Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Wiersze zebrane - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
28 sierpnia 2026
94,90
9490 pkt
punktów Virtualo

Wiersze zebrane - ebook

Jerzy Kamil Weintraub był przyjacielem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, który dedykował mu wiersz Jesienny spacer poetów. Indywidualna stylistyka wierszy Weintrauba rozwijała się w cieniu choroby i w trakcie wojny – dojrzała w obliczu grozy śmierci i zniszczenia. To poezja pełna antytetycznych i melancholijnych napięć, co podkreślali już pierwsi recenzenci debiutanckiego tomu, m.in. Leo Lipski. Można w niej znaleźć i kontemplację pejzaży, i przeżywanie ekstazy, i chorobliwą gonitwę myśli. Poezja Weintrauba, odwołująca się do wielu rozmaitych tradycji (romantycznej, młodopolskiej czy metafizycznej), ma w sobie przede wszystkim aurę elegijności, z której pod koniec życia poety wyłoniły się tanatyczne widma.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Spis treści

Spis treści

PRÓBA POWROTU

Autobiografia

Sielanka w Zakopanem 11

Wspomnienia o Cecylii 13

Ballada 15

Rozmowa z Georgem Traklem 17

In memoriam 19

Autobiografia 21

Wspomnienie o Sergiuszu 25

Elegia nadwiślańska 26

Lato elegijne

I. Lato elegijne 29

I I. Dytyramb 30

I I I. Elegia słoneczna 31

I V. Wśród werand 32

V. Elegia monumentalna 33

V I. Elegia komandorska 34

V I I. Elegia dnia 35

V I I I. Dwugłos 36

I X. Elegia o Georgu Traklu 37

X. Elegia powrotu 39

Próba powrotu

Styczeń 1936 43

WROGI CZAS

O ptakach odlatujących

Dwie elegie 49

Ballada o Argonautach 51

Śmierć kochanków w morzu 53

O ptakach odlatujących 55

Pożegnanie poety 56

Dzieje wojny zwycięskiej

I. Dwie ojczyzny 61

I I. Poemat 62

I I I. Wiosna zwycięska 64

I V. Kołysanka wiosenna 66

V. Wróżby 67

V I. Powrót 68

V I I. Do cieni uchodzących 69

V I I I. Ballada o dzwonach melodyjnych 71

I X. Elegia bezpowrotna 73

X. Rozwaga 74

Żywiołom spętanym

Żywiołom spętanym 77

Sielska elegia 79

Mroczna elegia 81

Iliada 83

Inwokacja listopadowa 84

MASKI KRAJOBRAZU

Dzieje rzeźby 89

Spacer 91

O zgasłym dzieciństwie 93

*** (Spijały gorycz buków…) 95

*** (Wartką strunę potoku…) 96

Dzieje muzyczne zagłady 98

PŁOMIEŃ PACHNĄCY

*** (…usta spragnione, wargi spękane…) 103

*** (Tamtej jesieni niebo…) 104

*** (Spośród słów i portretów…) 105

Westchnienie 106

Kołysanka, która się nie kończy 107

Kołysanka morska 108

Pejzaż chiński 110

Pod tęczą przelotu 111

*** (Pod stromy strop granitowy…) 112

*** (Noc na wiatrach rozpięta…) 113

WIERSZE Z L AT 1932–1939

Groteska 117

Wieś jesienna 118

Kronika wypadków codziennych 119

To wszystko 121

Rozmowa wieczorna 122

Rozmowa w pierwszy dzień wiosny 123

Dni albo pejzaż karykaturalny 125

W sanatorium 126

Wiersz nerwów i samotności 127

Tęsknota 129

Paradoksy 130

Bajki o Afryce 131

List z Zakopanego 136

Wiersze o dzieciństwie 137

Poemat krakowski 140

Wiersz wielowymiarowy 144

Fikcje 146

Jesień milczenia 149

Rimbaudowi 151

Osierocona okaryna 152

List 154

Wspomnienie o Andrzeju Morsztynie 155

Przyjacielowi z dzieciństwa 156

Do przyjaciela-poety 158

To wszystko było tak dawno 159

Na śmierć przyjaciela 160

*** (Ciemna noc nad ogrodem…) 162

Przeszłość 163

Chandra 165

*** (Jeszcze się męczą godziny…) 167

*** (Nie rozwikłam sieci wspomnień…) 168

*** (Oddzieleni, przepływając jesienią…) 170

Fragment autobiografii 172

Przyjaciółce jesiennej 174

Milczenie 176

*** (Oto się z wolna zanurzasz…) 177

Groteska zimowa 178

Groteska o poetach jesiennych 179

Portret 180

*** (Będzie lepiej. Będzie piękniej…) 181

Dialog w czasie wiosny zwycięskiej 182

Towarzyszom snów 184

Groteska kuchenna 186

*** (Suche lato wachlarz zmierzchu…) 188

*** (Tu poszumy liryczne…) 190

Do ciemnych myśliwych 191

Wiersze o górskiej ciszy 193

Helsingør 194

Dania 1938 196

*** (Kiedy młodość usypia…) 197

Gorzka jesień 198

Poematy 200

Ciało 201

Dedykacja 202

Młodzieńcy 203

Kominek Dickensa 204

Samotność i dzieci 205

Poeta 207

Portret muzyka 209

PIEŚŃ I CHMURY

Odyseja 213

Pieśń i chmury 214

Gizela 215

Wstrzymany oddech 217

Wiosna 1940 219

*** (Była wiosna, kiedy księżyc…) 221

Elegia 223

NURT LISTOPADOWY

Pamięci pewnej sonaty 227

*** (Księżyc zlizywał miodu plastry…) 228

Chmury 230

Fałszywa mitologia 232

Mgła skarży się poecie 233

Gwiazdy 235

*** (Gdy ostatnie zakrwawią liście…) 237

WIERSZE Z ROKU 1940

Chorał wśród zgiełku 241

Śpiew pod łuną 254

*** (Myślałeś, że potrafisz zdmuchnąć…) 274

Do St. R. D.[obrowolskiego] albo

spływ nadwiślański 275

Warszawa 278

*** (Kiedyż wreszcie ustanie…) 279

Piosenka dla zapomnianych muz 280

Śmierć października 281

Śmierć Don Kichota 283

Beatrycze 285

Godła z tynku 288

WIERSZE Z ROKU 1941

Trzecia elegia pamięci Mateusza Prusaka 291

Do Maksyma Tanka albo list zimowy

o białoruskiej jesieni 294

Do Krzysztofa Baczyńskiego albo

elegia nocy zimowej 296

Dwa strumienie 298

Początek pieśni 299

Leningrad 301

Owczy ślad 303

*** (Posłuchaj, miły – gwiazdy nisko…) 304

*** (Chrabąszcz, czarnym skrzydłem…) 306

Po deszczu 308

Pożegnanie rzeki 309

Epitafium 311

Las 313

Wrzesień 315

Rzeka 316

Widzenie przedpotopowe 334

Jesień 41 335

Róże jesienne 337

Pożegnanie 339

Gawot 341

Śmierć dziecka 342

Romantyczność 343

Mumie 345

Elegia dziecięca 348

Przebudzenie legendy 352

Zimowe macierzyństwo 353

*** (Chciałbym pogadać z wami…) 355

Ballada rycerska 357

Ręka 359

Popiół 360

Wiersze grudniowe 361

Nienazwane albo Poetyczni 364

Las i człowiek 367

Dzieci i las 369

Muzyka 371

WIERSZE Z ROKU 1942

Tropy zimowe 375

Wiersze o sławie i milczeniu 384

Noc styczniowa 389

Portret 392

Kojec 393

Niepamięć 395

Tryptyk zimowy 397

Gorycz 400

Orfeusz w lesie 401

Wędrujące drzewa 408

Przedwiośnie 419

Pomnik 420

*** (Ciężkie jest słowo…) 421

*** (Ach, jak ogłusza to wszystko…) 422

*** (Pamiętam: właśnie wieczór…) 423

Do artysty 425

*** (Gwiazda zasiana nocą…) 426

Fragment dzieciństwa 1926 427

*** (Gdy się pochylam nad…) 429

*** (Mieczysławie, te ścieżki…) 431

*** (Rośniesz, nocy kamienna…) 432

Wiosna 1942 433

Nietoperze 434

Ballada 436

*** (Zamierzchły smutek, łowiąc…) 437

*** (Nie, to nie w tobie…) 438

Chłodny wieczór 439

Staruchy 440

Bitwa 441

Epilog 442

Krajobraz majowy 443

Pijane krasnoludki 445

List do przyjaciół 446

Domek błękitnej Maryny 447

*** (Ogarnąć ręką pośpiech…) 448

Opis wiosny widzianej z okna mego pokoju

w dniu 29 maja 449

Reprodukcje 451

Tęsknota za lasem 452

U okna 454

Spotkanie 455

Kurhany 458

Jesienny powrót poety 462

Stara piosenka 463

Droga przez noc 464

WIERSZE Z ROKU 1943

Elegia z drogi daremnej 497

Śpiew w ślepym zaułku 499

Jeżelim od was odszedł 501

O tych wierszach 502

Sprawozdanie wieczorne 503

Z nocy bezsennej 506

Świerszcz 508

Mgławica 509

Poświęcenie 510

Kołysanka podziemna 514

Elegia 516

Do muzy nocy 518

Apollo 519

Mijanie 521

Wyzwolenie 523

Szczątek marmuru 525

Ja, smutnej ziemi syn 527

Godziny obojętności 528

Klęska 532

Poeta 533

SAT YRY I FRASZKI

Apel 537

Balon 539

Ballada o P.P. 541

Ballada o Rzeczypospolitey Dywersyey z odwołaniem

do zacnego mistrza imci Franciszka Villona 543

Piosenka prowincjonalna 546

Ballada o przyjściu Mesjasza 548

O karze chłosty 551

Ballada o pierwszym aptekarzu abisyńskim 553

Wiersz o uczonych młodzieńcach 558

W epoce wąsów i łysiny 560

Łatwy życiorys 564

List liryczny do pana cenzora 567

Rozmowa 570

Pochwała wieszczów uczonych 572

Rozważania historyczne na temat rasy Rasa Kassy 574

Gwiazdka Pawełka Osełki 577

Ballada o studni w Pikutkowie 580

Dzieje polemiki 583

Fraszki-limeryki Rudyarda Kiplinga z wariacjami

i komentarzami tłumacza J.K. Weintrauba 584

Opowieść o karasiu-idealiście 586

Ballada o mojej niani 590

O pewnej skrybie 592

Odpowiedź 594

Modlitwa o utensylia 596

Na dyskusję o masonach 598

Panu Jerzemu P. do sztambucha 598

Na pewnego architekta 598

Marszałkowi Goeringowi do sztambucha 599

Maksyma 599

Na śpiewaka 599

Wizerunek 600

Na przyszłego führera 600

Z POEZJI ANGIELSKIEJ

William Shakespeare, Sonet X X X 603

, Sonet LV 604

, Sonet C X X X V I I 605

John Masefield, Piękno 606

Sacheverell Sitwell, Dwie pieśni 607

Wilfred Owen, Antyfona za poległą młodzież 1918 608

Rupert Brook, Śmierć 609

Z POEZJI NIEMIECKIEJ

Gottfried August Bürger, Sonet o ciszy i smutku 613

Johann Wolfgang Goethe, Król Olszyn 614

, Elegia marienbadzka 616

Klemens Brentano, *** (Rozdzwoniony, rozżalony…) 619

Ludwik Uhland, *** (Gdy Feb warownym otaczał…) 620

Wilhelm Klemm, Pieśń 621

Alfred Lichtenstein, Wieczorem 622

Heinrich Heine, Donna Klara 623

, Mitologia 628

, Przestroga 629

, Do poety politycznego 630

, Brunatny pluskwiak 631

, Ballada o filantropie 633

, Ośla elekcja 638

, Wspomnienie o Wilhelmie Wisieckim 642

, Doktryna 643

Rainer Maria Rilke, Ostatni wieczór 644

, Apolla tors archaiczny 645

, Dama przed lustrem 646

, Wczesny Apollo 647

, Bóg średniowiecza 648

, Chłopiec 649

, Karuzela 650

, Błękitne hortensje 652

, Portret 653

, Jednorożec 654

, Róg obfitości 655

, Wieczór 656

, *** (Już sok powraca…) 657

, Sad jabłkowy 658

, *** (Ten, który kocha…) 659

, Wyspa syren 660

, Stance zimowe 661

, Sonety do Orfeusza 663

Georg Trakl, Do siostry 684

, Bliskość śmierci 685

, Amen 686

, Wieczór zimowy 687

, Wieczór w Lans 688

, Gródek 689

, Jesień samotnika 690

, Wzdłuż 691

, Pieśń Kaspara Hausera 692

, Sen złego 694

, Popołudniem wyszeptane 695

, Pasja 696

, Wieczór 698

, Lato 699

, Elis 700

, Mały koncert 702

, Nocą 703

, Nocne przesłanie 704

, Pieśń nocna 705

, Przemiana 706

, Słońce 707

, Szczęśliwa jesień 708

, Szczury 709

, Uduchowiony zmierzch 710

, Uszczęśliwienie 711

, *** (Już przeminęło złoto dnia…) 712

, W ojczyźnie 713

, W opuszczonym pokoju 714

, W parku 715

, Zagłada 716

, Muza wieczorna 717

, Zima 718

, Nędza ludzka 719

, Romans nocny 721

, Burza wieczorna 722

, Muzyka w Mirabell 723

, Wieś w nocy 724

Christian Morgenstern, Szkapa 725

, Osły 727

, Kolano 728

, Wiatr 729

, Wielkie Lalula 730

Joachim Ringelnatz, Ofiara bilardu 731

, Dzieje mopsa – bajka Ezo-psa 732

, Catch as catch can 733

Kurt Tucholsky, Piosenka starogermańska 735

, Południe 737

Walter Mehring, Ballada o berlińskim panopticum 738

Erich Kästner, Głód jest uleczalny 740

Z POEZJI ROSYJSKIEJ

Aleksander Puszkin, Anczar 745

Michał Lermontow, Rycerz w niewoli 747

Fiodor Dostojewski, Spojrzenie bohaterskie 748

Fiodor Tiutczew, *** (Nad swą przeszłością…) 757

Afanasij A. Fet, Wieczór w stepie 758

Aleksander Błok, *** (Już przedwieczorna łuna…) 759

Borys Pasternak, *** (W ów dzień, w ów czas…) 760

, *** (Drżący fortepian pianę…) 761

, *** (Tu przeciągnął zagadki…) 762

, *** (Przez świt, południe…) 763

, Bałaszów 764

, O tych wierszach 766

, 6 stycznia 1919 roku 768

Władimir Benediktow, Popatrz 769

Sołomon Bart, *** (Przeminie lato, dni przebiegną…) 770

, *** (I znowu bredzi dal…) 771

Borys Popławski, Flagi 772

, *** (Obok życia jesień…) 774

, Paysage d’enfer 775

, Gwiezdne piekło 777

, Stoicyzm 778

, Czarna Madonna 780

, Róża śmierci 782

, Duch powietrza 784

, Duch muzyki 786

, Angélique 788

, Róże Graala 790

Z POEZJI BIAŁORUSKIEJ

Maksym Tank, Dziad i szczupak 795

, W Ponarach 797

, Ruja 798

, *** (Zasnęły strzechy, kopuły i lipy…) 800

, *** (Gęste paciorki wonną dłonią…) 801

, Początek ody 802

, Pod masztem 803

, *** (Dzwoni dzwon kół monotonny…) 804

, Wilno 805

, Odwoziły pociągi 807

POZOSTAŁE TŁUMACZENIA

Wergiliusz, Sielanka 811

, Opowieść Sylena 817

Li-Oey, Noc księżycowa nad morzem 822

Tschau-Jo-Su, Pejzaż nocny 823

Pe-Khiu, Obca 824

Thu-Fu, Poeci 825

Nota wydawnicza 827

Kategoria: Poezja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8442-085-0
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Autobiografia

Sielanka w Zakopanem

Dobry wieczór, pani Kaczorowska.

Przypłynął już dobry wieczór.

Zasnęły poczciwe zwierzęta, wtopione w puszystość mroku.

Szkarłatny grzebień koguta zastygł w bezruchu jak wieczność.

Srebrzysta puszystość kota mięciutka teraz jak spokój.

Zły pies, imieniem Almanzor, skłębił kudłatość w półkole.

I tylko białe owieczki płaczą cichutko po polach.

Gwiazdami drga błyszczącymi spokojny nieba granat.

Jest bardzo miło. Nie spada niczyja smutna gwiazda.

Więc pani Kaczorowska śpiewa zamglonym sopranem,

a z okien panny Cecylii rozbrzmiewa Jan Sebastian.

I jak tu, Boże, pogodzić dwie rzeczy brzmiące tak cudnie:

śpiew pani Kaczorowskiej i Sebastiana preludia?

U panny Eli i Anki jest cicho i jest pluszowo.

Przez okno można zobaczyć zastygłe oblicza z granitu,

płatkami gwiazd osypane.

I długo będzie bezsłowie,

dopóki panna Haneczka nie przyjdzie wierszy przeczytać.

A później będą się dziwić, że dziwna panna Haneczka,

że taka wielka poetka, a jeszcze takie dziecko.

Noc zakopiańska się wsłucha w dzwoniący północ zegar,

na ludzi w noc idących księżyc popatrzy ciekawie,

gwiazdy zadrgają srebrniutko i zakołyszą się drzewa,

powiedzą wszystkim dobranoc, na drogę pobłogosławią:

Dobranoc, pani Kaczorowska:

(…śpiewałaś dzisiaj tak cudnie…)

Dobranoc, Janie Sebastianie Bachu:

(…piękne są twoje preludia…)

3 listopada 1935–1936

Wspomnienia o Cecylii

1. Lato w połoninach

Zieloność oczu lśni pełniej niżeli zieleń traw

puszystych Połonin.

Wiatr: mały smutny człowiek na pagórkach jak na strunach gra

w krajobrazie górskim, widzialnym przez otulające oczy dłonie.

Malutkie słowa wypieszczone pluszową czerwienią warg

okrągleją i nikną w czyichś smutnych oczach,

zapatrzonych w południowy skwar

odpływających ku nocy.

A już

powrót zapachniał świerkami ukąpanymi w trawie,

rozstaniem dziwnych spojrzeń do szyb wilgotnych przylgnął.

Smutna i pełna Połonin kremowa fotografia:

małe palce otuliły oczy, by utonąć w twych włosach, Cecylio.

24 października 1935

2. Zakopiańskie przedwiośnie

Dziewczyna o modrych oczach, wtopiona w zimowy pejzaż,

głaszcze różową dłonią rozkołysane świerki.

Na niebie, zapatrzonym w śnieg puszysty i miękki,

słońce żółwiem złocistym pełza.

A ty, poeto w ciszę szumiącą wtulony,

myślisz barwy drgające i kontury wypukłe,

odpływające w dal sanki zmieniają się nagle w dzwonek,

a z lasu narasta pociąg i niebo dymem oplata.

Gdy czujesz, że zieleń zakwitnie wspomnieniem tamtego lata,

idź naprzód w biały horyzont i nie spoglądaj wstecz.

Ale nie można nie patrzeć, wieczny jest powrót i wiersz,

dawne zdarzenia wciąż kwitną. Liściem jesiennym nie uschną.

Ślę Ci,

daleka Cecylio,

wiązankę liliowych krokusów.

21 lutego 1936

Ballada

1. Olga

Jest wieczór bladozielony. W dali ktoś gra na fujarce.

Kontury gór ciemnoszare chmurami pachną wilgotnie.

Olga jest smutną dziewczyną i stoi samotnie w oknie.

Olga ma oczy głębokie i długie, białe palce.

Gwiazdy znikają w szarości jak w wodę rzucone kamienie.

Czernieją blade kontury. Umilka śpiewna fujarka.

Olga ma niebo w swych oczach i wilgoć nieba na wargach

i obraz świata przymglony zamyka w głębi swych źrenic.

2. Ktoś

Ktoś czuje w głębi niepokój. Siada przy oknie i pisze:

– księżyc elipsoidalną łysiną na niebie łyska,

– gwiazdy są dziś podobne przelatującym iskrom

niknącym właśnie w dzisiejszej bladozielonej ciszy.

Ktoś siedzi przy oknie i myśli. Nie może pisać już więcej.

I widzi w dali wieczoru Olgę przymgloną i smutną.

Płynie wieczorem samotna i w jego stronę nie patrzy.

I tylko widać z daleka jej chude, białe ręce.

3. Ja albo postscriptum

Nie mogłem pisać tej nocy. Noc była pięknie bolesna.

Niepokój wezbrał jak pełnia. I nawet zasnąć nie mogłem.

Nie wiem, jak to się stało, że wymyśliłem Olgę,

Olgę przymgloną i smutną: dziewczynę, której nie znam.

Rozmowa z Georgem Traklem

Jeżeli patrzą w ciemność twoje wielkie oczy,

jeśli ciszę zajazdu nazwałeś milczeniem,

to znak, że się schyliło wyniosłe czoło nocy

ku oknu, jak ku kabinie okrętu,

którym morzem wieczoru płyniemy

w przestrzeń horyzontem z czterech stron zamkniętą.

Jeśli milczenie, co drażni jak nieskończony wiersz,

zdało się nagle dzisiaj lepkim jeziorem bez dna,

i jeśli wymówiłem niewymawiane smutne słowo: … – Boże… –

to znak,

że płyniemy w śmierć,

że trzeba smutną twarzą poza siebie spojrzeć.

To dziwne, żem taki młody, a często patrzę za siebie.

Ludzie o jasnych oczach i o wyraźnych twarzach

mówią, że trzeba żyć i patrzeć prościej –

– i odnalazłem siebie w jesiennym smutnym drzewie:

ja też rozkwitłem buntem, a więdnę samotnością.

To się zdarza.

Bolesna ma bezradność i wiedza, że nic nie wiem…

Milczenie, które przyszło, plecy w łuk smutku zgięło

i przesłoniło oczy, i przybliżyło dno…

O! – gdyby nie być z tobą, nie patrzeć w siebie, w ciebie,

zapomnieć ciszę, siebie, zapomnieć ciebie, Georg,

zamknięte drzwi zostawić

i spojrzeć twardo w noc!

In memoriam

1

Łamliwe liście w zasuszonym wieńcu lat.

Szelest opadłych dni szkarłatnych listopadów.

Gdzieś płynął płową falą szumiący las.

Z gór zjeżdżały wesołe wozy.

Na dół.

Niezgłębione jest trawy puszyste morze.

Zmierzch wtulony w horyzont drgającą purpurą.

Wieczorami szare chmury rosły.

Szli pomału najdziwniejsi chłopcy.

W górę.

914. Nad szczytami pełnia.

Tylko płynął krajobrazem jazgot.

Szli pomału chłopcy w zielonych hełmach.

Trwogę oczom powierzali. Oczy

gwiazdom.

2

Szumią liście. Chociaż wiosna w bzie liliowym,

wciąż jesiennie szumi rdzawy cmentarz

jak wtedy w dziewięćset czternastym.

Tak dawno umarł Georg.

W liście zaschnięte

wiosna krwią napłynęła.

Nie zaschły.

Autobiografia

1

Jesieni zielonożółtej żołnierski płaszcz

okrył chwałą i ciszą

ten cmentarz poległych.

A ty, towarzyszu,

posągowo trwasz,

cedząc słowa jak twe oczy krwią nabiegłe.

Mówisz młodość, purpurę i bunt,

słowa zniczem na wietrze palisz

(…to było w dziewięćset piątym…)

A w dali

szkarłatnymi pąkami łun

pękają horyzonty.

A wyżej

w jesienny rdzawy łan

słowami wskrzeszasz wojnę –

– dostojnie

księżyca srebrny tank

ostrzeliwuje krzyże:

– tam ruda pleśń,

wspomnienie niepotrzebnej śmierci.

Drzewa spowite w jesień.

W zielonożółte płaszcze żołnierskie.

2

Teraz to tylko żółta jesień,

a wtedy czerwony październik.

Słuchaj sielanki – ptasich pieśni

rozpływających się w czerni.

Stój na cmentarzu, groźny pomnik,

wpatrzony w bladą wieś

– nie starczy barw wspomnieniom wspomnień

już przetopionych w pleśń –

w krzyże, na których nie ma nazwisk –

w żółtej jesieni beznadziejność.

W dali łopocą drzewa chwiejne.

N i k t n i e p o w r a c a z p a s t w i s k.

3

Jestem od ciebie daleko i blisko.

Księżyc też pewno kąpie się w Newie

jak w moim dawnym dzieciństwie,

o którym nic nie wiem.

Teraz

sosny zieloną falangą

podpływające pod okno,

dale przeszywa dziki klangor

w samotność.

Dawniej

pręgi świateł u okien,

mosty rozpięte nad Wisłą,

bombardujące kroki

w przyszłość.

Teraz

powrócił we wspomnieniach

cmentarz wśród żółtej jesieni,

drzewa w milknącym powiewie

i ty, towarzyszu, którego już nie mam.

Wiem.

Nie wolno patrzeć w siebie

i na godzinach zapatrzeń

rozpięty jak na krzyżu.

Inny dzień nadszedł.

Spojrzeniem szerzej,

wyżej.

Wzburzona płynie fala

(to nie sosny łopoczące u okien),

to alarm,

to coraz bliższe przybierające kroki.

Nie wolno patrzeć w siebie,

gdy

w dźwięku godzin przetapiających noc w dzień

nie wykwita rozpaczliwy rozdźwięk,

lecz coraz wyraźniej słychać

s z u m

n a d p ł y w a j ą c y c h

d n i.

8 marca 1935

Wspomnienie o Sergiuszu

– Nie płyń, ojcze, ojcze – wołali – nie płyń…

Patrzysz w ciszę ubiegłych lat:

miękkie drzewa oddechem ciepłym

w zmierzch odjazdu otuliły sad.

Czas zapatrzeń barką zmierzchu odpływa,

w ciemnej wodzie godzinami pluszcze.

Żółte krzyże łopocą w wieńcu płotów krzywych

na cmentarzu poległych.

Sergiuszu…

Czas wspomnienia wicher iskry rozpalił,

las pożółkły drga cieniem jelenia.

I nadpływa dziewczyna. Grób leutnanta Hansena

co dzień zmierzchem obrzuca dzwoneczkami konwalii.

Oto patrzysz w grób twojego ojca

i tak patrzysz, jakbyś wołał: – nie płyń…

( – miękkie drzewa oddechem ciepłym

błogosławią trawy szumiące – )

To już dawno. Teraz cicha pieśń

wśród wsi żółtej i wśród godzin pluszcze –

a ty wznosisz, towarzyszu Sergiuszu,

nad krzyżami zaciśniętą pięść.

1937

Elegia nadwiślańska

Wiatr nadrzeczny wtopiony w pluszczące przedwiośnie.

Rude płoty spowite w miękki, bury mech.

Za mało czas przysypał wspomnienie młodości,

że jeszcze sam odpływasz zdumionym spojrzeniem.

Tak dawno patrzaliśmy, jak spływała krew

po żółtych liściach kruchych szesnastej jesieni.

Pamiętam to przedwiośnie: zawieszone nisko

szare ptaki płynęły gęstym popołudniem.

Lśniące pąki o świcie w zmierzch pluszczący gasły.

Teraz także berlinki odpływają Wisłą

i wiatr z rzeki wypełza, w rudych płotach dudni

i sypie w żółte słońce nadwiślański piasek.

Może kiedyś powrócisz w ulice młodości,

Posłuchaj: czarne żwiry pod stopą szeleszczą,

popatrz: to inna Wisła, cicha i wyblakła.

Nie wracaj, przyjacielu, w szesnaste przedwiośnie.

Nie szukaj, jak ja szukam. Oto moja przeszłość

jest tym, czym dla przechodnia zdarty z muru plakat.

24 maja 1936Lato elegijne

I. Lato elegijne

Obłokami zieleni las szumiący wzbiera.

Ty, wśród żółtej lśniąc drogi, modrą szarfą nieba

przez piersi owinięta wypukłe i ciepłe,

przepływasz latem sosen w suchym wieńcu werand.

To inne idzie lato. Lato młodych sosen.

Rok temu – strumień trawy w szumnych Połoninach

i księżyc nad Dunajcem w srebrnym plusku wioseł.

A dzisiaj inne lato.

I ty jesteś inna.

Kto wskaże w te sosnowe strofy uwikłanym

i w dławiącą jak strofa przestrzeń samotności

prostszą drogę?

A z dala szary księżyc rośnie,

by spłynąć w plusku sosen na smutne altany.

II. Dytyramb

_Du aber bist der Baum._

Rainer Maria Rilke

Złóż rękę smagłą na ciepłej ziemi

drgającym pulsie.

W szumiący sosen ciemną zielenią

krajobraz wtul się.

Bądź ciemną sosną ocieniającą

sześciany altan,

patrz, jak dziewczyny śpiewają w słońcu

złocistym altem.

Bądź ciemną sosną i ponad ogród

piętrz się wysoko,

kędy oplata najczystszą modrość

spokój obłoków.

Bądź ciemną sosną. Niebem się otul

najbłękitniejszym.

Aż tryśniesz gęstą, słodką i złotą

żywicą wierszy.

1936

III. Elegia słoneczna

_Herr: es ist Zeit. Der Sommer war sehr gross.
Leg deinen Schatten auf die Sonnenuhren._

Rainer Maria Rilke

Oto nasze pustkowie i bolesna wiosna:

nocą w piasku srebrnieją szeleszczące gwiazdy,

szary żagiel księżyca, płynąc w dal, łopocze.

Szumią sine akacje. Pluszczą rude wiosła.

Majaczą w czerni – sosen rozszumiane maszty.

Oto nasze pustkowie w najdziwniejsze noce.

O, jak dziwnie boleśnie płynąć w szumną pełnię,

w przypływy gęstej wiosny, w bliski odpływ lata:

niebo bielą obłoków srebrzyście się zwełni

w pajęczynie poranków i babiego lata…

Dziś lato. Trzeba tylko, abyś dłoń swą śniadą

położył w czas południa na słoneczny zegar

płaskim kręgiem w błękitną przestrzeń zanurzony.

Dokoła drżącą siecią promienie się kładą

i strumyk, błyszcząc w słońcu, przez drogę przebiega.

Ty

dłonią śniadą

budzisz lato w słonecznym zegarze uśpione.

IV. Wśród werand

Zatrzymaj się i dłoń swą znad spojrzenia unieś.

Czy zawsze smutek sosen jest jak smutek spojrzeń?

Przyjaciółko – patrz prościej, słoneczniej i modrzej,

miast więdnąć pośród werand, gdzie kwitną petunie.

Dziś latem nie odpłyniesz. Labirynt ogrodu

rozwikłał się i w drogi szumiące uprościł.

Oto niosę ci w dłoniach kwitnących miłością

znalezioną wśród sosen twą zgubioną młodość.

V. Elegia monumentalna

To słońce, rozsypane w żółty suchy piasek,

szeleści pod stopami na gorących drogach.

To trawy kołyszące zielonawą jasność

opływają werandy południem bezszumnym.

Spłynął wiatr w ciepłe liście. I jasność się wzmogła.

O, wichrze metamorfoz otulony lasem!

O, drzewa przetopione w doryckie kolumny!

Spłynął wiatr w dróg dalekość. I blaski zagasły.

Przyjacielu, to szelest przerzucanych kartek,

mądre oczy wtopione w białą perspektywę,

w cieniu altan szumiących regularny profil:

oto pejzaż daleki skamieniał i zmartwiał,

las przestrzeni do ziemi horyzontem przywarł,

jak zamarły wiersz spięty w dwie zastygłe strofy.

VI. Elegia komandorska

Komandorze, ta płaska weranda to pokład

okrętu, którym płyniesz w ciemne morze sosen.

Tu przyćmioną czerwienią zakwitają okna

w wieczorze, który tonie w ciemnym morzu sosen.

Na górze lśniące gwiazdy. Białe kwiaty kajut

wysmukły wiatr kołysze w najcieplejszych dłoniach.

Gdy tragiczne okręty w dali się mijają,

na burtach w mrok spowitych kwitną pelargonie.

Komandorze, przepływasz swe szumiące lata,

bezradnie uwikłany w ciemny czas i przestrzeń.

Na próżno wypatrywać? Dalekie pustkowie

nie zakwitnie wśród mroku światłem morskich latarń?

Fale okręt kołyszą. Płyniesz bezszelestnie.

Komandorze! – złą ciszą wypieszczone dłonie,

otulone spokojem stopisz w biały marmur.

Bunt wybuchnie o świcie rdzawą różą wschodu:

pokąd wieźć nam okrętem w samotność zamarłą

pośród płaskich pokładów swą tragiczną młodość?

VII. Elegia dnia

Nie nam pługiem złocistym wśród obłoków orka,

radość wozów płynących po puszystym stoku.

– W samotności pochmurnej budujemy spokój.

– W młodych piersiach nam więzić uskrzydlony orkan.

O, sosnowe pustkowie, melancholio werand,

zmierzchy podpływające młodych sosen wonią.

– Jak chłodzić w chłodnym mroku zanurzonym dłoniom

gorące młode czoła spowite w niepokój?

Jak stłumić bunt i burzę, która w głębi wzbiera?

Są tylko w ciemnej ciszy więdnące pytania.

Są ćmy tonące z nagła w zgęstniałym powietrzu.

Codziennie w mrocznych chmurach księżyc noc wydzwania.

Odpływa w czas umarły – elegijny wieczór.

VIII. Dwugłos

I. Codziennie błękitnieje słoneczny widnokrąg

i pośród ciemnych sosen płyną żółte drogi.

Przez przeszłość, cmentarz wspomnień i więdnących mogił

przepływa mój samotny, skołatany okręt.

II. Nie patrz wstecz, komandorze. Spojrzenie jak żagiel

rozwiń w przestrzeń szumiącą, w czas nadpływający.

Patrz – południe minęło. Zachodzące słońce

spowija horyzonty w purpurową flagę.

Spójrz – zmierzch z dali nadpływa, szeleszcząc. Żywicą

pachną ręce brązowe, werandy i drzewa.

Przestrzeń pluszcze u brzegu wieczornego nieba

na przekór uwikłanym w gałęzie księżycom.

III. Już dobrze. W rękach tulisz dłonie najcieplejsze.

Wpływasz jasnym spojrzeniem w ukochane oczy.

(Miłość, głębia milczenia, jasny granat nocy.

Szumią sine akacje. Świerszcze szepczą wiersze).

IX. Elegia o Georgu Traklu

_Gekeltert ist der Wein, die milde Stille
Erfüllt von leiser Antwort dunkler Fragen._

Georg Trakl

Są sosny szumiące wokoło i werand płaskie pokłady.

O zmroku znużonym czołom zakwita gwiazda srebrzysta.

To zmierzchającej młodości najspokojniejsza lśni przystań.

To dnie umarłe w przeszłości płatkami smutku opadłe.

Nie nam już nieba młodości srebrzystym o zmierzchu zniczem,

gwiazd jasnym pękiem, księżycem strzeliście zakwitające,

dla nas są słowa jak światła, w wargach spękanych gasnące,

i czas sypiący się z wolna ziarnami minut w klepsydrze.

Dla nas są mroczne ogrody i rdzawe domki, co ponad

dróg labiryntem się piętrzą, w jesienny wieczór wplecionym,

okna w win szkarłat spowite i ciemne, głębokie salony,

gdzie czarny fortepian: grobowiec niedokończonych sonat.

Za oknem jesienna pełnia i jabłek czerwonych połysk,

twarze jak jabłka czerwone, kosze jak stawy głębokie.

A tobie, Georg, się marzą odpływające w dal kroki,

spod powiek zmęczonych kochanków wypełzające anioły.

Po cóż w spokojnym pejzażu, w jesiennej, czerwonej pełni,

gdzie budowałeś spokój o zmierzchu ciemnej młodości,

gdzie noc błogosławił srebrzyście księżyca blask w dalekościach,

spowite w błyski bagnety wśród zielonawych lśnią hełmów?

Teraz już spokój. Wśród sosen werandy zastygłe i ciche.

Zmęczone zasnęły już dłonie. Opadły ciężkie powieki.

Zbudził mnie, sypiąc mi w oczy liśćmi wspomnień z dalekich

cmentarzy jesiennych, płynący – w noc – elegijny wicher.

X. Elegia powrotu

Drżą sosny w księżycowym sierpie.

Przemija srebrniejąca noc.

I w czasu nieuchwytne dno

opada dniami późny sierpień.

I tylko cisza dziwnie bliska

płynie sosnami w modry świt.

I tylko słońce blado lśni

na nierozkwitłych wrzosowiskach.

Przeminie dzień, a blade wrzosy

przetopią bladość swą w liliowość.

A zmierzchem powrót. Księżyc rośnie.

Kołyszesz w wargach ciepłe słowa.

Zanurzasz miękkie, białe dłonie

we wrzosy sypkie i liliowe.

Spojrzeniem w szumnym mroku płoniesz,

kołysząc w wargach ciepłe słowa.

Za oknem w białe dzwonki gwiazd

ostatni wieczór cicho dzwoni.

I nieustannie, nieuchronnie

sypią się wrzosy. Sypki czas.

I jak tu żegnać cię spokojnie?

Ciemny niepokój w głębi wzbiera.

Coraz boleśniej w wieńcu werand.

Opada dniami późny sierpień.

1936Próba powrotu

Styczeń 1936

W dawnym mieście, najeżonym kolcami wież,

w oberży „Pod Rezedą”, w najczerwieńszej z altan

pulchna Grätchen śpiewała rozdzwonionym altem,

a poeta przy winie pisał dziwny wiersz.

Wtedy zgodnie dzwoniły gotyckie zegary

płynące w srebrnych czółnach bezmiarami nocy.

A flety rozedrgane w najpłynniejszej arii

błogosławił sam Wolfgang Amadeus Mozart.

A dzisiaj, przyjacielu, próżno rekwizyty

chcemy wskrzeszać, przetapiać w śpiewną rzeczywistość.

Próżno gwiazd poszukiwać w tamte niebo wbitych,

w zapachach przewiązanych wstążeczkami listów.

Niepokój nie pozwala spojrzeć się za siebie.

W siebie nam nie pozwala patrzeć srebrny strach.

I tylko płynie ciężko po zimowym niebie

księżyc jak zagubiona i samotna kra.

Widzisz teraz, jak ciężko labiryntem dni

uwikłanym w samotność pośród fikcji płynąć.

Dlatego to zamknięcie i dlatego łzy,

i dlatego powroty w czas, który odpłynął.

Oto wracasz w klasyczną regularność strof,

patrzysz w zmierzchy sielanek w średniowiecznym mieście:

– w dali arie Mozarta w pianissimach mrą,

a w czerwonych altanach milkną stare pieśni.

Już jestem, przyjacielu, w rzeczywistym styczniu.

Wszystko jest już konkretne. Oto jesteś ty.

Odpłynęła jak stary statek romantyczność.

Płyniemy w inną stronę. W przyszłość. W wzbierające dni.O ptakach odlatujących

Dwie elegie

Pamięci żeglarzy samotnych

I

Ostry wiatr nad wodami i żagiel napięty.

Ciężko dłoniom znużonym u steru i lutni.

I samotnie żeglarzom. A wówczas najsmutniej,

gdy obok przepływają słoneczne okręty.

Tam młodość, płomień płynny, jasne czoła wieńczy

i miłość, blask zwycięski, w hardych oczach kwitnie.

Ale ciemność nadciąga i choć tak błękitnie,

polegną najsamotniej waleczni młodzieńcy.

Wtedy znowu zaszumią słoneczne przypływy

i walecznych młodzieńców zastęp wpłynie liczny.

I samotnie żeglarzom, patrząc w kres tragiczny:

pieśń rozbita o skały i patos kłamliwy.

II

Życie, słowa bezbronne, więdnące zdarzenia,

zbliżenia, oddalenia kochających dłoni.

Szumna przeszłość narasta, sen zmierzchami dzwoni,

a marzące spojrzenia przyszłość rozpłomienia.

W oknach błękit rozpięty i ciche jutrzenki

w szelest liści zaklęte i oddech przestrzeni.

Ale mija południe, pełzną smugi cieni,

dźwięczna przyszłość umiera jak pożegnań dźwięki.

I jest spokój, co gwiazdą u czół bladych świeci,

pogodna melancholia, czułych spojrzeń zmierzchy.

I patrzą poza siebie w szlak dni, które przeszły.

I dumnie umierają samotni poeci.

Ballada o Argonautach

Adolfowi Sowińskiemu

Odpływa nawa lekka o łabędzim kształcie.

Antycznym zamyśleniom wiatr łagodny sprzyja.

Z wybrzeży starej ziemi, gdzie wszystko przemija,

pozdrawiam was i żegnam, mężni Argonauci.

Nad morskim widnokręgiem łuna rośnie rdzawa,

blask płynie w białe żagle, a spokój w spojrzenia.

Już nieba łuk łagodny cichy zmierzch ocienia.

Wstępuje w noc bezmierną najsmuklejsza nawa.

Białym żaglom napiętym jak dni, które idą,

szepczę słowa przyjazne o wiatr i o ciszę.

Dopóki fali modrej czuły szelest słyszę,

niech płynie szumna młodość ku srebrnym Kolchidom.

Choć burze dźwięczą głośniej od czułej tęsknoty,

co dzwoni w noc bezmierną wśród szumiących żagli,

jest wiatr, co ku wybrzeżom srebrniejącym nagli,

i wieści, dobry zwiastun, radosne powroty.

Morze, życie burzliwe, ciemne fale zdarzeń,

przeszłość na dnie szumiąca, przyszłość nawą płynie.

Piękniej w niebo spoglądać niż w morskiej głębinie

szukać oczu zmęczonych, o, dzielni żeglarze.

Czas, znużenie podobne najzdradliwszym rafom.

Ulegnie nawa lekka o łabędzim kształcie?

Szumi srebrna Kolchida. Płyną Argonauci.

U brzegów starej ziemi sypię cenotafium.

Śmierć kochanków w morzu

Sen nasz wkołyszmy wśród zamarłych głębi

w krainę cieni. O, wieczorna gwiazdo!

W wieczność wtopieni, w szum, co fale kłębi,

spłyńmy w demonów zagubione miasto.

Wtedy samotność zamknie nam powieki,

a cisza spokój w szumny bezmiar wśpiewa.

Za oknem tylko szelest ryb daleki

i wiatr owiewa koralowe drzewa.

Gdy dusza morza czule szeptać jęła

zbłąkanym łodziom, wtedy wiatr zajęczy

jak zwiastun pustyń wodnych, gdzie ocean

spienione fale w wód wierzchołki piętrzy.

Tam wąwozami suną kormorany,

w morskich parowach skrzydlate wędrowce.

Wiatr gna po falach szczątkami strzaskanych

okrętów ciemnych na szumne manowce.

O, marynarze, drżą spróchniałe reje.

Szkielety białe prąd gorący gna.

Patrzą w głębiny rozszumiane dzieje,

słuchają szumu, lecz nie widzą dna.

A prąd gorący, jasny szelest fali

przepływa z pluskiem u niepewnych burt.

Jeszcze się chwieje, broni, lecz w oddali

wchłania go w otchłań nieskończony nurt.

Morze jak pająk zamknie usta sine.

Jeszcze połyska. A horyzont drży

jak orle skrzydło, które znad cieśniny

płynie samotnie w zmierzchu modrej mgły.

(z Georga Heyma)

O ptakach odlatujących

Ciemne ptaki odlatują znad jezior. W skrzydłach nieba rozpaczliwy łopot.

Białe domki chwieją się na zboczu. W żółte liście napływa rdza.

Zamyślenie, smutku rozszumiany! Nad jeziorem elegijna mgła.

Czyjeś oczy pośród okien zagasły. Chwiejne trzciny kołysze listopad.

Wtedy deszcz, może srebrny, może szumny. Wtedy wiatr zamyślenia twe owiał.

Tyle ciszy, co smutku w jesieni, kiedy więdną światełka lamp.

Tylko świerki dzwonią u okien. Tylko płyniesz bezsenny i sam,

srebrną smugą spojrzeń bezszelestnych w wiatrem śpiewne, bezdrzewne pustkowia.

Ranem niebo przelewa się w oknach. Szumisz senny jak jesienny jesion.

W krajobrazie spojrzeniami znaczysz w ciszę bliską zanurzony szlak.

Smugą smutku na niebie ciemniejąc, żegna ciebie zabłąkany ptak.

Potem cisza. Potem dni. Potem lata. Ciemne ptaki odleciały znad jezior.

Pożegnanie poety

1

Mądre wino zachodu w przygodnej oberży,

gdzie czerwona winorośl za oknami dzwoni,

a drzewa w plon obfite najszkarłatniej płoną.

I tak samo jak wtedy w szumie twoich wierszy

widzę jasny nieboskłon, a w twej wąskiej dłoni

matowieją bezradnie żółte liście klonu.

Może cisza jest bliższa, bo słowa jak liście

łagodny wiatr rozsypie po rozstajnych drogach,

gdzie u skraju wrzos blady liliowo rozkwita.

Kiedy w szklance twe wino płonie uroczyście,

w altanach zanurzonych w purpurowych głogach,

zakwitają nieśmiało złote dźwięki gitar.

2

Takim właśnie cię widzę, dziś, po latach wielu,

daleko poza nami mosty mgieł nad wodą

i spokój, który z wolna w miękkość słów się wtopił.

Wiatr rozegnał obłoki, drogi przyjacielu,

a tej pięknej jesieni pod modrą pogodą

sypie ci się na włosy zmierzchu siwy popiół.

Nie mogę milczeć z tobą. Inne słysząc szumy,

płoną ręce z płomieni pod żaglami zdarzeń,

gdy mijam, niespokojny, lądy, które dzwonią.

A kiedy widzę z dala krainę zadumy,

kędy spokój jesienny spowił ciche twarze,

pozdrawiasz mnie z daleka twoją wąską dłonią.Dzieje wojny zwycięskiej

Poemat zdarzeń zastygłych

I. Dwie ojczyzny

Ojczyzno brzóz rozełkanych wśród dróg rozpaczliwych i ciemnych,

wiatr jeno echa twe niesie ku lasom powiędłym i stepom.

Żegluje wśród raf, wśród traw suchych łagodny przypływ wiosenny

i ciepłą wiosną owiewa jesienne stepowe epos.

W głębokich okien samotność napływasz, światła pożoga,

i nagle płoną twe ręce i oczy z ostrego szafiru.

Niepokój w drzewa wplątany i wiatr konający na drogach

zatopi zmierzchu łagodność jak rozszumiany labirynt.

Więc brzozy łkające za oknem i noc bezbronna na wietrze,

nieutulone, samotne świt miękką ręką ukoi.

A tutaj kwitną płomienie i ponad czas, ponad przestrzeń

płyniemy pełni miłości, żeglarze jasnych pokoi.

Ojczyzno brzóz rozełkanych, ojczyzno snów skołatanych,

kraino ciemna, posępna słów, co na wietrze zagasną.

Oto odchodzę już od was. Wiatrem pomyślnym zagnany,

okręt w przystani twych ramion zapłonąć pragnę i zasnąć.

II. Poemat

1

Drogi wiodące donikąd, ptaki lecące nad snami,

niebo bez steru i wioseł podąża w przestrzeń zagłady:

tam rozpacz, drzewa skarlałe, spojrzenia martwe jak kamień

spadają w studnię bezdenną dni rozpaczliwych i bladych.

Lecz wierząc w światłość zbawienia, ręce na wietrze łopocą.

Kołuje czas bezustanny, krwawiąc minuty o ciernie.

I szepczą wargi spękane:

– Wybaw nas, Panie, od nocy,

od mąk szumiących bezmiernie wśród ciszy, czasu i czerni.

Takie dzwoniły mi jęki wśród wysp tragicznych i ciemnych,

gdzie kiedy gaśnie zmęczenie, zakwita gorzko nienawiść,

gdy orkan z nagła wybuchnął w czasy przypływów wiosennych

i zamknął dni skołatane płonącą kratą błyskawic.

2

I nagle cisza nieznana. Głęboki oddech przestrzeni.

Tu spokój rozkwitł miłością, a miłość kwitnie spokojem.

Więc noce błogosławione, gdy cienie płyną strumieniem,

by ciała zwycięskie, lecz czujne, falami chłodu ukoić.

A wtedy w drzewach najczulszych puszyste ptaki uśpione

i kołysanki dzwoniące nad nocą ciepłą jak ciało.

A wtedy wiatr wśród ogrodów, by jeszcze piękniej szumiało,

wtedy kiełkują płomienie, by najstrzeliściej zapłonąć.

Nad szeptem warg miłujących błogosławiony niepokój.

I łuk miłości jaśnieje, a słodka światłość powiekom.

Żeglugo ciał niestrudzonych! – Wyspy tragiczne daleko.

Świt wybrzeżami srebrnieje u kresu nocy i mroku.

III. Wiosna zwycięska

Czas księżyca, jak ognisty globus, w noc płomienną horyzontem spływa.

Nienawistne, zaciekłe fregaty wśród mórz ciemnych walczą pierś o pierś.

– A gdy dłonie na dno opadną, dogoreje samotna pieśń

i odpłyniesz w ciszę, poeto, zagubiony w lirycznych przypływach.

Nie masz ciszy dłoniom, co płoną, kiedy w górze dzwony z płomieni,

kiedy czasy, konie spienione, gnają wściekle iskrami w mrok.

– Wtedy ginie pełzające plemię, wtedy płazy stratowane mrą,

a nad niemi kwitną triumfalnie rozżagwione wieńce czerwieni.

Trzeba wreszcie dłonie uskrzydlić i odtrącić skołatany żagiel,

a ster ciszy i wiosła znużenia strzaskać w mroku o skalisty brzeg!

– Nie przystoi heroicznym bardom płacz nad czasem, który w prochu legł,

kiedy niebo błogosławi łuną niepokoju purpurową żagiew.

Kocham ciebie, mój dumny poeto, gdy opuszczasz twe samotne brzegi,

aby pieśni płomiennych strzelistość wtopić z nagła w buntowniczy chór.

– Cóż, że w dali różnobarwne ptaki sypią w przepaść marmurowych urn,

w błogiej ciszy, którą opuściłeś, jak śnieg siwy, popiół elegii?

Inny kolor ciału twemu bliższy, gdy się skradasz wrogo i podstępnie.

Oto płonie epos bohaterskie nad szczątkami umarłych gwiazd.

– Mocne dłonie wybuchają wiosną ponad ciszę i zdeptany czas

i szumiącą, płynną tajemnicą krew pulsuje w labiryntach tętnic.

IV. Kołysanka wiosenna

Żółty księżyc u okien klęka.

Noc jest dobra, puszysta i ciepła.

Nie patrz w czas, który minął, maleńka.

Nie płacz.

Sypie sen puch obłoków na oczy.

Coraz piękniej, srebrzyściej i jaśniej.

Wśród pościeli złoty strumień warkoczy.

Zaśnij.

Płatki ciszy na twe piersi spadną,

choć meteor granat nieba przeciął,

gdy sen splatasz palców delikatną

siecią.

Przebudzenie kołysze drzewami.

Czas miłości za oknami rozkwitł:

to świt kwitnie różowo kwiatami

brzoskwiń.

V. Wróżby

Ciemne dni, przyjaciółko. Posągom z marmuru

zimny wiatr blade czoła siecią smug nachmurza.

W mgieł i smutku horyzont czarna płynie burza.

Po niebie krążą chmury i ptaki augurów.

Wróżbitom niestrudzonym więdną dłonie. Któżby

spojrzeniem bystrym ptaki wśród chmur tropił ciemnych?

Lecz zbyt słaba, by pojąć orkan dni wiosennych,

niepokój twego serca w mroczne wtapiasz wróżby.

Nie z wróżb poznać, lecz z dłoni i oczu zmęczonych

smugę smutku, co ciało samotne oplata.

W odpływ wiosny zwycięskiej, w rdzawy pożar lata

patrzą drzewa spokojne, mądre szumiąc plony.

Dlatego próżno patrzeć, co na niebie wróżą

chmury ciemne i ptaki nad dumne kopuły.

I na czoło twe wiersze pocałunkiem czułym,

zbyt bliskie zapatrzeniom, zbyt dalekie burzom.

VI. Powrót

Dokąd wiedziesz, żeglarzu, najzwiewniejszą z flotyll,

dal mierząc wzrokiem dumnym pod gwiazdą polarną?

Wiatr uniesień twe ciało płomieniem ogarnął.

Dzień kona jak bezradnie łopocący motyl.

To dobrze, mój zwycięski. Czas przepłynie obok,

by z męki nieb bezdennych jasna pieśń wyrosła.

Wtedy, wierna kochanko, wiersze pobłogosław,

i jak świt tuli czule najróżowszy obłok,

utul czoło zmęczone, by odeszła troska.

Wówczas, zwiewna flotyllo, dawny ląd pożegnasz,

a oczu ostry szafir jak głąb oceanu

powita, chyląc głowę snami skołataną

ku tobie, najjaśniejsza, najszczęśliwszy żeglarz.

VII. Do cieni uchodzących

1

Przestrzeni zdarzeń odległych, strofą ogarnąć cię jaką?

Znowu powrót, nurt smutku, szpalerem rdzawych brzóz.

W ciemności coraz to większej świateł gasnący plusk.

Zbyt wiele, zbyt wiele wspomnień wywiodłeś z ciemnych katakumb.

Choć one żarzą się jeszcze, czas gasi je ciemną krepą.

Błyskawic daleki łoskot i chmury cwałują górą.

Bolesny na gruzach mroku, milczenia budujesz mur,

niepomny na zgiełki dokoła.

Rwą się wędzidła spienionych epok.

Daremnie wołasz.

2

I oto nie zaprzeczasz zastygłemu dziełu.

A w dumnym oddaleniu lutnia sny potrąca.

Lecz gdy budzisz się, przeszłość jak urna szumiąca,

a nad tobą w gór sinym pierścieniu,

w dzikich różach jak we krwi skąpane

granitowe mauzoleum.

Wiatr dmie w marmurowy, różowy poranek

obcy, zimny i ostry

uchodzącym cieniom.

VIII. Ballada o dzwonach melodyjnych

_Potrącałem, czy wiecie, florydy bajeczne_

J.A. Rimbaud

Władysławowi Jaworskiemu

Drzemały w jego piersi melodyjne dzwony,

gdy opuszczał o zmierzchu archipelag wiosny.

A zachód kładł na wodę rdzawych zórz pontony,

z daleka konstelacje noc srebrzystą wiozły.

I nie wiedział o zmierzchu, że odszedł za wcześnie,

choć z dala tliły echa niedalekich zdarzeń,

że ów dzwon melodyjny zadźwięczy boleśnie

żałobną melancholią po zgasłym pożarze.

Bo ów popiół, miast wiatrom huczącym powierzyć,

zamknął wtedy o zmierzchu w rozdzwonioną urnę.

I odszedł niespokojny wśród szarych wybrzeży

w czasy, ponad którymi zwisło dziwnie chmurne

czoło nieba. Niebaczny na czułe przestrogi

kochanki, w której oczach dzwonił ciemny błękit,

wpłynął w siebie jak w groźne i rozstajne drogi,

gdzie bolesną czułością dogasały dźwięki.

Poznał stepy zielone i żółte pustynie

i czas, co chmur kirami jasne niebo powlókł.

Wtedy uczuł, że echo nieuchwytnie zginie

dawnych zdarzeń, jeżeli nie zadźwięczy powrót.

Więc wracał niespokojny, tęsknotą spowity,

w ojczyznę drzew łagodnych, których drobne listki

znały młodość bezmierną i szumiące mity

wydarzeń i zapatrzeń, i miłości wszystkich.

Więc wrócił w dawne wyspy wspomnieniami zdobne,

patrząc w okna i dawno niewidziane twarze.

A ujrzał archipelag, okryty cynobrem,

jesienią bezlitosną, listopadem zdarzeń.

Ujrzał pustkę dokoła, mauzoleum wspomnień,

więc wrócił w ciemną przeszłość małą, wątłą łódką.

A ów dzwon w jego piersiach, o którym zapomniał,

zadźwięczał. Więc go nazwał ciemnym dzwonem smutku.

1937

IX. Elegia bezpowrotna

Szum przeciąga drogami, których dawno nie ma.

Kiedyś pożar jarzębin, wiosna białych ramion.

Dziś gaśniesz ty i drzewa. Rdzą wspomnienia plamią.

Ptaki z wolna kołują, kędy przestrzeń niema.

Kiedyś szumiał nad nami drzew zwycięskich legion,

kawalkadą zieleni przeciągał nad drogą.

Dziś pamięć dni rozwianych błogosławi wrogo,

szumiąc tobie, co gaśniesz, i moim elegiom.

Jeszcze głosy zbłąkane unoszą się sponad

piasków sypkich i żółtych w bezlistne przestrzenie.

Ale wicher je strąca. I stają się cieniem

pełznącym niespokojnie w noc dalekich sonat.

Wtedy w domy jak w wyspy wpływa łopot gniewu,

w oknami uskrzydlone – czeredą skrzydlatą.

Ciszę w szkarłat przetapia. Brwi wzniesione w patos.

Szkarłat w popiół przemienia na pustyni śpiewu.

I choć pieśniarz samotny sercem puka do wrót,

na drogach, których nie ma, brzóz szkielety dnieją.

Dom pusty, wiatr w pokojach. Daremny twój powrót.

Umarłaś przed powrotem, smutna Odysejo.

X. Rozwaga

Oto lato płomienne. Widnokrąg

zgęszcza ciszę w fantastyczny łuk.

Dom w południu żegluje jak okręt

labiryntem nieodgadłych dróg.

Zgęszczasz słowa i strofy. Nad tobą

suną ptaki zamyślonych chmur.

To samotność. Czas przepływa obok

w szumie świerków i milczeniu gór.

Patrzysz zimno i mądrze. Z twych oczu

spływa cisza, południe i dal.

Ręka żegna zdarzeń zgiełk, co odszedł,

zagubiony w dysharmonii fal.

Oto mądrość. Lato i płomienie

ująć w strofę jak w rozważną dłoń.

Wówczas spokój. Zmierzchu szary wieniec

liśćmi czasu opadnie na skroń.

13 marca 1937Żywiołom spętanym

Żywiołom spętanym

Niespokojny, rozszumiany żywioł

każe płonąć, przygasać i tęsknić.

Wśród dni krętych ile nowych klęsk nieść,

które z nagła wiatr złowieszczy przywiał?

Dni się piętrzą, wzbierają i przeczą

krajobrazom, które w głębi płoną.

Nad szkarłatem, nad falą skłębioną

suną z wolna ciemne chmury przeczuć.

Ale dźwięczą pękające pąki

ponad czasem, nad falą rozwianą,

kiedy wiatr sypie liście kasztanów

na strzaskane przez życie posągi.

O, nie pytać, tylko czoło unieść,

mocniej dłonie zbuntowane spleść.

Tylko walczyć i czekać na wieść

tak podobną gorejącej łunie.

Dzwoni błękit za kratą gałęzi,

lecz od cieni pełzających czarno.

Trudno ciężkie gałęzie odgarnąć,

ciężko słowa zbuntowane więzić.

Przetrwać – pokąd? płonąć śpiewnie – o kim?

uwikłanym w dni sieci pajęczej?

O, jak ciężko kajdanami brzęczy

rdzawy zachód żelaznej epoki.

1 kwietnia 1937

Sielska elegia

Mieczysławowi Jastrunowi

Więdną cmentarze ojczyzn bezimiennych.

Wiatr bezlitosny ciemne krzyże chłoszcze.

Tu rozkwitały słowa od snów prostsze.

Tu szumiał myśli las wysokopienny.

Tu, wsią bezpańską, wzdłuż sinego brzegu

przebiega rzeka, fale wspomnień niosąc,

gdyś stąpał w zieleń twoją stopą bosą,

nucąc, pasterzu, spokój Wergilego.

Ty, Tytirusie, pozostań wśród łąk twych,

pod cieniem buków myśl o Amaryllis.

Mnie pora w drogę. Las się stary chyli.

Ludzie mnie wieszczą złowróżbnymi klątwy.

Inny krajobraz witał moje pieśni

i burze gnały nad rude pastwiska.

Teraz o zmierzchu, kiedy gwiazda bliska,

mogę twe imię wątłą dłonią pieścić.

Kiedy to było? Wędrowcze – nie pomnę.

Wiem tyle tylko, że bezmierny spokój,

jak w spływającym o świcie obłoku

Różanopalcej nad pole ogromne.

Wiem, że różowo, że wołać na próżno.

Po to zdążamy w zdarzeń dal szumiącą,

aby zapłonąć, przygasnąć i w końcu

znowu chcieć wrócić. Ale już za późno.

Lecz – bezimiennych bohaterze dziejów,

miast gasnąć z wolna zapatrzonym czule,

żarzący popiół w ostry wiatr otulić,

by wyrósł płomień snom twym, które dnieją.

Żegnam cię słowem z ojczyzn bezimiennych,

kędy wiatr mroźny ciemne krzyże chłoszcze,

gdzie kwitły słowa twoje od snów prostsze

i szumiał myśli las wysokopienny.

Mroczna elegia

Pamięci Andrzeja Struga

Mrok kołami się toczył. Wozy wiozły przeszłość.

Księżyc hełmem opadał w drogi piach namokły.

Nie gwiazdy w ładownicach. Ojczyznę na wargach

wiatr stepowy rękami kościstymi targał.

Nie ulękli się wiatru. Ale świt niebieski

ojczyznę bezimienną jak całunem okrył.

Wędką złudzeń łowili nad powierzchnią wklęsłą

jezior, kędy legendy sens bezdenny drzemie,

młodzieńcy rozszumiani – śliskie wodorosty.

Ale drżały na wietrze słów niepewne przęsła,

a ów płomień syczący, co zwiastował ziemię,

oddalił się i mroźnym widnokręgiem ostygł.

Jeszcze ręką radosną odgarniają nurty,

co opadły na oczy pomostami brwi,

a już więdną wrogością ukwiecone burty,

żółte krzyże się piętrzą i wyrasta bór tych,

którym mity znaczono lśniącą szlifą krwi.

Szubienicom majaczy wspomnienie gałęzi

i przyrzeczeń liściastych nurtujący sok.

Ale księżyc w ojczyźnie czarna krata więzi

i brzęczą kajdanami czterościany cel.

Śpiewający młodzieńcze – rozgwieżdżony cel

zatopił bezpowrotnie wzbierający mrok.

Dobre, dzikie zwierzęta już przemyślnie kluczą,

omijają podstępnie drogi leśnej krwi.

Jak ci słowa uskrzydlić, by czerwonym kluczem

sfrunęły w ciemne miasto – pasmo przyszłych dni?

1937

Iliada

Niosłaś, siostro, śpiewne naręcza, liście westchnień na gałązkach świtu.

Niosłaś, siostro, wieniec dźwięcznych blasków ku strzelistym, jasnym arkadom.

Dzisiaj, muzo głosząca gniew męża, gniewny liryzm w twej piersi się spiętrza,

a wzburzenie w falujący oddech dumne piersi ostro uwypukla.

Niesiesz oręż żelaznej epoce, już nie tobie, zastygła Hellado,

a na ramion wyniosłość spadają słońc upalnych gorejące pukle.

Dzisiaj jesteś także muzą gniewu, o, dziewczyno hiszpańska, Dolores.

Choć jesteśmy od ciebie daleko, rozpłomieniasz liryczne ustronie.

Niesiesz słowa spowite w sztandary, rosną łuny dalekiego śpiewu,

a ta przestrzeń między nami a tobą spala dłonie i serca nam rani.

Nie ma ciebie, zastygła Hellado. Inne epos niedaleko płonie,

by pokojem z ciepłej krwi zrodzonym kwitły żyzne pastwiska Hiszpanii.

17 listopada 1937
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij