-
nowość
Wiersze zebrane - ebook
Wiersze zebrane - ebook
Jerzy Kamil Weintraub był przyjacielem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, który dedykował mu wiersz Jesienny spacer poetów. Indywidualna stylistyka wierszy Weintrauba rozwijała się w cieniu choroby i w trakcie wojny – dojrzała w obliczu grozy śmierci i zniszczenia. To poezja pełna antytetycznych i melancholijnych napięć, co podkreślali już pierwsi recenzenci debiutanckiego tomu, m.in. Leo Lipski. Można w niej znaleźć i kontemplację pejzaży, i przeżywanie ekstazy, i chorobliwą gonitwę myśli. Poezja Weintrauba, odwołująca się do wielu rozmaitych tradycji (romantycznej, młodopolskiej czy metafizycznej), ma w sobie przede wszystkim aurę elegijności, z której pod koniec życia poety wyłoniły się tanatyczne widma.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Spis treści
PRÓBA POWROTU
Autobiografia
Sielanka w Zakopanem 11
Wspomnienia o Cecylii 13
Ballada 15
Rozmowa z Georgem Traklem 17
In memoriam 19
Autobiografia 21
Wspomnienie o Sergiuszu 25
Elegia nadwiślańska 26
Lato elegijne
I. Lato elegijne 29
I I. Dytyramb 30
I I I. Elegia słoneczna 31
I V. Wśród werand 32
V. Elegia monumentalna 33
V I. Elegia komandorska 34
V I I. Elegia dnia 35
V I I I. Dwugłos 36
I X. Elegia o Georgu Traklu 37
X. Elegia powrotu 39
Próba powrotu
Styczeń 1936 43
WROGI CZAS
O ptakach odlatujących
Dwie elegie 49
Ballada o Argonautach 51
Śmierć kochanków w morzu 53
O ptakach odlatujących 55
Pożegnanie poety 56
Dzieje wojny zwycięskiej
I. Dwie ojczyzny 61
I I. Poemat 62
I I I. Wiosna zwycięska 64
I V. Kołysanka wiosenna 66
V. Wróżby 67
V I. Powrót 68
V I I. Do cieni uchodzących 69
V I I I. Ballada o dzwonach melodyjnych 71
I X. Elegia bezpowrotna 73
X. Rozwaga 74
Żywiołom spętanym
Żywiołom spętanym 77
Sielska elegia 79
Mroczna elegia 81
Iliada 83
Inwokacja listopadowa 84
MASKI KRAJOBRAZU
Dzieje rzeźby 89
Spacer 91
O zgasłym dzieciństwie 93
*** (Spijały gorycz buków…) 95
*** (Wartką strunę potoku…) 96
Dzieje muzyczne zagłady 98
PŁOMIEŃ PACHNĄCY
*** (…usta spragnione, wargi spękane…) 103
*** (Tamtej jesieni niebo…) 104
*** (Spośród słów i portretów…) 105
Westchnienie 106
Kołysanka, która się nie kończy 107
Kołysanka morska 108
Pejzaż chiński 110
Pod tęczą przelotu 111
*** (Pod stromy strop granitowy…) 112
*** (Noc na wiatrach rozpięta…) 113
WIERSZE Z L AT 1932–1939
Groteska 117
Wieś jesienna 118
Kronika wypadków codziennych 119
To wszystko 121
Rozmowa wieczorna 122
Rozmowa w pierwszy dzień wiosny 123
Dni albo pejzaż karykaturalny 125
W sanatorium 126
Wiersz nerwów i samotności 127
Tęsknota 129
Paradoksy 130
Bajki o Afryce 131
List z Zakopanego 136
Wiersze o dzieciństwie 137
Poemat krakowski 140
Wiersz wielowymiarowy 144
Fikcje 146
Jesień milczenia 149
Rimbaudowi 151
Osierocona okaryna 152
List 154
Wspomnienie o Andrzeju Morsztynie 155
Przyjacielowi z dzieciństwa 156
Do przyjaciela-poety 158
To wszystko było tak dawno 159
Na śmierć przyjaciela 160
*** (Ciemna noc nad ogrodem…) 162
Przeszłość 163
Chandra 165
*** (Jeszcze się męczą godziny…) 167
*** (Nie rozwikłam sieci wspomnień…) 168
*** (Oddzieleni, przepływając jesienią…) 170
Fragment autobiografii 172
Przyjaciółce jesiennej 174
Milczenie 176
*** (Oto się z wolna zanurzasz…) 177
Groteska zimowa 178
Groteska o poetach jesiennych 179
Portret 180
*** (Będzie lepiej. Będzie piękniej…) 181
Dialog w czasie wiosny zwycięskiej 182
Towarzyszom snów 184
Groteska kuchenna 186
*** (Suche lato wachlarz zmierzchu…) 188
*** (Tu poszumy liryczne…) 190
Do ciemnych myśliwych 191
Wiersze o górskiej ciszy 193
Helsingør 194
Dania 1938 196
*** (Kiedy młodość usypia…) 197
Gorzka jesień 198
Poematy 200
Ciało 201
Dedykacja 202
Młodzieńcy 203
Kominek Dickensa 204
Samotność i dzieci 205
Poeta 207
Portret muzyka 209
PIEŚŃ I CHMURY
Odyseja 213
Pieśń i chmury 214
Gizela 215
Wstrzymany oddech 217
Wiosna 1940 219
*** (Była wiosna, kiedy księżyc…) 221
Elegia 223
NURT LISTOPADOWY
Pamięci pewnej sonaty 227
*** (Księżyc zlizywał miodu plastry…) 228
Chmury 230
Fałszywa mitologia 232
Mgła skarży się poecie 233
Gwiazdy 235
*** (Gdy ostatnie zakrwawią liście…) 237
WIERSZE Z ROKU 1940
Chorał wśród zgiełku 241
Śpiew pod łuną 254
*** (Myślałeś, że potrafisz zdmuchnąć…) 274
Do St. R. D.[obrowolskiego] albo
spływ nadwiślański 275
Warszawa 278
*** (Kiedyż wreszcie ustanie…) 279
Piosenka dla zapomnianych muz 280
Śmierć października 281
Śmierć Don Kichota 283
Beatrycze 285
Godła z tynku 288
WIERSZE Z ROKU 1941
Trzecia elegia pamięci Mateusza Prusaka 291
Do Maksyma Tanka albo list zimowy
o białoruskiej jesieni 294
Do Krzysztofa Baczyńskiego albo
elegia nocy zimowej 296
Dwa strumienie 298
Początek pieśni 299
Leningrad 301
Owczy ślad 303
*** (Posłuchaj, miły – gwiazdy nisko…) 304
*** (Chrabąszcz, czarnym skrzydłem…) 306
Po deszczu 308
Pożegnanie rzeki 309
Epitafium 311
Las 313
Wrzesień 315
Rzeka 316
Widzenie przedpotopowe 334
Jesień 41 335
Róże jesienne 337
Pożegnanie 339
Gawot 341
Śmierć dziecka 342
Romantyczność 343
Mumie 345
Elegia dziecięca 348
Przebudzenie legendy 352
Zimowe macierzyństwo 353
*** (Chciałbym pogadać z wami…) 355
Ballada rycerska 357
Ręka 359
Popiół 360
Wiersze grudniowe 361
Nienazwane albo Poetyczni 364
Las i człowiek 367
Dzieci i las 369
Muzyka 371
WIERSZE Z ROKU 1942
Tropy zimowe 375
Wiersze o sławie i milczeniu 384
Noc styczniowa 389
Portret 392
Kojec 393
Niepamięć 395
Tryptyk zimowy 397
Gorycz 400
Orfeusz w lesie 401
Wędrujące drzewa 408
Przedwiośnie 419
Pomnik 420
*** (Ciężkie jest słowo…) 421
*** (Ach, jak ogłusza to wszystko…) 422
*** (Pamiętam: właśnie wieczór…) 423
Do artysty 425
*** (Gwiazda zasiana nocą…) 426
Fragment dzieciństwa 1926 427
*** (Gdy się pochylam nad…) 429
*** (Mieczysławie, te ścieżki…) 431
*** (Rośniesz, nocy kamienna…) 432
Wiosna 1942 433
Nietoperze 434
Ballada 436
*** (Zamierzchły smutek, łowiąc…) 437
*** (Nie, to nie w tobie…) 438
Chłodny wieczór 439
Staruchy 440
Bitwa 441
Epilog 442
Krajobraz majowy 443
Pijane krasnoludki 445
List do przyjaciół 446
Domek błękitnej Maryny 447
*** (Ogarnąć ręką pośpiech…) 448
Opis wiosny widzianej z okna mego pokoju
w dniu 29 maja 449
Reprodukcje 451
Tęsknota za lasem 452
U okna 454
Spotkanie 455
Kurhany 458
Jesienny powrót poety 462
Stara piosenka 463
Droga przez noc 464
WIERSZE Z ROKU 1943
Elegia z drogi daremnej 497
Śpiew w ślepym zaułku 499
Jeżelim od was odszedł 501
O tych wierszach 502
Sprawozdanie wieczorne 503
Z nocy bezsennej 506
Świerszcz 508
Mgławica 509
Poświęcenie 510
Kołysanka podziemna 514
Elegia 516
Do muzy nocy 518
Apollo 519
Mijanie 521
Wyzwolenie 523
Szczątek marmuru 525
Ja, smutnej ziemi syn 527
Godziny obojętności 528
Klęska 532
Poeta 533
SAT YRY I FRASZKI
Apel 537
Balon 539
Ballada o P.P. 541
Ballada o Rzeczypospolitey Dywersyey z odwołaniem
do zacnego mistrza imci Franciszka Villona 543
Piosenka prowincjonalna 546
Ballada o przyjściu Mesjasza 548
O karze chłosty 551
Ballada o pierwszym aptekarzu abisyńskim 553
Wiersz o uczonych młodzieńcach 558
W epoce wąsów i łysiny 560
Łatwy życiorys 564
List liryczny do pana cenzora 567
Rozmowa 570
Pochwała wieszczów uczonych 572
Rozważania historyczne na temat rasy Rasa Kassy 574
Gwiazdka Pawełka Osełki 577
Ballada o studni w Pikutkowie 580
Dzieje polemiki 583
Fraszki-limeryki Rudyarda Kiplinga z wariacjami
i komentarzami tłumacza J.K. Weintrauba 584
Opowieść o karasiu-idealiście 586
Ballada o mojej niani 590
O pewnej skrybie 592
Odpowiedź 594
Modlitwa o utensylia 596
Na dyskusję o masonach 598
Panu Jerzemu P. do sztambucha 598
Na pewnego architekta 598
Marszałkowi Goeringowi do sztambucha 599
Maksyma 599
Na śpiewaka 599
Wizerunek 600
Na przyszłego führera 600
Z POEZJI ANGIELSKIEJ
William Shakespeare, Sonet X X X 603
, Sonet LV 604
, Sonet C X X X V I I 605
John Masefield, Piękno 606
Sacheverell Sitwell, Dwie pieśni 607
Wilfred Owen, Antyfona za poległą młodzież 1918 608
Rupert Brook, Śmierć 609
Z POEZJI NIEMIECKIEJ
Gottfried August Bürger, Sonet o ciszy i smutku 613
Johann Wolfgang Goethe, Król Olszyn 614
, Elegia marienbadzka 616
Klemens Brentano, *** (Rozdzwoniony, rozżalony…) 619
Ludwik Uhland, *** (Gdy Feb warownym otaczał…) 620
Wilhelm Klemm, Pieśń 621
Alfred Lichtenstein, Wieczorem 622
Heinrich Heine, Donna Klara 623
, Mitologia 628
, Przestroga 629
, Do poety politycznego 630
, Brunatny pluskwiak 631
, Ballada o filantropie 633
, Ośla elekcja 638
, Wspomnienie o Wilhelmie Wisieckim 642
, Doktryna 643
Rainer Maria Rilke, Ostatni wieczór 644
, Apolla tors archaiczny 645
, Dama przed lustrem 646
, Wczesny Apollo 647
, Bóg średniowiecza 648
, Chłopiec 649
, Karuzela 650
, Błękitne hortensje 652
, Portret 653
, Jednorożec 654
, Róg obfitości 655
, Wieczór 656
, *** (Już sok powraca…) 657
, Sad jabłkowy 658
, *** (Ten, który kocha…) 659
, Wyspa syren 660
, Stance zimowe 661
, Sonety do Orfeusza 663
Georg Trakl, Do siostry 684
, Bliskość śmierci 685
, Amen 686
, Wieczór zimowy 687
, Wieczór w Lans 688
, Gródek 689
, Jesień samotnika 690
, Wzdłuż 691
, Pieśń Kaspara Hausera 692
, Sen złego 694
, Popołudniem wyszeptane 695
, Pasja 696
, Wieczór 698
, Lato 699
, Elis 700
, Mały koncert 702
, Nocą 703
, Nocne przesłanie 704
, Pieśń nocna 705
, Przemiana 706
, Słońce 707
, Szczęśliwa jesień 708
, Szczury 709
, Uduchowiony zmierzch 710
, Uszczęśliwienie 711
, *** (Już przeminęło złoto dnia…) 712
, W ojczyźnie 713
, W opuszczonym pokoju 714
, W parku 715
, Zagłada 716
, Muza wieczorna 717
, Zima 718
, Nędza ludzka 719
, Romans nocny 721
, Burza wieczorna 722
, Muzyka w Mirabell 723
, Wieś w nocy 724
Christian Morgenstern, Szkapa 725
, Osły 727
, Kolano 728
, Wiatr 729
, Wielkie Lalula 730
Joachim Ringelnatz, Ofiara bilardu 731
, Dzieje mopsa – bajka Ezo-psa 732
, Catch as catch can 733
Kurt Tucholsky, Piosenka starogermańska 735
, Południe 737
Walter Mehring, Ballada o berlińskim panopticum 738
Erich Kästner, Głód jest uleczalny 740
Z POEZJI ROSYJSKIEJ
Aleksander Puszkin, Anczar 745
Michał Lermontow, Rycerz w niewoli 747
Fiodor Dostojewski, Spojrzenie bohaterskie 748
Fiodor Tiutczew, *** (Nad swą przeszłością…) 757
Afanasij A. Fet, Wieczór w stepie 758
Aleksander Błok, *** (Już przedwieczorna łuna…) 759
Borys Pasternak, *** (W ów dzień, w ów czas…) 760
, *** (Drżący fortepian pianę…) 761
, *** (Tu przeciągnął zagadki…) 762
, *** (Przez świt, południe…) 763
, Bałaszów 764
, O tych wierszach 766
, 6 stycznia 1919 roku 768
Władimir Benediktow, Popatrz 769
Sołomon Bart, *** (Przeminie lato, dni przebiegną…) 770
, *** (I znowu bredzi dal…) 771
Borys Popławski, Flagi 772
, *** (Obok życia jesień…) 774
, Paysage d’enfer 775
, Gwiezdne piekło 777
, Stoicyzm 778
, Czarna Madonna 780
, Róża śmierci 782
, Duch powietrza 784
, Duch muzyki 786
, Angélique 788
, Róże Graala 790
Z POEZJI BIAŁORUSKIEJ
Maksym Tank, Dziad i szczupak 795
, W Ponarach 797
, Ruja 798
, *** (Zasnęły strzechy, kopuły i lipy…) 800
, *** (Gęste paciorki wonną dłonią…) 801
, Początek ody 802
, Pod masztem 803
, *** (Dzwoni dzwon kół monotonny…) 804
, Wilno 805
, Odwoziły pociągi 807
POZOSTAŁE TŁUMACZENIA
Wergiliusz, Sielanka 811
, Opowieść Sylena 817
Li-Oey, Noc księżycowa nad morzem 822
Tschau-Jo-Su, Pejzaż nocny 823
Pe-Khiu, Obca 824
Thu-Fu, Poeci 825
Nota wydawnicza 827
| Kategoria: | Poezja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8442-085-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Sielanka w Zakopanem
Dobry wieczór, pani Kaczorowska.
Przypłynął już dobry wieczór.
Zasnęły poczciwe zwierzęta, wtopione w puszystość mroku.
Szkarłatny grzebień koguta zastygł w bezruchu jak wieczność.
Srebrzysta puszystość kota mięciutka teraz jak spokój.
Zły pies, imieniem Almanzor, skłębił kudłatość w półkole.
I tylko białe owieczki płaczą cichutko po polach.
Gwiazdami drga błyszczącymi spokojny nieba granat.
Jest bardzo miło. Nie spada niczyja smutna gwiazda.
Więc pani Kaczorowska śpiewa zamglonym sopranem,
a z okien panny Cecylii rozbrzmiewa Jan Sebastian.
I jak tu, Boże, pogodzić dwie rzeczy brzmiące tak cudnie:
śpiew pani Kaczorowskiej i Sebastiana preludia?
U panny Eli i Anki jest cicho i jest pluszowo.
Przez okno można zobaczyć zastygłe oblicza z granitu,
płatkami gwiazd osypane.
I długo będzie bezsłowie,
dopóki panna Haneczka nie przyjdzie wierszy przeczytać.
A później będą się dziwić, że dziwna panna Haneczka,
że taka wielka poetka, a jeszcze takie dziecko.
Noc zakopiańska się wsłucha w dzwoniący północ zegar,
na ludzi w noc idących księżyc popatrzy ciekawie,
gwiazdy zadrgają srebrniutko i zakołyszą się drzewa,
powiedzą wszystkim dobranoc, na drogę pobłogosławią:
Dobranoc, pani Kaczorowska:
(…śpiewałaś dzisiaj tak cudnie…)
Dobranoc, Janie Sebastianie Bachu:
(…piękne są twoje preludia…)
3 listopada 1935–1936
Wspomnienia o Cecylii
1. Lato w połoninach
Zieloność oczu lśni pełniej niżeli zieleń traw
puszystych Połonin.
Wiatr: mały smutny człowiek na pagórkach jak na strunach gra
w krajobrazie górskim, widzialnym przez otulające oczy dłonie.
Malutkie słowa wypieszczone pluszową czerwienią warg
okrągleją i nikną w czyichś smutnych oczach,
zapatrzonych w południowy skwar
odpływających ku nocy.
A już
powrót zapachniał świerkami ukąpanymi w trawie,
rozstaniem dziwnych spojrzeń do szyb wilgotnych przylgnął.
Smutna i pełna Połonin kremowa fotografia:
małe palce otuliły oczy, by utonąć w twych włosach, Cecylio.
24 października 1935
2. Zakopiańskie przedwiośnie
Dziewczyna o modrych oczach, wtopiona w zimowy pejzaż,
głaszcze różową dłonią rozkołysane świerki.
Na niebie, zapatrzonym w śnieg puszysty i miękki,
słońce żółwiem złocistym pełza.
A ty, poeto w ciszę szumiącą wtulony,
myślisz barwy drgające i kontury wypukłe,
odpływające w dal sanki zmieniają się nagle w dzwonek,
a z lasu narasta pociąg i niebo dymem oplata.
Gdy czujesz, że zieleń zakwitnie wspomnieniem tamtego lata,
idź naprzód w biały horyzont i nie spoglądaj wstecz.
Ale nie można nie patrzeć, wieczny jest powrót i wiersz,
dawne zdarzenia wciąż kwitną. Liściem jesiennym nie uschną.
Ślę Ci,
daleka Cecylio,
wiązankę liliowych krokusów.
21 lutego 1936
Ballada
1. Olga
Jest wieczór bladozielony. W dali ktoś gra na fujarce.
Kontury gór ciemnoszare chmurami pachną wilgotnie.
Olga jest smutną dziewczyną i stoi samotnie w oknie.
Olga ma oczy głębokie i długie, białe palce.
Gwiazdy znikają w szarości jak w wodę rzucone kamienie.
Czernieją blade kontury. Umilka śpiewna fujarka.
Olga ma niebo w swych oczach i wilgoć nieba na wargach
i obraz świata przymglony zamyka w głębi swych źrenic.
2. Ktoś
Ktoś czuje w głębi niepokój. Siada przy oknie i pisze:
– księżyc elipsoidalną łysiną na niebie łyska,
– gwiazdy są dziś podobne przelatującym iskrom
niknącym właśnie w dzisiejszej bladozielonej ciszy.
Ktoś siedzi przy oknie i myśli. Nie może pisać już więcej.
I widzi w dali wieczoru Olgę przymgloną i smutną.
Płynie wieczorem samotna i w jego stronę nie patrzy.
I tylko widać z daleka jej chude, białe ręce.
3. Ja albo postscriptum
Nie mogłem pisać tej nocy. Noc była pięknie bolesna.
Niepokój wezbrał jak pełnia. I nawet zasnąć nie mogłem.
Nie wiem, jak to się stało, że wymyśliłem Olgę,
Olgę przymgloną i smutną: dziewczynę, której nie znam.
Rozmowa z Georgem Traklem
Jeżeli patrzą w ciemność twoje wielkie oczy,
jeśli ciszę zajazdu nazwałeś milczeniem,
to znak, że się schyliło wyniosłe czoło nocy
ku oknu, jak ku kabinie okrętu,
którym morzem wieczoru płyniemy
w przestrzeń horyzontem z czterech stron zamkniętą.
Jeśli milczenie, co drażni jak nieskończony wiersz,
zdało się nagle dzisiaj lepkim jeziorem bez dna,
i jeśli wymówiłem niewymawiane smutne słowo: … – Boże… –
to znak,
że płyniemy w śmierć,
że trzeba smutną twarzą poza siebie spojrzeć.
To dziwne, żem taki młody, a często patrzę za siebie.
Ludzie o jasnych oczach i o wyraźnych twarzach
mówią, że trzeba żyć i patrzeć prościej –
– i odnalazłem siebie w jesiennym smutnym drzewie:
ja też rozkwitłem buntem, a więdnę samotnością.
To się zdarza.
Bolesna ma bezradność i wiedza, że nic nie wiem…
Milczenie, które przyszło, plecy w łuk smutku zgięło
i przesłoniło oczy, i przybliżyło dno…
O! – gdyby nie być z tobą, nie patrzeć w siebie, w ciebie,
zapomnieć ciszę, siebie, zapomnieć ciebie, Georg,
zamknięte drzwi zostawić
i spojrzeć twardo w noc!
In memoriam
1
Łamliwe liście w zasuszonym wieńcu lat.
Szelest opadłych dni szkarłatnych listopadów.
Gdzieś płynął płową falą szumiący las.
Z gór zjeżdżały wesołe wozy.
Na dół.
Niezgłębione jest trawy puszyste morze.
Zmierzch wtulony w horyzont drgającą purpurą.
Wieczorami szare chmury rosły.
Szli pomału najdziwniejsi chłopcy.
W górę.
914. Nad szczytami pełnia.
Tylko płynął krajobrazem jazgot.
Szli pomału chłopcy w zielonych hełmach.
Trwogę oczom powierzali. Oczy
gwiazdom.
2
Szumią liście. Chociaż wiosna w bzie liliowym,
wciąż jesiennie szumi rdzawy cmentarz
jak wtedy w dziewięćset czternastym.
Tak dawno umarł Georg.
W liście zaschnięte
wiosna krwią napłynęła.
Nie zaschły.
Autobiografia
1
Jesieni zielonożółtej żołnierski płaszcz
okrył chwałą i ciszą
ten cmentarz poległych.
A ty, towarzyszu,
posągowo trwasz,
cedząc słowa jak twe oczy krwią nabiegłe.
Mówisz młodość, purpurę i bunt,
słowa zniczem na wietrze palisz
(…to było w dziewięćset piątym…)
A w dali
szkarłatnymi pąkami łun
pękają horyzonty.
A wyżej
w jesienny rdzawy łan
słowami wskrzeszasz wojnę –
– dostojnie
księżyca srebrny tank
ostrzeliwuje krzyże:
– tam ruda pleśń,
wspomnienie niepotrzebnej śmierci.
Drzewa spowite w jesień.
W zielonożółte płaszcze żołnierskie.
2
Teraz to tylko żółta jesień,
a wtedy czerwony październik.
Słuchaj sielanki – ptasich pieśni
rozpływających się w czerni.
Stój na cmentarzu, groźny pomnik,
wpatrzony w bladą wieś
– nie starczy barw wspomnieniom wspomnień
już przetopionych w pleśń –
w krzyże, na których nie ma nazwisk –
w żółtej jesieni beznadziejność.
W dali łopocą drzewa chwiejne.
N i k t n i e p o w r a c a z p a s t w i s k.
3
Jestem od ciebie daleko i blisko.
Księżyc też pewno kąpie się w Newie
jak w moim dawnym dzieciństwie,
o którym nic nie wiem.
Teraz
sosny zieloną falangą
podpływające pod okno,
dale przeszywa dziki klangor
w samotność.
Dawniej
pręgi świateł u okien,
mosty rozpięte nad Wisłą,
bombardujące kroki
w przyszłość.
Teraz
powrócił we wspomnieniach
cmentarz wśród żółtej jesieni,
drzewa w milknącym powiewie
i ty, towarzyszu, którego już nie mam.
Wiem.
Nie wolno patrzeć w siebie
i na godzinach zapatrzeń
rozpięty jak na krzyżu.
Inny dzień nadszedł.
Spojrzeniem szerzej,
wyżej.
Wzburzona płynie fala
(to nie sosny łopoczące u okien),
to alarm,
to coraz bliższe przybierające kroki.
Nie wolno patrzeć w siebie,
gdy
w dźwięku godzin przetapiających noc w dzień
nie wykwita rozpaczliwy rozdźwięk,
lecz coraz wyraźniej słychać
s z u m
n a d p ł y w a j ą c y c h
d n i.
8 marca 1935
Wspomnienie o Sergiuszu
– Nie płyń, ojcze, ojcze – wołali – nie płyń…
Patrzysz w ciszę ubiegłych lat:
miękkie drzewa oddechem ciepłym
w zmierzch odjazdu otuliły sad.
Czas zapatrzeń barką zmierzchu odpływa,
w ciemnej wodzie godzinami pluszcze.
Żółte krzyże łopocą w wieńcu płotów krzywych
na cmentarzu poległych.
Sergiuszu…
Czas wspomnienia wicher iskry rozpalił,
las pożółkły drga cieniem jelenia.
I nadpływa dziewczyna. Grób leutnanta Hansena
co dzień zmierzchem obrzuca dzwoneczkami konwalii.
Oto patrzysz w grób twojego ojca
i tak patrzysz, jakbyś wołał: – nie płyń…
( – miękkie drzewa oddechem ciepłym
błogosławią trawy szumiące – )
To już dawno. Teraz cicha pieśń
wśród wsi żółtej i wśród godzin pluszcze –
a ty wznosisz, towarzyszu Sergiuszu,
nad krzyżami zaciśniętą pięść.
1937
Elegia nadwiślańska
Wiatr nadrzeczny wtopiony w pluszczące przedwiośnie.
Rude płoty spowite w miękki, bury mech.
Za mało czas przysypał wspomnienie młodości,
że jeszcze sam odpływasz zdumionym spojrzeniem.
Tak dawno patrzaliśmy, jak spływała krew
po żółtych liściach kruchych szesnastej jesieni.
Pamiętam to przedwiośnie: zawieszone nisko
szare ptaki płynęły gęstym popołudniem.
Lśniące pąki o świcie w zmierzch pluszczący gasły.
Teraz także berlinki odpływają Wisłą
i wiatr z rzeki wypełza, w rudych płotach dudni
i sypie w żółte słońce nadwiślański piasek.
Może kiedyś powrócisz w ulice młodości,
Posłuchaj: czarne żwiry pod stopą szeleszczą,
popatrz: to inna Wisła, cicha i wyblakła.
Nie wracaj, przyjacielu, w szesnaste przedwiośnie.
Nie szukaj, jak ja szukam. Oto moja przeszłość
jest tym, czym dla przechodnia zdarty z muru plakat.
24 maja 1936Lato elegijne
I. Lato elegijne
Obłokami zieleni las szumiący wzbiera.
Ty, wśród żółtej lśniąc drogi, modrą szarfą nieba
przez piersi owinięta wypukłe i ciepłe,
przepływasz latem sosen w suchym wieńcu werand.
To inne idzie lato. Lato młodych sosen.
Rok temu – strumień trawy w szumnych Połoninach
i księżyc nad Dunajcem w srebrnym plusku wioseł.
A dzisiaj inne lato.
I ty jesteś inna.
Kto wskaże w te sosnowe strofy uwikłanym
i w dławiącą jak strofa przestrzeń samotności
prostszą drogę?
A z dala szary księżyc rośnie,
by spłynąć w plusku sosen na smutne altany.
II. Dytyramb
_Du aber bist der Baum._
Rainer Maria Rilke
Złóż rękę smagłą na ciepłej ziemi
drgającym pulsie.
W szumiący sosen ciemną zielenią
krajobraz wtul się.
Bądź ciemną sosną ocieniającą
sześciany altan,
patrz, jak dziewczyny śpiewają w słońcu
złocistym altem.
Bądź ciemną sosną i ponad ogród
piętrz się wysoko,
kędy oplata najczystszą modrość
spokój obłoków.
Bądź ciemną sosną. Niebem się otul
najbłękitniejszym.
Aż tryśniesz gęstą, słodką i złotą
żywicą wierszy.
1936
III. Elegia słoneczna
_Herr: es ist Zeit. Der Sommer war sehr gross.
Leg deinen Schatten auf die Sonnenuhren._
Rainer Maria Rilke
Oto nasze pustkowie i bolesna wiosna:
nocą w piasku srebrnieją szeleszczące gwiazdy,
szary żagiel księżyca, płynąc w dal, łopocze.
Szumią sine akacje. Pluszczą rude wiosła.
Majaczą w czerni – sosen rozszumiane maszty.
Oto nasze pustkowie w najdziwniejsze noce.
O, jak dziwnie boleśnie płynąć w szumną pełnię,
w przypływy gęstej wiosny, w bliski odpływ lata:
niebo bielą obłoków srebrzyście się zwełni
w pajęczynie poranków i babiego lata…
Dziś lato. Trzeba tylko, abyś dłoń swą śniadą
położył w czas południa na słoneczny zegar
płaskim kręgiem w błękitną przestrzeń zanurzony.
Dokoła drżącą siecią promienie się kładą
i strumyk, błyszcząc w słońcu, przez drogę przebiega.
Ty
dłonią śniadą
budzisz lato w słonecznym zegarze uśpione.
IV. Wśród werand
Zatrzymaj się i dłoń swą znad spojrzenia unieś.
Czy zawsze smutek sosen jest jak smutek spojrzeń?
Przyjaciółko – patrz prościej, słoneczniej i modrzej,
miast więdnąć pośród werand, gdzie kwitną petunie.
Dziś latem nie odpłyniesz. Labirynt ogrodu
rozwikłał się i w drogi szumiące uprościł.
Oto niosę ci w dłoniach kwitnących miłością
znalezioną wśród sosen twą zgubioną młodość.
V. Elegia monumentalna
To słońce, rozsypane w żółty suchy piasek,
szeleści pod stopami na gorących drogach.
To trawy kołyszące zielonawą jasność
opływają werandy południem bezszumnym.
Spłynął wiatr w ciepłe liście. I jasność się wzmogła.
O, wichrze metamorfoz otulony lasem!
O, drzewa przetopione w doryckie kolumny!
Spłynął wiatr w dróg dalekość. I blaski zagasły.
Przyjacielu, to szelest przerzucanych kartek,
mądre oczy wtopione w białą perspektywę,
w cieniu altan szumiących regularny profil:
oto pejzaż daleki skamieniał i zmartwiał,
las przestrzeni do ziemi horyzontem przywarł,
jak zamarły wiersz spięty w dwie zastygłe strofy.
VI. Elegia komandorska
Komandorze, ta płaska weranda to pokład
okrętu, którym płyniesz w ciemne morze sosen.
Tu przyćmioną czerwienią zakwitają okna
w wieczorze, który tonie w ciemnym morzu sosen.
Na górze lśniące gwiazdy. Białe kwiaty kajut
wysmukły wiatr kołysze w najcieplejszych dłoniach.
Gdy tragiczne okręty w dali się mijają,
na burtach w mrok spowitych kwitną pelargonie.
Komandorze, przepływasz swe szumiące lata,
bezradnie uwikłany w ciemny czas i przestrzeń.
Na próżno wypatrywać? Dalekie pustkowie
nie zakwitnie wśród mroku światłem morskich latarń?
Fale okręt kołyszą. Płyniesz bezszelestnie.
Komandorze! – złą ciszą wypieszczone dłonie,
otulone spokojem stopisz w biały marmur.
Bunt wybuchnie o świcie rdzawą różą wschodu:
pokąd wieźć nam okrętem w samotność zamarłą
pośród płaskich pokładów swą tragiczną młodość?
VII. Elegia dnia
Nie nam pługiem złocistym wśród obłoków orka,
radość wozów płynących po puszystym stoku.
– W samotności pochmurnej budujemy spokój.
– W młodych piersiach nam więzić uskrzydlony orkan.
O, sosnowe pustkowie, melancholio werand,
zmierzchy podpływające młodych sosen wonią.
– Jak chłodzić w chłodnym mroku zanurzonym dłoniom
gorące młode czoła spowite w niepokój?
Jak stłumić bunt i burzę, która w głębi wzbiera?
Są tylko w ciemnej ciszy więdnące pytania.
Są ćmy tonące z nagła w zgęstniałym powietrzu.
Codziennie w mrocznych chmurach księżyc noc wydzwania.
Odpływa w czas umarły – elegijny wieczór.
VIII. Dwugłos
I. Codziennie błękitnieje słoneczny widnokrąg
i pośród ciemnych sosen płyną żółte drogi.
Przez przeszłość, cmentarz wspomnień i więdnących mogił
przepływa mój samotny, skołatany okręt.
II. Nie patrz wstecz, komandorze. Spojrzenie jak żagiel
rozwiń w przestrzeń szumiącą, w czas nadpływający.
Patrz – południe minęło. Zachodzące słońce
spowija horyzonty w purpurową flagę.
Spójrz – zmierzch z dali nadpływa, szeleszcząc. Żywicą
pachną ręce brązowe, werandy i drzewa.
Przestrzeń pluszcze u brzegu wieczornego nieba
na przekór uwikłanym w gałęzie księżycom.
III. Już dobrze. W rękach tulisz dłonie najcieplejsze.
Wpływasz jasnym spojrzeniem w ukochane oczy.
(Miłość, głębia milczenia, jasny granat nocy.
Szumią sine akacje. Świerszcze szepczą wiersze).
IX. Elegia o Georgu Traklu
_Gekeltert ist der Wein, die milde Stille
Erfüllt von leiser Antwort dunkler Fragen._
Georg Trakl
Są sosny szumiące wokoło i werand płaskie pokłady.
O zmroku znużonym czołom zakwita gwiazda srebrzysta.
To zmierzchającej młodości najspokojniejsza lśni przystań.
To dnie umarłe w przeszłości płatkami smutku opadłe.
Nie nam już nieba młodości srebrzystym o zmierzchu zniczem,
gwiazd jasnym pękiem, księżycem strzeliście zakwitające,
dla nas są słowa jak światła, w wargach spękanych gasnące,
i czas sypiący się z wolna ziarnami minut w klepsydrze.
Dla nas są mroczne ogrody i rdzawe domki, co ponad
dróg labiryntem się piętrzą, w jesienny wieczór wplecionym,
okna w win szkarłat spowite i ciemne, głębokie salony,
gdzie czarny fortepian: grobowiec niedokończonych sonat.
Za oknem jesienna pełnia i jabłek czerwonych połysk,
twarze jak jabłka czerwone, kosze jak stawy głębokie.
A tobie, Georg, się marzą odpływające w dal kroki,
spod powiek zmęczonych kochanków wypełzające anioły.
Po cóż w spokojnym pejzażu, w jesiennej, czerwonej pełni,
gdzie budowałeś spokój o zmierzchu ciemnej młodości,
gdzie noc błogosławił srebrzyście księżyca blask w dalekościach,
spowite w błyski bagnety wśród zielonawych lśnią hełmów?
Teraz już spokój. Wśród sosen werandy zastygłe i ciche.
Zmęczone zasnęły już dłonie. Opadły ciężkie powieki.
Zbudził mnie, sypiąc mi w oczy liśćmi wspomnień z dalekich
cmentarzy jesiennych, płynący – w noc – elegijny wicher.
X. Elegia powrotu
Drżą sosny w księżycowym sierpie.
Przemija srebrniejąca noc.
I w czasu nieuchwytne dno
opada dniami późny sierpień.
I tylko cisza dziwnie bliska
płynie sosnami w modry świt.
I tylko słońce blado lśni
na nierozkwitłych wrzosowiskach.
Przeminie dzień, a blade wrzosy
przetopią bladość swą w liliowość.
A zmierzchem powrót. Księżyc rośnie.
Kołyszesz w wargach ciepłe słowa.
Zanurzasz miękkie, białe dłonie
we wrzosy sypkie i liliowe.
Spojrzeniem w szumnym mroku płoniesz,
kołysząc w wargach ciepłe słowa.
Za oknem w białe dzwonki gwiazd
ostatni wieczór cicho dzwoni.
I nieustannie, nieuchronnie
sypią się wrzosy. Sypki czas.
I jak tu żegnać cię spokojnie?
Ciemny niepokój w głębi wzbiera.
Coraz boleśniej w wieńcu werand.
Opada dniami późny sierpień.
1936Próba powrotu
Styczeń 1936
W dawnym mieście, najeżonym kolcami wież,
w oberży „Pod Rezedą”, w najczerwieńszej z altan
pulchna Grätchen śpiewała rozdzwonionym altem,
a poeta przy winie pisał dziwny wiersz.
Wtedy zgodnie dzwoniły gotyckie zegary
płynące w srebrnych czółnach bezmiarami nocy.
A flety rozedrgane w najpłynniejszej arii
błogosławił sam Wolfgang Amadeus Mozart.
A dzisiaj, przyjacielu, próżno rekwizyty
chcemy wskrzeszać, przetapiać w śpiewną rzeczywistość.
Próżno gwiazd poszukiwać w tamte niebo wbitych,
w zapachach przewiązanych wstążeczkami listów.
Niepokój nie pozwala spojrzeć się za siebie.
W siebie nam nie pozwala patrzeć srebrny strach.
I tylko płynie ciężko po zimowym niebie
księżyc jak zagubiona i samotna kra.
Widzisz teraz, jak ciężko labiryntem dni
uwikłanym w samotność pośród fikcji płynąć.
Dlatego to zamknięcie i dlatego łzy,
i dlatego powroty w czas, który odpłynął.
Oto wracasz w klasyczną regularność strof,
patrzysz w zmierzchy sielanek w średniowiecznym mieście:
– w dali arie Mozarta w pianissimach mrą,
a w czerwonych altanach milkną stare pieśni.
Już jestem, przyjacielu, w rzeczywistym styczniu.
Wszystko jest już konkretne. Oto jesteś ty.
Odpłynęła jak stary statek romantyczność.
Płyniemy w inną stronę. W przyszłość. W wzbierające dni.O ptakach odlatujących
Dwie elegie
Pamięci żeglarzy samotnych
I
Ostry wiatr nad wodami i żagiel napięty.
Ciężko dłoniom znużonym u steru i lutni.
I samotnie żeglarzom. A wówczas najsmutniej,
gdy obok przepływają słoneczne okręty.
Tam młodość, płomień płynny, jasne czoła wieńczy
i miłość, blask zwycięski, w hardych oczach kwitnie.
Ale ciemność nadciąga i choć tak błękitnie,
polegną najsamotniej waleczni młodzieńcy.
Wtedy znowu zaszumią słoneczne przypływy
i walecznych młodzieńców zastęp wpłynie liczny.
I samotnie żeglarzom, patrząc w kres tragiczny:
pieśń rozbita o skały i patos kłamliwy.
II
Życie, słowa bezbronne, więdnące zdarzenia,
zbliżenia, oddalenia kochających dłoni.
Szumna przeszłość narasta, sen zmierzchami dzwoni,
a marzące spojrzenia przyszłość rozpłomienia.
W oknach błękit rozpięty i ciche jutrzenki
w szelest liści zaklęte i oddech przestrzeni.
Ale mija południe, pełzną smugi cieni,
dźwięczna przyszłość umiera jak pożegnań dźwięki.
I jest spokój, co gwiazdą u czół bladych świeci,
pogodna melancholia, czułych spojrzeń zmierzchy.
I patrzą poza siebie w szlak dni, które przeszły.
I dumnie umierają samotni poeci.
Ballada o Argonautach
Adolfowi Sowińskiemu
Odpływa nawa lekka o łabędzim kształcie.
Antycznym zamyśleniom wiatr łagodny sprzyja.
Z wybrzeży starej ziemi, gdzie wszystko przemija,
pozdrawiam was i żegnam, mężni Argonauci.
Nad morskim widnokręgiem łuna rośnie rdzawa,
blask płynie w białe żagle, a spokój w spojrzenia.
Już nieba łuk łagodny cichy zmierzch ocienia.
Wstępuje w noc bezmierną najsmuklejsza nawa.
Białym żaglom napiętym jak dni, które idą,
szepczę słowa przyjazne o wiatr i o ciszę.
Dopóki fali modrej czuły szelest słyszę,
niech płynie szumna młodość ku srebrnym Kolchidom.
Choć burze dźwięczą głośniej od czułej tęsknoty,
co dzwoni w noc bezmierną wśród szumiących żagli,
jest wiatr, co ku wybrzeżom srebrniejącym nagli,
i wieści, dobry zwiastun, radosne powroty.
Morze, życie burzliwe, ciemne fale zdarzeń,
przeszłość na dnie szumiąca, przyszłość nawą płynie.
Piękniej w niebo spoglądać niż w morskiej głębinie
szukać oczu zmęczonych, o, dzielni żeglarze.
Czas, znużenie podobne najzdradliwszym rafom.
Ulegnie nawa lekka o łabędzim kształcie?
Szumi srebrna Kolchida. Płyną Argonauci.
U brzegów starej ziemi sypię cenotafium.
Śmierć kochanków w morzu
Sen nasz wkołyszmy wśród zamarłych głębi
w krainę cieni. O, wieczorna gwiazdo!
W wieczność wtopieni, w szum, co fale kłębi,
spłyńmy w demonów zagubione miasto.
Wtedy samotność zamknie nam powieki,
a cisza spokój w szumny bezmiar wśpiewa.
Za oknem tylko szelest ryb daleki
i wiatr owiewa koralowe drzewa.
Gdy dusza morza czule szeptać jęła
zbłąkanym łodziom, wtedy wiatr zajęczy
jak zwiastun pustyń wodnych, gdzie ocean
spienione fale w wód wierzchołki piętrzy.
Tam wąwozami suną kormorany,
w morskich parowach skrzydlate wędrowce.
Wiatr gna po falach szczątkami strzaskanych
okrętów ciemnych na szumne manowce.
O, marynarze, drżą spróchniałe reje.
Szkielety białe prąd gorący gna.
Patrzą w głębiny rozszumiane dzieje,
słuchają szumu, lecz nie widzą dna.
A prąd gorący, jasny szelest fali
przepływa z pluskiem u niepewnych burt.
Jeszcze się chwieje, broni, lecz w oddali
wchłania go w otchłań nieskończony nurt.
Morze jak pająk zamknie usta sine.
Jeszcze połyska. A horyzont drży
jak orle skrzydło, które znad cieśniny
płynie samotnie w zmierzchu modrej mgły.
(z Georga Heyma)
O ptakach odlatujących
Ciemne ptaki odlatują znad jezior. W skrzydłach nieba rozpaczliwy łopot.
Białe domki chwieją się na zboczu. W żółte liście napływa rdza.
Zamyślenie, smutku rozszumiany! Nad jeziorem elegijna mgła.
Czyjeś oczy pośród okien zagasły. Chwiejne trzciny kołysze listopad.
Wtedy deszcz, może srebrny, może szumny. Wtedy wiatr zamyślenia twe owiał.
Tyle ciszy, co smutku w jesieni, kiedy więdną światełka lamp.
Tylko świerki dzwonią u okien. Tylko płyniesz bezsenny i sam,
srebrną smugą spojrzeń bezszelestnych w wiatrem śpiewne, bezdrzewne pustkowia.
Ranem niebo przelewa się w oknach. Szumisz senny jak jesienny jesion.
W krajobrazie spojrzeniami znaczysz w ciszę bliską zanurzony szlak.
Smugą smutku na niebie ciemniejąc, żegna ciebie zabłąkany ptak.
Potem cisza. Potem dni. Potem lata. Ciemne ptaki odleciały znad jezior.
Pożegnanie poety
1
Mądre wino zachodu w przygodnej oberży,
gdzie czerwona winorośl za oknami dzwoni,
a drzewa w plon obfite najszkarłatniej płoną.
I tak samo jak wtedy w szumie twoich wierszy
widzę jasny nieboskłon, a w twej wąskiej dłoni
matowieją bezradnie żółte liście klonu.
Może cisza jest bliższa, bo słowa jak liście
łagodny wiatr rozsypie po rozstajnych drogach,
gdzie u skraju wrzos blady liliowo rozkwita.
Kiedy w szklance twe wino płonie uroczyście,
w altanach zanurzonych w purpurowych głogach,
zakwitają nieśmiało złote dźwięki gitar.
2
Takim właśnie cię widzę, dziś, po latach wielu,
daleko poza nami mosty mgieł nad wodą
i spokój, który z wolna w miękkość słów się wtopił.
Wiatr rozegnał obłoki, drogi przyjacielu,
a tej pięknej jesieni pod modrą pogodą
sypie ci się na włosy zmierzchu siwy popiół.
Nie mogę milczeć z tobą. Inne słysząc szumy,
płoną ręce z płomieni pod żaglami zdarzeń,
gdy mijam, niespokojny, lądy, które dzwonią.
A kiedy widzę z dala krainę zadumy,
kędy spokój jesienny spowił ciche twarze,
pozdrawiasz mnie z daleka twoją wąską dłonią.Dzieje wojny zwycięskiej
Poemat zdarzeń zastygłych
I. Dwie ojczyzny
Ojczyzno brzóz rozełkanych wśród dróg rozpaczliwych i ciemnych,
wiatr jeno echa twe niesie ku lasom powiędłym i stepom.
Żegluje wśród raf, wśród traw suchych łagodny przypływ wiosenny
i ciepłą wiosną owiewa jesienne stepowe epos.
W głębokich okien samotność napływasz, światła pożoga,
i nagle płoną twe ręce i oczy z ostrego szafiru.
Niepokój w drzewa wplątany i wiatr konający na drogach
zatopi zmierzchu łagodność jak rozszumiany labirynt.
Więc brzozy łkające za oknem i noc bezbronna na wietrze,
nieutulone, samotne świt miękką ręką ukoi.
A tutaj kwitną płomienie i ponad czas, ponad przestrzeń
płyniemy pełni miłości, żeglarze jasnych pokoi.
Ojczyzno brzóz rozełkanych, ojczyzno snów skołatanych,
kraino ciemna, posępna słów, co na wietrze zagasną.
Oto odchodzę już od was. Wiatrem pomyślnym zagnany,
okręt w przystani twych ramion zapłonąć pragnę i zasnąć.
II. Poemat
1
Drogi wiodące donikąd, ptaki lecące nad snami,
niebo bez steru i wioseł podąża w przestrzeń zagłady:
tam rozpacz, drzewa skarlałe, spojrzenia martwe jak kamień
spadają w studnię bezdenną dni rozpaczliwych i bladych.
Lecz wierząc w światłość zbawienia, ręce na wietrze łopocą.
Kołuje czas bezustanny, krwawiąc minuty o ciernie.
I szepczą wargi spękane:
– Wybaw nas, Panie, od nocy,
od mąk szumiących bezmiernie wśród ciszy, czasu i czerni.
Takie dzwoniły mi jęki wśród wysp tragicznych i ciemnych,
gdzie kiedy gaśnie zmęczenie, zakwita gorzko nienawiść,
gdy orkan z nagła wybuchnął w czasy przypływów wiosennych
i zamknął dni skołatane płonącą kratą błyskawic.
2
I nagle cisza nieznana. Głęboki oddech przestrzeni.
Tu spokój rozkwitł miłością, a miłość kwitnie spokojem.
Więc noce błogosławione, gdy cienie płyną strumieniem,
by ciała zwycięskie, lecz czujne, falami chłodu ukoić.
A wtedy w drzewach najczulszych puszyste ptaki uśpione
i kołysanki dzwoniące nad nocą ciepłą jak ciało.
A wtedy wiatr wśród ogrodów, by jeszcze piękniej szumiało,
wtedy kiełkują płomienie, by najstrzeliściej zapłonąć.
Nad szeptem warg miłujących błogosławiony niepokój.
I łuk miłości jaśnieje, a słodka światłość powiekom.
Żeglugo ciał niestrudzonych! – Wyspy tragiczne daleko.
Świt wybrzeżami srebrnieje u kresu nocy i mroku.
III. Wiosna zwycięska
Czas księżyca, jak ognisty globus, w noc płomienną horyzontem spływa.
Nienawistne, zaciekłe fregaty wśród mórz ciemnych walczą pierś o pierś.
– A gdy dłonie na dno opadną, dogoreje samotna pieśń
i odpłyniesz w ciszę, poeto, zagubiony w lirycznych przypływach.
Nie masz ciszy dłoniom, co płoną, kiedy w górze dzwony z płomieni,
kiedy czasy, konie spienione, gnają wściekle iskrami w mrok.
– Wtedy ginie pełzające plemię, wtedy płazy stratowane mrą,
a nad niemi kwitną triumfalnie rozżagwione wieńce czerwieni.
Trzeba wreszcie dłonie uskrzydlić i odtrącić skołatany żagiel,
a ster ciszy i wiosła znużenia strzaskać w mroku o skalisty brzeg!
– Nie przystoi heroicznym bardom płacz nad czasem, który w prochu legł,
kiedy niebo błogosławi łuną niepokoju purpurową żagiew.
Kocham ciebie, mój dumny poeto, gdy opuszczasz twe samotne brzegi,
aby pieśni płomiennych strzelistość wtopić z nagła w buntowniczy chór.
– Cóż, że w dali różnobarwne ptaki sypią w przepaść marmurowych urn,
w błogiej ciszy, którą opuściłeś, jak śnieg siwy, popiół elegii?
Inny kolor ciału twemu bliższy, gdy się skradasz wrogo i podstępnie.
Oto płonie epos bohaterskie nad szczątkami umarłych gwiazd.
– Mocne dłonie wybuchają wiosną ponad ciszę i zdeptany czas
i szumiącą, płynną tajemnicą krew pulsuje w labiryntach tętnic.
IV. Kołysanka wiosenna
Żółty księżyc u okien klęka.
Noc jest dobra, puszysta i ciepła.
Nie patrz w czas, który minął, maleńka.
Nie płacz.
Sypie sen puch obłoków na oczy.
Coraz piękniej, srebrzyściej i jaśniej.
Wśród pościeli złoty strumień warkoczy.
Zaśnij.
Płatki ciszy na twe piersi spadną,
choć meteor granat nieba przeciął,
gdy sen splatasz palców delikatną
siecią.
Przebudzenie kołysze drzewami.
Czas miłości za oknami rozkwitł:
to świt kwitnie różowo kwiatami
brzoskwiń.
V. Wróżby
Ciemne dni, przyjaciółko. Posągom z marmuru
zimny wiatr blade czoła siecią smug nachmurza.
W mgieł i smutku horyzont czarna płynie burza.
Po niebie krążą chmury i ptaki augurów.
Wróżbitom niestrudzonym więdną dłonie. Któżby
spojrzeniem bystrym ptaki wśród chmur tropił ciemnych?
Lecz zbyt słaba, by pojąć orkan dni wiosennych,
niepokój twego serca w mroczne wtapiasz wróżby.
Nie z wróżb poznać, lecz z dłoni i oczu zmęczonych
smugę smutku, co ciało samotne oplata.
W odpływ wiosny zwycięskiej, w rdzawy pożar lata
patrzą drzewa spokojne, mądre szumiąc plony.
Dlatego próżno patrzeć, co na niebie wróżą
chmury ciemne i ptaki nad dumne kopuły.
I na czoło twe wiersze pocałunkiem czułym,
zbyt bliskie zapatrzeniom, zbyt dalekie burzom.
VI. Powrót
Dokąd wiedziesz, żeglarzu, najzwiewniejszą z flotyll,
dal mierząc wzrokiem dumnym pod gwiazdą polarną?
Wiatr uniesień twe ciało płomieniem ogarnął.
Dzień kona jak bezradnie łopocący motyl.
To dobrze, mój zwycięski. Czas przepłynie obok,
by z męki nieb bezdennych jasna pieśń wyrosła.
Wtedy, wierna kochanko, wiersze pobłogosław,
i jak świt tuli czule najróżowszy obłok,
utul czoło zmęczone, by odeszła troska.
Wówczas, zwiewna flotyllo, dawny ląd pożegnasz,
a oczu ostry szafir jak głąb oceanu
powita, chyląc głowę snami skołataną
ku tobie, najjaśniejsza, najszczęśliwszy żeglarz.
VII. Do cieni uchodzących
1
Przestrzeni zdarzeń odległych, strofą ogarnąć cię jaką?
Znowu powrót, nurt smutku, szpalerem rdzawych brzóz.
W ciemności coraz to większej świateł gasnący plusk.
Zbyt wiele, zbyt wiele wspomnień wywiodłeś z ciemnych katakumb.
Choć one żarzą się jeszcze, czas gasi je ciemną krepą.
Błyskawic daleki łoskot i chmury cwałują górą.
Bolesny na gruzach mroku, milczenia budujesz mur,
niepomny na zgiełki dokoła.
Rwą się wędzidła spienionych epok.
Daremnie wołasz.
2
I oto nie zaprzeczasz zastygłemu dziełu.
A w dumnym oddaleniu lutnia sny potrąca.
Lecz gdy budzisz się, przeszłość jak urna szumiąca,
a nad tobą w gór sinym pierścieniu,
w dzikich różach jak we krwi skąpane
granitowe mauzoleum.
Wiatr dmie w marmurowy, różowy poranek
obcy, zimny i ostry
uchodzącym cieniom.
VIII. Ballada o dzwonach melodyjnych
_Potrącałem, czy wiecie, florydy bajeczne_
J.A. Rimbaud
Władysławowi Jaworskiemu
Drzemały w jego piersi melodyjne dzwony,
gdy opuszczał o zmierzchu archipelag wiosny.
A zachód kładł na wodę rdzawych zórz pontony,
z daleka konstelacje noc srebrzystą wiozły.
I nie wiedział o zmierzchu, że odszedł za wcześnie,
choć z dala tliły echa niedalekich zdarzeń,
że ów dzwon melodyjny zadźwięczy boleśnie
żałobną melancholią po zgasłym pożarze.
Bo ów popiół, miast wiatrom huczącym powierzyć,
zamknął wtedy o zmierzchu w rozdzwonioną urnę.
I odszedł niespokojny wśród szarych wybrzeży
w czasy, ponad którymi zwisło dziwnie chmurne
czoło nieba. Niebaczny na czułe przestrogi
kochanki, w której oczach dzwonił ciemny błękit,
wpłynął w siebie jak w groźne i rozstajne drogi,
gdzie bolesną czułością dogasały dźwięki.
Poznał stepy zielone i żółte pustynie
i czas, co chmur kirami jasne niebo powlókł.
Wtedy uczuł, że echo nieuchwytnie zginie
dawnych zdarzeń, jeżeli nie zadźwięczy powrót.
Więc wracał niespokojny, tęsknotą spowity,
w ojczyznę drzew łagodnych, których drobne listki
znały młodość bezmierną i szumiące mity
wydarzeń i zapatrzeń, i miłości wszystkich.
Więc wrócił w dawne wyspy wspomnieniami zdobne,
patrząc w okna i dawno niewidziane twarze.
A ujrzał archipelag, okryty cynobrem,
jesienią bezlitosną, listopadem zdarzeń.
Ujrzał pustkę dokoła, mauzoleum wspomnień,
więc wrócił w ciemną przeszłość małą, wątłą łódką.
A ów dzwon w jego piersiach, o którym zapomniał,
zadźwięczał. Więc go nazwał ciemnym dzwonem smutku.
1937
IX. Elegia bezpowrotna
Szum przeciąga drogami, których dawno nie ma.
Kiedyś pożar jarzębin, wiosna białych ramion.
Dziś gaśniesz ty i drzewa. Rdzą wspomnienia plamią.
Ptaki z wolna kołują, kędy przestrzeń niema.
Kiedyś szumiał nad nami drzew zwycięskich legion,
kawalkadą zieleni przeciągał nad drogą.
Dziś pamięć dni rozwianych błogosławi wrogo,
szumiąc tobie, co gaśniesz, i moim elegiom.
Jeszcze głosy zbłąkane unoszą się sponad
piasków sypkich i żółtych w bezlistne przestrzenie.
Ale wicher je strąca. I stają się cieniem
pełznącym niespokojnie w noc dalekich sonat.
Wtedy w domy jak w wyspy wpływa łopot gniewu,
w oknami uskrzydlone – czeredą skrzydlatą.
Ciszę w szkarłat przetapia. Brwi wzniesione w patos.
Szkarłat w popiół przemienia na pustyni śpiewu.
I choć pieśniarz samotny sercem puka do wrót,
na drogach, których nie ma, brzóz szkielety dnieją.
Dom pusty, wiatr w pokojach. Daremny twój powrót.
Umarłaś przed powrotem, smutna Odysejo.
X. Rozwaga
Oto lato płomienne. Widnokrąg
zgęszcza ciszę w fantastyczny łuk.
Dom w południu żegluje jak okręt
labiryntem nieodgadłych dróg.
Zgęszczasz słowa i strofy. Nad tobą
suną ptaki zamyślonych chmur.
To samotność. Czas przepływa obok
w szumie świerków i milczeniu gór.
Patrzysz zimno i mądrze. Z twych oczu
spływa cisza, południe i dal.
Ręka żegna zdarzeń zgiełk, co odszedł,
zagubiony w dysharmonii fal.
Oto mądrość. Lato i płomienie
ująć w strofę jak w rozważną dłoń.
Wówczas spokój. Zmierzchu szary wieniec
liśćmi czasu opadnie na skroń.
13 marca 1937Żywiołom spętanym
Żywiołom spętanym
Niespokojny, rozszumiany żywioł
każe płonąć, przygasać i tęsknić.
Wśród dni krętych ile nowych klęsk nieść,
które z nagła wiatr złowieszczy przywiał?
Dni się piętrzą, wzbierają i przeczą
krajobrazom, które w głębi płoną.
Nad szkarłatem, nad falą skłębioną
suną z wolna ciemne chmury przeczuć.
Ale dźwięczą pękające pąki
ponad czasem, nad falą rozwianą,
kiedy wiatr sypie liście kasztanów
na strzaskane przez życie posągi.
O, nie pytać, tylko czoło unieść,
mocniej dłonie zbuntowane spleść.
Tylko walczyć i czekać na wieść
tak podobną gorejącej łunie.
Dzwoni błękit za kratą gałęzi,
lecz od cieni pełzających czarno.
Trudno ciężkie gałęzie odgarnąć,
ciężko słowa zbuntowane więzić.
Przetrwać – pokąd? płonąć śpiewnie – o kim?
uwikłanym w dni sieci pajęczej?
O, jak ciężko kajdanami brzęczy
rdzawy zachód żelaznej epoki.
1 kwietnia 1937
Sielska elegia
Mieczysławowi Jastrunowi
Więdną cmentarze ojczyzn bezimiennych.
Wiatr bezlitosny ciemne krzyże chłoszcze.
Tu rozkwitały słowa od snów prostsze.
Tu szumiał myśli las wysokopienny.
Tu, wsią bezpańską, wzdłuż sinego brzegu
przebiega rzeka, fale wspomnień niosąc,
gdyś stąpał w zieleń twoją stopą bosą,
nucąc, pasterzu, spokój Wergilego.
Ty, Tytirusie, pozostań wśród łąk twych,
pod cieniem buków myśl o Amaryllis.
Mnie pora w drogę. Las się stary chyli.
Ludzie mnie wieszczą złowróżbnymi klątwy.
Inny krajobraz witał moje pieśni
i burze gnały nad rude pastwiska.
Teraz o zmierzchu, kiedy gwiazda bliska,
mogę twe imię wątłą dłonią pieścić.
Kiedy to było? Wędrowcze – nie pomnę.
Wiem tyle tylko, że bezmierny spokój,
jak w spływającym o świcie obłoku
Różanopalcej nad pole ogromne.
Wiem, że różowo, że wołać na próżno.
Po to zdążamy w zdarzeń dal szumiącą,
aby zapłonąć, przygasnąć i w końcu
znowu chcieć wrócić. Ale już za późno.
Lecz – bezimiennych bohaterze dziejów,
miast gasnąć z wolna zapatrzonym czule,
żarzący popiół w ostry wiatr otulić,
by wyrósł płomień snom twym, które dnieją.
Żegnam cię słowem z ojczyzn bezimiennych,
kędy wiatr mroźny ciemne krzyże chłoszcze,
gdzie kwitły słowa twoje od snów prostsze
i szumiał myśli las wysokopienny.
Mroczna elegia
Pamięci Andrzeja Struga
Mrok kołami się toczył. Wozy wiozły przeszłość.
Księżyc hełmem opadał w drogi piach namokły.
Nie gwiazdy w ładownicach. Ojczyznę na wargach
wiatr stepowy rękami kościstymi targał.
Nie ulękli się wiatru. Ale świt niebieski
ojczyznę bezimienną jak całunem okrył.
Wędką złudzeń łowili nad powierzchnią wklęsłą
jezior, kędy legendy sens bezdenny drzemie,
młodzieńcy rozszumiani – śliskie wodorosty.
Ale drżały na wietrze słów niepewne przęsła,
a ów płomień syczący, co zwiastował ziemię,
oddalił się i mroźnym widnokręgiem ostygł.
Jeszcze ręką radosną odgarniają nurty,
co opadły na oczy pomostami brwi,
a już więdną wrogością ukwiecone burty,
żółte krzyże się piętrzą i wyrasta bór tych,
którym mity znaczono lśniącą szlifą krwi.
Szubienicom majaczy wspomnienie gałęzi
i przyrzeczeń liściastych nurtujący sok.
Ale księżyc w ojczyźnie czarna krata więzi
i brzęczą kajdanami czterościany cel.
Śpiewający młodzieńcze – rozgwieżdżony cel
zatopił bezpowrotnie wzbierający mrok.
Dobre, dzikie zwierzęta już przemyślnie kluczą,
omijają podstępnie drogi leśnej krwi.
Jak ci słowa uskrzydlić, by czerwonym kluczem
sfrunęły w ciemne miasto – pasmo przyszłych dni?
1937
Iliada
Niosłaś, siostro, śpiewne naręcza, liście westchnień na gałązkach świtu.
Niosłaś, siostro, wieniec dźwięcznych blasków ku strzelistym, jasnym arkadom.
Dzisiaj, muzo głosząca gniew męża, gniewny liryzm w twej piersi się spiętrza,
a wzburzenie w falujący oddech dumne piersi ostro uwypukla.
Niesiesz oręż żelaznej epoce, już nie tobie, zastygła Hellado,
a na ramion wyniosłość spadają słońc upalnych gorejące pukle.
Dzisiaj jesteś także muzą gniewu, o, dziewczyno hiszpańska, Dolores.
Choć jesteśmy od ciebie daleko, rozpłomieniasz liryczne ustronie.
Niesiesz słowa spowite w sztandary, rosną łuny dalekiego śpiewu,
a ta przestrzeń między nami a tobą spala dłonie i serca nam rani.
Nie ma ciebie, zastygła Hellado. Inne epos niedaleko płonie,
by pokojem z ciepłej krwi zrodzonym kwitły żyzne pastwiska Hiszpanii.
17 listopada 1937