Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Wierni - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 października 2020
29,90 zł
2990 pkt
punktów Virtualo

Wierni - ebook

Lato 1942 roku. Trzecia Rzesza jest u szczytu potęgi. We wcielonej do Niemiec Łodzi, przez hitlerowców przemianowanej na Litzmannstadt, panuje okrutny, wszechogarniający terror. Prawa Polaków są skrajnie ograniczone, a resztki wolności, sprawiedliwości i człowieczeństwa brutalnie deptane przez zbrodnicze zapędy najeźdźców. Strzępów nadziei trzyma się garstka straceńców próbująca walczyć z nazistowską machiną śmierci. Kto mówi prawdę, kto gra na dwa fronty, kto dał się sprzedać, a kto pozostał wierny? I jaka jest cena wierności?

Wierni Piotra Sowińskiego to opowieść o trudnych wyborach moralnych w skrajnie niemoralnych czasach. Bohater, komisarz policji, prowadzi śledztwo związane z serią wyłudzeń. Jako pół Polak, pół Niemiec próbuje odnaleźć swe miejsce w nowej rzeczywistości. Podążając tropem intrygi, wkracza w świat łódzkiej konspiracji, by odkrywać tajemnice niezwykle odważnych działań wymierzonych w Trzecią Rzeszę. Powieść garściami czerpie z prawdziwych wydarzeń, ukazując heroiczną walkę łódzkiego podziemia w ramach Akcji „N” i niebezpośrednie, ale bardzo kreatywne i ryzykowne metody walki z okupantem. Tłem dla opowieści są rozgrywki podziemnego Widzewa, rekordzisty w ilości rozegranych meczy w konspiracyjnej lidze piłkarskiej – walka o godność miała i takie oblicze.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7729-567-0
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

– Koniaku? Jest okazja, świat leży u naszych stóp.

Bursztynowy trunek zabulgotał w kieliszkach. Brigadeführer Fiedler nalewał koniak z prawdziwym namaszczeniem. Alkohol odbijał się w jego oczach blaskiem, który przypominał buchający piec w Auschwitz. Esesman upajał się chwilą. Bulgot napitku przypominał mu miły sercu szum podpisywanych dokumentów. Parafka Brigadeführera skazywała na śmierć. Czasem wykonanie wyroku rozkładano na raty. Kiedy indziej łaska Brigadeführera decydowała, że kostucha cięła raz, a dobrze. Fiedler wstydził się jednak okazywania łaski, dlatego częściej o dobrym machnięciu kosy decydował przypadek, gapiostwo przesłuchującego gestapowca lub heroizm przesłuchiwanego. Heroizmu Fiedler nie cierpiał. Napominał podwładnych, by przesłuchiwani byli sadzani z dala od okna i by mieli skute ręce. Czasem jednak któryś z badanych wyskakiwał i wtedy Brigadeführer tracił dobre samopoczucie, chodził zły, a czasem smutny.

– Chętnie.

Wysoki rangą oficer SS spojrzał z uśmiechem na podwładnego. Uśmiech skrywał pogardę. Fiedler nie cierpiał mieszańców. Brzydził się tymi, których niemieckość cuchnęła słowiańskim gównem. Z odrazą wyobrażał sobie, jak ojciec Fischera, rodowity Niemiec, chędożył swoją słowiańską kobietę. Fakt, że rozmówca Fiedlera ma w żyłach domieszkę krwi niewolniczej masy, budził w nim głęboki niesmak. Co prawda matka Fischera była tylko pół-, a nawet ćwierć-Polką, jednak dla szefa łódzkiego SS był to wystarczający powód, by czuć do Fischera odrazę. Brigadeführer ukrył jednak niechęć pod maską uśmiechu, a głosowi nadał przyjazny ton.

– Co tam słychać w starym germańskim Posen? Gaulaiter zdrów? Po co zresztą pytam? Wiadomo, że zdrów. Pan wybaczy, Fischer, drobnomieszczańskie nawyczki. Przejdźmy do rzeczy. Czy był pan kiedyś w Litzmannstadt?

– Nie. Nigdy nie byłem.

Fischer chciał wstać, wyprostować się służbiście, wyrzucić rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Marzył, by trzasnąć obcasami, złożyć meldunek i nie patrząc w oczy esesmana, wyjść z gabinetu. Nie było mu to jednak dane. Nikt nie oczekiwał od niego meldunku. Nie po to przyjechał do Łodzi.

– Nawet przejazdem? W odwiedzinach u kolegi?

– Nigdy tu wcześniej nie byłem, Brigadeführer.

Fischer na moment spojrzał w oczy oficera SS. Potem skierował wzrok na płonące nienawiścią do słowiańskiej trzody oczy Hitlera. Rzeźba przedstawiająca wodza nie była dziełem jakiegoś wybitnego artysty. Twórca nie oddał żadnej z groteskowych min niespełnionego malarza spod Linzu. Nie uchwycił śmiesznych gestów i machających rąk. Jedno się jednak artyście udało. W oczach wodza wszystkich Germanów buzowała nienawiść. Dzika i nieujarzmiona pozorami cywilizacji nienawiść do samego siebie. Fischer też siebie nienawidził. Szczerze i do bólu. Przeklinał dzień, w którym zdecydował się zostać policjantem. Nienawidził ojca, który, sam będąc szewcem, parł, by wykształcić syna i utorować mu drogę do czystej, lepiej płatnej pracy. W wychowawczym trudzie i znoju wspierała ojca matka. Jej też Fischer nienawidził. Nienawistnie wspominał chwile, gdy ojciec pasem poprawiał oceny w szkole. Z goryczą wypominał matce bierność, gdy ojciec lał go, motywując do coniedzielnego czytania Biblii. Siedząc naprzeciwko Fiedlera, Fischer nienawidził swojego życia. Życzył śmierci nauczycielom, którzy trzcinką lub podstępem wbijali mu do głowy twierdzenia wybitnych matematyków, najważniejsze daty z historii, podstawy gramatyczne łaciny i inne bzdury, które koniec końców zawiodły Jana Fischera, teraz Hansa, najpierw przed oblicze komisji maturalnej, a potem na stanowisko komisarza poznańskiej policji państwowej. Obecnie Hans Fischer wciąż był komisarzem, ale nie policji polskiej, tylko niemieckiej policji kryminalnej, i wcale nie był z tego zadowolony. Zazdrościł tym z kolegów, którzy nie byli w stanie pojąć twierdzenia Pitagorasa, z języka starożytnych Rzymian znali tylko słowo _curva_, a znajomość literatury ograniczali do drukowanych w brukowcach historyjek. Gdyby był taki jak oni, nigdy nie zostałby komisarzem policji. Nigdy nie zdałby matury. Byłby teraz – jak oni – zwyczajnym, porządnym Niemcem. Może zostałby szewcem, jak ojciec. Albo – jak stryj – byłby krawcem. Mieszkałby w Posen. Kląłby na polskich sąsiadów, żłopał tanie piwo i jadł kaszankę. W kwietniu wraz z innymi porządnymi Niemcami oddawałby salut z okazji urodzin Hitlera. Miałby spokój i na pewno nie siedziałby skulony przed Brigadeführerem Fiedlerem. Nienawidził siebie za to, że należał do wąskiego grona ludzi, którzy sami z siebie sięgali po książki. Ojciec go lał, ale prawda była taka, że wcale nie musiał. Bez smagania pasem po gołym zadzie mały Fischer i tak zdałby maturę. Ojcowskie razy były w istocie nie motywatorem do czytania, tylko swoistym rodzinnym rytuałem. Pewnego rodzaju bamberską tradycją, dzieloną solidarnie z niemającymi bamberskich korzeni mieszkańcami Poznania. Ojciec go tłukł, bo go kochał. Podobnie jak kochał matkę i młodszego brata, który miał na imię Wilhelm.

– Nigdy w Łodzi? No proszę. To dobrze, bardzo dobrze. Z moich informacji wynika, że interesuje się pan sportem. Prawda?

– Tak jest. Trenowałem nawet w Warcie Poznań. Znam dobrze Friedricha Scherfkego. Ale nie zostałem wyczynowym piłkarzem.

Fischer melancholijnie pomyślał, że tacy jak on zostają komisarzami policji, urzędnikami, nauczycielami, lekarzami. Ale nie wyczynowymi sportowcami. Zawsze się okazuje, że są za wolni, za mało zwinni, nie mają takiej wydolności jak ci, którym matka natura w swej łaskawości poskąpiła mocy samozaparcia w pracy nad rozwojem intelektualnym. Gdyby Janek, a teraz Hans, nie został pokrzywdzony przez los, zostałby piłkarzem. Grałby w Warcie obok Friedricha Scherfkego. Może nawet wraz z Wilimowskim występowałby w reprezentacji. Może strzeliłby gola Brazylii. Gdyby matka natura była łaskawsza, nie siedziałby teraz naprzeciw Fiedlera. Nie zostałby bowiem zwerbowany w 1938 roku przez niemiecki wywiad. Z pewnością grałby teraz z Scherfkem. Po treningu napiłby się piwa. Nie musiałby gnić tu, w zapyziałej Łodzi nazywanej Litzmannstadt. Z marzeń o spokojniejszym życiu wyrwał Fischera głos esesmana.

– Bez nas, Niemców, te polskie ofermy nie strzeliłyby żadnego gola Brazylii. A tak? Strzeliły aż pięć! Kto by pomyślał wtedy, w trzydziestym ósmym roku, że Ernst Wilimowski będzie grał dla Trzeciej Rzeszy? Przyznaj się, Fischer, myślałeś tak? Wiem, że nie. Małego ducha jesteś, panie Fischer. Żartuję. Wiem, że jesteś dobrym Niemcem mimo tego, że wasz brat…

– Wyrzekłem się go i przekląłem.

Na wspomnienie brata Jan, teraz Hans, zgarbił się i skurczył. Jego zgrabne palce zaczęły poruszać się, jakby grał na pianinie. Na szczęście ambicje ojca nie sięgały tak daleko, i Jan, teraz Hans, nigdy nie został konkurentem dla Paderewskiego.

– Wiem, wiem. My w SS wiemy wszystko. No, powiedzmy, prawie wszystko. Wiemy na ten przykład, jaki jest ulubiony klub Führera. A pan wie?

– Schalke 04?

Fischer odetchnął, widząc, że temat brata został zastąpiony neutralnym wątkiem sportowym.

– Oj, kulą w płot pan strzelił.

– Borussia Dortmund?

– Znów przestrzeliłeś karnego, Fischer. Führer nie ma ulubionego klubu, bo nie lubi piłki nożnej.

Głośny śmiech rozległ się w gabinecie Brigadeführera. Pomieszczenie na chwilę nabrało niemalże przyjaznego charakteru.

– Był raz na meczu i się rozczarował. Führer ma wysublimowane gusta, nie jak reszta. Ale my lubimy futbol. Prawda? Ja uwielbiam. Moim ulubionym piłkarzem jest Fritz Szepan. Oczywiście obok Wilimowskiego. Tak sobie czasem myślę, że my, czyści rasowo Niemcy, trochę jesteśmy za toporni do tego sportu. Nie sądzi pan, Fischer? To, co teraz powiem, ma charakter nie do końca oficjalny, ale tak sobie myślę, że z jakichś powodów do tej dyscypliny przydaje się kropla słowiańskiej krwi. Wyobraża pan sobie, Fischer, że wszyscy piłkarze naszej kadry graliby jak Müller? Nie. Bez polotu? Bez ikry? Bez tej odrobiny zwierzęcego szaleństwa? Toż takiej gry nie można by było oglądać. Weźmy takiego Wilimowskiego. To jest artysta. Paganini sportu. Nie, to zły przykład. Mozart sportu. Mozart brzmi lepiej. Mozart był Austriakiem. Jak Führer. Ale do rzeczy, Fischer, do rzeczy. Otóż mówiłem, że Führer nie lubi piłki nożnej. I to jest prawda. Jednak nasz nieomylny wódz, przywódca wszystkich Germanów, w pełni rozumie to, że przeciętny człowiek ją lubi. Führer wie to od samego urodzenia, ale przypomniał mu o tym fakcie nasz poczciwy Goebbels. Goebbels rozumie takie rzeczy. I właśnie o tym chciałem porozmawiać, Fischer. Bardzo nas interesuje wasz stosunek do sportu, do piłki nożnej w szczególności. Próbują u was w Posen grać w piłkę? Pytam, rzecz jasna, o polskich podludzi.

– Nie słyszałem, by grali.

– A u nas grają. Pasjonaci sportu.

Kolejna salwa śmiechu przeszła przez brunatny gabinet. Nawet kamienny Hitler raczył lekko unieść kąciki ust.

– Grają. Mimo że nie wolno im grać. Mają swoją ligę. Kluby powstały: Cytadela, Wicher, Wólka, Kątna. Z tych, które istniały przed wojną, gra Widzew. Na Rudzie Pabianickiej gra RKS. Oni zaczęli kopać jeszcze jesienią trzydziestego dziewiątego. Mają fantazję, nie powiem. Mają tupet, bezczelne polskie świnie. Wyobraża pan sobie, Fischer, że nawet założyli konspiracyjny związek piłkarski? Mają swój zarząd, koordynują rozgrywki juniorów. Mają konspiracyjny wydział sędziowski. Mecze potrafią gromadzić nawet po kilka tysięcy widzów. Parę dni temu przyjechał do Litzmannstadt Michał Matyas. Poprowadził pokazowe treningi. Jak go Polaczki nazywają? Szczurek?

– Myszka.

– Właśnie. Myszka. Pamiętam go z czasów igrzysk w Berlinie. Ja nie wiem, jak oni mogli wtedy nie zdobyć medalu. Taki skład! I przegrali z Norwegią mecz o brąz. Na tym przykładzie widać wyższość rasy germańskiej. Norwegia miała słabszych piłkarzy, ale siłą germańskiego ducha pokonała słowiańskie bydło. Ech, te igrzyska… To były mecze. Tak na marginesie, dziwię się, dlaczego Herberger nie powołuje Wodarza. Ale wracajmy do materii. Jak pan widzi, Fischer, Polaczki potrafią się zorganizować. Natomiast nas najbardziej interesuje człowiek, który nazywa się Artur Hesse. Niemiec. Najprawdziwszy Niemiec, syn szewca z Friedrichshagen. Podobno prawdziwy piłkarski skarb. Perła. Wyobraża pan sobie, Fischer, że ten człowiek nie chce grać w żadnym niemieckim klubie? A przecież mamy tutaj u nas, na ten przykład, Union, Kraft... O innych nie wspominam. A on gra w Widzewie. Co za niesamowita historia! My wyzwalamy go spod dominacji podludzi, a on się na nas wypina! W głowie się nie mieści. Ten człowiek wymyka nam się od dwóch lat. Ukrywa się. Nie wiemy gdzie. Wzięliśmy na spytki jego ojca, tego szewca. Jakiś idiota z gestapo tak go badał, że szewc się przekręcił. A tyle razy im mówię, tym debilom z gestapo, żeby słuchali muzyki przed pracą. Muzyka uszlachetnia. Sublimuje naszą służbę. Znowu odchodzę od tematu, Fischer. A więc, tak jak już mówiłem, ten Hesse nam się wymyka. Oczywiście Polaczki są bardzo dumne z tego, że mają Niemca w składzie. Mówią, że to zemsta za Wilimowskiego. Pocieszni są. To tak na marginesie. Jak na podludzi, mają zupełnie przyzwoite poczucie humoru. Jednak zada pan, Fischer, pytanie, po co ja o tym opowiadam. Otóż tym Hessem zainteresował się nasz wywiad. Zwrócono na niego uwagę jeszcze przed wojną. Nakręcili nawet film i zawieźli do Rzeszy. Film obejrzał Sepp Herberger i się w tym nastolatku zakochał. To, rzecz jasna, metafora, Fischer. Metafora. Od dwóch lat Herberger dopytuje się o tego gnojka. On pyta, a my co? A my nie wiemy, gdzie on jest. Ale pies trącał Herbergera. W końcu co on nam może zrobić? Nic. Ale wyobraź sobie, Fischer, że tym naszym gówniarzem zainteresował się Goebbels. Wysportowany Joseph ma zastrzeżenia co do składu reprezentacji Niemiec. Uważa, że za mało jest w niej reprezentantów z terenów niedawno odzyskanych przez Rzeszę. A konkretnie – wcielonych. Taki na przykład Górny Śląsk był przez lata niemiecki. Trudno ten teren traktować jako ziemię polską. Goebbels twierdzi, że do niemieckiego społeczeństwa oraz do naszych sojuszników trzeba wysłać czytelny sygnał: ziemie świeżo wcielone są już integralną częścią Niemiec. Nic ich nie różni od Berlina czy Monachium. Na tych ziemiach panuje wzorowy niemiecki porządek i wszystko mamy pod kontrolą. Wszystko! Wszystko. Nie muszę chyba wspominać, że tym, co mówi Goebbels, zainteresował się Führer. A jak się zainteresował Führer, to wcześniej musiał zainteresować się Himmler. Rozumiesz. Poważna sprawa.

– Ale w czym ja mogę pomóc?

Fiedler wstał i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Otworzył okno. Fala gorąca zmieszała się z zastygłym powietrzem przesyconym tytoniowym dymem.

– Nie może być pan taki skromny, Fischer. Jesteś pan Niemcem! A my, Niemcy, musimy wierzyć w naszą moc. Co ja mówię? Źle, Fischer, źle. Nie możemy po prostu wierzyć. Musimy być pewni. Wiara dopuszcza zwątpienie. A my nie możemy wątpić. Wątpić ma ta słowiańska hołota. My mamy pewność! Pewność, Fischer, pewność. Ma pan rolę do odegrania, Fischer. Zaraz o tym porozmawiamy. Koniaku?

– Tak. Poproszę.

– Zaprosiliśmy pana do Litzmannstadt, ponieważ chcemy, by odegrał pan główną rolę w pewnym spektaklu, do którego przygotowujemy się od kilku miesięcy. Ma pan szereg zalet, które pana do tej roli wybitnie predestynują, Fischer. Po pierwsze: perfekcyjnie mówi pan po polsku. Po drugie: świetnie pan zna charakter dawnego państwa polskiego. Po trzecie: interesuje się pan sportem. Po czwarte: jest pan policjantem, śledczym, rozumie pan specyfikę działań operacyjnych. Scenę, na której się pan wykaże, przygotowywaliśmy od dawna. Poczyniliśmy pewne kroki. Mamy gotowy scenariusz. Wytypowaliśmy innych aktorów. Mamy dekoracje. Jak będzie trzeba, na scenie pojawi się chór.

Fiedler znowu się zaśmiał, rad z własnej facecji.

– Ale do rzeczy. Kilka miesięcy temu wpadliśmy na trop tajnej drukarni. Nie rozbiliśmy jej. To zawsze zdążymy zrobić. Do struktur dziennikarskich, że się tak wyrażę, wprowadziliśmy naszego człowieka. W rubryce zatytułowanej _Wieści ze świata_ zamieściliśmy informację o tym, że Anglicy chcą zainicjować rozgrywki piłkarskie. Ale nie ligowe. Zasugerowaliśmy, że będą to rozgrywki reprezentacji państw, których rządy znajdują się na emigracji w Londynie. Ot, taka ciekawostka. W następnym numerze periodyku temat lekko rozszerzyliśmy. Pojawiły się informacje, gdzie który piłkarz teraz jest, co robi i takie tam bzdury. Jednocześnie wzmocniliśmy obserwację piłkarskich rozgrywek wśród polskich podludzi. Nie przeszkadzaliśmy specjalnie. Wręcz przeciwnie, dawaliśmy im fory. Dzięki temu tyle o nich wiemy! Na trop tego Hessego nie wpadliśmy, ale zbliżyliśmy się do ludzi, którzy go dobrze znają. Być może nawet pomagają mu się ukrywać.

– Nie mogliście zrobić obławy? Wiecie przecież, w której gra drużynie.

Fiedler zrobił zniesmaczoną minę, która wyrażała dezaprobatę dla myślenia poznaniaka.

– Nie tyle chodzi o to, by tego Hessego złapać, ile o to, żeby go złapać w jednym kawałku. Podczas takiej obławy mógłby zostać pobity. Może nawet zastrzelony. Skacząc po dachach podczas ucieczki, mógłby złamać nogę. Albo uszkodzić łąkotkę. A chodzi o to, żeby ten człowiek grał. Najlepiej jak potrafi. Dla Rzeszy. Rozumie pan? Myśli pan, Fischer, że Goebbels byłby zadowolony? Mnie jest tu, w Litzmannstadt, dobrze. Nie interesuje mnie, jak jest na wschodzie, Fischer. Mam nadzieję, że pan zrozumiał.

Fischer po raz kolejny skulił się, dłonie przestały grać na wyimaginowanym pianinie. Zaciskały się w bezsilnej złości.

– Zrozumiałem.

– To dobrze, bardzo dobrze. Kontynuujmy. Otóż wszystkie nasze działania były po to, by przygotować grunt pod twój występ, Fischer. Mamy dla ciebie kapitalne dokumenty. Przygotowali je w tutejszym getcie najlepsi specjaliści. Ach, ci Żydzi. Urodzeni kanciarze i fałszerze. Dokumenty są dokładnie takie, jak te fabrykowane przez tak zwany głęboki wywiad AK czy wywiad brytyjski. Prima sort. Wcielicie się w rolę reprezentanta rządu emigracyjnego. Legenda jest już opowiadana. Nasi ludzie zaczęli coś tam napomykać o waszej misji. Zdawkowo, rzecz jasna. Tak na przynętę. Pojawi się pan jako człowiek mający za zadanie przerzucić z ziem dawnego sezonowego państwa polskiego do Londynu piłkarzy, którzy będą grać w owych wymyślonych przez nas rozgrywkach piłkarskich pod egidą Churchilla.

Perlisty śmiech Fiedlera znowu okazał się zaraźliwy dla kamiennych ust Adolfa Hitlera.

– Nawet nazwę już mamy: Puchar Wolnych Narodów. Dobre, co? Sam to wymyśliłem. Damy panu namiar na lokale, gdzie spotykają się pasjonaci konspiracyjnej ligi piłkarskiej. Przedstawicie problem i tym samym złapiecie trop Hessego. Nasi genialni fałszerze z getta podrobili nawet notatki selekcjonera Kałuży, w których zapisał on nazwiska najlepszych juniorów z trzydziestego dziewiątego. O wszystkim pomyślałem, Fischer.

– Kiedy zaczynam misję, panie Brigadeführer?

– Najpierw wprowadzimy was w sprawę. Myślę, że tydzień wystarczy. Aryjska rasa będzie z ciebie dumna, Fischer. A może nawet wypuścimy waszego brata? Jesteś dobrym Niemcem, Fischer, ale wasz brat… Taki pech! Tak, wiem, wiem, wyrzekłeś się tego renegata. Ja nie mam do ciebie pretensji. Tak po prostu mi się powiedziało. Koniaczku?

– Jest pan dla mnie łaskawy, Brigadeführer.

– Drobiazg. Pijemy za sukces, Fischer. Za Tysiącletnią Rzeszę. A tak na marginesie. Im bardziej tych Polaków poznaję, tym mniej ich rozumiem. Co za naród! Nie tak dawno rozbiliśmy tajną szkołę. Na Friedrichshagen. Myśli pan, że uczęszczały tam dzieci polskich elit? Nie. Polskie elity zostały zneutralizowane jeszcze jesienią trzydziestego dziewiątego roku. Można powiedzieć: zneutralizowane dosłownie. Jak to mówią Polacy – do gruntu. He, he, he. Do tej szkoły chodziły dzieci polskich robotników. Z ciekawości sprawdziłem frekwencję tych bachorów z czasów, gdy uczęszczały do polskich szkół przed wojną. Uśmiałby się pan, Fischer. Sami wagarowicze. Nigdy tych Polaków nie zrozumiem. Jak ich do czegoś zachęcisz, to będą to mieli w dupie. Ale jak im czegoś zabronisz? Będą ryzykować życie, by złamać zakaz. Nic dziwnego, że nigdy nie potrafili zbudować solidnego państwa. Bo państwo, Fischer, to przede wszystkim posłuszeństwo. To masy, którymi się dyryguje. A u nich, Polaków? Nie ma masy ludzkiej. Jest masa poszczególnych jednostek. Krnąbrnych, leniwych, aroganckich. Dlatego my, Niemcy, musimy zrobić tutaj porządek. Napijmy się.

– Przedni ten koniak. – Fischer poczuł, jak alkohol powoli rozluźnia jego napięte nerwy.

– Mienie pożydowskie, jeżeli mogę tak powiedzieć. Tak, Polacy są nieposłuszni. Nawet ich nazwiska zawierają element buntu. Nauczycielka, która prowadziła tę tajną szkołę, nazywa się Chrzczonowicz. Co to za nazwisko? Otóż wyobraź sobie, Fischer, że miewam trudne sny. Czasami wręcz traumatyczne. Jeden z takich snów był o tym, że Niemcy przegrali wojnę i Polacy nakręcili na tę okoliczność film. Komedię. Okropną. W tej komedii naigrawali się z tego, że my, Niemcy, nie umiemy wymawiać ich nazwisk. Pamiętam to nazwisko, z którym męczył się, o zgrozo, oficer SS. Brzęczyszczykiewicz. Koszmar. Koszmar! Dobrze, że to sen. Ale śnił mi się też inny horror. O tym wspomnianym Matyasie. Sen miałem wtedy, gdy przyjechał do Litzmannstadt prowadzić treningi. Scenariusz podobny, Niemcy przegrali wojnę, a na Górnym Śląsku gra znakomita drużyna, która nazywa się Górnik Hindenburg. W śnie nazwa miasta była polska. Zabrze. Śniło mi się, że grali finał jakichś bardzo ważnych rozgrywek z angielską drużyną. Manchester City. A jaki jest związek snu z Matyasem? Otóż on był trenerem tej polskiej drużyny. Po każdym takim koszmarze jeszcze bardziej nienawidzę Polaków. A u was, w Posen? Sprawiają kłopot?

– Z nimi jest zawsze kłopot.

– No właśnie, ale my, nadludzie, musimy umieć rozwiązywać problemy. A im wcześniej zabierzemy się za ich rozwiązywanie, tym lepiej dla nas. Najlepiej zacząć od samego początku, Fischer. Od dzieci. Staramy się odzyskać element cenny rasowo. Panowie Dongus i Grohmann opracowali specjalny plan pozyskiwania dzieci dla Tysiącletniej Rzeszy. Polacy są naprawdę głupi i złapali się w naszą pułapkę. Wydział Opieki Społecznej zgarnął wszystkie brzdące z rodzin, które starały się o zapomogę. Tyle się tego zebrało, że musieliśmy otworzyć aż dwa domy dziecka w Łodzi oraz jeden centralny w Bruckau, gdzie nasi naukowcy robią testy i badania. Gówniarzy powyżej dziesiątego roku życia kierujemy do Rassenlager. Niechaj Tysiącletnia Rzesza będzie wielka! Tak, Fischer, z nimi trzeba twardo. Parę miesięcy temu jeden taki chojrak zabił dwóch naszych ludzi. Wściekłem się. W akcji odwetowej posłaliśmy na śmierć setkę tych polskich świń. Kilkuset poszło do obozów resocjalizacyjnych, do Auschwitz i innych. Tu nie Warszawa. Nie pozwolę na takie wybryki. Rozwaliliśmy te ścierwa w Zgierzu, na wysypisku śmieci. Dobre, co? Taki znak: jesteście śmieciami. Ach, ten Zgierz. Polacy w Łodzi na ziemniaki mówią „kartofle”, poznaniacy mówią „pyry”, a mieszkańcy Zgierza jak mówią? No jak, Fischer? Wiecie?

– „Grule”?

– Kulą w płot, Fischer. Zgierzanie mówią „deser”.

Wypity koniak dodał śmiechowi Fiedlera pewnej lekkości. Zdawać by się mogło, że obaj Niemcy siedzą w monachijskiej piwiarni i słuchają krotochwil.

– Uwielbiam to polskie poczucie humoru. Często się zastanawiam, skąd u tej bezrozumnej słowiańskiej tłuszczy taki pęd do żartu. Wyobraź sobie, Fischer, że w ramach jakiejś swojej akcji dezinformacyjnej zaczęli wydawać satyryczne pismo przeznaczone dla Niemców. Nazwali je „Erika”. Oczywiście oprócz tego pisma wydawali i inne periodyki: „Der Soldat”, „Der Frontkämpfer”, „Der Durchbruch”. Myśli pan sobie, że to niewinne grzeszki? Też tak myślałem, dopóki nie rozbiliśmy wrogiej naszym celom organizacji niemieckich renegatów służących w Kraftheimpark. Podczas śledztwa okazało się, że katalizatorem tej jawnie wrogiej organizacji były właśnie te polskie pisemka. Tak, tak, Fischer, śmiech to groźna broń. A Polacy świetnie się nią posługują. Zadaję pytanie, skąd, u diabła, u tych podludzi taki wyrafinowany poziom humoru? I tak sobie tłumaczę, że to pewnie wynik chwackich poczynań naszych wielkich poprzedników. Rycerzy zakonu krzyżackiego, brandenburskich wojowników i niemieckich kondotierów w szwedzkiej służbie. Oni tam sobie z tymi słowiańskimi dziwkami harcowali, a my teraz musimy się użerać z ich genami, które krążą w ciałach Polaków.

Fiedler znowu się zaśmiał, ale inaczej niż wcześniej. Lekkość przeszła w lubieżność. Esesman nachylił się poufale do Fischera i filuternie zmrużył oczy.

– Odnośnie do harcowania, Fischer. Masz moje słowo honoru, słowo oficera SS. Jeżeli znajdziesz tego Hessego i skłonisz go, by zmądrzał, pozwolę ci pochędożyć do woli w naszym specjalnym burdelu. Parę miesięcy temu założyliśmy na obrzeżach miasta wyjątkowy obóz. Obóz poprawy rasy nordyckiej. Po dokonanej selekcji zapłodniliśmy cenne pod względem rasowym kobiety. Wysłaliśmy je potem do Rzeszy. Te mniej wartościowe rasowo, za to mające inne walory, zamknęliśmy w hoteliku Klukas. Ja wiem, że z moralnego punktu widzenia jest to wątpliwe. Ale pan, Fischer, nie jest członkiem SS. Pan może sobie pofolgować z polskimi nierządnicami. Jeżeli wyrazi pan taką chęć, to mogę panu pożyczyć płaszcz krzyżacki. Niekiedy żałuję, że przyszło mi żyć w dwudziestym wieku. Jako tragarze cywilizacji musimy przestrzegać pewnych norm. Mamy słuchać rozkazów Führera. Czasem tak sobie imaginuję, jak to musiało wyglądać w średniowieczu. Ech, gdyby tak cofnąć się w czasie. Móc radować się swobodą germańskiego wojownika w myśl hasła: palić, gwałcić i rabować. No cóż, Fischer, miło pomarzyć, nieprawdaż? Ale musimy wracać do prozy dnia codziennego. A nie jest ona wesoła. Serce mi krwawi, kiedy myślę, że nie wszyscy Niemcy w Litzmannstadt zachowują się godnie. Wstyd mi, gdy sobie przypomnę, ilu renegatów musieliśmy nauczyć wiary w Trzecią Rzeszę. Pamiętam takiego pismaka. Nazywał się Karl Heinrich Schultz. Musieliśmy go zabić. Albo taki Alexander Hoefig. Redaktor „Der Deutsche Wegweiser”. Wysłaliśmy go do Dachau. W więzieniu w Radegast zamknęliśmy inżynierów: Stanisława Gundlacha i Oskara Grossa. Oraz Adolfa Tochtermanna. Wstyd, że ktoś ma imię jak Führer i zapiera się matki niemczyzny. Wstyd. I wyobraź sobie, Fischer, że takich zdrajców wcale nie było mało. Gdzie się człowiek nie obejrzy, tam czai się zdrada. Dlatego my, Nibelungowie z SS, musimy być czujni. To ciężkie brzemię – być czujnym. Napijmy się, Fischer. Jak to mawiała polska szlachta: strzemiennego. Musisz się wyspać.

– Jedno pytanie, Brigadeführer. Gdzie mam się spotkać z tymi Polakami, którzy doprowadzą mnie do Hessego?

– Dobre pytanie. Najpierw zakładaliśmy, że to będzie jakiś dom prywatny. Jednak potem doszedłem do wniosku, że na początku trzeba postępować bardzo ostrożnie. Nasi wywiadowcy umówią spotkanie w specjalnie przygotowanym lokalu. Co prawda oficjalnie Polakom nie wolno uczęszczać do restauracji, podobnie jak siadać na ławkach ulicznych i wchodzić do parków, ale nieoficjalnie wygląda to nieco inaczej. Otóż knajpy, Fischer, są wymarzonym miejscem obserwacji dla naszych wywiadowców. Musieliśmy te speluny udostępnić Polaczkom, by zyskać możliwość penetracji ich konspiracyjnych organizacji. Oczywiście te lokale są na obrzeżach miasta. Tam łatwo dostać po łbie, dlatego nasi ludzie będą pana dyskretnie, bardzo dyskretnie obserwować, a w razie czego pomogą. „Bałuty i Chojny to naród spokojny. Bez kija i noża nie podchodź”. Takie mają powiedzonko. W tych powiedzonkach jest zawarta prawda o narodzie. Wyobrażacie sobie, że takie porzekadło powstałoby w Berlinie? Na ten przykład takie: „W Köpenick można dostać w łeb”. Jak to można dostać w łeb? Państwo jest od tego, by chronić obywatela Rzeszy w każdym miejscu. Ale te ich sezonowe państewka… Żałosne karykatury normalnych państw. Powiem szczerze, Fischer, że zainteresowałem się ich historią. Wyobraź sobie, że w czasach, gdy u nas Fryderyk Wielki budował armię i zakładał szkoły, to te słowiańskie pomioty miały taką zasadę, że jeden poseł mógł zerwać całe obrady sejmu. Całe, Fischer. Niesłychane! Co za głupi naród. Ale kogo obciążają winą za upadek ich państwa? Nas, Niemców, i Fryderyka Wielkiego. Co za tupet! Co za arogancja. Dlatego trzeba z nimi postępować bezwzględnie. Jak zabiją Niemca, to my zabijemy stu Polaków. Zero tolerancji dla tych ścierw. Taka jest nasza dziejowa rola, Fischer.

– Mam mieć broń?

Fiedler zrobił zniesmaczoną minę.

– Nie. Wszyjemy ci do mankietu marynarki fiolkę z trucizną. Zrobimy to tak, by była dla nich dobrze widoczna. To taki ich sposób na to, by nie załamać się podczas śledztwa. Jak ich łapiemy, to wtedy zębami chwytają za fragment marynarki i rozgryzają ten flakonik. Trzeba uważać, bo potrafią to robić nawet ze skutymi rękami. Dlatego lepiej jest łapać kobiety. One nie noszą marynarek. Parę miesięcy temu rozbiliśmy taką grupę. Mózgiem była niejaka Halinka. Pani biolog. Robiła rożne chemiczne mieszanki, które szatniarze wsypywali nam, Niemcom, do rękawiczek i kieszeni płaszczy. Byłem kiedyś w Tivoli. Impreza była przednia. Ale po kilku dniach na rękach pojawiły mi się bolące bąble. Poszedłem do lekarza, a doktor mówi: „Panie Brigadeführer, to jakaś epidemia w tym Tivoli”. Zwróciło to moją uwagę. Jak to epidemia? W niemieckim lokalu, tylko dla Niemców? Zaczęliśmy badać sprawę. I tak, po nitce do kłębka, złapaliśmy tę Halinkę. Piękna kobieta, Fischer. Aż żal było patrzeć, jak ją badaliśmy. Strzęp człowieka został. Wyobraź sobie, Fischer, że nikogo nie wydała. Nikogo. Tak sobie myślę, że słowiańskie bydło jest na niższym poziomie rozwoju i w związku z tym ma mniej rozwinięte części mózgu odpowiadające za ból. Dlatego trzeba ich mocniej przygważdżać.

Fiedler zacisnął pięści i zaczął nimi wygrażać.

– Mocniej, Fischer. Mocniej.

– Rozumiem, Brigadeführer.

– Spisz się, Fischer. Polubiłem cię. Pamiętaj o harcowaniu.

Gdy Fiedler wypowiedział te słowa, Fischer pomyślał o wszystkich kobietach, które przewinęły się przez jego łóżko. Było ich wiele. Teraz zamieniłby je wszystkie na jedną brzydką, nudną, a może nawet i pobożną żonę. Miałby z nią kilkoro dzieci. Byłyby to dzieci szewca albo krawca. W domu nie byłoby żadnej książki oprócz _Mein Kampf_. No, może jeszcze _Biblia_ żony, taka pisana gotykiem. A więc byłyby to dzieci szewca albo krawca, mieszkające w domu, gdzie poza _Mein Kampf_ i _Biblią_ pisaną gotykiem nie byłoby żadnej książki. I byłyby to dzieci bardzo, bardzo szczęśliwe. Na pewno nie zwerbowałby ich żaden wywiad.ROZDZIAŁ 2

Adolf-Hitler-Strasse płonęła letnim żarem. Jan Fischer, teraz Hans, o ulicy Piotrkowskiej dotychczas tylko słyszał. Dawny trakt piotrkowski był dumą mieszkańców tego miasta bez rzeki i uniwersytetu. Tęskniący za rzeką łodzianie lubili się chwalić szeroką ulicą pełną sklepów, knajp, składów. Lubili po niej spacerować, podziwiając błyszczące automobile, sycąc oczy blaskiem pereł eleganckich dam, wdychając ponętny zapach drogich perfum, które bogacze kupowali swoim utrzymankom. Mrugali porozumiewawczo do kamiennych atlasów podtrzymujących elewacje kamienic, kłaniali się kariatydom i machali do kamienicznych maszkaronów. Piotrkowska była ich dumą, marzeniem, enklawą. To była ich Oxford Street, ich La Rambla, ich Champs Élysées. Tu biło serce miasta. Z aorty rozchodziły się krwinki do żył Południowej, Czerwonej, 6 Sierpnia, Nawrot czy Przejazd. Krwinki przenosiły życiodajny pieniądz, który krążył jak oszalały po wszystkich żyłach i żyłkach tego miejskiego molocha. Pieniądz ożywiał zamarłe w błotnistej brei Bałuty, podrywał do życia podobne do wioski Chojny. Pieniądz omamiał i tumanił. Deprawował, ale i dawał nadzieję. Wyrywali go sobie z rąk: Żydzi Niemcom, Niemcy Żydom, Polacy Żydom, Polacy Niemcom, Niemcy Polakom, Żydzi Polakom. A że pieniądz nie miał narodowości, toteż nie raz i nie dwa wyszarpywali go sobie z gardła: Żydzi Żydom, Niemcy Niemcom i Polacy Polakom. Dzięki niemu miasto żyło. Rosło. Moloch wyciągał łapska po okolicznych chłopów i wsysał ich w swoje bebechy. Tam mełł, trawił i wypluwał. Plwociny ludzkie płynęły rynsztokami, dodając miastu czterech kultur swoistego kolorytu. Plwociny te gęstniały i wyciągały lepkie ręce po pieniądz. Zrabowany grosz płynął z polskich Chojen do żydowskich Bałut. Przechodził przez sutenerskie ręce – polskie, żydowskie i niemieckie. Inwestowany w legalne i nielegalne interesy napędzał maszyny, oliwił turbiny, nakręcał wrzeciona. Silniki Łodzi dyszały i prychały, rzęziły i turkotały. Łódź płynęła. A że nie mogła Wisłą, Odrą czy Wartą, płynęła Jasieniem, Łódką, Bałutką i Sokołówką. Wpływała do kanałów, gdzie wskakiwały do niej szczury. Łódź wypływała z tych cuchnących podziemi pełna faraońskiego przepychu, złota, ale i oblepiona gównem. Płynęła i pędziła, wpadała w amok. Amok rozgrzewał kotły do czerwoności, ceglane kominy buchały dymem, który był dla molocha kadzidłem. A okadzony moloch wyciągał łapy po okolicznych chłopów…

Latem 1942 roku nie było Piotrkowskiej. Była Adolf­-Hitler-Strasse. Środkiem sunęły eleganckie limuzyny. Gorąc otwierał pory skór skropionych drogimi perfumami. Ulica pachniała ściekami Monachium, Moguncji i Berlina. Czuć było zgniłe ryby rodem z Bremy, Rostoku i Hamburga. Chodnikami sunęły zastępy brunatnych wojowników. Odziani w różnej maści mundury zlewali się w jedną masę. Ożywiony koniakiem umysł Fischera widział, jak masa ta tężeje, nabiera kształtów, zmienia się w armię Arminiusza, która zaraz z impetem uderzy w Lesie Teutoburskim. Fischer rozpoznawał znaki bojowe szupo, gestapo, kripo, Hitlerjugend. Każdy szczep gotował się do walki. Do uszu poznaniaka dochodził złowrogi chrzęst ostrzonych mieczy, szlifowanych oszczepów. Horda dyszała mordem. Wojownicy potrząsali orężem, wymachiwali znakami bojowymi. W blasku sierpniowego słońca błyszczały esesmańskie trupie czaszki. Nad tłumem orężnych łopotały wielkie chorągwie. Czarne swastyki dobrze komponowały się z czerwienią. Flagi zdobiły wszystkie kamienice. Okryte nimi kariatydy wyglądały jak germańskie boginie. Maszkarony szczerzyły zęby, mieniąc się mianem germańskich bożyszcz. Miasto było niemieckie. Na jego obrzeżach, w najgorszych kamienicach, obszczanych suterenach, zatęchłych piwnicach i na zakurzonych strychach gnieździły się resztki pokonanych. Słowiańska tłuszcza. Dziki motłoch. Z miesiąca na miesiąc ciżba się przerzedzała, malała, topniała jak kwietniowy śnieg. Surmy bojowe zwycięzców zagłuszały skowyt katowanych na Gdańskiej, Anstadta, Kopernika, Sterlinga i w radogoskim więzieniu. Grube mury katowni nie przepuszczały lamentu, przez szczeliny w murze nie ciekła krew. A przecież słowiańska tłuszcza nie miała najgorzej. Jej przedstawiciele wegetowali, ale jednak żyli. Mogli mamić się jakąś nadzieją. A ci zamknięci w getcie byli już martwi – nie istnieli, a tylko cierpieli. W piekle getta miało już niedługo powstać kolejne piekło, tym razem dziecięce, na ulicy Przemysłowej.

Fischer musiał się napić. Wszedł do pierwszej z brzegu restauracji. Na dworze było gorąco, zamówił więc zimne piwo. Krążący w żyłach koniak uwalniał swe moce powoli, ale konsekwentnie. Piwo wyraźnie go ożywiło. Rozejrzał się po restauracyjnej salce. Z dyskretnej, acz jednoznacznej mowy ciała kelnera wyczytał, że powinien zamówić coś konkretniejszego. Poznaniak poprosił więc o michę flaków, a gdy był w połowie konsumpcji, chlupnął stopkę wódki. Flaki były gorące, postanowił więc przerwać ucztę na moment. Rozejrzał się ponownie. Przy stolikach siedzieli ubrani w rozmaite mundury ludzie. Uniformy miały różne odcienie zieleni, szarości, brązu. Nie dostrzegł czarnych strojów SS. Nibelungowie musieli odwiedzać inny, bardziej godny aryjskiej arystokracji przybytek. Wszyscy obecni posługiwali się wyłącznie językiem niemieckim. Niektórzy mówili płynną niemczyzną Lutra. Inni dorzucali elementy gwarowe. Poznańskie, lubuskie i śląskie Fischer odróżniał. Nadreńskie mylił z bawarskimi. Zamówił jeszcze jedną porcję gdańskiej wódki. Trunek był zimny, więc wszedł dobrze. W żołądku zmieszał się z buzującą mieszanką koniaku, piwa i wcześniejszej porcji wódki. Do mózgu doszedł sygnał, że nerwy zostały uspokojone. Fischer znów omiótł salę spojrzeniem, tym razem w innym celu. Teraz interesowała go tylko jedna płeć. Uważnie taksował wzrokiem mniej lub bardziej interesujące wizualnie kobiety. Niektóre odwzajemniały jego spojrzenie uśmiechem, inne rewanżowały się odważnym spojrzeniem w oczy. Jeszcze inne skromnie wbijały wzrok w podłogę, tym samym jednoznacznie się dyskwalifikując. Poznaniak zamówił kolejny kieliszek. Przezroczysty płyn dodał mu animuszu. Jego wzrok skupił się na tych damach, które wcześniej odważyły się uśmiechnąć bądź spojrzeć hardo w oczy. Do restauracji weszła kolejna kobieta. Samczy instynkt zadziałał natychmiast. Najpierw poznaniak spostrzegł eleganckie buty, potem jego wzrok przesunął się po długich, zgrabnych nogach, a gdy dotarł do podbrzusza, oczy wysłały do mózgu silny sygnał. Mózg przekazał dane dalej. Najcenniejsza dla Fischera część ciała obudziła się z letargu. Gdy lustracja sięgnęła biustu, część owa wstała z łóżka. Gdy oględziny dotarły do twarzy – była gotowa do gimnastyki. Dopingowało ją bijące teraz mocniej serce. Fischer wstał i ruszył w stronę kobiety. Lawirując między stolikami, myślał o tym, że jego celowi bardziej pasują rozpuszczone włosy. Teraz ciasno spięty kok skrywał blask kasztanu i mordował delikatną kędzierzawość. Fisher wiedział, że upatrzona przez niego dama lepiej się prezentuje w letniej sukience, a nie w tej sztywnej spódnicy i wykrochmalonej koszuli. Na moment zastanowił się, czy nie lepiej będzie posłuchać głosu rozsądku i obejść ją łukiem, kłaniając się tylko. Szybko jednak porzucił ten pomysł. W życiu zawodowym kierował się głównie rozumem. W życiu prywatnym rzadko korzystał z rozsądnych rad.

– To ty? – zadała głupie pytanie.

Pachniała perfumami. Gorące lato wyciskało zapach nawet z najbardziej zakamuflowanych porów skórnych.

– Jak widzisz. – Uśmiechnął się, błyskając białymi kłami zdobywcy.

Podeszli do stolika, który Fischer zajmował wcześniej. Kelner uprzątnął już pozostałości po flakach i wódce. Poznaniak kiwnął głową w stronę obera, dając do zrozumienia, że odwdzięczy się sutym napiwkiem.

– Napijesz się lemoniady? – zapytał.

– Chętnie.

Dał znać kelnerowi, który już dzierżył w dłoni dobrze schłodzoną butlę słodko-cierpkiego napoju.

– Coś zjesz?

– Na razie dziękuję. Upał straszny – odpowiedziała, uśmiechając się promiennie.

Kelner rozlał napój do zimnych szklanek.

– Mieszkasz teraz w Łodzi? Znaczy w Litzmannstadt? – zapytała.

– Niezupełnie. Po prostu prowadzę tutaj sprawę. Jestem tymczasowo. Zresztą po raz pierwszy. A ty?

– Bywam tu często, ale trudno powiedzieć, bym tu mieszkała. Pracuję w firmie chemicznej i często wyjeżdżam w delegacje. Stettin, Breslau, Dresden. Wszędzie po kilka albo kilkanaście dni. W Łodzi, to znaczy w Litzmannstadt, jestem krótko. Taka praca. Albo właściwie służba. Ale teoretycznie można uznać, że moim miejscem na ziemi jest Litzmannstadt. Tu mieszka mój syn.

Uprzedzając pytanie Fischera, szybko uzupełniła wypowiedź.

– A Herman jest teraz na froncie wschodnim. Powołali go po klęs… To znaczy powołali go, gdy nasze dzielne i niezwyciężone wojska przegrupowały siły pod Moskwą.

Na moment zapadła cisza.

– Jest bardzo dobrym chirurgiem miękkim.

Tę ostatnią wypowiedź Fischer uznał za idiotyczną.

– Do kiedy będziesz w Litzmannstadt?

– Do końca sierpnia na pewno. Potem na parę dni wyjadę do Breslau, ale na krótko – dodała tonem, który Fischer doskonale znał, a teraz wyczuł i zrozumiał zawarty w nim przekaz.

– Co za zbieg okoliczności. Ja też najpewniej będę w Litzmannstadt do końca sierpnia. A potem mam urlop. Nie mam planów. Może spędzę go tu, w mieście bez rzeki?

Uśmiechnęła się zalotnie. Po chwili powiedziała:

– Nie pytam o sprawę, którą prowadzisz.

– Ja też nie zadaję pytań o tę chemiczną firmę.

Uśmiechnęli się oboje.

– Muszę iść. Wpadłam tylko na chwilę, żeby ugasić pragnienie.

– Wieczorem będzie chłodniej.

Zrobiła minę, która wyrażała rozdarcie.

– Gdzie się zatrzymałeś?

– W Grand Hotelu. Jestem komisarzem kripo, a nie jakiejś państwowej policji sezonowego państewka.

– Postaram się być dziś wieczorem. Jeżeli mnie nie będzie, to przyjdę jutro.

Fischer znał ją dobrze. Był pewien, że przyjdzie dziś. Postanowił wypić jeszcze jedną stopkę wódki i pójść do hotelu. Musiał się zdrzemnąć. Wiedział, że w nocy nie pośpi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij