Facebook - konwersja
Wielka wojna Polaków 1914-1918 - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Wielka wojna Polaków 1914-1918 - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
ISBN:
978-83-01-19827-5
Język:
Polski
Rok wydania:
2018
Rozmiar pliku:
1,1 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
69,00
Cena w punktach Virtualo:
6900 pkt.

Wielka wojna Polaków 1914-1918 - opis ebooka

28 czerwca 1914 roku ofiarą zamachu w Sarajewie padł następca tronu austro-węgierskiego, arcyksiążę Franciszek Ferdynand. Jego śmierć stała się iskrą, która wysadziła beczkę prochu, na której już do lat siedziała cała Europa. Skomplikowany układ sojuszy i powiązań międzynarodowych, rywalizacja mocarstw nie tylko na arenie europejskiej, lecz także na obszarze posiadłości kolonialnych, kryzysy dyplomatyczne i krzyżujące się interesy – to wszystko sprawiało, że wojna od jakiegoś czasu wisiała w powietrzu. Chociaż państwa polskiego nie było wtedy na mapie, na ziemiach polskich pilnie śledzono rozwój sytuacji i wiązano z nią spore nadzieje. Po raz pierwszy od czasów napoleońskich zaborcy mieli stanąć naprzeciw siebie w krwawym konflikcie...
Książka w przestępny i niezwykle ciekawy sposób przedstawia całościowy obraz zmagań i losów Polaków w latach 1914–1918. Autor prezentuje losy milionów mieszkańców dawnej Rzeczypospolitej od dnia wybuchu I wojny światowej do 11 listopada 1918 roku, daty symbolicznej, gdy na froncie zachodnim doszło do zawieszenia broni i zakończenia wojny, a w Polsce do przekazania władzy wojskowej przez Radę Regencyjną Józefowi Piłsudskiemu. Opowiada o losach trzech zaborów i trzech obszarów okupowanych, praktykach okupantów, które później zostały powtórzone w większej skali i w brutalniejszej formie podczas II wojny światowej, o aktywności najwybitniejszych polskich polityków i wojskowych, wysiłku politycznym i militarnym, który doprowadził do „polskiego listopada” 1918 roku i odzyskania niepodległości, a także o umęczonych przez wojnę bezimiennych świadkach i uczestnikach historii.
Opowieść nie koncentruje się tylko na dziejach militarnych i politycznych, znajdziemy tu także obrazki z życia codziennego: problemy z aprowizacją, higieną, demoralizacją zawsze towarzyszącą okresom wojennym. Do tej pory brakowało tak wielostronnej syntezy. Przez prawie 100 lat historycy w swoich badaniach nad ziemiami polskimi w Wielkiej Wojnie ograniczali się najczęściej do kwestii politycznych i wojskowych, a z ujęciami całościowymi mogliśmy się zapoznać jedynie w podręcznikach akademickich i syntezach historii Polski. Wielka Wojna Polaków z powodzeniem zapełnia tę lukę.

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

„Historyk, który weźmie sobie za zadanie opisanie myśli i działania Polaków w czasie wojny, będzie miał dosyć kłopotu” – pisał Ignacy Daszyński do Władysława Leopolda Jaworskiego 2 czerwca 1916 r. Rzeczywiście historycy przez prawie 100 lat nie mieli łatwego zadania, gdyż ziemie polskie w czasie I wojny światowej okazały się niezwykle skomplikowanym obiektem badań. Między innymi stąd niedostatek prac o charakterze syntetycznym. Z ujęciami całościowymi mogliśmy się zapoznać jedynie w podręcznikach akademickich i syntezach historii Polski, lecz w wersji siłą rzeczy ogólnej i ograniczonej najczęściej do kwestii politycznych i wojskowych.

Jubileusz setnej rocznicy powstania nowej Rzeczypospolitej stanowił inspirację dla przygotowania książki, która w integralny sposób zaprezentuje losy milionów mieszkańców dawnej Rzeczypospolitej, Polaków i innych nacji ją zamieszkujących w latach 1914–1918. Nie mogło w niej zabraknąć szczegółowych rozważań o losach trzech zaborów i trzech obszarów okupowanych, o aktywności najwybitniejszych polskich polityków i wojskowych, ale także o umęczonych przez wojnę, bezimiennych świadków i uczestników historii. Istotne było również wskazanie na te praktyki okupantów, które zostały powtórzone, w innej skali i brutalniejszy sposób, podczas II wojny światowej. Ziemie polskie potraktowali oni jako poligon doświadczalny, na którym testowali rozwiązania z zakresu zarządzania siłą roboczą, gospodarką i aprowizacją. W Wielkiej Wojnie Polaków nie można było pominąć polskiego wysiłku politycznego i militarnego, który doprowadził do „polskiego listopada” 1918 r., a także opisu działań wojennych trzech armii zaborczych, gdyż, po pierwsze, toczyły się na ziemiach polskich, po drugie, miały zasadniczy wpływ na codzienne życie tysięcy ludzi i funkcjonowanie administracji, a po trzecie, uczestniczyli w nich polscy żołnierze i oficerowie. Historii militarnej poświęcamy jednak tyle miejsca, ile było konieczne, by zapewnić pełny kontekst historyczny, niezbędny do zrozumienia wojennej opowieści.

W bibliotekach i archiwach mieszczą się cenne kolekcje źródłowe przydatne w badaniach nad Wielką Wojną Polaków. W ciągu 100 lat sięgali do nich badacze krajowi i zagraniczni, którzy wykonali imponującą pracę, publikując dziesiątki i setki prac naukowych i popularnonaukowych, wydając drukiem dziesiątki tekstów źródłowych. Wszystko to stanowi wystarczającą bazę źródłową, niezbędną do całościowego zaprezentowania zmagań i losu Polaków w latach 1914–1918.

Skomplikowana materia wojenna nie ułatwiała tworzenia konstrukcji, która byłaby optymalna do zrozumienia szybko biegnącej historii, pełnej zaskakujących sytuacji, pomysłów, stanowisk i rozwiązań. Niezbędne okazało się przeprowadzenie symulacji różnych rozwiązań konstrukcyjnych. Jej następstwem było wypracowanie modelu, który stanowi kombinację układu chronologicznego i problemowego. Naszej opowieści o Wielkiej Wojnie Polaków nie rozpoczynamy, tak jak się to robi zazwyczaj, od prezentacji polskich orientacji i czynu zbrojnego, strzelców, Piłsudskiego, legionistów, tylko inaczej.

Znacznie prostsze było podjęcie decyzji co do ram chronologicznych. Cezurą wyjściową jest śmierć arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Habsburga, która doprowadziła do rozpętania światowego kataklizmu. Cezurą końcową jest tradycyjnie i symbolicznie dzień 11 listopada 1918 r., gdy na froncie zachodnim doszło do zawieszenia broni i zakończenia wojny, a w Polsce do przekazania władzy wojskowej Józefowi Piłsudskiemu przez Radę Regencyjną. Przyjęcie innej cezury końcowej oznaczałoby rozpoczęcie niekończącej się akademickiej dyskusji.

Z roboczą wersją książki zechcieli się zapoznać profesorowie krakowskiej Wszechnicy: Jan Jacek Bruski, Tadeusz Czekalski i Piotr Mikietyński, za co jestem im wdzięczny. Podzielili się ze mną spostrzeżeniami i sugestiami, skorygowali błędy oraz zaproponowali nowe rozwiązania ujęć poszczególnych kwestii. Składam im podziękowanie tym większe, że zaproponowany do lektury tekst do najkrótszych się nie zaliczał.

Szczególne podziękowania kieruję do obu recenzentów książki, profesora Tomasza Nałęcza z Uniwersytetu Warszawskiego i profesora Marka Przeniosło z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Dziękuję im za wielką i skrupulatną pracę, którą wykonali, za troskę o całość, za wszystkie uwagi i propozycje. Dziękuję też kierownictwu i pracownikom Biblioteki Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego za życzliwość i fachową pomoc.I PRELUDIUM

1. Idzie wojna

28 czerwca 1914 r. w bośniackim Sarajewie został zastrzelony arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg, a miesiąc później cesarz austriacki Franciszek Józef I Habsburg wypowiedział wojnę Królestwu Serbii, a formalnie rzecz biorąc, jej królowi. „Wszystko przemyślałem i wszystko rozważyłem. Z czystym sumieniem wstępuję na drogę, jaką wskazuje mi obowiązek. Ufam moim ludom, które we wszystkich burzach gromadziły się w wierności i zgodzie przy moim tronie i zawsze były gotowe do wielkich ofiar dla honoru, wielkości i siły ojczyzny” – tak brzmiały końcowe słowa cesarskiego manifestu Do moich ludów! z 28 lipca 1914 r.

Zgodnie z przewidywaniami austriackich planistów wojskowych wojna z Serbią powinna przybrać charakter szybkiej ekspedycji karnej. Działania wojenne rozlały się jednak prawie na całą Europę i na wiele krajów świata. Rosja uznała, że nie może dopuścić do zniszczenia Serbii i do triumfu wrogiej jej austro-węgierskiej (c.k.) monarchii, przeto w dwa dni później car Mikołaj II Romanow podpisał ukaz o powszechnej mobilizacji, a 31 lipca cesarz Rzeszy niemieckiej Wilhelm II Hohenzollern, zwracając się do tłumu berlińczyków, powiedział: „Wrogom pokażemy, co znaczy drażnić Niemcy”. Tego samego dnia złożył podpis na rozkazie o „stanie zagrożenia wybuchem wojny”. 1 sierpnia Rzesza wypowiedziała wojnę Rosji, a 3 sierpnia Francji. W nocy z 4 na 5 sierpnia Wielka Brytania znalazła się w stanie wojny z Rzeszą, a 6 sierpnia Austro-Węgry – z Rosją. Łańcuch powiązań sojuszniczych zadziałał, choć sceptycy powiadali, że się nie sprawdzi. Tylko Włochy nie wywiązały się z zobowiązań i ogłosiły neutralność. W ciągu 10 dni w stanie wojny znalazło się pięć mocarstw europejskich oraz Belgia, Serbia i solidarna z nią Czarnogóra. Rozpoczęła się wojna Dwuprzymierza (Rzesza i Austro-Węgry) z Trójporozumieniem (Rosja, Francja i Wielka Brytania). W kolejnych miesiącach i latach rosła lista państw uczestniczących w konflikcie. Potwierdziła się opinia wyrażona w „Dzienniku Poznańskim” w końcu czerwca 1914 r., że „gdy na Bałkanach zaczyna mżyć, Europa dostaje dreszczy”.

Państwa Dwuprzymierza nazwano centralnymi lub sprzymierzonymi, a Trójporozumienia – ententą, koalicją albo aliantami. Mocarstwa miały precyzyjnie określone plany wojenne. Do tej pory spoczywały one w sejfach, które teraz zostały otwarte. Zgodnie z planem Berlina 7/8 wojsk Rzeszy miało uderzyć na Belgię, Luksemburg, Francję, a pozostała 1/8 miała bronić Prus Wschodnich przed atakiem wojsk rosyjskich. Przewidywano, że w trakcie 40 dni armie Rzeszy pokonają Francję, zajmą Paryż, po czym ruszą na Wschód i pokonają Rosję. Niemcy byli przekonani, że Rosja ze względu na skomplikowany mechanizm mobilizacyjny, rozległe terytorium i słabą sieć linii kolei żelaznych, nie zdąży zagrozić Rzeszy i Austro-Węgrom. W strategii państw Dwuprzymierza sprawą zasadniczą był czas, gdyż od szybkości operacji wojennych zależał wynik wojny na trzech frontach: zachodnim, wschodnim i bałkańskim (serbskim). Sprzymierzeni planowali, że na frontach wschodnim i bałkańskim zadania ofensywne wykonają wojska Austro-Węgier, które na południowym wschodzie Europy miały pobić wojska serbskie. Na północnym wschodzie zmuszą wojska rosyjskie do odwrotu, a dobiją je niemieccy żołnierze. Tyle plany.

Wojskowi rosyjscy przewidywali, że podstawowa masa ich wojsk runie na Austro-Węgry i w kilka miesięcy dotrze do Budapesztu i Wiednia, natomiast dwie armie wykonają atak na Prusy Wschodnie i opanują równiny nad dolną Wisłą. Na stanowcze żądania Francji Rosjanie obiecali osiągnięcie gotowości do prowadzenia działań wojennych szybciej, niż spodziewały się tego państwa centralne, czyli w trakcie 14 dni.

Działania wojenne miały być prowadzone zgodnie z zasadami wojny manewrowej. Dlatego Niemcy i Austro-Węgry rozbudowały linie kolejowe, by jak najszybciej przetransportować żołnierzy z jednego odcinka frontu na inny. Profilowali drogi, utwardzali i tworzyli tzw. mijanki. Z kolei Rosjanie rozbudowywali formacje kawaleryjskie, licząc, że w wojnie manewrowej odegrają istotną rolę.

Po mobilizacji największą armią dysponowała Rosja, której zasoby ludzkie wydawały się niewyczerpane. Podstawowym atutem jej sił zbrojnych była właśnie liczebność. Armia „Jego Imperatorskiej Wysokości” obejmowała na stopie pokojowej ponad 1,4 mln żołnierzy, ale byli oni słabo uzbrojeni i wyszkoleni. Wartość bojową armii rosyjskiej obniżały analfabetyzm, korupcja, defraudacje, niskie standardy moralne żołnierzy i oficerów. Służyło w niej około 180 tys. Polaków, z czego mniej więcej 130 tys. z Królestwa Polskiego. Wśród nich licznie byli reprezentowani oficerowie, gdyż od końca XVIII w. kariery oficerskie cieszyły się zainteresowaniem polskiej szlachty. Polskich oficerów w armii carskiej było znacznie więcej niż łącznie w armii pruskiej i austro-węgierskiej, ale niewielu wyższych oficerów, gdyż wyznanie katolickie utrudniało awans. Według stanu służby z 1893 r. na 1164 generałów w armii rosyjskiej było 63 katolików o polskich nazwiskach, a poza tym kilku Polaków protestantów. W późniejszych latach proporcje te uległy niewielkim zmianom. W 1912 r. w czynnej służbie było 42 generałów, katolików uważających się za Polaków oraz kilku ewangelików. W 1917 r. w wyniku awansów i rozbudowy armii liczba polskich generałów wzrosła do 119. Polscy generałowie przed wojną dowodzili dywizjami i brygadami, służyli w sztabach dowódców armii i frontów, byli wśród adiutantów cara, podczas wojny zaś dowodzili korpusami, a nawet armiami.

Rekrutów (popisowi, poborowi) z Królestwa Polskiego wzywały do służby wojskowej komisje poborowe funkcjonujące przy 28 tzw. powiatach wojskowych. Zdecydowana większość przyszłych żołnierzy trafiła do okręgów wojskowych znajdujących się na wschód od historycznej granicy dawnej Rzeczypospolitej, między innymi do Petersburskiego i Moskiewskiego. Po wybuchu wojny kierowano ich jednak głównie do pułków stacjonujących w Królestwie Polskim.

Armia niemiecka liczyła na stopie pokojowej 820 tys. żołnierzy. Była mniej liczna od rosyjskiej, lecz lepiej wyćwiczona, uzbrojona i wyposażona. „Wojska niemieckie są wspaniale wyekwipowane, wszystko się świeci, jest z najlepszej skóry i metalu, solidne aż do najdrobniejszego szczegółu . Wszyscy są pod wrażeniem wybornej organizacji armii niemieckiej, postawy, odwagi, pewności siebie” – pisała we wspomnieniach Matylda Sapieżyna, bratowa biskupa Adama Stefana Sapiehy, w maju 1915 r., a Michał Romer dodawał: „organizacja niezrównana, celowość doskonała, jednolitość akcji i woli kierowniczej, hart moralny”. Nawet przeciwnicy Niemiec byli pod wrażeniem organizacji jej armii. „Co za organizację mieli ci Niemcy. Na rogach ulic rozlepione duże karty drukowane wielkimi czcionkami: na Kozienice, na Warszawę, do apteki, do kuchni, do poczty!” – wspominał jeden z pamiętnikarzy z Królestwa. Również porównania z c.k. armią wypadały dla niej korzystnie. „Przyglądałam się Niemcom z mimowolnym podziwem. Co za wspaniałe wojsko!” – pisała Zofia Kirkor-Kiedroniowa, mieszkanka Śląska Cieszyńskiego, siostra Stanisława i Władysława Grabskich, którą trudno posądzać o proniemieckie poglądy. Opinie te odnosiły się do wojsk liniowych, którym ustępowały wojska rezerwowe (Landwehra), a jeszcze bardziej oddziały Landsturmu pełniące funkcję wojsk obrony terytorialnej.

W pułkach niemieckich Polacy byli rozproszeni, gdyż powiatowe instancje aparatu uzupełnień osobowych z reguły kierowały ich do korpusów rozlokowanych w głębi Niemiec. Dopiero w czasie mobilizacji i podczas wojny niektóre pułki wielkopolskie, śląskie i pomorskie uzyskały polską większość, wcielano do nich bowiem miejscowych rekrutów. W sumie na stopie pokojowej w armii niemieckiej służyło około 40 tys. Polaków oraz kilkanaście tysięcy Mazurów, Warmiaków i Ślązaków o niejednoznacznej przynależności narodowej i niewykrystalizowanej świadomości etnicznej. Polacy stanowili skromny promil korpusu oficerskiego, jako że rzadko wybierali karierę oficerską, a zarazem Niemcy niechętnie widzieli ich w tej roli. W momencie wybuchu wojny w armii niemieckiej nie było ani jednego czynnego generała polskiego.

Armia austro-węgierskiej monarchii na stopie pokojowej liczyła 436 tys. żołnierzy. Największą wartość bojową miały wojska liniowe, wspólne dla Austrii i Węgier, mniejszą wojska krajowe: Honved na Węgrzech i Landwehra w Austrii, a najmniejszą Landsturm, pospolite ruszenie. Węgrzy skąpili na wojska wspólne, a nie żałowali na Honved, który traktowali jako wojsko narodowe. C.k. armia była gorzej wyszkolona i uzbrojona niż niemiecka, ale jej piechota walczyła efektywniej niż rosyjska. Służyli w niej przedstawiciele 10 narodów monarchii. Niemieckojęzyczni obywatele stanowili w państwie i armii około 26%, ale w korpusie oficerskim armii lądowej 76%, a marynarki wojennej 51,2%. W 1907 r. oceniano udział Polaków w korpusie oficerskim jedynie na 2,3%, a według ostatnich ustaleń Michała Baczkowskiego – na 2,9%. Choć byli w tej grupie generałowie, jednak żaden z nich nie dowodził korpusem. Cesarz i rząd mieli największe zaufanie do oficerów niemieckojęzycznych, gdyż to oni gwarantowali stabilność armii i jej dobre funkcjonowanie. Językiem służbowym był niemiecki. Języka węgierskiego używał Honved, serbsko-chorwackiego – chorwacka obrona krajowa. We wspólnej armii język niemiecki nie był powszechnie znany, co utrudniało dowodzenie. Pułk piechoty miał przypisany na stałe okręg uzupełnień, czyli terytorium poboru. Jeśli pułk miał siedzibę w Krakowie, to prowadzono werbunek z Krakowa i okolic. Jeśli we Lwowie, to ze Lwowa i okolic. Żołnierze mogli używać tzw. języka pułkowego, o ile dana społeczność narodowa w pułku stanowiła minimum 20%. Miało to ułatwić porozumiewanie się. Pułki rekrutowane w Czechach, z wyjątkiem ich zachodnich rubieży, miały w swoim składzie najczęściej większość czeską, a rekrutowane w Galicji Zachodniej – polską. Dzięki temu łatwiej budowano pułkowe więzi. Następstwa austriackiego systemu rekrutacji są widoczne dzisiaj w Polsce, kiedy to młodzi wiekiem entuzjaści Wielkiej Wojny kultywują tradycje pułków, które były kiedyś organizowane w ich małej ojczyźnie. Swoich wielbicieli mają pułki: nowosądecki, tarnowski, jarosławski, krakowski, lwowski. Ich entuzjaści traktują je jako „polskie, nasze, wojsko”, aczkolwiek „nasze” nie były, tylko obce, bo należące do zaborczej armii. Przed sierpniem 1914 r. w c.k. armii służyło 51–52 tys. Polaków, a razem z rezerwą około 118 tys. W 11 pułkach piechoty, w 5 pułkach Landwehry oraz w 1 i 2 pułkach kawalerii polscy żołnierze stanowili większość. Zasada werbunku terytorialnego nie obowiązywała w wojskach inżynieryjnych i w artylerii.

Piechurzy trzech armii zaborczych wyruszyli na wojnę w mundurach o barwach ochronnych, a ich głowę okrywała czapka. Niemiecka pikielhauba była skórzana, a jedynie grot miała metalowy. W kolejnych latach najpierw Niemcy, później Austriacy, a na końcu Rosjanie zaczęli zaopatrywać żołnierzy w hełmy stalowe. Natomiast kawalerzyści, inaczej niż piechurzy, nosili kolorowe, z daleka widoczne mundury.

Oficerowie i żołnierze otrzymywali żołd, którego wysokość zależała od szarży. Na przykład żołd rotmistrza c.k. armii wynosił 140 koron miesięcznie w czasie pokoju, a w czasie wojny otrzymywał on dodatkowo 150, czyli razem 290 koron. Sierżanta już tylko 70 plus 20 koron jako wojenny dodatek. Przyzwoite były gaże oficerskie w armii rosyjskiej. Oficerowie nie mogli narzekać. Nie powinni też narzekać szeregowcy, biorąc pod uwagę poziom życia w Rosji. Wysokie gaże otrzymywali oficerowie niemieccy. Żołd porucznika wynosił 300 marek miesięcznie, ale szeregowca jedynie 15. We wszystkich armiach prawo przewidywało pomoc finansową dla wdów i rodzin zmarłych oraz zabitych żołnierzy, podobnie jak pomoc dla inwalidów wojennych oraz zasiłki dla rodzin rekrutów. W Rzeszy, kraju najbogatszym spośród trzech zaborców, pomoc finansowa dla wdów, sierot, żołnierskich rodzin i inwalidów – w stosunku do poziomu życia ludności – pozostawała dosyć skromna. Wyższa była w Rosji.

2. Mobilizacja

„Wiadomość o mobilizacji poruszyła nas wszystkich” – zapisał w dzienniku oficer c.k. armii August Krasicki. Trudno oczekiwać innego komentarza, gdyż w istocie oznaczało to początek wojny. W Rzeszy, Austro-Węgrzech, Rosji miasta i miasteczka pokryły się plakatami informującymi o mobilizacji. „Ludzie wpatrują się w czerwony plakat, wolno odczytują tekst, wyłącznie w języku państwowym podany, i odchodzą jakby oszołomieni, nie zdając sobie sprawy z całej pełni tego, co się dzieje” – zanotował jeden z warszawskich świadków. „Wreszcie mobilizacja! Krzykliwe plakaty ogłaszają wszem i wobec: Mobilizacja!!! Najmłodsze roczniki rezerwy natychmiast do pułków, pospolite ruszenie do obsadzania mostów, gmachów itp. Prawdziwa wędrówka ludów” – zapisał jeden z mieszkańców Wielkopolski. Efekt czegoś szczególnego i nadzwyczajnego potęgowały kościelne dzwony, które wprawiono w ruch na polecenie władz wojskowych. Płoty i budynki publiczne w miastach i miasteczkach oklejono tekstami propagandowymi wzywającymi do walki z najeźdźcą. Podobne teksty zamieszczały gazety. Tłumaczono, że obywatele muszą wystąpić w obronie cesarza oraz ojczyzny, która została podstępnie zaatakowana przez przewrotnego wroga. Każde z państw rozpoczynających wojnę dowodziło, że podejmuje wojnę obronną. Żadne nie chciało się przyznać, że jest agresorem.

Osoby podlegające mobilizacji otrzymały indywidualne wezwania do stawienia się w koszarach. Oficerów wzywano drogą telegraficzną, natomiast rekrutów oraz żołnierzy urlopowanych – listową. Kartę mobilizacyjną wręczał listonosz lub wójt, którzy pouczali rekruta o tym, co dalej powinien uczynić. Nieraz dla powagi wójtowi towarzyszył żandarm. W karcie mobilizacyjnej podany był adres, pod jaki rekrut powinien się stawić. Ponieważ w zaborze austriackim, a jeszcze częściej w rosyjskim niejednokrotnie rekrut nie potrafił składać liter, przeto doręczający tłumaczył, co jest treścią pisma, gdzie się znajdują koszary i jak do nich dojechać.

Rodziny rekrutów martwiły się poborem. „We wsi nastał płacz, nawet psy wyły, jakby był nocny pożar. Taki był smutek” – wspominał Stanisław Sikoń, rolnik z Galicji. „31 lipca wjechał do wsi na rowerze listonosz, głośno krzycząc – Mobilisation! Mobilisation! Niewiasty pozostające w domach wyskoczyły na ulicę, słuchając złowieszczych słów listonosza, poczęły zalewać się łzami. Dzieci pobiegły po swych ojców i braci znajdujących się przy pracach żniwnych” – wspominał Karol Małłek z Mazur. „Płacz, jęki żałosne . Żony obejmowały mężów za szyję, dzieci czepiały się rąk ojców, matki nie chciały uwolnić synów z objęć. Tyle przejawiało się tu żałości, rozpaczy, jakby nadeszła godzina powszechnej zagłady, po prostu koniec świata” – tak zapamiętał ten czas Sebastian Flizak z Nowego Sącza. Niektórzy rodzice próbowali negocjować z wójtem zwolnienie z mobilizacji, przekonując, że syn jest słabowitego zdrowia, że jest potrzebny w robocie lub że jest jedynym karmicielem rodziny. Wójt, co zrozumiałe, nie mógł zwolnić nikogo z poboru, co najwyżej informował o tym, że jedyni żywiciele rodzin mogą starać się o wyreklamowanie z wojska. Należy napisać odwołanie, czyli „rekurs”, do komisji wojskowej, kwestionując zasadność mobilizacji syna czy męża.

Przepisy zobowiązywały rekrutów do stawienia się w 24–48 godzin w komendach uzupełnień. W praktyce okazało się to bardzo trudne do wykonania. Niektórzy świadomie się nie spieszyli, aczkolwiek w tekście karty mobilizacyjnej znajdowały się ostrzeżenia o przewidywanych karach pieniężnych i kilkudniowym areszcie za spóźnienie. Ale to spóźnialscy mieli rację, gdyż po osiągnięciu przez batalion przepisowej liczebności wracali do domu.

Zgodnie z regułą „jak trwoga, to do Boga”, rodziny „wśród lamentów” ruszyły do kościołów, intonując: „Od powietrza, ognia i wojny zachowaj nas Panie”. Skoro jednak wojna okazała się faktem, członkowie rodzin mieli przynajmniej nadzieję, że dzięki boskiej pomocy zmobilizowani szczęśliwie wrócą do domu. Aby uzyskać wsparcie Opatrzności, zapalali świece w oknach, a na rozstajach dróg stawiali w intencji powołanych do wojska krzyże, które w wielu miejscowościach Polski możemy jeszcze spotkać. Rodziny zaopatrywały rekrutów w święte obrazki, najczęściej maryjne, lub w krzyżyki, które niczym amulety miały chronić przed śmiercią bądź kalectwem.

Lepiej uświadomione rodziny martwiły się także tym, że podczas wojny Polak będzie zabijał Polaka w innym mundurze. Martwili się tym także dziennikarze. Między innymi pisał o tym „Dziennik Bydgoski”: „nie możemy się wyzbyć uczucia, że bądź co bądź będzie to walka bratobójcza. Polacy z różnych zaborów będą się ostrzeliwali wzajemnie”. W podobnym tonie myśl sformułował „Świat”: „Tragedią jednak największą naszego narodu jest, że krew polska będzie się lała pod przeciwnymi sztandarami”.

Rekruci raczej nie podzielali obaw rodzin. Niejeden z nich jechał na wojnę z radością, tym bardziej że obok widział spieszących tamże ochotników. Najwięcej polskich rekrutów zgłosiło się do armii rosyjskiej, nieco mniej do c.k. armii, najmniej do armii niemieckiej. „Do szeregów szło wszystko ochotnie, jakby na wesele. Wielu zgłaszało się takich, co mobilizacją wcale nie byli objęci” – pisał jednak z pewną przesadą Wincenty Witos. „Z zapałem spieszą tłumy zmobilizowanych do swoich oddziałów, jakby na jaką świętą wojnę” – dodawał Krasicki. Tak było w Galicji, podobnie w Królestwie Polskim i na ziemiach zabranych. „Ochotnicy idą raźno, jeno zawodzą żony, a Żydówki wydają jęki biblijne” – pisała Maria Lubomirska, żona Zdzisława. Tylko w zaborze pruskim poziom entuzjazmu wśród tamtejszych Polaków był niższy, przeto nie może dziwić prawie zupełny brak ochotników.

Rekruci i ochotnicy najczęściej zmierzali w kierunku dworców kolejowych. „Tłumy odprowadzały swoich bliskich, dworce zagęszczone do granic niemożności” – komentowano. Podobnie przepełnione były pociągi. Funkcję biletu spełniała karta mobilizacyjna. W niektórych wagonach, być może dla podniesienia ducha, podróżujący nie zamykali drzwi. Z pewnością ciepłe pożegnania na dworcach kolejowych, w tym przez władze miast i miasteczek, poprawiały nastroje i przysparzały powodów do satysfakcji, a wspólny pobyt w przedziałach kolejowych, gorzałka, śpiew pozwalały optymistycznie spoglądać w przyszłość. Oczekując na połączenia kolejowe prowadzące do miejsc docelowych, rekruci biwakowali i oddawali się zabawie, a nieraz i pijaństwu. W Krakowie „żołnierze wałęsają się. Nie wiedzą, gdzie są, snują się, przysłuchując się orkiestrom wojskowym; kolporterzy przebiegali ulice i reklamowali krzykiem nadzwyczajne dodatki prasy. kładą się pokotem na Plantach, na murawie, pod ścianami domów. Rozrzutność w zabawie, śpiewach i okrzykami dodawanie sobie animuszu. Kuchnie polowe oblężone. Najwięcej ich musiało się stawić w dużych miastach, gdzie znajdowały się ośrodki dowodzenia. Część jechała dalej do swoich koszar” – pisano. A w koszarowych izbach panowały trudno wyobrażalny zaduch i smród. Nawet w zaborze pruskim nie było pod tym względem najlepiej, aczkolwiek przypominano, że rekrut powinien się zgłosić czysty i w świeżej odzieży. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc w koszarach adaptowano na cele wojskowe magazyny, szkoły i obiekty użyteczności publicznej. W razie potrzeby stawiano namioty.
mniej..

BESTSELLERY