Wielka kłamstwa o tłuszczu: Uzdrawiająca moc tłuszczu - ebook
Wielka kłamstwa o tłuszczu: Uzdrawiająca moc tłuszczu - ebook
Innowacyjne połączenie najnowszych badań naukowych z naturalnymi metodami leczenia.
Przełomowy bestseller nr 1 „Der Spiegel” niemieckiej ekspertki w dziedzinie innowacyjnej dietetyki i profilaktyki medycznej oraz medycyny holistycznej.
Szeroko rozpowszechniony przesąd głosi, że ten, kto chce być zdrowy i szczupły, powinien odmawiać sobie tłustego jedzenia. Tymczasem niskotłuszczowy dogmat wywołał największą epidemię nadwagi i eksplozję chorób przewlekłych wszech czasów.
Dr Anne Fleck, nazywana pionierką zdrowia, z pasją rozprawia się z przestarzałą wiedzą. Przystępnie, z lekkością i z humorem przedstawia udokumentowane naukowo rozwiązania, które mogą umożliwić radykalną poprawę naszego stanu zdrowia.
Mądrze stosowany tłuszcz posiada ukryty potencjał pozwalający nie tylko na zapobieganie chorobom przewlekłym –schorzeniom sercowo-naczyniowym, nadwadze, depresji, chorobie Alzheimera i rakowi –lecz także na łagodzenie ich przebiegu lub leczenie.
Dr Anne Fleck wyjaśnia, jak tłuste oszustwo przeniknęło do naszych głów i jak sami w prosty sposób dzięki zdrowemu tłuszczowi możemy wzmocnić i uzdrowić nasze ciało.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-241-8037-0 |
| Rozmiar pliku: | 3,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Czy potrafisz zgadnąć, co sprawia, że większość ludzi nie żyje w pełni zdrowia? A cóż by innego: fatalny brak tłuszczu! Krótko mówiąc: tłuszcz.
TŁUSZCZ! Czym tak naprawdę jest on dla ciebie? Myślisz sobie może: „Tłuszcz zostawia brzydkie tłuste plamy!”, „Tłuszcz pływa jako oczka w rosole” lub „Tłuszcz to trzęsące się boczki nad paskiem spodni”. Dla niektórych znawców sztuki i miłośników twórczości artystycznej Josepha Beuysa plamy z tłuszczu mogą być nawet środkiem artystycznego wyrazu. Jednym słowem z pewnością nie jest on „trucizną”, jak przez pomyłkę został w minionych dziesięcioleciach niesłusznie zakwalifikowany. Tłuszcz jest raczej tajemnym środkiem leczniczym najwyższej klasy, klejnotem mogącym służyć zdrowiu, który jednak jak na razie pozostaje dobrze ukryty przed wzrokiem ludzi.
Dla swojego zdrowia możesz uczynić wiele: nieco więcej się ruszać, spać odpowiednią liczbę godzin, mniej przejmować się problemami, szukać bliskości miłych, szczerych osób, a zwłaszcza przyjrzeć się krytycznie swojemu odżywianiu i pozwolić tłuszczowi na powrót z wygnania. To, co jemy, ma niebagatelny wpływ na całą biologię naszego ciała: florę jelitową, system odpornościowy, gospodarkę hormonalną i przemianę materii. Wszystkie te elementy wysoce skomplikowanej układanki, jaką stanowi nasze ciało, reagują na dostarczane mu pożywienie. To, co jemy, ostatecznie ląduje w komórkach, najmniejszych jednostkach, z jakich składa się nasz organizm. Można te podstawowe cegiełki w przyspieszonym tempie doprowadzić do ruiny lub też – dzięki przemyślanej, bogatej w tłuszcz diecie – otoczyć troską i czułą opieką.
Krótka gra myślowa: wyobraź sobie swoje ciało jako całość – doskonale uformowaną jedność składającą się z milionów komórek. Każda z tych komórek jako mikrojednostka twojego organizmu potrzebuje tłuszczu jako niezbędnego do życia budulca błony komórkowej i innych części składowych – podobnie jak ty sam albo pachnący krzaczek bazylii rosnący w kuchni czy wiewiórka w lesie potrzebujesz do oddychania powietrza. Każda żwawa komórka naszego ciała wprost łaknie tłuszczu. Niestety większość z nas jest głucha na to głośne i rozpaczliwe wołanie. Tymczasem systematycznie „natłuszczając” komórki, wkraczasz na drogę do pełnego uzdrowienia, gdyż im więcej zdrowych komórek, tym bardziej zdrowy jest też cały organizm.
Wszyscy mamy szansę na odnowienie swoich ciał – dzięki uzdrawiającej sile dobrego tłuszczu. Masz może wątpliwości? Czyżbyś nie był dla siebie więcej wart od swojego samochodu? Z nieustannym zdziwieniem przyglądam się, jak ludzie bez mrugnięcia okiem wlewają do swoich ukochanych aut „tylko najlepszy” olej silnikowy, euro więcej lub mniej nie odgrywa dla nich żadnej roli. Każdy łańcuch rowerowy, każda piła spalinowa potrzebują właściwego smaru, aby funkcjonować. Gdy jednak chodzi o własny silnik – ciało – ludzie często postępują niedbale, nieuważnie, byle do przodu… bez odpowiedniej dbałości o nie. Jedni ograniczają się do pozbawionych smaku, mdłych produktów niskotłuszczowych, inni lekkomyślnie zalewają swoje komórki bezwartościowymi tłuszczami zabójcami. Nic dziwnego, że w pewnym momencie silnik się zacina lub zaczyna nierówno chodzić. Nic też dziwnego, że infekcja goni infekcję, za rogiem czają się groźne potwory w postaci chorób przewlekłych, a pamięć, koncentracja i dobry humor nie dopisują już tak jak dawniej, bo niskotłuszczowa dieta doprowadziła do buntu na samej górze, w centrali. Choć wciąż pojawiają się przed twoimi oczami nowe alarmujące nagłówki, choć często wbija się ci do głowy, że „chude jest zdrowe!”, współczesna nauka udowadnia: tłuszcz to nie zło, ale ratunek, a miliony ludzi mogłyby odnieść pożytek z uzdrawiającej mocy tłuszczu, gdyby tylko o tym wiedziały…
Chodzi jednak o jakość tłuszczu i pozostałych „produktów spożywczych”, które dzień po dniu lądują w twoim żołądku. Mądrze wybrany, dobry tłuszcz jako idealne paliwo ma niepowtarzalną zdolność regenerowania komórek, a tym samym uzdrawiania całego organizmu. Tłuszcz daje ci szanse wywierania wpływu na zdrowie – potężniejszego, niż jesteś to w stanie sobie wyobrazić. Tłuszcz nie tylko sprawia, że jesteśmy szczupli i mądrzy, szczęśliwi i atrakcyjni, lecz także – jak udowodniono – chroni przed zawałem, udarem, cukrzycą, demencją i rakiem. Nie koniec na tym. Tłuszcz nie tylko zapobiega chorobom i łagodzi ich objawy, ale też potrafi je leczyć! Z tego względu jest podstawowym składnikiem mojej metody leczenia.
Mam nadzieję, że gdy przeczytasz już tę książkę, nabierzesz wielkiej ochoty, aby wreszcie zostawić za sobą mało zabawne liczenie oczek tłuszczu w rosole. Moja książka jest bowiem nie tylko wyznaniem wiary w tłuszcz. Zawiera ona także sprawdzone wskazówki, jak krok po kroku przemeblować własne zdrowie. Bo gdy nie ma zdrowia, wszystko traci sens! Powiedzmy sobie jednak z ręką na sercu: większość z nas obchodzi się z własnym zdrowiem dość lekkomyślnie. Dopóki nie upadniemy na nos, a do naszego życia nie wkradnie się jakieś paskudne choróbsko, wydaje nam się, że jesteśmy nieśmiertelni, i bezmyślnie postępujemy tak jak dotychczas. Wszystko jednak zaczyna się w naszym umyśle i od rzeczy, które traktujemy jako prawdziwe. Mylić się jest rzeczą ludzką, a życie jest groźne dla życia. To prawda, ale szczególnie groźny jest brak tłuszczu. Jak jednak doszło do tego jakże fatalnego nieporozumienia na jego temat?
Nie przez przypadek brakuje zdrowego tłuszczu w twoim życiu i na twoim talerzu! Przez całe dziesięciolecia „eksperci” – między innymi poprzez ogłaszane wytyczne dietetyczne – dokonywali demonizacji tego sympatycznego składnika odżywczego. Lata prania mózgu i bajka o „złym tłuszczu” od dawna przynoszą obfite owoce – także śmiertelne. W swej naiwności miliony ludzi od dziesięcioleci postępują zgodnie z dziwacznymi a zgubnymi zaleceniami, aby jeść mało tłuszczu. Przynosi to katastrofalne skutki dla ich zdrowia i eksplozję kosztów w systemie opieki zdrowotnej. W wyniku wykreślenia zdrowych tłuszczów z diety i wkroczenia na ich miejsce oczyszczonych węglowodanów i cukru ludzie na całym świecie robią się coraz grubsi i bardziej chorzy. Wytyczne żywieniowe często pozostają w tyle za najnowszym stanem badań, zgodnie z którym tłuszcze już dawno zostały zrehabilitowane. Także zalecenia przekazywane na co dzień w poradniach dietetycznych pacjentom zmieniają się stanowczo zbyt ociężale.
Ci, którzy najmniej przejmowali się spożywaniem chudych produktów spożywczych i nie trzymali się ściśle drakońskich norm, mieli chyba więcej szczęścia, jeśli chodzi o zdrowie, gdyż demonizowanie tłuszczu opiera się na wątłej hipotezie jednego tylko badacza – można je więc porównać do zamku zbudowanego na piasku. Także o tym opowiadam w tej książce. Byłam na pierwszym roku studiów medycznych w Lipsku, po upadku komunizmu, gdy zafascynował mnie tłuszcz. Jeśli jednak myślisz, że podczas wykładów dowiedziałam się czegoś o profilaktyce, dietetyce lub leczeniu przy użyciu tłuszczu, bardzo się mylisz. Niestety! Podczas studiów nie usłyszałam _de facto_ niczego na temat dietetyki lub profilaktyki zdrowotnej. Studia medyczne są ukierunkowane – podobnie jak cały nasz system opieki zdrowotnej – przede wszystkim na choroby. „System chorobowy” wydaje mi się trafniejszym terminem opisującym naszą opiekę zdrowotną. Podczas studiów zakuwa się anatomię, biochemię, fizjologię, nauki ścisłe, włącznie z chorobami ludzi, ich typowymi objawami i sposobami diagnozy, a także ich klasycznym leczeniem za pomocą farmaceutyków i zabiegów operacyjnych. Jeśli zaś chodzi o zdrowie jako całość, a konkretnie o kwestię, jak zachować ludzi przy zdrowiu od ich najmłodszych lat, podczas licznych wykładów nie nauczyłam się niestety niczego.
W tym czasie trąbiono powszechnie o błogosławieństwie niskotłuszczowej, lecz wysokowęglowodanowej diety i ja także odżywiałam się wówczas inaczej niż dzisiaj, a mianowicie znacznie bardziej chudo, zgodnie z rzekomo zdrową dietą węglowodanową. Odbiegało to także od tego, do czego przyzwyczaiłam się w dzieciństwie. Wtedy jeszcze nikt nie potępiał tłuszczu. Podobnie podczas moich długich pobytów we Francji, w młodości i podczas studiów, tłuszcz przedstawiany był mi raczej jako przyjaciel niż wróg. Powoli jednak i niezauważalnie moimi ulubionymi klasykami stały się muesli, płatki śniadaniowe, produkty zbożowe, kanapki i czekolada. Dobry tłuszcz? Nic z tych rzeczy. Ta uboga w tłuszcze, a bogata w węglowodany dieta była całkowitym przeciwieństwem tego, co współczesna nauka o żywieniu zaleca w celu profilaktyki oraz leczenia raka i chorób przewlekłych. Także ja ufnie i naiwnie wylądowałam na tej utartej ścieżce niskotłuszczowej diety. Miałam jednak już wtedy niejasne przeczucie, że ta droga niekoniecznie prowadzi do celu.
Pewnego chłodnego listopadowego wieczoru po długim dniu spędzonym na uniwersytecie błądziłam wśród uliczek w centrum Lipska. Drobny deszcz przenikał przez mój o wiele za cienki płaszcz. Było mi straszliwie zimno, a moje stopy powoli zamieniały się w bryły lodu. Ponieważ mały studencki pokoik, w którym mieszkałam, nie był zbyt przystosowany do warunków zimowych i został wyposażony tylko w jeden zawodny piec węglowy, w takie lodowate wieczory odwiedzałam w ramach swego skrytego „hobby” dobrze ogrzane i otwarte o tej porze miejsca publiczne. Tego dnia wślizgnęłam się spontanicznie do małego, starego kina za rogiem. Grali tam jakiś hollywoodzki film. Ten wieczór miał już na zawsze odmienić moje myślenie o tłuszczu i zdrowiu. Filmem tym był bowiem _Olej Lorenza_ z Susan Sarandon i Nickiem Nolte’em w rolach głównych. Przedstawia on prawdziwą historię związaną z do dzisiaj niezbyt popularną i niedocenianą tematyką: leczeniem za pomocą tłuszczu. Jest to opowieść o chłopcu o imieniu Lorenzo, który cierpi na rzadką i nieuleczalną chorobę i żyje w oczekiwaniu na śmierć. Medycyna spisała już tego malca na straty, ale beznadziejna choroba dzięki odważnej walce jego rodziców i zaangażowaniu pełnych wizji naukowców zostaje powstrzymana – wszystko dzięki utopijnej, jak się wydawało, terapii przy użyciu specjalnej mieszanki olejów. Życie Lorenza odmienia się, wegetacja w stanie bliskim śpiączki ustępuje miejsca fascynującemu złagodzeniu objawów. Chłopiec żył jeszcze przez wiele lat wbrew wszelkim rokowaniom lekarskim!
Ten listopadowy wieczór spędzony w kinie był pierwszym, ale jakże ważnym bodźcem, który skłonił mnie do myślenia o zastosowaniu tłuszczu jako lekarstwa. Powoli zaczęła we mnie kiełkować myśl o leczeniu tłuszczem. Świtało mi już, że tłuszcz stał się kozłem ofiarnym, niesłusznie oskarżanym o samo zło. Pojawiło się też pierwsze podejrzenie, że za katastrofalny stan zdrowia społeczeństwa odpowiada co innego, a mianowicie oczyszczone węglowodany. Nie miałam jednak jasnego wyobrażenia, a także żadnych naukowych dowodów na to, jakie znaczenie ma tłuszcz dla zdrowia nas wszystkich. Po tym przebudzeniu chciałam przede wszystkim zrozumieć, jak do tego doszło, że tłuszcz aż tak zniesławiono. Stało się to dla mnie bodźcem do – przeprowadzanej otwarcie i bez uprzedzeń – analizy tłuszczu. Działanie wymaga zawsze dobrego motywu, a w moim przypadku był on bardzo silny: chciałam odnaleźć prawdę o tłuszczu i jego uzdrawiającej sile, a rezultaty moich wieloletnich poszukiwań potwierdziły moje pierwsze przypuszczenia: tłuszcz potrafi leczyć!
Książka ta przedstawia najnowszy stan badań. Dowiesz się z niej, czym jest „dobry tłuszcz”, a czym „zły tłuszcz”, gdyż tylko dobry leczy, a zły zabija. Zapoznasz się z niepokojącą kwestią cholesterolu i z szeroko rozpowszechnionym kłamstwem z nim związanym, które od dziesięcioleci nie daje nam spokoju. Staniesz się guru w dziedzinie olejów roślinnych, które są tłustym i ciężkim tematem. To ważne, gdyż nierzadko urok otaczający niewinnie lub zdrowo wyglądające oleje roślinne zachęca nas do podejmowania niezdrowych decyzji. Książka ta opowiada też o tym, że tłuszcze mogą odmienić życie i zwalczać choroby od A do Z, od uciążliwego ADHD do zapalenia dziąseł, od zawału serca, poprzez cukrzycę i demencję, aż po raka; nie tylko zrewolucjonizuje twoje nastawienie do tłuszczu, lecz także poprowadzi cię za rękę, aby zmiana oleju w twoim życiu przebiegła bez problemów. Dopiero wówczas odczujesz na własnym ciele, że tłuszcz jest o wiele zdrowszy, niż dotychczas sądziłeś. Z tego względu jestem absolutnie przekonana, że każdy człowiek, który pragnie żyć w zdrowiu, powinien przeczytać tę książkę i postępować zgodnie z jej wskazówkami! Perspektywy są interesujące i wielce zachęcające.
Od ponad dwudziestu lat pomagam tysiącom pacjentów, stosując moją metodę leczenia. Na pierwszy plan wysuwa się w niej całościowe, indywidualne podejście do każdego człowieka, ze szczególnym uwzględnieniem tłustego, przeciwzapalnego i zdrowego dla jelit pożywienia. Udzielając porad w gabinecie oraz dzieląc się wiedzą na seminariach i odczytach, mogłam dzięki takiemu podejściu przynieść ulgę niezliczonej masie ludzi. Nigdy nie zapomnę tych wielu wdzięcznych pacjentów, którym mogłam pomóc nawet w najcięższych chorobach przewlekłych. To właśnie oni zachęcili mnie do napisania tej jakże ważnej dla mnie książki, która od wielu już lat dojrzewała w moim umyśle. Niepodważalny fakt, że tłuszcz pozytywnie wpłynął na zdrowie ludzi, którzy mi zaufali, stanowi dla mnie ogromną motywację i przynosi uczucie głębokiego zadowolenia. Większość ludzi dokonuje nadzwyczaj zadziwiającego „tłustego” odkrycia: gdy pozwolili zdrowemu tłuszczowi, aby pokazał, na co go stać, zaczyna zadawać sobie pytanie, dlaczego przez tak długi czas w swym życiu rezygnowali z tak wyśmienitego paliwa. „Jestem na oleju!” – to zdanie zapożyczyłam od pewnego ciężko chorego na reumatyzm pacjenta, który z powodu porannej sztywności i bólów stawów ledwo mógł zejść po schodach, a już po kilku tygodniach schodził po nich dumnie w sposób, którego wcześniej nie był sobie w stanie wyobrazić. To tylko jeden z mnóstwa poruszających przykładów.
Sensacyjne sukcesy, które zaczęłam odnosić, odkąd konsekwentnie postawiłam na uzdrawiającą moc tłuszczu, wzbudziły we mnie silne pragnienie, aby posiadaną wiedzę zebrać, skondensować i ci przekazać. Jeśli odważnie wcielisz w życie zawarte tu porady, w krótszym lub nieco dłuższym czasie – w zależności od tego, jak akurat stoisz ze zdrowiem – poczujesz się znacznie lepiej niż dotychczas. Jeśli zastosujesz sprawdzone w praktyce porady z książki _Wielkie kłamstwa o tłuszczu_, twój cel w postaci trwałego zdrowia dla ciebie i twoich najbliższych znajdzie się w zasięgu ręki.
Mam wielką nadzieję, że dzięki tej książce zarówno ty, jak i ludzie bliscy twojemu sercu osiągniecie wyższy stopień zrozumienia nowoczesnego podejścia do żywienia i zdrowia. I jeszcze jedno. Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, życzę sobie z całego serca, aby ta książka stała się dla was potężnym kluczem do zdrowej przyszłości. Mam nadzieję, że już teraz przeczuwacie, że jest to całkowicie w zasięgu waszych możliwości.
Wasza
dr Anne FleckKŁAMSTWO O CHOLESTEROLU
Także cholesterol jest szkodliwy. A może nie? Przyjrzyjmy się najpierw, czym on w ogóle jest. Cholesterol jest tłuszczową substancją budulcową – cegiełką, z której zbudowane są wszystkie błony komórkowe. Jest niezbędną częścią ochronnej zbroi rycerskiej, która sprawuje kontrolę nad komórką. Pełni funkcję strażnika błony komórkowej i w ten sposób wspiera oraz wzmacnia tę błonę, a także reguluje jej przenikalność i przepuszczalność. Troszczy się o to, aby żadni niepożądani goście nie wdarli się do wnętrza komórki i aby nasza skóra była wodoszczelna jak płaszcz przeciwdeszczowy. Poza tym cholesterol jest materiałem wyjściowym, z którego powstają ważne substancje, nadzwyczaj potrzebnym budulcem, z którego nasz organizm z genialnością zaplanowaną przez matkę naturę potrafi wytworzyć bardzo wiele: kwasy żółciowe umożliwiające trawienie tłuszczów, męskie i żeńskie hormony płciowe jak estrogen i testosteron, a także hormony nadnerczy, zwane hormonami steroidowymi, odpowiedzialne między innymi za regulację stresu. To jeszcze nie wszystko: potrzebujemy cholesterolu także po to, aby wytwarzać witaminę D. Najwidoczniej cholesterol – podobnie jak tłuszcz – nie jest aż tak piekielnie zły, jak się o nim powszechnie mówi. To wszystko nie chroni go jednak ani od powszechnej histerii, ani od perfidnej nagonki.
Histeryczna nagonka na cholesterol
Prawie równolegle do krucjaty przeciwko tłuszczowi miała miejsca nagonka na cholesterol. Niemal każdy oszalał na punkcie mierzenia poziomu cholesterolu we krwi i wręcz histerycznej jego ocenie. W tym miejscu oszczędzę ci szczegółów, jak doszło do tej cholesterolowej histerii, istotne jest tylko stwierdzenie, że – niestety – trwa ona po dziś dzień. Ważna jest także wiedza, że już kilka dziesięcioleci temu nie brakowało naukowców wizjonerów, którzy byli gotowi otwarcie zmierzyć się z kwestią cholesterolu.
Za przykład może służyć dr Pete Ahrens, jak sobie pewnie przypominasz, jeden z ważniejszych w swoim czasie badaczy tłuszczu. W przeciwieństwie do większości naukowców skoncentrował się on nie na cholesterolu, lecz na wielce obiecujących substancjach tłuszczowych zwanych trójglicerydami. Ahrens udowodnił, że poziom trójglicerydów pozwala znacznie lepiej oszacować ryzyko chorób serca niż poziom cholesterolu²⁴. Z tego względu domagał się on, aby posługiwać się właśnie trójglicerydami w miejsce cholesterolu jako wskaźnikiem zagrożenia chorobami kardiologicznymi. Ponadto model Ahrensa definiował węglowodany, a nie tłuszcz jako główną przyczynę schorzeń serca²⁵.
W czasach niskotłuszczowej agitacji było to oczywiście stanowisko naukowe, którego nikt nie uważał za atrakcyjne. Mimo to znalazły się mądre głowy, dzięki którym ten ważny wynik badań – jak ogarek, który nie zagasł do końca w otaczających go ciemnościach – został zachowany i podjęty przez naukę w późniejszych czasach.
Badania, które zmieniły świat
Framingham to małe miasto w pobliżu Bostonu w stanie Massachusetts. Od 1948 roku stanowi ono pole eksperymentalne jednego z największych badań populacyjnych, które mają na celu określenie przyczyn i ryzyka chorób serca i miażdżycy tętnic. Badanie rozpoczęto na grupie 5200 uczestników obu płci w wieku od 30 do 60 lat. W 1971 roku do obserwowanej populacji dołączono dzieci osób testowanych z pierwszej generacji, a od 2016 roku eksperyment obejmuje już trzecią generację mieszkańców miasteczka. Pierwsze wyniki z 1961 roku uderzyły we wszystkich jak grom z jasnego nieba, a ich konsekwencją było wyznaczenie całkowitego poziomu cholesterolu jako „wiarygodnego wskaźnika” pozwalającego na przewidywanie chorób serca. Wydawało się, że odnaleziono w końcu prawdziwego winnego kłopotów z sercem: pożywienie, które podwyższa poziom cholesterolu we krwi, zwiększa tym samym ryzyko chorób serca. Wreszcie lekarze znaleźli „właściwy” wskaźnik, dzięki któremu mogli wyłowić pacjentów dużego ryzyka z mętnego bajora niepewności. Bezsilność wydawała się pokonana. Lecz tylko pozornie, gdyż wieloletnie wyniki dały dużo mniej jednoznaczny obraz. Po ponad 30 latach okazało się bowiem, że poziom cholesterolu w żaden sposób nie ma tak wielkiej siły predykcyjnej, jak naukowcy pierwotnie sądzili. Co więcej, połowa osób z zawałem serca miała pozostający w normie poziom cholesterolu. Tym samym cholesterol jako sygnał alarmowy dla chorób serca został definitywnie skreślony. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać, ale naukowcy zaangażowani w badanie we Framingham oraz media zdążyli się już bezkrytycznie zaangażować w ukutą przez samych siebie niepodważalną „prawdę”, że cholesterol i tłuszcz są naszymi wrogami. Każdy lekarz domowy i każdy pacjent wierzył już w „zły cholesterol” oraz „zły tłuszcz”. Z tego względu dane, które pojawiły się pod koniec lat 80., zatonęły w zalewie innych publikacji. Ups! W wyniku długofalowych analiz odkryto jeszcze jeden osobliwy wynik: im bardziej obniżono poziom cholesterolu, tym wyższa była śmiertelność – zarówno z powodu chorób serca i układu krążenia, jak i całkowita. Ups!
Te bardziej niż zastanawiające fakty nie stały się wówczas przedmiotem naukowej dyskusji ani nie zostały opublikowane w postaci budzących sensacje artykułów, tak bardzo nie pasowały do „niskotłuszczowej i niskocholesterolowej” koncepcji. Inny ważny wniosek, że im więcej nasyconych tłuszczów się spożywa, tym niższy jest poziom cholesterolu, został opublikowany dopiero w 1992 roku przez jednego z dyrektorów badań we Framingham. A choć ktoś w końcu napisał prawdę, także te jakże ważne wyniki badań nie dotarły do wielu naukowców i lekarzy. Stało się tak dlatego, gdyż zamiast z hukiem obwieścić całemu światu zmianę paradygmatu i poinformować o tym w powszechnie dostępnych publikacjach, nowe fakty wspomniano w krótkim artykule wstępnym, a tym samym pozostały one niedostrzeżone przez szerokie kręgi lekarzy. Ups!
Szarpanina o prawdę i prawdopodobnie świadome zatajanie faktów sprawiły, że George Mann, jeden z uczciwych krytyków i uczestników badań we Framingham, stał się zgorzkniałym człowiekiem. Przed śmiercią w 2012 roku wyznał, że jego krytyczna postawa miała katastrofalny wpływ na jego karierę. Jak wspominał, niemożliwe było zamieszczanie krytycznych danych w renomowanych czasopismach. Zbyt gęste i silne były bowiem szeregi przeciwników²⁶.
Drażliwy temat cholesterolu
Ofiarą przykrej dyskusji o cholesterolu padły jajka, gdyż tylko jedno jajo kurze zawiera 220 miligramów cholesterolu. To tyle co nic, ale przez dziesięciolecia w oficjalnych zaleceniach przestrzegano, że spożycie ponad 300 miligramów cholesterolu dziennie związane jest z podwyższonym ryzykiem chorób serca. Tym samym dozwolone były co najwyżej trzy jaja tygodniowo. Wszystko ponad tę liczbę było potępiane jako ryzykowna gra z własnym zdrowiem. Przecież jaja są tak powszechnie lubiane i spożywane – jako jajka sadzone, na miękko, w koszulkach, jajecznica… A mimo to codziennie od tylu lat do moich uszu docierają pytania typu: „Czy mogę codziennie jeść jajka?” lub „Ile jajek mogę zjeść tygodniowo?”
Jajka są czymś więcej niż cholesterol. To prawdziwe bomby wypełnione składnikami odżywczymi, białkiem najwyższej jakości, wielką ilością makro- i mikroelementów, jak magnez, wapń, potas, miedź, żelazo, mangan, cynk, jod i fluor, oraz choliną, kwasami tłuszczowymi omega-3 (jeśli są to jajka z wolnego wybiegu), skoncentrowanym ładunkiem wszystkich witamin z grupy B, włącznie z witaminą B₁₂, witaminami A, E oraz K, a także antyoksydantami jak luteina. To wszystko ma być nic niewarte, a nawet szkodliwe?! Także rzut oka w stronę natury pokazuje wyraźnie: jedno jajko wystarczy, aby wykluł się z niego kurczak, w pełni ukształtowana istota żywa. Nie ulega żadnej wątpliwości, że jaja są wiele warte, a ich miejsce nie jest na ławie oskarżonych. Jeszcze do nich wrócimy, gdyż współczesna nauka uczyniła na szczęście wiele dla rehabilitacji ich dobrego imienia.
Cholesterol – koniec z zakazem jajek i wartościami laboratoryjnymi
Od dziesięcioleci prześladowany w nagłówkach mediów jest także cholesterol. Najwyższa pora z tym skończyć, gdyż bomba żywieniowa w postaci cholesterolu została już dawno temu rozbrojona. Jako istotny budulec błony komórkowej substancja ta jest nieustannie zużywana przez organizm. Z tego właśnie powodu, że cholesterol jest niezbędny dla zdrowia człowieka, natura uniezależniła nas od jego stałych dostaw wraz z pożywieniem. Jednak tylko część cholesterolu przyjmowana jest podczas jedzenia (zwłaszcza tłustego mięsa podrobów, kiszki pasztetowej, żółtka jaja lub masła). Jego większa część (90%) syntetyzowana jest przez organizm w wątrobie. Nawet w przypadku czysto roślinnego, pozbawionego cholesterolu pokarmu ludzkie ciało produkuje potrzebne ilości tej substancji. U większości ludzi naturalna regulacja poziomu cholesterolu funkcjonuje idealnie27,\ 28,\ 29. Cholesterol przyjmowany wraz z jedzeniem nie wykazuje żadnego istotnego związku z poziomem tej substancji we krwi³⁰. Większość z nas może spożywać jajka i inne produkty zawierające cholesterol bez żadnych wątpliwości³¹.
Pojawia się tutaj jednak zasadnicze pytanie: czy poziom cholesterolu we krwi musi być zbijany za wszelką cenę? Już od dziesięcioleci rozróżnia się w dużym uproszczeniu „złą” postać tej substancji – cholesterol LDL, i „dobrą” – cholesterol HDL. Ta prosta klasyfikacja okazuje się znacznym uproszczeniem, bo tymczasem zmieniło się podejście, które obecnie nakazuje inaczej niż wcześniej postrzegać określany jako „zły” cholesterol LDL oraz nazywany „dobrym” cholesterol HDL. Najnowsze badania pokazują, że wysokie wartości cholesterolu HDL nie korelują same z siebie z niską podatnością na choroby sercowo-naczyniowe oraz nie są decydujące dla ryzyka miażdżycy tętnic, jak przez długi czas myślano. Także „zły” cholesterol ma dwie odmienne twarze.
Docelowe „wartości normalne”, do których osiągnięcia wciąż się zmierza, wynoszą w Niemczech: cholesterol całkowity 200 mg/dl, cholesterol LDL poniżej 160 mg/dl, a cholesterol HDL powyżej 40 mg/dl. Nowoczesna profilaktyka medyczna dystansuje się jednak od zdawania się na ściśle odmierzane poziomy cholesterolu, ponieważ od dawna już wiadomo, że walka o osiągnięcie za wszelką cenę zadanych wartości tej substancji nie ma żadnego sensu. Trzeba bowiem wziąć pod uwagę cały profil ryzyka danej osoby, wywiad rodzinny, zwyczaje ruchowe, wewnętrzny poziom stresu i przyjmowane pożywienie. Sam podwyższony poziom cholesterolu nie jest zabójcą!32,\ 33
I tak oto wróciliśmy do jajek. Naukowcy z Uniwersytetu Harvarda ogłosili w 1999 roku uspokajające dane. Badacze odkryli, że wielkość konsumpcji jajek nie ma najmniejszego związku z zapadalnością na choroby sercowo-naczyniowe. Wszystko więc jedno, czy ktoś unika jajek, czy też zajada się jajkami sadzonymi. W przypadku kobiet odkryto szczególnie dziwny trend: im więcej jajek pochłaniają, tym niższe jest ryzyko chorób serca i układu krążenia³⁴. Niech żyją jajka!
Porada: zbędnego cholesterolu można się względnie łatwo pozbyć drogą jelitową. W tym celu należy jeść rozpuszczalny błonnik, jak na przykład pektyna z jabłek lub 1–2 łyżki stołowe otrębów owsianych dziennie. Błonnik pokarmowy działa jak odkurzacz wysysający zbędne cząsteczki cholesterolu, a przy tym przyspiesza pasaż treści przez przewód pokarmowy i hamuje zwrotne wchłanianie cholesterolu. Kto spożywa zawierającą dużo błonnika sałatę, zielone warzywa liściaste i otręby owsiane, ten nawet przy bogatej w cholesterol diecie nie musi się obawiać krytycznych poziomów cholesterolu³⁵. Także fitosterole – roślinny dodatek do cholesterolu w produktach odzwierzęcych i naturalny składnik olejów roślinnych – mają naturalne działanie obniżające poziom cholesterolu, które opiera się na podobieństwie budowy tych substancji. Bogate w fitosterole są oleje pozyskiwane z zarodków, takie jak olej z kiełków pszenicy. (Z tego względu fitosterole są dodawane do margaryn dietetycznych mających obniżać poziom cholesterolu. Dzienną dawkę tych substancji można znaleźć w jednej łyżeczce nieoczyszczonego (!) oleju z kiełków pszenicy).
Bajka o wyłącznie złym cholesterolu LDL
Historia cholesterolu w tym miejscu się nie kończy. Przeciwnie, robi się jeszcze ciekawsza.
Większość krążącego w naszej krwi cholesterolu jest produkowana w wątrobie. Narząd ten zaopatruje cały organizm w glukozę, a także w inne substancje budulcowe i kwasy tłuszczowe, które są mu potrzebne. W procesie tak zwanej lipogenezy wątroba jest przełączona w tryb produkcji tłuszczu i cholesterolu z cukru i węglowodanów zawartych w pożywieniu. Cholesterol jest następnie transportowany w krwiobiegu razem z różnego rodzaju tłuszczami, głównie trójglicerydami.
Wątroba postępuje przy tym jak skrupulatny mistrz pakowania: umieszcza tłuszcze w produkowanych na miejscu łodziach transportowych. Są to kuliste, zawierające białko cząsteczki transportowe o nazwie lipoproteiny. Wątroba podejmuje szaleńczy wysiłek budowania tych zaokrąglonych łodzi transportowych, ponieważ w przeciwnym wypadku wolne cząsteczki tłuszczu szybko zalepiłyby nasze naczynia krwionośne. Gotowe łodzie transportowe są spuszczane w wątrobie na rzekę w postaci krwiobiegu. Tak udają się one w długą podróż aż do najdalszych zakątków ciała, a po drodze spotykają wiele komórek, które tylko czekają na nową dostawę ważnych dla nich materiałów budowlanych, czyli cholesterolu i tłuszczu. Z początku wyładowane aż po brzegi łodzie transportowe podczas żeglugi przez całe ciało po trochu pozbywają się tłustego i pełnego cholesterolu ładunku. Robią się przy tym coraz mniejsze, kurczą się i stają LDL (ang. _low-density lipoprotein_). Wątroba, jako coś w rodzaju opiekuńczego armatora, buduje także statki transportowe, które odpowiadają za przewożenie zbędnego cholesterolu z komórek ciała z powrotem do wątroby. Te ulubione przez wszystkich łodzie towarowe to HDL (ang. _high-density lipoprotein_).
I tu do gry wkracza nasze jedzenie: bogate w cukier pożywienie zwiększa liczbę cząsteczek LDL. Przy tym wątroba jest szczególnie przeciążana, gdy w krótkich odstępach zalewamy ją łatwo strawnymi węglowodanami, przede wszystkim cukrem w postaci fruktozy. Jedną z najgroźniejszych form tego cukru jest syrop glukozowo-fruktozowy, którego pełne są soki owocowe, batony proteinowe, słodycze, jogurty owocowe i inne produkty gotowe. Fruktoza zawarta w przemysłowych produktach spożywczych sprawia problemy, ponieważ nie towarzyszą jej włókna roślinne i błonnik pokarmowy, tak jak w kawałkach owoców, i z tego względu jej wysoka ilość pobudza wątrobę do ponadprzeciętnej produkcji cholesterolu (lipogenezy). Aby uporać się z masą węglowodanów i cukru, wątroba jest zmuszona, jakby pracując na akord, do wytwarzania ekstremalnych ilości trójglicerydów. Dlatego podwyższony poziom tych substancji we krwi jest tak doskonałym wskaźnikiem nadmiernego spożycia węglowodanów oraz alkoholu, a także uchodzi za samodzielny marker ryzyka chorób sercowo-naczyniowych. Tak jak to dziesiątki lat temu postulował dr Ahrens…
Gdy spożywamy zbyt dużo węglowodanów i cukru, powstaje metyloglioksal – toksyczna substancja, która sprawia, że cholesterol HDL staje się niestabilny. Cząsteczki HDL kruszą się i nie są w stanie wykonywać swej pracy. To prawdziwa katastrofa, gdyż ich zadaniem jest wszak transport nadmiaru tłuszczu i cholesterolu LDL na powrót do wątroby, gdzie substancje te mogą zostać rozłożone i usunięte z organizmu. Jeśli poziom HDL w ten sposób spada, rośnie jednocześnie poziom LDL. Ciało samo z siebie zna niebezpieczeństwo, które stanowi metyloglioksal, i zwykle broni się przeciwko tej substancji za pomocą rękawicy bokserskiej w postaci enzymu (glioksalaza I), który rozbija tę niemiłą i toksyczną substancję. Aktywność tego enzymu słabnie jednak z wiekiem, a nasz mechanizm obronny nie wystarcza, zwłaszcza wtedy gdy do żołądka wciąż dopływa zawierający duże ilości cukru pokarm lub wpadają szybko przyswajalne węglowodany, jak oczyszczona mąka, biały ryż, mączyste ziemniaki lub kukurydza³⁶. Badania naukowe pokazują zatem, dlaczego to nie jajka i masło, ale chleb i pieczywo, słodycze i lemoniady podwyższają poziom cholesterolu. Jest teraz też zrozumiałe, dlaczego poziom tej substancji jest w tak niezauważalnym stopniu obniżany, gdy rezygnuje się tylko z rzekomo niebezpiecznych i bogatych w cholesterol produktów spożywczych jak jajka, a w codziennym menu w zamian zaczynają dominować chleb i bomby węglowodanowe.
Szeroko rozpowszechniona reguła brzmi: wysokie wartości LDL we krwi są złe, a wysoki poziom HDL dobry. Nie jest to jednak takie proste. Co więcej, badania przynoszą wciąż nowe rezultaty. Nauka rozróżnia obecnie nieszkodliwe duże cząstki LDL oraz złe małe LDL. Chcesz poznać szczegóły? Wyobraź sobie LDL jako rodzinę mafijną. W tym klanie – jak w każdej rodzinie – są białe i czarne owce. Białe owce rodziny LDL to bardzo duże, lekkie, elastyczne, przypominające piłki plażowe, „puszyste” cząstki LDL, które ze względu na swą wielkość spoczywają ociężale w głębokich fotelach i nie przyjdzie im nawet na myśl, aby ruszać się więcej, niż to naprawdę konieczne, lub też atakować ściany tętnic. Ale są także czarne owce w tym klanie: ekstremalnie małe, bardzo gęste, sztywne i podobne do piłek golfowych cząstki LDL. Te supertwarde drobiny są rzeczywiście „złym cholesterolem”, bo przyczepiają się jak klej do ścian tętnic. Te cząstki, w języku fachowym nazywane _small density_ LDL lub s-LDL, to uśpieni terroryści, którzy mogą nagle oszaleć, aby wywoływać schorzenia serca i układu krążenia. Wyłącznie te małe „piłki golfowe” wyrządzają szkody. Robią się one szczególnie złośliwe, kiedy ulegną oksydacji. Wówczas stają się małymi potworami, które zbierają się na ścianach tętnic, gdzie przyciągając komórki systemu odpornościowego, wywołują lokalne stany zapalne i rozpoczynają proces miażdżycy tętnic.
Tylko one są aterogenne, czyli powodują proces miażdżycowy. Wnikając jak drobny piasek w ściany tętnic, powoli rozwijają lont, aby później odpalić bombę w postaci zawału serca, udaru mózgu lub otępienia naczyniopochodnego. W ten sposób szykowany jest grunt pod nadchodzącą tragedię. A co decyduje, który z dwóch rodzajów cholesterolu LDL panoszy się w naszym organizmie? Racja – to, co jemy. Zawierające dużo cukru i węglowodanów jedzenie napędza produkcję trójglicerydów, podwyższa poziom cholesterolu LDL i zmniejsza zawartość cholesterolu HDL³⁷. Ponadto wychwalane od lat niskotłuszczowe, ale wysokowęglowodanowe produkty spożywcze wpływają na wielkość cząsteczek LDL. Sprawiają, że powstają raczej małe, gęste, podobne do piłek golfowych drobiny s-LDL³⁸. Ups!
I tu do gry wkracza spożywany tłuszcz. Jeśli zgodnie z powszechnymi zaleceniami zdusisz spożycie tłuszczu – gdyż martwisz się o podwyższony cholesterol – powstaje ryzyko, że pozbędziesz się nieodpowiedniego rodzaju cholesterolu. To znaczy, że przepędzisz białą owcę w postaci nieszkodliwego rodzaju cholesterolu LDL. Na wydruku z laboratorium zobaczysz zapewne lepsze wartości cholesterolu LDL, ale te wyniki badań niekoniecznie muszą zwiastować coś dobrego. Niższy cholesterol to nie zawsze lepszy cholesterol. Podobnie jak wyższy cholesterol nie musi oznaczać choroby. Zastraszające dane wskazują, że ludzie, którzy pozyskują od 10 do 25% wszystkich kalorii w postaci dodatkowo słodzonych produktów spożywczych (soki owocowe, jogurty owocowe, słodycze, płatki zbożowe, desery i soft drinki), muszą się liczyć z podwyższonym o 30% ryzykiem zgonu na choroby sercowo-naczyniowe³⁹.
Im więcej spożywasz łatwo strawnych, oczyszczanych węglowodanów, tym więcej małych cząstek s-LDL hodujesz we własnym organizmie. A nędzne 10% ogólnej wartości kalorycznej bardzo łatwo osiągnąć. Przesadna, nieprzemyślana ilość węglowodanów to śmiertelny cios dla dobrodusznych, dużych i lekkich, puszystych cząstek LDL. Zmieniają się one wtedy w małe, gęste, mordercze cząsteczki. Jeśli dojdzie do tego fatalna oksydacja tłuszczu w wyniku nadmiaru wolnych rodników i złe obchodzenie się z tłuszczem w kuchni, zacznie się zbierać na wielką burzę.
Co jednak przeciwdziała powstawaniu tych piłeczek golfowych s-LDL? Zmiana stylu życia, która polega na postawieniu na zdrowe tłuszcze omega-3 i niedemonizowaniu tłuszczów nasyconych, a więc tych, które przez dziesięciolecia były uważane za tak szkodliwe. Jest coraz więcej dowodów, że tłuszcz poprawia profil cholesterolu, zwiększając ilość dużych, puszystych cząstek LDL, które chronią nasz organizm⁴⁰. Najwyższa już pora zaprogramować swój organizm na zdrowie, lecz nie wolno się przy tym skupiać na samych słowach „cholesterol”, a już zwłaszcza nie na określeniu „cholesterol LDL”!
Jaki jest morał z tej historii? Wysoki cholesterol niekoniecznie stanowi czynnik ryzyka
W starym sposobie myślenia odpowiedzialność za „indukowane przez cholesterol zwapnienie naczyń” zwalano na wiek. Tej interpretacji trzeba się jednak na nowo przyjrzeć. Jeśli bowiem cholesterol jest niezbędną do życia częścią błony komórkowej, która uszczelnia tę błonę i działa jak _firewall_ komórki, wówczas wzrost poziomu cholesterolu wskazuje na obciążenie oksydacyjne i stres komórkowy. Tym samym stanowi wskaźnik ryzyka, a nie wyłączny czynnik ryzyka. Jeśli więc lekarz oznajmi ci, że masz „zbyt wysoki” poziom cholesterolu, nie popadaj w panikę. Oznacza to przede wszystkim, że lwia część całego cholesterolu w organizmie wytwarzana jest przez twoje ciało. Wiesz też teraz, że cholesterol pokarmowy jest sam w sobie niegroźny i że dopiero wyraźne rozróżnienie wielkości cząsteczek LDL daje odpowiednio klarowny obraz sytuacji. Nieco zbyt wysoki poziom cholesterolu (na przykład całkowity cholesterol powyżej 200 mg/dl) nie jest jeszcze powodem do paniki. Wszystko zależy od kontekstu, czyli od całościowego obrazu waszego zdrowia. Jak wygląda poziom stresu, jak kształtują się takie czynniki ryzyka, jak palenie, nadwaga, niedobór ruchu i wywiad rodzinny, oraz czy w ogóle określono ilość _small_-LDL (s-LDL)? Podwyższony cholesterol całkowity może być też spowodowany większą ilością cholesterolu HDL. Może być zatem, ale wcale nie musi być sygnałem alarmowym, który nie daje wam spać.
Krótki przykład. Przyjmijmy, że czyjś cholesterol całkowity wynosi 230 mg/dl (230 miligramów cholesterolu w decylitrze krwi). Jeśli przy tych wartościach cholesterol HDL jest wysoki, a poziom trójglicerydów niski, przy czym dana osoba spożywa mało węglowodanów i cukru, można zakładać, że mimo granicznych wartości cholesterolu nie występuje u niej znacząco podwyższone ryzyko sercowe. Jeśli jednak taka ilość cholesterolu całkowitego koreluje z niskim poziomem cholesterolu HDL i wyraźnie podwyższoną zawartością trójglicerydów, na podane wyniki badań laboratoryjnych trzeba spojrzeć zupełnie inaczej. Do takiego układu danych może dojść nawet wtedy, jeśli ktoś w ogóle nie spożywa cholesterolu, bo na przykład jest wegetarianinem. Trzeba się wówczas liczyć z podwyższonym ryzykiem zawału serca i udaru mózgu. Wszystko zależy zatem od kontekstu. Zwykłe testy na poziom cholesterolu nie zaprowadzą was zatem daleko. W przypadkach wątpliwych lub w razie wystąpienia w rodzinie zawału serca lub nagłej śmierci sercowej obstawaj, proszę, przy określeniu trójglicerydów, cholesterolu HDL oraz podzieleniu cholesterolu LDL na podgrupy i jasnym zdefiniowaniu ich poziomu oksydacji. Oczywiście tych kosztownych testów nie należy wykonywać bez potrzeby, ale wtedy gdy wymaga tego indywidualny profil ryzyka.
Jak oszacować własne ryzyko kardiologiczne: porady praktyczne
Podwyższony cholesterol całkowity lub cholesterol LDL nie jest powodem do paniki i nie wymaga sięgania po broń ostateczną w postaci statyn. Istnieją bardziej wiarygodne wskaźniki pozwalające na prawidłową ocenę ryzyka. Koniecznie omów zatem ze swoimi lekarzami wymienione poniżej wyniki badań krwi:
• Trójglicerydy: wskaźnik zwiększonej konsumpcji węglowodanów i cukru. Wysoki poziom trójglicerydów kojarzony jest z podwyższonym ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych, a także niealkoholowej stłuszczeniowej choroby wątroby (NAFLD). Idealny wynik badania powinien wynosić poniżej 100 mg/dl.
• Cholesterol HDL: jego poziom jest wskaźnikiem ryzyka choroby niedokrwiennej serca. Idealny wynik to ponad 60 mg/dl.
• Stosunek trójglicerydów do cholesterolu HDL – idealnie: < 2. Wartość ta uchodzi obecnie za najlepszy prognostyk insulinooporności i ryzyka sercowego, lepszy nawet niż prosty stosunek cholesterolu LDL do HDL, w którym nie rozróżnia się wielkości cząsteczek.
• Stosunek całkowitego cholesterolu do cholesterolu HDL – najlepiej mniejszy niż 3:1.
• Określenie wielkości cząsteczek cholesterolu LDL i oksydacji tłuszczów. Wystąpienie oksydacji należy oceniać jako niekorzystne.
Pozwól się uwieść tej książce – zrób krok w kierunku własnego zdrowia. Zamiast łamać sobie głowę z powodu ilości cholesterolu we krwi, musisz zmierzyć się przede wszystkim z rodzajem spożywanego tłuszczu oraz przyjrzeć się krytycznie ilości cukru i węglowodanów, jakie zjadasz. Przebadałam wielu pacjentów przyjmujących statyny i określiłam u nich wielkość cząsteczek LDL. Można było tam znaleźć relatywnie wiele małych, gęstych cząsteczek LDL o oksydacyjnym, aterogennym potencjale – i to mimo wielkiej siły statyn pozwalającej na obniżenie poziomu cholesterolu LDL! Nie chodzi tu o to, by od razu sięgać po statyny lub je demonizować. Z pewnością substancje te – ze względu na ich przeciwzapalne i przeciwzawałowe działanie – mogą być stosowane u ludzi, którzy już przeszli zawał – a więc w celu skutecznej i godnej polecenia profilaktyki wtórnej. Jednak w przypadku większości ludzi, a zwłaszcza tych, którzy jeszcze nie przeszli zawału, statyny jako środek profilaktyki pierwotnej nie przynoszą istotnych korzyści, a z ich przyjmowaniem wiążą się niebagatelne skutki uboczne i spore ryzyko⁴¹.
Dzięki nowoczesnemu odżywianiu i zdrowemu tłuszczowi, który stosuję w mojej metodzie leczenia, udaje się skutecznie obniżyć poziom trójglicerydów, a podwyższyć cholesterolu HDL i zamiast groźnych małych drobin s-LDL zwiększyć liczbę puszystych cząstek LDL. Mądry wybór tłuszczu poprawia wskaźniki cholesterolu⁴². To nie tłuszcz jest przyczyną zawału serca, udaru, nadwagi, cukrzycy typu 2 itd. Wszystkie rozpaczliwe próby obniżenia poziomu „złego” cholesterolu LDL za pomocą przepisywania coraz większych dawek statyn i rugowaniu nasyconego tłuszczu tylko zaostrzają ten dramat. Niskotłuszczowy dogmat sprawił, że uwierzyliśmy w kłamstwo o cholesterolu i trwamy w tym przekonaniu już od ponad półwiecza. Tymczasem tłuszcz i cholesterol zostały przez naukę uniewinnione.
Nadszedł zatem czas, aby bliżej przyjrzeć się doskonałemu uzdrawiaczowi w postaci tłuszczu. Kurtyna w górę, oto uniwersum tłuszczów!
_Koniec wersji demonstracujnej._