób ino często łazi po dworu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij