Wielka woda pod Babią Górą - ebook
Jedna góra, która widziała wszystko. Trzy tragedie złączone wspólnym sekretem. Skarb, za który trzeba zapłacić najwyższą cenę.
Szósty tom bestsellerowej serii kryminalnej z Baśką Zajdą!
Rok 2025. Eryk wychodzi pobiegać i nie wraca do domu. Jego żona, Małgorzata, zgłasza jego zaginięcie, a sprawę przyjmuje prywatna detektyw Baśka Zajda. Wraz ze swoją suką Chytrą trafia na trop, który prowadzi do luksusowych domków, świata brudnych pieniędzy i krwawych tajemnic.
Rok 2010. Katastrofalna powódź nawiedza Beskidy. W dolinie Skawiec ginie siedemnastoletnia Agnieszka, a zaraz po niej bez śladu przepada prowadzący śledztwo inspektor Wojda. Wszyscy wierzą, że to tragiczny przypadek. Jaka jest prawda?
Lata 1942-1945. W Pałacu w Jaszczurowej młoda Nastka wchodzi w posiadanie bezcennego skarbu. Dar ten okaże się jednak przekleństwem, które zmieni losy jej i kolejnych pokoleń…
Odkryj, jak łączą się ze sobą te wydarzenia i jakie wyzwania czekają na Baśkę tym razem!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8466-003-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Słabe promienie jesiennego słońca odbijały się w tafli wody. Sunęła żaglówką, która lekko marszczyła powierzchnię jeziora. Uniosła się delikatnie. Zmrużyła powieki i spojrzała w stronę Babiej Góry. Szukała czegoś na brzegu. Strome zbocze oblane wszystkimi odcieniami pomarańczu i czerwieni górowało nad jej łodzią niczym olbrzym. Wreszcie ją dojrzała. Stała z uniesioną nogą, wyciągając szyję. Odwróciła się ku niej. Przez chwilę patrzyły na siebie. Zdawało się, że biała piękność nad czymś się zastanawia. Jej pióra połyskiwały nieprawdopodobnie, jak gdyby oprószone brokatem. Małgorzata sięgnęła po aparat – powoli, płynnym ruchem ramienia. Reszta jej ciała zastygła. Zbliżyła lustrzankę do oka, lecz w tej chwili czapla biała wydała gardłowy odgłos i wzbiła się w powietrze. Dziś nie pozwoliła jej na wiele. Małgorzata uniosła aparat i wykonała serię zdjęć. Czapla zakołowała nad nią majestatycznie, a następnie oddaliła się jednym ruchem szerokich skrzydeł. Kobieta odłożyła aparat do worka żeglarskiego i włączyła silnik. Miała nadzieję, że tym razem odnajdzie gniazdo czapli, którą obserwowała w Zatoce Suma już od dwóch tygodni.
Wypłynęła z zatoki w stronę Zagórza. Tafla wody była niemal gładka. Niezmącona podmuchami wiatru, zdawała się zupełnie czarna. Płynęła blisko brzegu, wypatrując białej piękności. Zbocza jeziora wciąż pozostawały w tym rejonie dzikie. Z daleka dojrzała małą żaglówkę, należącą do zapalonego żeglarza, z którym mijała się na jeziorze niemal codziennie. Pomachała do niego jak zawsze, on również się przywitał. Popłynęła dalej. Gdzieś w gęstwinie wodnych traw dojrzała kaczki tłoczące się w małej zatoczce. Myślała czasem, że chciałaby być taką kaczką. Kolory samiczek idealnie wpasowywały się w otoczenie. Tylko kaczory i ich fantazyjnie zielone, opalizujące łebki stanowiły żywszą plamę koloru. Znów sięgnęła po aparat. Wokół panowała cisza, którą zakłócał tylko odgłos migawki. Kaczki wzbiły się po wodzie, ni to biegnąc, ni to lecąc. Nie chowając już swojego Canona, dopłynęła do brzegu zabudowanego zespołem luksusowych domków. Wyłączyła silnik. Nowoczesne bryły budynków otoczone bukietem liści wyglądały malowniczo. Wciąż opuszczone, czekały na turystów, którzy rozdziewiczą to miejsce, gdy się w końcu zjawią. Tylko jeden domek był zamieszkany – Małgorzata pomachała jak co dzień jego lokatorce stojącej z kawą na tarasie. Nie znała tej kobiety, ale ich powitanie było rytuałem. Każdego dnia, pływając po Jeziorze Mucharskim, witała się w ten sposób z kilkoma osobami, choć zupełnie ich nie znała. Taki miała zwyczaj. Była tylko gościem, który łapie chwile i zamyka je w fotografiach.
W krzakach poniżej linii domów coś się poruszyło. Małgorzata zmrużyła oczy i zaraz dostrzegła rudą kitę. Zrobiła parę zdjęć. Lis zatrzymał się i patrzył na nią. Kobieta stojąca na tarasie także musiała go dostrzec, bo spojrzała w jego stronę. Małgorzata zerknęła na ekran lustrzanki. Udało się jej uchwycić naprawdę świetne ujęcie. Lis na tle rudych liści. Futro zwierzęcia wydawało się już gotowe na nadchodzące ochłodzenie – było gęste i dłuższe niż to letnie. Małgorzata uśmiechnęła się pod nosem. Co prawda nie znalazła gniazda czapli białej, ale była zadowolona z tego dnia. Zerknęła jeszcze na taras, ale kobiety z kawą już na nim nie było. Może jutro zejdzie na ląd i się z nią zapozna. Zawsze gdy ją widzi, ma ogromną ochotę na kawę.
Odpaliła silnik. Zawróciła łódź, która teraz powoli sunęła z powrotem ku Zatoce Suma. Jeszcze niedawno ciągle mijałaby przeróżne łódki i rowery wodne, którymi turyści przemierzali zalew wzdłuż i wszerz. Teraz, ku jej zadowoleniu, sezon się skończył. Pozostała tu tylko ona i zwierzęta. Nic więcej nie było jej do szczęścia potrzebne.
Wyskoczyła z łodzi na pomost i zacumowała. W powietrzu czuła zapach mokrych liści. Zabezpieczyła łódź i zaczęła się wspinać po zboczu do domu. Z oddali usłyszała warkot nadjeżdżającego samochodu. Przyspieszyła kroku, uznawszy, że to może niespodziewani goście. Po kilku krokach była już pewna, że się nie myliła. Spojrzała na dom, w którym mieszkała z Erykiem. Jego nowoczesna forma robiła wrażenie na przyjezdnych – zdawał się wisieć nad przepaścią. Zupełnie jakby miał zaraz runąć w dół i wpaść do jeziora. Zielony dach pokryty mchem i bylinami topił bryłę w otoczeniu. Zobaczyła na podjeździe Eryka witającego się z Gabrysią. Marcin nawet nie spojrzał na swoją partnerkę. Stał obok niej z rękami w kieszeniach, jakby przyjechał tu wbrew własnej woli. Małgorzata nie widziała ich od blisko roku. Jeszcze parę kroków, a znajdzie się przy nich. Przez oszkloną ścianę widziała wnętrze domu.
– Hej! – przywitała się w końcu.
Eryk rozciągnął usta w uśmiechu.
– Jesteś! Zdążyłem przed tobą. – Objął ją ramieniem.
Gabrysia przytuliła ją mocno, a Marcin ucałował w policzek. Przyjrzała się im uważnie. Zmienili się. W jej pamięci byli zupełnie inni. Gabrysia ścięła włosy na krótko i zmieniła ich kolor. Dawniej spływały do połowy pleców kaskadą czarnych loków, a teraz zdawały się białe jak pióra czapli. Eryk podniósł ich walizki i skierował się do wejścia skrytego za kępami wysokich traw. Miał szerokie, masywne plecy, które właściwie się jej nie podobały. Po przekroczeniu progu ich goście zaczęli się rozglądać po wnętrzu z zachwytem. Marcin poklepał Eryka po plecach.
– Nie dziwię się, że projektujesz domy dla milionerów.
Eryk nie potrafił ukryć zadowolenia na twarzy. Choć był cenionym architektem, wciąż lubił być chwalony. Spojrzał spod przymrużonych oczu na Małgorzatę, która nalewała już wodę do czajnika.
– Ale zielenią zajęła się w całości moja ogrodniczka. – Posłał jej pocałunek. – Chodź, kochanie, oprowadź gości po swoim ogrodzie.
Małgorzata odstawiła czajnik i wytarła dłonie. Zbliżyła się powoli do ściany, która wydawała się sekretnym przejściem do lasu. Niemal z namaszczeniem dotknęła liści paproci zwisających z najwyższych partii konstrukcji. Pozostali ucichli, zupełnie jakby stanęli przed ołtarzem.
– Ogrody wertykalne są teraz na topie, to nic wielkiego. Ale ten wykonałam tylko z roślin z pobliskiego lasu.
Wskazywała po kolei rośliny i wymieniała ich nazwy: płonnik, przylaszczka, śmiałek, wełnianka pochwowata, wrzos, szczotlicha siwa, konwalia.
– Nie będę was zanudzać.
Gabriela pochyliła się nad jedną z roślin.
– Chce ci się to podlewać? – zapytała sceptycznie.
– Zamontowaliśmy automatyczny system nawadniania. Ale tak, masz rację, jest z tym trochę pracy.
Usiedli przy wielkim drewnianym stole. Przez szklaną ścianę widzieli jezioro, którego tafla lekko fałdowała się na wietrze. Z drugiej strony przestrzeń zamykał las, o tej porze dnia skrywający dom w cieniu. W upalne dni był zbawienny, teraz jednak chciwie zabierał ostatnie promienie słońca, przynosząc wieczorny chłód. W czasie gdy Gabriela i Marcin opowiadali o swoim życiu w Szwecji, Eryk podał przygotowane wcześniej sałatki i sery. Gabriela była inżynierką dźwięku, tworzyła podkłady do gier komputerowych. Marcin zajmował się logistyką. Po jakimś czasie dopuszczono do głosu Eryka, który pochwalił się nagrodą za projekt budynku ośrodka kultury w jednej z górskich miejscowości. Gabrysia siedziała w milczeniu, co chwilę unosząc kieliszek do ust. Za każdym razem, gdy Marcin zaczynał mówić, jej twarz twardniała, jakby każde jego słowo było przytykiem w jej stronę.
– Małgosiu – rzucił nagle Marcin – gdzie będzie można zobaczyć twoje zdjęcia?
Uśmiechnął się, ale w jego głosie pobrzmiewała nuta ironii. Gabrysia przewróciła oczami, znała ten ton aż za dobrze.
W końcu wszyscy spojrzeli na Małgorzatę, zapatrzoną gdzieś w dal. Głos Marcina przebijał się do niej jakby zza mgły.
– Hej, Gośka, jesteś z nami? – zapytał ze śmiechem. – Pytałem, jak tam twoje zdjęcia. Gdzie je zobaczymy?
Słyszała pytanie, ale zamiast odpowiedzieć, podeszła do wielkiego okna. Widziany z daleka biały punkt wzbił się w powietrze.
– To ona, moja biała dama – wyszeptała cicho, pewna, że dostrzegła czaplę białą.
Marcin zmarszczył brwi i spojrzał dziwnie na Eryka. Ten, jakby tego nie zauważając, zaczął opowiadać o pracy swojej partnerki.
– Małgorzata robi zdjęcia do dużego albumu National Geographic o ptactwie żyjącym na Jeziorze Mucharskim. Będzie tłumaczony na dwa języki.
– Wow, jak udało ci się dostać takie zlecenie?
Pytanie Gabrieli zawisło na chwilę bez odpowiedzi. W końcu Małgorzata odwróciła się i uśmiechnęła.
– Nie wiem, może robię dobre zdjęcia?
Eryk chwycił ją za dłoń.
– Muszę wam też powiedzieć, że Małgorzata to miejscowa Matka Teresa. Ratuje bezdomne koty z okolicznych wsi. W przyziemiu mamy małą kociarnię i ona znajduje im domy.
Po tych słowach goście chcieli koniecznie zobaczyć koty, więc wszyscy zeszli do kociarni. Duże pomieszczenie było dość jasne, z sufitu zwisała huśtawka, były też drabinki i wysokie półki. Gdy zwierzęta zobaczyły Małgorzatę, zaczęły ją witać donośnym miauczeniem i ocierały się zapamiętale o jej nogi. Zaprezentowała gościom po kolei każdego z nich. Dwa czasem trzymała w klatce, bo wdawały się w bójki pod jej nieobecność. Teraz, gdy otworzyła drzwiczki, czarny kocur bez oka stanął na środku pomieszczenia i patrzył na nią z wyrzutem.
– Perszing jest u mnie najdłużej, znalazłam go potrąconego na poboczu. Trudno zapewnić mu dom, bo nie można go zostawić samego.
Eryk się zaśmiał.
– To prawdziwy mafioso, rozstawia wszystkich po kątach.
– Co on ma na obroży? – zaciekawił się Marcin.
– Kamerę. Założyłam mu ją, bo muszę się upewnić, czy to on wszczyna bójki, czy jest tylko ofiarą.
– A ty nie miałeś czasem alergii na kocią sierść? – Marcin zmienił temat, głaszcząc biało-rudą kotkę.
– Mam, dlatego trzymamy je w kociarni. Przychodzę tu czasem się z nimi pobawić, ale wtedy muszę zażyć wapno i leki. Wysypka i katar szybko po nich mijają.
Tymczasem Małgorzata otworzyła klatkę, z której majestatycznym krokiem wysunęła się kotka perska. Przemaszerowała między nogami zgromadzonych, fuknęła na Perszinga i usadowiła się w domku zawieszonym na ścianie.
– To Madonna. Zabrałam ją z pseudohodowli. Zaliczyła tam siedem miotów. Była chora i wycieńczona.
– I tak ci ją oddali? – zapytała zaskoczona Gabriela.
– Coś ty, kupiłam ją. Dla nich liczy się tylko kasa.
– Jesteś doprawdy niesamowita – powiedział Marcin.
– Wcale się taka nie czuję.
Po obiedzie Eryk zaprowadził Gabrysię i Marcina do pokoju gościnnego. Gdy została sama, Małgorzata poczuła ulgę. Wypuściła głośno powietrze. Była zła, gdy jej partner zaprosił na weekend ich znajomych. Nie powiedziała tego wprost, ale chyba się domyślał. Sama nie wiedziała, kiedy stała się takim odludkiem, ale najchętniej zajęłaby się teraz zgrywaniem i obrabianiem zdjęć. Góra brudnych talerzy leżących na stole domagała się jednak jej uwagi, więc uporała się z nimi dość szybko. Gdy odkładała do szafki ostatni talerz, Eryk zaszedł ją od tyłu i położył jej ręce na biodrach.
– Jak tam zdjęcia? – powiedział niskim głosem. – Udało ci się ją upolować? Białą czaplę?
Odwróciła się i pocałowała go. Tuliła się teraz do jego ciepłych ramion, które twardniały z miesiąca na miesiąc. Od jakiegoś czasu Eryk chodził na siłownię, a efekty były coraz bardziej widoczne. Do tego godzinami biegał po okolicy, po czym wracał wycieńczony i od razu zasypiał.
– Tak, mam kilka zdjęć, ale wciąż nie odnalazłam jej gniazda.
Odsunęła się od niego o krok i zrobiła skwaszoną minę.
– Co jest?
– Nie będziesz się gniewał, jeśli nie spędzę z wami wieczoru?
On także zrobił krok do tyłu i zmierzył ją wzrokiem lekarza oceniającego stan pacjenta.
– Myślałem, że się cieszysz z ich wizyty? – zapytał ściszonym głosem.
– Mam dużo pracy ze zdjęciami… jestem zmęczona.
Westchnął ciężko.
– Marcin chciał się spotkać. Myślałem, że się rozerwiesz – powiedział cicho – Ostatnio jesteś taka…
Zwęziła powieki. Denerwowała się, gdy tak na nią patrzył.
– Jaka?
– Stronisz od ludzi. Spędzasz tyle czasu na tym jeziorze, jakbyś sama była łabędziem albo kaczką. Nawet mnie nie zauważasz.
Otworzyła szeroko usta. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Nie spodziewała się tego.
– Czasem – kontynuował Eryk z błyszczącymi oczyma – mam ochotę okleić się piórami, żebyś mnie dostrzegła.
Spuściła głowę. Czuła się pokonana. Czy naprawdę tak bardzo się zafiksowała? Straciła kontakt z otoczeniem? Poczuła falę wstydu. Zaprosił ich, bo martwi się o nią. A ona nawet nie chce wspólnie spędzić wieczoru.
Desperacko złapała go za dłoń, jak tonący łapiący koło ratunkowe. On był jej kołem. Był wszystkim, co miała, poza kotami i … ptakami.
– Dobrze. Będę.
Na jego twarzy pojawił się cień, którego nie lubiła. Był nią rozczarowany.
– Przygotuję coś specjalnego… – spróbowała zakończyć tę przykrą rozmowę, kierując się do lodówki. Otworzyła drzwiczki, a na jej twarz padło światło wydobywające się z wnętrza. – Mamy pstrąga – powiedziała, siląc się na entuzjazm.
Obróciła się, by zobaczyć jego reakcję. Uśmiechnął się bez przekonania.
– Może być pstrąg – odparł.
Gotując, wciąż zerkała za okno, gdzie sroki przeganiały stado wróbli. Nie znosiła ich. Od kiedy się sprowadziły, w okolicy robiło się coraz ciszej. Potrafiły wyciągać z gniazd kosów i szpaków młode i rozrywać je na strzępy.
Kolacja się udała. Wbrew obawom Małgorzaty było naprawdę przyjemnie. Eryk i Marcin wypili trochę za dużo wina i zaczęli z rozrzewnieniem wspominać lata młodości. Gabrysia bardzo ciekawie opowiedziała jej o swojej pracy, a nawet wpadła na pomysł nagrania odgłosów ptaków, które mogłaby wykorzystać później w swoich projektach. Małgorzata obiecała, że z rana zabierze ją swoją łodzią na jezioro. W pewnym momencie zostawiła ich troje w salonie, wymawiając się zmęczeniem. Położyła się w łóżku i patrzyła przez szybę wielkiego okna na światła po drugiej stronie jeziora. Jak spała czapla biała? Czy kobieta z kawą też już zasnęła?
Nazajutrz obudziła się przed wszystkimi. Przygotowała śniadanie i nakarmiła koty. Miały do niej pretensje, że wczoraj spędziła z nimi tak mało czasu. Musiała przeprosić każdego z osobna, na co kręciły z niezadowoleniem ogonami. Gdy wróciła na górę, Gabrysia już siedziała przy stole.
– Hej! To co, zabierzesz mnie na jezioro?
Małgorzata była pewna, że uda jej się wymigać od tej wycieczki. Koleżanka potraktowała jednak poważnie wczorajszą propozycję. Była ubrana w sportowe legginsy i bluzę, a na stole przed nią stał termos.
– Jasne – odpowiedziała. – Ale najpierw zjedzmy śniadanie.
Pochłonęły ciemne pieczywo z jajkiem i pomidorem i wyszły z domu. Ranek był rześki, a trawa mokra od rosy, gdy schodziły w dół zbocza.
– Ślisko. Dobrze, że wzięłam buty trekkingowe.
– Tak, ranki są coraz chłodniejsze. Trzymaj się za mną.
Łódź zobaczyły dopiero kilkanaście metrów od pomostu, bo gęsta mgła spowijała wszystko naokoło.
– A to bezpieczne? Pływać przy tak kiepskiej widoczności?
– Nie bój się, mam wprawę – uspokoiła koleżankę Małgorzata. – Wsiadaj, ja przytrzymam.
Przybliżyła burtę do pomostu i Gabrysia wskoczyła do środka.
– Ściągnę jeszcze osłonę z silnika, przytrzymaj mi worek.
Małgorzata sprawnie przygotowała żaglówkę i odpaliła silnik, którego mruczenie było stosunkowo ciche. Skierowała ster w lewą stronę.
– To gdzie mnie zabierasz?
– Poziom wody trochę się podniósł, więc spróbujemy dotrzeć jak najdalej do mostu kolejowego. Tam gniazduje najwięcej ptaków. Szukamy gniazda czapli białej.
– W takim razie jestem gotowa. Co mam robić?
– Na razie nic. Nie ma wiatru, więc płyniemy na silniku. Opowiadaj, zainteresowałaś mnie wczoraj.
– Daj spokój, nie będę cię zanudzać. Powiedz lepiej, skąd w Eryku taka przemiana. Ma teraz niezłą rzeźbę.
Spojrzała na nią, zaskoczona. Tak, wiedziała, że jej facet robi wrażenie na kobietach, ale pierwszy raz usłyszała to tak wprost, i to od koleżanki, z którą zna się lata. Założyła niesforny kosmyk włosów za ucho.
– Codziennie biega i ćwiczy. Może to przedwczesny kryzys wieku średniego? Sama nie wiem.
Gabrysia siedziała niżej od niej. W jej spojrzeniu Małgorzata dostrzegła, że ma na niego ochotę. Tak, nie mogła się mylić. Ten błysk w oku, który widywała nieraz, gdy szły na imprezę.
– Powinnaś się cieszyć – powiedziała koleżanka, szturchając ją w ramię. – Jak wam się układa?
– Dobrze, stabilnie…
– Wiesz, że nie o to pytam. Jaki jest w łóżku? Coś się zmieniło, odkąd tak przypakował?
Małgorzata uniosła wysoko brwi. Zapowietrzyło ją na to pytanie. Właściwie nigdy tak o tym nie myślała – jego metamorfoza odbywała się na przestrzeni kilku miesięcy i nie zauważyła, żeby aż tak się zmienił. Później pomyślała o ich seksie. Cóż, właściwie to zmienił się na gorsze. Nie potrafiła się do tego przyznać, ale w zasadzie jego rozrośnięte ciało budziło w niej obrzydzenie. Nie pasowało do niego, nie takiego go pokochała.
Dodała gazu i chwyciła mocniej za ster, pozostawiając pytanie bez odpowiedzi.
– Trzymaj się – poleciła.
Łódź wypłynęła z zatoki i pognała w kierunku Skawiec. Trwały w milczeniu, przemykając wśród mgieł, a chłodne powietrze owiewało ich twarze. Gdy dotarły do drugiego brzegu, Małgorzata zwolniła i w końcu wyłączyła silnik.
– Przepraszam – powiedziała Gabrysia, podając jej kubek termiczny z kawą. – Nie wiedziałam, że stałaś się taka…
– Jaka? – zapytała, biorąc od koleżanki kubek.
– Taka… sztywna. Kiedyś dało się z tobą pogadać o wszystkim.
Małgorzata upiła łyk kawy, parząc sobie język. Była coraz bardziej rozdrażniona. Nie chciała gadać o wszystkim – właściwie o niczym nie miała ochoty gadać. Oddała kubek, próbując bezskutecznie odwzajemnić uśmiech, i sięgnęła po aparat. Mgły nad jeziorem zdążyły się ulotnić.
– Dobra, bierzemy się do roboty. Wyciągaj ten swój sprzęt do nagrywania.
Gabrysia wyjęła z plecaka mikrofon wyglądający jak futrzane zwierzątko i rejestrator dźwięków. Mikrofon był umieszczony na teleskopowym kijku, który maksymalnie wysunęła. Zrobiła to w samą porę, bo z zatoczki rozległ się gardłowy okrzyk kormoranów, rozprawiających najpewniej o czekającej je podróży na południe. Małgorzata sfotografowała dużego samca, który stojąc na pniu, rozłożył szeroko czarne skrzydła. Dałaby sobie uciąć rękę, że właśnie zajął zdecydowane stanowisko w sprawie terminu rozpoczęcia corocznej migracji. Stado dyskutowało teraz znacznie ciszej, jakby przyjmując jego decyzję. Wykonała serię zdjęć scenek rodzajowych pomiędzy ptakami. Wreszcie zwierzęta zwróciły na nie uwagę. Tembr ich odgłosów się zmienił. Wnet zaczęły odlatywać po kolei, jeden za drugim.
Gabrysia spojrzała na Małgorzatę cała rozpromieniona. Twarz miała zaróżowioną od emocji.
– Świetnie! Udało mi się nagrać całkiem sporo. Nie wiem, jak to wyjdzie w odsłuchu, ale dla mnie bomba.
Wreszcie szczerze się do niej uśmiechnęła. Coś jednak je jeszcze łączyło.
– Ten duży samiec niedługo poprowadzi całe stado w podróż na południe – rzuciła Małgorzata.
– Kiedy?
– Wszystko zależy od pogody. Kormorany wylatują czasem dopiero w listopadzie.
– I ty codziennie tak pływasz?
– Tak, mówiłam ci, że zbieram materiały.
– Fajnie.
Spojrzały w stronę drugiego brzegu. Mgły zniknęły.
– To co, płyniemy do tej czapli?
– Tak, może dziś się uda znaleźć jej gniazdo.
Ruszyły ku przejazdowi kolejowemu. Gdy łódź wysunęła się za cypel w Skawcach, z daleka zobaczyły siedmioprzęsłowy most. Sprawiał wrażenie niezwykle długiego. Przed nim było mnóstwo małych wysepek, które teraz wskazała palcem.
– Tam chcemy dopłynąć.
Zbliżały się powoli, bacznie obserwując gęstwinę trzcin i krzaków. W zaroślach swoje domy miało wiele gatunków ptaków. Mewy powitały je przeciągłym odgłosem przypominającym szyderczy śmiech. Unosiły się w powietrzu nad żaglówką, towarzysząc im w dalszej drodze. Na cyplu małej wysepki stała na jednej nodze czapla, z głową schowaną w skrzydłach.
– Jest! – ucieszyła się Gabrysia.
Kołujące nad nimi mewy także ją zauważyły i zatrzymały się, aby nie ryzykować spotkania z czaplim dziobem.
– Ta tutaj to czapla siwa, piękny okaz. Ale my szukamy czapli białej. Niezwykle rzadkiej. Pojawiła się w okolicach Jeziora Mucharskiego na wiosnę.
– Aha – mruknęła Gabrysia, wpatrzona w ptaka, który z zaciekawieniem uniósł głowę na długiej szyi. – Ale czym się właściwie różni od tej, poza kolorem?
– Mają podobną wielkość, ale szyja czapli białej jest bardziej wygięta nawet w locie, co przywodzi na myśl elegancję i grację. W okresie godowym osobnikom wyrastają dodatkowe pióra, które są tak piękne, że ludzie, aby je zdobyć, doprowadzili niemal do wyginięcia tego gatunku. Wyobraź sobie, że ozdabiano nimi kapelusze.
Małgorzata spojrzała na towarzyszkę, chcąc sprawdzić, czy jej nie zanudza, ale Gabrysia zdawała się wręcz zafascynowana. Było to niezwykle przyjemne uczucie, że ktoś podzielał jej zainteresowanie. Zwykle czuła się wyobcowana, bo nikt tak jak ona nie interesował się ptactwem.
– Dalej nie popłyniemy, jest za płytko. Możemy tu przyjechać na rowerach i przyjrzeć się tym wysepkom z brzegu.
Gabrysia pokiwała głową. Zawróciły. Pojawił się wiatr, więc Małgorzata rozwinęła żagiel. Ciągnęła za szot, a podmuchy stawały się coraz mocniejsze. Żaglówka nabrała prędkości, a ona poczuła to, co w żeglowaniu kochała najbardziej – moc. Wrażenie, że jest w stanie ujarzmić naturę, zapanować nad nią.
– Gdzie teraz?! – zawołała jej towarzyszka, przekrzykując huk wiatru.
– Okrążymy Ptasie Wyspy i wracamy.
Z oddali zobaczyły starszego żeglarza, który był na jeziorze każdego dnia. Jego żaglówka mknęła teraz szybko. Małgorzata zobaczyła, że mężczyzna wciąga genaker. Patrzyły zafascynowane, jak żagiel dosłownie wybucha, rozniesiony przez wiatr, a następnie napina się jak pulchny rogalik. Żaglówka dostała nowej mocy. Mężczyzna uśmiechnął się do nich z daleka i pomknął w stronę zapory. Ruszyły jego śladem. Małgorzata nie miała genakera, ale teraz zapragnęła go sobie sprawić. Jak na każdym górskim jeziorze wiatr był zmienny i gdy tylko skręciły w lewo, osłabł. Żaglówka zwolniła i zrobiło się ciszej. Minęły jakąś starą łódkę, której Małgorzata nigdy tu nie widziała. Siedzący tyłem mężczyzna trzymał za ster rzężącego silnika, głowę miał skrytą pod kapturem.
Wskazując na brzeg Zagórza, Gabrysia zawołała:
– Jakie piękne domy! Kto tam mieszka?
Małgorzata oderwała wzrok od nieznajomego i skierowała go ku nowoczesnym domkom.
– W sumie to nikt. Czasem widuję tam kobietę na tarasie.
– Popłyńmy w tamtą stronę, chcę się przyjrzeć z bliska.
Małgorzata przekręciła ster. Były już prawie na miejscu, gdy zza cypla wyłoniły się dwa łabędzie nieme. Podczas gdy Gabrysia uniosła się z zachwytu, uwagę Małgorzaty przykuło okno w jednym z domków nad jeziorem. Za szybą zobaczyła kobietę, którą widywała, jak pije kawę na tarasie. Wyciągnęła dłoń, by jej pomachać. Nie mogła być pewna, odległość była zbyt duża, ale zdawało się jej, że tamta płacze.
– Popatrz! Płyną do nas! – zawołała z tyłu Gabrysia, ale Małgorzata wciąż patrzyła w okno jak zahipnotyzowana.
Ramiona stojącej tam kobiety się trzęsły. Poczuła niepokój. Miała wrażenie, że mieszkanka domu patrzy prosto na nią. W pewnym momencie za kobietą pojawił się jakiś cień. Był wyższy i większy od niej, więc musiał to być mężczyzna. Zaraz potem para przeniosła się w głąb domu. Dotyk na ramieniu odwrócił uwagę Małgorzaty od brzegu.
– Gośka, co jest? Mówię do ciebie, a ty nie reagujesz.
Zamrugała, jakby wybudzona z długiego snu. Przetarła dłonią twarz.
– Zapatrzyłam się. – Wskazała domek. – Wydawało mi się, że coś tam się dzieje.
– To znaczy co?
– Nie wiem… – Wzruszyła ramionami – Ta kobieta. Kłóciła się z jakimś mężczyzną.
Gabrysia podniosła wyżej głowę i spojrzała we wskazanym kierunku.
– Ja tam nic nie widzę. Płyńmy już do domu, zgłodniałam.
Małgorzata niechętnie zawróciła. Odpływając, jeszcze raz odwróciła się w stronę okna. Kobieta znów tam stała, z dłonią opartą o szybę. Nie widziała już jej twarzy, była zbyt daleko. Poczuła przemożną potrzebę, żeby zawrócić i wyjść na brzeg. Zapukać do tego domu. Jednak Gabrysia ją popędzała. Chciała przygotować na obiad swoje popisowe kotleciki z kalafiora w migdałach. W drodze powrotnej opowiadała, jak poznała ten przepis, lecz Małgorzata nie słuchała – myślami była w tamtym domu, z tajemniczą kobietą stojącą z kubkiem kawy na tarasie.
Wreszcie weszły do domu i zdjęły buty w przedpokoju. Panował półmrok, zasłony były zaciągnięte, a w powietrzu unosił się ciężki zapach ciepłego powietrza i snu. W salonie, na kanapie, leżał rozciągnięty niedbale Marcin. Oddychał miarowo, lecz gdy drzwi skrzypnęły, poruszył się i otworzył oczy.
– Gdzie Eryk? – zapytała Gabrysia, zdejmując lekką kurtkę.
Marcin przetarł twarz dłonią, próbując się dobudzić.
– Poszedł pobiegać – wymamrotał jeszcze zaspanym głosem.
Małgorzata bez słowa podeszła do tarasowych drzwi i pchnęła klamkę. Świeże powietrze wdarło się do środka, rozganiając ciężką senność. Wyszła na zewnątrz i stanęła na drewnianym podeście.
Od strony jeziora dobiegł ją przeciągły klangor. Echo niosło się nad lśniącą taflą, która w przedpołudniowym świetle wyglądała niemal jak rozciągnięte lustro. Dźwięk, chropowaty i obcy, przeciął przestrzeń, sprawiając, że kobiecie ścisnęło się gardło. Poczuła, jak po jej kręgosłupie powoli wspina się niepokój i osiada ciężarem w piersiach.Skawce, 16 maja 2010 roku
Maj tego roku był duszny i lepki od gorąca, nawet w Skawcach, gdzie wiatr znad Skawy zwykle przynosił ulgę. Inspektor Wojda przetarł czoło chusteczką, zanim wysiadł z radiowozu. Nie znosił tego miejsca. Ani tej upiornej dyskoteki, w której czuł się jak stary dziad w oparach taniego alkoholu i zapachu rozgrzanych ciał.
– Chodź, Piter – warknął do swojego partnera, aspiranta Pietrasa, któremu brakowało zapału do pracy. – I nie patrz tak, jakbyś tu przyjechał na wakacje.
Klub Diament za dnia wyglądał jak ruina. Odpadający tynk, pogięta blacha dachu i brudne szyby, w których odbijał się poranny żar. W nocy jednak te mankamenty znikały w kolorowych reflektorach i błyskach stroboskopów. Wojda sam tu kiedyś bywał, zanim zgorzkniał i roztył się od kiełbasy z musztardą i życia w ciągłym napięciu.
Zaginięcie zgłoszono w nocy. Agnieszka, siedemnastoletnia dziewczyna, przyszła na dyskotekę i nie wiadomo kiedy zniknęła. Jakby nagle wyparowała.
– To co, najpierw ochrona? – spytał flegmatycznie Pietras.
– Najpierw ochrona – potwierdził Wojda i ruszył do wejścia, gdzie ochroniarz w granatowej koszulce siedział na plastikowym krześle i palił papierosa.
– Panowie z policji, tak? – spytał bez cienia zdziwienia.
– Inspektor Wojda. A to mój partner, aspirant Pietras. Co pan widział tej nocy?
– A co miałem widzieć? – Ochroniarz wzruszył ramionami. – Małolaty piły, tańczyły, jeden drugiemu do gardła skakał. Normalnie.
– Dziewczyna, siedemnastoletnia. Agnieszka. Zniknęła.
– No to się zdziwię, jak się znajdzie. – Zaciągnął się papierosem i wyciągnął nogi. – Jakby pan widział, co one wszystkie tu wyprawiają. To prawdziwy cud, że żadna wcześniej nie zginęła.
Wojda poczuł w gardle gorzki smak obrzydzenia i złości. Poszedł przepytać jeszcze młodą barmankę z wymalowanymi ustami i zmęczonym wzrokiem.
– Nie miała kasy – powiedziała, wzruszając ramionami. – Zamówiła chyba jedno piwo… Siedziała z kimś na polu. Nie widziałam z kim. Potem zniknęła. My tu nie mamy czasu patrzeć, kto wychodzi, a kto wchodzi.
– Co się działo tego dnia w lokalu? Byli jacyś nietutejsi? Ktoś, kogo wcześniej nie widziałaś?
Dziewczyna wydęła wargi.
– Przecież jest maj. Pełno turystów, podjeżdżają nowymi brykami. Ale nikt się nie bił, o dziwo. Bo czasem to tu przy sobocie jest jakaś masakra.
– A widziałaś, żeby ktoś ją zaczepiał?
– Nie – odparła po chwili zastanowienia.
Wojda patrzył na nią długo. W końcu kiwnął głową, położył na blacie swoją wizytówkę i wyszedł na oślepiające słońce. Pietras szedł za nim jak cień. Chodnik przed budynkiem zamiatała starsza kobieta.
– Dzień dobry, pani Gieniu – powiedział Wojda dziwnie ciepłym głosem.
Kobieta podniosła głowę i zmrużyła oczy, a następnie się rozpromieniła.
– Krzysiu, to tyś jest?
– To ja – powiedział przez ściśnięte gardło.
Podeszła bliżej i pogłaskała go po łysiejącej głowie. Wojda był jak sparaliżowany. Pietras wbijał w niego wzrok, gdy inspektor złapał pomarszczoną dłoń kobiety i ucałował ją z namaszczeniem.
– Widzi, tu muszę teraz dorabiać, bo emerytura słabiutka – wytłumaczyła z lekkim zażenowaniem kobieta. – A ty co tu, Krzysiu, robisz?
– Sprawę prowadzę. Zaginęła Agnieszka, Józka córka.
Na te słowa kobieta smutno zwiesiła głowę.
– Słyszałam. Tak się ścigają po nim nieszczęścia. Ale może się znajdzie, to młode i głupie przecież.
– Ona tu wczoraj była, w Diamencie.
– Ta Agnieszka? To ci dopiero. Mnie tu wieczorami nie ma, tylko rano sprzątam. To się rano dowiedziałam, że jej ojciec szuka.
– A co się tu wczoraj na dyskotece działo, słyszała coś pani?
– Nic wielkiego. Dzięki Bogu. Bo ostatnio jak ten cały Jaszczur był, to szkła było natłuczonego, że hej. A teraz podobno był, ale grzeczny. Tak przynajmniej Jola z baru mówiła.
Wojda obiecał pani Gieni, że kiedyś wpadnie do niej na herbatę. Nie były to czcze obietnice – gdyby nie ta złota kobieta, nieraz by już nie dał rady. Gdy płakał, umęczony samotnością i brakiem miłości, głaskała go po głowie, tak jak to zrobiła przed chwilą.
Pani Gienia sprzątała w domu dziecka w dworze w Jaszczurowej, ale była lepszą opiekunką niż wszyscy wychowawcy razem wzięci. Miała w sobie tyle dobroci, że mogłaby obdzielić nią cały ten dom. Dawała ciepło tym, którzy potrafili je od niej przyjąć, choć często były to dzieci zbyt zranione, by jeszcze wierzyć w czułość.
Dla Wojdy była jedyną osobą, która widziała w nim coś dobrego, kiedy inni dostrzegali tylko problem.
Wsiedli do radiowozu w milczeniu. Pietras patrzył na swoje dłonie, jakby zastanawiał się, co właściwie robi w mundurze.
– Chyba się nie nadaję… – szepnął.
– Nie pierdol – uciął Wojda.
Dzisiaj nie miał siły mu powtarzać, że każdy zaczyna od strachu i niepewności, a potem buduje się z nich dobry policjant i człowiek. Milczał więc dalej.
Skawce były uśpione, jakby upał sparaliżował cały świat. Szedł powoli, stawiając kroki po piaszczystej, popękanej drodze. Wieś była niemal martwa. Zarośnięte ogródki, wybite okna, puste stodoły, które chyliły się ku ziemi. Jedynie na końcu, za zakrętem, tuż nad wodą, stał jeden dom. Dom Agnieszki.
Niedawno mieszkali jeszcze obok Śliwińscy. Ostatni sąsiedzi, ostatni sojusznicy. Wojda pamiętał, z jakim uporem trzymali się swojej ziemi, jak stawiali czoło urzędnikom, dziennikarzom i własnym krewnym. Ale w końcu się ugięli. Złość innych mieszkańców, którzy już dawno wynieśli się do szeregowca, zrobiła swoje. Do tego dochodziły media, które podsuwały im mikrofony pod twarze, zadając coraz bardziej upokarzające pytania. Wreszcie spakowali resztki dobytku i zniknęli.
Został tylko jeden dom, a w nim ojciec Agnieszki ze swoją córką. Syn od dawna był w Krakowie – studiował, zniknął w mieście, nie oglądając się za siebie. A oni tu trwali.
Dom był stary, choć zadbany, z zasłoniętymi szczelnie oknami. Dym z komina unosił się prostą smużką, zdradzając, że ktoś pilnuje tu życia. Wojda wiedział, że ojciec Agnieszki jest człowiekiem upartym, może nawet przesadnie. Szedł więc powoli, jakby sam musiał zebrać siły na to, co miało ich czekać w rozmowie.
Mężczyzna siedział na ganku. Twarz miał czerwoną od płaczu i słońca, ręce zaciskał na kolanach. Patrzył na nich nieprzytomnym wzrokiem.
– Cześć, Józek – przywitał się cicho Wojda.
Pietras poprawił mokrą od potu grzywkę i wbił wzrok w gospodarza.
Ten skinął głową. Usta mu drżały.
– Ona… ona nigdy nie chodziła do tego kurewstwa. Znaczy się do tej tancbudy. To taka porządna dziewczyna. – Głos mu się załamał. – Żona… żona zmarła cztery lata temu… A teraz Agnieszka… Moja Aga…
Wojda czuł, że serce mu twardnieje. Musiał być chłodny. Musiał być skuteczny. Tego od niego oczekiwano.
– Spotykała się z kimś? Barmanki widziały ją z jakimś chłopakiem.
– Agusia? Nigdy. Śluby miała składać zakonne. Powołanie córka ma do Boga.
Wojda zrobił smutną minę.
– Znajdziemy ją – powiedział, choć nie miał pewności, czy sam w to wierzy.
Wpatrywał się w Krawca, szukając w jego twarzy tego Józka, którego kiedyś znał. Wyglądało na to, że już dawno go tam nie było.
W oddali z brzegów wezbranej Skawy unosił się zapach rozgrzanej wody i zgnilizny. Deszcz padał tu co noc. Wojda wiedział, że czas ma znaczenie – dziewczyna mogła jeszcze żyć. Ale coś mu podpowiadało, że ta sprawa skończy się źle. Bardzo źle.Wybrzeże Jeziora Mucharskiego, 20 września 2025 roku
Małgorzata postawiła na stole szklankę z latte. Obserwowała, jak mleczna warstwa przenika się z tą kawową. Zupełnie jak dobro i zło w duszy człowieka. Gabrysia bezceremonialnie wsadziła do środka długą łyżeczkę i zaburzyła ten misterny taniec, aż Małgorzata spojrzała na nią z irytacją. Nie była przyzwyczajona do gości w domu. Gdzie jest, do cholery, Eryk? Te jego przebieżki stawały się coraz dłuższe. Zostawiał ją tu na całe godziny. Zazwyczaj jej to nie przeszkadzało, ale teraz… chciała, żeby się zajął gośćmi.
– Idę do kociarni! – zawołała i podeszła do prowadzących na dół drzwi.
– Ja też chcę – rzucił niespodziewanie Marcin, który znalazł się tuż przy niej.
Oboje spojrzeli na Gabrysię, która zamoczyła usta w kawie, nie odrywając wzroku od swojego telefonu.
Zeszli na dół. Koty przywitały je każdy na swój sposób. Ciche i delikatne miauknięcia, niecierpliwe krzyki, przyjazne powitania i pełne pretensji lamenty. Kątem oka Małgorzata widziała, jak Marcin się jej przygląda.
– Planujecie dzieci? – zapytała niby mimochodem, nasypując karmy do kocich misek.
– A wy?
– Ja byłam pierwsza.
Marcin podniósł dłonie w obronnych geście.
– Dobra, już dobra. Ja bym chciał, ale Gabrysia mówi, że nie jest jeszcze gotowa.
Małgorzata stanęła przed nim z Madonną na rękach. Patrzyła na niego chwilę.
– To zupełnie odwrotnie jak u nas. Ja bym chciała, ale Eryk nie jest jeszcze gotowy. – Przytuliła twarz do łebka kotki. – Dlatego mam koty. Żeby nie zwariować.
Twarz Marcina rozciągnęła się w smutnym uśmiechu. Schylił się do ocierającego mu się o łydki Perszinga. Kot syknął, a on szybko cofnął dłoń.
– Udało wam się załatwić interesy z Erykiem?
– Jakie interesy? – Marcin odchylił się do tyłu.
– Nie mów mi, że przyjechałeś tu tak bez celu. Myślałam, że macie coś do obgadania.
Mężczyzna rozejrzał się wokół i wyszczerzył zęby.
– Masz rację. Ale jeszcze nie gadaliśmy. Eryk jest jakiś…
Małgorzata uniosła brwi, czekając na to, co ma do powiedzenia. Nie doczekała się. Marcin złapał za piórko przywiązane sznurkiem do patyczka i zaczął bawić się z Perszingiem, który najwidoczniej preferował taki rodzaj zabawy. Kot podnosił łapę, próbując uchwycić różowe piórko. Podskakiwał, wykonując powietrzne akrobacje.
– Czyli nic nie załatwiliście – podsumowała zniecierpliwiona Małgorzata.
– Nic straconego. Zaraz pewnie wróci, to pogadamy przy kawie. Ale to drobiazg. Luz. – Mrugnął do niej i musiała przyznać, że ma swój urok. Nie stracił go przez te wszystkie lata.
Flirtował z nią podczas wymieniania misek z karmą i sprzątania kuwet. Eryk nigdy jej w tym nie pomagał, a dla Marcina zdawało się to zupełnie naturalne. Uśmiechał się przy tym tak zabawnie. Przez chwilę dopadła ją nieznośna myśl, że źle wybrała. Eryk nie miał w sobie tyle ciepła. A przecież to by jej w życiu wystarczyło. Odrobina ciepła.
Gdy chciała już iść na górę, Marcin stanął przed nią w progu. Jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko. Powietrze zdawało się wibrować.
– Myślę, że to jest piękne… – powiedział niskim głosem.
Nie chciała na niego patrzeć. Zdradziłaby się w jednej chwili.
– O czym mówisz? – zapytała, czując, jak brakuje jej powietrza.
– To, co robisz dla tych zwierząt. To jest piękne.Skawce, 15 maja 2010 roku
Szklane kufle drżały na półce pod naporem basów, ale stojąca za barem Jolka nie sięgała po nie. Żując gumę, nalewała piwo. Wiszące nad nią światło ultrafioletowe nadawało jej twarzy trupi odcień. Biały lakier na długich paznokciach świecił w półmroku, gdy łapała za uchwyt nalewaka. Kolejka za barem robiła się coraz dłuższa, a ona nie rozumiała, dlaczego pierdolony szef zostawił ją tu samą. Czy on naprawdę myślał, że w pojedynkę obsłuży całą tę budę? Mogła przyjąć się do Energy 2000, a nie do tej marnej speluny w Skawcach. Gdyby tylko miała dojazd… Z obrzydzeniem podała kubek ze złotym płynem pryszczatemu chłopakowi, który rzucił na bar dziesięć złotych.
– Reszta dla ciebie, kochanie – powiedział obleśnym tonem.
Uśmiechnęła się nieszczerze, a jej zęby zabłysły w ultrafiolecie. Nie znosiła go i całej reszty tych wiejskich cwaniaków, którym babcie kupiły samochody za działki sprzedane pod zalew. Nie mogła już słuchać tego pierdolenia, jakie to oni biznesy otworzą nad jeziorem. Gówno otworzą. Przesrali wszystko tu, w tej spelunie w Skawcach. Utopili swoje marzenia w automatach do gier i kieliszkach z kolorowymi drinkami. Nie mają wyobraźni, ambicji. Właściwie to nie mogła się doczekać, aż zamkną tę budę. A że zamkną, to było pewne. Wszyscy się już wyprowadzili. Niedługo wysadzą most w Skawcach i to miejsce także. Woda je zaleje – i dobrze. Niech pochłonie tę wiochę.
O tym myślała najładniejsza dziewczyna w Skawcach, która od początku wakacji pracowała za barem w klubie Diament. Nazwa nie miała nic wspólnego z niskim, brzydkim budynkiem, w którym kiedyś mieścił się pawilon GS-u. Nawet światła i lasery nie zdołały ukryć jego niedoskonałości. Przy barze stanęła Agnieszka. Jolka znała ją z podstawówki – klasowa ofiara. Teraz wyglądała jakoś inaczej. Na jej twarzy dostrzegła cień makijażu. Tania maskara rozmazała się w kącikach oczu. Coś w jej spojrzeniu iskrzyło.
– Jedno piwo. – Gdy Agnieszka to mówiła, po jej ustach błądził wstydliwy uśmiech.
– Co tam, Aga? Z kim jesteś? – zapytała barmanka, nie przestając żuć gumy.
Agnieszka odruchowo spojrzała za siebie. Uśmiechnęła się głupkowato.
– A, taki tam kolega. – Rzuciła banknot na blat w oczekiwaniu na zamówienie.
Jolka stanęła z ciekawości na palcach. Z kim ona tu przyszła? Czyżby kogoś miała? I owładnęła ją słabość, bo zdała sobie sprawę, że w odróżnieniu od niej ta niedorajda serio kogoś znalazła. Była gotowa wyjść zza baru i sprawdzić, kim jest ten żałosny głupek.
W wejściu pojawił się Jaszczur. Powietrze stężało, a goście lokalu odruchowo rozstąpili się przed mężczyzną i jego świtą, liczącą trzech umięśnionych młodzików w barwach Wisły Kraków. Jaszczur nosił idealnie dobraną ksywę – jego oblicze przypominało warana z Komodo. Nad brwiami miał dziwne guzki, a w przerwach od mówienia oblizywał wargi ostrym końcem języka. Robił to tak szybko, jakby miał zamiar złapać muchę czy innego owada. Ksywę zawdzięczał jednak innym okolicznościom: mieszkał we wsi Jaszczurowa, a dokładnie przy samej tabliczce z nazwą miejscowości. Wszyscy się go tutaj bali. Na polu jego matki stało kilka sprowadzonych z Niemiec używanych samochodów. To było jego oficjalne zajęcie. Wszyscy zdawali sobie jednak sprawę, że Jaszczur handluje narkotykami i sam diabeł wiedział, czym jeszcze. W maju po derbach Krakowa wpadł do klubu Diament z bojówką Sharksów i zrobili niezłą rozróbę. Szef się go bał, więc nie zgłosił sprawy na policję.
Tym razem grupa zajęła cały lokal. Większość gości dyskretnie wyszła na zewnątrz. Tylko Agnieszka stała przy barze jak gdyby nigdy nic. Nie zdawała sobie sprawy z sytuacji, dopóki nie poczuła na karku wilgotnego oddechu Jaszczura. Jolka odwróciła się w stronę półki ze szkłami – za barem nauczyła się nie widzieć i nie słyszeć za dużo.
– Podaj nam dwie flaszki i Colę – zakomenderował Jaszczur, nie spuszczając wzroku z Agnieszki, której ciało zdawało się wrastać w hoker.
Dziewczyna zabrała z blatu piwo i opuściła stopę na podłogę. Obok jej tenisówki błyskawicznie pojawił się wielki męski but sportowy.
– A ty dokąd, królewno? – zapytał Jaszczur głosem lepkim jak klubowy blat. – Mamy do pogadania.
Niewyskubane brwi Agnieszki uniosły się ze zdumienia. Pokręciła bezradnie głową, szukając w twarzy barmanki ratunku. Jolka niemal obojętnie sięgnęła do zamrażarki po dwie flaszki.
– Zostaw ją, to spokojna dziewczyna – powiedziała, stawiając przed nim powoli zmrożone butelki. – Jak chcesz się zabawić, to na parkiecie znajdziesz kilka chętnych. – Wskazała na dwie młode kobiety wijące się do piosenki _Bad Romance_ Lady Gagi. Te, jakby wyczuwając, że są obserwowane, poruszały się jeszcze śmielej, ocierały się o siebie udami.
– A ciebie, Jolka, co to, kurwa, obchodzi? – warknął. – Stul pysk i podaj szkło.
Słowa wypadły z niego na jednym wydechu. Gdy nabrał powietrza, zdawało się, jakby nagle zabrakło go dla innych.
Przez chwilę w barze zrobiło się cicho. Bas z parkietu dudnił gdzieś w tle, niosąc się po pustych szklankach jak echo z innego świata. Światło z reflektorów migało w rytm muzyki i rozlewało się po twarzy Jaszczura ostrymi plamami czerwieni i błękitu.
Jolka nie odpowiedziała. Otarła dłonie o ścierkę, odsunęła się o krok i spojrzała na niego z chłodem. Potem sięgnęła po kieliszki i położyła je z brzękiem na tacy. Dołożyła jeszcze dużą butelkę Coli i powiedziała „proszę” tonem peerelowskiej sklepowej. Jaszczur zatrzymał na niej gniewne spojrzenie i ujął pod ramię przerażoną Agnieszkę, która odłożyła piwo na blat. Poprowadził ją do stolika w głębi lokalu. Dziewczyna ściskała jedną dłonią rozpiętą koszulę, którą miała zarzuconą na zwykły podkoszulek. Jolka zaczęła zawzięcie polerować blat, lecz tak naprawdę nie spuszczała oka z Jaszczura. Jej początkowe obawy, że będzie dobierał się do przerażonej Agi, okazały się błędne. Dziewczyna siedziała skulona na obitej skajem sofie, ale Jaszczur jej nie dotykał. Jego twarz nie przybrała obleśnego wyrazu, jak się spodziewała barmanka. Zdawało się, że coś Agnieszce tłumaczy. Ona patrzyła na niego zdziwiona, jakby nie rozumiejąc.
Jolka nie wytrzymała napięcia. Porwała tackę i poszła zbierać butelki ze stolika obok. Co i raz zerkała w bok, nasłuchując, o czym Jaszczur rozmawia z Agą. On jednak szeptał ciszej niż ksiądz w konfesjonale, a gdy dojrzał Jolkę, spiorunował ją wzrokiem. Szybko się odwróciła i odeszła, udając, że coś poprawia przy stoliku. W tej samej chwili usłyszała, jak Agnieszka mówi drżącym głosem:
– Porozmawiam o tym z bratem…