Wielkie Strojenie - ebook
Kiedy narzeczony pięknej Szarloty Salt znika bez śladu , wybitny sublimolog i detektyw Jakob Wolfgang Vinegrette wpada na trop kosmicznego spisku. Aby ocalić miasto Verden przed przerażającym "Wielkim Strojeniem" , cyniczny samotnik będzie musiał stawić czoła potężnemu Zielonemu Bractwu i szaleństwu, przed którym uciekał przez całe życie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 159 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Czyste, samotne tony Gnossienne nr 1 Erika Satie sączyły się z gramofonu, prowadząc leniwy dialog z deszczem, który od zmierzchu bębnił o szyby i parapet. Fortepian i woda, melancholia i monotonia — zlewały się w jedno, w uwerturę, jakiej nie napisałby żaden kompozytor przy zdrowych zmysłach. Nad całym Verden wisiała tej nocy ta sama niska, ołowiana pokrywa; deszcz spływał po dachówkach starego miasta, wzbierał w rynsztokach i niósł się ku rzece Morze, której czarna woda pęczniała w ciemności jak coś żywego. Daleko, u wylotu portu, mgła połykała syreny barek, a ostatni tramwaj nocnej linii zadzwonił gdzieś u podnóża wzgórza — cienko, samotnie, jak dzwonek ministranta w pustym kościele. Wiatr szarpał gałęziami starych kasztanów pod oknem, a ich mokry szum wkradał się do pokoju niczym natrętna myśl, której nie sposób się pozbyć.
Wewnątrz panował ciepły, leniwy półmrok. Na piętrze, w gabinecie, paliły się tylko dwa światła: ogień dogasający w kominku i mosiężna lampa na wielkim biurku, gdzie — niby to w nieładzie — piętrzyły się stosy papierów ułożone według porządku znanego wyłącznie ich właścicielowi. Resztę pokoju wypełniały półki uginające się pod ciężarem książek. Księgozbiór był tak eklektyczny, że niejednego gościa przyprawiłby o zawrót głowy: traktaty o okultyzmie sąsiadowały z tablicami statystycznymi, rozkłady jazdy kolei Verdeńskich (zawsze najświeższe, co do minuty) z leksykonami chorób tropikalnych, a opasłe słowniki — z pracami z dziedzin, których nazw nie znał nawet uniwersytet. Historia i współczesność stały tu ramię w ramię, jak dwaj koledzy, którzy dawno przestali ze sobą rozmawiać.
Obrazu dopełniał On — w ulubionym tweedowym garniturze, w głębokim fotelu za biurkiem. Jakob Wolfgang Vinegrette: wybitny sublimolog, gorliwy badacz teorii systemów ukrytych i struktur niejawnych, detektyw, po trosze dziwak, pasjonat herbaty i zawzięty abstynent. Stronił od alkoholu z taką samą stanowczością, z jaką stronił od ludzi — uprzejmie, lecz bez wyjątków. „Używki — zwykł mawiać, ważąc słowa jak monety — to sieć zarzucana na umysł, by go zniewolić. A ja nie zamierzam być niczyim połowem". Tam, gdzie inni widzieli zbieg okoliczności, on widział wzór; tam, gdzie inni słyszeli ciszę, on nasłuchiwał sygnału. To był jego dar i jego przekleństwo, choć tej nocy nie wiedział jeszcze, jak dosłownie.
Do deszczu i Satiego dołączył trzeci dźwięk. Z początku nieśmiały, niemal nieistniejący, lecz uporczywy w swojej regularności. Przebijał się przez szum wody i melodię, narastał, aż wreszcie dzwonek telefonu wyrwał się na pierwszy plan, drażniący i ostry jak zgrzyt. Vinegrette nie poruszył się od razu. Dopiero przy trzecim sygnale wstał, podszedł do gramofonu i uniósł ramię z igłą. W pokoju zapadła nagła, gęsta cisza — ta sama, która zawsze poprzedza coś nieodwracalnego. Przerwał ją kolejny dzwonek. Detektyw podniósł słuchawkę i przyłożył ją do ucha z miną człowieka, który spodziewa się rachunku za prąd.
— Vinegrette, słucham — rzucił tonem płaskim jak stół.
Po drugiej stronie linii ktoś oddychał. Płytko, szybko, urywanie — tak, jak oddycha się, kiedy próbuje się to ukryć i właśnie dlatego słychać to najwyraźniej.
— Pan… pan Vinegrette? — Głos kobiecy, cienki, jakby przeciskał się przez zaciśnięte gardło. — Znalazłam pański numer. W notatniku. To znaczy… nie w moim. W jego.
— Słucham panią. — W jego głosie pojawiła się subtelna nuta znużenia. Jakaś nieszczęśliwa dusza o pierwszej w nocy, pomyślał. Albo nietrzeźwa, albo niespełna rozumu. Najczęściej i jedno, i drugie.
— Nazywam się Szarlota Salt. Chodzi o mojego narzeczonego. On… on zniknął.
— Droga panno Salt — powiedział, sięgając wolną ręką po zimną już filiżankę — to materia dla policji. Numer ma pani w książce telefonicznej, tuż obok straży pożarnej.
— Policja mnie zbyła. — Słowa wypadły z niej teraz szybciej, gęściej. — Powiedzieli, że dorosły mężczyzna ma prawo zniknąć na kilka dni. Że się znajdzie. Że pewnie wrócił do jakiejś… — urwała, jakby to słowo ją parzyło. — Ale ja wiem, że coś się stało. Wiem to. Musi mi pan pomóc. Błagam.
Cóż za przedstawienie, ocenił w duchu, odstawiając filiżankę. Narzeczony zwiał na drugi koniec kontynentu i, sądząc po tej desperacji, wcale mu się nie dziwię. Już otwierał usta, by zakończyć rozmowę uprzejmym kłamstwem, gdy w słuchawce coś się zmieniło. Pod jej głosem, pod trzaskiem dalekiej linii, na ułamek sekundy pojawił się inny dźwięk — niski, równy szum, jakby ktoś gdzieś bardzo daleko stroił niewidzialny instrument. Vinegrette zmarszczył brwi i odsunął słuchawkę od ucha, lecz dźwięk zniknął, zanim zdążył go uchwycić. Pewnie usterka na centrali. Deszcz, wilgoć, stare kable Verden.
— Jest pan tam jeszcze? — Tym razem głośniej, niemal rozpaczliwie. — Pomoże mi pan, prawda?
— No cóż… — zaczął, sam zaskoczony, że nie odłożył jeszcze słuchawki.
— Niech pan nie myśli, że jestem wariatką. — Powiedziała to twardo, jakby uprzedzała zarzut, który słyszała już wiele razy. — Po prostu się martwię.
Przez chwilę milczał. Za oknem wiatr przesunął gałąź kasztana po szybie — długi, mokry zgrzyt, jak palec po szkle. Vinegrette spojrzał na ciemną tarczę telefonu, potem na deszcz, a potem powiedział coś, czego o tej porze, przy tej pogodzie i wobec tak oczywistego dramatu nie powinien był powiedzieć.
— Jutro w południe. Kawiarnia „Astra", przy placu Latarników. — Nie czekając na podziękowania, odłożył słuchawkę.
Cisza wróciła do pokoju, lecz nie była już tą samą ciszą. Vinegrette stał chwilę nieruchomo, z dłonią wciąż na widełkach aparatu, próbując zrozumieć, dlaczego właściwie się zgodził. Z nudów, powiedział sobie. Albo z litości. Żadne z wyjaśnień go nie zadowoliło. Wrócił do gramofonu i opuścił igłę; Satie podjął melodię dokładnie w miejscu, w którym ją przerwano, jakby nic się nie wydarzyło. A jednak coś się wydarzyło. Detektyw nalał sobie świeżej herbaty, usiadł i wbił wzrok w ogień — i przez resztę tej długiej, deszczowej nocy nie potrafił otrząsnąć się z wrażenia, że gdzieś na granicy słyszalności wciąż drży tamten cichy, równy szum.
Rozdział 2
Kawiarnia „Astra" była najnowszym klejnotem w koronie Verden — miejscem, o którego popularności świadczył fakt, że w samo południe niemal wszystkie stoliki były zajęte. Wnętrze utrzymano w stylu, który miasto pokochało z dnia na dzień: czerń i złoto, lustra w geometrycznych ramach, lampy jak zamrożone błyskawice. Powietrze gęste było od dymu papierosowego, zapachu mielonej kawy i tej szczególnej woni pieniędzy, którą wydzielają ludzie pewni, że ich na nie stać. W dzień „Astra" była salonem plotek dla snobistycznej klienteli; wieczorem zrzucała tę skórę i zamieniała się w najmodniejszą salę taneczną po tej stronie rzeki Mory, z własnym big-bandem i parkietem wypolerowanym na lustro. Za wysokimi witrynami plac Latarników tonął w mżawce, a tramwaje sunęły po szynach z mokrym sykiem, jakby samo miasto szeptało coś za szybą.